Autorskie rozważania o postaciach do kolorowania - Szczepan Parysz

Kup ebooka

9.62 zł
7.98 zł (8,18 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

APARAT - był z niego

Był raz sobie chłopak,

który nocami często szlochał.

Jego najskrytszym pragnieniem było zdobycie

aparatu fotograficznego.

Wreszcie kupił mu go ojciec, by ten zasłynął

ze zdjęcia znakomitego.

Pstrykał więc młokos o imieniu Kacper

wszędzie dookoła

fotki, ile mógł, a mina jego była przy tym

bardzo wesoła.

Biegał z aparatem ten uroczy chłopak,

gdzie tylko mógł - z obiektywu promień

światła miotał.

Minęły dwa, może trzy tygodnie -

Kacper znów szlochał pokątnie.

Pyta więc go ojciec: "Czemu płaczesz

na nowo?"

Odpowiedział Kacperek: "Wiem, wyszło

to może trochę pechowo,

kupiliście mi z mamą aparat, to było moje

marzenie,

lecz ja teraz chciałbym fotografować

hipopotama w jego naturalnym terenie".

"No cóż, skoro nie jesteś w pełni zadowolony

z aparatu,

wyślemy cię na wycieczkę do afrykańskiego

rezerwatu".

"Cieszę się bardzo!" - odpowiedział

z radością syn.

"Mam nadzieję, że was nie zawiodę i na safari

wśród fotografów będę wiódł prym.

Odkąd mam ten aparat, nigdzie się bez niego

nie wybieram,

noszę go ze sobą wszędzie, traktuję go,

jak wędkarz swój podbierak".

Kacperek nie mógł się już doczekać

upragnionej wyprawy,

przechwalał się, że mógłby zapomnieć

wszystkiego, tylko nie aparatu i jego oprawy.

Przyszedł już termin wycieczki afrykańskiej.

Rodzice nakazali Kacperkowi spakować się

nadzwyczaj starannie,

dlatego że Afryka jest daleko.

Ciężko by było dostać Kacperkowi to, czego

zapomniałby zabrać z kraju swojego.

Syn na to dumnie i z należytą powagą:

"Mam swój aparat, nic więcej nie potrzebuję

poza odwagą".

Mimo przestróg obojga rodziców

o spakowaniu starannym

poleciał Kacperek na czarny ląd samolotem

porannym.

Wyjechali do rezerwatu fotografowie,

wśród nich młokos pewny siebie, co się Kacper

zowie.

Po długich oczekiwaniach wynurzył się z wody

hipopotam ogromny i niezwykłej urody.

Nic synkowi nie pozostało więcej - tylko

pstryknąć zdjęcie

i ustawić się po nagrodę w kolejce.

Rzeczywiście z aparatem się nie rozstawał,

więc miał go przy sobie,

lecz już zapas baterii zostawił w innej torbie.

Zdjęcie życia uciekło gdzieś przez lenistwo

i roztargnienie.

Młody fotograf nadmienił: "Może po tym

wszystkim się zmienię".

Taka też zmiana zaszła u młodego chłopczyka,

że zawsze sprawdza zapas baterii, zanim

zdjęcie pstryka :)

W trudach powstaje to, co najtrwalsze

W jednym lesie mieszkali,

a mimo to rzadko się spotykali.

Mowa o uczynnym chomiku,

co zalet miał bez liku,

i o niedźwiedziu, który mimo wielu wad

miał ogromną siłę, by na lepsze zmieniać

świat!

Ów misio niczym się nie przejmował.

Tylko drzewa na zawartość uli i miodu

studiował.

Rzadko się do czegoś przywiązywał.

Ale często się nie na temat odzywał.

Miodem się dzielił chętnie ze wszystkimi,

a jego kumple niedźwiadki szczycili się

apetytami nie byle jakimi.

Duży był misio i silny fizycznie.

Ale też łatwowierny i ufny nadmiernie.

Przeciwnie chomik: ten był uparty

i konsekwentny,

przy tym zaradny i oszczędny.

Chomik stronił od fałszywych przyjaciół,

unikał takich jak niedźwiedź "hulaków",

ale pech chciał: na pikniku w puszczy

połączył losy chomika i niedźwiedzia lisek

okrutny,

który to słynął z podstępów

i chęci do złych uczynków całych zastępów.

Ogłosił on konkurs na cały las,

żeby zdobyć trudno dostępny kwiat.

Celowo to tak wymyślił, bo wiedział,

że ani chomik, ani niedźwiedź

nie zdobędą go ani później, ani wcześniej.

Droga do kwiatka była tak skonstruowana,

że dla żadnego leśnego stworzenia nie była

dopasowana.

Lisek chciał misia i chomika podczas wyścigu

rozdzielić,

chomika pożreć, a niedźwiedziowi miód zjeść.

Początkowo chomik i miś się mało znali.

Oddzielnie więc w swoje drogi wyruszali.

I tak niedźwiedź zaklinował się w skalnym

wąwozie.

Chomik zmieściłby się tam, wraz z całym

powozem.

Miś jak to miś w pierwszy dzień zjadł cały

miód.

Chomik nakarmił go, gdy przyszedł mróz.

Miś ciągle gadał, ciągle coś śpiewał.

Chomik znużony już przez to ziewał.

Miś jak to miś często marudził.

Chomik coraz bardziej się z misiem nudził.

I przyszedł taki czas, że chomik misia

już nie zniósł.

Miś go wtedy przez rwącą rzekę na własnym

grzbiecie przeniósł.

Potem obronił go przed liskiem,

przeganiając chytruska własnym pyskiem.

Nauczyli się wtedy oba bardzo wiele,

że najlepiej w konkursach wypadają

przyjaciele,

ale wtedy wygrali coś cenniejszego:

prawdziwą przyjaźń, zaczęli mówić do siebie

"kolego"

i dbają o siebie wzajemnie,

wypatrując liska, co knuje intrygi potajemnie!