1. Kim jesteśmy
1
Kim jesteśmy
KATE
Cześć, mam na imię Kate. Jestem częścią naszego tria i pochodzę ze
Środkowego Zachodu Stanów Zjednoczonych. Większość ludzi zna mnie jako
mamę Coopera lub Kate z Cooper's Voice (Głos Coopera). Jestem żoną,
matką i aktywistką, która otwarcie dzieli się nie tylko radościami, ale
przede wszystkim wyzwaniami związanymi z życiem z autyzmem. Mam
nadzieję, że komuś to pomoże.
Większość ludzi z góry zakłada, że jestem ekstrawertyczką. I że jestem
pewna siebie. Są jednak w błędzie. Z natury jestem dość nieśmiała, lecz
musiałam się zmienić i w pewnym sensie musiałam stać się kimś nowym. A to dlatego, że moje życie wymaga odwagi i - co ważniejsze - mój syn na
nią zasługuje.
Gdy miał trzy lata, zdiagnozowano u niego autyzm. W pierwszej chwili
chciałam zabrać go i całą naszą małą rodzinę i uciec gdzieś daleko.
Byłam przerażona.
Od tamtej pory nauczyłam się, że dzielenie się swoim doświadczeniem
życiowym i przeżywanie emocji jest aktem odwagi, zwłaszcza gdy robi się
to publicznie. Nawet jeśli bywa to bardzo trudne.
Rozdział ten to pierwsza rzecz, którą kiedykolwiek wraz z Carrie i Adrian wspólnie napisałyśmy. Wcześniej, już od jakiegoś czasu, co
tydzień prowadziłyśmy razem transmisje na żywo, ale to był nasz pierwszy
wspólnie napisany tekst. Wydawało się, że żadna z nas nie wiedziała, od
czego zacząć.
Podczas jednej z naszych cotygodniowych rozmów organizacyjnych Carrie
walczyła z przeziębieniem w swoim biurze w New Hampshire, Adrian była w Karolinie Północnej i przygotowywała się do wycieczki do aquaparku, a ja
jechałam pięć i pół godziny do północnej Minnesoty na prezentację. Jak
bardzo na północ, może spytacie...? Dziesięć minut drogi od Kanady. Podróż
była absurdalnie długa i w duchu dziękowałam za tę rozmowę. Płynnie
przeskoczyłyśmy z tematu książki do prozy życia.
Gdy porozmawiałyśmy już o promocji, zabrałyśmy się do tworzenia
konspektu. Adrian i Carrie były za pisaniem książki chronologicznie. Ja
argumentowałam za tym, żeby zacząć od rozdziału o rodzeństwie. Zostałam
przegłosowana. One uważały, że w rozdziale pierwszym należy przedstawić
nas. Powiedzieć kim jesteśmy: aktywistkami i przyjaciółkami, które lubią
opowiadać historie.
"To ma sens" - pomyślałam. Tyle, że dla mnie to był najtrudniejszy
temat. Nie wiedziałam, jak się do niego zabrać. Szczerze mówiąc, do dziś
nie bardzo wiem, kim jestem. Czuję się trochę zagubiona w czasoprzestrzeni. Jakbym nieustannie dryfowała od treningu hokeja do
pory pójścia spać, od spotkania w sprawie indywidualnego programu
edukacyjnego (Individualized Education Program - IEP), gdzie wraz z zespołem szkolnym Coopera omawiamy właśnie jego indywidualny tryb
nauczania, do spotkań autorskich. Żongluję tym wszystkimi i mam
wrażenie, że nie robię niczego jakoś szczególnie dobrze.
Macierzyństwo jest o wiele bardziej skomplikowane, niż sądziłam. I mówię
to bez cienia kokieterii czy przesady. Naprawdę uważam, że jest o wiele
trudniejsze, niż się spodziewałam. Podobnie jak małżeństwo czy
czterdzieste pierwsze urodziny. I wciąż uczę się radzić sobie z wielkim
żalem związanym z autyzmem.
Autyzm to bagaż, który noszę ze sobą w każdej chwili, każdego dnia.
Przyzwyczajam się do niego, ale zauważam, że jego waga szybko się
zmienia. Godzę się również z tym, że pewnego dnia będę zmuszona go z siebie zdjąć. I oczywiście, zastanawiam się, kto go przejmie i poniesie
dalej, przez resztę drogi.
Na szczęście dzieciaki mają się dobrze - Kids Are All Right - był
chyba taki film? Nawet lepiej niż dobrze. Mają trzynaście, jedenaście,
pięć i trzy lata.
Sawyer jest inteligentny, wysportowany, powszechnie lubiany i miły. Ze
wszystkich moich dzieci to on ma największe serce. I chociaż jest moim
drugim dzieckiem, to w zasadzie jest jakby pierwszy. Widziałam, jak
prześcignął Coopera niemal pod każdym względem i wyrósł na starszego
"młodszego" brata.
Harbor jest najbystrzejszy ze wszystkich moich dzieci i martwię się,
żeby nie złamać w nim tego niezłomnego ducha. Najważniejsze, że w ogóle
udało mi się utrzymać go przy życiu. Przy tym jest zdecydowanie moim
najradośniejszym dzieckiem, zawsze gotowy na wszystko, co przyniesie
los. W wizjach mglistej przyszłości widzę go, jak odchodzi z domu w wieku osiemnastu lat i nie ogląda się za siebie. Przeraża mnie to. Ale
wiem, że go nie powstrzymam. Jest ponadprzeciętny.
I na koniec Wynnie, nasze najmłodsze i ostatnie dziecko. Nigdy nie
myślałam, że będę miała córkę. Po urodzeniu trzech synów sądziłam, że
nasza rodzina jest już kompletna i posiadanie córki nigdy nie przyszło
mi do głowy. Podobnie zresztą jak czwarte dziecko. A gdyby Jamie
siedział teraz obok mnie, kazałby mi dodać zdanie "czwórka dzieci to
stanowczo za dużo!". Tyle, że on nigdy nie potrafi się zdecydować, z którego mógłby zrezygnować, gdy go o to pytam w żartach.
Wynnie, albo jak czule ją nazywamy Fred, złagodziła nasze nastawienie do
życia. Kiedy byłam z nią w ciąży i próbowałam znaleźć dla niej imię,
zakochałam się właśnie w Wynnie. Ale pełna forma - Winifred - wydawała
się zbyt poważna, więc zdecydowaliśmy się na Wynter. A teraz nazywamy ją
po prostu Fred. Pasuje do niej idealnie. Życie bywa takie zabawne. Nasza
córka jest idealnym połączeniem siły i delikatności. Moja przyjaciółka
Caroline, matka czterech chłopców, zapytała mnie kiedyś: "Wiesz, jaka
jest różnica między dziewczynkami a chłopcami? Prawdziwa różnica? Chodzi
o "skarby" znalezione w suszarce do ubrań. U chłopców to liście, kamyki
i gałązki. U dziewczynek to brokat, kokardy i różowe spinki". I taka
właśnie jest moja Wynnie. Wypełnia nasz świat świecidełkami.
Cooper to mój kumpel i zarazem mój najlepszy nauczyciel. Diagnoza, którą
usłyszał w wieku trzech lat, jest niezmienna - głęboki, niewerbalny
autyzm. Pogodził się z nią. Marzy o tym, żeby pojechać pociągiem Amtrak
do Kalifornii i zobaczyć wieloryby. Nie sposób zapomnieć, jak piszczał z radości, gdy na trzynaste urodziny dostał telefon komórkowy. Dorasta, a temat ten w świecie autyzmu, niestety, rzadko jest poruszany. Tak,
Cooper dorasta. A wraz z nim rośnie we mnie paraliżujący strach przed
przyszłością.
Mój mąż, Jamie, i ja jesteśmy małżeństwem od szesnastu lat. Minus jeden
rok. Tak, rozwiedliśmy się i ponownie pobraliśmy. Byłam wtedy w ciąży z Harborem, a ceremonia odbyła się w naszym salonie. To jedno z moich
najpiękniejszych wspomnień. Dzisiaj, kiedy się kłócimy, Jamie droczy się
ze mną i mówi: "Przecież nie możesz się ze mną dwa razy rozwieść".
Małżeństwo jest trudne, o wiele trudniejsze, niż myślałam. Ale mimo to
jestem wdzięczna losowi, że postawił na mojej drodze mężczyznę, który
wybrał mnie nie raz, a dwa razy na swoją partnerkę.
Kolej na mnie. Kim ja jestem? Jestem mamą, która żyje w dwóch światach:
świecie osób o szczególnych potrzebach i świecie neurotypowym. A te dwa
światy rzadko się przenikają. W niczym nie przypominam influencerów,
których widzę w internecie, gdy przeglądam Instagram. Moja rodzina z pewnością nie jest idealna. Dzieci nie chcą pozować w wymyślnych
strojach. I nikt nie chce ze mną nagrywać filmików. Wraz z ich
dorastaniem mam coraz większy problem z tym, czym powinnam się dzielić
ze światem, a czym nie.
Kiedy wygłaszam moją najbardziej popularną prezentację pod tytułem
"Odnajdując radość w sekretnym świecie autyzmu", zaczynam od slajdu, na
którym się przedstawiam.
Cześć, jestem Kate Swenson. Mieszkam wraz z moją rodziną w Minnesocie.
Jestem żoną, matką, autorką publikacji, blogerką, influencerką,
właścicielką firmy, opiekunką i aktywistką. Niektóre z tych określeń są
dla mnie oczywiste. Inne wręcz przeciwnie.
Życie rzadko bywa proste. Moje z pewnością nie jest. Jest dalekie od
doskonałości. A jednak odczuwam dumę, gdy o nim opowiadam. Uwielbiam
dzielić się niekonwencjonalnymi metodami, dzięki którym staliśmy się
ludźmi, którymi jesteśmy dzisiaj. Naprawdę jestem dumna ze swojej
transformacji jako matka oraz z tego, że przestałam uciekać przed
smutkiem, bólem i bezbronnością, a zamiast tego nauczyłam się dzielić
tymi uczuciami ze światem.
Gdy potajemnie, z kanapy w Duluth w Minnesocie, zakładałam bloga
Finding Cooper's Voice (Odnajdując głos Coopera), Cooper miał zaledwie
dwa lata. Wydawało mi się, że jestem taka dowcipna, bo wymyśliłam tak
wspaniałą nazwę. Posunęłam się nawet do tego, że wręcz wyobraziłam
sobie, jak publikuję wpis z okazji faktycznego "odnalezienia" jego
głosu. Wtedy słowo "autyzm" nie istniało jeszcze w moim słowniku, mimo
że mój syn diametralnie różnił się od innych chłopców w jego wieku.
Doskonale pamiętam, jak uśmiechałam się pod nosem z pewnością siebie,
gdy naciskałam przycisk "Opublikuj". Oznajmiłam też Jamiemu: "Założyłam
bloga. Jestem blogerką". Pamiętam, jak się śmiał, gdy nie chciałam
zdradzić jego nazwy. Planowałam zachować wszystko w tajemnicy, żeby móc
swobodnie pisać o Cooperze.
Finding Cooper's Voice to moje życie. Dzielenie się naszą historią to
dar, dzięki któremu mogę na wiele sposobów pomagać innym ludziom. Moja
misja jest prosta: nie chcę, żeby jakakolwiek matka czuła się tak bardzo
samotna, jak ja czułam się na początku tej drogi.
Nigdy nie myślałam o tym, by zostać aktywistką. I tak naprawdę jestem w tych kwestiach dość "oporna". Kiedy zdiagnozowano Coopera, nie
planowałam, że będę walczyć o prawa osób z autyzmem. Chciałam jedynie
pomóc mojemu synowi. Nasz statek tonął i moim priorytetem było zatykanie
licznych dziur. Ale dość wcześnie uświadomiłam sobie, że walcząc o jednego człowieka, możesz odmienić życie wielu osób.
Często wspominam nasze najtrudniejsze lata. Przypadły one na okres
między czwartym a ósmym rokiem życia Coopera. Był jak mały uciekinier
nierozumiejący zasad bezpieczeństwa, zupełnie nieświadomy czyhających
wokół zagrożeń. Wszystkie drzwi wejściowe miały po trzy zamki, w oknach
i drzwiach pozakładaliśmy alarmy i żyliśmy tak, jakby nie było podwórka
przed domem. Gdyby tylko nadarzyła się okazja, Cooper bez wahania
pobiegłby w stronę samochodów. Wydawało się, że ruch uliczny wręcz go
przyciąga. Gdy wracaliśmy do domu, trzeba było najpierw zamknąć drzwi do
garażu, zanim mogliśmy wypiąć go z fotelika. Było to ekstremalnie
przerażające.
Poświęciłam mnóstwo czasu i energii na zorganizowanie dwumetrowego
drewnianego ogrodzenia wokół naszego podwórka. Dowiedziałam się, że
istnieją programy wsparcia dla rodzin takich jak moja, które pomagają w modyfikacjach domu zapewniających bezpieczeństwo dzieciom. Finansowane
są z programu opieki socjalnej Medicaid. Niestety, odprawiano mnie z kwitkiem. Zaproponowano metrowe ogrodzenie z siatki. Wyjaśniłam im, że
Cooper potrafił i nadal potrafi wspinać się na takie płoty niczym kozica
górska. Proces ten trwał w nieskończoność, a urzędnicy zasypywali mnie
papierkową robotą, telefonami i innymi problemami. Miałam wrażenie, że
liczą na to, że się poddam, i prawdopodobnie celowo utrudniali mi życie.
Ale nie dałam za wygraną i w końcu udało mi się dopiąć swego.
Po wszystkim znalazłam w sobie odwagę i zapytałam dyrektorkę tego
programu, dlaczego tak bardzo blokowała coś, co chroniłoby życie mojego
syna. Jej odpowiedź mnie załamała: "Nie chcieliśmy wydać pani zgody na
dwumetrowy drewniany płot, bo teraz będziemy musieli postąpić tak samo w przypadku każdej rodziny, która o taki poprosi". Wyjaśniła mi, że
stworzyłam precedens.
Odparłam jej sfrustrowana: "Dlaczego pani nie pomyśli o życiu i bezpieczeństwie dzieci?". Nawet teraz, wiele lat później, różne rodziny
zgłaszają się do mnie i dziękują za moje działania, ponieważ dzięki nim
mają ogrodzenie zapewniające bezpieczeństwo ich dzieciom. Zwracam się
więc do wszystkich matek i ojców, pamiętajcie, nikt nie będzie walczył o wasze dziecko bardziej zaciekle niż wy. A kiedy staniecie w obronie
własnego dziecka, to może się przy okazji okazać, że odmienicie życie
wielu osób.
Posiadanie dziecka z niepełnosprawnością spowodowało we mnie najgłębsze
przemiany. Bez autyzmu nie byłoby Kate, jaką teraz znacie. Wiele lat
musiało upłynąć, zanim przyznałam się sama przed sobą, że diagnoza
mojego syna całkowicie mnie odmieniła, i widzę ten wielki kontrast
między stanem przed diagnozą i po niej. Nigdy już nie będę tym samym
człowiekiem, jakim byłam, zanim w moim życiu pojawił się autyzm, i mogę
z całą pewnością powiedzieć, że ta nowa wersja mnie jest dużo lepsza. W tej sytuacji walka byłaby całkowicie pozbawiona sensu. Bardzo ważne jest
też dostrzeganie negatywów. Ich świadomość również niesie ze sobą
korzyści.
Kiedyś czytałam, jak radzić sobie z żałobą. Autorka napisała, że w okresie żałoby bywa, że czujemy się tak, jakbyśmy otrzymali pudło
wypełnione mrokiem, z którym musimy sobie poradzić, często bez żadnego
wsparcia. Chociaż mój żal wtedy był nieco inny niż to, co opisywała, to
dostrzegłam wiele analogii do mojej sytuacji.
Nigdy nie pisałam o takim żalu w odniesieniu do Coopera, ponieważ
obawiam się, że ktoś mógłby pomyśleć, że porównuję go do pudełka pełnego
ciemności. A byłoby to bardzo dalekie od prawdy. Choć, oczywiście, jego
codzienne zmagania, zwłaszcza te, o których się najczęściej nie mówi, są
mrokiem. Okrucieństwo świata też jest mrokiem. Brak zrozumienia jest
mrokiem. Jego bezbronność jest mrokiem. Mój strach przed śmiercią i pozostawienie go samego jest mrokiem.
Ale on sam jest światłem. Darem.
Dopiero po wielu latach zrozumiałam różnicę między światłem a ciemnością. I oba te zjawiska dużo mnie nauczyły. Zrozumiałam również,
że jedno nie istnieje bez drugiego.
Co więcej, w tych najtrudniejszych latach dowiedziałam się o żałobie i o sobie więcej, niż mogłam się spodziewać. A pudełko wypełnione mrokiem
przyniosło wiele cudownych objawień.
Codziennie widzę, że dzielenie się naszą historią jest darem. Darem
wsparcia. I przyjaźni.
Darem poznawania dzieci takich jak Cooper. Darem poznawania ich
rodzeństwa, podobnego do Sawyera. Poznaję rodziców, takich jak ja i Jamie.
Adrian. Carrie. Amosa. Jacka.
We wspomnianej wcześniej przeze mnie prezentacji, którą wygłaszałam
niezliczoną ilość razy, jest też slajd ze zdaniem: "Zaczęłam wierzyć, że
szczęście nie jest mi pisane".
Zajęło mi prawie trzynaście lat, zanim pozwoliłam sobie na tyle
otwartości, aby się tą myślą podzielić. Pamiętam, że pierwszy raz
pojawiła się ona w mojej głowie tuż po przeprowadzce do nowej dzielnicy.
Do domu, który, jak myśleliśmy, miał być naszym domem na zawsze.
Podpisaliśmy dokumenty i już dom oficjalnie należał do nas. Następnego
dnia rano zadzwonił dzwonek do drzwi i dwóch małych chłopców przyszło po
Sawyera, żeby się pobawić na dworze. Żartuję teraz, że przepadł wtedy na
rok. Chwilę potem Jamie poszedł wynieść śmieci i nie wrócił. Odkrył, że
w okolicy mieszkają inni ojcowie.
Byłam w ciąży z Harborem, mój brzuch był na tyle duży, że nie dało się
go nie zauważyć. Siedziałam w salonie, a całe życie rozgrywało się gdzie
indziej. Cooper, który wtedy zupełnie nie mówił, poruszał się po naszym
nowym domu po niewidzialnej ścieżce, a jego niepokój sięgał zenitu.
Siedziałam sama, a cisza dudniła mi w głowie. Może to hormony ciążowe, a może to jakaś zdradziecka matczyna wizja, ale nagle zobaczyłam swoją
przyszłość. Byliśmy w niej tylko ja i Cooper. Sami. Wszyscy inni gdzieś
odeszli. Zazwyczaj w najczarniejszych wyobrażeniach miałam ten obraz, że
wszyscy w końcu odejdą i zostaniemy tylko ja i Cooper. I bezwiednie to
akceptowałam. Miałam sobie sama ze wszystkim radzić.
Nagle rozlega się znajomy dźwięk SMS-a. Grupowa konwersacja z przyjaciółkami, mamami, które rozumieją mnie, jak nikt inny.
"Kate, jak się czuje Cooper? Co dziś wrzucił do wanny?"
I już nie jestem sama.
ADRIAN
Moje dzieciństwo było idyllą, jeśli w ogóle takowa istnieje. Tradycyjna,
typowa amerykańska rodzina. Mama, zajmująca się domem, tata - lekarz.
Całe dni spędzałam na świeżym powietrzu. Przemierzałam okoliczne zadbane
podwórka na gokarcie z silnikiem spalinowym, który dostałam od Świętego
Mikołaja. Miałam siedem lat.
Ach! Wschodnia Karolina Północna to wspaniałe miejsce, gdzie można
poszaleć, i to właśnie robiłam. Urodziłam się na Południu, ale moi
rodzice byli Jankesami - pochodzili z Ohio. Nie przestrzegali więc
zasad, jakie przyświecały wychowaniu porządnej dziewczynki z Południa.
Stąd ta moja dzikość. Kiedy zamykam oczy, widzę małą dziewczynkę
zanurzoną w fale morza, opaloną i szczupłą, z trochę przydługimi rękami
i nogami. I przerwą między zębami. Z krótko przyciętą blond czupryną -
mama mówiła, że stroniłam od kąpieli.
Być może moja historia nie jest wyjątkowa, a być może jest. Choć byłam
lubiana przez rówieśników, to nie da się zaprzeczyć, że różniłam się od
nich, i nawet ja wtedy to dostrzegałam. Byłam niczym pustynny biegacz
wśród wierzb płaczących. Już wtedy wiedziałam, że ścieżka mojego życia
jest inna, ale nie potrafiłam jeszcze powiedzieć na ile i dlaczego. Nie
miałam pojęcia, jakie zakręty napotkam na swojej drodze, nie mówiąc już
o tym, że będę miała dziecko z autyzmem. Amos jako mały chłopiec bardzo
przypominał mnie w tym wieku - miał burzę blond włosów i przydługie
kończyny, ale jego dzieciństwo nie było wypełnione taką samą wolnością i niezależnością.
Tamta mała dziewczynka o silnej osobowości nigdy nie straciła ostrości
widzenia, choć kształty się trochę rozmyły i zatarły, gdy mój starszy
brat nagle zniknął z tego świata. Miałam czternaście lat, gdy po raz
pierwszy przeżyłam żałobę związaną z diagnozą. Brzmiała ona - rak. Po
roku mój brat był już tylko wspomnieniem. Wejście w rolę jedynaczki
zajęło mi trochę czasu i dopiero w późnym okresie dojrzewania stałam się
wzorową córką. Ukończyłam Psychologię Rozwoju Dziecka w Meredith
College, uzyskałam tytuł magistra pedagogiki na Uniwersytecie Karoliny
Północnej w Chapel Hill oraz zrobiłam doktorat z rozwoju edukacji na
Uniwersytecie Stanowym Karoliny Północnej.
W międzyczasie wyszłam za mąż za chłopaka, którego znałam od czasów
studiów. W Thomasie Woodzie zakochałam się po wielu latach przyjaźni. On
był opanowany i spokojny, ja głośna i wesoła. Jednak coś nas do siebie
przyciągnęło i tak żyjemy razem przez więcej niż połowę mojego życia.
Jesteśmy małżeństwem od ponad dwudziestu lat i przez większość tego
czasu mieszkamy w Edenton w Karolinie Północnej, gdzie czuję się jak w domu. Thomas odgrywa najważniejszą rolę w moim życiu - nie tylko jako
mąż i moja opoka, ale także jako ojciec czwórki naszych dzieci.
Gdy piszę ten tekst, mamy troje nastolatków i ucznia trzeciej klasy
szkoły podstawowej.
Thomas (ma tak samo na imię jak jego ojciec) to nasze najstarsze
dziecko, ma osiemnaście lat i w tym roku kończy liceum. Jest wspaniałym
młodym człowiekiem o wrażliwym usposobieniu i sercu pełnym empatii.
Następny w kolejności jest Russell. Ma szesnaście lat i od zawsze
zajmował szczególne miejsce w moim sercu, ponieważ otrzymał imię po moim
starszym bracie (Adamie Russellu). Russell jest skłonny do refleksji,
ciekawski i uwielbia się uczyć. Od zawsze opiekował się Amosem.
Blair ma czternaście lat i jest naszą jedyną córką. Od momentu narodzin
śmieje się i próbuje dotrzymać kroku swoim starszym braciom. Blair
marzyła o tym, żeby mieć młodszą siostrzyczkę, a kiedy Amos się urodził,
natychmiast zaakceptowała to, że ma brata.
I wreszcie Amos.
Amos ma dziesięć lat i przyszedł na świat kilka lat po tym, gdy byliśmy
pewni, że nasza rodzina jest już kompletna. Mieliśmy trójkę małych
dzieci, a nasze życie było dobre i wypełnione pracą. I wtedy właśnie
dowiedziałam się, że jestem w dziewiątym tygodniu ciąży. Byliśmy w szoku. Kiedy wieczorem z mężem podzieliliśmy się tą nowiną z dziećmi,
były bardzo podekscytowane. Nawet przez chwilę nie pomyśleliśmy, żeby
Amos nie byłby chciany czy kochany.
Wyobrażałam sobie, że to będzie ostatni rozdział mojej opowieści -
budowanie własnego małego plemienia. Miałam męża, gromadkę dzieci i w myślach widziałam, jak płyniemy naszym pięknym statkiem w stronę
zachodzącego słońca. Ta idealna wersja życia była urocza i przemyślana,
i do pewnego momentu nawet dobrze nam wychodziła. Kiedy zaś w naszej
rodzinie pojawił się Amos, poznałam inne oblicza rzeczywistości -
chaotyczne, przerażające i zaskakujące - bez żadnych ozdób czy
upiększeń. Nie byliśmy już rodziną z moich wyobrażeń.
Zapracowany ojciec i matka, której daleko do doskonałości, troszcząca
się o trójkę nastolatków i dziesięciolatka z autyzmem. Mam nadzieję, że
dla naszych dzieci, podobnie jak dla mnie, nasza rodzina jest
schronieniem przed nawałnicami, jakie niesie ze sobą życie. Mam
nadzieję, że wiedzą, że perfekcja jest przereklamowana, a rzeczywistość
jest twarda. Ja na pewno się o tym przekonałam. Trójka moich dzieci
podążała ścieżką, jaką sobie wyobraziłam - ścieżką, która przypominała
moje dorastanie. A wtedy pojawił się Amos. Wiedziałam, że jest inny,
podobnie jak ja w dzieciństwie czułam się inna, ale znów nie umiałam
sprecyzować, na czym te różnice polegają. I chociaż ciągle szukałam
odpowiedzi i potwierdzenia moich obaw, to starałam się jednak
powstrzymać od dochodzenia do pochopnych wniosków. Wiedziałam jednak, że
moje dziecko różni się od innych.
Dzięki Amosowi rozpoczęła się moja pisarska podróż i powstało kolejne
wspaniałe plemię. Wirtualna społeczność, złożona z obcych sobie ludzi,
którzy uczą się, że warto na sobie polegać i że można w takiej grupie
znaleźć siłę, wsparcie, pomoc, radość i łzy. Wspólnota ta jest
niesamowita i otrzymałam od niej o wiele więcej, niż dałam. W okolicy, w której mieszkam, niewiele jest rodzin podobnych do mojej, a ja bardzo
potrzebuję wokół siebie ludzi, którzy "wiedzą, o co chodzi". Jestem
zależna od informacji dotyczących nietypowych zachowań Amosa - historii
leczenia, nauki korzystania z nocnika, a przede wszystkim słynnej w świecie autyzmu walki o sen, a właściwie z jego brakiem.
Dzisiaj chcę opowiedzieć wam o mikrokosmosie, który odmienił moje życie
na lepsze, a dokładnie o przyjaźni trzech kobiet mających podobne
doświadczenia. Zanim poznałam Kate Swenson i Carrie Cariello, nie
zdawałam sobie sprawy, że poza aplikacjami randkowymi istnieją relacje
online. Całe życie spędziłam w Karolinie Północnej i od dzieciństwa
obracałam się w tych samych kręgach towarzyskich. W niewielkim
miasteczku, w którym mieszkam, nie znałam nikogo, kto zmagałby się z podobnymi problemami, i czułam się bardzo samotna. Nasza internetowa
przyjaźń ukoiła moje serce i tchnęła we mnie nadzieję.
Koniec końców wszyscy tęsknimy za autentycznością i przestrzenią, w której czujemy się akceptowani. Prawdziwe życie zwykle bardzo odbiega od
naszych wyobrażeń i nigdy nie jest proste i uporządkowane. Prawdziwe
życie to tu i teraz, codzienna rzeczywistość, chaos, radość i nieprzewidywalność, a my z trudem nadążamy za tym, kiedy staliśmy się
dorośli.
Witajcie w domu.
CARRIE
Mam na imię Carrie.
Imię otrzymałam po jednej z kuzynek mojej mamy. Druga kuzynka miała na
imię Alveena. Z perspektywy czasu muszę przyznać, że Carrie bardziej do
mnie pasuje.
Mój mąż to Joseph, do którego zwracamy się Joe. Z nieznanych mi powodów
nie ma drugiego imienia. Może Włosi nadają tylko jedno. A może po prostu
to dlatego, że jest najmłodszy z sześciorga rodzeństwa i rodzicom
skończyły się już pomysły.
Jesteśmy małżeństwem od dwudziestu pięciu lat. Mamy pięcioro dzieci. U naszego drugiego dziecka, Jacka, zdiagnozowano autyzm. Nasz pierworodny
syn, Joseph, ma dwadzieścia lat i jest na trzecim roku studiów. Ma
zielone oczy i burzę falowanych włosów, które spadają mu na oczy. Jest
łagodny i uroczy, ale potrafi wyjeść resztki jedzenia bez pytania, czy
ktoś jeszcze ma ochotę.
Jack ma dziewiętnaście lat. Właśnie rozpoczął kolejny rok edukacji w specjalnym ośrodku. Realizowany jest tam program wsparcia ukierunkowany
na jego potrzeby i pomagający mu się rozwijać. Mierzy 195 cm i jest jak
dotąd najwyższy w naszej rodzinie.
Charlie ma osiemnaście lat, ciemne oczy i szalone serce. Jest
najbardziej podobny do ojca. Uwielbia sport, a ja często porównuję go do
szczeniaczka albo latawca - otwierasz drzwi i tyle go widzieli. Jest
niezwykle przyjacielski.
Nasza córka, Rose, ma szesnaście lat. Właśnie zrobiła prawo jazdy. Gdy
patrzyłam, jak pierwszy raz sama wyjeżdża z podjazdu, to łzy napłynęły
mi do oczu. Uświadomiłam sobie, że pewnie już nigdy więcej nie odbiorę
jej z treningu czy z pracy - dorabia sobie jako opiekunka do dzieci.
Zawsze lubiłam nasze wspólne chwile w samochodzie, nawet jeśli często
się spóźniałam.
Henry, nasz najmłodszy syn, ma piętnaście lat. I choć już mnie przerósł,
to wciąż myślę o nim jak o małym chłopcu. Oczywiście nienawidzi, gdy tak
mówię.
Henry miał osiemnaście miesięcy, gdy u Jacka zdiagnozowano autyzm. Było
to w chłodny listopadowy dzień. Wracaliśmy do samochodu i słyszeliśmy,
jak nasze kroki niosą się echem po parkingu. Miał wtedy na sobie
ogrodniczki.
Mieszkaliśmy w Buffalo w stanie Nowy Jork. Pojechałam autostradą wiodącą
z centrum do domu. Zjechałam odpowiednim zjazdem i przejechałam przez
naszą dzielnicę. Byłam przybita, ale jednocześnie spokojna. Kiedy
dotarliśmy do domu, zadzwoniłam do Joego. Był rok 2004, w tamtych
czasach telefony komórkowe były wielkie, toporne i miało się wrażenie,
że nosi się cegłę w torebce. Nie dało się zadzwonić z samochodu. Joe
wysłuchał w milczeniu tego, czego dowiedziałam się od lekarza: Jack był
w spektrum autyzmu. Wtedy diagnoza została sklasyfikowana jako
całościowe zaburzenie rozwojowe, nieokreślone. Po upływie czasu i po
przeprowadzce do innego stanu ostatecznie przekształciła się po prostu w autyzm.
Mój syn Jack ma autyzm.
Ostatecznie te pięć powyższych słów ukształtowało moją rodzinę, moje
małżeństwo i moje życie.
Jednakże w 2004 roku nie znałam żadnej osoby, u której zdiagnozowano by
autyzm. Właściwie jedynym punktem odniesienia, jaki miałam, był film
Rain Man z Tomem Cruise'em i Dustinem Hoffmanem. Oglądałam go z mamą,
gdy jeszcze chodziłam do liceum. Pamiętam, że siedziałyśmy w salonie i podziwiałyśmy Dustina Hoffmana, który wspaniale sportretował człowieka
przepełnionego niepokojem, z charakterystyczną sztywnością w zachowaniu.
Byłam jednocześnie przerażona i zafascynowana. Jednak z jakiegoś powodu,
gdy film się skończył, nie poświęciłam mu więcej uwagi.
Moi przyjaciele kiwali ze współczuciem głowami, gdy mówiłam im o diagnozie Jacka. Wszyscy mieliśmy dzieci w podobnym wieku. Zadawali
rozsądne pytania. Uśmiechali się i mierzwili Jackowi włosy, gdy sięgał
do ich szaf po odkurzacz zamiast do kosza z zabawkami, którymi na
podłodze bawiły się pozostałe dzieci. Jednak nikt tak naprawdę nie
rozumiał mojej nowej rzeczywistości. Niby jak? Ja sama ledwo ją
rozumiałam.
Czułam się samotna. Pracowałam na pół etatu, do tego zajmowałam się
dwójką maluchów, a pod sercem nosiłam już kolejne dziecko. Często
wydawało mi się, że Jack jest poza moim zasięgiem - jakbym nie potrafiła
przeniknąć do wnętrza autyzmu i dotrzeć do mojego małego synka. Wydawało
się, że nawet nie wie, kim jestem. Zaczęłam odczuwać coraz większy
strach.
W listopadzie 2004 roku Facebook nie cieszył się jeszcze tak dużą
popularnością. Owszem, zawładnął kampusami uniwersyteckimi i społecznością studencką w całym kraju, ale musiało upłynąć jeszcze wiele
lat, zanim przestrzeń internetowa stała się miejscem dla matek i blogerów.
Wiosną 2007 roku przeprowadziliśmy się do New Hampshire. Miałam już
trzech synków poniżej czwartego roku życia i znów nosiłam ubrania
ciążowe. Pamiętam, że kupiłam sobie koszulkę z wysadzanym kryształkami
napisem "baby" i ze strzałką wskazującą na brzuch. Żeby nikt nie miał
wątpliwości co do mojego stanu.
Odkąd pamiętam, uwielbiałam czytać, a w ciągu kilku kolejnych lat
odkryłam, że lubię również pisać. Zaczęłam wysyłać krótkie eseje do
lokalnych wydawnictw, były to zazwyczaj pełne humoru teksty z obserwacjami na temat rzeczywistości, na przykład, o tym, dlaczego
kobiety wolą nosić za dużą bieliznę, lub o rosnącej popularności
samoopalaczy. Pewnego popołudnia Joe czytał właśnie gazetę i zauważył
ogłoszenie wydawcy, do którego można było wysłać teksty z gatunku
literatury faktu. "Hej, kochanie!" - zawołał do mnie stojącej akurat
przy zlewie. "Może powinnaś porozmawiać z tym facetem. Może napiszesz
książkę!"
Książka. Chwilę rozmyślałam nad tym pomysłem, płucząc ostatnie naczynia.
Szybko go jednak zignorowałam. Książki mogli pisać inni, przecież nie
ja. Dowiedziałam się później, że taki brak pewności siebie nazywany jest
syndromem oszusta - polega na tym, że wątpimy w swoje umiejętności i talent, ponieważ boimy się, że zostaniemy uznani za oszustów.
Ale Joe zostawił otwartą gazetę na blacie w kuchni. Schowałam więc dane
kontaktowe do szuflady w biurku na wypadek, gdybym kiedyś zebrała się na
odwagę, żeby zadzwonić. I zadzwoniłam. Jakieś trzy miesiące później. To
była trampolina do mojej pisarskiej kariery.
Wydawnictwo było małe, właściwie jednoosobowe. Moją pierwszą książkę
redagowaliśmy w kuchni wydawcy. Siedzieliśmy przy stole, jeden pies
drzemał u naszych stóp, a drugi czujnie krążył wokół. Udało nam się
wybrać zdjęcie na okładkę i ponownie przeczytaliśmy fragmenty, żeby
sprawdzić spójność tekstu. Kiedy spotkaliśmy się, aby przejrzeć
ostateczną wersję do druku, wydawca zasugerował, żebym założyła bloga,
to miało przyciągnąć grono odbiorców. Zgodziłam się bez przekonania.
Moim pierwszym wpisem na blogu był list do Jacka z okazji jego ósmych
urodzin. Starałam się przedstawić go czytelnikom takim, jakim był w tym
konkretnym momencie: małym chłopcem z niesamowitą pamięcią do dat,
uwielbiającym ciasteczka.
Wkrótce odkryłam, że pisanie bloga to świetny sposób na przepracowanie
moich doświadczeń związanych z diagnozą i macierzyństwem. Krok po kroku,
za pomocą internetu, zaczęłam dzielić się fragmentami naszego życia oraz
trudnościami wynikającymi z autyzmu. Porównywałam drobne ukłucia żalu,
których doświadczałam w ciągu dnia, do drobnych skaleczeń kartką. Żal
pojawiał się na przykład wtedy, gdy widziałam jakiegoś chłopca w wieku
Jacka bawiącego się z przyjaciółmi, podczas gdy on siedział na placu
zabaw sam, z boku. Reakcja na naszą historię była wręcz oszałamiająca.
Okazało się, że wielu ludzi chce poznać świat dziecka ze zdiagnozowanym
autyzmem. Stopniowo więc grupa moich odbiorców zaczęła się powiększać.
Miałam też grono bliskich przyjaciółek w prawdziwym życiu - kobiety,
które mnie wspierały i starały się jak najlepiej zrozumieć moją
sytuację, czyli jak to jest mieć syna takiego jak Jack. Słuchały, kiedy
potrzebowałam się wygadać, przynosiły moje ulubione przekąski, gdy mnie
odwiedzały, i ogólnie zapewniały mi bezpieczną przestrzeń, w której
mogłam odpocząć i porozmawiać. Mimo wszystko jednak miałam wrażenie, że
nikt tak naprawdę nie rozumie mojego świata.
Wtedy to właśnie na arenę wkroczył Facebook i stał się platformą do
kontaktów społecznych. Dołączyłam do kilku grup dla rodziców dzieci ze
specjalnymi potrzebami / z niepełnosprawnościami. Pierwsza z nich
nazywała się Autism Magic Happy Fun Time i była społecznością złożoną z blogerów, którzy dzielą się emocjonalnymi zawirowaniami będącymi częścią
życia z autyzmem. To właśnie tam trafiłam na historię Kate.
Pamiętam, jak przeczytałam o tym, jak bardzo jej rodzina była
odizolowana z powodu ciężkiej postaci autyzmu u Coopera - jak niewiele
miejsc mogli odwiedzić ze względów bezpieczeństwa. Bez chwili namysłu
wysłałam jej wiadomość, zapewniając, że zawsze jest mile widziana w New
Hampshire. Był rok 2014. Jej syn, Cooper, miał cztery lata, a Jack
dziesięć.
Z perspektywy czasu wydaje mi się to zupełnie do mnie niepodobne, ale
wtedy najwyraźniej pokierowała mną jakaś siła. Być może nawet więź, a raczej niewidzialne porozumienie, zrodzone z samotności, której ciągle
doświadczałam. Nie spodziewałam się żadnej odpowiedzi. A jednak dzień
później czekała na mnie wiadomość. Od tamtej pory byłyśmy w stałym
kontakcie. Wysyłałyśmy do siebie wiadomości, e-maile, a w końcu SMS-y,
wymieniałyśmy się żartami, zdjęciami i dzieliłyśmy zmartwieniami, które
często nie dawały nam spać po nocach. Mimo tego, że mieszkałyśmy na
dwóch odległych krańcach kraju, to nawiązała się między nami przyjaźń,
może wirtualna - ale jednak. Minęło prawie osiem lat, zanim spotkałyśmy
się osobiście.
Poczułam, że ktoś poza mną nareszcie rozumie, jak nieprzewidywalne,
twarde, bolesne i niesamowite bywa życie. Jednocześnie zafascynowały
mnie różnice między naszymi synami i ich diagnozami - między tym, w jaki
sposób Cooper ustawiał krzesła w rzędach i gromadził papier, a tym, jak
Jack obsesyjnie fascynował się tablicami rejestracyjnymi i zmagał z niemal każdą formą interakcji społecznej.
Kiedy wybuchła pandemia, Kate zaczęła wykorzystywać bardziej kreatywne
sposoby na angażowanie swoich odbiorców, czyli zaczęła prowadzić relacje
na żywo na Facebooku.
Pewnego dnia zaprosiła mnie i dwie inne mamy, autorki książek o autyzmie, żebyśmy dołączyły do dyskusji na temat, który akurat
przedstawiała. To właśnie wtedy poznałam Adrian. Po raz kolejny poczułam
niemal natychmiastową więź zarówno z nią, jak i z historią jej życia.
Chociaż bardzo się od siebie różnimy jako matki, a nasi synowie mają
bardzo różne diagnozy, to wiele nas łączy.
Teraz siedzę przy biurku znów gotowa do pisania. Moja historia nie jest
jakąś nietypową historią. Przez długi czas sądziłam, że jest opowieścią
o chłopcu. Teraz nie jestem już tego taka pewna. Ta historia jest jak
dziki kwiat, który wyłania się z pęknięcia w chodniku i rozkwitła w coś
delikatnego, zaskakującego.
To historia o małżeństwie, wybawieniu, stracie i nadziei. To historia o walce z wyobcowaniem, jakie narzuca autyzm. Historia o tym, że siła tkwi
w ilości - i jak ważne jest znalezienie społeczności, która cię wspiera.
Wraz z każdym słowem, które zapisuję, uświadamiam sobie, że świat musi
się jeszcze dużo nauczyć. Podobnie jak ów chłopiec, Jack. Czy tak się
jednak stanie? Mój niepokój jest tak wszechogarniający, że czasem mam
wrażenie, jakby go w ogóle nie było. Myślę o Jacku, widzę go w jego
pokoju przypominającym pokój w akademiku, jak ciężko pracuje, by
zbudować swoje życie wokół diagnozy - a może pomimo niej - i moje serce
przepełnia duma. Ponieważ życie z autyzmem to niekończący się wir
sprzeczności, które zmieniają się z minuty na minutę.
Wierzę w niego. Wierzę w świat. Wierzę w drugie szanse i uśmiechy
płynące z dobrej woli. Wierzę, bo muszę wierzyć. Nie mam innego wyjścia.
Nie mam innego wyboru, bo pewnego dnia umrę. I choć ta myśl mnie
paraliżuje, to przecież taka jest prawda. Oto ja, maleńka i wystraszona.
Ale na razie żyję odważnie.
Nie mam wyboru. Gdy patrzę w niebo, staram się widzieć słońce zamiast
burzowych chmur. Słyszę dźwięki muzyki i nasłuchuję ptaków, które
odleciały. Czuję nadchodzącą zimę. Liście żółkną, unoszą się, dryfują,
opadają. Jednak z wiosną przyjdzie nowe życie i gałęzie będą znów
zielone. Nadejdzie nowa nadzieja. Mocno się trzymam światła. To właśnie
ono utrzymuje ptaki na niebie.
Liczę na to, że w zdaniach, które tu, w tej książce skreśliłam,
znajdziecie coś dla siebie. Przekazuję je wam z głębi serca.
2. Dzień diagnozy
2
Dzień diagnozy
KATE
Ludzie docierają do mnie różnymi kanałami. Przez Facebooka. Instagram.
Przez wiralowe wideo, na którym płaczę w samochodzie. Dzięki mojej
pierwszej książce Forever Boy. Gdy do mnie trafiają, znajdują się na
różnych etapach swojej życiowej drogi. Albo podejrzewają autyzm. Albo
właśnie usłyszeli słowo "autyzm" w odniesieniu do swojego dziecka. Albo
chcą wesprzeć członka rodziny z autyzmem. Lista jest długa.
Często powtarzam: "U waszego dziecka właśnie zdiagnozowano autyzm. Być
może to był szok. Być może nie. Być może, tak jak ja, wcześniej
przeczuwaliście, że coś się dzieje, a mimo wszystko poczuliście bolesne
ukłucie, gdy słowa te zostały wypowiedziane na głos w odniesieniu do
waszego dziecka".
Klub autyzmu. To dziwne uczucie, gdy nagle zaczynacie do niego należeć,
mimo że nigdy tego nie chcieliście. Przyznaję, ja nie chciałam. Ale
teraz już wiem, że to przynosi ukojenie. Bo kiedy w końcu byłam gotowa,
to znalazłam w tym klubie wsparcie. Znalazłam bliskich mi ludzi. No ale
za bardzo wybiegam myślami w przyszłość.
Kiedy wyszliśmy od lekarza, to w pewnym sensie miałam wrażenie, jakby
Cooperowi właśnie wręczono pakiet o nazwie autyzm. Został on po prostu
zrzucony na jego barki przez młodego psychiatrę. Część mnie chciała
wtedy grzecznie odmówić. "Nie, dziękuję. Proszę sobie to zatrzymać.
Naprawdę, dziękujemy". Ale to tak nie działa. To nie tak, że akurat
wtedy "dostał" taką a nie inną diagnozę. Ona zawsze była obecna. Cooper
miał i ma autyzm, taka jest prawda. Nieważne, jak to nazywaliśmy i gdzie
akurat mieszkaliśmy. Zaprzeczanie temu byłoby zaprzeczaniem jego
prawdziwemu ja.
Chciałabym, żeby rodzice wiedzieli, że mogą zdecydować, jak chcą do tego
podejść. I choć to niełatwe, a prawdopodobnie na początku wręcz
niemożliwe, możemy wybrać naszą reakcję na tę, determinującą nasze
życie, diagnozę. Łatwo powiedzieć. Na początku też mi nie przyszło do
głowy, że to, jak będę postrzegać niepełnosprawność mojego syna, zależy
ode mnie. Przedstawiano nam ją jako coś, co trzeba pokonać, prześcignąć,
a nawet wręcz zredukować. Mam szczerą nadzieję, że obecnie sytuacja
wygląda inaczej. I diagnoza nie jest już przedstawiana jako wyrok, a jako zaproszenie do nowego życia, pełnego szczęścia, radości i wsparcia.
Marnowałam czas i życie mojego syna, czekając, aż będzie lepiej. Żyłam w tym nieustannym smutku, powtarzając sobie: "Będę szczęśliwa, kiedy
zacznie mówić, będę szczęśliwa, kiedy pójdzie do szkoły, będę
szczęśliwa, kiedy w końcu zacznie spać". Zawsze było jakieś "kiedy".
Zamiast doceniać każdą chwilę, trwałam w gniewie czy niezgodzie na to,
co jest. Nie chciałam być taką osobą. Postanowiłam wybrać radość. Tylko
ja decydują o tym, jak się czuję. Mam wybór. I wy też go macie.
Nie było mi łatwo zejść z drogi, którą dotąd szłam, i ruszyć w nieznane.
Los postawił mnie w sytuacji, że mam być ekspertką. Rzeczniczką. Że
nagle będę niezłomna i odważna. Oczywiście, dla Coopera zrobiłabym
wszystko, i to milion razy. Ale byłam przerażona. Czasem żartuję, że
podręcznik o tym, jak radzić sobie z autyzmem, zaginął gdzieś na
poczcie. Ten, który miał mi wyjaśnić, co mam robić.
Teraz jestem zupełnie inną osobą, niż byłam jedenaście lat temu, kiedy
to położono przede mną kartkę z napisem "zaburzenia ze spektrum
autyzmu".
Ludzie często pytają mnie, kiedy dowiedziałam się, że mój syn ma autyzm.
Pytania zadają rodzice pełni dobrych intencji, patrzący na mnie z nadzieją, że ich przyszłość nie będzie wyglądała jak moja. Ja też kiedyś
taka byłam. Już nie jestem.
Moja odpowiedź na pytanie brzmi: Cooper był inny od chwili, gdy po raz
pierwszy wzięłam go w ramiona. Oczywiście, wtedy nie znałam słowa
"autyzm", to przyszło znacznie później. Ale patrząc wstecz i mając
trójkę starszych dzieci, mogę z całą pewnością stwierdzić, że Cooper był
inny od chwili narodzin.
Podczas gdy większość noworodków tuli się, postękuje, jest głodna i wyczerpana po podróży, jaką jest poród, Cooper był całkowicie
rozbudzony. Tak, jego poród był traumatyczny i mówię o tym przy okazji
każdego spotkania w sprawie indywidualnego programu nauczania (IPN), gdy
pada pytanie o jego narodziny. Zaskakujące było to, że tak szybko się
ożywił. Zamiast wyczerpania chciał usiąść, rozejrzeć się i wszystko
chłonąć. Nigdy nie zapomnę, z jak niewiarygodną siłą próbował unieść
główkę, a jednocześnie czułam, jak bardzo był delikatny.
Świat nigdy nie miał dla Coopera większego sensu. Ani wtedy, ani teraz.
Od samego początku potrzebował stymulacji. Później dowiedziałam się, że
poszukiwał wrażeń sensorycznych, ale wtedy po prostu myślałam, że
uwielbia jasne światło telewizora i śnieg padający za oknem. Spędzaliśmy
godziny, kołysząc się przed jednym i przed drugim. Jedzenie i spanie
przychodziły mu z trudnością. Dziś, gdybyście mnie o to zapytali,
patrząc wstecz, powiedziałabym od razu, że mój słodki noworodek cierpiał
z powodu stanów lękowych. Ale oczywiście wtedy tego nie wiedziałam.
Wiedziałam tylko, że moje dziecko było inne niż wszystkie niemowlęta, i nikt mi nie wierzył.
Gdy wkraczamy w świat macierzyństwa, to często słyszymy radę "zaufaj
swojej intuicji". Ale co, jeśli nasza intuicja jest tak samo
zdezorientowana jak my? Dzisiaj uważam, że byłam zdecydowanie zbyt pewna
siebie, gdy przyniosłam Coopera do domu. Sądziłam, że mam doświadczenie,
przecież miałam za sobą niezliczone godziny opieki nad dziećmi. Jednak w jego przypadku krzywa uczenia się macierzyństwa była od razu gwałtownym
skokiem, a nie łagodnie wznoszącą się linią. Chciałabym wam powiedzieć,
że bez względu na to, jakie macie doświadczenie w opiece nad dziećmi,
ile książek przeczytałyście czy ile ukończyłyście kursów dla rodziców,
bycie matką w prawdziwym życiu to zupełnie inna historia.
Ja od razu poszukałam pomocy. I robiłam to potem przez kolejne lata.
Spotykałam się jednak ze słowami: "Zrelaksuj się", "Wyluzuj", "Jesteś
świeżo upieczoną mamą". Albo też: "Chłopcy są po prostu bardziej leniwi,
wolniej się rozwijają".
Pamiętam, jak płakałam rzewnymi łzami w gabinecie lekarskim, gdy nasza
pediatra badała Coopera. Zajrzała mu do uszu, obejrzała wędzidełko
języka, a nawet sprawdziła, czy na palcach u rąk i nóg nie ma
zaplątanych włosów, które mogłyby odciąć krążenie. Po zakończeniu
badania delikatnie położyła dłoń na moim ramieniu i powiedziała:
"Niektóre dzieci są po prostu trudne, Kate, i twoje właśnie takie jest".
Z biegiem czasu, gdy Cooper nie rozwijał się tak, jak powinien,
poradzono mi, żebym mu więcej czytała i przestała ciągle analizować jego
potrzeby.
Ostatecznie najbardziej niebezpieczną rzeczą, jaką kiedykolwiek
usłyszałam, było: "Poczekajmy, aż skończy trzy lata, wtedy zobaczymy i ewentualnie zaczniemy się martwić". Tak się, niestety, dzieje do dziś, a w wielu miejscach czeka się nawet do piątego roku życia. Codziennie
powtarzam rodzicom, żeby zaufali swojej intuicji. Czasami trzeba
(grzecznie) narobić hałasu.
Im wcześniej dziecku zostanie postawiona diagnoza i im wcześniej
dostanie się pod opiekę specjalistów, tym lepiej to wpłynie na jego
umiejętności komunikacyjne, zachowanie i ogólny rozwój. Pamiętaj, że
twoje dziecko to tylko jeden z wielu przypadków, z którymi ma do
czynienia lekarz, nauczyciel lub pracownik socjalny. To ty musisz
naciskać. Nikt inny nie będzie walczył o twoje dziecko. To ty jesteś
jego najlepszym obrońcą.
Nie spotkałam się z określeniem "zaburzenia ze spektrum autyzmu", dopóki
Cooper nie skończył jedenastego miesiąca życia. To znaczy, na pewno
gdzieś tam je słyszałam, ale w odniesieniu do innych dzieci. Nie do
mojego syna. Pewnego dnia w pracy podczas lunchu jadłam kanapkę i zajmowałam się jakimiś swoimi sprawami. Prowadziłam duży projekt w organizacji non profit, której misją była pomoc dzieciom i rodzinom w trudnych sytuacjach, więc często byliśmy informowani o działalności,
jaką nasza organizacja świadczyła dla różnych społeczności. Bardzo
lubiłam uczyć się nowych rzeczy i lubiłam robić też sobie przerwy od
pracy, często więc uczestniczyłam w prezentacjach, które odbywały się w porze lunchu. Nagle gwałtownie podniosłam głowę. Pielęgniarka
powiedziała: "Nie mówią tyle, co inne dzieci". Następnie przeszła do
wymieniania kolejnych symptomów, takich jak: brak reakcji na własne
imię, unikanie kontaktu wzrokowego, nieodwzajemnianie uśmiechu, irytacja
wywołana konkretnym smakiem, zapachem lub dźwiękiem oraz powtarzające
się ruchy, między innymi machanie rękami, pstrykanie palcami lub
kołysanie ciałem.
Nigdy wcześniej w życiu nie przydarzyła mi się aż tak gwałtowna reakcja
"walcz lub uciekaj" jak w tamtej chwili. Musiałam natychmiast wydostać
się z tego pomieszczenia. Próbowałam dyskretnie się wymknąć, ale moje
krzesło odskoczyło i gdy wstałam, to uderzyłam w ścianę. Zamarłam. Nagle
wszystkie oczy zwróciły się w moją stronę. Łzy napłynęły mi do oczu, jak
u postaci z kreskówki z dawnych lat. Odwróciłam się szybko i uciekłam.
Kiedy dotarłam do swojego gabinetu, natychmiast zamknęłam drzwi na
klucz. I zrobiłam to, co robi większość rodziców w chwilach strachu o swoje dzieci. Zaczęłam googlować.
Słowa, które wpisywałam, wydawały mi się obce i przerażające. Zaburzenia
ze spektrum autyzmu. Nie było wtedy blogów, z których można byłoby się
czegoś dowiedzieć. Facebook też nie był jeszcze popularny. Wyniki
wyszukiwania odsyłały mnie do stron internetowych o tematyce klinicznej.
Czarno-białe fachowe informacje pozbawione kolorów, które Cooper
przecież wnosił do naszego życia.
Całe popołudnie spędziłam na tworzeniu listy. Tak, Cooper się uśmiecha.
Nie, nie mówi. Tak, okazuje miłość. Nie, nie bawi się. W końcu znalazłam
M-Chat, internetowe narzędzie do badań przesiewowych oceniających ryzyko
zaburzeń ze spektrum autyzmu. Do końca dnia wypełniłam testy kilkanaście
razy. Za każdym razem otrzymywałam inną odpowiedź. Największa walka
zawsze toczy się między emocjami a rozumem. Mój mózg już wiedział, ale
moje serce nie było jeszcze gotowe.
Od tego dnia podczas przerw obiadowych wymykałam się do biblioteki i czytałam o autyzmie, opóźnieniach rozwojowych, problemach w wieku
dziecięcym i innych możliwych zaburzeniach. Uwielbiałam anonimowość,
jaką zapewniała mi biblioteka. Siedziałam w kącie zupełnie sama,
chłonęłam informacje i nikt mnie nie osądzał. Nikt nie wiedział, że tam
chodzę. To był mój czas. W tym miejscu nie musiałam się przed nikim
tłumaczyć.
Pewnego razu siedziałam na dużej, wygodnej kanapie w dziecięcej części
biblioteki. Czytałam właśnie książkę o zaburzeniach mowy, a wokół mnie
zebrała się grupka dzieci. Skakały i wspinały się na meble, czekając na
osobę, która przeczyta im książkę. Ich entuzjazm był zaraźliwy.
Spytałam, ile mają lat, a dziecięce głosiki krzyknęły, że dwa i trzy. I właśnie wtedy dotarło do mnie, że mój syn ma autyzm. Wszystkie te
książki, wszystkie badania, wszystkie narzędzia przesiewowe to jedno.
Ale zobaczenie na własne oczy, jak nie wygląda autyzm, rozwiało
wszystkie moje wątpliwości.
Pół roku później, zaledwie kilka miesięcy przed czwartymi urodzinami
Coopera, zdiagnozowano u niego głęboki autyzm trzeciego stopnia z zaburzeniami mowy. Gdy słowo "autyzm" zostało wypowiedziane na głos,
poczułam natychmiastową ulgę. Oczywiście nie chodziło o to, że ucieszyła
mnie taka diagnoza. Chodziło o to, że w końcu otrzymaliśmy jakąś
odpowiedź. I w tamtej chwili zmieniło się wszystko, a jednocześnie nie
zmieniło się nic. Pojechaliśmy do domu z teczką pełną informacji i nadal
nie wiedzieliśmy, co dalej robić.
Jedno na sześćdziesięcioro ośmioro. Taki był wskaźnik autyzmu w 2016
roku.
Jedno na sześćdziesięcioro ośmioro dzieci było w spektrum autyzmu.
Kiedy wchodziliśmy na wizytę lekarską, Cooper był jednym z pozostałych
sześćdziesięciorga siedmiorga. Kiedy wychodziliśmy, był tym jednym
jedynym. Kręciło mi się w głowie od jednoczesnego przyspieszenia i spowolnienia. Ale także od poczucia wyobcowania.
Na logikę (choć nie za bardzo się myśli logicznie w momencie, gdy świat
całkowicie wywraca się do góry nogami) znalezienie się w takiej grupie
powinno sprawić, że mogłabym się poczuć mniej samotna. Skąd więc to
poczucie wyobcowania? Dlaczego czułam się, jakbym miała jedyne na
świecie dziecko z taką diagnozą? Gdzie były pozostałe mamy takie jak ja?
Dzieci takie jak moje? Byłam jednocześnie zmotywowana i sparaliżowana. I powiem wam zupełnie szczerze, że zanim będzie lepiej, jest gorzej.
Nie lubię zarzucać rodziców zbyt dużą ilością informacji, ponieważ wiem,
że albo tego nie zapamiętają, albo ich to przytłoczy. Albo będą mieli do
mnie żal. Kiedy ktoś tonie, potrzebuje tratwy ratunkowej, a nie dobrych
rad, co ma czuć. Jednakże jest kilka ważnych informacji, które
chciałabym wiedzieć po usłyszeniu diagnozy. Chciałabym, żeby te
informacje były w teczce, którą wtedy położono przede mną na stole.
Kate, Cooper jest dokładnie taki, jaki powinien być. Diagnoza autyzmu
postawiona przez lekarza niczego nie zmieniła, podobnie jak niczego nie
zmienia fakt, że została ona wypowiedziana na głos. Cooper jest tym
samym niesamowitym dzieckiem, którym był, zanim nadano mu etykietkę.
Pamiętaj o tym.
Pozwól mu wskazać ci drogę. Wyprowadzi cię ze ścieżki "typowości" i wprowadzi do swojego magicznego świata. Spotkaj się z nim tam. Usiądź.
Słuchaj. Ucz się. Po prostu bądź tam, gdzie on, gdy wpatruje się w niebo
lub tańczy do muzyki, której nie słyszysz. Bądź też jego tarczą. Świat
jeszcze nie rozumie autyzmu. Być może ty też jeszcze tego nie pojmujesz,
ale jesteś teraz przewodniczką podróży.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki