Czwartek, 7 listopada ~
Poza wioską Indian, na spłachciu bezludnym wybrzeża na świeży ślad stóp
natrafiłem. Trop przez gnijące wodorosty wiódł, palmy i bambusy, aż do
tego, kto je zostawiał -?Białego człowieka. Spodnie miał podwinięte i kabat żeglarski nosił, miał utrzymaną starannie brodę i za dużą czapkę z bobrowego futra. Łyżeczką do herbaty piach koloru popiołu kopał i przesiewał z namaszczeniem takim, że dostrzegł mię dopiero, gdym go z dziesięciu jardów pozdrowił. Tak oto znajomość zawarłem z dr. Henrym
Goose'em, medykiem londyńskich wyższych sfer. Jego nacja zaskoczeniem
dla mnie nie była. Jeśli jest gdzie siedziba tak odludna lub wyspa tak
odległa, by człek nalazł tam schronienie przez Anglika nieturbowany, tom
ja takiej na żadnej z map nie widział.
Zali pan doktor zapodział co na tym posępnym brzegu? Służyć mogę pomocą?
Dr Goose potrząsnął głową, chusteczkę rozsupłał i jej zawartość ukazał z wyraźną dumą.
-?Zęby, sir, niczym szkliwione skarby największe są dla poszukiwań,
którem tu sobie zamierzył. W dniach minionych ten brzeg Arkadyjski salą
był bankietów kanibali, a jakże, gdzie silni słabych pożerali, a zęby
pluli, jak pan i ja plujemy z ust pestki wiśni. Wszelako teraz trzonowce
te, sir, w złoto się przemienią. A jak? Rękodzielnik pewien z Piccadilly, co wyższe sfery zaopatruje w zębowe protezy, zacne płaci
sumki za ludzkie zębiska. Wiesz pan, za ile ćwierć funta pójdzie?
Wyznałem, że nie wiem.
-?A ja też, sir, oświecać pana nie zamierzam, zawodowe są to sekrety! -
Po nosie się postukał. -?Znasz się pan, panie Ewing, z markizą Grace of
Mayfair? Nie? Tym lepiej dla pana -?trup z niej istny w krynolinach.
Minęło lat pięć już, jak jędza oczerniła mię, a jakże, imputując mi
rzeczy takie, że z Towarzystwa mię wykluczono. -?Dr Goose patrzał w dal
ku morzu. -?Toż właśnie owa czarna godzina dała początek mym
peregrynacjom.
Wyraziłem współczucie dla trudnego doktora położenia.
-?Dziękuję, sir, dziękuję po stokroć, lecz te ząbki -?chusteczką
potrząsnął -?to, dalibóg, aniołowie mej pomsty. Pozwoli pan, że
objaśnię. Markiza nosi szczękę sztuczną projektu wzmiankowanego już
mistrza. Wszelako w przyszłoroczne Boże Narodzenie, gdy ta klempa w perfumie brylować będzie na Balu Ambasadorów, ja, Henry Goose, a jakże,
powstanę i wszem wobec oznajmię, że gospodyni nasza uzębieniem kanibali
przeżuwa! Sir Hubert najpewniej rzuci mi wyzwanie. "Okaż pan dowody" -
prostacko zaryczy -?"lub satysfakcji żądam!". A ja oświadczę: "Dowody,
sir Hubercie? Cóż, osobiście ząbki pańskiej mamy zbierałem w spluwaczce przeogromnej na południowym Pacyfiku. O, proszę, sir, tu mam
jeszcze kilka!". I te oto ząbki do jej wazy w żółwia kształtcie wprost w zupę cisnę. I to, sir, właśnie to będzie dla mnie satysfakcją. Kąśliwi
szydercy obsmarują markizę w gazetach i wiosną szczęście będzie miała,
jeśli kto ją zaprosi na Bal Ubogich!
Pośpiesznie pożegnałem się z Henrym Goose'em, miłego dnia mu życząc.
Jest chyba niespełna rozumu, jak mniemam.
Piątek, 8 listopada ~
W stoczni prymitywnej pod mym oknem prace trwają nad bomem foka, pod
pana Sykesa kierunkiem. Pan Walker, właściciel jedynej tawerny w Ocean
Bay, jest także głównym tutejszym handlarzem drewna i przechwala się,
ileż to lat jako mistrz szkutnictwa w Liverpoolu spędził. (Wystarczająco
obznajomiony jużem z etykietą Antypodów, by przymknąć oko na podobne
nieprawdy oczywiste). Pan Sykes rzekł mi, że całego tygodnia trzeba dla
nadania "Wieszczce" bristolskiego sznytu. Utknąć w Muszkiecie na siedem
dni, wyrok to smętny, lecz gdy pomnę zębiska srogiego sztormu i marynarzy, co za burtę wypadli, to i mój dopust obecny zda się mniej
dotkliwy.
Rankiem spotkałem dziś na schodach dr. Goose'a i śniadaliśmy razem.
Kwateruje w Muszkiecie od połowy października, po tym, jak brazylijskim
brygiem handlowym "Namorados" przybył tu z Fiji, gdzie sztuki swe w ośrodku misyjnym praktykował. Teraz wyczekuje doktor dawno spóźnionego
już australijskiego szkunera do połowu fok, "Nellie", by do Sydney go
zabrał. Dotarłszy do kolonii, będzie miejsca szukać na pokładzie statku
płynącego do jego rodzinnego Londynu.
Osąd mój co do osoby dr. Goose'a niesprawiedliwym był i przedwczesnym.
Człek chcący przetrwać w mym fachu cynicznym być musi niczym Diogenes,
lecz cynizm ślepym czynić potrafi na cnoty subtelniejsze. Doktor nie
jest od drobnych ekscentryczności wolnym i rad opowiada o nich przy
miarce portugalskiego pisco (nigdy w nadmiarze), ręczę jednakoż, że
prócz mnie jedynym jest dżentelmenem na tej szerokości na wschód od
Sydney i na zachód od Valparaiso. Być może ułożę nawet list polecający
go Partridge'om z Sydney, dr Goose bowiem i drogi Fred są jak z jednej
gliny ulepieni.
Pogoda zła uniemożliwiła mi poranne wyjście, toteż opowieści snuliśmy
przy ogniu torfowym i godziny mknęły niczym minuty. Dużo o Tildzie
mówiłem i o Jacksonie oraz o tym, jak się "gorączką złota" w San
Francisco frasuję. Rozmowa zeszła nam potem z mego miasta rodzinnego na
obowiązki notariusza w Nowej Południowej Walii, jakie niedawno na mnie
spadły, a stamtąd na Gibbonsa, Malthusa i Godwina, przez tematy Pijawek
oraz Parowozów. Pełna uwagi rozmowa to kuracyjne remedium, którego
boleśnie mi na pokładzie "Wieszczki" brakuje, z doktora zaś erudyta
prawdziwy. Co więcej, posiada zacną armię figur szachowych, w wielorybich fiszbinach rzeźbionych, które zajęcie będą przez nas miały,
aż "Wieszczka" w morze wypłynie bądź przypłynie tu "Nelly".
Sobota, 9 listopada ~
Świt jak srebrny talar promienieje. Szkuner nasz nadal przedstawia widok
żałosny w zatoce. Na brzegu naprawiają wojenne kanu indiańskie.
Wybraliśmy się z Henrym na "Plażę Bankietów", w wakacyjnym humorze,
pozdrowiwszy beztrosko pokojówkę, która u pana Walkera służy. Panna ta w chmurnym usposobieniu pranie na krzaku rozwieszała i nie zwróciła na nas
uwagi. Ma nieco domieszki krwi czarnej i, jak mniemam, matce jej do ludu
z dżungli niedaleko.
Gdyśmy mimo wioski indiańskiej przechodzili, "buczenie" wzbudziło
ciekawość naszą i uradziliśmy wytropić jego źródło. Osada otoczona jest
palisadą tak zbutwiałą, że można by się do środka przedostać w miejscach
wielu. Suka wyleniała głowę uniosła, lecz bezzębna była, zdychająca, i nie szczeknęła. Zewnętrzny krąg chat ponga (z konarów, ścian ziemnych
i plątaniny gałęzi u pował) przed siedzibami "możnych" kucnął -
budowlami z drewna o struganych nadprożach, z najprostszymi z ganków.
Pośrodku wioski odprawiała się publiczna chłosta. Henry i ja jedynymi
byliśmy Białymi widzami, lecz wyraźny znać było podział na trzy kasty
indiańskich spektatorów. Wódz na tronie usadzony był w stroju przybranym
piórami ptasimi, podczas gdy wytatuowani możni wraz z kobietami swoimi i dziećmi stali w asyście, w liczbie ogólnej bliskiej trzydziestu.
Niewolnicy, o skórze ciemniejszej, w głębszej barwie niźli u ich
orzechowo-brązowych panów, w liczbie o połowę mniejszej, w błocie
przykucnęli. Przyrodzona ociężałość i otępienie! Z twarzami dziobatymi i krostowatymi od haki-haki nieszczęśnicy przyglądali się karze bez
reakcji żadnej, prócz owego "buczenia" przedziwnego, jakby pszczelego.
Łączenie się w bólu, czyli też znak potępienia to był -?wiedzieć nie
mogliśmy, co dźwięk ów oznaczał. Bat dzierżył Goliat jakowyś, którego
postura wszelakiego łowcę nagród znad pionierskiej granicy by
onieśmieliła. Każdy cal muskułów miał dzikus ów tatuażem pokryty,
jaszczurami ogromnej i pomniejszej wielkości -?za jego skórę zwierzęcą
dano by niezłą sumkę, lubo za perły wszystkie Hawajów nie chciałbym
wyznaczonym być do odebrania mu onej. Nieszczęsny więzień, szronem wielu
lat surowych pokryty, przywiązany był nagi do trójkątnej ramy. Ciałem
jego wstrząsała każda kolejna raza skórę rozrywająca, plecy miał niczym
pergamin krwawymi runami zapisany, lecz fizjognomia jego wyrażała spokój
nieziemski męczennika, co go Pan ma już w swej pieczy.
Wyznaję, zamierałem każdą razą, gdy bat na ciało spadał. Jednako
wtenczas rzecz się zdarzyła dziwna. Bity dzikus dźwignął głowę opadłą,
moje oczy wzrokiem nalazł i przesłał mi spojrzenie zagadkowe, w którym
odczytałem przyjazny znak rozpoznania. Niczym aktor na scenie, co w Loży
Królewskiej spostrzegł druha z dawna niewidzianego i dla publiczności
niezauważenie znać mu daje, że go poznał. Rychło jednak wytatuowany Negr
do nas się zbliżył i łysnął swym sztyletem nefrytowym na znak, żeśmy
gośćmi niemile widzianymi. Zapytałem o naturę przestępstwa owego
więźnia. Henry ramieniem mię otoczył.
-?Chodźmy, Adamie, kto mądry, między ofiarą i bestyją nie staje.
Niedziela, 10 listopada ~
Pan Boerhaave śród zgrai zaufanych opryszków siedział niczym Lord
Anaconda i jego plebejskie gady11. Ich "celebracje" Dnia Pańskiego
rozpoczęły się na dole, nimem wstał. Ruszyłem po gorącą wodę do golenia
i dół tawerny nalazłem zatłoczony wilkami morskimi, swej kolei
czekającymi z biednymi indiańskimi dziewczętami, jakie Walker usidlił w prowizorycznym bordello. (Rafaela śród deprawatorów nie było).
Nie zwykłem łamać postu dnia świętego w lupanarach. Henry czuł równą, co
ja, odrazę, poświęciliśmy więc śniadanie (służkę z pewnością do usług
inszego rodzaju przymuszano) i do kaplicy wyruszyliśmy dla oddania tam
czci postem nieprzerwanym.
Dwustu jardów nie uszliśmy, gdym ku konsternacji własnej wspomniał na
dziennik ten, leżący na stole w mym pokoju w Muszkiecie, na widoku dla
każdego majtka pijanego, co do środka mógłby wtargnąć. W obawie o bezpieczeństwo jego (a i własne, jeśliby w ręce pana Boerhaavego wpadł)
zawróciłem przeto dla zręczniejszego jego ukrycia. Szerokie uśmiechy
powitały mię w Muszkiecie i spodziewałem się już, żem był "wilkiem, o którym mowa", jednakoż odkryłem tego przyczynę prawdziwą, gdym drzwi
otworzył: a to niedźwiedzie pośladki pana Boerhaavego okrakiem na
ciemnoskórej Złotowłosej, w moim łóżku, in flagrante delicto! Czy
przeprosił Holender diabelny? Gdzież tam! Uznał, że to jemu krzywda się
stała i zaryczał:
-?Zabieraj się stąd, mości Kutazwisie, lub, na Boga, ten wredny dziób
Jankesa ci rozłupię!
Chwyciłem dziennik i z łomotem na dół popędziłem, ku buntokracji,
rozradowaniu i wśród szyderstw białych barbarzyńców tam zebranych. U Walkera wniosłem protest, że za pokój płacę prywatny i oczekuję, iż
prywatnym pozostanie także pod mą niebytność, lecz ten szubrawiec
jedynie mi upustu część trzecią zaproponował za "ćwierć godziny galopu
na najdorodniejszej z klaczek w mej stajni!". Niesmaku pełen odrzekłem,
żem mąż i ojciec! I że pierwej zginę, niźli upodlę godność mą i przyzwoitość z którąkolwiek bądź z jego dziewek francą nękanych! Walker
klął się, że mi "oko podmaluje", jeśli znów "dziewkami" własne jego
córki nazwę. Jeden plebejski gad bezzębny zadrwił, że jeśliby posiadanie
żony i dziecka cnotą było, "byłbym, panie Ewing, po dziesięciokroć od
pana cnotliwszy!", a ręka niewidzialna kufel cienkiego piwa na mą osobę
opróżniła. Wycofałem się, nim lurę zastąpiła broń solidniejszej natury.
Dzwon kaplicy wszystkich bogobojnych w Ocean Bay wzywał, pośpieszyłem
więc tam, gdzie oczekiwał mię już Henry, i zapomnieć próbowałem niedawne
sprośności, których w mej kwaterze byłem świadkiem. Kaplica jak stara
krypa trzeszczała, a członków kongregacji na palcach bez mała rąk obu
niemal zrachować było można, lecz nigdy podróżnik żaden nie gasił
pragnienia w pustynnej oazie z wdzięcznością większą niźli ta, z jaką
Henry i ja cześć Panu tego ranka oddawaliśmy. Kaplicy luterański
założyciel dziesiątą już zimę na cmentarzu przy niej spoczywał, a żaden
wyświęcony następca nie ważył się jeszcze nad ołtarzem przejąć
dowodzenia. Chrześcijan zatem wszelkiego autoramentu wierzenia
grzechoczą w niej jak w jakiej grzechotce. Ta połowa kongregacji, która
piśmienną była, psalmy czytała i dołączyliśmy do odśpiewania paru hymnów
zgłaszanych po kolei. "Pasterz" owej plebejskiej trzódki, niejaki pan
D'Arnoq, stał pod skromną krzyża figurą i Henry'ego i mię uprosił, byśmy
partycypowali podobnie. Pomny na me ocalenie od zeszłotygodniowej burzy,
zgłosiłem Łukasza, rozdz. 8:
A przystąpiwszy, zbudzili go, mówiąc: Mistrzu, giniemy! A on wstawszy,
złajał wiatr i nawałnicę wody, i uspokoiły się, i stała się
cisza12.
Henry Psalm 8 głosem odmówił tak donośnym, jak retor szkolony:
Postawiłeś go nad dziełami rąk twoich. Poddałeś wszystko pod nogi jego:
owce i woły wszystkie, nadto zwierzęta polne, ptactwo niebieskie i ryby
morskie, które się przechodzą po ścieżkach morskich13.
Organista żaden Magnificat nie grał, prócz wiatru pod stropem, chór
żaden Nunc Dimittis nie śpiewał, prócz mew krzyczących, jednako tuszę,
iż Stwórca był kontent. Podobniejsi Pierwszym Chrześcijanom z Rzymu
byliśmy niźli jakiemukolwiek bądź późniejszemu Kościołowi, misteriami
świetnemu i zdobnemu w klejnoty. Nastąpiła pospólna modlitwa. Parafianie
ad lib o wytępienie zarazy ziemniaczanej się modlili, o miłosierdzie
dla duszyczki zmarłego dzieciątka, o błogosławieństwo dla nowej łodzi
rybackiej, etc... Henry dzięki złożył za gościnność, nam, przybyszom,
przez chrześcijan na wyspie Chatham okazaną. Afekty te i we mnie
rezonowały i modlitwę Tildzie ofiarowałem, Jacksonowi i teściowi memu na
czas mej wydłużonej niebytności.
Po mszy, do doktora i do mnie zbliżył się z nastawieniem serdecznym
podeszły wiekiem "grotmaszt" owej kaplicy, niejaki pan Evans, który
Henry'ego i mię swej zacnej żonie przedstawił (obydwoje dobrze sobie
chyba radzili z upośledzeniem głuchotą, li tylko na te pytania
odpowiadając, które, jak im się zdawało, zadawanymi im były, oraz li
tylko takie odpowiedzi przyjmując, które, jak im się zdawało,
wypowiadano -?fortel ów wielu przejęło amerykańskich adwokatów) oraz
synom bliźniakom, Keeganowi i Dyfeddowi. Pan Evans zdradził, że miał w zwyczaju co tydzień zapraszać pana D'Arnoqa, Kaznodzieję naszego, na
obiad do ich domu nieopodal, bo ten w Port Hutt zamieszkuje, na
przylądku o kilka mil odległym. Czy nie zechcielibyśmy także dołączyć do
nich na niedzielny posiłek? Poinformowawszy już Henry'ego o Gomorze w Muszkiecie oraz słysząc, jak nasze żołądki do buntu wzywają, przyjęliśmy
uprzejmość Evansów z wdzięcznością.
Domostwo gospodarzy naszych, o pół mili od Ocean Bay położone w głębi
krętej, wietrzystej doliny, okazało się budynkiem skromnym, lecz
odpornym na burze piekielne, co tak wielkiej liczbie łodzi niefortunnych
gruchoczą żebra na pobliskich rafach. Bawialnię głowa wieprza
monstrualnej wielkości zamieszkiwała (dotknięta przypadłością opadającej
szczęki i niedowidzenia), ubitego przez bliźniaków w ich urodziny
szesnaste, a nadto somnambuliczny stojący zegar (w sprzeczności z mym
kieszonkowym czasomierzem paru godzin sięgającej. Dalibóg, korzystnym
było, że dokładny czas w imporcie z Nowej Zelandii nie był
najcenniejszym z towarów). Parobek na farmie, Indianin, przez szybę
wyjrzał na gości swego pana. W życiu oczy me nie widziały podobnie
obszarpanego renegado, wszelako pan Evans zapewniał, że Mulat
ćwierćkrwi, "Barnabas", "najchyższym był owczarkiem, jaki kiedykolwiek
bądź na dwóch nogach biegał". Keegan i Dyfedd to uczciwi, nieokrzesani
młodzieńcy, głównie obchodzenia się z owcami uczeni (familia w posiadaniu jest pogłowia sztuk dwustu), bo żaden do Miasta nie jeździł
(wyspiarze Nową Zelandię tak zwą) ani też w nauce jakiej się ukształcał,
prócz lekcji Pisma Świętego od ich ojca, dzięki czemu znośnie pisać i czytać się nauczyli.
Pan Evans zmówił modlitwę dziękczynną i smakować możliwość miałem
najprzyjemniejszy z posiłków (bez soli, czerwi i przekleństw) od czasu
pożegnalnej kolacji z konsulem Baksem i Partridge'ostwem w Beaumoncie.
Pan D'Arnoq historie nam powiadał o statkach, jakie zaopatrywał przez
lat dziesięć na Chatham, Henry zaś facecjami zabawiał nas o pacjentach,
zarówno znamienitych, jak i niskiego urodzenia, których dobroczyńcą był
w Londynie i w Polinezji. Ze swej strony opisałem trudów wiele, jakie
notariusz z Ameryki przezwyciężyć musi dla odnalezienia australijskiego
beneficjenta ostatniej woli, której postanowienia w Kalifornii
wykonywano. Przepiliśmy gulasz barani i knedle z jabłkami porcyjką
domowej roboty ale, przez pana Evansa na handel z wielorybnikami
warzonego. Keegan i Dyfedd poszli swych trzód dopatrzyć, a pani Evans do
zajęć kuchennych powróciła. Henry zapytał, czy misjonarze obecnie
działalność prowadzili na Chathamach, na co pan Evans i pan D'Arnoq,
spojrzenia wymieniwszy, odrzekli:
-?Nie, Maorys nie odnosi się dobrze do nas, Pakeha, niszczących jego
Moriori nadmiarem cywilizacji.
Zapytałem, czy zło takie jak "nadmiar cywilizacji" istnieje, czyli też
nie?
Pan D'Arnoq odrzekł:
-?Jeśli Boga na zachód od Hornu nie ma, czemuż też wszystkich ludzi
nie ma, którzy są sobie równi w waszej Konstytucji, panie Ewing?
Nazwy "Maorys" i "Pakeha" z postoju "Wieszczki" w Zatoce znałem, ale
upraszałem, by oświecili mię, kim lub czym owi "Moriori" są. Zapytanie
moje puszkę Pandory rozwarło pełną historycznych wydarzeń, w szczegółach
zmierzch i upadek opisujących Aborygenów z wysp Chatham. Zapaliliśmy
fajki. Opowieść pana D'Arnoqa ciągnęła się nieprzerwanie trzy godziny
później, gdy musiał już do Port Hutt na powrót jechać, nim zmrok
zaciemni wyboisty gościniec. Jego opowieść wedle mnie tym spod pióra
Defoe i Melville'a dorównuje i zapiszę ją w literałach tych, gdy ze snu
się zbudzę, w który, jeśli Morfeusz dozwoli, zapadnę głęboko.
Poniedziałek, 11 listopada ~
Świt lepki, bez słońca. Zatoka zda się szlamowatą, lecz pogoda
wystarczająco łagodna, by można było kontynuować "Wieszczki" naprawę, za
co dzięki składam Neptunowi. Akurat, gdy to piszę, nowy bezanmaszt
stawiają.
Niedługi czas temu, gdyśmy razem z Henrym śniadali, pan Evans przybył w ambarasie, upraszając wielce mego przyjaciela doktora, by udał się
zbadać jego sąsiadkę, z dala od ludzi żyjącą, niejaką wdowę Bryden,
którą koń na opoczystym zrzucił trzęsawisku. Była przy tym pani Evans i obawia się, że życie wdowy jest w niebezpieczeństwie. Henry pochwycił
swój sakwojaż medyka i pojechał bez jednej chwili zwłoki.
(Zaproponowałem, że takoż pojadę, ale pan Evans o wyrozumiałość błagał,
pacjentka bowiem obietnicę wymogła, by nikt prócz doktora nie widział
jej w niedysponowaniu). Walker, takie podsłuchując ustalenia, rzekł mi,
że żaden reprezentant płci męskiej przez owe lat dwadzieścia progu domu
wdowy nie przekroczył, i uznał, że "stara, oziębła locha pewnie już w mogile jednym kulasem, jeśli konowałowi przeszukać się dozwala".
* * *
Początki Moriori z "R?kohu" (wysp Chatham rdzenna nazwa) do dziś
tajemnicą są okryte. Pan Evans skłonny jest mniemać, że wywodzą się od
Żydów wypędzonych z Hiszpanii, wskazując na ich nosy zakrzywione i szyderczy kształt ust. Teoria przez pana D'Arnoqa preferowana, jakoby
Moriori to Maorysi, których kanu niegdyś o brzegi najodleglejszej z wysp
się rozstrzaskały, oparta jest na podobieństwach języka i mitologii i dlatego wyższy logiki karat posiada. Pewnym jest, że po wiekach, czyli
też tysiącleciach życia w izolacji, Moriori tak prymitywne wiedli życie,
jak ich kuzyni nieszczęśni z Ziemi van Diemena. Sztuka budowania łodzi
(poza prostymi plecionymi tratwami dla przepływania przez kanały między
wyspami) i nawigacji poszła w zapomnienie. Że pokryta wodą i lądem
Ziemia insze kontynenty miała, ludowi Moriori nawet się nie śniło. Po
prawdzie w ich języku nie ma słowa "rasę" określającego, a "Moriori"
zwyczajnie "ludzi" oznacza. Nie hodowano tu zwierząt, po wyspach tych
bowiem nie chodziły ssaki żadne, do czasu, aż przepływający wielorybnicy
rozmyślnie przywieźli tu i zostawili świnie, by utworzyć dla się
spiżarnię. W swym dziewiczym stanie byli Moriori zbieraczami. Łowili
skorupiaki paua, po raki nurkowali, wybierali ptakom jaja z gniazd,
polowali dzidami na foki, wodorosty zbierali i wykopywali spod ziemi już
to pędraki, już to korzonki.
Do czasu tego Moriori stanowili jedynie miejscową odmianę pogan
pospolitych w spódniczki z trawy lub w pióra przyodzianych, na
wszystkich pomniejszających się "czarnych plamach" oceanu, jeszcze przez
Białego człowieka nietkniętych. R?kohu z dawna jednak prawa rościło do
bycia wyspą szczególniejszą, a to z przyczyny ekstraordynaryjnych
wierzeń pacyficznych. Od czasów niepamiętnych kasta kapłanów śród
Moriori utrzymywała, że ktokolwiek bądź krew ludzką rozlewał, zabijał
własną mana -?honor swój, wartość, pozycję i duszę. Żaden Moriori
schronienia by takiemu nie udzielił, jadłem nie uczęstował, nie
konwersowałby ani nawet patrzał na personę non grata. Jeśli morderca
na taki ostracyzm skazany nawet przetrwał zimę pierwszą, to i tak
desperacja z samotności wynikła pchała go ku wyrwie w lodzie na
Przylądku Young, gdzie życie sobie odbierał. Zważcie to, upraszał pan
D'Arnoq. Dwa tysiące dziczy (jak pan Evans zgadywał) słowem i czynem
przykazania Nie będziesz zabijał chroni, tworzy ramy ustnej Magna
Carty dla podtrzymania harmonii przez sześćdziesiąt stuleci, co nieznana
w inszych miejscach, odkąd Adam owocu z Drzewa Wiadomości Złego i Dobrego zakosztował. Wojna równie obca była Moriori, jak Pigmejom
teleskop. Pokój, nie spokoju okres pomiędzy wojnami, lecz tysiąclecia
pokoju niezmąconego rządzą tymi na kraju świata ległymi wyspami. Któż
zaprzeczyć może, że Stare R?kohu bliżej Utopii More'a leżało niż nasze
"Państwa Postępu", przez głodne wojen książątka z Wersalu i Wiednia,
Waszyngtonu i Westminsteru rządzone? Tutaj -?pan D'Arnoq deklamował -?i tylko tutaj istniały te idee nieuchwytne, przybrawszy formę ciała i kości owego szlachetnego, dzikiego ludu. (Henry, gdyśmy później do
Muszkietu wracali, wyznał: "Nigdy bym szlachetną nie nazwał rasy
dzikusów, co nazbyt są zacofani, by prosto dzidą miotać").
Wszelako szkło i pokój jednako kruche się zdadzą gdy ciosy spadają raz
za razą. Ciosem pierwszym dla Moriori był "Union Jack", w darń Skirmish
Bay zatknięty w imię króla Jerzego przez porucznika marynarki Broughtona
z HMS "Chatham" ledwie lat temu pięćdziesiąt. Trzy lata później odkrycie
Broughtona u agentów morskich w Sydney i Londynie się nalazło, a garstka
wolnych osadników (w których liczbie był też pana Evansa rodzic),
rozbitków morskich i "skazańców spory z Urzędem Kolonialnym Nowej
Południowej Walii prowadzących w materii warunków ich osadzenia"
uprawiała dynie, cebulę, kukuruzę i marchew. Sprzedawali je ubogim
łowcom fok, co drugim ciosem dla niezależności Moriori było, łowcy owi
bowiem wniwecz nadzieje dobrobytu tubylcom obracali, różowo barwiąc
kipiel przyboju foczą krwią. (Pan D'Arnoq zilustrował profita arytmetyką
taką -?jedna focza skóra 15 szylingów w Kantonie zarabiała, a owi łowcy
pionierscy gromadzili w jednej łodzi skór ponad dwa tysiące!). Toteż w ciągu lat kilku foki można już było naleźć jedynie na skałach od strony
oceanu, a "łowcy fok" obrócili się także ku uprawie ziemniaka, hodowli
owiec i świń, z takim rozmachem, że Chathamy zwą teraz "Ogrodem
Pacyfiku". Owi parvenu farmerzy oczyszczali grunt, krzaki wypalając, a to zapalało torf pod powierzchnią, gdzie tlił się przez lat wiele,
wychodząc na powierzchnię w porach suchych dla nieszczęścia rozsiewania
od nowa.
Cios trzeci Moriori zadali wielorybnicy, zawijający teraz w liczbie
pokaźnej do Ocean Bay, Waitangi, Owenga i Te Whakaru dla naprawy łodzi,
nowym sprzętem onych wyposażania i odświeżania. Koty i szczury
wielorybników mnożyły się jak egipskie plagi i pożerały gniazdujące w norach ptaki, których jaja Moriori jako strawę wysoko cenili. Czwarty,
owa zbieranina chorób, co trzebi rasy ciemnoskóre, gdziekolwiek bądź
Biała cywilizacja się zbliży, jeszcze Aborygenów liczbę nadwątliła.
Wszelkie te nieszczęścia Moriori wytrwać by jeszcze mogli, gdyby nie
doniesienia, które do Nowej Zelandii docierały, opisujące Chathamy jako
istny Kanaan z lagunami pełnymi węgorzy po brzegi, zatoczkami z dywanem
skorupiaków i z mieszkańcami, co ani wojny, ani broni pojęcie rozumieli.
Uszom plemieńców z Ngati Tama i Ngati Mutunga, dwóch klanów Maorysów
Taranaki Te Ati Awa (genealogia Maorysów podług zapewnień pana D'Arnoqa
równie zawiłą jest w każdej najmniejszej z gałązek, jak owe drzewa
genealogiczne wielbione tak przez ziemiaństwo Europy, zaiste, każde
chłopię tej rasy niepiśmiennej przytoczyć może imię dziada swego i "rangę" jego w oka mgnieniu) pogłoski te zdały się obiecanym
zadośćuczynieniem za połacie ziem ich przodków, w niedawnych "Wojnach
Muszkietów" utracone. Szpiegów wysłano dla poddania próbie ducha
Moriori, gwałcąc ich tapu i plądrując miejsca święte. Prowokacje owe
Moriori przyjęli, jak Pan nasz przykazał, "policzek drugi nadstawiając"
i agresorzy do Nowej Zelandii powrócili, poświadczając Moriori
bojaźliwość. Cali w tatuażach maoryscy conquistadores naleźli armadę
swą jednostatkową, w postaci brygu "Rodney" pod komendą kapitana
Harewooda, który u schyłku roku 1835 zgodził się przetransportować
Maorysów w liczbie dziewięciuset i siedem kanu wojennych w dwóch
podróżach, w zamian za ziemniaki nasienne, broń palną, świnie, dostawy
sute lnu międlonego i jedno działo. (Pan D'Arnoq napotkał Harewooda lat
temu pięć, w nędznej kondycji, w tawernie w Bay of Islands. Z początku
zaprzeczył, jakoby był onym Harewoodem z "Rodneya", poczem zaklinał się,
że przymuszonym został do przewozu Negrów, lubo nie rzekł jasno, jakim
sposobem ów przymus się materializował).
"Rodney" z Port Nicholas w listopadzie wypłynął, ale jego pogański
ładunek pięciuset mężczyzn, kobiet i dziatwy, ciasno upchanych w ładowni
na sześć dni podróży, dusił się od nieczystości i morskiej choroby, przy
wody wielkim niedostatku, i przybił do Whangatete Inlet w stanie tak
osłabionym, że Moriori, gdyby tylko wolę mieli, wyciąć w pień mogliby
swych drapieżnych współbraci. Dobrzy Samarytanie woleli jednakoż
podzielić się uszczuploną obfitością R?kohu, aniżeli zniszczyć swe
mana, krew tocząc, więc chorych i umierających Maorysów pielęgnowali,
aż ci do sił powrócili.
-?Maorysi drzewiej już na R?kohu przybywali -?objaśnił pan D'Arnoq -
lecz odpływali na powrót. Moriori mniemali więc, że i ci podobnie w pokoju ich zostawią.
Wielkoduszność Moriori nagrodzona została, gdy kpt. Harewood powrócił z Nowej Zelandii z kolejnymi czterystoma Maorysami. Natenczas obcy
przystąpili do ziemi zawłaszczania przez takahi, maoryski rytuał, co
literalnie tłumaczy się jako "chodzenie po ziemi dla we władanie jej
wzięcia". Tak stare R?kohu podzielone tym gustem zostało, a Moriori
uwiadomieni, że odtąd Maorysów są wasalami. Wczesnym grudniem, gdy koło
tuzina Aborygenów protest podniosło, bezceremonialnie tomahawkiem ich
wybito. Maorysi dowiedli, że pojętnymi są uczniami Anglików w "kolonizacji ponurej sztuce".
Wyspa Chatham na wschodzie opasuje lagunę rozległą, Te Whanga,
wypełnioną słonym trzęsawiskiem, co niemal śródlądowe morze stanowi,
jednako użyźniane oceanem w porze przypływu poprzez odpływ laguny w Te
Awapatiki. Lat temu czternaście mężczyźni Moriori odbywali na tej ziemi
świętej zgromadzenie. Trzy dni trwało ono, a cel miało jeden -?odpowiedź
dać na pytanie: Czy przelanie krwi Maorysów niszczy li także mana
człowiecze? Młodsi twierdzili, że wiara Pokoju nie tyczyła kanibali
obcych, o których przodkowie ich zgoła nic nie wiedzieli. Moriori
zabijać przymuszeni są lub sami zginą. Starszyzna upraszała o uciszenie
nastrojów, bo tak długo, jak Moriori swe mana chronili wraz z ziemią
swą, ich bogowie i przodkowie chronili lud przed krzywdą. "Do serca
przytul wroga swego" -?nalegali starsi -?"aby ciosu zadać ci nie mógł".
("Do serca przytul wroga swego" -?dowcipkował Henry -?"dla poczucia, jak
jego sztylet nerki ci łaskocze").
Starszyzna wygrała na koniec, ale znaczenia to nie miało.
-?Gdy braknie liczebnej przewagi -?rzekł nam pan D'Arnoq -?Maorys
zdobywa oną, uderzając pierwszy i najmocniejsze z ciosów zadając, co
wielu brytyjskich i francuskich nieszczęśników z mogił może potwierdzić.
Ngati Tama i Ngati Mutunga zwołali rady własne. Gdy mężczyźni Moriori
powrócili z obrad zgromadzenia, czekały ich zasadzki i noc hańby gorszej
od koszmaru, noc rzezi, wiosek płonących, grabieży, mężczyzn i kobiet na
pal rzędami wbijanych na nadbrzeżnych piaskach, dzieci w dziurach
przytajonych, zwęszonych i na strzępy przez psy myśliwskie rozrywanych.
Niektórzy z wodzów patrzali jutra i mordowali tylu jedynie, ilu potrzeba
było dla wymuszenia lękliwego posłuszeństwa u pozostałych. Inszych
kacyków rzeczy takie nie wstrzymywały. Na plaży Waitangi pięćdziesięciu
z Moriori głowy ścięto, wypatroszono, owinięto lnu liśćmi, poczem w ogromnym piecu ziemnym upieczono z bulwami yamu i słodkimi batatami.
Nawet połowa Moriori, co widzieli zachód słońca ostatni nad Starym
R?kohu, nie przeżyła, by patrzeć, jak wschodzi słońce Maorysów. ("Mniej
jak stu czystej krwi Moriori żyje dzisiaj", lamentował pan D'Arnoq. "Na
papierze Korona Brytyjska z jarzma niewoli lata temu ich oswobodziła,
lecz Moriori nie dbają o papier. O tydzień rejsu pod żaglem jesteśmy od
Domu Gubernatora, a Jej Królewska Wysokość na Chatham garnizonu nie
utrzymuje").
Zapytałem, czemu Biali rąk Maorysów podczas masakry nie powstrzymali?
Pan Evans nie spał już i nawet w połowie głuchy tak nie był, jak wprzód
mi się zdawało.
-?Widział pan kiedy wojowników maoryskich rozwścieczonych i krwi
żądnych, panie Ewing?
Odrzekłem, żem nie widział.
-?Ale widział pan krwi żądne rekiny, czyż nie?
Odparłem, żem widział.
-?Toż nieledwie to samo. Imaginuj pan sobie krwawiące cielę, ciskające
się w wodzie płytkiej, co od rekinów się roi. Co pan robisz: trzymasz
się od wody z dala, czy próbujesz szczęki rekinów powstrzymać? Taki oto
wybór nasz był. Owszem, pomogliśmy owym nielicznym, co pod drzwi nasze
przyszli -?owczarz nasz, Barnabas, jednym był z nich, jednako gdybyśmy w ową noc za próg wyszli, nigdy by nas więcej nie widziano. Pamiętaj pan,
my, Biali, niespełna pięćdziesięciu liczyliśmy w Chatham w owym czasie.
Maorysów wszystkich razem było dziewięciuset. Maorysi pospołu z Pakeha
zamieszkują, panie Ewing, lecz w pogardzie nas mają. Niechaj nigdy pan o tym nie zapomni.
Jakiż z tego morał płynie? Pokój, lubo umiłowany przez Pana naszego,
cnotą jest kardynalną tylko wonczas, gdy bliźni sumienie z tobą dzieli.
Wieczorem ~
Nazwisko pana D'Arnoqa nie jest miłością wielką darzone w Muszkiecie.
-?Biały czarnuch, krwi mieszanej, ludzki kundel -?rzekł mi Walker. -
Nikt nie wie czym jest.
Suggs, pastuch jednoręki, co pod barem mieszka, zaklinał, że nasz
znajomy generałem jest Bonapartego, ukrywającym się tu pod fałszywą
maską. Inszy, że D'Arnoq Polaczkiem jest, przysięgał.
Nazwy "Moriori" takoż nikt tu miłością szczególniejszą nie darzy. Pijany
Maorys, Mulat, powiedział mi, że cała historia z Aborygenami "staremu
pomylonemu Luteranowi" przyśnić się musiała, a pan D'Arnoq ewangelię o Moriori głosi tylko dla uprawomocnienia swych pretensji oszukańczych do
ziemi przeciw Maorysom, prawdziwym Chatham właścicielom, co pływają tam
i siam w swych kanu od czasów niepamiętnych! James Coffee, hodowca
wieprzów, powiedział, że Maorysi Białemu człowiekowi przysługę oddali,
wybijając Brutusów insze plemię dla zrobienia nam miejsca, dodając, że
Rosjanie Kozaków szkolą, by "syberyjskie skóry garbowali" podobną modą.
Protestowałem, że misją naszą być winno cywilizować czarną rasę przez
nawracanie, a nie ją wytępić, bo ręka Boga ją także stworzyła. Kto żyw w tawernie atak gwałtowny na mnie przypuścił za "sentymentalne, jankeskie
kłapanie!".
-?Najlepszy z nich nazbyt dobrym nie jest, by jak świnia zdechnąć! -
krzyknął któryś. -?Jedyną dla czarnych ewangelią do pojęcia jest
ewangelia bata, do ch-y! -?Któryś znowu: -?My, Brytyjczycy, niewolnictwo
obaliliśmy w naszym imperium -?żaden Amerykanin tego rzec nie może!
Stanowisko Henry'ego było, oględnie rzekłszy, dwuznacznym.
-?Po latach pracy z misjonarzami pokusę czuję konkludować, że starania
ich przedłużają jedynie na lat dziesięć czy dwadzieścia agonię rasy
umierającej. Litościwy oracz strzela do konia pracowitego, co już za
stary, by pracy podołać. Czyż nie obliguje to nas, jako filantropów, by
podobnie dzikusom w cierpieniach ulżyć przez ich wymarcia
przyśpieszenie? Myśl o waszych czerwonoskórych Indianach, Adamie, myśl
o traktatach, które wy, Amerykanie, odwołujecie i nie dotrzymujecie ich
raz za razą i znowu. Bardziej ludzkim jest z pewnością i uczciwszym
walić dzikich po głowach i mieć z nimi spokój?
Tyle prawd, ilu ludzi. Czasami prawdziwszą Prawdę przez chwilę
dostrzegam, skrywającą się pod siebie samej bałamutnym podobieństwem,
wszelako, gdy zbliżam się do niej, poruszy się i głębiej schowa w okolone cierniami bagno rozbieżności.
Wtorek, 12 listopada ~
Nasz zacny kpt. Molyneux zaszczycił dziś Muszkiet dla targowania się z właścicielem o cenę pięciu beczek solonej wołowiny (targu dobito przy
partyjce hałaśliwej trentuno, którą kapitan wygrał). Ku memu
zdumieniu, nim kpt. Molyneux wrócił, by sprawdzić w stoczni postępy,
Henry'ego na słowo poprosił, w mego kompana pokoju. Konsultacje trwają
nadal, gdy to piszę. Przyjaciela mego ostrzegano przed despotyzmem
kapitana, lecz nie podoba mi się to mimo wszystko.
Później ~
Kpt. Molyneux, jak się okazuje, na przypadłość medyczną cierpi, co
nieleczona osłabić może umiejętności rodzaju różnorodnego potrzebne na
jego stanowisku. Z racji tej kapitan ofertę Henry'emu złożył, by nam w podróży do Honolulu towarzyszył (wikt i koja prywatna darmo),
obowiązki przyjmując zarówno pokładowego medyka, jak i osobistego
doktora kpt. Molyneaux, aż do zawinięcia do portu docelowego. Przyjaciel
mój objaśnił, że myślał do Londynu powrócić, lecz kpt. Molyneux mocno
naciskał. Henry obiecał kwestię przemyśleć i decyzję podjąć w piątek
rankiem, na który to dzień ogłoszono teraz wypłynięcie "Wieszczki".
Henry nie zdradził, jakaż to przypadłość kapitanowi dolega, ani ja
pytałem; lubo nie trzeba eskulapa kształconego, by pojąć, że kpt.
Molyneaux dokuczają rumatyzmy. Przyjaciela mego dyskrecja dobrze o nim
świadczy. Mimo ekscentryczności Henry'ego Goose'a jako kolekcjonera
kuriozów wierzę, że dr Goose jest medyka wzorem i gorącą mam -?lubo
samolubną -?nadzieję, że Henry w swej odpowiedzi na propozycję kapitana
przystanie.
Środa, 13 listopada ~
Do dziennika przychodzę jak do spowiednika katolik. Sińce me mówią, że
tych ekstraordynaryjnych, przeszłych godzin pięć to nie majaczenia
Chorobą sprowadzone, lecz wydarzenia prawdziwe. Opiszę, co dnia tego mi
się przydarzyło, tak blisko faktów się trzymając, jak tylko w mej mocy.
Tego ranka Henry złożył wizytę kolejną w domostwie wdowy Bryden dla
poprawienia jej łubków i zmiany okładów. Miast bezpiecznemu lenistwu się
poddać, postanowiłem wspiąć się na wzgórze wysokie na północ od Ocean
Bay, Stożkowym Wierzchołkiem zwane, którego górujące wzniesienie
obiecuje najlepszy prospekt "wnętrza" wyspy Chatham. (Henry, w latach
dojrzalszy, rozumu ma nazbyt wiele, by nie wagusować się po wyspach
niezbadanych, które kanibale zaludniają). Znużony potok, co wodę do
Ocean Bay toczy, w górę mię powiódł przez bagniste pastwiska, zbocza
kikutami dziobate, w dziewiczy las tak zbutwiały, sękowaty i splątany,
żem zmuszony był wdrapywać się w górę niby orangutan jaki! Lawina gradu
spadać zaczęła gwałtownie, las wypełniła perkusją oszalałą i urwała
nagle. Wytropiłem drozda czarnobrzuchego, którego upierzenie smoliste
czarnym jak noc było i którego powolność graniczyła z pogardą. Tui,
skryty przed wzrokiem, jął śpiewać, wszelako rozpalona ma fantazja mocą
ludzkiej mowy go nagrodziła.
-?Oko za oko! -?przede mną wołał, przelatując labiryntem pąków, gałązek
i cierni. -?Oko za oko!
Po wyczerpującej wspinaczce zdobyłem szczyt, lubo dotkliwie nadwerężony
i podrapany, o godzinie jakiej, nie wiem, gdyżem zaniedbał wieczoru
przeszłego zegarek mój kieszonkowy nakręcić. Mgła nieprzenikniona, co
wyspy te nawiedza (aborygeńska nazwa R?kohu, powiada pan D'Arnoq,
"Słońce Mgieł" oznacza) opadła, gdym ja się wspinał, umiłowana ma
panorama niczym więcej zatem była niźli czubkami drzew znikającymi w mżawce. Nędzna to nagroda za me trudy.
"Szczyt" Stożkowego Wierzchołka krater stanowił, o średnicy na rzut
kamieniem, okalający spadek o ścianach ze skalistych stoków, którego dno
niewidoczne leżało, daleko a daleko niżej żałobnego listowia drzew
kopi, w liczbie grosa lub więcej. Nie życzyłbym sobie głębi jego badać
bez pomocy lin i oskarda. Okrążałem krateru zrąb, wypatrując
wyraźniejszego szlaku jakiego na powrót do Ocean Bay, gdy nagłe
szu-szu! na ziemię mię posłało -?umysł wstręt do pustki czuje i nawyk
ma zaludniać ją fantomami, tak oto zoczyłem wprzód szarżującego wieprza
z kłami, potem maoryskiego wojownika z dzidą w górę wzniesioną, co na
twarzy wypisaną miał nienawiść przodków swych, właściwą jego rasie.
Wszelako był to tylko albatros, skrzydłami łopocący w powietrzu jak
żaglowiec. Patrzałem za nim, jak ginie w przeświecającej mgle. Całego
jarda do krateru krawędzi mi brakowało, jednako, ku zgrozie mej, ziemia
pode mną ugięła się jak skorupa na łoju -?nie na gruncie twardym stałem,
ale na nawisie! Zapadłem się po przeponę, traw się chwytając desperacko,
ale te w palcach się przerwały i runąłem w dół, niby manekin do studni
ciśnięty! Pamiętam wirowanie w próżni, wrzaski, patyki drapiące oczy,
młynki w powietrzu, kurtkę rozdartą i luźno wiszącą; ziemi osyp;
oczekiwanie na ból; nagłą, bezładną modlitwę o pomoc; krzak, co
spowalnia upadek, lubo go nie wstrzymuje, i próby beznadziejne
odzyskania ekwilibrum -?gdy się zsuwam -?terra firma wreszcie pędzącą
mi na spotkanie. Zderzenie całkowicie zmysły me zamroczyło.
W pierzynach z mgły i na poduszkach przez lato podsuwanych leżałem, w sypialni w San Francisco, do mojej podobnej. Służący o karła posturze
rzekł:
-?Dureń, Adamie, z ciebie straszny.
Weszli Tilda z Jacksonem, wszelako, gdym tryumf wyrazić chciał, z ust
mych wybuchło tylko gardłowe szczekanie, jak u indiańskiej rasy! Żona ma
i syn wstydem się okryli za moją przyczyną i do kolaski wsiedli.
Rzuciłem się w pogoń, pragnąc nieporozumienie owo wyjaśnić, lecz kolaska
znikała w uciekającej dali, ażem się w zadrzewionym zmierzchu zbudził i w ciszy, grzmiącej, wieczystej. Sińce me, skaleczenia, mięśnie i kończyny jęczały jak w sądzie procesujące się strony.
Posłanie z mchu i ściółki, wyłożone w tym wądole mrocznym od drugiego
dnia Stworzenia, ocaliło me życie. Aniołowie znać członki me zachowali,
bo jeślibym bodaj jedną nogę czy rękę złamał, nadal bym tam leżał,
wydobyć się nie mogąc, śmierci czekając od żywiołów albo z bestii
pazurów. Na nogi się podźwignąwszy i zobaczywszy, jak dalekom się zsunął
i upadł (na wysokość fokmasztu), bez większej krzywdy dla osoby mej,
podziękowałem Panu za ocalenie, zaprawdę bowiem, wzywałeś mię w ucisku
i wybawiłem cię; wysłuchałem cię w osłonie burzy14.
Wzrok mój przywykł do pomroki i oczom widok ukazał się jednako
niezatarty, straszliwy i wzniosły. Wprzód jedna, dziesięć potem,
wreszcie setki twarzy z wiecznej szarości się wyłoniły, toporem w korze
wyciosane przez bałwochwalców, niby duchy arborealne, znieruchomiałe pod
zaklęciem okrutnego maga. Epitet żaden odpowiednio nie skreśli obrazu
tego bazyliszków plemienia! Tylko nieożywione może być tak żywym.
Kciukami wodziłem po ich fizjognomiach ohydnych. Nie wątpię, żem
pierwszym był Białym w tem mauzoleum od jego prehistorycznej
inauguracji. Najmłodszy z dendroglifów, jak mniemam, dziesięć lat ma,
lecz starsze, rozdęte na korze, kiedy drzewa rosły, wyrzezane zostały
ostrzem pogan, których duchy własne już od dawien dawna wymarłe.
Pradawność taka z pewnością rękę Moriori pana D'Arnoqa przedstawiała.
Czas płynął w tym miejscu zaklętym i natężałem się, by naleźć sposób
ucieczki, ośmielany świadomością, że tworzyciele owych "rzeźb drzewnych"
muszą mieć sposób na regularne tegoż dołu opuszczanie. Jedna ściana
mniej stromo wyglądała niźli insze, a włókniste pnącza coś na obraz
"olinowania" oferowały. Gotowałem się do wspinaczki, gdy uwagę mą
zwróciło zagadkowe "buczenie".
-?Kto tam idzie?! -?zawołałem (czyn pochopny jak na Białego intruza bez
broni i w świątyni pogan). -?Okaż się!
Cisza słowa me wraz z echem pochłonęła i drwiła ze mnie. Przypadłość ma
w śledzionie się ozwała. "Buczenie" wiodło do chmary much, krążących
wkoło wypukłości na ułamaną gałąź nadzianej. Szturchnąłem ów guz
patykiem sosnowym i zwymiotowałem bez mała, bo był to kawał cuchnących
trzewi. Obróciłem się, by uciec, lecz nie mogłem odejść bez rozwiania
mrocznych podejrzeń, że to ludzkie serce na drzewie wisiało. Nos i usta
okryłem chusteczką, a patykiem tknąłem oderwaną wnętrzność. Organ
zadrgał jak żywy! Piekąca ma przypadłość w górę po kręgosłupie
strzeliła. Niby we śnie (choć sen to nie był!), blada salamandra
wychynęła ze swego w truchle zamieszkania i w okamgnieniu po patyku
wbiegła na mą rękę! Patyk w bok cisnąłem i nie dostrzegłem, gdzie
salamandra znikła. Krew strach mi ściął i czym prędzej salwować się
chciałem ucieczką. Napisać łatwiej, niż zrobić, bo jeślibym się
ześlizgnął był i na powrót runął ze ścian, co o zawrót głowy
przyprawiały, szczęśliwy traf mógłby upadku mego powtórnie już nie
złagodzić, jednako wgłębienia na stopy w skale były wyciosane i przez
łaskę Pana brzeg krateru zdobyłem bez niefortunnych przypadków.
Nalazłszy się znów w posępnej chmurze, tęskniłem za obecnością ludzi
własnej mej barwy, tak, nawet żeglarzy grubiańskich z Muszkietu, i jąłem
schodzić w tym czasie -?jak mniemałem -?ku południu. Postanowienie me
wprzód uczynione, by o wszystkim, com widział, donieść (z pewnością pan
Walker, Konsul de facto i de iure, winien powiadomionym zostać o rabunku serca ludzkiego?), słabło, gdym się do Ocean Bay zbliżał. Nadal
nie postanowiłem, o czym raport złożyć i komu. Serce najpewniej wieprza
było lub owcy. Perspektywa Walkera i jemu podobnych, drzewa obalających
i przedających dendroglify kolekcjonerom, w mym sumieniu budziła odrazę.
Może kto sentymentalistą mię nazwać, wszelako nie pragnę się przyczynić
do zadania Moriori ostatecznego gwałtu15.
Wieczorem ~
Krzyż Południa jasno na niebie już świecił, nim Henry powrócił do
Muszkietu, jako że rozchwytywany był przez większą liczbę mieszkańców
wyspy, pragnących porady "Uzdrawiacza wdowy Bryden" w kwestii
rumatyzmów, jagodzicy i obrzęków.
-?Gdybyż ziemniaki dolarami były -?narzekał mój przyjaciel -?od
Nabuchodonozora byłbym bogatszy!
Niepokoił się mą (okrojoną mocno w relacji) fatalną przygodą na
Stożkowym Wierzchołku i nalegał na zbadanie mych obrażeń. Wprzód służącą
zagoniłem, by zgotowała mi kąpiel, i wyszedłem z niej na zdrowiu
wzmocniony. Henry podarował mi słoiczek balsamu na me inflamacje i odmówił przyjęcia za niego choć centa. Obawiając się, że może to być
szansą ostatnią zasięgnięcia porady u fachowego doktora (Henry ku
odrzuceniu oferty kpt. Molyneux się skłania), odsłoniłem przed nim swe
obawy vis-a-vis przypadłości mej. Wysłuchał poważnie i o częstotliwość, a nadto czas trwania ataków zapytał. Henry żałował, że
czasu nie miał ani aparatury dla pełnej diagnozy, lubo zalecił, bym po
powrocie do San Francisco pilnie nalazł specjalistę od parazytów
tropikalnych. (Na wyznanie zdobyć się nie mogłem, że ani jednego takiego
nie ma).
W sen nie zapadam.
Czwartek, 14 listopada ~
Z portu wyruszamy z porannym odpływem. Raz jeszcze stoję na pokładzie
"Wieszczki", ale udawał nie będę, żem kontent. W trumnie mej złożone są
teraz trzy zwoje słuszne liny, po których wspinać się jestem
przymuszonym, by do koi się dostać, bo podłogi na cal nawet spod nich
nie widać. Pan D'Arnoq pół tuzina beczek prowizji rozmaitej
kwatermistrzowi sprzedał oraz belę żaglowego płótna (ku Walkera
odrazie). Wszedł na pokład dla pełnienia nadzoru nad ich załadunkiem i dla odebrania samemu zapłaty, a nadto pomyślnych wiatrów mi życzył. W trumnie mej ściśnięci byliśmy jak dwa śledzie w beczce, wyszliśmy więc
na pokład, bo wieczór przyjemny. Po przedyskutowaniu różnorodnych
materii uścisnęliśmy sobie dłonie i zszedł na pokład czekającego go
keczu, którego sprawną załogę dwóch posługaczy rasy mieszanej stanowiło.
Pan Roderick niewiele miał zrozumienia dla mej petycji, by linę
kłopotliwą w insze miejsce usunięto, on bowiem zobligowany był opuścić
swą prywatną kabinę (dla przyczyny, o której poniżej) i do kubryku się
przenieść ze zwykłymi marynarzami, których liczba o pięciu
Kastylijczyków urosła, "upolowanych" od kotwiczącego w Bay Hiszpana. Ich
kapitan obraz Furii przedstawiał, lecz mimo że mało wojny "Wieszczce"
nie wydał -?a w bitwie z pewnością z nosa by mu krew puszczono, bo
dowodzi najdziurawszą z kryp -?może jedynie gwiazdom dziękować, że kpt.
Molyneux nie był w potrzebie większej liczby dezerterów. Już same słowa
"rejs do Kalifornii" złotem łyskają i wabią tamże wszystkich ludzi, jak
ćmy ku lampie. Owych pięciu zastąpi dwóch dezerterów zbiegłych w Bay of
Islands, a nadto rąk, które burza zabrała, nadal wszelako kilku nam
mężczyzn brakuje do pełnej liczby załogi. Finbar powiada, że ludzie na
nowe ustalenia sarkają, bo z panem Roderickiem, w kubryku
zakwaterowanym, nie mogą do woli opowieści snuć nad butelczyną.
Los wynagrodził mi pięknie. Opłaciwszy rachunek odrzyskóry Walkera (a nie dałem szubrawcowi ni centa więcej), pakowałem kufer z chlebowego
drewna, gdy Henry wszedł i przywitał mię w te słowy:
-?Witaj, kompanie podróży!
Bóg mych modlitw wysłuchał! Henry posadę Doktora Pokładowego przyjął i jużem nie jest bez przyjaciół w tej pływającej zagrodzie. Takim mułem
upartym jest pospolity marynarz, że miast wdzięczności, iż doktor będzie
pod ręką, by w łubki złamania im wstawiać i infekcje leczyć, tylko
dochodzą ich sarkania:
-?A co my są, byśmy Doktora Pokładowego wieźli, co chodzić nie potrafi
po bukszprycie? Barka Jej Wysokości?
Wyznać muszę pewną urazę, gdy kpt. Molyneux udzielił płacącemu jak ja za
rejs dżentelmenowi jedynie żałosnej koi, choć obszerniejsza kabina cały
czas była w jego dysponowaniu. Dużo większą wagę jednakoż przywiązuję do
złożonej przez Henry'ego obietnicy obrócenia swych niebywałych talentów
ku diagnozie mej przypadłości, jak tylko w morze wypłyniem. Ulga ma
wprost nieopisana.
Piątek, 15 listopada ~
Podnieśliśmy kotwicę o świcie, nie zważając, że piątek dla marynarzy
pechowym jest Jonaszem. (Kpt. Molyneux burczy: "Przesądy, Dnie Świętych
i insze przeklęte dyrdymały dobre są, psiakrew, dla Papistowskich bab,
lecz ja w tym interesie jestem przymuszonym o zyski dbać!").
Nie wybraliśmy się z Henrym na pokład, bo ręce wszystkie przy takielunku
były zajęte, a i wiatr południowy wiał mocno na pełnym morzu; statek
dokuczliwy był zeszłej nocy, a dzisiaj nie mniej. Pół dnia spędziliśmy
na apteki Henry'ego urządzaniu. Prócz ekwipunku modernego doktora,
przyjaciel mój w posiadaniu jest kilku tomów uczonych po angielsku,
niemiecku i po łacinie. Skrzyneczka "spektra" proszków w butelkach
korkiem zatkniętych zawiera, podpisanych greką. Henry łączy je dla
rozmaitych pigułek i maści powstania. Zerknęliśmy przez luk ku południu
-?Chathamy kropeczkami inkaustu były na ołowianym horyzoncie, wszelako
przewalanie się i kołysanie niebezpiecznym jest dla tych, których nogi
wczasowały tydzień na brzegu.
Popołudniem ~
Szwed Torgny do drzwi mej trumny zapukał. Równie zaskoczony, co
zaciekawiony ukradkowym zachowaniem, prosiłem, by wszedł. Przysiadł na
liny "piramidzie" i że przynosi propozycję od koła marynarzy wyszeptał.
-?Powiedz pan nam, gdzie żyły są najlepsze, te tajemne, co wy miejscowi
tylko dla siebie trzymacie. Ja i kamraci robotą się zajmiem, pan
będziesz tylko siedział pięknie, a dziesiątą część dostaniesz.
Chwilę niejaką zajęło mi zrozumienie, że Torgny myśli w kalifornijskich
kopalniach drążyć. Czyli dezercja powszechna jawi się na spraw
horyzoncie, gdy tylko "Wieszczka" do celu zawinie, i przyznaję, że
sympatie me lokują się po stronie marynarzy! Co rzekłszy, przysiągłem
Torgny'emu, że wiedzy żadnej o złożach złota rzeczonych nie mam, gdyż
przez rok miniony nieobecny byłem, lubo chętnie i darmo mapę ułożę,
ilustrującą osławione "Eldorados". Torgny na to przystał. Z tego
dziennika wyrwawszy stronicę, schema szkicowałem: "Sausalito, Benecia,
Stanislaus, Sacramento, etc.", gdy nieżyczliwy głos się ozwał:
-?Wróżbiarstwo jakie czy co, mości Kutazwisie?
Nie słyszeliśmy byli, jak Boerhaave schodami zszedł i pchnięciem rozwarł
drzwi na oścież! Torgny zakrzyknął w konsternacji, winę swą po trzykroć
tym wyznając.
-?Cóż tam -?ciągnął nasz oficer -?cóż to za sprawki masz pan z naszym
pasażerem, parchu sztokholmski?
Torgny stał oniemiały, ale ja straszyć się nie dałem i odrzekłem
gburowi, żem opisywał godne ujrzenia "widoki" mego miasta, dla
zgotowania Torgny'emu atrakcji, gdy na ląd zejdzie.
Boerhaave brwi uniósł.
-?Zatem to pan teraz zejście na ląd marynarzom przyznajesz, czy tak? To
mi nowina dla mych starych uszu. Pan pozwolisz ten papier, panie Ewing.
Nie pozwoliłem. Mój podarek dla żeglarza nie dla Holendra był do
rekwirowania.
-?Och, o wybaczenie proszę, panie Ewing. Torgny, odbierz podarek. -
Wyboru nie miałem, jak tylko przybitemu Szwedowi go wręczyć. Pan
Boerhaave rzekł: -?Torgny, daj mi swój podarek w jednej chwili albo, na bramy piekieł, będziesz
dnia żałować, gdyżeś z matki [pióro me przed zapisaniem tej profanacji
się wzdraga] wypełzł.
Szwed, przerażony śmiertelnie, jak mu kazano, zrobił.
-?Wielce kształcące -?zauważył Boerhaave, mej kartografii się
przyglądając. -?Kapitan w zachwytach będzie, gdy dowie się o staraniach
pańskich dla dopomożenia naszym majtkom parchatym, panie Ewing. Torgny,
na maszcie wachtę trzymasz dwadzieścia cztery godziny. Czterdzieści ośm,
jak kto zobaczy, że jesz i pijesz. Pij sz-y własne, jak cię pragnienie
najdzie.
Torgny uciekł, wszelako oficer jeszcze ze mną nie skończył.
-?Rekiny w tych wodach żerują często, mości Kutazwisie. Za statkami
pływają, czekając na przedni kąsek. Widziałem kiedyś, jak jeden żarł
pasażera. Ów, jak pan, o bezpieczeństwo własne nie dbał i za burtę
wypadł. Słyszeliśmy krzyki. Żarłacze ludojady figlują z obiadem, z wolna
podjadają, tu nóżkę skubną, ówdzie co insze, a tamten nieszczęśnik żył
dłużej, niżbyś pan mniemał. Rozważ to pan. -?Drzwi mej trumny zamknął.
Boerhaave, tak jak gbury i despoci, szczyci się, że tak znienawidzonym
jest, że aż mu to rozgłosu przydaje.
Sobota, 16 listopada ~
Losu zrządzeniem największa z nieprzyjemności na mnie spadła w całej mej
dotychczasowej podróży! Cień Starego R?kohu pchnął mnie, którego jedynym
pragnieniem są spokój i dyskrecja, pod pręgierz podejrzeń i plotek! A jednak przewina moja w tym tylko, co się tyczy ufności chrześcijańskiej
i nieubłaganej złej fortuny! Miesiąc do dnia upłynął, odkąd Nową
Południową Walię opuściliśmy, gdym zapisał owo pogodne zdanie:
"Antycypuję nudną podróż, niezakłóconą niczym". Jakżeż wpis ten drwi
teraz ze mnie! Nie zapomnę nigdy ostatnich godzin ośmnastu. Wszelako,
skoro spać nie mogę ani myśleć (a Henry już w pościeli), jedyną mą od
bezsenności ucieczką jest Szczęścia zaklinanie na tych współczujących
stronicach.
Nocy zeszłej do mej trumny wróciłem "umęczon jak pies". Po modlitwy
zmówieniu zdmuchnąłem lampę i miriadą głosów kołysany zapadłem w płycizny snu, gdy ochrypły głos w trumnie mej! mię zbudził i oczy me
szeroko rozwarł w przestrachu!
-?Pan Ewing -?zaklinał naglący szept -?pan nie boi, pan Ewing, nie
krzywda, proszę, nie krzyczy.
Podskoczyłem mimowolnie i głową o gródź walnąłem. Przy bursztynowej
poświacie sączącej się przez spaczone drzwi i przy gwiazd blasku
wpadającym przez bulaj ujrzałem, jak wąż liny ze zwoju się rozwija i oswobadza się kształt czarny, jak zmarły przy Ostatniej Trąbie! Potężna
ręka wychynęła z ciemności i usta me zakryła, nimem zdążył głos wydać!
Napastnik mój syknął:
-?Pan Ewing, nie ma krzywdy, pan bezpieczny, ja znajomy pan D'Arnoq -?on
chrześcijanin -?pan cicho będzie, proszę!
Rozsądek nareszcie zebrał siły przeciw strachom. Człek to, nie duch
żaden, w mej kajucie się skrywał. Jeśliby chciał gardło me poderżnąć za
nakrycie głowy, buty i puzdro z papierami prawnymi, już bym nie żył.
Jeśli mój strażnik ukrytym pasażerem był, toż on szczególniej, nie ja, o życie bać się winien. Po jego mowie nieociosanej, po lekkiej posturze i po woni Indianina w nim poznawałem, samotnego na łodzi z Białymi w liczbie pięćdziesięciu. Zgoda. Kiwnąłem głową z wolna dla dania znaku,
że nie będę krzyczeć.
Ostrożna dłoń uwolniła me usta.
-?Ja Autua -?powiedział. -?Ja znam pana, pan mię widział, pan lituje.
Zapytałem, o czym mówi?
-?Bat Maorysa, pan widział.
Pamięć zwyciężyła nad dziwacznością sytuacji i przypomniałem sobie
Moriori batożonego przez "Króla Jaszczurów". To mu dodało otuchy.
-?Pan dobry człowiek, pan D'Arnoq powiada, że pan dobry człowiek. On
ukrył mię w pana kabinie wczoraj wieczór, ja uciekł. Pan pomoże, pan
Ewing.
Z wnętrza mego jęk się dobył! I jego dłoń me usta przykryła na nowo.
-?Jak pan nie pomoże, ja trup.
Wszystko prawda, pomyślałem, a nadto za sobą mnie na dno pociągniesz,
jeśli kpt. Molyneux o mej niewinności przekonać nie zdoła! (Płonąłem z oburzenia na czyn kaznodziei i nadal płonę. Niechaj sam dla siebie
zachowa swe "sprawy słuszne" i zostawi niewinnych przechodniów w pokoju!). Rzekłem Indianinowi, że już teraz "on trup". "Wieszczka"
statkiem była handlowym, nie zaś tajemną "koleją podziemną" dla
ocalonych niewolników.
-?Ja dobry marynarz -?nalegał Negr. -?Zapracuję podróż!
-?Znakomicie -?odrzekłem (zwątpienia pełen o jego zapewnieniach w materii żeglarskiego rodowodu) i upraszałem, by niezwłocznie w łaskę
kapitana się oddał.
-?Nie. Oni nie słuchają. "Płyń z powrotem, Negr", mówią i rzucą mię w morze. Pan prawnik, tak? Pan idź, pan mów. Ja tu będę, ja schowam!
Proszę. Kapitan słucha pan Ewing. Proszę.
Próżno przekładałem mu, że żadnemu wstawiennictwu kpt. Molyneux nie był
mniej przychylny, jak pochodzącemu od Jankesa Adama Ewinga. Moriori
samotnym był w swej przygodzie i nie pragnąłem w niej udziału. Dłoń jego
moją nalazła i z konsternacją poczułem, jak me palce zaciska wokół
rękojeści noża. Stanowcze i ponure żądanie wyraził.
-?Pchnij mię. -?Ze spokojem przerażającym i pewnością przyłożył sztych
do gardła.
Powiedziałem Indianinowi, że szalonym jest.
-?Nie szalony. Jak pan nie pomoże, to pan mnie tak samo zabije. Pan wie,
to prawda. -?(Zaklinałem go, by wstrzemięźliwy był i wyrozumiały). -?To
zabij mię. Inszym mów: ja napadł i pan zabił. Ja nie dla ryb, pan Ewing.
Lepiej tu umrzeć.
Klnąc me sumienie raz, los mój dwakroć, a trzykroć pana D'Arnoqa,
prosiłem, by nóż schował i, na niebiosa, skrył się, by nikt z załogi nie
usłyszał go i do drzwi nie załomotał. Z kapitanem przyrzekłem
porozmawiać przy śniadaniu, bo sen mu teraz przerywać to pogrążyć całe
przedsięwzięcie. Indianin kontent się poczuł i dziękować mi zaczął. Na
powrót w zwoje liny się wsunął, mię zostawiając z niemożebnym omal
zadaniem ułożenia linii obrony Aborygena ukrytego na pokładzie
angielskiego szkunera, bez ściągnięcia na jego odkrywcę i kompana z kabiny o konspirację oskarżeń. Oddech poganina rzekł mi, że zasnął.
Kusiło mię do drzwi się rzucić i o pomoc krzyczeć, wszelako w oczach
Boga słowem się związałem, nic to, że z Indianinem.
Kakofonia trzeszczących desek, masztów rozchwianych, naprężanych lin,
łopocących płócien, stóp na pokładzie, beczenia kóz, chrobotu
szczurzego, uderzeń pomp, dzwonów wachty dzielących, bijatyk i śmiechów
z kubryku, komend, szant przy kotwicznej windzie i odwiecznego dominium
Tetydy; wszystko mię kołysało, gdym kalkulował, jak najlepiej przekonać
kpt. Molyneux o mej niewinności w spisku pana D'Arnoqa (muszę teraz
czujniejszym być, niźli kiedykolwiek bądź, aby dziennika tego
nieprzyjazne oczy nie czytały), gdy wrzask falsetem, co w oddali się
począł, ale z prędkością bełta z kuszy się przybliżał, uciszyły deski
pokładu, o cale zaledwie od miejsca, gdziem leżał.
Taki koniec fatalny! Na brzuchu leżałem, w szoku, zesztywniały,
zapominając oddychać. Okrzyki podniosły się dalej i bliżej, kroki
zebrały się w miejscu i larum "Doktora Goose'a budzić!" podniesiono.
-?Biedak z lin spadł, trup. -?Indianin wyszeptał, gdym śpieszył zbadać
ambaras. -?Nic pan możliwości nie ma, pan Ewing.
Nakazałem mu w ukryciu pozostać i wyszedłem pośpiesznie. Mniemam, że
Indianin wyczuł, jak kusiło mię użyć okazji wypadku i go wydać.
Załoga stała wokół człowieka u podstawy środkowego masztu twarzą do dołu
leżącego, w migotliwym świetle lampy poznałem jednego z Kastylijczyków.
(Przyznam, że emocją, jaką wprzód poczułem, ulga była, że nie Rafael, a inszy spadł po swą śmierć). Podsłuchałem, jak Islandczyk mówił, że
zmarły od ziomków w karty wiele racji araku wygrał i cały go wypił przed
wachtą. Henry przybył w koszuli nocnej z doktorskim sakwojażem.
Przykląkł przy bezładnym ciele, pulsu szukał, ale głową pokręcił.
-?Ten już doktora nie potrzebuje.
Pan Roderick Kastylijczyka buty zzuł i z odzienia go rozebrał na aukcję,
a Mankin trzeciorzędne płótno workowe przyniósł na całun nieboszczyka.
(Pan Boerhaave odliczy płótno od intraty z aukcji). Marynarze do kubryku
lub na posterunki swe powrócili w ciszy, każdy posępny po takim dowodzie
kruchości żywota. Henry, pan Roderick i ja zostaliśmy popatrzeć, jak
Kastylijczycy odprawiają swe pogrzebowe obrzędy katolickie nad krajanem
przed zawinięciem go w płótno i oddaniem ciała głębinie ze łzami i bolesnym adios!
-?Południowcy namiętni -?zauważył Henry, gdy mi dobrej nocy życzył.
Pragnąłem ogromnie sekretem mym podzielić się z przyjacielem, wszelako
ugryzłem się w język, aby moja gadatliwość jemu szkody nie przyniosła.
* * *
Po scenie owej melankolicznej wracając, ujrzałem blask lampy w kambuzie.
Śpi tam Finbar dla "pilnowania przed złodziejaszkami", ale jego także
zbudził nocny harmider. Przypomniałem sobie, że ukryty podróżny pewnie
dzień cały i pół nie jadł, i obaw pełen byłem, do jakich to bestialskich
nieprawości mógł barbarzyńcę żołądek czczy przymusić. Czyn ten mógł
przeciw mnie przemawiać dnia następnego, ale kucharzowi rzekłem, że głód
wilczy odbierał mi sen i (po cenie dwakroć zwykłej "na okoliczność
niecodziennej pory") zdobyłem talerz kapusty kwaszonej, kiełbasy i bułek
twardych jak kule armatnie.
W prywatności mej kabiny barbarzyńca podziękował mi za poczciwe serce i pożywił się wiktem skromnym, jakby danie pochodziło z Prezydenckiego
Rautu. Prawdziwych mych motywów nie wyznałem -?wszak, im żołądek jego
pełniejszy, tym mniej skłonny był mnie kosztować -?ale zapytałem go za
to, czemu przy batożeniu uśmiechnął się był do mnie.
-?Ból mocny, ale przyjaciela oczy mocniejsze.
Rzekłem mu, że o mnie nic bez mała nie wie, a i ja nic o nim. W oczy me
palcem wymierzył, poczem we mnie, jak gdyby ów gest prosty starczał za
całą eksplikację.
Gdy upływała wachta środkowa, wiatr silniejszy się zerwał, od którego
deski jęczały, a wzburzone morze obmywało pokłady. Woda morska niebawem
do mej trumny kapać zaczęła, po ścianach cieknąc strużkami i koc mój
mocząc.
-?Mogłeś na kryjówkę wybrać sobie suchszą dziurę -?wyszeptałem dla
zbadania, czy Indianin w sen zapadł.
-?Bezpiecznie lepiej niż sucho, pan Ewing -?wymamrotał, równie jak ja
czujny.
Dlaczego, zapytałem, tak go okrutnie w indiańskim siole bito?
Zapadła cisza jak makiem zasiał.
-?Nazbyt dużo świata widział. Ja zły niewolnik.
Dla odgonienia choroby morskiej w czas tych burzliwych godzin nakłoniłem
Indianina, by swą historię wyjawił. (Nie mogę, co prawda, zaprzeczyć,
żem też był ciekaw). W swej łamanej mowie ją przedstawił, tutaj więc
jedynie sedno jej wyłożę.
* * *
Statki Białych losu zmienne koleje sprowadziły na Stare R?kohu, jak
powiadał pan D'Arnoq, lecz takoż i cuda. W dziecięcych latach mój
Indianin Autua tęsknił więcej się nauczyć od owych bladoskórych ludzi z miejsc, których istnienie w czasach jego dziada do dziedziny mitów
przynależało. Autua utrzymuje, że ojciec jego był śród tych tubylców, co
napotkali ekspedycję porucznika Broughtona przybijającą do brzegu
Skirmish Bay, i dzieciństwo spędził, wysłuchując historii wciąż na nowo
opowiadanych -?o "Wielkim Albatrosie" wiosłującym w porannej mgle; o jego barwnie upierzonych, cudacznie złączonych sługach, co w kanu ku
brzegowi tyłem płynęli; o paplaninie dziwnej sług Albatrosa (mowie
ptaków?); o ich zianiu dymem; o ich ohydnym gwałceniu tapu, co
zakazuje obcym kanu dotykać (dotyk taki klątwę na łodzie sprowadza i niezdatnymi czyni je do pływania, jakby je toporem tknąć); o wynikłych
zwadach; o owych "grzmiących kijach", których gniew magiczny zabić mógł
człowieka przez długość przybrzeżnego piasku; i o przepasce jak ocean
błękitnej, białej jak obłok i czerwonej jak krew, którą słudzy owi na
drągu zatknęli, nim powiosłowali na powrót do Albatrosa. (Flagę tę
usunięto i przyniesiono wodzowi, który dumnie obnosił ją, aż go
zołzy16 zabrały ze świata).
Autua miał wuja, Koche, który na pokład bostońskiego poławiacza fok się
zaciągnął circa 1825 roku. (Indianin nie jest pewnym w materii swego
dokładnego wieku). Moriori cenionych członków załogi na statkach takich
stanowili, bo w miejsce biegłości w sztuce wojny mężczyźni R?kohu
"włócznie zdobywali" w polowaniach na foki i wyczynach w pływaniu. (Dla
starania się o żonę, per exemplum, kawaler musiał na samo dno morza
zanurkować i wynurzyć się z langustami w obydwu rękach, a trzecią w ustach trzymając). Nowo odkryci Polinezyjczycy, wzmiankować należy,
łatwą są ofiarą dla pozbawionych skrupułów kapitanów. Wuj Autuy, Koche,
powrócił po pięciu latach, w stroje Pakeha odziany, z kołami w uszach,
skromną dolarów i réales sakiewką, dziwnymi obyczajami opętany (śród
nich "zianiem ogniem"), brzmiącymi fałszywie przekleństwami i historiami
o miastach i miejscach nazbyt dziwacznych dla nakreślenia ich w mowie
Moriori.
Autua poprzysiągł zamustrować na następny statek, co będzie wypływał z Ocean Bay, i na oczy własne owe miejsca egzotyczne zobaczyć. Wuj jego
nakłonił drugiego oficera na francuskim statku wielorybniczym do
zgodzenia dziesięcioletniego (?) wonczas Autuy na chłopca okrętowego. W swej karierze na morzach Moriori wielkie lody Antarktyki oglądał,
wieloryby zmienione wprzód w wysepki krwi zakrzepłej, potem w beczki
olbrotu. Na Las Encantadas17, osłoniętych od wiatrów, polował
na olbrzymie żółwie; w Sydney widział budowle wspaniałe, parki, konne
powozy i damy w czepkach, i cuda cywilizacji; opium z Kalkuty do Kantonu
przewoził; przetrwał dyzenterię w Batawii; pół ucha stracił w potyczkach
z Meksykanami przed ołtarzem w Santa Cruz; przeżył jako rozbitek na
Hornie i Rio de Janeiro widział, lubo na brzeg nie zszedł; a zauważał
wszędzie tę ordynaryjną brutalność, jaką rasy jaśniejsze ciemniejszym
okazują.
Autua powrócił latem 1835 roku jako w świecie bywały młodzieniec lat
około dwudziestu. Myślał wziąć sobie na miejscu żonę i dom wybudować, i uprawiać kilka akrów, wszelako -?podług pana D'Arnoqa relacji -?do
przesilenia zimowego owego roku każdy Moriori, co nie zginął,
niewolnikiem został Maorysów. Lata przez powracającego młodziana śród
załóg z narodów wszelkich spędzone pozycji Autuy w oczach agresorów nie
podniosły. (Zauważyłem, w jak przykrym czasie odbył się ów powrót syna
marnotrawnego).
-?Nie, pan Ewing, R?kohu wołało mię wracać, żebym patrzał, jak
umiera, i znał -?poklepał się lekko po głowie -?prawdę.
Panem Autuy był ów Maorys w tatuażach jaszczurzych, Kupaka, co swym
przerażonym, przybitym niewolnikom oznajmił, że przybył dla oczyszczenia
ich z fałszywych bożków ("Czy bogowie wasi was uratowali?" -?szydził
Kupaka), z ich języka plugawego ("Mój bat was maoryskiej czystej mowy
nauczy"), z ich krwi nieczystej ("Parzenie się między sobą wasze
prawdziwe mana rozrzedziło!"). Od tamtej pory związków między Moriori
zakazano, a wszelkie potomstwo spłodzone przez mężczyzn maoryskich z kobietami Moriori uznano za Maorysów. Tych, co najwcześniej owe nakazy
złamali, zgładzono w sposób straszliwy, a ci, co pozostali, żyli jak w paraliżu, z bezwzględnego ujarzmienia zrodzonym. Autua karczował
zarośla, sadził pszenicę i hodował wieprze dla Kupaki, aż wystarczające
zdobył zaufanie, by móc gotować ucieczkę. ("Sekretne miejsca R?kohu, pan
Ewing, doliny wyżej źródła, ukryte doły, pieczary w sercu lasu
Motoporoporo, co tak gęsty, że pies człowieka nie wytropi". Mniemam, żem
był sam wpadł w jedno z owych miejsc tajemnych).
Rok później schwytano go, wszelako niewolnicy Moriori nazbyt nieliczni
już byli, by ich gardłem karać. Pozycją niżsi Maorysi pracować
przymuszeni byli u boku poddanych, ku własnej odrazie. ("Ziemię przodków
naszych w Aotearoa porzuciliśmy dla tych nędznych skał?" -?sarkali).
Autua uciekł znowu, a podczas jego drugiego wolności okresu, sekretnego
azylu na miesięcy kilka udzielił mu pan D'Arnoq, sam narażając się na
niebezpieczeństwo niemałe. Podczas tego pobytu przyjął Autua chrzest i ku Panu się zwrócił.
Zbiry Kupaki pojmali zbiega rok i pół później, wszelako tym razem kacyk
w swych humorach uznanie przejawił dla ducha Autuy. Po ukaraniu chłostą
Kupaka wyznaczył niewolnika na rybaka dla potrzeb swego stołu. W zatrudnieniu takim Moriori kolejny rok przeżył, aż popołudnia pewnego
nalazł rzadki okaz ryby moeeka rzucający się w jego sieci. Żonie
Kupaki objaśnił, że rybiego króla jeść może jedynie król śród ludzi, i objaśnił ją, jak rybę dla męża przyrządzić. ("Zła, zła trucizna ryba
moeeka, pan Ewing, raz człowiek do ust bierze i śpi, i nie budzi
więcej"). Na czas ucztowania owego wieczoru Autua z obozu się wymknął,
skradł kanu swego pana i pokreślonym prądami, rozkołysanym,
bezksiężycowym morzem powiosłował na bezludną wyspę Pitt, dwie mile na
południe od wyspy Chatham ("Rangiauria" zwaną w mowie Moriori i jako
kolebkę ludzkości czczoną).
Fortuna sprzyjała uciekinierowi, bo bez turbacji o świcie cel osiągnął,
kiedy szkwał się wzmógł i żadne kanu za nim w ślad nie podążyło. Autua w owym Raju Polinezji dzikim selerem się żywił, rzeżuchą, jajami, jagodami
i z rzadka upolowanym młodym dzikiem (rozniecanie ognia jedynie pod
osłoną ciemności lub mgły ryzykował) i siłę czerpał z myśli, że Kupakę
przynajmniej zasłużona kara spotkała. Czy jego samotność nie była mu
nieznośną?
-?W noc przodkowie odwiedzali. W dzień ja mówił ptakom o Maui, a ptaki
mnie o morzu.
Porę roku niejedną zbieg tak przeżył, aż do września minionego, gdy
zimowa wichura o rafę wyspy Pitt rozbiła statek wielorybniczy "Eliza" z Nantucket. Załoga cała potonęła, ale nasz pan Walker, zapamiętały w pogoni za łatwą gwineą, przez cieśninę się przeprawił dla poszukiwań
łupu. Kiedy na ślady ludzkiego siedliska natrafił i ujrzał stare kanu
Kupaki (każde zdobne jest unikatowymi rzeźbieniami), wiedział, że skarb
nalazł, co żywo zaciekawi jego maoryskich sąsiadów. Dwa dni później duża
ekspedycja na łowy na wyspę Pitt przepłynęła z głównego lądu. Autua
siedział na plaży i, jak przybywają, patrzał, zdębiały jedynie na widok
wroga swego starego, przyprószonego siwizną, lecz żywotnego wielce,
wydającego wojenne okrzyki.
Mój nieproszony towarzysz podróży zakończył swą opowieść:
-?Pies żarłok tego łajdaka zwędził moeeka z kuchni i zdechł, psiakrew,
on, nie Maorys. Tak, Kupaka wychłostał, ale on stary i od domu daleko, a jego mana czcze i głodne. Maorysi z wojen żyją i zemsty, i sporów,
pokój ich zabija. Wielu do Nowej Zelandii wraca. Kupaka możności nie ma,
jego ziemi nie ma. Potem zeszły tydzień, pan Ewing, ja pana widzę i ja
wiem, pan mię uratuje, ja wiem.
* * *
Poranna wachta w dzwon cztery razy uderzyła i świt dżdżysty zarysował
się w mym bulaju. Spałem nieco, wszelako modlitwy me o zniknięcie
Moriori z nastaniem ranka nie zostały wysłuchane. Udawać mu nakazałem,
że ledwie co był się ujawnił, i nie wzmiankować ni słowem naszej nocnej
rozmowy. Dał znak, że pojął, lecz najgorszego się obawiałem: spryt
Indianina nie mógł się z przebiegłością Boerhaavego równać.
Idąc wzdłuż mostka, skręciłem ("Wieszczka" wierzgała jak koń jaki
nieujeżdżony) do oficerskiej mesy, zapukałem i do środka wszedłem. Pan
Roderick i pan Boerhaave słuchali kpt. Molyneux. Odchrząknąłem, życząc
im dobrego poranka, na co nasz przyjazny kapitan zaklął:
-?Możesz pan mój poranek polepszyć, jak pan stąd wy-isz, ale już!
Chłodno zapytałem, kiedy zatem kapitan miałby możność czas naleźć dla
posłuchania o Indianinie, co właśnie personę swą spod zwojów liny był
ujawnił, w "mej tak zwanej kabinie" zalegających. W ciszy, co nastąpiła,
blada jak u rogatej jaszczurki cera kpt. Molyneux przybrała krwistą
barwę wołowej pieczeni. Nim wybuch nastąpił, dodałem, że uciekinier
twierdzi, jakoby marynarzem był zdatnym, i upraszał, by pozwolenie mu
dano podróż odpracować.
Pan Boerhaave kapitana uprzedził spodziewanymi oskarżeniami i zakrzyknął:
-?Na holenderskich statkach ci, co ukrytym pasażerom sekundują, ich los
dzielą!
Przypomniałem Holendrowi, że żeglujem pod banderą brytyjską, i zapytałem
go takoż, czemu, jeśli pasażera pod zwojami liny ukrywać miałbym, po
wielokroć upraszałem od czwartkowego wieczoru linę ekstraordynaryjną
usunąć, błagając tym sposobem o ujawnienie mej rzekomej "konspiracji"?
Trafienie celne rezon mój zagrzało i zapewniłem kpt. Molyneux, że ukryty
pasażer, ochrzczony, do owego extremum się uciekł, aby jego maoryski
pan, co przyrzekł był ciepłą wątrobę swego niewolnika skonsumować
(przydałem nieco przypraw własnej wersji wydarzeń), nie skierował
bezbożnego swego gniewu przeciw Autuy zbawcy.
Pan Boerhaave zaklął.
-?Więc ten Negr przeklęty okazania wdzięczności chce od nas?
-?Nie -?odrzekłem. -?Moriori jedynie o danie mu szansy wykazania swej
przydatności na "Wieszczce" uprasza.
Pan Boerhaave splunął.
-?Ukryty pasażer to ukryty pasażer, choćby i bryłkami srebra s-ł. Jak mu
na imię?
Odrzekłem, że nie wiem tego, gdyż nie rozmawiałem z nim, jeno
pośpiesznie do kapitana przybyłem.
Kpt. Molyneux nareszcie przemówił.
-?Zdatny marynarz pierwszej klasy, powiadasz pan? -?Gniew jego ostygł
wobec widoków zdobycia pary rąk cennej, której nie będzie winien
zapłaty. -?Indianin? A on niby skąd taki stary wyga morski?
Powtórzyłem, że i dwóch minut dość dla dziejów jego poznania, wszelako
instynkt mi podszeptuje, że Indianin ma duszę prawą.
Kapitan brodę potarł.
-?Panie Roderick, bądź pan łaskaw pasażerowi naszemu i instynktowi jego
towarzyszyć i przywlec ich dzikusa pod bezan. -?Rzucił klucz pierwszemu
oficerowi. -?Panie Boerhaave, flintę proszę.
Drugi oficer spełnił rozkaz.
-?Ryzykowna sprawa -?ostrzegł mię pan Roderick . -?Humory Starego jedyną
są księgą prawa na "Wieszczce".
-?Insza księga prawa, "Sumieniem" zwana, przestrzeganą jest lex loci,
gdziekolwiek bądź Bóg widzi -?odrzekłem.
Autua czekał swej próby w bawełnianych ineksprymablach, którem kupił był
w Port Jackson (Indianin na pokład z łodzi pana D'Arnoqa dostał się był
niczym nieprzyodziany prócz swej prostej przepaski i sznura zębów rekina
wokół szyi). Plecy miał odkryte. Jego poranione ciało, jak miałem
nadzieję, dowód stanowić będzie oporu i obudzi współczucie w sercach
tych, co je zobaczą.
Łotry za arrasem18 wieści rozniosły o widowisku i większość
załogi na pokładzie się zebrała. (Henry, sprzymierzeniec mój, nadal w koi leżał, nieświadom mego zagrożenia). Kpt. Molyneux wzrokiem zmierzył
z góry na dół Moriori, jakby muła wyceniał, i zwrócił się doń w te
słowy:
-?Pan Ewing, co niczego nie wie o tym, jakeś się na pokład mój dostał,
utrzymuje, że masz się za żeglarza.
Autua mężnie i z godnością odrzekł:
-?Tak, sir, dwa lata na wielorybniku "Missisipi" z Hawru pod kpt.
Maspero, cztery lata na "Cornucopii" z Filadelfii pod kpt. Catonem, trzy
lata na brytyjskim handlowcu.
Kpt. Molyneux przerwał i wskazał portki Autuy.
-?Zwędziłeś ten ubiór na dole?
Autua na tyle przytomności miał, by wiedzieć, że takoż nade mną sąd się
odbywał.
-?Ten chrześcijanin szlachetny dał mi, sir.
Załoga wzrokiem powiodła za palcem Indianina, we mnie wymierzonym, a pan
Boerhaave uderzył w słaby punkt.
-?Ach tak? Kiedyż to dar ten ci ofiarował?
(Przez głowę aforyzm ojca mego mi przeszedł, "Dla sędziego ołgania
markuj zachwyt, ale dla całego sądu zbałamucenia markuj nudę", i udawałem, że paproch wyjmuję z oka).
Autua odrzekł z czujną bystrością umysłu:
-?Minut dziesięć temu, sir, ja bez ubrania, ten pan szlachetny mówi:
"źle bez ubrania, masz, odziej".
-?Jeśli marynarz z ciebie -?nasz kapitan kciukiem w górę wskazał -
zobaczym, czy opuścisz grotbombramsel.
Na to Indianina wahanie ogarnęło i niepewność, i poczułem, żem na
szczerość słów jego postawił stawkę szaleńca, co teraz przeciw mnie się
obraca, jednako Autua dostrzegł pułapkę.
-?Sir, to nie grotmaszt, to bezanmaszt.
Nieporuszony, kpt. Molyneux skinął głową.
-?Łaskaw bądź zatem opuścić bezanbombramsel.
Autua lekko na maszt wbiegł i jąłem mieć nadzieję, że nie wszystko
stracone jeszcze. Ledwie co wzeszłe słońce nisko nad wodą świeciło i oczy przymuszeni byliśmy zmrużyć.
-?Gotuj flintę i mierz -?poinstruował kapitan pana Boerhaavego, gdy
Indianin przekroczył gafel bezanmasztu -?pal na mą komendę!
Zaprotestowałem teraz z największą mocą, że Indianin przyjął był
najświętszy sakrament, wszelako kpt. Molyneux nakazał mi cicho być albo
na powrót do Chathamów płynąć. Żaden amerykański kapitan człowieka by
nie uśmiercił, nawet Negra, tak ohydnym sposobem! Autua najwyższej z rei
sięgnął i przeszedł po niej z małpią zręcznością, mimo niespokojnego
morza. Patrząc, jak żagiel luzuje, jeden z największych wyg morskich na
pokładzie, surowy Islandczyk, spokojny, uczynny i pracowity człek,
podziw wyraził przy wszystkich zebranych obecności:
-?Z ciemnoskórego równy mnie wyga. U stóp miast palców haczyki ma
rybackie!
Taka wdzięczność mię ogarnęła, żem mógł buty jego całować. Niedługo
Autua cały już żagiel opuścił -?operacja niełatwa nawet dla czterech
ludzi załogi. Kpt. Molyneux burkliwie wyraził uznanie i nakazał
Boerhaavemu flintę schować.
-?Ale niech mię sz-g, jeśli bodaj centa mu wypłacę. Odrabiać będzie
podróż aż do Hawajów. Jeśli z niego nie próżniak, dopiero stamtąd płacić
mu mogę, jak wszystkim. Panie Roderick, pozwolenie ma dzielić koję po
Hiszpanie, co się zabił.
Pióro stępiłem, opisując dnia wypadki. Nazbyt ciemno już, by co widzieć.
Środa, 20 listopada ~
Silna wschodnia bryza, diablo słona i dręcząca. Henry badanie
przeprowadził i ma dla mnie wieści groźne, lecz nienajgroźniejsze.
Przypadłość ma to pasożyt Gusano Coco Cervello. Robak ten endemicznie
zarówno w Melanezji, jak i w Polinezji występuje, wszelako nauce jest
znanym ledwie od ostatnich lat dziesięciu. Mnoży się w ściekach
cuchnących Batawii, bez wątpienia w owym właśnie porcie się zaraziłem.
Do wnętrza przyjęty, wędruje naczyniami krwionośnymi do cerebellum
anterior mózgu żywiciela. (Stąd migreny me i zawroty głowy). W mózgu
się zagnieździwszy, wkracza w fazę rozwoju.
-?Realista z ciebie, Adamie -?rzekł mi Henry -?zatem pigułki dla ciebie
niesłodkie będą. Gdy larwy pasożyta się wyklują, zamieniają mózg ofiary
w zrobaczywiały kalafior. Gazy gnilne powodują nadymanie się usznych
bębenków i gałek ocznych, aż pękną, uwalniając chmurę zarodników Gusano
Coco.
Tak brzmi mój wyrok śmierci, lecz oto egzekucji wstrzymanie nadchodzi i apelacja. Domieszka urussium alkali i orinoco manganese sprawi, że
mój Pasożyt zwapnieniu ulegnie, a laphrydisium myrrhae go rozpuści.
"Apteczka" Henry'ego zawiera owe związki, lecz najwyższą wagę ma
odpowiednie dozowanie. Mniej jak połowa drachmy z Gusano Coco nie
oczyści, a więcej zabija pacjenta. Mój doktor ostrzega o tym, że gdy
pasożyt umiera, jego worki z trucizną pękają i wydzielają swą zawartość,
będę się więc gorzej czuł, nim do pełnego zdrowia powrócę.
Henry nakazał mi nie szepnąć ni słowa o przypadłości, bo hieny, jak
Boerhaave, na wrażliwych żerują, a ciemni marynarze mogą wrogość okazać
wobec chorób im nieznanych. ("Słyszałem raz o żeglarzu, który lekkie
objawy trądu zdradzał, w tydzień po wypłynięciu z Makao w długi rejs do
Lizbony" -?wspomniał Henry -?"a całe towarzystwo wypchnęło nieszczęśnika
za burtę bez szansy obrony"). W czasie mej rekonwalescencji Henry
donosić będzie "Kurierowi z kambuza", że pan Ewing niewysoko gorączkuje
za przyczyną klimatu i sam będzie mię pielęgnował. Henry żachnął się,
gdym wspomniał o zapłacie.
-?Zapłata? Czyś ty chorowity wicehrabia, któremu bankowe bilety poduszki
wypychają?! Opatrzność podała cię w mą opiekę, bo wątpię, zali bodaj
pięciu ludzi na tym oceanie błękitnym potrafi cię wyleczyć. Zatem do
licha z "Zapłatą"! Jedyne, o co upraszam, Adamie, to byś był pacjentem
posłusznym! Przyjmuj łaskawie me proszki i w kabinie pozostań. Zajrzę do
ciebie po ostatniej "szklance".
Z doktora mojego prawdziwy nieoszlifowany diament bez skazy. Nawet
teraz, gdy słowa te piszę, do oczu łzy wdzięczności mi się cisną.
Sobota, 30 listopada ~
Proszki Henry'ego zaiste cudownym są medykamentem. Cenne drobiny przez
nos wdycham z łyżeczki z kości słoniowej i w tejże samej chwili
rozżarzona błogość wnętrze me pali. Zmysły czujności nabierają, ale
członki niby w Lete zanurzone. Parazyt mój nadal wije się nocami, niby
paluszek dziecka nowo narodzonego, spazmy bólu wzbudzając i sprowadzając
sny grzeszne i potworne.
-?Znak to pewny -?Henry mię pociesza -?że Robak twój na remedium
zareagował i szuka schronienia w zakamarkach kanałów cerebralnych, skąd
wizje płyną. Próżno Gusano Coco się kryje, drogi Adamie, próżno. Już
my go wykurzym.
Poniedziałek, 2 grudnia ~
Za dnia w trumnie mej gorąco jak w piecu i stronice te pot mój skrapia.
Tropikalne słońce wielkość kręgu zwiększa i wypełnia południowe niebo.
Mężczyźni wpółnadzy pracują, ze spalonymi od słońca torsami, w kapeluszach słomkowych. Z poszycia sączy się smoła paląca, co się do
podeszew przykleja. Deszczowe szkwały zrywają się znikąd i z równą
szybkością znikają, a pokład schnie z sykiem w minutę ledwie. Meduzy
bąbelnice pulsują w rtęciowym morzu, ryby latające oczarowują
patrzającego, a ochrowe cienie rekinów młotów krążą wkoło "Wieszczki".
Wcześniej na kałamarnicę nastąpnąłem, co z wody przeskoczyła nadburcie!
(Jej oczy i gęba teścia mego przypominały). Woda, której na Chatham
nabraliśmy, słonawa się zrobiła i bez łyka brandy żołądek mój podnosi
bunt. Gdy w szachy nie gramy, już to w kabinie Hen-ry'ego, już to w mesie, w trumnie mej wypoczynku zażywam, aż Homer ukołysze mię do snu,
falującego wypełnionymi wiatrem żaglami Ateńczyków.
Autua wczoraj do drzwi mej trumny zapukał dla podziękowania za ocalenie
mu skóry. Mówił, że winien mi wdzięczność (szczera prawda), aż do dnia,
gdy on me życie ocali (co oby nigdy konieczne nie było!). Zapytałem,
jakimi znajduje swe nowe obowiązki.
-?Lepiej jak służyć u Kupaki, pan Ewing.
Zresztą, pojmując obawy me, że ktoś świadkiem mógłby być pogawędki
naszej i kpt. Molyneux donieść, Moriori powrócił do kubryku i od tamtej
pory mię nie szukał. Jak mię Henry ostrzega: "Jedną rzeczą jest Negrowi
kość rzucić, a inszą całkiem na całe życie go wziąć! Przyjaźń między
rasami, Ewing, nigdy przywiązania między wiernym psem myśliwskim a jego
panem nie przekroczy".
Wieczorami doktor i ja zażywamy spaceru po pokładzie, nim na sen wrócim
do kajut. Przyjemnie wdychać chłodniejsze już powietrze. Wzrok się w korytarzach morskiej fosforescencji zatraca i w Missisipi całej gwiazd,
niebem płynącej. Minionego wieczoru ludzie zebrali się na pokładzie
dziobowym dla splatania przy świetle latarń lin z kokosowych włókien i zakaz wchodzenia "niezatrudnionym" wydawał się nie obowiązywać. (Odkąd
nastąpił "incydent z Autuą", pogarda dla "mości Kutazwisa" zanikła, a i sam epitet takoż). Złamas dziesięć strof o burdelach świata zaśpiewał,
plugawych dość, by najrozpustniejszy z satyrów w pąsach stanął. Henry z własnej woli zaśpiewał strofę jedenastą ("Mary O'Hairy z Invernary"), od
której nastrój jeszcze nieprzyzwoitszy się zrobił. Następnie Rafaela do
śpiewu przymuszono. Usiadł na belce od bukszprytu w bok idącej i zaśpiewał te strofy głosem lubo nieukształconym, to wszak szczerym i z serca płynącym:
Za wodą wzdycham Shenandoah
Cudniejszą niźli sen.
Dziś brzeg twój ku mnie tęskno woła,
Jam na Missouri hen.
Za Shenandoah pieśń w tęsknocie
Za wodą, za falami,
A u fregaty żagle w łopocie,
Brasy napięte wiatrami.
Wielka Missouri, szeroka rzeko,
Do wiatru reje drżą.
O, Shennandoah, losem człowieka
Żałość i marność są.
Milczenie grubiańskich marynarzy większym było uznaniem niźli
najwznioślejsze z panegiryków. Skąd Rafael, młodzian w Australii
urodzony, na pamięć znał pieśń amerykańską?
-?Nie wiedziałem, że ona Jankesów -?odrzekł skonfundowany. -?Matka
uczyła, nim pomarła. Tylko to jedno po niej mam. W duszy siedzi. -?Do
pracy swej powrócił, niezgrabnie i z szorstkością niejaką.
Wraz z Henrym na powrót wrogość wyczuliśmy, jaką emanują zajęci robotą
wobec przyglądających się próżniaków, pozostawiliśmy więc pracujących
ich mozołowi.
Wpis mój z 15 października czytam, gdym pierwszą razą Rafaela spotkał
Château Zedelghem Neerbeke West Vlaanderen 29 -?vi -?1931
Sixsmith,
śniłem, że stałem w sklepie z porcelaną, tak zastawionym od podłogi aż
hen, wysoko pod sufit półkami pełnymi porcelanowych antyków, że lada
ruch mięśniem zrzuciłby kilka z nich i roztrzaskał. I właśnie tak się
stało, ale zamiast łoskotu rozległo się dostojne współbrzmienie
wiolonczeli i czelesty w tonacji D-dur (?), trzymane przez cztery takty.
Przegubem strąciłem z postumentu wazę z epoki Ming -?Es-dur, cała sekcja
smyczkowa, wspaniała, rozsadzająca umysł, aniołowie łkali. Tym razem,
dla uzyskania następnej nuty, z rozmysłem roztrzaskałem figurkę wołu,
potem dojareczki, potem "Sobotniego Dziecięcia" -?orgia szrapneli
wypełniła przestrzeń, boskie harmonie w mej głowie. Och, co za muzyka!
Mignął mi ojciec obliczający wartość rozbitych przedmiotów, błyskała
stalówka, ale nie mogłem dopuścić, by muzyka ucichła. Wiedziałem, że
stałbym się największym kompozytorem stulecia, gdybym tylko potrafił tą
muzyką zawładnąć. Ogromny "Śmiejący się Kawaler" ciśnięty o ścianę
uwolnił dudniącą baterię bębnów.
Obudziłem się w apartamencie w Imperial Western, poborcy Tama Brewera
prawie rozwalali mi drzwi i na korytarzu trwało okrutne zamieszanie.
Nawet nie poczekali, aż się ogolę -?niebywałe prostaki z tych zbirów.
Nie miałem wyboru, jak tylko szybko wydostać się na zewnątrz przez okno
w łazience, nim cały ten rozgardiasz sprowadzi kierownika, który
odkryje, że młody dżentelmen z numeru 237 nie ma środków na uregulowanie
pokaźnych już zaległości. Ucieczka nie odbyła się bez komplikacji,
przykro rzec. Rynna oderwała się od uchwytów z dźwiękiem gwałconych
skrzypiec i twój druh, wywinąwszy koziołka, runął w dół. Na prawym
pośladku jeden wielki siniak. Cudem jakimś nie zgruchotałem kręgosłupa i nie nabiłem się na balustradę. Wyciągnij z tego naukę, Sixsmith. Gdyś
niewypłacalny, miej ze sobą jak najmniej rzeczy i walizę wystarczająco
solidną, by rzucić ją na londyński chodnik z okna pierwszego czy
drugiego piętra. Nie bierz pokoju wyżej.
Zaszyłem się w herbaciarni wciśniętej w czarny od sadzy zakamarek
Victoria Station, próbując transkrybować muzykę ze sklepu z porcelaną ze
snów -?nie mogłem wyjść poza nędzne dwa takty. Oddałbym się w łapy Tama
Brewera, byleby tę muzykę odzyskać. Czuję się podle. Robociarskie typy
otaczały mnie z ich śmierdzącymi oddechami, papuzimi głosami i niczym
nieuzasadnionym optymizmem. Twardo na ziemię sprowadza myśl, jak jedna
przeklęta noc bakarata może tak nieodwołalnie zmienić status społeczny
człowieka. Ci sklepikarze, szoferzy i straganiarze mieli więcej
półkoronówek i miedziaków zachomikowanych w zatęchłych materacach w Stepney, niż mogę powiedzieć o sobie, Synu Duchownej Grubej Ryby. Miałem
widok na uliczkę -?ponurzy kopiści pędzili jak trzydziestki dwójki w allegro Beethovena. Czy obawiałem się ich? Nie, boję się być jednym z nich. Cóż warte wykształcenie, wychowanie i talent, jak się jest
gołodupcem?
A jednak nadal nie mogę uwierzyć. Ja, Człek Caiusa19, balansuję
na skraju ubóstwa. Przyzwoite hotele nie pozwalają mi teraz zadeptywać
swoich holów. Nieprzyzwoite żądają z góry gotówki. Nie mam już dostępu
do żadnego szanowanego stolika do kart po tej stronie Pirenejów. W każdym razie podsumowałem, jaki mam wybór:
(i) Użyć mizernych funduszy na wynajem brudnego pokoju w jakiej
kwaterze, wybłagać parę gwinei u Wuja Cecyla Ltd., uczyć afektowane
panienki grać gamy i starym pannom szlifować technikę. Daj spokój. Jeśli
potrafiłbym udawać uprzejmość wobec cymbałów, dalej podcierałbym tyłek
profesorowi Mackerrasowi razem z innymi magistrantami. Nie, zanim to
nawet głośno powiesz, nie mogę biec z powrotem do Ojczulka z jeszcze
jednym cri de c?ur. Potwierdziłoby to każde zatrute słowo, które o mnie wyrzekł. Raczej skoczę z mostu Waterloo i dam się sponiewierać
Starej Matce Tamizie. Słowo.
(ii) Odnaleźć ludzi z Caiusa, podlizać im się i wprosić na letnie
wczasy. Problematyczne, z tych samych przyczyn, co (i). Jak długo dałbym
radę ukrywać wychudzony pugilares? Jak długo potrafiłbym unikać szponów
ich litości?
(iii) Mógłbym odwiedzić bukmachera -?ale jeśli przegram?
Przypomnisz mi pewnie, że sam się o to prosiłem, Sixsmith, ale daruj
sobie swoją zadrę klasy średniej i jeszcze trochę trzymaj moją stronę.
Przez całą długość zatłoczonego peronu zawiadowca ogłaszał, że pociąg do
Dover na statek do Ostendy ma trzydzieści minut opóźnienia. Zawiadowca
był jak krupier, wzywał mnie, by podwoić stawkę albo wyjść z gry. Jeśli
zamrzeć w bezruchu, siedzieć cicho i słuchać -?świat sam przesieje dla
człowieka jego własne pomysły, szczególnie na brudnym dworcu w Londynie.
Jednym haustem dopiłem mydlaną herbatę i udałem się przez halę dworcową
do kasy po bilet. Powrotny do Ostendy był zbyt drogi -?w tak opłakany
stan popadłem. Wsiadłem do wagonu w chwili, gdy gwizd lokomotywy
wyrzucił gwałtownym wybuchem rój Furii na pikolo. W końcu ruszyliśmy.
Wyjawić teraz trzeba mój plan, do którego natchnął mnie pewien tekst w "Timesie" i długi pijacki sen w apartamencie w Savoyu. W Belgii, na
prowincji, na południe od Brugii, mieszka z dala od ludzi pewien
angielski kompozytor nazwiskiem Vyvyan Ayrs. Nie słyszałeś o nim, boś
muzyczny prostak, lecz jest on jednym z wielkich. Jedyny Brytyjczyk
swego pokolenia, który odrzucił patos, pompę i rustykalny wdzięk. Przez
chorobę nie stworzył niczego nowego od wczesnych lat dwudziestych -?jest
na pół ślepy i ledwo trzyma pióro -?ale recenzja jego Secular
Magnificat w "Timesie" (wykonanego w zeszłym tygodniu w St. Martin's)
wspominała też o całej szufladzie niedokończonych dzieł. Wymyśliłem, że
pojadę do Belgii, przekonam Vyvyana Ayrsa, że powinien mnie zatrudnić
jako osobistego sekretarza, przyjmę jego propozycję pobierania od niego
lekcji, wystrzelę na muzyczny firmament, zdobędę sławę i fortunę
współmierną do mych talentów i zmuszę Ojczulka do przyznania, że owszem,
syn, którego wydziedziczył, to ten Robert Frobisher, najgenialniejszy
brytyjski kompozytor swych czasów.
A czemu by nie? Nie miałem lepszego planu. Wiem, jęczysz i z niedowierzaniem potrząsasz głową, Sixsmith, ale i uśmiechasz się -?i dlatego cię kocham. Droga do La Manche bez większych wydarzeń, rakowate
przedmieścia, monotonne pola i pastwiska, brudne Sussex. Dover to czysta
groza obstawiona bolszewikami, sławione w wierszach klify mają w sobie
tyle romantyzmu, co moja dupa, i nawet kolor podobny. Zmieniłem w porcie
ostatnie szylingi na franki i wykupiłem kabinę na "Królowej Kentu",
przerdzewiałej łajbie, która wygląda, jakby pamiętała jeszcze wojnę
krymską. Ze stewardem o twarzy jak ziemniak nie zgodziliśmy się co do
tego, czy jego bordowy uniform i anemiczna broda zasługują na napiwek.
Prychnął na moją walizkę i teczkę z rękopisem.
-?Rozsądnie z pana strony podróżować bez bagażu, sir. -?I zostawił mnie,
żebym sobie radził sam. I bardzo dobrze.
Na kolację były rozgotowane ziemniaki, kurczak z balsowego drewna i skundlony klaret. Stół dzielił ze mną pan Victor Bryant, król sztućców z Sheffield. O muzyce nie miał najmniejszego pojęcia. Objaśniał mnie w fascynującej dziedzinie łyżek przez większość posiłku, błędnie biorąc
uprzejmość za zainteresowanie, i z miejsca zaproponował mi pracę w swym
dziale sprzedaży! Uwierzysz? Podziękowałem (ze śmiertelnie poważną miną)
i wyznałem, że prędzej bym połykał łyżki, niż je sprzedawał. Trzykrotny
potężny ryk syreny, silniki zmieniły ton, poczułem, jak statek odbija od
nabrzeża, wyszedłem na pokład popatrzeć, jak Albion znika w mrocznej
mżawce. Nie było już powrotu; wyraźnie dotarły do mnie konsekwencje
tego, co zrobiłem. R.V.W. dyrygował Orkiestrą Umysłu grającą Symfonię
Morską, "Odpłyń, steruj jedynie na głębokie wody, bez troski, ma duszo,
badając, ja z tobą, ty ze mną"20. (Nie przepadam za tym dziełem,
ale genialnie się wpisywało w nastrój). Na Morzu Północnym wiało i cały
się trząsłem, woda obryzgiwała mnie od stóp do głów. Lśniąca, czarna toń
zapraszała, bym skoczył. Nic sobie z tego nie robiłem. Poszedłem spać
wcześnie, przekartkowałem Kontrapunkty Noyesa, wsłuchałem się w dalekie dźwięki orkiestry dętej z maszynowni i szybko skreśliłem
powtarzający się pasaż na puzon, oparty na rytmach statku, ale raczej
nic wielkiego, a potem... Zgadnij, kto zapukał do drzwi? Kartoflowaty
steward po wachcie. Dostał ode mnie znacznie więcej niż napiwek. Żaden
Adonis z niego, kościsty, ale pełen inwencji, jak na przedstawiciela
swojej klasy. Wygoniłem go potem i zapadłem w głęboki sen
sprawiedliwych. Jakaś część mnie pragnęła, żeby ta podróż nie miała
końca.
Ale jednak miała. "Królowa Kentu" wślizgnęła się przez mętne wody w nierówne zęby bliźniaczej siostry Dover, Ostendy, Panny Lekkich
Obyczajów. Bardzo wczesnym rankiem chrapanie Europy rozlegało się
pomrukiem niższym niż tuba basowa. Ujrzałem pierwszych miejscowych
Belgów, ciągnących skrzynie, kłócących się i myślących po flamandzku,
holendersku czy jakiemu tam. Pędem spakowałem walizę, w obawie, by
statek nie odpłynął z powrotem do Anglii ze mną na pokładzie; czy też
raczej w obawie, by samemu do tego nie dopuścić. Chwyciłem parę owoców z misy w kuchni pierwszej klasy i zbiegłem po trapie, zanim ktokolwiek z galonami na mundurze mógłby mnie dopaść. Postawiłem stopę na
kontynentalnym bruku i zapytałem celnika o dworzec kolejowy. Wskazał
zgrzytający tramwaj, pełen niedożywionych robotników, krzywicy i nędzy.
Wolałem już per pedes, nawet mimo mżawki. Szedłem wzdłuż torów
tramwajowych przez trumienne ulice. Ostenda cała jest w szarościach
tapioki i plamistych brązach. Pomyślałem, przyznam, że Belgia to był
dość głupi wybór na ucieczkę. Kupiłem bilet do Brugii i usadowiłem się w następnym pociągu -?nie było peronu, uwierzysz? -?rozwalającym się i pustym. Przesiadłem się do innego przedziału, bo w moim był nieprzyjemny
zapach, ale we wszystkich unosił się jakiś smród. Żeby oczyścić
powietrze, wypaliłem papierosy wyżebrane od Victora Bryanta. Gwizdek
zawiadowcy rozległ się o właściwym czasie, lokomotywa wytężyła się jak
artretyczny sufragan stękający na nocniku i zmusiła do ruchu. Niedługo
potem, wypuszczając kłęby pary, mknęła przez zamglony krajobraz pełen
zaniedbanych wałów ochronnych i wypalonych przez wojenne pociski
zagajników.
Jeśli mój plan się powiedzie, Sixsmith, już niedługo może przyjedziesz
do Brugii. Zjawisz się wtedy o szóstej rano, w porze jak z gnossienne.
Zagubisz się pośród dotkniętych krzywicą ulic, ślepych kanałów, bram z kutego żelaza, bezludnych podwórek -?mogę dalej? dziękuję -?pośród
nieufnych gotyckich żółwich skorup, dachów, wznoszących się jak Ararat,
omszałych ceglanych wież, średniowiecznych nawisów, prania zwisającego z okien, wirów brukowej kostki wciągających wzrok, zegarowych królewiczów
i wyszczerbionych królewien wybijających godziny, czarnych od sadzy
gołębi i trzech czy czterech oktaw dzwonów, jednych spokojnych, innych
żywych.
Zapach świeżego chleba zawiódł mnie do piekarni, gdzie kobieta o zdeformowanej twarzy bez nosa sprzedała mi tuzin słodkich rogalików.
Chciałem tylko jeden, ale pomyślałem, że ma wystarczająco dużo
problemów. Wóz ze starzyzną wyłonił się z turkotem z mgły, a bezzębny
woźnica przyjaźnie do mnie zagadał, lecz mogłem odpowiedzieć jedynie:
"Excusez-moi, je ne parle pas le Flamand" -?na co on roześmiał się jak
Król Goblinów. Dałem mu rogalika. Miał brudną rękę, pokryty parchem
szpon. W uboższej dzielnicy (uliczki śmierdziały ściekami) dzieciaki
pomagały matkom przy pompach, napełniając popękane dzbanki brunatną
wodą. W końcu dopadła mnie cała ta gorączka, usiadłem na schodach
konającego wiatraka, żeby złapać oddech, otuliłem się przed wilgocią i zapadłem w sen.
Następne, co pamiętam, to to, że jakaś wiedźma trąca mnie kijem miotły i skrzeczy coś jak: "Zie gie doad misschien?"-?tylko mnie nie cytuj.
Błękitne niebo, ciepłe słońce, nigdzie nawet jednej smużki mgły.
Zmartwychwstały, zamrugałem i poczęstowałem ją rogalikiem. Przyjęła go
nieufnie, schowała do fartucha na później i wróciła do zamiatania,
mrucząc pradawną śpiewkę. Miałem szczęście, że mnie nie okradziono.
Podzieliłem się kolejnym rogalikiem z pięcioma tysiącami gołębi, ku
zazdrości żebraka, więc jemu też musiałem dać jeden. Poszedłem z powrotem tą samą drogą, którą chyba przyszedłem. W dziwnym, pięciokątnym
oknie blada służąca układała fiołki w wazonie z rżniętego szkła.
Dziewczęta fascynują w inny sposób. Spróbuj ich kiedyś. Zastukałem w szybę i zapytałem po francusku, czy nie uratowałaby mi życia, zakochując
się we mnie. Pokręciła głową, ale obdarzyła mnie rozbawionym uśmiechem.
Zapytałem, gdzie mogę znaleźć posterunek policji. Wskazała skrzyżowanie.
Człowiek rozpozna drugiego muzyka w każdym towarzystwie, nawet wśród
policjantów. Ma najbardziej szalone spojrzenie, włosy w największym
nieładzie i jest albo wygłodniale kościsty, albo jowialnie przy kości.
Ten francuskojęzyczny inspektor, grający na rożku angielskim w miejscowym towarzystwie operowym, słyszał o Vyvyanie Ayrsie i uprzejmie
naszkicował mi mapę drogi do Neerbeke. Za informację zapłaciłem mu dwa
rogale. Zapytał, czy przez La Manche przewiozłem także brytyjski
samochód -?jego syn pasjonował się Austinami. Powiedziałem, że nie mam
samochodu. To go zaniepokoiło. Jak dostanę się do Neerbeke? Nie jeździ
tam żaden autobus, nie ma linii kolejowej, a dwadzieścia pięć mil to
upiornie długa przechadzka. Zapytałem, czy mogę pożyczyć na czas
nieokreślony jego policyjny rower. Odrzekł, że to niecodzienna prośba.
Zapewniłem go, że sam jestem niecodzienny, i wyjaśniłem mu w skrócie
charakter mej misji do Ayrsa, najsłynniejszego adoptowanego syna Belgii
(musi ich być tak niewielu, że może to nawet być prawda), w służbie
europejskiej muzyki. Powtórzyłem prośbę. Nieprawdopodobna prawda służy
czasem człowiekowi lepiej niż prawdopodobna fikcja, i właśnie teraz tak
było. Uczciwy sierżant wziął mnie do składziku, gdzie zagubione rzeczy
oczekują swych prawowitych właścicieli przez kilka miesięcy (zanim
trafią na czarny rynek) -?lecz najpierw chciał usłyszeć moją opinię o jego barytonie. Uraczył mnie eksplozją "Recitar!... Vesti la giubba!"
z I Pagliacci. (Głos dość przyjemny w dolnych rejestrach, ale powinien
jeszcze popracować nad oddechem, a jego vibrato drżało jak zakulisowa
blacha do robienia grzmotów). Dałem mu kilka muzycznych wskazówek;
otrzymałem pożyczkę w postaci wiktoriańskiego Enfielda plus sznur do
przywiązania walizy i teczki do siodełka, a także tylny błotnik. Życzył
mi bon voyage i dobrej pogody.
Adrian nigdy nie maszerował drogą, którą wyjechałem na rowerze z Brugii
(zbyt głęboko na terytorium Hunów), niemniej czułem pokrewieństwo z mym
bratem, oddychając tym samym powietrzem na tej samej ziemi. Nizina jest
płaska jak Fens, ale zaniedbana. Po drodze posiliłem się ostatnimi
rogalikami i w pobliżu podupadłych chat zatrzymałem się na parę łyków
wody. Nikt nie mówił zbyt wiele, ale nikt nie powiedział "Nie". Przez
wiatr w twarz i spadający wciąż łańcuch popołudnie chyliło się już ku
wieczorowi, nim w końcu dotarłem do Neerbeke, wioski, w pobliżu której
mieszkał Ayrs. Milczący kowal pokazał mi, jak dostać się do Château
Zedelghem, rozpracowując moją mapę ogryzkiem ołówka. Ścieżka porośnięta
pośrodku dzwonkami i kwiatami lnicy zaprowadziła mnie obok opuszczonej
stróżówki do niegdyś imponującej alei wiekowych topoli włoskich.
Zedelghem jest bardziej okazałe niż nasze probostwo; kilka rozpadających
się wieżyczek zdobi zachodnie skrzydło, lecz nie dorastają do Audley End
czy wiejskiej siedziby Capon-Tenchów. Wypatrzyłem dziewczynę na koniu na
niskim wzgórzu, zwieńczonym rozłupanym bukiem. Minąłem ogrodnika
rozrzucającego sadzę przeciw ślimakom w ogródku warzywnym. Na frontowym
dziedzińcu nadmiernie umięśniony kamerdyner czyścił silnik Cowleya. Gdy
dostrzegł, że się zbliżam, wstał i czekał na mnie. Na tarasie, na skraju
tego fryzu, pod kipiącą kwieciem glicynią, siedział człowiek na wózku
inwalidzkim i słuchał radia. Vyvyan Ayrs, jak mniemam. Łatwiejsza część
mego marzenia właśnie się urzeczywistniła.
Oparłem rower o ścianę, powiedziałem kamerdynerowi, że mam sprawę z jego
panem. Był dość uprzejmy i zaprowadził mnie na taras do Ayrsa oraz
zaanonsował moje przybycie po niemiecku. Ayrs to ledwie cień człowieka,
jakby choroba wyssała z niego wszystkie żywotne soki, ale zatrzymałem
się i ukląkłem na żużlowej alejce, jak sir Persival przed królem
Arturem. Nasza uwertura miała przebieg mniej więcej następujący:
-?Dzień dobry panu.
-?A pan kto, u diabła?
-?To ogromny zaszczyt...
-?Pytam: kim pan, u diabła, jest?
-?Robert Frobisher, sir, z Saffron Walden. Jestem -?byłem -?studentem
sir Trevora Mackerrasa w Caius College i przyjechałem aż z Londynu,
żeby...
-?Aż z Londynu rowerem?
-?Nie. Pożyczyłem rower od policjanta w Brugii.
-?Hmm. -?Pełna namysłu przerwa. -?Musiał pan jechać wiele godzin.
-?Było ciężko, lecz jakże wspaniale. Jak u pielgrzymów wspinających się
pod górę na kolanach.
-?Co to znowu za brednie?
-?Chciałem udowodnić, że ubiegam się na serio.
-?Serio ubiega się pan o co?
-?O posadę pańskiego osobistego sekretarza.
-?Oszalał pan?
To pytanie zawsze jest bardziej podstępne, niż się wydaje.
-?Raczej nie.
-?Ja nie dawałem ogłoszenia o potrzebie sekretarza!
-?Wiem, sir, ale pan go potrzebuje, nawet jeśli jeszcze pan o tym nie
wie. Artykuł w "Timesie" głosił, że nie jest pan w stanie komponować
nowych dzieł z powodu choroby. Nie mogę dopuścić, by pańska muzyka
przepadła. Jest stanowczo zbyt cenna. Przyjechałem zatem, by oferować
panu swe usługi.
Cóż, nie przegonił mnie.
-?Mówił pan, że jak się nazywa?
Powtórzyłem.
-?Jeden z młodych talentów Mackerrasa?
-?Szczerze mówiąc, sir, był mi niechętny.
Jak już sam przekonałeś się na własnej skórze, potrafię być intrygujący,
gdy się postaram.
-?Tak? A dlaczegóż to?
-?W uczelnianym periodyku napisałem, że jego 6. Concerto na flet -
odchrząknąłem -?niewolniczo naśladuje Saint-Saënsa z jego najbardziej
kwiecistego okresu przed dojrzewaniem płciowym. Odebrał to osobiście.
-?Napisałeś tak pan o Mackerrasie? -?Ayrs sapał, jakby mu kto piłował
żebra. -?Ja myślę, że odebrał to osobiście.
Część następna jest krótka. Kamerdyner wprowadził mnie do salonu z dekoracjami w kolorze bladozielonym, nieciekawym Farquhardem z owcami i stogami zżętego zboża i dość kiepskim holenderskim pejzażem. Ayrs wezwał
swoją żonę, panią van Outryve de Crommelynck. Zachowała panieńskie
nazwisko -?a przy takim nazwisku, któżby miał jej to za złe? Pani domu
była chłodno uprzejma i spytała, czym się do tej pory zajmowałem.
Odpowiedziałem zgodnie z prawdą, choć skryłem wyrzucenie z Caiusa pod
płaszczykiem tajemniczej choroby. Słowem nie pisnąłem o mych obecnych
finansowych tarapatach -?im większe, tym ofiarodawcy bardziej niechętni.
Oczarowałem ich dostatecznie. Ustalono, że mogę zostać w Zedelghem
przynajmniej na tę noc. Ayrs miał rano sprawdzić moje muzyczne talenta i wtedy podjąć decyzję co do mojej propozycji.
Ayrs nie pojawił się jednak na kolacji. Moje przybycie zbiegło się z początkiem nawiedzającego go co dwa tygodnie ataku migreny, podczas
którego nie wychodzi ze swoich pokojów przez cały dzień czy dwa. Moje
przesłuchanie jest przesunięte, aż się lepiej poczuje, więc los mój
nadal wisi na włosku. Z rzeczy milszych -?Piesporter i homar a
l'américaine dorównywały wszystkiemu z kuchni Imperialu. Zachęciłem
gospodynię do rozmowy -?myślę, że pochlebiało jej, ile wiedziałem o jej
słynnym mężu, i wyczuła moją niekłamaną miłość do muzyki. O, jedliśmy
także z córką Ayrsa, młodą amazonką, którą krótko widziałem wcześniej.
Mlle Ayrs to rozmiłowane w koniach stworzenie lat siedemnastu, które po
mamie odziedziczyło zadarty nos. Nie mogłem wydobyć z niej jednego
uprzejmego słowa przez cały wieczór. Czy może widziała we mnie
podejrzanego naciągacza, który ostatnio nie ma szczęścia i który zjawił
się, żeby zwabić jej chorego ojca we wspaniałą, pogodną starość, do
której ona nie będzie miała wstępu i nikt jej tam nie zaprosi?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki