1
TRZY MIESIĄCE PRZED PRZEBUDZENIEM
Samochód wolno jechał ścieżką wiodącą do domu. Zatrzymał się obok czarnej terenówki, jedynego pojazdu stojącego na niewielkim parkingu. Dziewczyna rozglądała się wokół przez kilka chwil, potem włożyła za ucho kosmyk włosów, odkrywając długą bliznę na skroni.
Znajdowała się w odosobnionym miejscu, ale nie to ją niepokoiło. Wzięła z siedzenia pasażera wypchaną torbę i dopiero w tym momencie zdała sobie sprawę, że ręce jej drżą. Bicie serca było przyśpieszone i nieregularne.
Dziewczyna z blizną poczuła na czole lekkie mrowienie i dotknęła tego miejsca, bojąc się, że to owady. Wyobraziła sobie, że obłażą jej twarz, wchodzą do oczu i do uszu, dostają się do ust i opanowują gardło. Dotykała ostrożnie czoła, ale były to tylko kropelki potu zimnego jak lód.
Kilka razy głęboko westchnęła, wciągając tyle powietrza, ile tylko potrafiła, ale miała wrażenie, że jej serce oszalało. Wiedziała, co się zaraz wydarzy. Czuła podobny ucisk już setki razy. To uczucie poprzedzało atak paniki.
Dziewczyna miała pokusę, by włączyć silnik i odjechać. Kilkakrotnie odkładała i brała ponownie torbę z sąsiedniego siedzenia, wreszcie znieruchomiała, opadła na oparcie i uderzyła pięścią w kierownicę.
Nie, nie da się pokonać. Tym razem zareaguje.
Drżącymi rękami musnęła schowany pod bluzką wisiorek na łańcuszku. Był to srebrny pojemniczek na tabletki. Otworzyła go, wydobyła małą białą pastylkę, włożyła ją do ust i przełknęła z trudem. Zamknęła oczy, zaciskając mocno powieki. Jakoś udało jej się opanować oddech. Odczekała dwie minuty i wreszcie zdecydowała się wysiąść z samochodu.
Dotarła do drzwi wejściowych, omijając kałuże po niedawnej ulewie. Kilkakrotnie przesunęła glany po wycieraczce, by usunąć z nich błoto. Nacisnęła guzik domofonu i czekała na odpowiedź, wpatrując się nieruchomo w kamerkę wbudowaną w urządzenie, aż wreszcie jakiś męski głos powiedział, żeby weszła.
Dziewczyna z blizną wkroczyła do niewielkiej poczekalni z łuszczącym się tynkiem i długim rzędem krzeseł wzdłuż ściany. Naprzeciwko niej znajdowały się pomalowane na zielono zamknięte drzwi.
- Profesorze Mascarelli? - zawołała.
Nie doczekała się odpowiedzi, więc chwyciła klamkę i otworzyła drzwi. Weszła do dużego, kwadratowego pokoju z drewnianą podłogą i wielkimi, pełnymi książek regałami. Duże, panoramiczne okno pozwalało podziwiać bujną roślinność lasu, który otaczał dom. Pośrodku pomieszczenia, na zakurzonym dywanie, stało biurko.
Przez przesuwane drzwi z boku pokoju wszedł mężczyzna krępej budowy. Miał koło sześćdziesiątki, przerzedzone włosy i oczy tak wyłupiaste, że nadawały mu wygląd wielkiego płaza. Ubrany był w koszulę w kratę i znoszone, wypchane dżinsy.
- Rozumiem, że Aurora Scalviati? - rzekł, uśmiechając się z niejasną satysfakcją. - Proszę wybaczyć oczekiwanie, ale osoby, z którymi mam do czynienia, zazwyczaj za mną nie tęsknią.
- Wydaje mi się, że przez telefon wyraziłam się jasno. Proszę nigdy nie mówić do mnie po nazwisku - zaznaczyła.
Mężczyzna potarł podbródek, zamyślony.
- Tak. Zapomniałem - bąknął. Potem odchrząknął, chciał wyglądać na osobę profesjonalną i zdystansowaną. - Przyniosła pani dokumentację medyczną?
Dziewczyna wręczyła mu torbę.
- W środku jest też wynagrodzenie, jakie ustaliliśmy.
Mężczyzna pogrzebał w torbie, przeglądając pobieżnie jej zawartość. Gdy już włożył do kieszeni plik banknotów, wyjął dwie zadrukowane, spięte spinaczem kartki.
- Czy pani... wymazała swoje nazwisko z zaświadczeń lekarskich? - spytał zdumiony.
- Wydaje mi się, że ostatecznie jest to też w pana interesie - odparła dziewczyna. - Gdyby cokolwiek poszło nie tak, to nie sądzę, żeby chciał pan, by moje nazwisko łączono z pańskim.
- A może jest odwrotnie - odparł mężczyzna ironicznie.
- Nikt nie powinien się dowiedzieć, że tu byłam - mówiła dalej dziewczyna, okazując dużą pewność siebie. Ale w jej spojrzeniu było widać jakieś trudne do ukrycia zagubienie. Jej oczy były niespokojne, mocno podkrążone i bez przerwy rozglądała się po pokoju.
- Jest pani blada. Na pewno dobrze się pani czuje?
- Gdybym dobrze się czuła, to raczej bym się tu nie znalazła, nieprawdaż?
Mężczyzna bąknął coś do siebie, potem wziął z biurka okulary i założył je. Przeczytał dokumenty.
- Tego rodzaju zaburzenia leczono u pani w szpitalu specjalistycznym - mruknął. - Skoro lekarze nie umieli rozwiązać pani problemu, skąd myśl, że ja będę potrafił?
- Leczenie farmakologiczne, któremu mnie poddano, nie dało oczekiwanych rezultatów. A lekarze stwierdzili, że terapia EW jest dla mnie zbyt ryzykowna.
- Terapia elektrowstrząsowa. W takiej formie brzmi to bardziej krzepiąco niż electroshock, nie sądzi pani?
- Uważają, że to zbyt niebezpieczne z powodu mojego... stanu ogólnego.
- Została pani poważnie zraniona - powiedział mężczyzna. - Czy mogę spytać, jak to się stało?
- Nie zamierzam o tym rozmawiać.
Nastąpiła długa cisza, w trakcie której mężczyzna przyjął postawę obronną.
- Jest pani z policji, prawda?
- To skomplikowane - odparła krótko dziewczyna.
- Czy mogę spytać, skąd dostała pani kontakt do mnie? - dopytywał.
Dziewczyna lekko uniosła jedno ramię.
- W moim zawodzie pozyskiwanie informacji nie jest takie trudne.
Mężczyzna westchnął.
- Rozumiem, że jest pani świadoma przeciwwskazań do takiego leczenia. Mówiono pani zapewne o komplikacjach sercowo-naczyniowych, drgawkach, ostrych bólach głowy i możliwych zanikach pamięci?
- Utrata pamięci byłaby najmniejszym kłopotem - stwierdziła gorzko dziewczyna.
Mężczyzna rozłożył ramiona, jakby się poddając.
- No dobrze - westchnął. - Przygotowałem pokój, w którym będzie pani mogła odpocząć po pierwszej sesji. Czy będzie ktoś, kto pani potem pomoże?
Dziewczyna rozglądała się przez chwilę, zakłopotana.
- Co... co pan ma na myśli?
Po jej reakcji mężczyzna zrozumiał, jak bardzo nie na miejscu było to pytanie. To było oczywiste, wystarczyło na nią spojrzeć. Ta dziewczyna była najbardziej samotną osobą, jaką kiedykolwiek spotkał.
- Również po ustaniu działania środków znieczulających nie będzie pani wolno pod żadnym pozorem prowadzić samochodu - wyjaśnił. - Jak zamierza pani wrócić do domu?
- Żadnego znieczulenia - ucięła dziewczyna.
- Stężenie metoheksitalu jest bardzo małe, pozwala na szybkie wybudzenie po zabiegu.
- Żadnego znieczulenia - powtórzyła. - Muszę być świadoma przez cały czas.
- W porządku - stwierdził mężczyzna, siadając za biurkiem. Jest przecież wielu takich, którzy twierdzą, że ludzie w depresji mają poczucie winy, a elektrowstrząsy zaspokajają ich potrzebę otrzymania kary.
Wyciągnął z szuflady bloczek zadrukowanych kartek.
- Mam jeszcze puste recepty z czasów, kiedy wykonywałem zawód.
Wypełnił trzy recepty, wyrwał je i wręczył dziewczynie.
- Pomiędzy sesjami pani stan może się pogorszyć. Te leki pozwolą kontrolować ataki lękowe.
- Sfałszowane recepty - skomentowała dziewczyna.
- Chyba nikogo pani nie powiadomi.
Dziewczyna wzięła recepty i wsunęła je do wewnętrznej kieszeni kurtki.
- Proszę za mną.
Mężczyzna poprowadził ją słabo oświetlonym korytarzem, na którego ścianach wisiały reprodukcje najsłynniejszych dzieł renesansu. Drewniana podłoga skrzypiała przy każdym kroku.
- Wie pani, że przy pierwszych eksperymentach korzystano z procedur przyjętych w rzymskich rzeźniach w latach trzydziestych ubiegłego wieku? Podobno przed ubojem ogłuszali tam świnie elektrowstrząsami. Taki gest litości wobec biednego zwierzęcia...
- Profesorze, nie przyszłam tu na lekcję historii.
- Proszę, odpuśćmy sobie te tytuły - odparł mężczyzna. - Odkąd zabroniono mi wykonywania zawodu, nie mają żadnego znaczenia.
Otworzył drzwi po spartańsku urządzonego gabinetu: pod ścianą stała szafeczka z lekami, obok było okno z zamkniętymi okiennicami. Pośrodku stała kozetka, obok niej stojak na kroplówkę i stolik na kółkach z komputerem, aparaturą do elektrowstrząsów i rozmaitym sprzętem medycznym. Z butli zwisała maseczka tlenowa. Źródłem światła była żarówka na suficie.
- Czy przed przyjściem tutaj przyjmowała pani jakieś leki?
- Nie - skłamała dziewczyna, wieszając kurtkę przy wejściu.
Gdy ułożyła się na kozetce, mężczyzna założył jej maseczkę tlenową i otworzył zawór butli.
- Proszę oddychać przez dwie minuty, żeby dotlenić tkanki przed zabiegiem.
Na prawe udo założył jej pasek uciskowy. Podwinął rękaw jej koszuli i wziął strzykawkę ze stolika.
- Co to jest? - zapytała z nagłą czujnością. Słowa przytłumiła maseczka.
- Suksametonium - odparł. - To środek rozluźniający. Używa się go do zwiotczania mięśni, żeby osłabić efekty skurczów.
- Środek paraliżujący - sprecyzowała.
- Proszę się nie obawiać, przez cały czas będzie pani świadoma. Suksametonium przestanie działać po kilku minutach. Drganie mięśni będzie trwać od trzydziestu do dziewięćdziesięciu sekund, zastrzyk jest konieczny, żeby uniknąć złamania żeber albo kręgosłupa. Pasek uciskowy służy odseparowaniu reszty ciała, żeby nie nastąpi zawał - przerwał na chwilę. - Przed rozpoczęciem na wszelki wypadek wstrzyknę pani roztwór na bazie tlenu, bo nie będzie pani w stanie samodzielnie oddychać.
Zrobił dwa zastrzyki i przetarł skronie dziewczyny bawełnianym wacikiem, po czym przypiął elektrody. Między zęby włożył jej gumowy rozwierak.
- To zapobiega połamaniu zębów i przygryzieniu języka.
Wreszcie chwycił pokrętło.
- Jest pani gotowa?
Dziewczyna z blizną mrugnęła potwierdzająco.
Mężczyzna zdecydowanie poruszył pokrętłem.
Ciałem dziewczyny wstrząsały ostre spazmy, podczas gdy przez jej mózg przechodziło wyładowanie o napięciu 480 woltów. Wywróciła oczy do tyłu. W głowie wybuchły fragmenty wspomnień, niezwiązane ze sobą przebłyski z innych czasów i innych miejsc.
Przez chwilę była gdzie indziej.
Z powrotem w starej ubojni, gdzie wszystko się zaczęło.
Usłyszała krzyki, potem strzały.
I wszystko pogrążyło się w mroku.