Rozdział 3
2002-07 - pięć lat frustracji
W pierwszych pięciu sezonach po powrocie do Primera División Atlético zajmowało na mecie miejsce poza czołówką. Kolejno: 11. (2002/03), 7. (2003/04), 11. (2004/05), 10. (2005/06) i 7. (2006/07). Bywało, że kibice wpadali we wściekłość, zdarzało im się wtargnąć do ośrodka treningowego w Majadahondzie i obrażać piłkarzy, a podczas meczów manifestować przeciwko szefom klubu.
Wyniki odbiegały w tym czasie od ambicji i oczekiwań bynajmniej nie z powodu słabej kadry. Najtrafniej oddał rzecz Fernando Torres w wypowiedzi z wiosny 2007 roku, odnalezionej i zacytowanej przez Iana Cruise'a w jego książce Fernando Torres2: "Od kiedy trafiłem do pierwszej drużyny [Torres debiutował w sezonie 2000/01], każdego sezonu mieliśmy duże zmiany, nowego trenera i zawodników. (...) Powinniśmy spojrzeć na sukcesy drużyn typu Villarreal i Sevilla, które miały własne długoterminowe plany, były konsekwentne i stały za swoimi trenerami". Otóż to. Jesúsa Gila nie było już w klubie, a potem w ogóle na tym świecie, ale jego duch wciąż unosił się na Vicente Calderón w gabinetach następców legendarnego prezydenta: rządzili zupełnie w jego stylu. Don Jesús zawsze przecież postrzegał zmianę trenera jako pierwszy sposób na wyprowadzenie zespołu z kryzysu. Oto co znaczy genius loci!
W latach 2002-07 drużynę prowadzili kolejno: Luis Aragonés (cały sezon 2002/03), Gregorio Manzano (cały sezon 2003/04), César Ferrando (cały sezon 2004/05), Carlos Bianchi (od 1. do 18. kolejki sezonu 2005/06), Pepe Murcia (od 19. do 38. kolejki sezonu 2005/06) i Javier Aguirre (cały sezon 2006/07). I tak nie było więc najgorzej: Gil Marín i Enrique Cerezo poza jednym wyjątkiem nie zwalniali trenerów w trakcie rozgrywek, za to nie dawali szansy na poprawę w drugim sezonie. Aguirre miał szczęście, bo siódma lokata w jego pierwszym podejściu dzięki rozstrzygnięciom w innych rozgrywkach dała drużynie upragniony start w europejskich pucharach. Tym razem, inaczej niż w 2004 roku, awans do rozgrywek Intertoto doceniono. Został więc na stanowisku i w kolejnym sezonie wprowadził Los Colchoneros do Ligi Mistrzów.
Przyjrzyjmy się pokrótce niedługim kadencjom pięciu pierwszych trenerów Atlético w XXI stuleciu po powrocie do Primera División i początkowi kadencji szóstego, by zastanowić się, czy istotnie zabrakło im tylko czasu, by odnieść sukcesy, czy też były i inne przyczyny ich niepowodzeń.
2002/03
Luis Aragonés już na przełomie stuleci uważany był przez wielu kibiców za najwybitniejszego trenera w historii Hiszpanii. Wszyscy zaś zgodzili się z tą opinią, gdy w 2008 roku poprowadził La Roję do mistrzostwa Europy, choć potem wielu kibiców szybko poszerzyło grono wielbicieli Vicente del Bosque. Aragonés swe najlepsze lata jako piłkarz spędził właśnie w Atlético. Był kochany przez jego fanów, na co jednak zasłużył sobie nie tylko golami. Kiedyś, już jako trener, zwrócił uwagę sędziemu technicznemu, by nie deptał wyrysowanego przy linii bocznej godła klubu. Publika zgotowała mu natychmiast owację.
Po sezonie 2002/03, jak na beniaminka całkiem przyzwoitym, Aragonés sam zrezygnował z posady w ukochanym klubie. Jego praca nie wzbudzała kontrowersji, wycisnął z zespołu tyle, ile się dało, miał dobre relacje z piłkarzami i szefami. Część dziennikarzy dziwiła się wprawdzie, że zespół w trakcie rozgrywek zwijał się, zamiast rozwijać, bo po 26. kolejce był jeszcze na znakomitym szóstym miejscu, a skończył 11., przegrawszy sześć z ostatnich ośmiu meczów. Zastanawiali się oni, dlaczego odniesione 1 lutego zwycięstwo 3:0 nad Barceloną było odosobnionym pokazem wybitnego futbolu w wykonaniu Atlético. Panowało jednak przekonanie, że psy szczekają, a karawana pojedzie dalej i dalej zajedzie w kolejnych rozgrywkach. Aż tu nagle gruchnęła wieść, że El Sabio (Mędrzec) powiedział "pas", w dodatku nie komentując tego w żaden sposób! Dopiero po jakimś czasie wyszło na jaw, że nie podał się do dymisji ot tak sobie, dla kaprysu czy dlatego, że otrzymał lepszą ofertę. Po prostu dotarły do niego słuchy, że władze klubu podjęły sekretne rozmowy ze szkoleniowcem Deportivo Javierem Iruretą i poczuł się tym dotknięty. Uniósł się honorem i odszedł na emeryturę, by cieszyć się dziesięciorgiem wnucząt, ale oczywiście długo w fotelu i papuciach nie wytrzymał. "Skoro siedząc w domu, i tak przez 24 godziny na dobę myślałem o piłce, to doszedłem do wniosku, że nie ma co się męczyć, tylko trzeba wrócić do pracy" - tłumaczył, gdy po kilku miesiącach objął stery w Mallorce. Można się tylko zastanawiać, jak potoczyłyby się losy Atlético i reprezentacji Hiszpanii, gdyby owego lata 2003 roku Cerezo i Gil Marín zachowali się albo stosowniej, albo przynajmniej bardziej dyskretnie - bo przecież nie zdołali namówić Irurety na podjęcie pracy na Vicente Calderón.
Odchodząc, Luis Aragonés zabawił się w proroka; stwierdził, że powrót na szczyt zajmie klubowi co najmniej sześć lat. Jak się okazuje, nawet on nie docenił nieudolności Gila Marína i Cerezo...
Gdy 1 lutego 2014 roku Luis Aragonés, El Sabio, El Zapatones, zmarł na leukemię w wieku 75 lat, za wszystko, co zrobił dla klubu, doczekał się na Vicente Calderón pożegnania, jakiego nie doświadczył nikt inny. Na mecz z Realem Sociedad przybyli wszyscy jego żyjący kompani z lat gry w Atlético, zeszli przed meczem na murawę i wymienili uściski z obecnymi graczami zespołu. Potem nastąpiła minuta takiej ciszy, że słychać było łopot skrzydeł nietoperzy. A gdy nadeszła ósma minuta - a to ze względu na fakt, że bohater grał z takim właśnie numerem na plecach - kibice zaczęli krzyczeć: "Luis Aragonés, Luis Aragonés...". W ten sposób czci się tylko świętych. Fani już jednak wiedzieli, że następnym człowiekiem, który kiedyś zostanie w ten sposób pożegnany, będzie Diego Simeone, siedzący tamtego dnia na ławce rezerwowych jako trener ekipy Los Colchoneros.
Oto podstawowa jedenastka Atlético w sezonie 2002/03:
Starszym kibicom wszystkie te nazwiska, może poza Bośniakiem Misradem Hibiciem, sporo mówią; w zespole tkwił duży potencjał, choć kilku zawodników (Albertini, Sergi, Emerson) najlepsze lata miało już za sobą...
2003/04
Następcą Aragonésa został Gregorio Manzano, psycholog z wykształcenia. Przez całą kampanię 2003/04 drużyna utrzymywała się na miejscu gwarantującym europejskie puchary. Jeszcze pod koniec kwietnia Manzano powiedział, że nie wyobraża sobie, by drużyna do nich nie awansowała, i zapewnił, że to się uda. Kilka potknięć na finiszu rozgrywek sprawiło jednak, że zespół zakończył sezon z taką samą liczbą punktów co Sevilla, ale znalazł się za nią w końcowej tabeli na skutek gorszego bilansu bezpośrednich spotkań. Siódme miejsce oznaczało tylko prawo gry w Pucharze Intertoto - nieistniejącej już dziś letniej imprezie, z której kilka zespołów kwalifikowało się do Pucharu UEFA. Był to wynik od biedy do zaakceptowania, wszystko wskazywało na to, że projekt będzie kontynuowany, lecz nagle okazało się, że Manzano rozstaje się z klubem.
Trener nie zrezygnował, nie zwolniono go, po prostu zakończono współpracę za porozumieniem stron. Sam Manzano wyjawił, że od pewnego czasu nie czuł, że szefowie mu ufają, a ściślej - jak wyraził się w charakterystycznym dla siebie języku - "brakowało empatii w codziennych międzyludzkich relacjach oraz właściwej komunikacji w trudnych momentach".
Gil Marín i Cerezo po raz pierwszy mocno zdenerwowali się na Manzano, gdy Atlético odpadło w ćwierćfinale z Pucharu Króla po porażce 0:4 z Sevillą w meczu, w którym trener posadził na ławce rezerwowych Fernando Torresa i Ariela Ibagazę, a z kolei Mono Burgos, wstawiony do bramki zaraz po wyleczeniu kontuzji, zawalił przy wszystkich golach. Sprawę pogorszyło to, że rozgrywki wygrał Real Saragossa, w którym pierwsze skrzypce grał wypożyczony z Atlético José María Movilla. Manzano uznał, że nie potrzebuje tego zawodnika, i wolał Ariela Ibagazę z Mallorki. Potem musiał tłumaczyć się przed Cerezo i dziennikarzami: "Rok temu Movilla grał w Atlético i jakoś nie przypominam sobie, żeby zespół zdobył Puchar Króla. Miałem w kadrze 37 zawodników i musiałem z kogoś zrezygnować. Dajcie mi spokój z tym Movillą" - mówił. Drugi raz rozsierdził pryncypałów, przegrywając mecz przedostatniej ligowej kolejki z Saragossą, rozgrywany dwa dni po śmierci Jesúsa Gila na milczącym Vicente Calderón. Szkoleniowiec został obwiniony niemal o zbezczeszczenie pamięci legendarnego prezydenta. Don Jesús był zresztą zdecydowanym przeciwnikiem jego nominacji na trenera; Cerezo podjął tę decyzję wbrew jego zdaniu i wbrew zdaniu Miguela Ángela, kierując się podpowiedzią dyrektora sportowego Toniego Mu?oza.
Manzano miał też jednak złe relacje z niektórymi piłkarzami. Jako psycholog powinien wiedzieć, że trener wszystkich podopiecznych musi traktować równo. Tymczasem pozwalał na wszystko grupie weteranów, dla reszty natomiast był bezwzględnym sierżantem. Na tym tle doszło do ostrej sprzeczki między nim a Germánem Burgosen, dziś asystentem Cholo Simeone, a wtedy bramkarzem zespołu. Zawodnik rzucił się w szatni na trenera z pięściami, o mało nie doszło do bójki. Manzano odstawił go od składu w połowie sezonu. Piłkarze, poza ową grupą faworytów, nie lubili swego szkoleniowca także dlatego, że po każdej porażce narzekał na ich niskie umiejętności. Gdy sezon zakończył się wywalczeniem niewiele dającego siódmego miejsca, powiedział: "Dostałem zespół taki, jaki dostałem, i myślę, że osiągnąłem z nim wspaniały rezultat. Ale pan Gil Marín zawsze był mi niechętny".
Cerezo, który czuł się odpowiedzialny za zatrudnienie Manzano i wszystkie tego konsekwencje, wiosną pałał już do trenera niemal nienawiścią. Gdy rozwiązał z nim kontrakt, powiedział: "To nie jest "do widzenia", lecz "do niezobaczenia"". Ale przyciskany przez dziennikarzy w kwestii prawdziwej przyczyny odejścia Manzano, bo przecież siódme miejsce w pierwszym sezonie pracy i z rzeczywiście przeciętnym - o wiele słabszym niż przed rokiem - składem istotnie nie było tragiczne, gubił się i plątał w odpowiedziach. "Nie wiem, nie bardzo potrafię to wszystko wyjaśnić" - burczał.
A tak w tej kampanii wyglądała podstawowa jedenastka Atlético:
Jak widać, pan psycholog miał zespół znacznie różniący się od tego, którym dysponował Aragonés. Sprowadzeni latem Nano, Novo, Kizito Musampa, Veljko Paunović, Gonzalo de los Santos nie do końca się sprawdzili. Także Diego Simeone po powrocie z Włoch nie był już tym samym piłkarzem co w sezonie 1996/97, kiedy zespół wywalczył podwójną koronę. W sumie więc nie ma się co dziwić, że Manzano narzekał na materiał, z którego miał wyrzeźbić europejskie puchary.
Trzeba tu wspomnieć jeszcze o jednej sprawie. Za kadencji Gregorio Manzano liderem i drugim, po Carlosie Aguilerze, kapitanem zespołu został wciąż jeszcze nastoletni Fernando Torres. Zdecydowane oparcie na nim gry ofensywnej drużyny nie było dobrą decyzją, odtąd bowiem ten uznawany za wybitnie utalentowanego zawodnik musiał dźwigać na własnych, wątłych jeszcze plecach odpowiedzialność za losy zespołu. Manzano i jego następca César Ferrando często obierali taktykę polegającą na graniu wszystkich piłek do El Ni?o, który sam miał radzić sobie z obrońcami rywali. Eksploatowało go to ponad miarę, a nie przynosiło pożądanych efektów, bo rywale doskonale widzieli, jak ustawić się przeciwko tak planującemu mecze zespołowi. Mimo to dorobek El Ni?o - 19 goli w sezonie 2003/04 i 16 w 2004/05 - był znakomity.
2004/05
Szefom Atlético przyszło wkrótce gorzko pożałować zwolnienia Manzano. Tym razem nowego trenera miał wybrać Gil Marín. Postawił na Césara Ferrando, który w poprzedniej kampanii prowadził prezentującego ciekawy futbol beniaminka z Albacete. Ta drużyna zdobyła w Primera División 47 punktów, podczas gdy znacznie silniejsze personalnie Atlético tylko 55. Pan Miguel Ángel srodze się jednak pomylił, sądząc, że Ferrando poradzi sobie także w klubie z większym potencjałem. Jeszcze nie zrozumiał, że futbol to nie matematyka.
Początek rozgrywek był jednak na tyle udany, że już w listopadzie 2004 roku z nowym szkoleniowcem przedłużono umowę na kolejny sezon, czyli do czerwca 2006 roku. Sam był tym niezwykle zdumiony, ale oczywiście i zadowolony. "Będę miał więcej spokoju, piłkarze też inaczej będą pracowali ze świadomością, że trener zostaje na kolejne rozgrywki" - mówił. "Nie chcę, żeby znów od stycznia do maja prasa dyskutowała, czy trener będzie pracował dalej, czy też w czerwcu odejdzie" - wyjaśniał z kolei Cerezo, który podpisał się na dokumencie.
Ten podpis kosztował go w maju 2005 roku 600 tysięcy euro, bo oczywiście zwalniając trenera z powodu słabych wyników, musiał mu zapłacić pensję za cały kolejny sezon. "Biorąc pod uwagę rezultaty, rozstanie z Ferrando to jedyna logiczna decyzja" - tłumaczył szefa Toni Mu?oz. "Ani go nie lubiłem, ani nie ceniłem. Przedłużenie kontraktu w listopadzie było błędem" - powiedział Cerezo. A sam szkoleniowiec tak posumował swoją pracę w Atlético: "Nigdy nie byłem szczęśliwy na Vicente Calderón. Brakowało mi dobrych piłkarzy w pomocy i w ataku. Obronę miałem dobrą, ale dalej - szkoda gadać".
Szkoda też gadać o dalszej karierze szkoleniowej Ferrando. Trener ten niczego już w futbolu nie osiągnął. W 2016 roku spadł z Albacete do ligi Segunda B i chyba na tym zakończył karierę, której współpraca z Atlético była absolutnym szczytem.
Trzeba tu jednak dodać, że do nieudanego sezonu przyczyniły się także bardzo poważnie potraktowane występy w Pucharze Intertoto. Podczas gdy inni odpoczywali bądź szlifowali formę, Los Colchoneros byli w grze od 17 lipca 2004 roku. Szło im dobrze, eliminowali kolejnych rywali: słowacki Zlin i serbski OFK Beograd. W finale jednak przegrali karnymi z Villarrealem. Submarinos zagrali w Pucharze UEFA, dla Atlético zaś cały wielki wysiłek okazał się nadaremny, a jego piłkarzom brakowało sił w trakcie sezonu.
Oto podstawowy skład Atlético z sezonu 2004/05:
Ferrando zawiódł na całej linii, zespół prezentował się bardzo słabo pod względem taktycznym. Często w roli skrzydłowych występowali boczni obrońcy: Molinero i Antonio López, co dowodziło, że trener nie dorósł do prowadzenia ambitnego zespołu. Najbardziej wartościowym wynikiem pod jego wodzą było lutowe zwycięstwo 2:0 nad Barceloną, po pamiętnym meczu, w którym Fernando Torres strzelał gole w 1. i 92. minucie. Końcówka sezonu natomiast okazała się druzgocąca: zespół nie odniósł ani jednego zwycięstwa w ostatnich ośmiu kolejkach.
2005/06
Sezon 2005/06 miał być już naprawdę udany. Cerezo i Gil Marín dokonali takich transferów i zatrudnili takiego trenera, że zaczęli myśleć nie o powrocie do europejskich pucharów, nie o zajęciu czwartego miejsca, lecz o zdobyciu mistrzostwa Hiszpanii. Taki cel zresztą ogłosił nowy szkoleniowiec.
Był to słynny Argentyńczyk Carlos Bianchi, znany za Atlantykiem jako El Virrey - Wicekról. W hiszpańskiej Ameryce, przed wybiciem się obecnych państw na niepodległość, przysyłany z Madrytu virrey był władcą absolutnym, panem życia i śmierci. Bianchi obrał właśnie taki - absolutystyczny - model sprawowania trenerskich rządów i także dzięki niemu osiągnął tyle sukcesów. Obok wielu lokalnych trofeów, dwa razy, z Vélezem Sarsfield i Boca Juniors, zdobył Puchar Interkontynentalny. Atlético skusiło go iście wicekrólewską pensją (królewskie płacił Real), wynoszącą trzy miliony euro rocznie. To sporo, bo Manzano zarabiał milion, a Ferrando 600 tysięcy euro.
Szefowie klubu, a także dyrektor sportowy Toni Mu?oz zabrali się do budowania kadry, która mogła spełnić ambicje ich i trenera. Najpierw Mu?oz pogonił 12 zawodników, którzy według niego nie rokowali nadziei, między innymi Kikiego Musampę, Cosmina Contrę, Carlosa Aguilerę. Nie popełnił na tym polu ani jednej pomyłki, bo w istocie rzeczy żaden z nich kariery potem nie zrobił.
Pierwszym celem transferowym było zakupienie godnego partnera do ataku dla coraz bardziej sfrustrowanego Fernando Torresa. W poprzednim sezonie miał obok siebie dawnego króla strzelców La Liga Salvę Ballestę, ale ten był już tylko cieniem samego siebie z lat świetności. Tym razem wybór padł na młodego Serba Mateję Kežmana. Wprawdzie w rozgrywkach 2004/05 srodze zawiódł w Chelsea, ale miał problemy zdrowotne, sezon wcześniej zaś strzelił 25 goli dla PSV Eindhoven. Dziewięć milionów euro wydanych na niego wydawało się znakomitą, gwarantowaną inwestycją. El Ni?o, który już myślał o odejściu, był zachwycony Kežmanem po pierwszych sparringach. "Na takiego partnera w ataku czekałem, odkąd gram w Atlético" - powiedział. Ale do pozostania w klubie przekonał go przede wszystkim nowy trener.
Mu?oz zadbał też o to, by miał kto dostarczać piłki duetowi młodych, gniewnych napastników. Bianchi żądał zresztą przede wszystkim skrzydłowych. Udało się kupić akurat tych dwóch, których sobie upatrzył: Argentyńczyka Maxiego Rodrígueza za sześć milionów euro z Espanyolu i Bułgara Martina Petrowa z VfL Wolfsburg za dziesięć milionów. Tę drugą transakcję przepchnął Francisco García Sanz, kibic Atlético pracujący w koncernie Volkswagena na stanowisku wiceprezydenta. Maxi w poprzednim sezonie strzelił 15 goli w Primera División, podczas gdy wszyscy pomocnicy Atlético razem - ledwie osiem. "Espanyol już więcej nie osiągnie, ze mną czy beze mnie, z klubem ze stolicy natomiast mogę powalczyć o najwyższe laury. A poza tym zadecydowała osoba trenera, który w Argentynie jest niemal bogiem i daje gwarancję wygrywania" - powiedział. Petrow nie strzelał tylu goli, ale za to specjalizował się w asystach.
Z wypożyczenia do Getafe ściągnięty został Gabi - do sezonu 2017/18 pełniący w zespole funkcję kapitana - a z Murcii kupiono prawego obrońcę Juana Valerę. Bianchi obiecywał także stawiać na wychowanków.
Atlético nie śmierdziało kasą, ale zdobyło się na spory wydatek, licząc, że niebawem zostanie sprzedany stadion imienia Vicente Calderóna. Jak się wkrótce okazało, ta operacja nie mogła dojść wówczas do skutku, więc sytuacja finansowa klubu uległa pogorszeniu.
Z początku piłkarze byli zachwyceni metodami Wicekróla. Po preferujących treningi wyłącznie z piłką Manzano i Ferrando dostali szkoleniowca potrafiącego dać piłkarzom w kość. "Tego nam było trzeba. Odpowiednie przygotowanie fizyczne to przecież baza, na której można budować siłę zespołu. Nie wyobrażam sobie, byśmy kolejny raz znaleźli się poza europejskimi pucharami. A Bianchi powtarza nam nawet, że powalczymy o mistrzostwo kraju, i powoli zaczynamy mu wierzyć" - mówił kolumbijski stoper Luis Amaranto Perea. Sam Virrey zaś powiedział: "Najważniejsze, by trener zdołał zaszczepić piłkarzom swoją wolę zwycięstwa, a ja to umiem. Chyba właśnie tego brakowało Atlético w ostatnich kilku sezonach".
Początek był obiecujący, w trzeciej kolejce zespół w pięknym stylu ograł Barcelonę, swego ulubionego w tamtym czasie rywala - w przeciwieństwie do Realu, od którego Los Colchoneros regularnie dostawali w skórę. Ale potem zaczął się zjazd. W połowie sezonu Atlético miało tylko 20 punktów i zajmowało 14. pozycję w lidze. 20 grudnia publicysta "Asa", Marco A. Flores, napisał: "Zwolnijcie Bianchiego, bo inaczej Atlético spadnie do drugiej ligi!".
Niepowodzenia wzięły się stąd, że trener bardzo szybko skłócił się z piłkarzami. "On nie potrafił zaakceptować naszych zwyczajów, a my jego" - powiedział już po odejściu bossa García Calvo. Piłkarze Atlético i wtedy, i później, aż do końca dekady, nie byli ludźmi łatwymi we współżyciu. Uría zarzuca im zdemoralizowanie. Piłkarz Atlético "zarabia dużo, gra mało, ciągle gada i przeważnie mówi za wiele" - pisał dziennikarz. Zarówno ze względu na to, kto rządził klubem, jak i jakich piłkarzy miał w zespole, każdy kolejny szkoleniowiec był "tym samym psem, tylko z inną obrożą".
Ale też Virrey nie był pierwszym ani ostatnim Argentyńczykiem, który przekonał się, że w Europie nie sprawdzają się metody przynoszące sukcesy w rodzinnym kraju. Europejscy piłkarze mają inną mentalność, nie traktują trenera jak boga, któremu wszystko wolno i który zawsze ma rację, lecz jako człowieka, który wcale nie musi być mądrzejszy od nich i może się mylić. Zawodnicy Atlético nie rozumieli i nie akceptowali tego, że Bianchi nieustannie zmieniał im pozycje. Maxi Rodríguez na przykład grał jako prawy pomocnik, rozgrywający i napastnik, Martin Petrow zaś, typowy lewoskrzydłowy, występował jako środkowy pomocnik. Rezerwowi się buntowali, bo trener bardzo rzadko dawał im szansę na grę, stale stawiając na tę samą jedenastkę, i niemal nie dokonywał roszad w trakcie meczów. Napastnicy narzekali, że środkowi pomocnicy muszą przede wszystkim bronić i dlatego nie pomagają im wystarczająco w atakach na bramkę rywali. Wszyscy zaś bardzo źle reagowali na to, że Bianchi nieustannie ich krytykował, wręcz opieprzał za każde nieudane zagranie. Powodowało to u zawodników coś w rodzaju paraliżu - nie podejmowali ryzyka, podawali do najbliższego partnera, nie strzelali z dystansu. Gdy pierwsi tracili gola, całkowicie się zacinali i prawie zawsze przegrywali mecz.
El Ni?o nie chciał dopuścić do siebie myśli, że szefowie klubu znów pomylili się w wyborze trenera i traci kolejny sezon. "Słabe wyniki to nasza wina, brakuje nam zaciętości w grze, to nie on marnuje sytuacje bramkowe, tylko my" - tłumaczył. A Enrique Cerezo dowodził w swoim stylu: "Wyobraźcie sobie, że przyjeżdża profesor matematyki z Argentyny, zadaje studentom pytanie, ile to jest dwa razy dwa, a oni odpowiadają, że trzy. I po czyjej stronie jest wina?". Jeszcze w grudniu zapewniał, że Bianchi na pewno wypełni kontrakt.
Liczył może na to, że zespół zdobędzie Puchar Króla. Ale podczas zgrupowania w Ciudad Deportivo de las Rozas w pierwszych dniach stycznia zatruło się 15 piłkarzy, przez co Atlético przegrało z Realem Saragossa i odpadło z rozgrywek.
Bianchi oświadczył, że nie poda się do dymisji, zapewnił, że wyprowadzi zespół z kryzysu. A kibice podczas meczów domagali się, by odszedł nie szkoleniowiec, tylko prezydent Cerezo. Na jednym ze spotkań pojawił się transparent z napisem "48 trenerów w 16 lat. Cerezo, natychmiast odejdź" - a więc fani uznawali obecnego prezydenta za kontynuatora stylu poprzednika. Ten zrozumiał, że czyjaś głowa musi polecieć, i podjął decyzję, że nie będzie to jego głowa. Zgrzytając zębami, wypłacił Argentyńczykowi należność za cały kontrakt i powierzył zespół Pepe Murcii, a więc dotychczasowemu trenerowi rezerw. W tym samym czasie także w drugim klubie z Madrytu doszło do podobnej zmiany szkoleniowca: miejsce Vanderleia Luxemburgo zajął Juan Ramón López Caro.
Za kadencji Bianchiego Atlético grało najczęściej w takim składzie i ustawieniu:
W grze zespołu niepokojąco często dawało się zauważyć pęknięcie na ofensywny kwartet, którego członkowie nie brali udziału w grze obronnej, i defensywy sekstet, nieangażujący się w ataki. Już po odejściu Argentyńczyka piłkarze zaczęli narzekać na brak treningów taktycznych; według ich relacji szkoleniowiec przeważnie zachowywał się jak zblazowany wuefista: rzucał im piłkę i mówił, żeby sobie postrzelali. W ogóle też z nimi nie rozmawiał, był daleki i nieprzenikniony jak Zeus na Olimpie. O tym, że piłkarzy nie nauczono, jak mają zachowywać się przy stałych fragmentach gry, świadczyły statystyki: Atlético było zarówno najsłabiej broniącym, jak i najgorzej atakującym zespołem w takich sytuacjach.
Pepe Murcia, choć to on miał raczej temperament wuefisty (a przynajmniej, czego nie ukrywał, obejmując stanowisko, więcej przyjemności sprawiała mu praca z młodzieżą niż z dorosłymi), podszedł do prowadzenia zespołu bardzo poważnie. Nie traktował bynajmniej powierzenia mu drużyny A jako życiowej szansy. Wiedział, że niezależnie od tego, co osiągnie, i tak po pół roku wróci do pracy z rezerwami. Klub nie podpisał z nim kontraktu, lecz wypłacał "meczówkę", czyli określoną kwotę za poprowadzenie zespołu w każdym spotkaniu. To w świecie futbolu absolutny ewenement - tak wtedy, jak i dzisiaj. Można tylko przypuszczać, że inni trenerzy byli na Murcię wściekli, iż przystał na takie warunki, tym samym psując rynek.
W wyjściowym składzie zespołu wuefista dokonał tylko jednej zmiany: w środku pola miejsce jednego z defensywnych pomocników zajął całkowicie odstawiony przez Bianchiego Ariel Ibagaza. Grał on zupełnie inaczej niż bardzo statyczni Peter Luccin bądź Gabi - biegał dużo i szybko, często podawał z pierwszej piłki. Rozruszał zespół, stał się owym zwornikiem między obroną a atakiem.
Murcia, przyjaciel Lópeza Caro i Césara Ferrando, zaczął od porażki 0:1 z Betisem 14 stycznia 2005. To był akurat ostatni mecz pierwszej części rozgrywek, którą Atlético zakończyło na 14. miejscu, trzy punkty nad strefą spadkową. Widmo klęski zajrzało w oczy szefom klubu i kibicom. Ale potem przyszła passa sześciu kolejnych wygranych (pierwsza taka seria zespołu od 14 lat!). Po niej, na koniec lutego, Atlético było dziewiąte i miało trzy punkty... straty do strefy europejskich pucharów. Przy tym prezentowało ciekawą piłkę, realizując założenie Murcii, który pewnego razu powiedział: "Jak świat światem, Barça grała, Real wygrywał, a Atlético kontratakowało. Teraz ma się to zmienić...". "Stójmy twardo na ziemi, nie odlatujmy" - apelował po zwycięskiej serii do kibiców, ale i części kolegów dojrzały nad wiek Dzieciak Fernando Torres.
Zaczęły się dyskusje, czemu najgorsza drużyna ligi z dnia na dzień zmieniła się w najlepszą. Wyszło na to, że Murcia pozwolił piłkarzom się wyluzować, spuścił z nich powietrze. "Bianchi powtarzał, że celem jest Liga Mistrzów, to nas spinało. Załamywaliśmy się po straconym golu. Teraz jest inaczej. Mamy po prostu dobrze grać w piłkę i uczciwie wykonywać swoją pracę, a wyniki, jak mówi trener, same przyjdą" - powiedział Maxi Rodríguez, dodając, że z Ibagazą gra się inaczej, a poza tym zespół ma wreszcie wytrenowane schematy akcji, które potem powtarza w trakcie meczów. Cerezo ujął całą rzecz po swojemu, stwierdzając, że po odejściu Bianchiego piłkarze oddychają innym, świeższym powietrzem.
Ale opisujemy te kilka miesięcy Pepe Murcii bardziej szczegółowo niż kadencje poprzednich trenerów ze względu na słowa Luisa Amaranto Perei (rozwijające zacytowaną powyżej myśl Maxiego Rodrígueza): "Pepe Murcia wprowadził jedną żelazną zasadę: rozmawiamy tylko o najbliższym meczu". Brzmi znajomo? Oczywiście: "mecz po meczu" (partido a partido) to przecież motto Diego Simeone, trzy słowa, które stały się symbolem jego trenerskiej filozofii. Zachwycając się ich prostą mądrością, warto pamiętać, że jako pierwszy wypowiedział je w szatni Atlético skromny Pepe Murcia, o którym nikt dziś nie pamięta. Genialna fraza Cholo okazuje się na pewno nieświadomym, ale jednak plagiatem!
Końcówka sezonu nie była już jednak dla Atlético tak udana, jak początek rundy rewanżowej. Atmosfera euforii i pewność, że - jak wyraził to Fernando Torres - "Murcia zaprowadzi nas za rękę do Europy", prysła w wyniku kolejnej porażki w derbach Madrytu z czarną bestią - Realem. Atlético na finiszu sezonu nie liczyło się w walce o europejskie puchary. Ale zasiane w szatni tego klubu zaufanie do trenera, który nie stawia dalekosiężnych celów, tylko każe koncentrować się na najbliższym spotkaniu, pozostało, pieczołowicie pielęgnowane tam przez Gabiego. Gdy Simeone wygłosił po raz pierwszy swą maksymę, miał na pewno jednego bardzo uważnego słuchacza, w którym odezwały się miłe wspomnienia. A że Gabi był kapitanem, mógł zarażać optymizmem kolegów.
Co ciekawe, prowadząc Atlético, Murcia zasmakował jednak w pracy z seniorami i po odejściu z klubu zaczął robić karierę. W Primera División pracował z Celtą Vigo w sezonie 2008/09. W 2011 roku wyjechał za granicę. W 2016 roku, prowadząc trening fińskiego klubu FC Legirus Inter, doznał zawału serca i nie wrócił do zawodu. Tak więc porzucenie pasji dla pieniędzy nie wyszło mu na dobre, bo pracując z juniorami, na pewno nie narażałby się na tak duże stresy jak w zawodowym futbolu; Enrique Cerezo wyrządził mu w styczniu 2006 roku niedźwiedzią przysługę.
Nie tylko Murcia rozstał się w czerwcu 2006 roku z Atlético. Odszedł wówczas z klubu także jego dyrektor sportowy Toni Mu?oz, zatrudniony na tym stanowisku przez Enrique Cerezo natychmiast po objęciu przez tego ostatniego stanowiska prezydenta. Kontrakt Mu?oza zawierał bowiem zapis, że jeżeli drużyna w sezonie 2005/06 nie zakwalifikuje się do europejskich pucharów, straci on pracę. Gil Marín i Cerezo wykorzystali go więc jako piorunochron: mogli tłumaczyć dziennikarzom, że w kwestii wyboru trenera i transferów piłkarzy zaufali fachowcowi, który jednak pomylił się w ważnych kwestiach i teraz ponosi za to karę.
2006/07
Za zatrudnienie Javiera Aguirre i powodzenie jego misji w sezonie 2006/07 ponosili już jednak całkowitą odpowiedzialność.
Cerezo jak zwykle stawiał przed zespołem ambitne cele. "Zainwestowaliśmy w drużynę, ma grać o wszystko. Nie mamy obowiązku zostać mistrzem kraju, ale nie zadowoli nas wywalczenie awansu do Pucharu UEFA. Tego, że Aguirre zabierze nas do Europy, jestem jednak pewien" - mówił. "Przyszedł moment, żeby w końcu dołączyć do kontynentalnej czołówki" - dodawał Gil Marín. Obaj szefowie Atleti mieli prawo wiele oczekiwać od Meksykanina, gdyż za sezon 2005/06, w którym doprowadził do czwartego miejsca Osasunę, został wybrany przez dziennik "As" najlepszym trenerem Primera División.
Nikt nie negował, że drużyna została poważnie wzmocniona. Klub dokonał zakupu nawet ponad oczekiwania kibiców, gdyż sprowadził nowego Messiego albo nowego Romário - bo do tych gwiazd porównywany był wtedy Sergio Agüero. Zapłacono za niego argentyńskiemu Independiente 21,7 miliona euro. Doprawdy zdumiewające, że ten wybitnie utalentowany zawodnik wybrał zespół spoza szerokiej europejskiej czołówki, który nie zakwalifikował się do międzynarodowych pucharów. Z punktu widzenia marketingowego nie był to zły ruch, koszulki Kuna z miejsca zaczęły sprzedawać się nawet lepiej niż trykoty Fernando Torresa, ale sportowo wielokrotnie miał żałować, że nie zastanowił się dłużej.
W słowach Cerezo, że sprowadził Agüero dla całej Europy, żeby mogła cieszyć się jego grą, pobrzmiewała pycha, ale było w nich też sporo racji. A poza tym Fernando Torres dostał w końcu godnego siebie partnera do linii ataku; Argentyńczyk miał się stać zawodnikiem, który razem z El Ni?o będzie dźwigał odpowiedzialność za strzelanie goli i zagwarantuje, że zespół będzie miał odpowiednią jakość w ofensywie. Torres zresztą zdecydował się przedłużyć kontrakt dopiero na wiadomość o zaawansowanych negocjacjach z Kunem. Nowa umowa obniżała jednak klauzulę odejścia Hiszpana do zaledwie 40 milionów euro, co dowodzi, że Torres nie był jednak pewien, iż nowy projekt zakończy się sukcesem, i sposobił się do odfrunięcia za rok.
W środku pola za plecami asów harować mieli dwaj renomowani Portugalczycy: Costinha i Maniche - zwłaszcza tego drugiego, nazywanego Motorem, chciało pół Europy, ale Dinamo Moskwa sprzedało obu w pakiecie Atlético za 15 milionów euro. Na boki obrony kupiono ofensywnie usposobionych i szanowanych w Europie Georgiosa Seitaridisa (też z Dinama, za kolejne sześć milionów) oraz Mariano Perníę (za cztery miliony z Getafe).
Aguirre zamierzał przede wszystkim uczynić z Atlético solidny i waleczny zespół. Powiedział, że chce, by jego Los Colchoneros przypominali reprezentację Hiszpanii w koszykówce, która właśnie została mistrzem świata. "Byli jak jeden człowiek" - zachwycał się. Zapowiedział, że będzie grał systemem 4-4-2 i zrezygnuje z ofensywnego pomocnika. Mówił, że klub musi przede wszystkim poradzić sobie z syndromem wiecznego przegranego i od początku sezonu zdobywać punkty dzięki agresywnej, ostrej grze. "Atlético Aguirre nie będzie prezentowało ładnej piłki, ale będzie kompaktowe i solidne" - prorokował "As". Świetnie komponowały się z tą opinią słowa obrońcy Pablo: "W zeszłym sezonie rzucaliśmy się na rywala, żeby po kwadransie prowadzić 3:0. Pamiętajmy, że 1:0 też daje trzy punkty".
Grając w myśl tej zasady, Atlético w pierwszych sześciu kolejkach zdobyło 13 punktów, co było najlepszym startem zespołu od sezonu 1995/96, zakończonego wywalczeniem historycznego dubletu. Euforię wzbudził zwłaszcza remis 1:1 na Santiago Bernabéu, po którym Fernando Torres powiedział, że wreszcie to Real, a nie jakaś Osasuna będzie rywalem Los Colchoneros na finiszu rozgrywek.
Ale wkrótce na drużynę jeden po drugim zaczęły spadać bolesne ciosy. Pierwszym był wypadek samochodowy Gabiego, który wykluczył go na dłuższy czas z gry, ale boleśniejszym - zerwanie więzadeł krzyżowych przez trzecią gwiazdę drużyny, czyli Maxiego Rodrígueza. Niebawem wypadł z gry drugi skrzydłowy - Martin Petrow. Obaj mieli wrócić dopiero w marcu, a Gil Marín zapowiedział, że zimą nie kupi nikogo w ich miejsce, bo latem wydał na transfery wszystko, co klub miał do dyspozycji. Kun z El Ni?o stali się osamotnieni w ataku, a wobec straty dwóch ważnych zawodników, którzy nie mieli wartościowych dublerów, trener nie potrafił zmienić sposobu gry drużyny. Aguirre był bezradny wobec rywala zastawiającego zasieki przed własną bramką.
Gdy wyniki, zwłaszcza w meczach u siebie, gwałtownie się pogorszyły, między piłkarzami i kostycznym Meksykaninem zaczęły się kłótnie, a prasa pisała także o niesnaskach między dwoma gwiazdorami, czemu obaj jednak stanowczo zaprzeczali ("Bywam u niego w domu, razem gramy na PlayStation" - mówił Kun). Atmosferę w zespole psuł niesubordynowany Pernía, a pewnego razu na treningu skoczyli sobie do gardeł Maniche i Antonio López. W styczniu urazu doznał bramkarz Leo Franco, któremu wcześniej zespół po wielokroć zawdzięczał punkty, a ponadto do mediów przeciekła informacja, że El Ni?o definitywnie postanowił po sezonie odejść z klubu. Wkrótce idol zaczął marudzić, twierdzić, że wiele osób w klubie chce się z nim pożegnać. Przestał dopiero wtedy, gdy publika zgotowała mu owację po zmarnowanym karnym w meczu z Osasuną.
Cerezo przyjął strategię zapewniania wszystkich przy każdej okazji, że nie dzieje się nic złego, że ma nad wszystkim kontrolę, a trener cieszy się jego pełnym zaufaniem i pracuje wspaniale. Czegoś się jednak nauczył - tego mianowicie, że kopanie dołków pod trenerem jest z każdego punktu widzenia niewłaściwe i przynosi opłakane skutki. Stawało się mimo wszystko jasne, że pierwsza czwórka ucieka definitywnie, że jedynym realnym celem jest już awans do Pucharu UEFA. "As" w lutym napisał wprost: "Szefowie klubu nie kupili zimą żadnego klasowego skrzydłowego, więc niech zapomną o Lidze Mistrzów. Atlético jest za słabe, by skończyć rozgrywki w czołówce". Skoro tak, Gil Marín jeszcze w marcu zapowiedział: "Rok 2007 to rok konsolidacji, triumfy przyjdą w 2008". Kibice zrozumieli te słowa na swój sposób: czekaliście tyle, to poczekajcie jeszcze trochę...
Zespół ostatecznie zajął siódmą lokatę, która pozwoliła mu zagrać tylko w Pucharze Intertoto. Sprawa rozstrzygnęła się w ostatniej kolejce: Atlético wprawdzie wygrało z Osasuną, ale Saragossa uratowała remis z Recreativo i zajęła szóstą lokatę. Rozczarowanie było wielkie, ale Gil Marín i Cerezo jakoś przełknęli tę gorzką pigułkę. Uwierzyli Aguirre, który powiedział: "Wiem, jakie popełniłem błędy, i w następnym sezonie ich uniknę". Już w końcówce kampanii 2006/07 całkowicie zmienił zresztą image: stał się wyluzowany i miły dla zawodników. Przed decydującymi meczami zabrał nawet zespół na integracyjną kolację. To dobrze rokowało.
Po ostatnim spotkaniu sezonu wśród kibiców Atlético panowało przekonanie, że za Torresa zostanie kupiony klasowy napastnik, Petrow i Maxi wrócą do pełni zdrowia i formy, Aguirre zostanie i zespół czeka naprawdę piękny sezon.
W pierwszym sezonie Javiera Aguirre podstawowy skład Atlético wyglądał następująco:
Prezydent Enrique Cerezo opowiedział kilka lat później ciekawą historię. Otóż w przerwie między rozgrywkami, w czerwcu 2007 roku, spotkał się przy okazji jakiejś imprezy filmowej z powieściopisarzem i reżyserem Davidem Truebą, pasjonatem futbolu i przyjacielem Pepa Guardioli. Otóż Trueba namawiał wtedy Cerezo, by nie bacząc na nic, zwolnił Javiera Aguirre i powierzył stanowisko trenera Guardioli, który wedle artysty miał do tej roboty niezwykły talent oraz kwalifikacje, choć jeszcze nigdzie nie pracował. Prezydent Los Colchoneros bez namysłu odrzucił ten koncept. Gdyby wtedy zaryzykował, historia futbolu potoczyłaby się inaczej. Guardiola został bowiem trenerem rezerw Barcelony, a po roku powierzono mu pierwszy zespół i... wszyscy wiemy, co było dalej.
2 Po polsku wydana w 2014 r. przez Wydawnictwo Olé w przekładzie Marcina Jedynaka i Magdaleny Orłowskiej. Wykaz wszystkich cytowanych tekstów wraz z nazwiskami tłumaczy znajduje się na końcu książki (przyp. red.).