9 majapark świętokrzyski
Sikora modra posila się wśród młodych i miękkich jeszcze liści lipy. Jej sposób poszukiwań przypomina kontrolowane spadanie: zgrabnym zeskokom towarzyszą artystyczne machnięcia skrzydeł. I tak aż po dolne partie korony, coraz bliżej, na wyciągniecie ręki. Zabawnie obserwować, jak stojąc na jednej łapce, drugą przyciąga sąsiedni liść. Ogląda go dokładnie od dołu do góry w poszukiwaniu złóż owadzich jaj. Pomagają jej w tym wyspecjalizowane oczy, którymi widzi jak przez lupę. Pod jednym z listków znajduje gąsienicę. Nie połyka od razu - co zapowiadał jej zapał - lecz przytrzymując ją między palcami, wyjada metodycznie od środka. Jakby jadła prosto z opakowania. Podnoszę porzuconą skórkę i rozgniatam między językiem a podniebieniem. Zrazu smakuje nieźle, dopiero potem daje się wyczuć gorzkawy smak. Czyżby z tego powodu ptak zostawił tyle jedzenia?
Spędzamy tak razem blisko dwadzieścia minut. Nagle sikora startuje w stronę zejścia do stacji metra i znika w rogu parku. Biegnę jej śladem, potrącając przechodniów i płosząc gołębie na deptaku. Czas najwyższy: modraszka siedzi u wlotu do dziupli, by za moment dać w nią nura. Dziupla czernieje w wierzchołku lipy, na wysokości pięciu metrów, doskonale ukryta pośród liści. Ma anatomiczny kształt, u jej podstawy bieli się kobierczyk drobnych grzybków, pewnie rozszczepka pospolita, Schizophyllum commune. Obserwuję to wszystko, stojąc w ciżbie pasażerów i przechodniów na przystanku autobusowym Metro Świętokrzyska 03.
Po chwili ptak niebieszczy się już na sąsiednim drzewie. Zdradza dużą ruchliwość, jak gdyby bogata choreografia pozwalała mu obserwować liście z różnych perspektyw, jak gdyby łatwiej było ruszyć ciałkiem niż głową. Coś uważnie studiuje: to przykłada, to odsuwa oko od powierzchni szerokiego liścia. Jedno mrugnięcie i jest już w dziupli z powrotem.
A zatem rodzic, który karmi młode. Wiem - bo wlazł do środka cały. Gdyby to był samiec, który dokarmia samiczkę wysiadującą jajka, co sikory mają w zwyczaju, podałby jej pokarm z zewnątrz albo wywabił z gniazda cichym śpiewem na gałąź. Płci nie da się określić po wyglądzie, on i ona wyglądają tak samo. A to, że napotkana modraszka śpiewa, wcale nie oznacza, że jest samcem, jak sądziliśmy przez lata. Samiczki modraszek też śpiewają. Podobnie jak większość gatunków z podrzędu śpiewających (Oscines), do którego należą sikory.
pałac kultury i nauki
Park Świętokrzyski to prostokąt zieleni i ubitej gleby wciśnięty w połacie betonu tak szczelnie, że ostatni kret zmarł bądź uciekł stamtąd jakieś pół wieku temu. Czasem fantazjuję, czyby zupełnie przypadkiem nie wypuścić tu kilku kretów i dokonać restytucji gatunku. Na razie nie ma nawet myszy. Dłuższe boki prostokąta tworzą wyniesiony nieco taras u podnóża Pałacu Kultury i Nauki oraz ulica Świętokrzyska, krótsze wyznaczają ulice Emilii Plater - od zachodu, i Marszałkowska - od wschodu. Między nimi męczy się dwieście osiemdziesiąt drzew, zastępowanych powoli młodymi drzewkami z arytmetycznym przeświadczeniem, że w biologii sztuka za sztukę to równy rachunek. Na całość pada cień skalistej budowli, góry wapieni, marmuru, granitu, betonu, piaskowca i drewna, ułożonej z pomocą zaprawy murarskiej w stylu zwanym realizmem socjalistycznym. Jeszcze nie tak dawno był to najwyższy budynek w Polsce. Od 2022 roku przewyższa go pobliska Varso Tower. Pałac ma dwieście trzydzieści siedem metrów wysokości, Varso Tower - trzysta dziesięć.
Gdyby popatrzeć na pałac oczami roślin i zwierząt, byłby wielką i ciepłą górą o stromych ścianach. Ich powierzchnia wynosi aż dziesięć hektarów, czyli tyle ile gospodarstwo rolne. W górze widnieje wiele rys, szczelin i tysiąc czterysta szesnaście otworów zwanych oknami. Ale kiedy powstaje monument z czterdziestu milionów cegieł, musi pojawić się jakaś dodatkowa, nieplanowana szpara. Wielu mikrozaułków dostarczają też próby naśladowania stylu art déco, obfitego w zdobienia, różne tekstury i materiały. A nawet rzeźby. Pałac tylko z daleka wydaje się gładki i hermetyczny. Nic dziwnego, że rośnie na nim sto jedenaście gatunków roślin, w tym drzewa i krzewy. Gnieździ się tutaj dziesięć gatunków ptaków, a u podnóża góry drugie tyle. Najbardziej znanym jest sokół wędrowny, choć ja osobiście wolę oglądać gołębie miejskie, na które on poluje. Żeby uniknąć śmierci, dokonują cudów zręczności. Tak jak na prawdziwej górze naliczyłem tu też siedem gatunków mchów, pięć gatunków porostów i jednego wątrobowca. Jest nawet paproć. O ssakach, poza homo sapiens, wiadomo niewiele. Właściwie tylko tyle, że w pałacu chcą mieszkać też szczurki i myszy, zarząd zatrudnił więc jedenaście kotów.
19 majametro świętokrzyska 03
Spacer zaczynam zazwyczaj przy przystanku Metro Świętokrzyska 03. Znajome sikory, które nazwałem Lipowymi, karmią intensywnie. Już wyblakły im wiosenne kolory godowe, co sprawia, że wyglądają na zmęczone, a nawet lekko brudne. Za pokarmem latają aż na drugi koniec parku, czyli sporo ponad sto metrów. Pod lipą z sikorkami, w krzaku tawuły, gniazdo uwiła pokrzewka kapturka. Przechodzący sikają czasem na krzak, zagrażając gniazdku, w którym bieli się pięć zarodków w wapiennych skorupkach.
O dwa loty furażowe dalej przysiadam na murku przy Świętokrzyskiej, pod klonem z gniazdem wrony. Widać stąd trzecią parę modraszek, dla odmiany w budce lęgowej. Dwie wrony czekają obok, w koronie drzewa i na ziemi, nasłuchując głosów z budki. Wiedzą o rodzinie modraszek i doskonale zdają sobie sprawę z tego, że podczas pierwszych lotów dzieci łatwo będzie o łup. Trzecia wrona, podlot, wychodzi już z gniazda na konary drzewa, pod którym siedzę, i rzuca we mnie patyczkami. Schylam się po nie i konstatuję, że mchy porosły murek jedynie pod drzewem, korzystając z jego cienia i wilgoci. Nie wiem, czy siedzę na rozłupku, szurpku czy strzechwie - bez lupy ciężko je odróżnić.
Tuż pod budką, na dwóch ławkach, trwa impreza. Butelki, ciastka, muzyka. Kilka osób rozpartych jak w barze sączy piwo. Mimo że modraszki karmią tuż nad ich głowami, piwosze niczego nie dostrzegają. Ptaki miejskie nie są tak płochliwe jak leśne. Wydaje się, że doceniają obecność ludzi, która chroni ich przed kotem, norką czy krogulcem. Ale nie przed wroną, która dybie na podloty, a jednocześnie dobiera się do ciastek.
Młode mazurki z budki obok słychać już bardzo wyraźnie. Rodzice futrują je dzielnie i radośnie kopulują pomiędzy karmieniami, zdradzając przy tym dziką przyjemność z życia. Potem nie rozlatują się zaraz, jak czynią to te blisko pomnika Korczaka, lecz siedzą koło siebie przez chwilę. Rozczula mnie to bardziej, niżby wypadało, więc zerkam na trzecią budkę, pustą wciąż, choć nową i schludną. Mimo że ogólna liczba mazurków spadła w ostatnich latach, to na niektórych osiedlach Warszawy jest ich coraz więcej. Prawdopodobnie dzięki budkom lęgowym.
Dalej, w stronę baru Pijana Wiśnia, ktoś porozwieszał skrzynki dla modraszek i szpaków. Wiszą ciasno, co kilka metrów, jakby architekt zieleni był przekonany, że zwierzęta wzorem urzędników lubią geometrię i regularne odstępy. Okazały baśniowy buk z odpicowaną budką zatrzymuje mnie zazwyczaj na dłużej, podobnie jak sędziwe pobliskie oliwniki. Drzewa w parku Świętokrzyskim posadzono w latach 1954-1955, jednak oliwniki wydają się starsze. Być może rosły na jakimś przedwojennym podwórku.
Na tyłach baru, w zacisznej dziupli klonu, czwarta para sikor modrych złożyła jajka. Dziupla jest bardzo wąska, jej obramowanie przypomina oko z czarną tęczówką wejścia. Raz po raz łypie stamtąd, jak modra źrenica, mały ptak. W środku pisklę wielkości wisienki próbuje unieść głowę, czego nie może się domyślać żaden z kierowców skręcających z pobliskiej ulicy Emilii Plater w Świętokrzyską.
Przy alejce klonów srebrzystych, wzdłuż tarasu przed Pałacem Młodzieży, w dziupli powstałej po odciętej gałęzi, kombinuje coś piąta parka modraszek. Raz po raz wchodzą do ciemnej dziurki i wynoszą fragmenty próchna. Taszczą je daleko, hen, gdzieś między drzewa. Niczego nie gubią, nikt nie pozna, że trwa tu właśnie sprzątanie dziupli. Co chwila znikają w ciemności, czasami oboje. Kiedy samczyk wlatuje do środka, zdarza mu się śpiewać nieco dłużej. Głos staje się wtedy bardziej stłumiony, jakby dochodził z pomieszczenia obok.
Na pozostałą część parku, tę od strony Marszałkowskiej, rzadko kiedy starcza mi czasu. Poza modraszkami, szpakami i mazurkami popisuje się tam wyszukaną pieśnią pleszka, ale nie mogę wypatrzyć dziupli, w której się kryje. Z budynku pałacu zlatują wróble, zbierając okruchy i większe kawałki burgerowych bułek (szczególnie w cenie są ciemne z ziarnami). W koronach słychać także dzwońca i zaganiacza, który zgrabnie udaje trzciniaka. Zaganiacz to jedyny ptak w Polsce, który znosi różowe jaja, dobrze byłoby znaleźć jego gniazdo. Jest tu też zięba, grzywacz. Rzadko przylatuje sójka, jeszcze rzadziej kwiczoły. Regularnie można za to posłuchać bogatki, choć tylko jednej na cały park.
Wszystkie te miejsca odgrywają swoje oczywiste, od dawna przypisane role w teatrze miasta. Bar, gdzie pije się nalewkę, ławki, na których pije się wódkę, oraz krzak za przystankiem, gdzie się sika. Jednak istnieje inna rzeczywistość, w której ich ontologiczny status fika kozła, bo wszystko okazuje się istnieć inaczej - być czymś innym. Wyśpiewanym terytorium lęgowym, niechby i małym - pięćdziesiąt na pięćdziesiąt metrów. Wyszukanym domem, starannie wybranym spośród wielu miejsc. Oszacowałem kiedyś, że samczyk sikory modrej śpiewa w ciągu dnia nawet pięć godzin, by wyśpiewać sobie dom.
Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej