atrament - nr 1, lipiec 2011 - Opracowanie zbiorowe
0.00 zł

Reflow text when sidebars are open.
Mirela Wczasek
Relacje pomiędzy kobietami a mężczyznami od zawsze nosiły znamiona ucisku. Jedną z form represji, stosowanych wobec kobiet, jest małżeństwo, które miało zagwarantować mężczyznom pełną kontrolę nad kobietami i ich podporządkowanie. Instytucja małżeństwa stała się narzędziem polityki płciowej1 systemu patriarchalnego. W małżeństwie odzwierciedlają się różne rodzaje władzy, które uwidaczniają się poprzez neutralizację związków homoseksualnych, odizolowanie przyszłej małżonki od wpływów rodziny, nakaz przyjęcia nazwiska męża, które jest wyrazem własności i pozwala na przedłużenie męskiej genealogii, eksploatacja pracy domowej kobiet, oddzielenie kobiet od siebie oraz zawładnięcie zdolnościami rozrodczymi2. Z chwilą zawarcia małżeństwa kobieta staje się wyłączną własnością mężczyzny, bez którego nic nie znaczy. Jak pisał w Fizjologii małżeństwa Balzack "kobieta jest własnością mężczyzny, którą nabywa na drodze kontraktu; jest ruchomością, gdyż posiadanie starczy za tytuł własności; słowem, ściśle mówiąc, kobieta jest przydatkiem do mężczyzny"3.
Do XVIII wieku kobiety pozostawały pod zupełną władzą rodziny, która mogła w pełny sposób decydować o ich przyszłym losie, w tym o zamążpójściu. Jednakże wolność majątkowa kobiet była wtedy znaczna - miały one możliwość dysponowania posagiem, który stanowił ich własność. W XIX wieku sytuacja ta uległa zmianie. Co prawda kobiety zyskały większą wolność w kwestii wyboru przyszłego małżonka, niestety pozbawiono je zupełnie możliwości decydowania w kwestiach finansowych. Kodeks Napoleona z 1807 uznał kobietę za "wieczyście małoletnią" i oddał ją pod pełną kontrolę rodziny, a następnie męża. Do lat 20.-30. XIX wieku małżeństwo służyło w znacznej mierze celom społeczno-gospodarczym. Zapewniało ono bowiem stabilizację majątkową i pozycję społeczną kobiecie, której funkcjonowanie poza instytucją małżeństwa było mocno ograniczone. Za jego pośrednictwem dokonywano fuzji majątków i budowano rodowe fortuny4.
Aby utrzymać pożądany stan rzeczy, system patriarchalny ograniczał dostęp kobiet do wykształcenia oraz poddawał je ciągłej socjalizacji. Wpajało się im wartości i wzorce, które ułatwiały późniejsze nimi sterowanie. Już małe dziewczynki uczy się potulności, łagodności, szacunku wobec nakazów ojca, który kreowany jest na głowę, czyli pana rodziny. Kobiety przez długi czas nie miały możliwości kształcenia się na uczelniach wyższych, a wcześniej nawet chodzenia do szkoły. Ich edukacja kończyła się w większości na lekcjach gry na pianinie, lekcjach śpiewu bądź nauce języka obcego, przeważnie francuskiego. Dodatkowo małżeństwo obwarowane zostało sankcją staropanieństwa. Stare panny to kobiety, które wypadły z ustalonej konwencji, to kobiety, których nikt nie zechciał pojąć za żonę. Poprzez budowanie negatywnego wizerunku kobiety samotnej/niezamężnej, marginalizację jej ze społeczeństwa oraz przez zaniżanie jej poziomu własnej wartości patriarchat chciał wytworzyć przeświadczenie, iż małżeństwo jest jedynym słusznym i godnym wyborem dla kobiety5. Poprzez te zabiegi małżeństwo stało się dla kobiety najdogodniejszą ścieżką kariery. "Mężatka ma prawo żądać utrzymania od męża; cieszy się w społeczeństwie o wiele większym szacunkiem niż kobieta niezamężna. [...] Rodzice ciągle jeszcze wychowują córkę z myślą raczej o zamążpójściu, niż o indywidualnym rozwoju; dziewczynka widzi w małżeństwie tyle korzyści, że sama go pragnie"6.
Małżeństwo polega na wymianie kobiet pomiędzy mężczyznami, którzy dysponują nimi niczym towarami. Kobiety bowiem, podobnie jak towary, posiadają swoistą wartość. "Ciała kobiet zapewniają - przez użytek, jaki się z nich robi, przez ich konsumowanie i wprowadzanie w obieg - warunkują istnienie społeczności i kultury"7. Ekonomia wymiany dokonuje się pomiędzy podmiotami męskimi, które nadają wartość przedmiotom-kobietom. Kobiety nie przedstawiają wartości same z siebie, wartość musi im zostać dopiero nadana. "Towary między sobą nie są więc ani równe, ani do siebie podobne, ani różne. Stają się takimi w procesie znakowania przez człowieka/mężczyznę i dla niego. [...] Wartość wymienna dwóch znaków, dwóch towarów, dwóch kobiet (nie jest w żaden sposób "właściwa" dla nich samych) jest reprezentacją potrzeb-pragnień podmiotów konsumentów-wymieniających"8. Na drodze socjalizacji rodzi się w kobietach przeświadczenie o konieczności dostosowania się do męskich pragnień. "Ekonomiczny przywilej i społeczne znaczenie mężczyzn, prestiż małżeństwa, korzyści męskiej opieki - wszystko to skłania kobiety, by gorliwie zabiegały o względy mężczyzn"9. Dlatego też między "towarami" dochodzi do rywalizacji, która zaprzepaszcza możliwość zjednoczenia się kobiet, zbudowanie wspólnoty. Kobiety rezygnują ze swych pragnień i potrzeb, kształtując się pod wpływem męskich spojrzeń, sprowadzających je do przedmiotów. Od chwili zamęścia kobieta staje się westalką domowego ogniska i stoi na straży patriarchatu, poza którym nie jest już w stanie funkcjonować, gdyż to on nadał jej tak ważną dla niej wartość.
W czasach współczesnych stabilna i niepodważalna pozycja instytucji małżeństwa stoi pod znakiem zapytania. Ilość zawieranych małżeństw zmniejsza się drastycznie z każdym rokiem przy ciągłym wzroście liczby rozwodów. Kobiety stają się coraz to bardziej samodzielnie i samowystarczalne, dlatego też małżeństwo nie jest już dla nich jedyną drogą wyjścia. Alternatywą dla małżeństwa stały się wolne związki, które stopniowo zatracają swój pierwotnie negatywny odbiór społeczny.
Beata Szymura
Ecriture Feminine, francuski termin wprowadzony na określenie kobiecego pisania, jest pojęciem zagadkowym i budzącym kontrowersje. Wywodząca się z socjopolitycznych ruchów o równouprawnienie teoria krytyki feministycznej wprowadza ten termin w obręb literatury, zakładając jednak z góry, że jest on niedefiniowalny - wykracza poza dyskurs, nie da się go opisać ani podporządkować żadnym regułom. Czym więc jest i co charakteryzuje owe kobiece pisanie, temat wokół którego narosło tyle spięć?
W opozycji do hyfologii Barthes'a, który umieszcza autora wewnątrz tekstu-tkaniny, będącej dla swojego stwórcy również źródłem zagłady (pająk zatraca się, ginie w swojej sieci), Nancy K. Miller stworzyła pojęcie arachnologii, wartościujące rolę kobiet-pisarek w procesie twórczym. Kiedy Barthes uśmierca swojego autora, Miller dopiero stara się wprowadzić kobiety, dotąd wyłączane z tego obszaru, w obręb dyskursu. Arachnologia w swej genezie odwołuje się do mitu o Arachne, zdolnej tkaczce, która wskutek gniewu zazdrości Ateny popełnia samobójstwo, a w geście ukorzenia i skruchy bogini ostatecznie zostaje zamieniona w pająka, który może nadal tkać swoją sieć. Miller zaczerpnęła z tego mitu, tworząc własną teorię, wedle której kobieta-pająk tworzy tekst niejako z własnego ciała, przelewając na niego wszystkie swoje emocje i odczucia, zacierając wszelkie granice miedzy życiem codziennym a twórczością.
Teoria ta zarysowuje już subtelnie charakterystykę kobiecego modelu pisania, które w głównej mierze opiera się na cielesności i zmysłowości. Kobiece pisanie to więc pisanie ciałem, co mocno akcentowały czołowe feministki, wysuwające ten postulat, m.in. H. Cixous, L. Irigaray czy J. Kristeva. Zwracały one uwagę na fakt, że w odróżnieniu od chłodnego, wyważonego i zdyscyplinowanego stylu męskiego, kobiety pisząc poddają się emocjom, ich styl jest chaotyczny, swobodny, nieokiełznany, tajemniczy, dynamiczny, żywiołowy, wręcz "dziki". Ogniwem centralnym, na którym opiera się kobiece pisanie, jest cielesność, zmysłowość i seksualność. Źródłem tekstów są bowiem najbardziej tajemnicze, niezgłębione sfery osobowości, często wyparte i nieświadome, powstałe przez lata dominacji mężczyzn nad kobietami, ich ucisku, zniewolenia i ograniczania. Kobieta, poprzez pisanie, ma szansę nareszcie dojść do głosu i wyrazić wszystko to, co dotąd było tłumione, przekraczając dotychczasowe tabu. Symboliczny "biały atrament", który dotąd był przeznaczony kobietom, zostaje zastąpiony mocnym orężem. W efekcie tych niekontrolowanych ekspresji powstają teksty wywrotne, nielinearne, rozchwiane, silnie zmetaforyzowane i rewolucyjne, po prostu: autentycznie kobiece. Tematy, po które autorki lubiły sięgać, często dotyczyły sfer niedostępnych mężczyznom: dojrzewania, macierzyństwa, przekwitania, co jeszcze silniej akcentowało odmienność stylu kobiecego od męskiego.
Prowadząc studia nad kobiecym pisaniem badaczki interesował też aspekt źródła tych różnic, który odnajdywały w czterech modelach definiowania specyfiki pisma kobiecego, mianowicie: biologicznym, lingwistycznym, psychoanalitycznym i kulturowym. Zwracały zatem uwagę na rolę i znaczenie kobiety, wynikające z jej budowy anatomicznej, a więc na ciało, wykazywały zniewolenie językowe, poprzez różne męskie formy składniowe, ograniczające kobiety, zwracały się w stronę psychoanalizy, zwłaszcza lacanowskiej, oraz akcentowały rolę doświadczeń i historii kobiet na przełomie wieków. Wszystkie te obserwacje owocnie wpływały na rozwój krytyki feministycznej i dostarczały materiałów do kolejnych badań.
Krytyka feministyczna polega przede wszystkim na analizowaniu i odbiorze dzieła, z uwzględnieniem języka, teorii i badań literackich z punktu widzenia doświadczenia kobiecego - a więc wprowadza nowe sposoby rozumienia i interpretacji utworów, podkreślając różnice płci i badając ich korzenie. W konsekwencji tych badań i ustaleń zrodził się nurt, w którym na plan pierwszy wysunęła się kobieta - dotąd milcząca, pod restrykcyjnym wpływem mężczyzny, teraz gotowa na zabranie głosu i pokazanie swoich możliwości i atutów.
(Na podstawie: A Burzyńska, M. P. Markowski: Teorie literatury XX wieku. Kraków 2006.)
Katarzyna Sternalska
Mój mąż to choleryk. Wkurwia się o każdą pierdołę. Ostatnio byłam z Magdą na zakupach. Oczywiście miało być na chwilę... Nasza chwila trwała cały dzień. Przecież musiałyśmy przymierzyć ciuchy, bo kupowanie na oko nigdy nie kończy się dobrze. W każdym bądź razie... Kiedy już wróciłam do domu, zastałam Konrada wzburzonego.
- Gdzie byłaś tyle czasu? - pyta, jakby nie wiedział. - Dlaczego nic nie mówisz? - atakuje mnie dwie sekundy później. Nawet nie zdążyłam oddechu złapać!
- No może powiesz coś w końcu? - przeszywa mnie tak swym zielonym spojrzeniem, więc podchodzę do niego bliżej, cmokam ten zarośnięty policzek i mówię: - Witaj, skarbie.
Jego mina? Bezcenna.
Ponadto jest taki pedantyczny! Mój Boże... Ja żem jest dusza artystyczna! Wiadomo... Czasem pobujam w obłokach. W końcu na huśtawki to już mnie wiek nie chwyta. I dlatego tam, gdzie zaczynam pracować, robi się wielgaśny burdel. A Konrad wracając z pracy, oczekuje, że będzie miło, czysto, przyjemnie. Obiad gotowy... Pranie wyprasowane... Po prostu jakaś idylla. A ja jestem tylko kobietą! Skoro pracuję, nie mogę jednocześnie sprzątać i gotować, no i oczywiście utrzymywać tego porządku na biurku. Wścieka się w milczeniu. Do rękoczynów nie dochodzi. Bo powtarzam mu, kiedy przybliża się do mnie z taką surową miną, że tatuś nadal ma kontakty w policji i prokuraturze, więc niech przemyśli swój następny krok. Wtedy idzie do kuchni, otwiera lodówkę, wyjmuje sobie piwo... I tak ciężko wzdycha, odwracając wzrok od tego bałaganu. Naprawdę... Czasem mi go szkoda.
Zdarzyło mi się kiedyś wyjść na spotkanie integracyjne. Nie dość, że zapomniałam wziąć komórki, to jeszcze klucze mi się gdzieś zapodziały i kiedy około trzeciej nad ranem chciałam wejść do domu, musiałam pocałować klamkę. Mojego męża nie było. Telefonu nie miałam. A że byłam lekko wstawiona, to za bardzo nie chciało mi się spacerować, więc usiadłam tak sobie na schodkach i zasnęłam. Miałam taki piękny sen... A tu coś mnie nagle szturcha. Ktoś coś próbuje do mnie mówić. Otwieram oniemiała oczy i widzę, jak Konrad kuca przy mnie, blady jak ściana, roztrzęsiony... I szepce do mnie:
- Kaśka, ja cię kiedyś zabiję.
Dopiero gdy już się wyspałam i w miarę zaczęłam powracać do normalności, okazało się, że ktoś zadzwonił do Konrada o drugiej w nocy, by ten po mnie przyjechał. Ja wtedy, nie mówiąc nic nikomu, z klubu już wyszłam i podreptałam do najbliższego postoju taksówek. Z mężem się minęliśmy. W klubie zrobił się nagle jakiś raban, bo Kaśki nie ma... Dobrze, że policji nikt nie wezwał.
Kiedyś koleżanka pyta mnie, czy nie przemknął mi przez głowę rozwód. Rozwód... Co prawda, mamy te swoje kryzysy. Przekrzykujemy się nawzajem. Nawet zdarzyło nam się nie odzywać do siebie przez ponad tydzień! Wyprowadziłam się wtedy do matki. Boże... Co to był za koszmar. Chciałam pomyśleć w spokoju, a ta mi dzień w dzień suszyła głowę.
- To wy się teraz rozwiedziecie? Po tylu latach... Kasiu, weź to siebie przemyśl. Już taka młoda nie jesteś. Nie żebyś była brzydka, ale... Wiesz jak teraz trudno o męża? - Karmiła mnie tymi tekstami dzień w dzień!
Gdyby samotność nie była tak przeludniona, to może i bym się rozwiodła. Ale... Kocham Konrada. I on kocha mnie. Mimo że czasem ze mnie straszna zołza.