Atrament i krew - Rachel Caine

-
Proszę czekać

Prolog

Sześć lat temu

Uspokój się i przestań się wiercić - warknął ojciec i uderzył go tak mocno, że został ślad. Jess znieruchomiał. Nie zamierzał się wyrywać, ale sakwa przytroczona do nagiej piersi wydawała się rozpalona i złowroga, jak zwierzę gotowe do ataku.

Spojrzał na ojca, który ciaśniej związywał paski uprzęży. Gdy były już zaciśnięte tak, że niemal dusiły chłopca, rzucił mu starą brudną koszulę.

Jess robił to tak często, że zdążył się przyzwyczaić, chociaż wciąż się bał. A jednak tym razem czuł, że coś się zmieniło. Nie wiedział co, ale ojciec był bardziej nerwowy niż zwykle.

- Powinienem o czymś wiedzieć? - spytał z wahaniem.

- Pies trącał, co wiesz. Oddaj książkę Straży, a zawiśniesz na stryczku. Jak będziesz miał szczęście. Chyba że ja cię dorwę pierwszy. Trasę znasz. Biegnij prosto do celu i lepiej żebyś zdechł, niżbyś miał to dać komukolwiek poza tym, który zapłacił.

Callum Brightwell spojrzał krytycznie na szczupłą sylwetkę syna, ściągnął kaftan i zarzucił mu na koszulę. Kaftan miał tylko jeden guzik. Jess zapiął go starannie. Był o dwa rozmiary za duży, ale o to chodziło: lepiej maskował nosidło.

Brightwell skinął głową i cofnął się. Był drobny, w młodości nie dojadał, ale teraz przynajmniej dobrze się nosił: miał na sobie jaskrawożółtą jedwabną kamizelkę i spodnie z drogiej bawełny.

- Może być - ocenił. - Tylko pamiętaj, żebyś się trzymał z gońcami. Nie odłączaj się od nich, chyba że Straż zastawi pułapkę. Ale nawet wówczas pilnuj trasy.

Jess skinął głową na znak, że rozumie. Znał trasę. Znał wszystkie trasy, wszystkie szlaki, z których korzystała jego rodzina, żeby przechytrzyć konkurencję działającą na terenie wielkiego Londynu. Był szkolony, odkąd nauczył się chodzić, najpierw za rękę z ojcem, a później drepcząc za starszym bratem, Liamem.

Liam już nie żył. Miał siedemnaście lat, gdy londyńska Straż pojmała go za kolportaż książek. Ojciec nie poszedł po zwłoki. Liam trzymał się rodzinnych zasad. Milczał aż do końca.

W nagrodę za tę lojalność miasto wrzuciło go do nieoznakowanego grobu wraz z innymi bezimiennymi przestępcami. On miał siedemnaście lat, a Jess dziesięć i nie rozumiał, że brat wysoko ustawił poprzeczkę.

- Tato? - Ryzykował kolejny policzek, a może i coś gorszego, ale odetchnął głęboko i ciągnął dalej: - Sam mówiłeś, że dzisiaj jest kiepski dzień na szmugiel. Straż wyszła na miasto. Nie możemy poczekać?

Callum Brightwell spojrzał ponad głową syna na solidną ścianę magazynu. Miał tam jedną z wielu kryjówek, w których składował cenne przedmioty, a wśród nich, ma się rozumieć, także najrzadsze skarby: książki. Prawdziwe, oryginalne. Półki i skrzynie pełne książek. Był zamożnym, mądrym mężczyzną, ale w tej chwili, gdy przez wysokie, wieloskrzydłowe okna padało na niego ostre światło, wyglądał dwa razy starzej.

- Po prostu zrób to. Masz wrócić za dwie godziny. Nie spóźnij się, bo wyciągnę laskę. - Nagle ojciec się skrzywił. - Jak zobaczysz gdzieś tego łajzę, swojego brata, powiedz mu, że czekam i że srogo pożałuje. Dzisiaj ma dyżur gońca.

Choć Jess i Brendan byli bliźniakami podobnymi do siebie jak dwie krople wody, nie mogli się bardziej różnić pod względem charakteru. Jess był zuchwały, a Brendan wydawał się cichy. Jess był powściągliwy, a Brendan skłonny do wybuchów wściekłości.

Jess był biegaczem, a Brendan... intrygantem.

Jess doskonale wiedział, gdzie się chowa jego brat, widział go nawet, przyczajonego na cienkiej kładce na wysokości drugiego piętra, wczepionego w starą drabinę prowadzącą na dach. Obserwował, jak to miał w zwyczaju. Lubił przebywać wysoko, poza zasięgiem rąk ojca i gdy tylko mógł, unikał ryzykownego przemytniczego obowiązku.

- Powiem mu, jak go zobaczę - odparł Jess i popatrzył prosto na brata. Złaź stamtąd, mały gównojadzie, pomyślał. W odpowiedzi Brendan znikł na majaczącej w ciemności drabinie. Już się zorientował, że dzisiaj to Jess dźwiga najcenniejsze trofeum. Pewnie uznał, że żal mu skóry na odgrywanie przykrywki dla brata.

- No więc? - spytał ojciec ostro. - Na co czekasz? Na całusa od mamy? Już cię nie ma!

Popchnął Jessa w kierunku potężnych, dodatkowo wzmocnionych drzwi magazynu, które otworzyło przed nim trzech milczących mężczyzn. Jess ich nie znał i starał się nie wiedzieć, jak mają na imię, bo na tym stanowisku rotacja była duża. Zatrzymał się i zaczął oddychać szybko, lecz głęboko. Szykował się. Zauważył stado gońców rozstawionych w zaułku i dalej, na ulicy. To były dzieciaki w jego wieku albo i młodsze, wszystkie gotowe do biegu.

Czekały tylko na niego.

Wydał dziki wojenny okrzyk i puścił się naprzód. Pozostali potraktowali to jak zachętę i wychudzone ramiona i nogi wdarły się między zaskoczonych przechodniów w roboczych strojach. Kilkoro dzieciaków wybiegło nawet na ulicę, co wiązało się z ryzykiem, ale pruli między powozami parowymi, nie zważając na wściekłe pokrzykiwania kierowców. Na najbliższym rogu cała dwunastka, czy ile ich tam przyszło, ustawiła się w szyku, a Jess miał z nimi przebiec pierwszą część trasy. W grupie było bezpieczniej, jako że ulice stawały się coraz czystsze, a przechodnie lepiej ubrani. Pokonali już cztery długie przecznice z domami i różnymi przybytkami, a potem skręcili przy tawernie, mimo wczesnej pory porządnie zapełnionej; biegli bez przeszkód, aż ze spożywczaka wyłonił się groźnie wyglądający mężczyzna i złapał za długie włosy jedną z dziewczynek. Ułatwiła mu zadanie, bo większość dziewczyn splatała włosy na czubku głowy albo strzygła na krótko.

Jess zwalczył odruch zatrzymania się i pójścia z pomocą.

Krzyczała i protestowała, ale osiłek popchnął ją na krawężnik i walnął na odlew tak, że zaczęła płakać.

- Przeklęci gońcy! - wrzasnął. - Straż! Straż! Szmuglerzy uciekają!

To wystarczyło. Zawsze znalazł się jakiś cwaniak o najszczerszych, oczywiście, intencjach, który starał się ocalić świat, jak mawiał ojciec Jessa. Dlatego wysyłał gońców w grupach, większość z bezwartościowymi śmieciami w nosidłach. Straży rzadko się udawało kogoś złapać, ale jak już zapunktowali, sowicie płacili donosicielowi, dzięki któremu trafili na ślad szmuglerów.

Inni londyńczycy też zaczęli się rozglądać, a w ich oczach pojawiła się żądza gotówki. Tymczasem Jess schylił głowę i biegł dalej.

Gońcy gwałtownie zawrócili, rozdzielili się, a potem przegrupowali jak stado ptaków. Niektórzy nosili z sobą noże i używali ich, gdy zostali złapani, co było ryzykowne, nawet bardzo, bo dzieciak z zakrwawionym nożem stryczek miał jak w banku, nieważne, czy zadał powierzchowną ranę, czy śmiertelny cios. Chłopiec po lewej stronie Jessa, zbyt masywny, żeby dobrze biegać, choć pewnie był od Jessa młodszy, wpadł na mur złożony ze zbliżających się pijaczków. Miał nóż i ciął nim na ślepo, Jess zobaczył tryskającą w powietrze jaskrawą fontannę krwi, ale potem już się nie odwracał.

Nie mógł. Musiał się skupić na ucieczce.

Na następnym skrzyżowaniu ich drogi miały się rozejść; teraz każdy biegł już na własną rękę, żeby rozproszyć uwagę Straży. W każdym razie taki był plan.

Gdy jednak Jess dotarł na róg, Straż już czekała. Zauważyli go i wydali ryk wściekłości.

Podjął błyskawiczną decyzję zejścia z trasy, za co, jak dobrze wiedział, ojciec sprałby go na kwaśne jabłko.

Skręciwszy w prawo, niemal wpadł na dwoje obcych gońców, którzy popatrzyli na niego ze zdumieniem, a dziewczyna wrzasnęła, żeby zmiatał z ich szlaku. Zignorował ich i mimo dławiącego bólu w piersi i rosnącego ciężaru książki, znalazł nowe zapasy sił, żeby ich wyprzedzić.

Słyszał za plecami krzyki i odwrócił się, żeby zobaczyć wylewającą się z zaułków Straż. Chrzanione kraby w brudnych czerwonych płaszczach. Szybko złapali tamtych dwoje.

Ale Jessa nie. Jeszcze.

Wpadł w ciemny, wijący się tunel, zbyt wąski, żeby nazwać go choćby zaułkiem; sam, chociaż był drobny, ocierał się ramionami o ceglany mur po obu stronach. Zahaczył rękawem koszuli o zardzewiały gwóźdź i rozdarł materiał, więc przez upiorny ułamek sekundy myślał, że pójdzie też skórzany pasek od uprzęży, ale nie, ruszył dalej. Z powodu gęstej jak atrament ciemności nie mógł teraz biec zbyt szybko, ale nos podpowiadał mu, że w tym miejscu wyrzucano resztki zgniłych ryb. Pod palcami czuł zimne i oślizgłe cegły.

Wciąż słyszał pokrzykiwania Straży, ale oni nie wcisnęliby potężnych cielsk do tego labiryntu; ba, przez moment, kiedy zobaczył na końcu skrawek światła, zaczął się niepokoić, że nawet on się tam nie zmieści. Korytarz zwężał się i zwężał, aż musiał zacząć iść bokiem i przeciskać się między szarpiącymi za ubranie cegłami. Książka zaczopowała go na wylocie jak korek w butelce i niewiele brakowało, by spanikował.

Myśl! Musisz się stąd wydostać.

Wypuścił z płuc całe powietrze i wciągnął brzuch jak mógł najbardziej, co zapewniło dodatkowe półtora centymetra konieczne do wydostania się z wąskiej gardzieli.

Wypadł spomiędzy dwóch ładnych budynków na szeroką, czystą ulicę, którą skądś znał, a jednak wydawała mu się dziwna, jakby nie na miejscu... Aż ją rozpoznał.

Znalazł się zaledwie trzy przecznice od ich kamienicy, która dopiero co zyskała nowy społeczny prestiż, wciąż niedościgniony dla usiłujących mu sprostać rodziców Jessa. Gdyby został złapany tutaj, na pewno znalazłby się ktoś, kto by go rozpoznał i wszystko skończyłoby się o wiele, wiele gorzej nie tylko dla niego, bo przy okazji pogrążyłby całą rodzinę. Musiał stąd zniknąć. Natychmiast!

Wypadł na ulicę prosto pod koła pojazdu parowego i wdarł się w ciemność kolejnego zaułka. Biegł we właściwym kierunku, ale szybko skręcił w zupełnie inną stronę. Nie zbadał jeszcze najbliższych okolic domu, dość miał problemów z trasami uczęszczanymi przez gońców. To dlatego ojciec zawsze nakazywał mu trzymać się szlaku: w poplątanym Londynie bardzo łatwo było zabłądzić, a zgubienie się w czasie przenoszenia kontrabandy mogło się skończyć tragicznie.

Kawałek dalej na ulicy zauważył charakterystyczny punkt: lśniącą kopułę Serapejonu św. Pawła, siedziby Wielkiej Biblioteki Londyńskiej, jednej z największych siostrzanych bibliotek w Europie. Wyglądała pięknie i złowrogo, więc odwrócił wzrok i przysiągł sobie, że już nigdy, przenigdy więcej nie pójdzie tą drogą.

Ale nie miał wyjścia.

Od jej wrót oderwał się członek Straży, wbił w niego wzrok i zaczął krzyczeć. Za skierowanym w swoją stronę palcem Jess zobaczył młodego chłopaka, może w wieku Liama, kiedy ginął na stryczku. Młodzieniec miał jasne włosy i cofnięty podbródek, a jego mundur z drugiej ręki wisiał na nim tak samo, jak maskujący kubrak na Jessie.

Ale co z tego, skoro był szybki. Zbyt szybki. Jess ruszył pędem, ale tuż za plecami usłyszał odgłos stóp uderzających o bruk, a po chwili także świdrujący gwizd. Nagle w jego kierunku rzucili się inni Strażnicy. Jeśli odetną mu drogę ucieczki...

Wybrał jedyną drogę dającą szansę na uratowanie skóry. Kolejny ciemny, ciasny zaułek, ale ten Strażnik nie miał rozmiaru poprzedników i wślizgnął się niemal z równą łatwością, jak Jess. Musiał biec, chociaż płuca paliły żywym ogniem, a długie nogi Strażnika doścignęły go, gdy tylko wypadli na ulicę. Kaprawe londyńskie słońce zdawało się padać prosto na głowę Jessa, bo pot z niego spływał. Był przerażony, że uszkodzi książkę.

Ale myśl, że zostanie złapany, przerażała go bardziej.

Więcej gwizdków. Straż się zbliżała.

Nie miał już wyjścia. Gnali go w jednym kierunku: do Serapejonu. Jeśli uda mu się minąć tamtejszy szpaler Straży, znajdzie się na terytorium Biblioteki, rządzącym się zupełnie innymi prawami. Londyńska Straż nie może tam wkroczyć bez zezwolenia.

Przed sobą widział pomarańczowo-czarną barykadę Straży i stojący przed nią ogonek chętnych do wejścia i oczekujących na sprawdzenie dokumentów. Jess sięgnął po rezerwy sił, bo ten przeklęty długonogi Strażnik był już tak blisko, że mógłby go złapać za koszulę. Ruszył naprzód, wycelował w lukę między ludźmi i rzucił się w kierunku barykady. Ścigający go Strażnik zaczął wzywać towarzyszy, a Jess wsparł się na pomalowanym w tygrysie barwy drewnie, przeskoczył nad barykadą płynnym susem, wylądował po drugiej stronie i biegł dalej. Ktoś się roześmiał, ktoś krzyknął, żeby dawał gazu, więc szatańsko wyszczerzył zęby i zaryzykował rzut oka za siebie.

Strażnik zatrzymał się przy barykadzie, bo jeden z kolegów powstrzymał go przed dalszą pogonią. Zaczęli się przepychać, młodszy wrzeszczał. Musiał być bardzo pobudzony po biegu, w przeciwnym razie zachowałby więcej rozsądku. Jess wiedział, że nie ma dużo czasu, bo wkrótce zgłoszą się do Najwyższej Straży, elitarnego zastępu strażników biblioteki, i poproszą o przechwycenie go na ich terenie. Musiał się stąd szybko wydostać.

Ulicą przed nim szło może z pięćdziesiąt osób, w tym co najmniej dziesięciu uczonych w powiewających czarnych togach. Żadnym powozom parowym nie wolno było tu wjeżdżać, w każdym razie odkąd zamknięto tę ulicę dla ruchu. Nad ich głowami górowała wdzięcznie złota, lśniąca kopuła, a w dół spływał wodospad schodów.

Mimo wysiłków włożonych w czyszczenie, na stopniach wciąż było widać ślady po ostatnim ataku Podpalacza. Plamy po ogniu greckim i spalonych ciałach. Miejsce zamachu wskazywał stos więdnących kwiatów, choć woźny zaczął już ładować je do worów na śmieci. Koniec żałoby. Czas iść naprzód.

Na widok lwów Jess zwolnił. Wyglądały jak wykute w kamieniu, ale miały w sobie żywą dzikość, jakby zostały przyłapane w chwili ataku, wściekłe, żądne krwi i gotowe do zadania śmierci. Słyszał o automatach, czyli maszynach, które mogły się same poruszać, ale teraz, kiedy się do nich zbliżał i widział je na własne oczy, wydawały się o wiele, wiele bardziej przerażające.

Jeszcze raz zerknął przez ramię. Londyńska Straż zapewne skrzykuje już ludzi, którzy będą na niego czekać przy barykadzie po drugiej stronie, jeśli oczywiście Najwyższa Straż Biblioteki nie postanowi go dopaść pierwsza. Musiał biec, mknąć jak błyskawica, ale chociaż dobrze o tym wiedział, jego nogi zwolniły do spacerowego tempa.

Dławił go strach. Panika. Przerażające doznanie bycia ściganym.

Jeden z lwów odwrócił łeb w jego stronę. Oczy zapłonęły czerwienią. Kolorem krwi. Ognia.

Czują to, zwęszyły bezprawnie posiadaną książkę. A może tylko jego strach.

Lodowata groza, która go przeszyła, była tak dojmująca, że z trudem zapanował nad pęcherzem, ale jakimś cudem udało mu się wytrzymać płomienne spojrzenie lwa i iść dalej. Zszedł z chodnika i dalej ruszył środkiem ulicy, gdzie tłoczyło się więcej przechodniów, mających prawo do przebywania tutaj, więc miał nadzieję ukryć się wśród nich przed dzikimi oczami.

Lew wyprostował się, otrząsnął i zaczął schodzić ze schodów, bezgłośnie, dostojnie i groźnie. Pozostałe bestie także się obudziły, w oczach pojawiły się im czerwone błyski, przeciągały się.

Jedna z idących ulicą kobiet, która właśnie przeszła przez kontrolę, krzyknęła alarmująco, przycisnęła do siebie torbę i zaczęła uciekać. Pozostałym udzieliło się jej przerażenie i rzucili się do biegu, więc Jess też ruszył w nadziei, że wmiesza się w tłum, jak w grupę gońców, chociaż ci tutaj nie wiedzieli, że są z nim w spółce.

Odwrócił się i zobaczył, że lwy idą za nimi. Nie śpieszyły się. Nie musiały się wysilać, żeby prześcignąć ludzi.

Pierwszy z nich zrównał się z najwolniejszą z uciekającego stadka, uczoną w nieporządnie zarzuconej todze, uginającą się pod ciężarem torby, której z jakiegoś powodu nie porzuciła. Potem skoczył. Jess zamarł, bo było to najpiękniejsze i jednocześnie najpotworniejsze, co widział w życiu. Patrzył, jak kobieta się odwraca i dostrzega, co się zaraz wydarzy, widział na jej twarzy wyraz przerażenia, a jej krzyk urwał się nagle, gdy lew przygniótł ją do ziemi...

...ani na chwilę nie odrywając oczu od Jessa. Zabił ją, zostawił i skierował się prosto na niego. Jess słyszał zgrzyt maszynerii w jego wnętrzu.

Nie zdążył się nawet przerazić.

Myślał, że nie ma już siły na bieg, ale teraz, kiedy śmierć zajrzała mu w oczy, wprost unosił się w powietrzu. Nie czuł nic poza oporem wiatru, wiedział, że wokół jest tłum ludzi wzywających pomocy i błagających o litość, ale nie słyszał ich. Na odległym końcu ulicy stała kolejna barykada i kolejny tłumek oczekujący na wejście, który zaczął się rozpraszać. Co prawda lwy nie powinny nikogo gonić poza granicami św. Pawła, ale nikt nie miał ochoty przekonać się o tym na własnej skórze. Nawet Strażnicy, którzy porzucili posterunek i czmychnęli wraz z resztą.

Jess dotarł do barykady jako pierwszy i przeskoczył przez nią, a lwy tymczasem dopadły i zabiły dwie osoby za nim. Potknął się, upadł i zrozumiał, że za sekundę dosięgnie go śmierć. Przekręcił się na plecy, żeby widzieć, jak nadchodzi, z trudem złapał oddech i podniósł ręce w beznadziejnym odruchu obronnym.

Niepotrzebnie. Lwy zahamowały przed barykadą. Zataczały przed nią koła i wpatrywały się w niego z lodowatą, czerwoną furią, ale nie przekroczyły, bo być może nie mogły, wiotkiej drewnianej bariery.

Jeden z nich zaryczał. Dźwięk przypominał kruszenie kamieni zmieszane z krzykami konających, których stratował, a Jess zobaczył w jego paszczy ostre kły. Następnie obydwa lwy odwróciły się i poczłapały z powrotem, po schodach na górę, na podesty, gdzie ułożyły się, wciąż gotowe do skoku.

Widział krwawe ślady ich łap, rozdarte ciała, które zostawiły po sobie, i nie mógł zapomnieć - nigdy nie zapomni - wyrazu rozpaczy i przerażenia na twarzy kobiety, która zginęła jako pierwsza.

To moja wina.

Nie mógł o tym myśleć. Nie teraz.

Przekręcił się na brzuch, niezdarnie wstał i wmieszał się w spanikowany tłum. Po przejściu trzech długich przecznic wrócił na trasę. Straż najwyraźniej straciła zainteresowanie pościgiem. W oficjalnych wiadomościach ofiary w Serapejonie zostaną jakoś dyplomatycznie wytłumaczone, nikt bowiem nie chciał się dowiedzieć, że mechaniczne biblioteczne pieszczoszki zerwały się z uwięzi i zamordowały niewinnych. Podobno zdarzało się to już wcześniej, ale Jess widział to po raz pierwszy.

I po raz pierwszy uwierzył.

Zatrzymał się przy fontannie, żeby napić się wody i zapanować nad roztrzęsionym ciałem, a następnie skorzystał z szaletu publicznego i upewnił się, że książka jest nadal bezpiecznie zapięta w nosidle. Na szczęście. Resztę drogi pokonał wolnym krokiem i dotarł na miejsce z zaledwie kilkuminutowym opóźnieniem, wyczerpany, ale wprost obezwładniony uczuciem ulgi. Chciał jak najszybciej wypełnić zadanie i wrócić do domu, choć czekało go tam chłodne powitanie

"Nie mazgaj się, chłopcze". Prawie słyszał ostry głos ojca. "Nikt nie żyje wiecznie. Potraktuj ten dzień jak zwycięstwo".

Może i zwycięstwo, stwierdził Jess, ale powierzchowne.

Miał szukać mężczyzny w czerwonej kamizelce i zaraz go zauważył, siedzącego spokojnie przy wystawionym na ulicę stoliku. Popijał herbatę z porcelanowej filiżanki. Jess go nie znał, ale znał ten typ: obrzydliwie bogaty, próżniaczy, pragnący uczynić się ważnym poprzez kolekcjonowanie cennych rzeczy. Wszystko, co miał na sobie, było skrojone po mistrzowsku.

Wiedział, jak nawiązać kontakt. Podbiegł, zrobił swoją najlepszą łobuzerską minę i zagaił:

- Proszę pana, proszę o datek dla chorej mamy.

- Chorej? - Mężczyzna uniósł starannie przystrzyżone brwi i odstawił filiżankę. - A co jej dolega?

To było pytanie-sygnał i gdy Jess odpowiadał, nie spuszczał mężczyzny z oczu.

- Brzuch, proszę pana. O, tutaj. - Ostrożnie wskazał palcem na środek klatki piersiowej, gdzie znajdowało się wybrzuszenie.

Mężczyzna skinął głową i wstał.

- Zdaje się, że to szczytny cel. Chodź ze mną, pomogę ci. No chodź, nie bój się.

Jess poszedł za nim. Za rogiem czekał piękny powóz parowy, zdobiony złotymi i srebrnymi ornamentami, pokryty czarną emalią, z herbami na drzwiach, na które zdążył tylko rzucić okiem, zanim mężczyzna podsadził go do środka. Jess był przekonany, że kupiec wsiądzie za nim, ale nie.

Sufit powozu otaczała od wewnątrz świetlówka, rzucająca ciemne, złociste światło, i to tam Jess zorientował się, że mężczyzna, którego uważał za kupca, był jedynie sługą.

Starszy mężczyzna siedzący naprzeciwko niego wyglądał jeszcze bardziej wielkopańsko. Czarny surdut dopiero co wyszedł spod igły, koszulę uszyto z najdoskonalszego jedwabiu, cały strój cechował się niewymuszoną elegancją.

Jessowi mignął złoty błysk przy mankietach i blask wielkiego brylantu przy wpiętej w krawat szpilce.

Jedynym szczegółem, który nie pasował do wizerunku, były lodowate oczy spoglądające z łagodnej, pomarszczonej twarzy. Takie spojrzenie mógłby mieć zabójca.

A jeśli jemu nie chodzi o książkę?, pomyślał Jess. Wiedział, że czasem dzieciaki porywano dla straszliwych celów, ale jego ojciec zawsze się zabezpieczał i karał tych, którzy wykorzystywali gońców. Zdarzało się to bardzo rzadko, bo nawet możni wiedzieli, że lepiej trzymać się z daleka od wszędobylskich i silnych rąk Brightwellów.

Nie czuł się jednak ani trochę bezpiecznie w towarzystwie tego mężczyzny. Spojrzał w wielkie zaciemnione okno. Nie można było zajrzeć do środka. Nikt by nic nie zobaczył.

- Spóźniłeś się. - Wielki pan mówił spokojnie i cicho. - Nie jestem przyzwyczajony do czekania.

Jess przełknął ślinę.

- Przepraszam, proszę pana. To tylko minuta. - Rozpiął kubrak i zaczął walczyć z umieszczonymi na plecach sprzączkami, które rozluźniały uprząż. Tak jak się obawiał, skóra aż pociemniała od potu, ale skrytka na książkę została dobrze zabezpieczona, a sam wolumin kilkakrotnie owinięty w ochronną warstwę woskowanego papieru. - Książka jest nietknięta.

Mężczyzna wyrwał mu ją z rąk jak narkoman i rozdarł opakowanie. Gdy jego palce natrafiły na zdobioną, skórzaną oprawę, powoli wypuścił powietrze.

Jess uświadomił sobie z przerażeniem, że zna tę książkę. Przez całe dzieciństwo widywał ją w szklanej gablocie w najgłębiej ukrytej, najtajniejszej skrytce ojca, tej na największe skarby. Nie umiał jeszcze czytać greki, ale wiedział, co znaczą litery wytłoczone w skórzanej oprawie, tyle ojciec zdążył go nauczyć. Patrzył na jedyny istniejący rękopis O tworzeniu kuli Archimedesa i tym samym jedną z pierwszych oprawionych książek. Oryginalny zwój został zniszczony dawno temu przez Podpalacza w Bibliotece Aleksandryjskiej, ale zrobiono jedną kopię. Tę. Za jej posiadanie groziła kara śmierci. "Gdy kradniesz książkę, okradasz cały świat", głosiło prawo Biblioteki, a Jess podejrzewał, że to może być prawda.

Zwłaszcza, jeśli chodziło o tę książkę.

Kolportował jedyną i najcenniejszą rzecz na całym świecie. Nic dziwnego, że ojciec nie ośmielił się powiedzieć mu, co przenosi.

Mężczyzna spojrzał na niego z szaleńczym błyskiem w oczach.

- Nie masz pojęcia, od jak dawna na to czekałem - wyznał. - Nic nie może się równać z posiadaniem tego, co najlepsze, chłopcze. Nic.

A następnie, na oczach oniemiałego z przerażenia Jessa, wyrwał z księgi stronicę i wpakował sobie do ust.

- Nie! - pisnął Jess i rzucił się na książkę. - Co pan robi?!

Starszy pan odepchnął go i przyszpilił do ściany powozu zakończoną srebrem laską. Następnie wyszczerzył się, wyrwał kolejną stronę i począł przeżuwać.

- Nie - szepnął Jess, Był śmiertelnie przerażony, choć sam nie wiedział dlaczego. Czuł się jak świadek morderstwa. Profanacji. Tylko że to było jeszcze gorsze. Nawet w jego rodzinie, choć byli handlarzami nielegalnym towarem, książki uchodziły za świętość. Jedynie Podpalacze byli innego zdania. Podpalacze i takie perwersyjne kreatury, jak ten tutaj, kimkolwiek był.

Starszy pan leniwie zajął się kolejną kartą. Odprężył się. Nasycił.

- Rozumiesz, co robię, chłopcze? - Jess pokręcił głową. Cały się trząsł. - Znam ludzi, którzy wydają fortunę, żeby zdobyć truchło ostatniego żyjącego przedstawiciela rzadkiego gatunku, a następnie podać go na kolację. Nie istnieje bardziej ostateczny sposób wyrażenia własności jakiejś rzeczy niż spożycie jej. To jest moje. Nigdy już nie będzie należało do nikogo więcej.

- Pan jest szalony - wycedził Jess. Miał wrażenie, że choćby nieskończenie wiele razy splunął na otaczającą go miękką skórę i ozdoby, nie uzyskałby poczucia czystości w ustach.

Bogacz przełykał właśnie kolejną przeżutą stronę, ale jego twarz nabrała wyrazu goryczy.

- Uważaj na język. Jesteś niepiśmiennym ulicznikiem. Jesteś nikim. Mógłbym cię zabić i porzucić tutaj, a nikt by ani tego nie zauważył, ani się nie przejął. Ale nie jesteś wystarczająco wyjątkowy, żeby cię zabijać. Nie jesteś wart złamanego grosza. - Wydarł następną kartę. Jess znów spróbował odebrać mu księgę; starzec wyrwał mu ją i mocno trzepnął go laską w skroń.

Jessa aż odrzuciło. Miał łzy w oczach, a w głowie dzwoniły mu dzwony św. Pawła. Bogacz zastukał w drzwi powozu. Sługa w mgnieniu oka je otworzył, złapał Jessa za rękę i ściągnął prosto na bruk, co na nowo pobudziło dzwonienie w głowie.

Starszy mężczyzna wychylił się i uśmiechnął, szczerząc uwalane atramentem zęby. Wyrzucił coś z powozu - podartą koszulę Jessa i kubrak. A na koniec złotą monetę.

- Za fatygę, szmaciarzu - oznajmił i wcisnął do paszczy kolejną kartę, która kiedyś była doskonałością.

Jess zorientował się, że łka, chociaż nie do końca wiedział dlaczego, poza tym, że nigdy już nie będzie tym, kim był, zanim wszedł do tego powozu; wiedział to na pewno. Nawet nie będzie pamiętał, jak było przedtem.

Mężczyzna w kamizelce wdrapał się na miejsce kierowcy. Spojrzał w dół, na Jessa, bez uśmiechu, całkowicie beznamiętnie, i uruchomił silnik.

Starzec, zanim zatrzasnął drzwi, uchylił kapelusza, a po chwili pojazd ruszył i odjechał.

Jess pozbierał się i przebiegł kilka kroków za oddalającym się powozem.

- Czekajcie! - krzyknął, ale niepotrzebnie, bezsensownie, tyle tylko, że zwrócił uwagę na to, że jest półnagi, a na piersi ma bardzo dobrze widoczną szmuglerską uprząż. Chciało mu się wymiotować. Śmierć ludzi zmiażdżonych przez lwie łapska zszokowała go, to prawda, ale widok przerażającego, dobrowolnego unicestwienia książki, zwłaszcza tej książki, okazał się znacznie gorszy. Jak to powiedział św. Paweł, życie jest krótkie, ale wiedza jest wieczna. Jessowi nigdy nie przyszło do głowy, że ktoś może być tak pusty, żeby nasycić się zniszczeniem czegoś tak cennego, unikalnego.

Powóz zniknął za rogiem, a Jess musiał zacząć myśleć o sobie, chociaż trząsł się jak osika. Na nowo zaciągnął paski nosidła, włożył przez głowę koszulę, narzucił kubrak i ruszył wolnym krokiem, już nie biegiem, do magazynu, gdzie czekał na niego ojciec. Miasto wirowało wokół niego w smudze ludzkich twarzy i najdziwniejszych kolorów.

Nie czuł nóg, bo cały czas dygotał. Drogę miał wyrytą w pamięci, więc szedł zupełnie bezmyślnie, odruchowo zakręcał, aż nagle zdał sobie sprawę, że stoi na ulicy przed wejściem do magazynu.

Zauważył go jeden ze strażników dyżurujących przy drzwiach, wybiegł i wprowadził go do środka.

- Co się stało, chłopcze?

Jess zamrugał. Mężczyzna nie wyglądał w tej chwili jak morderca, choć Jess dobrze wiedział, że i to potrafi. Pokręcił głową i otarł twarz. Dłonie miał mokre.

Mężczyzna spojrzał ponuro, i skoro Jess nie chciał mówić, skinął na jednego z towarzyszy, który zaraz pobiegł szukać jego ojca. Jess skulił się w kącie, wciąż roztrzęsiony, a gdy podniósł wzrok, zobaczył stojące naprzeciwko swoje lustrzane odbicie. No, może nie aż tak lustrzane, bo Brendan miał dłuższe włosy i małą bliznę na brodzie.

Kucnął, żeby spojrzeć bratu w oczy.

- W porządku? - spytał. Jess pokręcił głową. - Jesteś ranny? - Gdy Jess nie odpowiedział, Brendan nachylił się bardziej i ściszył głos. - Trafiłeś na Kanciarza?

Tak nazywali zboczeńców, mężczyzn i kobiety, którzy czerpali przyjemność z obcowania z dziećmi. Jessowi po raz pierwszy udało się zdobyć na odpowiedź.

- Nie - odparł. - Nie w tym sensie. Gorzej.

Brendan zamrugał.

- Co może być gorsze od Kanciarza?

Jess nie chciał mówić i na szczęście jeszcze nie musiał. Na górze trzasnęły drzwi do biura, więc Brendan zerwał się na równe nogi i śmignął po drabinie do ciemnego schowka, gdzie trzymali skrzynie na książki.

Ojciec pośpieszył do miejsca, gdzie starszy z bliźniaków siedział oparty o ścianę i szybko obmacał go w poszukiwaniu ran. Gdy żadnych nie znalazł, ściągnął Jessowi kubrak i koszulę. Odetchnął z ulgą, gdy zobaczył, że nosidło jest puste.

- Dostarczyłeś! - Zmierzwił mu włosy. - Dzielny chłopak.

Słowa uznania z ust ojca wycisnęły Jessowi łzy z oczu i musiał je szybko zdławić. Mazgaj ze mnie, pomyślał i zawstydził się. Nic mu się nie stało. Nie dobrał się do niego Bajarz. Czemu więc czuł się tak zbrukany?

Zaczerpnął tchu i wyznał ojcu prawdę, całą, od lwów i zabitych, przez bogacza w powozie aż do śmierci O tworzeniu kuli. Bo tego był świadkiem: morderstwa czegoś niewypowiedzianie cennego i niezastąpionego. Zaczęło do niego docierać, że tego właśnie uczucia doświadczał, to ono nie dawało mu spokoju: żałoba. Żałoba i przerażenie.

Spodziewał się, że ojciec, w głębi serca kochający książki, które nielegalnie nabywał i sprzedawał, będzie wstrząśnięty, a przynajmniej podzieli przerażenie syna. Ale Callum Brightwell wyglądał po prostu na zrezygnowanego.

- Masz szczęście, że uszedłeś z życiem. Musiał być upojony władzą, skoro ci to pokazał i pozwolił odejść. Przykro mi. Wiem, że jest kilku takich jak on. Nazywamy ich atramentożercami. To zboczeńcy.

- Ale... to była książka. Archimedesa. - Jess rozumiał, choć na bardzo podstawowym poziomie, że patrząc na księgę ulegającą zniszczeniu, widzi, jak na świecie przygasa światło. - Dlaczego to zrobiłeś, tato? Dlaczego mu ją sprzedałeś?

Callum odwrócił wzrok. Mocno poklepał Jessa po ramieniu i ścisnął z taką siłą, jakby chciał mu zmiażdżyć kość.

- Bo na tym polega nasz fach. Sprzedajemy książki tym, którzy płacą za przywilej posiadania ich. Lepiej się naucz, że to, co się z nimi dzieje potem, to nie nasza sprawa. Tak czy inaczej, dobra robota. Dzielnie się sprawiłeś. Jeszcze będzie z ciebie Brightwell.

Ojciec zawsze pilnował, żeby jego dzieci co wieczór robiły wpisy do dziennika, więc przed pójściem do łóżka Jess sięgnął po pióro. Po długim namyśle opisał atramentożercę i uczucie, którego doznał, patrząc, jak przeżuwa tak rzadką, piękną rzecz. Tata zawsze mówił, że zostawi po sobie te zapiski, a rodzina będzie mogła go wspominać, gdy go zabraknie. Nie pozwalał tylko pisać o pracy, bo ona żyje własnym życiem. Pominął więc relację z ucieczki. Opisał tylko zboczeńca i swoje uczucia, gdy na to patrzył. Jego tacie mogłoby się to nie spodobać, ale prywatnych dzienników nikt nie czytał. Nawet Brendan by się nie ośmielił.

Tej nocy Jess spał niespokojnie, śnił o krwi, lwach i umazanych atramentem zębach. Wiedział, że nic z tego, co zrobił, nie było zrobione dobrze.

Ale w takim świecie przyszło mu żyć, taki był Londyn w 2025 roku.

Rozdział 1

Dzisiaj

Jess domyślił się, że jego kryjówka została zdemaskowana, gdy mocno oberwał otwartą dłonią w tył głowy. Siedział zatopiony w lekturze i nie usłyszał złowróżbnego skrzypienia desek za plecami.

Pierwszym odruchem była, ma się rozumieć, ochrona książki, więc chociaż zjeżdżał z fotela, troskliwie pochylił się nad delikatnymi stronicami, a wolną prawą ręką sięgnął po nóż. Niepotrzebnie.

- Braciszku - powiedział. Ale rękojeści nie puścił.

Brendan się śmiał, ale gorzko.

- Wiedziałem, że cię tu znajdę. Musisz sobie wyszukać jakąś nową melinę. Tata zaraz cię stąd wykurzy. W czym się tak zaczytałeś tym razem? - Teraz, jako dorośli, już nie wyglądali identycznie. Brendan był rozczochrany, a część włosów zakrywała świeżą bliznę nabytą w czasie szmuglu. Rośli jednak w tym samym tempie, więc oczy mieli na jednym poziomie. Wzrok Jessa ział ogniem.

- Inventio Fortunata. Zapiski mnicha z Oksfordu, który sto lat temu pożeglował do Arktyki i z powrotem. Tata nie znajdzie tego miejsca, jeśli mu o nim nie powiesz.

- Nudy. - Brendan uniósł jedną brew. To była jego autorska sztuczka, której Jess nie potrafił powtórzyć, więc Brendan robił to bez przerwy, żeby go rozdrażnić. - Jak chcesz, żebym nie powiedział, zrób tak, żeby mi się opłaciło. - Brendan stał się równie bezwzględnym negocjatorem jak ich ojciec. I nie był to komplement. Jess sięgnął do kieszeni i wyciągnął suwerena, którego Brendan przyjął z wyraźnym zadowoleniem. - Zgoda. - Z wielką wprawą przekładał monetę między palcami.

- Niech cię szlag, zdechlaku. Byłem zajęty. - Jess nazywał brata zdechlakiem tylko kiedy naprawdę się wściekł, bo było to dość okrutne przezwisko: Brendan urodził się kilka sekund po nim i przyszedł na świat bardzo mały. Jak odpadek, produkt uboczny.

Zdechlak.

Jeśli Brendanowi nie spodobało się użycie niegdyś znienawidzonego przezwiska, dobrze to ukrywał. Po prostu wzruszył ramionami.

- Tata zawsze mówi, że handlujemy tym towarem, więc nie powinniśmy go używać. Tracisz czas, ot co.

- W przeciwieństwie do ciebie, hazardzisto i chlejusie?

Brendan rzucił na podłogę przed sobą mokry egzemplarz "London Timesa". Jess ostrożnie odłożył Inventio Fortunata i dopiero wtedy podniósł przemoczoną gazetę. Starł ze stronicy krople wody. Informacja dnia ilustrowana była rysunkiem twarzy, którą rozpoznał - była starsza, ale zawsze wiedział, że nie zapomni wulgarnego uśmiechu tego drania. Ani poczerniałych zębów, przeżuwających bezcenne słowa napisane przez geniusza przed tysiącami lat.

- Pamiętasz? - spytał Brendan. - Minęło pięć lat, ale ktoś w końcu dorwał twojego starego atramentożercę. Zgodnie z wersją oficjalną zginął w tajemniczych okolicznościach.

- A naprawdę?

- Ktoś mu wbił nóż między żebra, jak wychodził ze swojego klubu. Czyli nic tajemniczego. Chcą to wyciszyć. Zresztą nawet jak przyznają, co się stało, zwalą to na Podpalaczy.

Jess spojrzał na brata i na końcu języka miał pytanie, czy to jego sprawka, ale tak naprawdę nie chciał znać odpowiedzi.

- Przyszedłeś taki kawał, żeby mi to pokazać?

Wzruszył ramionami.

- Pomyślałem, że poprawi ci humor. Wiem, jak cię dręczyło, że nie dostał za swoje.

To było poranne wydanie, a chyba właśnie robił się wieczór, bo gdy Jess oddawał gazetę bratu, słowa w rubrykach zaczęły się rozmywać, a następnie, wers za wersem, pojawiać od nowa. Atramentożerca pozostał tematem z pierwszej strony, co pewnie bardzo by ucieszyło starego szubrawca.

Brendan zrolował gazetę i wsunął do kieszeni. Ściekająca z niego woda zrobiła na podłodze kałużę, więc Jess rzucił mu brudny ręcznik, którego używał do wycierania butów. Brendan parsknął i odrzucił.

- Więc jak? - spytał. - Idziesz do domu?

- Za jakiś czas.

- Tata chce z tobą porozmawiać.

Oczywiście. Ojciec nie lubił, gdy Jess znikał, zwłaszcza, że miał nadzieję wychować go na spadkobiercę rodzinnego biznesu. Problem w tym, że Jess nie miał do tego serca. Dobrze znał fach szmuglerski, ale Brendan był chętniejszy i stanowił zdecydowanie lepszy materiał na następcę Calluma Brightwella. Ukrywanie się dawało Jessowi wolność, a Zdechlakowi szansę, która zwykle omija młodszych synów.

Nigdy się do tego nie przyznał, przed bratem ani przed nikim innym, ale robił to w takim samym stopniu dla niego, jak dla siebie.

- Niech się wypcha. Jak przyjdę, to będę. - Jess ponownie zatopił się w fotelu. To zakurzony staroć, wyrzucony z domu pewnego bogatego bankiera, a Jess taszczył go prawie przez kilometr do tego na wpół zawalonego domostwa przy Warren Street. Było zbyt zrujnowane, żeby ktoś je kupił, a z kolei dla dzikich lokatorów okolica była zbyt ruchliwa. Jednym słowem dobre miejsce na kryjówkę, gdzie nikt nie zawraca mu głowy.

Tym większa szkoda, że Brendan go wytropił, bo mimo tego suwerena Jess będzie musiał sobie poszukać nowej czytelni. Nie wierzył, że brat nie zasugeruje ojcu, gdzie Jess się podziewa. Dla jego własnego dobra, ma się rozumieć. A to oznaczało ciągnięcie ze sobą fotela. Znowu.

Brendan ani drgnął. Woda spływała z niego strumykami prosto na stare płyty. Wpatrywał się w brata stanowczo i uważnie, a w jego oczach nie było śladu wesołości.

- Tata powiedział, że masz przyjść natychmiast. Rusz się.

Kiedy Brendan używał tego tonu, nie było z nim dyskusji, bo skończyłoby się bójką z wszelkimi chwytami dozwolonymi, a Jess nie chciał przegrać. Przegrywał zawsze, bo w głębi duszy nie chciał zrobić bratu krzywdy.

Brendan nie miał podobnych oporów.

Jess ostrożnie owinął cenną książkę w wodoodporne płachty, a następnie umieścił w szmuglerskim nosidle. Zdjął luźną koszulę i nawet o tym nie myśląc, zapiął sprzączki z łatwością zdradzającą wieloletnią praktykę. Następnie włożył koszulę i kubrak, starannie dopasowane, tak żeby nie zdradzały obecności cennego ładunku. Nie wyglądał już jak goniec-obdartus, koszulę miał lnianą, a kubrak starannie uszyty i haftowany jedwabną nicią. Na to narzucił gruby skórzany płaszcz, dla ochrony przed deszczem, a drugi rzucił bratu, który włożył go bez słowa podziękowania.

Następnie wyruszyli przez miasto, dwóch szesnastolatków, podobnych jak dwie krople wody i różnych jak dwa światy.

Brendan czmychnął, jak tylko dotarli do rodzinnej kamienicy, pomknął na górę, mijając przerażoną służącą, która krzyknęła, że zabłoci dywany. Jess wysuszył się w sieni, mokry płaszcz oddał pokojówce, a zanim wszedł na wypastowaną drewnianą podłogę, starannie wytarł buty.

Matka właśnie wychodziła z saloniku, chociaż godzina odwiedzin już dawno minęła. Objęła syna szybkim spojrzeniem od stóp do głów. Jego strój musiał zyskać aprobatę, bo zbliżyła się i złożyła na jego policzku oschły pocałunek. Była miłą, ładną kobietą zbliżającą się do wieku średniego, z ledwie widocznymi pasemkami siwizny we włosach w kolorze popielatego blondu. Lekko pachniała lawendą i dymem. Ciemnoniebieska sukienka, którą miała dziś na sobie, bardzo do niej pasowała.

- Musisz tak drażnić ojca? - spytała i przelotnie położyła mu dłoń na ramieniu. - Dziś jest w jednym z tych swoich nastrojów. Postaraj się go nie rozjuszyć, dla mojego dobra.

- Oczywiście - zapewnił, choć była to pusta obietnica. Tak samo zresztą, jak jej troska. Nigdy nie byli z matką blisko. W tej sytuacji, jak i w wielu innych, Jess był sam.

Zostawił ją tam, pochłoniętą już poprawianiem świeżego bukietu róż i stokrotek, i poszedł korytarzem do gabinetu ojca. Zastukał uprzejmie i wszedł dopiero, gdy usłyszał przyzwalające warknięcie.

Gabinet urządzono meblami z ciemnego drewna, a ogrzewany był ogniem płonącym w palenisku. Półki wypełniały książki z pieczęcią Biblioteki na grzbietach, oznaczone kolorami wedle tematyki. Ojciec najbardziej lubił biografie i książki historyczne, więc dominowały oprawy z kasztanowej i niebieskiej skóry. Wykupił dyspensę, by mieć w domu stałą kolekcję, więc większość z tych tomów nie straci ważności ani nie wyblaknie.

W zasięgu wzroku nie było ani jednej oryginalnej, przepisywanej ręcznie książki. Nikt by nie powiedział, że Callum Brightwell był kimkolwiek więcej niż odnoszącym sukcesy importerem rarytasów. Dziś ubrał się na modłę dalekiego Wschodu: czerwono-pomarańczowa kamizelka z chińskiego jedwabiu, a na to marynarka.

- Ojcze - odezwał się Jess i zaczekał, aż podniesie wzrok i zauważy jego obecność.

Jeszcze przez kilka sekund pióro Calluma przesuwało się po karcie dziennika, dopiero potem powiedział:

- Siadaj, Jess. Chciałbym z tobą zamienić słowo.

- Tak, Brendan mówił.

Callum odłożył pióro i złożył dłonie w kształt trójkąta, stykając z sobą palce. Siedział przy bogato zdobionym biurku z mahoniu, z rzeźbionymi maszkaronami i nogami w kształcie ogromnych łap z pazurami, które zawsze przypominały Jessowi lwy z Biblioteki.

Usiadł na krześle ustawionym najdalej od nich. Ojciec zmarszczył czoło. Prawdopodobnie uznał to za oznakę braku szacunku. Jess nigdy by się nie przyznał, że chodziło o złe wspomnienia.

- Musisz przestać się włóczyć - zaczął. - Pogoda nie służy wędrówkom, a poza tym mam dla ciebie zajęcie.

- Przepraszam.

- Wiesz może, gdzie jest mój egzemplarz Inventio Fortunata? Mam na niego klienta.

- Nie wiem - skłamał Jess, chociaż książka ukryta pod jego koszulą zrobiła się jakby cięższa. Ojciec zwykle się nie przejmował konkretnymi książkami, a Jess zawsze brał takie, które nie były przeznaczone do rychłej sprzedaży. - Poszukać? Może została źle skatalogowana.

- Nieważne, sprzedam mu coś innego. - Ojciec odsunął fotel, wstał i zaczął krążyć wokół biurka. Jess też miał ochotę wstać, ale się powstrzymał. To by świadczyło o niepewności. Nie węszył co prawda niebezpieczeństwa, ale ojciec był mistrzem niespodziewanych wybuchów przemocy. Czujność była lepsza niż okazywanie słabości. - Czas, żebyś zaczął na siebie zarabiać, synu. Jesteś już pełnoletni. - Tak jakby nie spłacił z nawiązką kredytu, przez całe dzieciństwo narażając życie. Zauważył, że z każdym krokiem ojciec coraz bardziej się do niego zbliża, okrężną drogą, ale świadomie. - Nie spytasz, o co mi chodzi? Sprytnie. Pod tym względem jesteś podobny do brata, obaj umiecie kombinować. To znaczy, że jesteś bystry, dobrze. Na tym zimnym, okrutnym świecie przydaje się lotny rozum.

Jess trwał w gotowości, ale ojciec i tak był szybszy: wystrzelił naprzód, oparł się o podłokietniki krzesła Jessa i zawisł nad nim. Mimo swoich szesnastu lat, wzrostu i siły, Jess nagle poczuł się jak niezdarny dziesięciolatek, szykujący się na cios.

Zamierzał przyjąć go bez skrzywienia, ale uderzenie nie nadeszło. Ojciec tylko się w niego wpatrywał, z bliska i stanowczo zbyt osobiście. Jess musiał się uzbroić, żeby znieść ten wzrok.

- Nie chcesz przejąć interesu, to oczywiste - oznajmił ojciec. - I nie jesteś też stworzony do prowadzenia go. Masz naturę uczonego. W twoich żyłach płynie atrament, chłopcze, i nic nie można na to poradzić. Książki nigdy nie będą dla ciebie tylko sposobem zarabiania na życie.

- Zawsze spełniałem twoje polecenia.

- A ja nigdy nie polecałem ci niczego, czego nie mógłbyś wykonać. Gdybym kazał ci wrzucić do ognia książkę, którą szmuglujesz pod kapotą, zawiódłbyś mnie, tego jestem pewien.

Jess zacisnął pięści i musiał się skupić, żeby nie wykrzyczeć odpowiedzi.

- Nie jestem przeklętym Podpalaczem. - Jakimś cudem udało mu się powiedzieć to spokojnie.

- W tym rzecz. Ale czasem w naszej branży zniszczenie książki jest koniecznością, a nie tylko bezsensowną manifestacją polityczną. Ale ty byś nie mógł. Nawet, żeby ocalić skórę. - Ojciec pokręcił głową i wyprostował się. Nagła wolność sprawiła, że Jess poczuł się dziwnie słaby, a ojciec z powrotem zatopił się w fotelu. - Muszę cię gdzieś umieścić. Nie możesz do końca życia doić nas jak jakieś książątko. Wydawałem pieniądze, żeby zapewnić ci najlepszych nauczycieli, podczas gdy twój brat rzetelnie na siebie zarabiał. I przyznaję, twoje osiągnięcia naukowe dostarczyły nam powodów do dumy. Ale czas pomyśleć o zabezpieczeniu cię. - Dziwne, ale myśl o uznaniu ojca sprawiła, że zrobiło mu się zimno i jednocześnie gorąco. Nie wiedział, jak to przyjąć ani co powiedzieć. Nie powiedział więc nic. - Słyszałeś mnie? - Głos Calluma Brightwella był niepodziewanie łagodny i Jess dojrzał w jego twarzy coś nowego. Nie wiedział, co to, ale odrobinę się cofnął. - Mówię o twojej przyszłości.

Jess przełknął gulę w gardle.

- O jakiej przyszłości, jeśli nie tutaj, z tobą?

- Wykupiłem ci miejsce w Bibliotece. Odbędziesz szkolenie.

- Błagam! - Kpiarski ton nie zmienił wyrazu twarzy ojca. Nie zirytował się ani odrobinę. - Nie mówisz poważnie! Brightwell? W Bibliotece?

- Mówię bardzo poważnie, chłopcze. Syn na służbie w Bibliotece może przynieść rodzinie wielki pożytek. Pójdziesz na kilka szmuglerskich łapanek, przejmiesz kilka bezcennych egzemplarzy i przyniesiesz nam fortunę! Będziesz nas uprzedzał o akcjach, o strategiach Najwyższej Straży... A poza tym zyskasz dostęp do wszystkich książek, jakie ci się zamarzą.

- Nie wierzę - wydukał Jess. - Chcesz ze mnie zrobić szpiega?

- Chcę, żebyś był naszym asem w rękawie. Adwokatem, gdyby Brightwellowie takiego potrzebowali. Biblioteka rządzi światem. Dobrze mieć zaklepane miejsce przy korycie. Możesz robić wiele rzeczy, ale najbardziej pomożesz bratu z serca Biblioteki. Może któregoś dnia uratujesz mu życie.

Oczywiście, musiał uderzyć w łzawe tony.

- Ale ja nie zdam egzaminu.

- Myślisz, że dlaczego płaciłem za nauczycieli? Musisz tylko uważać, żeby nie powiedzieć więcej, niż młodzieniec w twoim wieku może wiedzieć z Kodeksu. Masz w głowie mnóstwo nielegalnej wiedzy. Jeśli się zdradzisz, zrobią ci coś gorszego, niż zhańbienie i odesłanie do domu.

Ojciec mówił poważnie, a gdy Jess to sobie uświadomił, jego gniew przygasł. Nigdy nie myślał o pracy w Bibliotece. W jakimś sensie ta myśl go przerażała, nigdy nie zapomniał traumy związanej z bibliotecznymi machinami, miażdżącymi pod łapami niewinnych ludzi, którzy stanęli im na drodze. Ale jednocześnie w Bibliotece zawierało się wszystko, czego kiedykolwiek pragnął. Cała istniejąca wiedza w zasięgu ręki.

Ponieważ nie odpowiedział, ojciec westchnął i w jego głosie pojawiły się nuty zniecierpliwienia.

- Uznajmy to za obustronnie korzystną umowę. Ty dostajesz to, o czym marzysz, a my dostajemy fory. Spróbuj. Ale ostrzegam: jeśli się poddasz albo nie zdasz egzaminu, nie dostaniesz ode mnie nic więcej. Ani pensa.

- A jeśli tu zostanę?

- I tak nie będę mógł karmić i ubierać bezużytecznego lenia. Pracujesz dla nas albo lądujesz na ulicy.

Ojciec mówił stanowczo i bezlitośnie, a Jess nie miał wątpliwości, że nie żartuje. Egzamin, szkolenie, a może i służba w Bibliotece lub życie na własną rękę w wieku szesnastu lat i poniewierka na ulicach. Widział, jak kończą chłopcy w takiej sytuacji. Nie chciał takiego losu.

- Jesteś podły - orzekł. - Ale zawsze o tym wiedziałem, tato.

Callum się uśmiechnął. Jego oczy wyglądały jak lodowate, suche kamyki.

- Rozumiem, że się zgadzasz?

- A dałeś mi wybór?

Zbliżył się i zatopił palce w ramieniu Jessa z taką siłą, żeby pozostawić siniaki.

- Nie, synu. Dlatego jestem taki dobry w interesach. Zobaczymy, czy mi dorównasz.

Wykupienie miejsca na szkolenie w Bibliotece było kosztowne. Większości rodzin nie byłoby stać nawet na marzenie o tym, to przywilej dla obrzydliwie bogatych i dobrze urodzonych. Brightwellowie byli wystarczająco bogaci, ale mimo wszystko mowa była o zniewalająco wysokiej sumie.

Jess nie mógł się pozbyć wrażenia, że o jego przyszłości zadecydował pradawny tekst Archimedesa, pożarty na jego oczach w ponurym powozie, gdy miał dziesięć lat. Kolejna rzecz, której nie ośmieliłby się zapisać w dzienniku, chociaż zapełniał strony starannym, równym pismem, opowiadając, jakie to uczucie znaleźć się pod presją sukcesu. O tym, jak bardzo się cieszył i jak jednocześnie nienawidził tej szansy.

Ojciec opłacił wpisowe, reszta zależała od Jessa. Pierwszym krokiem, pod wieloma względami najtrudniejszym, było zgłoszenie się do Londyńskiego Serapejonu na egzamin wstępny. Od spotkania z lwami unikał tego miejsca i nigdy nie chciał tam wrócić. Ku jego uldze powóz parowy podwiózł go pod publiczne wejście w zachodnim skrzydle. Tu też stało kilka pomników, ale na postumentach, więc nie będzie musiał patrzeć im w oczy.

Czuł się z tą myślą lepiej, aż zauważył automat przedstawiający królową Annę, wpatrującą się pustymi oczami we wspinających się po schodach. W lewej ręce trzymała królewskie jabłko, a w prawej złote berło skierowane ku przechodzącym pod jej piedestałem.

Wyglądała niezwykle ludzko. Doznał niepokojącego wrażenia, że ona, tak samo jak lwy, ocenia cicho i bezlitośnie, i przez sekundę wyobraził sobie, że w jej oczach płoną krwawe płomienie, a berło opada na jego czaszkę. Niegodny służby.

Nie drgnęła jednak, gdy w pośpiechu przechodził obok niej wraz z resztą kandydatów.

Egzamin odbywał się na chórze w Czytelni Publicznej. Gdy usiedli, uczona w czarnej todze i ze srebrną opaską na nadgarstku rozdała każdemu z nich cienkie arkusze papieru. Jess oszacował, że do egzaminu przystępowało około pięćdziesięciu osób. Większość wyglądała na przerażonych, ale trudno powiedzieć, czy bardziej bali się sukcesu, czy porażki. Pewnie jednak porażki. Wszyscy byli ubrani w drogie stroje i nie ulegało wątpliwości, że od wyniku egzaminu zależy ich przyszłość. Jak to mawiał jego ojciec: dziś zamożny drugi syn, jutro nieudacznik bez grosza przy duszy.

Arkusz testowy leżący na ławce Jessa zaczął zapełniać się tekstem. To był stary biblioteczny krój pisma, zaprojektowany, żeby cieszył oczy zdobieniami, ale czytanie go było męką. On jednak znał i dla przyjemności rozszyfrowywał jeszcze trudniejsze teksty. Pierwsze pytania testu sprawdzającego granice wiedzy kandydata były żenująco proste.

Zbytnio się jednak pośpieszył z westchnieniem ulgi, bo już następny dział okazał się znacznie trudniejszy, a wkrótce zaczął się poważnie martwić i naprawdę pocić. Sekcje Alchemiczna i Mechaniczna wyczerpały go do szczętu, a nie był też wcale pewien, czy w sekcji Medycznej poradził sobie tak dobrze, jak by chciał. To by było na tyle, jeśli chodzi o wiarę, że pójdzie mu jak po maśle.

Długo się wahał, zanim się podpisał, bo po tym nie mógł już nic zmienić. Arkusz zrobił się znów czysty, a eleganckie pismo, które pojawiło się po chwili, poinformowało, że wyniki będą znane wkrótce, a tymczasem może opuścić Serapejon.

Gdy wychodził, królowa Anna wciąż z potępieniem patrzyła na mijających ją, a on starał się nie patrzeć wprost na nią, kiedy zbiegał po dwa stopnie naraz. Dzień był ciepły i słoneczny, gołębie trzepotały skrzydłami nad dziedzińcem, a on zaczął wypatrywać powozu Brightwellów, który powinien czekać gdzieś w pobliżu. Znalazł go przecznicę dalej i podbiegł. Zauważył, że jest zdenerwowany. Autentycznie zdenerwowany tym, jak mu poszło. Zależało mu. To było nowe doznanie, niespecjalnie oczekiwane.

- Proszę pana? - Kierowca łypał niespokojnie ze swojego kozła i najwyraźniej chciał już stąd zniknąć. Był to jeden z mięśniaków ojca, który przez większość swojej kariery przestępczej robił wszystko, żeby trzymać się z dala od Biblioteki. Za co zresztą Jess nie miał do niego żalu. Wsiadł do powozu, a gdy tylko zajął miejsce, jego Kodeks - oprawna w skórę księga odzwierciedlająca dzieła ze Zbioru Głównego prosto z Wielkiej Biblioteki w Aleksandrii - zabrzęczał. Ktoś przysłał notatkę. Otworzył księgę i patrzył, jak strona zapełnia się Bibliotecznym krojem pisma, jedna okrągła litera za drugą. Czuł nawet delikatne wibracje pióra, którym skrobał biblioteczny sekretarz przepisujący wiadomość.

Miło nam poinformować, że pan JESS BRIGHTWELL został niniejszym przyjęty na zaszczytne stanowisko służącego Wielkiej Bibliotece. Jest pan zobligowany do stawienia się w dniu jutrzejszym na stacji św. Pankracego w Londynie o godzinie dziesiątej rano, skąd wyruszy pan do Aleksandrii. Prosimy zapoznać się z listą przedmiotów dozwolonych, które można wziąć z sobą na służbę.

Wiadomość zwieńczona została pieczęcią Biblioteki, która wybrzuszyła się na czerwono pod literami wypisanymi atramentem. Jess dotknął jej palcem. Była lepka jak wosk, ale ciepła jak krew; w niej też czuł delikatne drżenie, jakby była żywa.

Jego nazwisko, wypisane czarną, pogrubioną czcionką, też rzucało się w oczy. JESS BRIGHTWELL.

Przełknął ślinę, zamknął książkę i resztę drogi do domu, przebytą w klekoczącym powozie, poświęcił próbom okiełznania rozszalałego nagle pulsu.

Matka, bardzo poruszona (a w każdym razie czująca się w obowiązku, żeby się tak czuć), podarowała mu zestaw pięknych grawerowanych rysików, a ojciec nowiutki, oprawny w skórę Kodeks, edycję dla uczonych, wyposażoną w wiele dodatkowych stron przeznaczonych na notatki.

Brat nie dał mu nic, ale Jess niczego się nie spodziewał.

Kolacja była tego dnia wyjątkowo spokojna i uroczysta. Po wypiciu odrobiny brandy, na którą zgodziła się matka, Jess zasiadł samotnie na schodach prowadzących do ogrodu na tyłach domu. Była przejrzysta, chłodna noc, niespotykana w Londynie, a on wpatrywał się w idący ku pełni biały księżyc. Tam, dokąd jedzie, gwiazdy będą inne. Ale księżyc ten sam.

Nigdy by nie pomyślał, że perspektywa opuszczenia domu przepełni go smutkiem.

Nie słyszał, że Brendan wyszedł, ale też nie zdziwił się na dźwięk skrzypienia butów na kamieniach.

- Ty już nie wrócisz.

Tego Jess na pewno się nie spodziewał, więc odwrócił się, żeby popatrzeć na Brendana, kulącego się w cieniu ze skrzyżowanymi na piersi ramionami. Nie widział wyrazu jego twarzy.

- Jesteś mądry, ale tata myli się w jednej kwestii: ty masz atrament nie tylko we krwi. Wypełnia też twoje kości. Twój szkielet jest od niego aż czarny. Jak tam pojedziesz, do nich, stracimy cię na zawsze. - Zmienił trochę pozycję, ale nie spojrzał na niego. - Więc nie jedź.

- Myślałem, że chcesz, żebym zniknął.

Brat uniósł ramiona, a potem je opuścił. Odepchnął się od ściany i rozpłynął w ciemności. Poszedł robić Bóg jeden wie co. Przykro mi, Zdechlak. Ale wcale nie było mu przykro, tak naprawdę wcale. Pozostanie tutaj to nie była przyszłość dla niego, tak samo jak Biblioteka dla Brendana.

To będzie jego ostatnia noc w domu.

Wszedł do środka, zrobił zapis w dzienniku i przez resztę wieczoru czytał Inventio Fortunata.

Co, jak zauważył, zdawało się potwierdzać teorię Brendana.

Nazajutrz ojciec towarzyszył mu w drodze na stację i odprawił służących, bo chciał sam zanieść jego walizkę. Bez słowa czy choćby wymiany spojrzeń. Dopiero gdy Jess wziął od niego rzeczy, ojciec się w końcu odezwał:

- Daj nam powody do dumy, synu, albo Bóg mi świadkiem, że tak ci wtłukę, aż się weźmiesz za siebie. - W oczach miał jednak wilgotny blask i Jess poczuł się z tym bardzo nieswojo. Ojciec nie był słaby, nigdy nie okazywał uczuć.

To, co widział, to nie mogły być łzy.

Następnie ojciec krótko, stanowczo skinął głową i odszedł przez rój pasażerów i gołębi. Wilgotne wyziewy pary z silników unosiły się ku sklepieniu i splatały z żelaznymi zdobieniami. Dziwne i znajome jednocześnie. Przez chwilę Jess stał tak sam i sprawdzał. Chciał zobaczyć, jak się czuje, uwięziony między starym światem a nowym, który dopiero nadejdzie.

Do odjazdu miał jeszcze dwadzieścia minut i zastanawiał się, czyby nie kupić sobie czegoś ciepłego do picia na jednym ze straganów przy torach, ale gdy już się prawie zdecydował na herbatę, usłyszał dochodzące z tyłu zamieszanie.

Jakiś mężczyzna przenikliwie krzyczał i coś w jego głosie sprawiło, że Jess odwrócił się i zaczął słuchać.

- ...powiadam wam, że was oszukują! Te słowa są niczym więcej, jak fałszywymi bożkami, których czcicie! Wielka Biblioteka może kiedyś była skarbem, ale dzisiaj? Co nam daje? Tłamsi nas! Dławi! Czy pan, proszę pana, ma książkę? Nie, nie tę pustą, wypełnianą treściami, które chcą panu wcisnąć. Prawdziwą książkę, oryginalną, która wyszła spod ręki pisarza. A pani? Biblioteka posiada nasze wspomnienia, ale wy nie możecie mieć własnych książek. Dlaczego? Czego się obawiają? Dlaczego boją się dać wam wolność?

Jess zauważył wreszcie mówcę, który wdrapał się na kamienną ławkę i przemawiał do mijających go, wymachując trzymanym w ręce dziennikiem. To nie był zwykły egzemplarz z Serapejonu, ozdobiony bibliotecznym emblematem. Zeszyt, który dzierżył ów człowiek, był znacznie bardziej wysmakowany, ręcznie oprawiony w skórę, ze złotym nazwiskiem na okładce. Osobisty dziennik, w którym coś zapisywał każdego dnia. Jess miał podobny. W końcu Biblioteka obdarowywała nimi nowo narodzone dzieci i zachęcała obywateli do odnotowywania myśli i wspomnień od możliwie najwcześniejszego wieku. Ten zapis godzin i dni składających się na życie miał po śmierci autora trafić do Biblioteki. Tym samym stawał się w pewnym sensie pomnikiem. Z tego powodu wszyscy kochali Bibliotekę: dawała im złudzenie nieśmiertelności.

Ten mężczyzna wymachiwał swoim dziennikiem jak pochodnią, a z jego twarzy buchało gorączkowe światło, które niepokoiło Jessa. Znał tę retorykę. Straż pewnie jest już w drodze.

Ludzie omijali go szerokim łukiem, przerażeni jego pasją i dzikimi oczami. Jess się rozejrzał. Tak jak myślał, sznur Londyńskiej Straży w czerwonych płaszczach zmierzał już na miejsce. Podpalacz też ich zauważył. Zacisnął zęby i zbladł pod strzechą niechlujnych włosów. Jeszcze bardziej podniósł głos:

- Człowieka nie da się sprowadzić do stadium papieru, zdań i słów! Nie da się go odstawić na półkę! Życie jest cenniejsze niż książka! Sed liber vitae est dignius!

Ostatnie zdanie zabrzmiało jak okrzyk zwycięstwa. Sięgnął za pazuchę i wyciągnął butelkę chorobliwie zielonego płynu, kciukiem otworzył korek i wylał kroplę na okładkę dziennika. Następnie rzucił go na kamienną posadzkę i w tej samej sekundzie w górę wystrzelił szmaragdowy na brzegach, przerażający jęzor ognia i zatrzymał się w powietrzu jak kolumna płomieni. Ci, którzy stali najbliżej, cofnęli się, gwałtownie łapiąc powietrze i wydając okrzyki zaskoczenia.

- Ogień grecki! - zawołał ktoś i ludzie rzucili się do wyjść. To jeszcze ponagliło Straż, prącą w przeciwnym kierunku.

- Biblioteka chce was oślepić! - krzyknął Podpalacz. - Zginę, żeby pokazać wam światło! Nie ufajcie im! Oni kłamią!

Jess też powinien uciekać, tak sądził, bo ze wszystkich stron otaczali go rozsądniejsi, pierzchający ludzie, ale stał jak wmurowany i wpatrywał się w mężczyznę z przerażeniem i... no tak, z fascynacją. Z płonącej na posadzce książki wydobywało się straszliwe echo bezradnej furii i przerażenia, tak jakby jej stronice wzywały pomocy. To było oryginalne dzieło, jedyna kopia, zapisana atramentem na papierze. Myśli i marzenia tego człowieka właśnie... umierały. To nic w porównaniu z egzemplarzem O tworzeniu kuli, ale Jess i tak musiał się mocno powstrzymywać, żeby nie ruszyć jej na ratunek.

- Z drogi! - zawołał Strażnik i tak mocno popchnął go w stronę wyjścia, że prawie zwalił go z nóg. - Uciekaj! Nie wiesz, jak wygląda ogień grecki?!

Wiedział i także zdał sobie sprawę - choć z opóźnieniem - że Podpalacz ma więcej niż tylko kroplę, której użył do demonstracyjnego spalenia dziennika. Wyposażony był w pełną butelkę, którą podniósł wysoko. We wpadającym przez okna ponurym świetle lśniła jak mroczny szmaragd.

Jess zrobił krok do tyłu i wpadł na swoją walizkę. Przewrócił się, ale nie spuścił Podpalacza z oczu. Powinienem się stąd zmywać, pomyślał, ale czuł, jakby jego mózg przeszedł w stan uśpienia, ukołysany hipnotyzującym szumem płomieni. Chciał iść, ale ciało nie reagowało.

- Zamknij butelkę, chłopcze. - Jeden ze Strażników zbliżył się do Podpalacza. Był już starszy, brzmiał stanowczo, ale dziwnie uprzejmie. - Nie musisz tego robić. Wiemy, co chciałeś powiedzieć. Jeśli miałeś ochotę zniszczyć swoje słowa, to twój problem, nie nasz. Zatkaj butelkę i odstaw. Nic ci nie zrobimy. Odejdziesz wolno, obiecuję ci.

- Kłamca! - odparł mężczyzna i wtedy dopiero Jess zdał sobie sprawę, że był od niego niewiele starszy. Mógł mieć najwyżej dwadzieścia lat. Wyglądał poważnie, na przerażonego desperata i miał coś w oczach, coś dzikiego. - Jesteś pionkiem Biblioteki, nie będziesz mnie uciszał! Sed liber vitae est dignius!

To było motto Podpalaczy: "Życie warte jest więcej niż książka".

Tak też brzmiały jego ostatnie słowa

Wylał ogień grecki z butelki na swoje ubranie, a resztę na głowę. Wtedy ten, który chciał go skłonić do poddania się, odwrócił się i zaczął uciekać.

Jess widział, jak mikstura lśni, iskrzy, zapala się i pochłania Podpalacza w zielonym ogniu, który w potwornej eksplozji światła wystrzelił w kierunku sklepienia. Takiego dźwięku Jess nie słyszał nigdy dotąd: świst wciąganego powietrza, trzaski, syk, a potem krzyki.

Boże, straszliwe krzyki.

Jeden ze strażników złapał Jessa i ściągnął poza krawędź peronu, na wysypane twardym żwirem torowisko, zaledwie kilka metrów od czoła lokomotywy. Przywalił go całym ciałem do torów, a Jess walczył o zaczerpnięcie tchu. Kątem oka widział szalejącą nad ich głowami burzę płomieni, fale zieleni, żółci i czerwieni.

Krzyki ustały i straszliwy sztandar ognia skurczył się, ale nie zgasł.

Jess próbował wstać, ale Strażnik go przytrzymał.

- Nie - wysapał. Twarz pod czarnym hełmem była całkiem blada. - Zostań tu, dopóki ogień się nie wypali, powietrze jest zatrute.

- Ale on...

- ...nie żyje - dokończył mężczyzna i mocno schwycił Jessa za ramię. - Nic nie możemy na to poradzić. Głupi chłopak, nie musiał... - Glos mu się załamał, a potem urwał się całkiem i chociaż Jess został wychowany jako zaciekły wróg Straży, w tej chwili łączyło ich to samo przerażenie. - Przeklęci Podpalacze. Nie ma z nimi dyskusji. Z roku na rok są coraz gorsi. - Szybko zamrugał, żeby powstrzymać łzy, i odwrócił wzrok.

Jess usiadł, oparł się o szorstką kamienną ścianę i patrzył, jak ogień nad nimi migocze, aż w końcu wygasa.

Straż wzięła go na przesłuchanie. Nie, żeby go o coś podejrzewali, ale został, choć wszyscy inni uciekli i był w wieku, gdy młodym mężczyznom różne rzeczy przychodzą do głowy. Odpowiadał na pytania zgodnie z prawdą i pokazał im Kodeks, zawierający bilety do Aleksandrii oraz oficjalny dokument przyjęcia do Biblioteki. Martwił się, że się spóźni na pociąg, ale okazało się, że ruch został wstrzymany, aż Straż upewni się, że nikomu nie grozi niebezpieczeństwo.

Trwało to kilka godzin i podejrzewał, że zawiadomili jego rodzinę, ale nikt nie przyszedł. Pamiętał, jak tata się dowiedział, że Liama złapali na szmuglowaniu, pamiętał wyraz rozpaczy i rezygnacji w jego twarzy. A jednak nie poszedł po ciało. Nie przyszedłby też do Straży po Jessa, choćby stało się najgorsze.

Nerwy Jessa napięły się jak postronki, ale w końcu Straż puściła go z powrotem na peron, gdzie po kilku godzinach pracy nie pozostały już prawie żadne ślady po śmierci Podpalacza, nie licząc kilku odbarwień. To książka, pomyślał Jess, gdy przystanął i spojrzał pod nogi, na niewielką plamę na posadzce. Tutaj umarła książka. Taka sama brzydka blizna jak ta na ławce, gdzie Podpalacz dokonał samospalenia.

Ludzie i książki zostawiają takie same ślady, kiedy płoną.

Myśl o tym, że chłopak zabrał z sobą w płomienie dziennik, pozostawiła nieprzyjemny, kwaśny smak na języku. On nie tylko odebrał sobie życie, ale także pozbawił się nadziei, że inni ludzie będą mogli zrozumieć jego intencje. Może nikt by tego nigdy nie przeczytał, a jego motywacje okazałyby się całkowicie przyziemne i bezsensowne. Ale spalenie tego... To wymazanie się z życia w stopniu ostatecznym. Dla współczesnego człowieka, dorastającego ze świadomością, że Biblioteka zachowa jego wspomnienia nienaruszone, coś takiego wydawało się... niepojęte.

Jess zorientował się, że ludzie zaczynają na niego dziwnie patrzeć, więc wziął walizkę i poszedł na swój peron.

Wszystkie pociągi miały opóźnienie i stacja znów pękała w szwach. Dziwne, że wszystko tak szybko wróciło do normalności. Lokomotywy wypuszczały smugi bladego dymu, a mężczyźni, kobiety i dzieci przemieszczali się albo krzątali, pochłonięci swoimi sprawami. Gołębie też już nadleciały, wykradać okruchy opadające z jedzonych w pośpiechu ciast i kanapek. Jedyna różnica, jaką potrafił wskazać, polegała na tym, że wokół stacji kręciło się więcej Straży. Wypatrywali Podpalaczy, którzy mogli chcieć naśladować swojego najnowszego męczennika.

Chociaż to potworne, Jess odnosił wrażenie, że śmierć tego człowieka była niczym więcej, jak kamieniem wrzuconym do szybko płynącego strumienia: krótkim pluskiem, po którym nie został ślad. Sam nie wiedział, czy ta myśl jest przerażająca, czy kojąca.

Stanął w długiej kolejce czekających na wejście do długiego, opływowego, srebrzystego pociągu. Stojący w drzwiach starszy konduktor w mundurze powiedział:

- Usiądź sobie wygodnie, kolego. Czeka cię długa podróż. Tunelem do Francji, potem do Hiszpanii, przez Maroko i dopiero potem do miasta. Miej dokumenty pod ręką, żeby je pokazać na granicy aleksandryjskiej. Na pewno niczego nie zapomniałeś?

Jess podziękował i rozejrzał się za swoim miejscem. Nie zdziwił się, że ojciec wykupił mu najtańszą miejscówkę. Co elegantsi podróżujący mieli siedzenia wyściełane pluszem i wózki z herbatą do dyspozycji, ale jego wagon lata świetności miał już za sobą i śmierdział pleśnią, zgniłym jedzeniem i brudnymi stopami. Stawał się też coraz bardziej zatłoczony, bo dosiadały się coraz to nowe osoby, zajmując miejsce stosami bagaży. Jess postawił nogi na walizce. Nie wierzył w dobre zamiary obcych.

Napisał w dzienniku o Podpalaczu, o podróży i o współpasażerach, a potem odłożył pióro. Spał i jadł, a kilometry znikały pod kołami i coraz mniej przystanków zostawało do celu. Ludzie zaczęli wysiadać i teraz więcej wychodziło niż się dosiadało, co przyjmował z ulgą. Nastroje wokół niego zmieniały się powoli, im bliżej byli opuszczenia Anglii przez podziemny tunel i wjazdu na terytorium Biblioteki Francuskiej. Po drodze na wybrzeże nie milkły nerwowe rozmowy o niebezpieczeństwach jakie na nich czyhały, a gdy bezkolizyjnie dotarli do tunelu, wielu odetchnęło z ulgą. Walijska armia napierała coraz bardziej. Spokojna podróż nie była w tych dniach oczywistością, ale jak na razie pociąg uniknął niebezpieczeństw.

Gdy po całym dniu podróży dojechali do granicy hiszpańskiej, pasażerowie podzielili się na dwie grupy: kandydatów do Biblioteki, takich jak on, młodych i w większości zdenerwowanych, zbitych w niewielkie grupki, oraz pewnych siebie pracowników Biblioteki, nawet w cywilnych ubraniach łatwo zauważalnych dzięki opaskom na nadgarstkach, miedzianych, srebrnych i - choć to bardzo rzadki widok - złotych. Jess się zastanawiał, jakby to było żyć ze świadomością, że ma się status, który nigdy nie straci znaczenia. To daje wolność, czy przeciwnie, poczucie uwięzienia? I tak się nie dowiem, pomyślał. Biblioteka przyznawała złote opaski kilkorgu wybrańcom na całe pokolenie.

Reszta podróży dłużyła się, ale przebiegła bez utrudnień, minęli po drodze jedynie kilka burz, poza tym spokojna jazda aż do koniuszka Hiszpanii, gdzie pozostali pasażerowie wysiedli i mrużąc oczy w ostrym słońcu, zaczęli ładować się na duży prom, bo dalszą część podróży mieli odbyć drogą morską.

Do aleksandryjskiego pociągu, do którego przesiedli się w Maroku, dosiadło się kilku nowych pasażerów. Jednego z nich nie można było nie zauważyć. Blondwłosy, niebieskooki chłopak mniej więcej w wieku Jessa, tak potężny, że wyglądał, jakby mógł zginać rękami żelazne pręty, więc tym dziwniejsza była ostrożność, z jaką się poruszał w tłumie i przepraszał za każdą najmniejszą kolizję. Był wręcz nadgorliwy.

Ich spojrzenia na sekundę się spotkały, więc Jess skinął głową i to był błąd. Olbrzym ruszył wprost do niego i spytał:

- Mogę się dosiąść? - Dobrze mówił po angielsku, ale niemiecki akcent był słyszalny.

- Wszędzie są wolne miejsca. Siadaj, gdzie ci się podoba.

Liczył, że chłopak zrozumie aluzję i pójdzie dalej, ale nic z tego. Podetknął Jessowi pod nos wielką łapę, a po wymianie uścisków przedstawił się jako Thomas Schreiber.

- Jess Brightwell.

Chłopak opadł całym ciężarem na siedzenie obok Jessa i wydał ostentacyjne westchnienie ulgi.

- Wreszcie jest czym oddychać.

Jessowi trudno się było z tym zgodzić, bo Thomas odebrał mu właśnie całą wolną przestrzeń.

- Z daleka przyjechałeś? - spytał.

- Z Berlina. Znasz Berlin?

- Nie osobiście - odparł Jess. - Ładnie tam?

- Bardzo. A ty skąd jesteś?

- Z Londynu.

- Anglia? Też daleko.

- No tak. Pewnie też jedziesz na szkolenie do Biblioteki?

- Tak. Mam nadzieję, że załapię się do Inżynierii. Mój dziadek miał tam przez wiele lat srebrną opaskę.

- Inżynieria podpada pod Artifex. Słyszałem, że mają tam ciężko. Masz jakieś przywileje z racji posiadania przodka ze srebrną opaską? - Thomas spojrzał na niego bezradnie, więc zaczął tłumaczyć: - Chodzi mi o to, czy mogłeś nie zdawać egzaminu. Dzieci złotych opasek trafiają od razu na szkolenie, ale nie wiem, jak ze srebrnymi.

- Byłoby miło, co? Ale nie ma tak dobrze. Zdawałem egzamin.

- I jak ci poszło?

Thomas wzruszył ramionami.

- W porządku.

- Ja zdobyłem siedemset pięćdziesiąt punktów. Najwięcej w Londynie. - Zdał sobie sprawę, że zabrzmiało to pyszałkowato. Trudno. Był z siebie dumny.

Thomas uniósł jasne brwi i kiwnął głową.

- Bardzo dobrze. - Ale w jego ostrożnie uprzejmym tonie rozbrzmiewało coś, co się Jessowi nie spodobało. Łypnął spode łba.

- Ile ty dostałeś?

Thomas nie chciał powiedzieć, ale Jess patrzył nieustępliwie i w końcu wyciągnął niego odpowiedź.

- Dziewięćset dwadzieścia pięć.

- Co?!

- Kandydaci z Berlina zawsze mieli dobre wyniki. - W jego głosie słychać było jednocześnie dumę i zawstydzenie.

- Dobre? Jestem pewien, że żaden uczony z Londynu nie zdobyłby takiej punktacji! To chyba najlepszy wynik w tym roku!

- Nie - zaprotestował Thomas. - Najlepszy ma ona. - Rozejrzał się po wagonie, a potem wskazał na młodą dziewczynę siedzącą z tyłu.

Jess stwierdził, że już ją widział. Wsiadła jakiś czas temu, z gromadą krewnych, którzy ciasno ją otaczali i wysiedli tylko dlatego, że konduktor im pogroził.

Była bardzo drobna i na ile Jess widział, miała ciemną skórę i czarną chustę zakrywającą włosy. Poza tym trudno było powiedzieć coś więcej, bo siedziała zatopiona w lekturze.

- Tak, tamta - potwierdził Thomas. - Jako pierwsza w historii uzyskała sto procent. Nie, że jako pierwsza dziewczyna, tylko w ogóle po raz pierwszy. - Ewidentnie zrobiło to na nim wrażenie, może nawet trochę się jej bał. Gapili się na nią obaj, a ona opuściła książkę i odwzajemniła się spojrzeniem brązowych oczu, spoglądających wprost i badawczo. Thomas się zawstydził, że go przyłapała i szybko odwrócił głowę.

Ale Jess nadal patrzył. Była ładna, może nie piękna, ale na pewno miała w sobie coś interesującego. Uniosła jedną brew, jak to robił jego brat, a on spróbował odpowiedzieć tym samym. Jak zwykle nie wyszło.

Postanowił wstać, więc zaczął się przedzierać przez kolana Thomasa, wypiętrzone jak łańcuch górski.

- Gdzie idziesz? - szepnął Thomas.

- Przywitać się. Z najmądrzejszą dziewczyną na świecie. Znajomość warta zadzierzgnięcia.

- Ja bym nie...

Ale Jess już się przedzierał na tyły, w stronę dziewczyny, która wciąż patrzyła na niego chmurnym, wyzywającym wzrokiem, oraz mężczyzny, który zasiadł obok. Był to okrąglutki, starszy jegomość, odziany w kosztowne arabskie szaty.

Jess przystanął i uprzejmie się skłonił. Odpowiedziała skinieniem głowy.

- Chciałbym się przedstawić - oznajmił. - Jess Brightwell. Jestem z kolegą, Thomasem Schreiberem. To ten nieśmiały olbrzym.

- Khalila Seif - odparła. - Czy mogę przedstawić mojego wuja, Nasira? Towarzyszy mi do granicy z Aleksandrią.

Wujek obdarzył Jessa ciepłym uśmiechem, podniósł się i ukłonił. Wszystko bardzo elegancko, ale widać było, że nie zamierza odejść od dziewczyny na krok.

Jess zwrócił się z powrotem do niej.

- Najwyższa punktacja na egzaminie. Rozumiem, że ma pani pewne miejsce?

- W życiu nie ma nic pewnego. Możliwe, że nie podołam pracy w Bibliotece. Niektórzy są na to zbyt delikatni.

- Delikatni - powtórzył Jess. - No tak, nie pomyślałbym.

- Pan także jest uczniem? - spytał wuj.

- Nie dorastam pańskiej siostrzenicy do pięt, ale tak.

- Skąd pan pochodzi?

- Z Anglii.

- Ach. Czy nie jesteście przypadkiem w stanie wojny...?

- Nie ta część kraju, z której przyjechałem - wyjaśnił Jess. Mężczyzna miał stanowczo zbyt dobre maniery, żeby to powiedzieć na głos, ale z pewnością uważał Anglię za siedlisko zła. - Nie będę pani przeszkadzał w lekturze. Życzę przyjemnej podróży.

- Miło było pana poznać. Ja także życzę przyjemnej drogi. - Odpowiedziała bardzo formalnie, ale uśmiechnęła się. Może nie ciepło, ale bez obaw.

I z całą pewnością nie wyglądała na delikatną.

Jess ponownie gramolił się nad Thomasem, żeby wrócić na swoje miejsce.

- Jedno miejsce w Bibliotece jest już zajęte. Pewnego dnia zostanie Kuratorką. A może i Archiwistką, niech ją szlag. Moja przyszłość jawi się w coraz mroczniejszych barwach. - Ale nie mówił poważnie. Lubił wyzwania, a to zapowiadało się na jedno z najlepszych w jego życiu. Nudno zawsze być tym mądrzejszym. Czuł, że będzie musiał się wziąć do pracy.

"Ty już nie wrócisz", przypomniał sobie nagle słowa Brendana. Zdawały się prorocze, bo już teraz jego rodzina jawiła mu się jak odpływający sen. Dobrze się tu czuł.

U siebie.

Gdy konduktorzy ogłaszali ostatnią szansę na wejście do pociągu, dostrzegli mknącą w stronę ich wagonu młodą kościstą dziewczynę. Nie wyglądała najwdzięczniej, ale jej długie nogi połykały kolejne metry i wskoczyła do środka, zanim w sekundę później konduktor zatrzasnął drzwi i odgwizdał odjazd. Spocona i zdyszana, oparła się o ścianę, a gdy pociąg ruszył, straciła równowagę i padła prosto na kolana Thomasa i Jessa.

Nie była lekka. I miała ostre łokcie. Jess się skrzywił i pomasował pierś, gdy wstała, łypiąc na nich wściekle, jakby dopuścili się jakiegoś wykroczenia.

- Witamy - odezwał się Thomas. - Jestem Thomas Schreiber. Z Berlina. - Wyciągnął do niej rękę. Odgarnęła z twarzy rozczochrane, kręcone włosy i zmarszczyła czoło, ale uścisnęła mu dłoń. Choć niechętnie. - A pani...?

- Glain Wathen. Z Merthyr Tydfil. - Zamilkła i od razu przeniosła wzrok na Jessa.

- Jess Brightwell. Londynu.

Spojrzała na niego kwaśno, odwróciła się i poszła szukać miejsca na końcu wagonu.

- Nie lubi cię - stwierdził Thomas. - Znasz ją?

- Nie muszę. - Czuł spojrzenie Glain wwiercające się w tył jego głowy. - Ale trudno ją winić, jest Walijką. Prawdopodobnie spróbuje mi wbić nóż w nerkę, zanim dotrzemy do granicy. - Thomas nadal wyglądał, jakby nic nie rozumiał. - Jestem Anglikiem. Mamy wojnę. Ludzie wariują.

- Ach - stwierdził Thomas, ale nadal nie wyglądał na przekonanego. To nie to, co jego wojny, pomyślał Jess. A może nie wiedział, że Konflikt Południowy toczy się od ponad pięćdziesięciu lat i zebrał krwawe żniwo po obu stronach, walijskiej i angielskiej. Ostatnio szala zwycięstwa przechylała się na stronę Walijczyków.

Glain wyglądała jak jedna z tych wichrzycielek, które nie są w stanie pozostawić urazy na granicy. Zresztą Jessowi niespecjalnie to przeszkadzało. Przynajmniej jedna osoba, której nie będzie mu żal, gdy wykurzy ją w walce o miejsce.

Mijał kilometr za kilometrem, a pociąg wiózł ich ku niepewnej przyszłości.

Koniec wersji demonstracyjnej.