Atlas chmur - David Mitchell

Kup ebooka

69.90 zł
59.42 zł (55,92 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przedmowa

Okażmy współ­czu­cie pisa­rzowi, który uważa, że stwo­rzył dzieło podobne do Atlasu chmur! Pewien agent lite­racki powie­dział mi kie­dyś, że gdy począt­ku­jący pisarz porów­nuje swoją powieść do Atlasu chmur, on z miej­sca wie, że będzie straszna. Bo ktoś, kto napi­sał książkę podobną do Atlasu chmur, nie napi­sał Atlasu chmur, ponie­waż nie ma dru­giej takiej książki. Dzieło, które naj­bar­dziej przy­po­mi­na­łoby Atlas chmur, byłoby do niego zupeł­nie nie­po­dobne.

Gdy wydano tę powieść w 2004 roku, recen­zenci porów­ny­wali Atlas chmur nie­mal ze wszyst­kim. Kry­tycy za pomocą porów­nań zazwy­czaj wyja­śniają dzieła i osa­dzają je w kon­tek­ście, ale nie sądzę, by jaka­kol­wiek powieść docze­kała się więk­szej liczby porów­nań niż Atlas chmur. Oso­bi­ście nie znam poważ­nej recen­zji Atlasu, w któ­rej nie pró­bo­wano by wymie­niać wielu wpły­wów dostrze­żo­nych we wszyst­kich jego czę­ściach roz­pi­sa­nych na sześć gło­sów. A.S. Byatt w "Guar­dia­nie" przy­wo­łuje Her­mana Melville'a, Ray­monda Chan­dlera, Mar­tina Amisa, Geo­rge'a Orwella, Aldo­usa Hux­leya, Alas­da­ira Graya, Rid­dleya Wal­kera, Wil­liama Gol­dinga, Anthony'ego Bur­gessa, Ursulę K. LeGuin i Thorn­tona Wil­dera. Recen­zja Toma Bis­sella w "The New York Times Book Review" dorzuca do tego Cervan­tesa, Jamesa Miche­nera, Daniela Defoe, Isher­wo­oda, Gri­shama, Wil­liama S. Bur­ro­ughsa, powieść newage'ową Jona­than Living­ston Seagull, a w ostat­nim aka­pi­cie rów­nież Ulis­sesa Jamesa Joyce'a. Theo Tait z "The Tele­graph" pisze w jed­nej z rzad­kich nie­przy­chyl­nych recen­zji, że "Atlas chmur połowę czasu chce być Simp­so­nami, a połowę Biblią". To zda­nie jest bar­dziej zabawne niż praw­dziwe, ale gdy­bym je daw­niej prze­czy­tała, już samo ono prze­ko­na­łoby mnie do tej książki. Warto zauwa­żyć, że na początku czwar­tego roz­działu pewien kry­tyk lite­racki zostaje...

(chyba już nie spo­sób przed­wcze­śnie zdra­dzić tre­ści Atlasu chmur, ale jeśli ktoś trak­tuje te sprawy ze śmier­telną powagą, warto w tym miej­scu przejść do lek­tury samej powie­ści)

...wyrzu­cony z przy­ję­cia na dachu.

Czy­ta­jąc te recen­zje, zasta­na­wia­łam się, czy można dys­ku­to­wać o Atla­sie chmur bez wymie­nia­nia wyczer­pu­ją­cej i szcze­gó­ło­wej listy sko­ja­rzeń. Ja dla zabawy dodam Orlanda, 2001: Ody­seję kosmiczną, wcze­śniej­sze powie­ści Davida Mit­chella1 oraz meta­fik­cyjne arcy­dzieło Itala Calvina Jeśli zimową nocą podróżny. Mit­chell czy­tał powieść Calvina na stu­diach i powie­dział potem, że widzi Atlas chmur jako "roz­mowę" z Calvi­nem, który z kolei wła­sne dzieło widział jako "w wyraźny spo­sób" powstałe pod wpły­wem Wła­di­mira Nabo­kowa. Oczy­wi­ście na tym wła­śnie polega lite­ra­tura piękna -?sta­nowi podróże w cza­sie, roz­mowy mię­dzy intro­wer­ty­kami, któ­rzy w więk­szo­ści przy­pad­ków ni­gdy się nie spo­tkają.

Jeśli zimową nocą podróżny zawiera ciąg wsta­wio­nych pierw­szych roz­dzia­łów powie­ści róż­nych gatun­ków, któ­rych nar­ra­cje ury­wają się w punk­cie kul­mi­na­cyj­nym. Atlas chmur jest jak powieść Calvina, ale jest jej podwo­je­niem, odwró­ce­niem i peł­niej­szym domknię­ciem: jest odpo­wie­dzią na lite­racki impuls Calvina. Podob­nie jak Mit­chell czy­ta­łam Jeśli zimową nocą podróżny na stu­diach i cho­ciaż widzę teraz w Atla­sie chmur DNA tej powie­ści, pod­czas lek­tury Atlasu dwa­dzie­ścia lat temu utwór Calvina nie przy­szedł mi na myśl ani razu. Nie ma jed­nak zna­cze­nia, jakie odwo­ła­nia wymie­nia sam Mit­chell2, jakie odwo­ła­nia przy­pi­sują mu kry­tycy, o jakich odnie­sie­niach wspo­mina tekst na obwo­lu­cie (Nabo­kow, Eco, Phi­lip K. Dick) ani jakie sko­ja­rze­nia znaj­dzie w tek­ście czy­tel­nik. Cho­dzi o to, że Atlas chmur nasuwa wspo­mnie­nia wcze­śniej­szych lek­tur, wywo­łu­jąc wra­że­nie cał­kiem podobne do tego, które ma Luisa Rey w trze­cim roz­dziale, gdy po raz pierw­szy sły­szy Atlas chmur na sek­stet, skom­po­no­wany przez Roberta Fro­bi­shera w roz­dziale dru­gim. Czy­tel­nik Atlasu chmur jest pro­szony, by przy­wo­ły­wał wspo­mnie­nia wszyst­kiego, co prze­czy­tał wcze­śniej.

Szóstkę głów­nych boha­te­rów Atlasu chmur łączy iden­tyczne zna­mię w kształ­cie komety, co może -?choć nie musi -?sta­no­wić dowód na to, że są swo­imi kolej­nymi rein­kar­na­cjami. W roz­dziale czwar­tym Timo­thy Caven­dish odrzuca tę wizję jako "zde­cy­do­wa­nie za bar­dzo hip­pie-ćpuno-newage'ową". A mimo to jestem prze­ko­nana, że postaci te, róż­nej płci, róż­nych ras, żyjące w róż­nych cza­sach i oko­licz­no­ściach, mogą być tą samą osobą, ponie­waż pocho­dzą od tej samej osoby -?od pisa­rza, który je stwo­rzył. Jeśli ludzie po Whit­ma­now­sku "zawie­rają w sobie mnó­stwo", powie­ści rów­nież mogą mnó­stwo w sobie zawie­rać -?mogą i powinny. Roz­ważmy choćby genialne pierw­sze zda­nia wszyst­kich sze­ściu czę­ści:

Adam Ewing

Czwar­tek, 7 listo­pada ~

Poza wio­ską Indian, na spłach­ciu bez­lud­nym wybrzeża na świeży ślad stóp natra­fi­łem.

Robert Fro­bi­sher

Sixsmith,

śni­łem, że sta­łem w skle­pie z por­ce­laną, tak zasta­wio­nym od pod­łogi aż hen, wysoko pod sufit pół­kami peł­nymi por­ce­la­no­wych anty­ków, że lada ruch mię­śniem zrzu­ciłby kilka z nich i roz­trza­skał.

Luisa Rey

Rufus Sixsmith wychyla się przez bal­kon i obli­cza, jaką pręd­kość osią­gnie jego ciało, gdy ude­rzy o chod­nik, kła­dąc kres wszel­kim dyle­ma­tom.

Timo­thy Caven­dish

Wcze­snym zmierz­chem pięć, nie, mój Boże, sześć lat temu, sze­dłem sobie w sta­nie naj­wyż­szej szczę­śli­wo­ści jedną z alei w Gre­en­wich, wśród jaśmi­now­ców i wynio­słych kasz­ta­nów.

Sonmi~451

Histo­rycy jesz­cze nie­na­ro­dzeni doce­nią w przy­szło­ści twoją współ­pracę, Sonmi~451.

Zacha­riasz

Razem ze Sta­rym Dżor­dżim to żeśmy se drogi prze­cięli wię­cej razy, niż w ogóle pamię­tam, i jak już umrę, kto wie, co ten dia­beł zębaty spró­buje mi jesz­cze wykrą­tać...

Tych sześć gło­sów od razu suge­ruje kon­kretne czasy, ale rów­nież poło­że­nie geo­gra­ficzne, kul­turę, a nawet klasę spo­łeczną. Na pod­sta­wie spo­sobu nar­ra­cji i zasto­so­wa­nego języka wiemy, gdzie i kiedy jeste­śmy, a nawet w jaki spo­sób funk­cjo­nu­jemy. Gdy docie­ramy do Zacha­ria­sza i końca cywi­li­za­cji, jeste­śmy już w kul­tu­rze prze­kazu ust­nego (tzn. post­po­wie­ścio­wej!) i język zmie­nił się w takim stop­niu, że czy­tel­nik nie rozu­mie go już z łatwo­ścią. Kie­dyś opi­sa­ła­bym Atlas chmur jako książkę o sztuce opo­wie­ści, ale dzi­siaj postrze­gam ją bar­dziej pre­cy­zyj­nie jako opo­wieść o języku i jego ewo­lu­cji3.

Jako czy­tel­niczka nie sta­ram się uni­kać spoj­le­rów i za pierw­szym razem, gdy czy­ta­łam Atlas chmur, wie­dzia­łam już wcze­śniej, jaką ma struk­turę. Mimo że napi­sa­łam, jakoby już nie spo­sób było przed­wcze­śnie zdra­dzić tre­ści Atlasu chmur, zazdrosz­czę czy­tel­ni­kowi, który dopiero zacznie go czy­tać i nie wie o tej książce nic, jeśli w ogóle ktoś taki ist­nieje4. Zazdrosz­czę czy­tel­niczce, która nie wie, czy kie­dy­kol­wiek prze­czyta zakoń­cze­nie "Adama Ewinga Dzien­nika Pacy­ficz­nego", kiedy ten urywa się w poło­wie zda­nia. Wyobra­żam sobie, jak oboje krzy­czą: "Niech cię szlag, Mit­chell! Tak się nie robi! Czy Ewing umrze na morzu? I kim, do cho­lery, jest Robert Fro­bi­sher?". Przy­jem­ność lek­tury Atlasu chmur czę­ściowo polega wła­śnie na znaj­do­wa­niu odpo­wie­dzi na takie pyta­nia. Czy­tel­nik zostaje posta­wiony w roli detek­tywa, który ma roz­su­płać tajem­nicę w tre­ści: co łączy Ewinga z Fro­bi­she­rem, potem z Rey i tak dalej? Na opi­sa­nie struk­tury tej powie­ści naj­czę­ściej używa się okre­śle­nia "matrioszka", mnie jed­nak ni­gdy nie podo­bał się obraz matrioszki jako meta­fory Atlasu chmur. Ow­szem, taka meta­fora suge­ruje zawie­ra­nie się w sobie czę­ści, ale rów­nież to, że jedna opo­wieść jest naj­więk­sza, a każda kolejna zaj­muje coraz mniej miej­sca. W Atla­sie chmur nato­miast wszyst­kie opo­wie­ści są jed­na­kowo ważne. Atlas mniej przy­po­mina matrioszkę, a bar­dziej wia­nu­szek z wycię­tych z papieru iden­tycz­nych ludzi­ków trzy­ma­ją­cych się za ręce po dwóch stro­nach tuneli roz­miesz­czo­nych nie­równo w cza­so­prze­strzeni -?i wia­nu­szek ten w każ­dej chwili można z powro­tem zło­żyć w jeden arku­sik.

W dys­ku­sji o Atla­sie chmur czy­tel­nik może być skła­niany do wska­za­nia swo­ich ulu­bio­nych frag­men­tów. Ja odma­wiam odpo­wie­dzi na to pyta­nie, choć przy­znaję, że posta­cią mi naj­bliż­szą jest sekre­tarz słyn­nego kom­po­zy­tora, Robert Fro­bi­sher, z jego połą­cze­niem wiel­kiej ambi­cji i upo­ka­rza­ją­cej ano­ni­mo­wo­ści. "Nie mówię, że jestem kom­po­zy­to­rem, bo nie jestem już w sta­nie wytrzy­mać Kre­tyń­skiego Prze­słu­cha­nia: "A jaki rodzaj muzyki pan two­rzy?"; "Och, a co mogłem już pań­skiego sły­szeć?"; "Skąd przy­cho­dzą panu pomy­sły?"". Nie wiem, czy ist­nieje na ziemi powie­ścio­pi­sarz (albo arty­sta), któ­remu obce byłoby podobne prze­słu­cha­nie. Naj­głęb­szą melan­cho­lię jed­nak czuję, czy­ta­jąc roz­działy Timo­thy'ego Caven­di­sha. I to nie z powodu Caven­di­sha, z jego zachwy­ca­jąco poetycką wul­gar­no­ścią, ale dla­tego, że wła­śnie w tej czę­ści dosta­jemy dowód, że postaci, które poko­cha­li­śmy, są fik­cyjne. Jak się oka­zuje, "Luisa Rey" to nade­słany ręko­pis, który Caven­dish czyta w pociągu, a jeśli to prawda, wszystko, co łączy się z Luisą Rey, nie jest praw­dziwe -?rów­nież nagła śmierć naj­pierw Fro­bi­shera, potem Sixsmi­tha, och, moje biedne serce! Powinno ist­nieć słowo odda­jące "melan­cho­lię po odkry­ciu, że wyda­rze­nia w powie­ści są fik­cyjne".

Oczy­wi­ście czy­tel­nicy i czy­tel­niczki radzą sobie z podobną melan­cho­lią przez cosplay, fan art, fan fic­tion i opra­co­wa­nia naukowe. Atlas chmur inspi­ruje wszyst­kie te formy na ogromną skalę5. Takiej reak­cji można by się spo­dzie­wać po best­sel­le­ro­wej serii fan­tasy, grze video czy nowym albu­mie Tay­lor Swift, rzadko po powie­ści. Kiedy ponow­nie prze­czy­ta­łam Atlas chmur, by napi­sać tę przed­mowę, zasta­na­wia­łam się, ilu czy­tel­ni­ków i czy­tel­ni­czek zro­biło sobie tatuaż przed­sta­wia­jący zna­mię w kształ­cie komety. Pobieżne szu­ka­nie w Google'u przy­nio­sło impo­nu­jące sześć wyni­ków, ale musi być ich wię­cej -?nie dają się wyszu­kać, nikt ni­gdy ich nie sfo­to­gra­fo­wał, cze­kają, by zasko­czyć nimi kochanka lub kochankę. Rodzi się zatem pyta­nie: co spra­wia, że powieść jest godna tatu­ażu? Co spra­wia, że ktoś chce mieć odnie­sie­nie lite­rac­kie na swoim ciele już na zawsze, a przy­naj­mniej dopóki to ciało ist­nieje? Odpo­wie­dzią jest pra­gnie­nie, by prze­nieść ele­ment fik­cji do rze­czy­wi­sto­ści, a ono poja­wia się tylko wtedy, gdy książka jest w szcze­gólny spo­sób bli­ska sercu6.

Zda­łam sobie sprawę, że nawet nie powie­dzia­łam jesz­cze, o czym jest ta książka, ale może dla­tego, że to bez zna­cze­nia. (Ponow­nie Timo­thy Caven­dish: "Jakby w sztuce cho­dziło o Co, a nie o Jak!"7). Ale pro­szę bar­dzo. Sze­ścioro boha­te­rów, któ­rzy żyją w róż­nych epo­kach, może -?lub nie -?być wła­snymi kolej­nymi rein­kar­na­cjami. Oko­licz­no­ści, w jakich żyją, i ich fizyczne postaci się zmie­niają, ale roz­gry­wają te same kon­flikty. Cza­sem wycho­dzi im tro­chę lepiej, cza­sem tro­chę gorzej. Tematy powie­ści obej­mują chci­wość wiel­kich kor­po­ra­cji, nad­uży­cia wła­dzy, zmiany kli­ma­tyczne, kolo­nia­lizm, chi­rur­gię pla­styczną, AI, suk­ces i porażkę pisar­ską, rewo­lu­cję, pro­pa­gandę, autor­stwo i współ­pracę, zawłasz­cze­nie kul­tu­rowe, rasizm, przy­sto­so­wa­nie, tech­no­lo­gię, age­izm oraz płeć kul­tu­rową. Dla­tego wła­śnie Atlas chmur wydaje się powie­ścią bar­dzo nowo­cze­sną, a jed­no­cze­śnie taką, o któ­rej wła­ści­wie nie spo­sób pisać. Okażmy współ­czu­cie powie­ścio­pi­sarce, która ma uło­żyć przed­mowę do Atlasu chmur!8 Naj­bar­dziej uczciwe opi­sa­nie Atlasu chmur wyma­ga­łoby pew­nie sze­ściu róż­nych przed­mów, z któ­rych każda byłaby dol­nym przy­pi­sem do poprzed­niej. David Mit­chell ze swo­jej strony powie­dział, że to powieść "o dra­pież­no­ści i dra­pież­nic­twie" i "o jed­nost­kach żeru­ją­cych na gru­pach", i choć trudno temu zaprze­czyć, nie sądzę, by wła­śnie dla­tego ludzie uma­wiali się na tatuaż.

Wróćmy na chwilę do naszego począt­ku­ją­cego pisa­rza, który nie­zręcz­nie porów­nał swoją powieść do Atlasu chmur. Cza­sem sama nim byłam, przy­naj­mniej we wła­snej gło­wie, i myślę, że dla­tego mogę się wypo­wie­dzieć w naszym imie­niu. Nie porów­nu­jemy się do Atlasu chmur, bo uwa­żamy, że napi­sa­li­śmy Atlas chmur. Ale dla­tego, że David Mit­chell jest takim pisa­rzem, jakim chcemy być, a Atlas taką książką, jaką chcemy napi­sać. Atlas chmur jest przy­kła­dem moż­li­wo­ści lite­ra­tury pięk­nej -?tego, że ist­nieją nowe histo­rie i nowe spo­soby ich opo­wia­da­nia, że te nowe histo­rie znajdą swo­ich czy­tel­ni­ków, jeśli tylko uda nam się być genial­nymi jak David Mit­chell. Atlas chmur jest nie­pro­sty i auto­re­flek­syjny, ale jest rów­nież pełen nadziei i miło­ści. To powieść o nie­ocze­ki­wa­nych spo­so­bach, w jakie jeste­śmy ze sobą powią­zani, a jed­no­cze­śnie pozba­wiona złu­dzeń o ludz­kiej natu­rze. Jest zachwy­ca­jąco pomy­słowa za każ­dym razem, gdy ją czy­tam9. To książka, która wła­ści­wie nie powinna dzia­łać. Spra­wia, że pisarz pisze powie­ści, które też teo­re­tycz­nie nie powinny dzia­łać. Sama nie­ustan­nie się do niej odwo­łuję, podob­nie jak wielu innych pisa­rzy10. Dla tych z nas, któ­rzy pró­bują się wyrwać z mar­twych pust­kowi lite­ra­tury, Atlas chmur jest naszą Anty­foną Sonmi.

Gabrielle Zevin

Listo­pad 2023

Czwartek, 7 listopada ~

Poza wio­ską Indian, na spłach­ciu bez­lud­nym wybrzeża na świeży ślad stóp natra­fi­łem. Trop przez gni­jące wodo­ro­sty wiódł, palmy i bam­busy, aż do tego, kto je zosta­wiał -?Bia­łego czło­wieka. Spodnie miał pod­wi­nięte i kabat żeglar­ski nosił, miał utrzy­maną sta­ran­nie brodę i za dużą czapkę z bobro­wego futra. Łyżeczką do her­baty piach koloru popiołu kopał i prze­sie­wał z namasz­cze­niem takim, że dostrzegł mię dopiero, gdym go z dzie­się­ciu jar­dów pozdro­wił. Tak oto zna­jo­mość zawar­łem z dr. Hen­rym Goose'em, medy­kiem lon­dyń­skich wyż­szych sfer. Jego nacja zasko­cze­niem dla mnie nie była. Jeśli jest gdzie sie­dziba tak odludna lub wyspa tak odle­gła, by człek nalazł tam schro­nie­nie przez Anglika nie­tur­bo­wany, tom ja takiej na żad­nej z map nie widział.

Zali pan dok­tor zapo­dział co na tym posęp­nym brzegu? Słu­żyć mogę pomocą? Dr Goose potrzą­snął głową, chu­s­teczkę roz­su­płał i jej zawar­tość uka­zał z wyraźną dumą.

-?Zęby, sir, niczym szkli­wione skarby naj­więk­sze są dla poszu­ki­wań, któ­rem tu sobie zamie­rzył. W dniach minio­nych ten brzeg Arka­dyj­ski salą był ban­kie­tów kani­bali, a jakże, gdzie silni sła­bych poże­rali, a zęby pluli, jak pan i ja plu­jemy z ust pestki wiśni. Wsze­lako teraz trzo­nowce te, sir, w złoto się prze­mie­nią. A jak? Ręko­dziel­nik pewien z Pic­ca­dilly, co wyż­sze sfery zaopa­truje w zębowe pro­tezy, zacne płaci sumki za ludz­kie zębi­ska. Wiesz pan, za ile ćwierć funta pój­dzie?

Wyzna­łem, że nie wiem.

-?A ja też, sir, oświe­cać pana nie zamie­rzam, zawo­dowe są to sekrety! - Po nosie się postu­kał. -?Znasz się pan, panie Ewing, z mar­kizą Grace of May­fair? Nie? Tym lepiej dla pana -?trup z niej istny w kry­no­li­nach. Minęło lat pięć już, jak jędza oczer­niła mię, a jakże, impu­tu­jąc mi rze­czy takie, że z Towa­rzy­stwa mię wyklu­czono. -?Dr Goose patrzał w dal ku morzu. -?Toż wła­śnie owa czarna godzina dała począ­tek mym pere­gry­na­cjom.

Wyra­zi­łem współ­czu­cie dla trud­nego dok­tora poło­że­nia.

-?Dzię­kuję, sir, dzię­kuję po sto­kroć, lecz te ząbki -?chu­s­teczką potrzą­snął -?to, dali­bóg, anio­ło­wie mej pomsty. Pozwoli pan, że obja­śnię. Mar­kiza nosi szczękę sztuczną pro­jektu wzmian­ko­wa­nego już mistrza. Wsze­lako w przy­szło­roczne Boże Naro­dze­nie, gdy ta klempa w per­fu­mie bry­lo­wać będzie na Balu Amba­sa­do­rów, ja, Henry Goose, a jakże, powstanę i wszem wobec oznaj­mię, że gospo­dyni nasza uzę­bie­niem kani­bali prze­żuwa! Sir Hubert naj­pew­niej rzuci mi wyzwa­nie. "Okaż pan dowody" - pro­stacko zary­czy -?"lub satys­fak­cji żądam!". A ja oświad­czę: "Dowody, sir Huber­cie? Cóż, oso­bi­ście ząbki pań­skiej mamy zbie­ra­łem w splu­waczce prze­ogrom­nej na połu­dnio­wym Pacy­fiku. O, pro­szę, sir, tu mam jesz­cze kilka!". I te oto ząbki do jej wazy w żół­wia kształt­cie wprost w zupę cisnę. I to, sir, wła­śnie to będzie dla mnie satys­fak­cją. Kąśliwi szy­dercy obsma­rują mar­kizę w gaze­tach i wio­sną szczę­ście będzie miała, jeśli kto ją zaprosi na Bal Ubo­gich!

Pośpiesz­nie poże­gna­łem się z Hen­rym Goose'em, miłego dnia mu życząc. Jest chyba nie­spełna rozumu, jak mnie­mam.

Piątek, 8 listopada ~

W stoczni pry­mi­tyw­nej pod mym oknem prace trwają nad bomem foka, pod pana Sykesa kie­run­kiem. Pan Wal­ker, wła­ści­ciel jedy­nej tawerny w Ocean Bay, jest także głów­nym tutej­szym han­dla­rzem drewna i prze­chwala się, ileż to lat jako mistrz szkut­nic­twa w Liver­po­olu spę­dził. (Wystar­cza­jąco obzna­jo­miony jużem z ety­kietą Anty­po­dów, by przy­mknąć oko na podobne nie­prawdy oczy­wi­ste). Pan Sykes rzekł mi, że całego tygo­dnia trzeba dla nada­nia "Wieszczce" bri­stol­skiego sznytu. Utknąć w Musz­kie­cie na sie­dem dni, wyrok to smętny, lecz gdy pomnę zębi­ska sro­giego sztormu i mary­na­rzy, co za burtę wypa­dli, to i mój dopust obecny zda się mniej dotkliwy.

Ran­kiem spo­tka­łem dziś na scho­dach dr. Goose'a i śnia­da­li­śmy razem. Kwa­te­ruje w Musz­kie­cie od połowy paź­dzier­nika, po tym, jak bra­zy­lij­skim bry­giem han­dlo­wym "Namo­ra­dos" przy­był tu z Fiji, gdzie sztuki swe w ośrodku misyj­nym prak­ty­ko­wał. Teraz wycze­kuje dok­tor dawno spóź­nio­nego już austra­lij­skiego szku­nera do połowu fok, "Nel­lie", by do Syd­ney go zabrał. Dotarł­szy do kolo­nii, będzie miej­sca szu­kać na pokła­dzie statku pły­ną­cego do jego rodzin­nego Lon­dynu.

Osąd mój co do osoby dr. Goose'a nie­spra­wie­dli­wym był i przed­wcze­snym. Człek chcący prze­trwać w mym fachu cynicz­nym być musi niczym Dio­ge­nes, lecz cynizm śle­pym czy­nić potrafi na cnoty sub­tel­niej­sze. Dok­tor nie jest od drob­nych eks­cen­trycz­no­ści wol­nym i rad opo­wiada o nich przy miarce por­tu­gal­skiego pisco (ni­gdy w nad­mia­rze), ręczę jed­na­koż, że prócz mnie jedy­nym jest dżen­tel­me­nem na tej sze­ro­ko­ści na wschód od Syd­ney i na zachód od Val­pa­ra­iso. Być może ułożę nawet list pole­ca­jący go Par­tridge'om z Syd­ney, dr Goose bowiem i drogi Fred są jak z jed­nej gliny ule­pieni.

Pogoda zła unie­moż­li­wiła mi poranne wyj­ście, toteż opo­wie­ści snu­li­śmy przy ogniu tor­fo­wym i godziny mknęły niczym minuty. Dużo o Til­dzie mówi­łem i o Jack­so­nie oraz o tym, jak się "gorączką złota" w San Fran­ci­sco fra­suję. Roz­mowa zeszła nam potem z mego mia­sta rodzin­nego na obo­wiązki nota­riu­sza w Nowej Połu­dnio­wej Walii, jakie nie­dawno na mnie spa­dły, a stam­tąd na Gib­bonsa, Mal­thusa i Godwina, przez tematy Pija­wek oraz Paro­wo­zów. Pełna uwagi roz­mowa to kura­cyjne reme­dium, któ­rego bole­śnie mi na pokła­dzie "Wieszczki" bra­kuje, z dok­tora zaś eru­dyta praw­dziwy. Co wię­cej, posiada zacną armię figur sza­cho­wych, w wie­lo­ry­bich fisz­bi­nach rzeź­bio­nych, które zaję­cie będą przez nas miały, aż "Wieszczka" w morze wypły­nie bądź przy­pły­nie tu "Nelly".

Sobota, 9 listopada ~

Świt jak srebrny talar pro­mie­nieje. Szku­ner nasz na­dal przed­sta­wia widok żało­sny w zatoce. Na brzegu napra­wiają wojenne kanu indiań­skie. Wybra­li­śmy się z Hen­rym na "Plażę Ban­kie­tów", w waka­cyj­nym humo­rze, pozdro­wiw­szy bez­tro­sko poko­jówkę, która u pana Wal­kera służy. Panna ta w chmur­nym uspo­so­bie­niu pra­nie na krzaku roz­wie­szała i nie zwró­ciła na nas uwagi. Ma nieco domieszki krwi czar­nej i, jak mnie­mam, matce jej do ludu z dżun­gli nie­da­leko.

Gdy­śmy mimo wio­ski indiań­skiej prze­cho­dzili, "bucze­nie" wzbu­dziło cie­ka­wość naszą i ura­dzi­li­śmy wytro­pić jego źró­dło. Osada oto­czona jest pali­sadą tak zbu­twiałą, że można by się do środka prze­do­stać w miej­scach wielu. Suka wyle­niała głowę unio­sła, lecz bez­zębna była, zdy­cha­jąca, i nie szczek­nęła. Zewnętrzny krąg chat ponga (z kona­rów, ścian ziem­nych i plą­ta­niny gałęzi u pował) przed sie­dzi­bami "moż­nych" kuc­nął - budow­lami z drewna o stru­ga­nych nad­pro­żach, z naj­prost­szymi z gan­ków. Pośrodku wio­ski odpra­wiała się publiczna chło­sta. Henry i ja jedy­nymi byli­śmy Bia­łymi widzami, lecz wyraźny znać było podział na trzy kasty indiań­skich spek­ta­to­rów. Wódz na tro­nie usa­dzony był w stroju przy­bra­nym pió­rami pta­simi, pod­czas gdy wyta­tu­owani możni wraz z kobie­tami swo­imi i dziećmi stali w asy­ście, w licz­bie ogól­nej bli­skiej trzy­dzie­stu. Nie­wol­nicy, o skó­rze ciem­niej­szej, w głęb­szej bar­wie niźli u ich orze­chowo-brą­zo­wych panów, w licz­bie o połowę mniej­szej, w bło­cie przy­kuc­nęli. Przy­ro­dzona ocię­ża­łość i otę­pie­nie! Z twa­rzami dzio­ba­tymi i kro­sto­wa­tymi od haki-haki nie­szczę­śnicy przy­glą­dali się karze bez reak­cji żad­nej, prócz owego "bucze­nia" prze­dziw­nego, jakby psz­cze­lego. Łącze­nie się w bólu, czyli też znak potę­pie­nia to był -?wie­dzieć nie mogli­śmy, co dźwięk ów ozna­czał. Bat dzier­żył Goliat jako­wyś, któ­rego postura wsze­la­kiego łowcę nagród znad pio­nier­skiej gra­nicy by onie­śmie­liła. Każdy cal musku­łów miał dzi­kus ów tatu­ażem pokryty, jasz­czu­rami ogrom­nej i pomniej­szej wiel­ko­ści -?za jego skórę zwie­rzęcą dano by nie­złą sumkę, lubo za perły wszyst­kie Hawa­jów nie chciał­bym wyzna­czo­nym być do ode­bra­nia mu onej. Nie­szczę­sny wię­zień, szro­nem wielu lat suro­wych pokryty, przy­wią­zany był nagi do trój­kąt­nej ramy. Cia­łem jego wstrzą­sała każda kolejna raza skórę roz­ry­wa­jąca, plecy miał niczym per­ga­min krwa­wymi runami zapi­sany, lecz fizjo­gno­mia jego wyra­żała spo­kój nie­ziem­ski męczen­nika, co go Pan ma już w swej pie­czy.

Wyznaję, zamie­ra­łem każdą razą, gdy bat na ciało spa­dał. Jed­nako wten­czas rzecz się zda­rzyła dziwna. Bity dzi­kus dźwi­gnął głowę opa­dłą, moje oczy wzro­kiem nalazł i prze­słał mi spoj­rze­nie zagad­kowe, w któ­rym odczy­ta­łem przy­ja­zny znak roz­po­zna­nia. Niczym aktor na sce­nie, co w Loży Kró­lew­skiej spo­strzegł druha z dawna nie­wi­dzia­nego i dla publicz­no­ści nie­zau­wa­że­nie znać mu daje, że go poznał. Rychło jed­nak wyta­tu­owany Negr do nas się zbli­żył i łysnął swym szty­le­tem nefry­to­wym na znak, żeśmy gośćmi nie­mile widzia­nymi. Zapy­ta­łem o naturę prze­stęp­stwa owego więź­nia. Henry ramie­niem mię oto­czył.

-?Chodźmy, Ada­mie, kto mądry, mię­dzy ofiarą i bestyją nie staje.

Niedziela, 10 listopada ~

Pan Boer­ha­ave śród zgrai zaufa­nych oprysz­ków sie­dział niczym Lord Ana­conda i jego ple­bej­skie gady11. Ich "cele­bra­cje" Dnia Pań­skiego roz­po­częły się na dole, nimem wstał. Ruszy­łem po gorącą wodę do gole­nia i dół tawerny nala­złem zatło­czony wil­kami mor­skimi, swej kolei cze­ka­ją­cymi z bied­nymi indiań­skimi dziew­czę­tami, jakie Wal­ker usi­dlił w pro­wi­zo­rycz­nym bor­dello. (Rafa­ela śród depra­wa­to­rów nie było).

Nie zwy­kłem łamać postu dnia świę­tego w lupa­na­rach. Henry czuł równą, co ja, odrazę, poświę­ci­li­śmy więc śnia­da­nie (służkę z pew­no­ścią do usług inszego rodzaju przy­mu­szano) i do kaplicy wyru­szy­li­śmy dla odda­nia tam czci postem nie­prze­rwa­nym.

Dwu­stu jar­dów nie uszli­śmy, gdym ku kon­ster­na­cji wła­snej wspo­mniał na dzien­nik ten, leżący na stole w mym pokoju w Musz­kie­cie, na widoku dla każ­dego majtka pija­nego, co do środka mógłby wtar­gnąć. W oba­wie o bez­pie­czeń­stwo jego (a i wła­sne, jeśliby w ręce pana Boer­ha­avego wpadł) zawró­ci­łem przeto dla zręcz­niej­szego jego ukry­cia. Sze­ro­kie uśmie­chy powi­tały mię w Musz­kie­cie i spo­dzie­wa­łem się już, żem był "wil­kiem, o któ­rym mowa", jed­na­koż odkry­łem tego przy­czynę praw­dziwą, gdym drzwi otwo­rzył: a to niedź­wie­dzie pośladki pana Boer­ha­avego okra­kiem na ciem­no­skó­rej Zło­to­wło­sej, w moim łóżku, in fla­grante delicto! Czy prze­pro­sił Holen­der dia­belny? Gdzież tam! Uznał, że to jemu krzywda się stała i zary­czał:

-?Zabie­raj się stąd, mości Kuta­zwi­sie, lub, na Boga, ten wredny dziób Jan­kesa ci roz­łu­pię!

Chwy­ci­łem dzien­nik i z łomo­tem na dół popę­dzi­łem, ku bun­to­kra­cji, roz­ra­do­wa­niu i wśród szy­derstw bia­łych bar­ba­rzyń­ców tam zebra­nych. U Wal­kera wnio­słem pro­test, że za pokój płacę pry­watny i ocze­kuję, iż pry­watnym pozo­sta­nie także pod mą nie­byt­ność, lecz ten szu­bra­wiec jedy­nie mi upu­stu część trze­cią zapro­po­no­wał za "ćwierć godziny galopu na naj­do­rod­niej­szej z kla­czek w mej stajni!". Nie­smaku pełen odrze­kłem, żem mąż i ojciec! I że pier­wej zginę, niźli upodlę god­ność mą i przy­zwo­itość z któ­rą­kol­wiek bądź z jego dzie­wek francą nęka­nych! Wal­ker klął się, że mi "oko pod­ma­luje", jeśli znów "dziew­kami" wła­sne jego córki nazwę. Jeden ple­bej­ski gad bez­zębny zadrwił, że jeśliby posia­da­nie żony i dziecka cnotą było, "był­bym, panie Ewing, po dzie­się­cio­kroć od pana cno­tliw­szy!", a ręka nie­wi­dzialna kufel cien­kiego piwa na mą osobę opróż­niła. Wyco­fa­łem się, nim lurę zastą­piła broń solid­niej­szej natury.

Dzwon kaplicy wszyst­kich bogo­boj­nych w Ocean Bay wzy­wał, pośpie­szy­łem więc tam, gdzie ocze­ki­wał mię już Henry, i zapo­mnieć pró­bo­wa­łem nie­dawne spro­śno­ści, któ­rych w mej kwa­te­rze byłem świad­kiem. Kaplica jak stara krypa trzesz­czała, a człon­ków kon­gre­ga­cji na pal­cach bez mała rąk obu nie­mal zra­cho­wać było można, lecz ni­gdy podróż­nik żaden nie gasił pra­gnie­nia w pustyn­nej oazie z wdzięcz­no­ścią więk­szą niźli ta, z jaką Henry i ja cześć Panu tego ranka odda­wa­li­śmy. Kaplicy lute­rań­ski zało­ży­ciel dzie­siątą już zimę na cmen­ta­rzu przy niej spo­czy­wał, a żaden wyświę­cony następca nie ważył się jesz­cze nad ołta­rzem prze­jąć dowo­dze­nia. Chrze­ści­jan zatem wszel­kiego auto­ra­mentu wie­rze­nia grze­cho­czą w niej jak w jakiej grze­chotce. Ta połowa kon­gre­ga­cji, która piśmienną była, psalmy czy­tała i dołą­czy­li­śmy do odśpie­wa­nia paru hym­nów zgła­sza­nych po kolei. "Pasterz" owej ple­bej­skiej trzódki, nie­jaki pan D'Arnoq, stał pod skromną krzyża figurą i Henry'ego i mię upro­sił, byśmy par­ty­cy­po­wali podob­nie. Pomny na me oca­le­nie od zeszło­ty­go­dnio­wej burzy, zgło­si­łem Łuka­sza, rozdz. 8:

A przy­stą­piw­szy, zbu­dzili go, mówiąc: Mistrzu, giniemy! A on wstaw­szy, zła­jał wiatr i nawał­nicę wody, i uspo­ko­iły się, i stała się cisza12.

Henry Psalm 8 gło­sem odmó­wił tak dono­śnym, jak retor szko­lony:

Posta­wi­łeś go nad dzie­łami rąk two­ich. Pod­da­łeś wszystko pod nogi jego: owce i woły wszyst­kie, nadto zwie­rzęta polne, ptac­two nie­bie­skie i ryby mor­skie, które się prze­cho­dzą po ścież­kach mor­skich13.

Orga­ni­sta żaden Magni­fi­cat nie grał, prócz wia­tru pod stro­pem, chór żaden Nunc Dimit­tis nie śpie­wał, prócz mew krzy­czą­cych, jed­nako tuszę, iż Stwórca był kon­tent. Podob­niejsi Pierw­szym Chrze­ści­ja­nom z Rzymu byli­śmy niźli jakie­mu­kol­wiek bądź póź­niej­szemu Kościo­łowi, miste­riami świet­nemu i zdob­nemu w klej­noty. Nastą­piła pospólna modli­twa. Para­fia­nie ad lib o wytę­pie­nie zarazy ziem­nia­cza­nej się modlili, o miło­sier­dzie dla duszyczki zmar­łego dzie­ciątka, o bło­go­sła­wień­stwo dla nowej łodzi rybac­kiej, etc... Henry dzięki zło­żył za gościn­ność, nam, przy­by­szom, przez chrze­ści­jan na wyspie Cha­tham oka­zaną. Afekty te i we mnie rezo­no­wały i modli­twę Til­dzie ofia­ro­wa­łem, Jack­so­nowi i teściowi memu na czas mej wydłu­żo­nej nie­byt­no­ści.

Po mszy, do dok­tora i do mnie zbli­żył się z nasta­wie­niem ser­decz­nym pode­szły wie­kiem "grot­maszt" owej kaplicy, nie­jaki pan Evans, który Henry'ego i mię swej zacnej żonie przed­sta­wił (oby­dwoje dobrze sobie chyba radzili z upo­śle­dze­niem głu­chotą, li tylko na te pyta­nia odpo­wia­da­jąc, które, jak im się zda­wało, zada­wa­nymi im były, oraz li tylko takie odpo­wie­dzi przyj­mu­jąc, które, jak im się zda­wało, wypo­wia­dano -?for­tel ów wielu prze­jęło ame­ry­kań­skich adwo­ka­tów) oraz synom bliź­nia­kom, Keega­nowi i Dyfed­dowi. Pan Evans zdra­dził, że miał w zwy­czaju co tydzień zapra­szać pana D'Arnoqa, Kazno­dzieję naszego, na obiad do ich domu nie­opo­dal, bo ten w Port Hutt zamiesz­kuje, na przy­lądku o kilka mil odle­głym. Czy nie zechcie­li­by­śmy także dołą­czyć do nich na nie­dzielny posi­łek? Poin­for­mo­waw­szy już Henry'ego o Gomo­rze w Musz­kie­cie oraz sły­sząc, jak nasze żołądki do buntu wzy­wają, przy­ję­li­śmy uprzej­mość Evan­sów z wdzięcz­no­ścią.

Domo­stwo gospo­da­rzy naszych, o pół mili od Ocean Bay poło­żone w głębi krę­tej, wie­trzy­stej doliny, oka­zało się budyn­kiem skrom­nym, lecz odpor­nym na burze pie­kielne, co tak wiel­kiej licz­bie łodzi nie­for­tun­nych gru­cho­czą żebra na pobli­skich rafach. Bawial­nię głowa wie­prza mon­stru­al­nej wiel­ko­ści zamiesz­ki­wała (dotknięta przy­pa­dło­ścią opa­da­ją­cej szczęki i nie­do­wi­dze­nia), ubi­tego przez bliź­nia­ków w ich uro­dziny szes­na­ste, a nadto som­nam­bu­liczny sto­jący zegar (w sprzecz­no­ści z mym kie­szon­ko­wym cza­so­mie­rzem paru godzin się­ga­ją­cej. Dali­bóg, korzyst­nym było, że dokładny czas w impor­cie z Nowej Zelan­dii nie był naj­cen­niej­szym z towa­rów). Paro­bek na far­mie, India­nin, przez szybę wyj­rzał na gości swego pana. W życiu oczy me nie widziały podob­nie obszar­pa­nego rene­gado, wsze­lako pan Evans zapew­niał, że Mulat ćwierć­krwi, "Bar­na­bas", "naj­chyż­szym był owczar­kiem, jaki kie­dy­kol­wiek bądź na dwóch nogach bie­gał". Keegan i Dyfedd to uczciwi, nie­okrze­sani mło­dzieńcy, głów­nie obcho­dze­nia się z owcami uczeni (fami­lia w posia­da­niu jest pogło­wia sztuk dwu­stu), bo żaden do Mia­sta nie jeź­dził (wyspia­rze Nową Zelan­dię tak zwą) ani też w nauce jakiej się ukształ­cał, prócz lek­cji Pisma Świę­tego od ich ojca, dzięki czemu zno­śnie pisać i czy­tać się nauczyli.

Pan Evans zmó­wił modli­twę dzięk­czynną i sma­ko­wać moż­li­wość mia­łem naj­przy­jem­niej­szy z posił­ków (bez soli, czerwi i prze­kleństw) od czasu poże­gnal­nej kola­cji z kon­su­lem Bak­sem i Par­tridge'ostwem w Beau­mon­cie. Pan D'Arnoq histo­rie nam powia­dał o stat­kach, jakie zaopa­try­wał przez lat dzie­sięć na Cha­tham, Henry zaś face­cjami zaba­wiał nas o pacjen­tach, zarówno zna­mie­ni­tych, jak i niskiego uro­dze­nia, któ­rych dobro­czyńcą był w Lon­dy­nie i w Poli­ne­zji. Ze swej strony opi­sa­łem tru­dów wiele, jakie nota­riusz z Ame­ryki prze­zwy­cię­żyć musi dla odna­le­zie­nia austra­lij­skiego bene­fi­cjenta ostat­niej woli, któ­rej posta­no­wie­nia w Kali­for­nii wyko­ny­wano. Prze­pi­li­śmy gulasz barani i kne­dle z jabł­kami por­cyjką domo­wej roboty ale, przez pana Evansa na han­del z wie­lo­ryb­ni­kami warzo­nego. Keegan i Dyfedd poszli swych trzód dopa­trzyć, a pani Evans do zajęć kuchen­nych powró­ciła. Henry zapy­tał, czy misjo­na­rze obec­nie dzia­łal­ność pro­wa­dzili na Cha­tha­mach, na co pan Evans i pan D'Arnoq, spoj­rze­nia wymie­niw­szy, odrze­kli:

-?Nie, Maorys nie odnosi się dobrze do nas, Pakeha, nisz­czą­cych jego Moriori nad­mia­rem cywi­li­za­cji.

Zapy­ta­łem, czy zło takie jak "nad­miar cywi­li­za­cji" ist­nieje, czyli też nie?

Pan D'Arnoq odrzekł:

-?Jeśli Boga na zachód od Hornu nie ma, cze­muż też wszyst­kich ludzi nie ma, któ­rzy są sobie równi w waszej Kon­sty­tu­cji, panie Ewing?

Nazwy "Maorys" i "Pakeha" z postoju "Wieszczki" w Zatoce zna­łem, ale upra­sza­łem, by oświe­cili mię, kim lub czym owi "Moriori" są. Zapy­ta­nie moje puszkę Pan­dory roz­warło pełną histo­rycz­nych wyda­rzeń, w szcze­gó­łach zmierzch i upa­dek opi­su­ją­cych Abo­ry­ge­nów z wysp Cha­tham. Zapa­li­li­śmy fajki. Opo­wieść pana D'Arnoqa cią­gnęła się nie­prze­rwa­nie trzy godziny póź­niej, gdy musiał już do Port Hutt na powrót jechać, nim zmrok zaciemni wybo­isty gości­niec. Jego opo­wieść wedle mnie tym spod pióra Defoe i Melville'a dorów­nuje i zapi­szę ją w lite­ra­łach tych, gdy ze snu się zbu­dzę, w który, jeśli Mor­fe­usz dozwoli, zapadnę głę­boko.

Poniedziałek, 11 listopada ~

Świt lepki, bez słońca. Zatoka zda się szla­mo­watą, lecz pogoda wystar­cza­jąco łagodna, by można było kon­ty­nu­ować "Wieszczki" naprawę, za co dzięki skła­dam Nep­tu­nowi. Aku­rat, gdy to piszę, nowy bezan­maszt sta­wiają.

Nie­długi czas temu, gdy­śmy razem z Hen­rym śnia­dali, pan Evans przy­był w amba­ra­sie, upra­sza­jąc wielce mego przy­ja­ciela dok­tora, by udał się zba­dać jego sąsiadkę, z dala od ludzi żyjącą, nie­jaką wdowę Bry­den, którą koń na opo­czy­stym zrzu­cił trzę­sa­wi­sku. Była przy tym pani Evans i oba­wia się, że życie wdowy jest w nie­bez­pie­czeń­stwie. Henry pochwy­cił swój sakwo­jaż medyka i poje­chał bez jed­nej chwili zwłoki. (Zapro­po­no­wa­łem, że takoż pojadę, ale pan Evans o wyro­zu­mia­łość bła­gał, pacjentka bowiem obiet­nicę wymo­gła, by nikt prócz dok­tora nie widział jej w nie­dy­spo­no­wa­niu). Wal­ker, takie pod­słu­chu­jąc usta­le­nia, rzekł mi, że żaden repre­zen­tant płci męskiej przez owe lat dwa­dzie­ścia progu domu wdowy nie prze­kro­czył, i uznał, że "stara, ozię­bła locha pew­nie już w mogile jed­nym kula­sem, jeśli kono­wa­łowi prze­szu­kać się dozwala".

* * *

Początki Moriori z "R?kohu" (wysp Cha­tham rdzenna nazwa) do dziś tajem­nicą są okryte. Pan Evans skłonny jest mnie­mać, że wywo­dzą się od Żydów wypę­dzo­nych z Hisz­pa­nii, wska­zu­jąc na ich nosy zakrzy­wione i szy­der­czy kształt ust. Teo­ria przez pana D'Arnoqa pre­fe­ro­wana, jakoby Moriori to Maorysi, któ­rych kanu nie­gdyś o brzegi naj­od­le­glej­szej z wysp się roz­strza­skały, oparta jest na podo­bień­stwach języka i mito­lo­gii i dla­tego wyż­szy logiki karat posiada. Pew­nym jest, że po wie­kach, czyli też tysiąc­le­ciach życia w izo­la­cji, Moriori tak pry­mi­tywne wie­dli życie, jak ich kuzyni nie­szczę­śni z Ziemi van Die­mena. Sztuka budo­wa­nia łodzi (poza pro­stymi ple­cio­nymi tra­twami dla prze­pły­wa­nia przez kanały mię­dzy wyspami) i nawi­ga­cji poszła w zapo­mnie­nie. Że pokryta wodą i lądem Zie­mia insze kon­ty­nenty miała, ludowi Moriori nawet się nie śniło. Po praw­dzie w ich języku nie ma słowa "rasę" okre­śla­ją­cego, a "Moriori" zwy­czaj­nie "ludzi" ozna­cza. Nie hodo­wano tu zwie­rząt, po wyspach tych bowiem nie cho­dziły ssaki żadne, do czasu, aż prze­pły­wa­jący wie­lo­ryb­nicy roz­myśl­nie przy­wieźli tu i zosta­wili świ­nie, by utwo­rzyć dla się spi­żar­nię. W swym dzie­wi­czym sta­nie byli Moriori zbie­ra­czami. Łowili sko­ru­piaki paua, po raki nur­ko­wali, wybie­rali pta­kom jaja z gniazd, polo­wali dzi­dami na foki, wodo­ro­sty zbie­rali i wyko­py­wali spod ziemi już to pędraki, już to korzonki.

Do czasu tego Moriori sta­no­wili jedy­nie miej­scową odmianę pogan pospo­li­tych w spód­niczki z trawy lub w pióra przy­odzia­nych, na wszyst­kich pomniej­sza­ją­cych się "czar­nych pla­mach" oce­anu, jesz­cze przez Bia­łego czło­wieka nie­tknię­tych. R?kohu z dawna jed­nak prawa rościło do bycia wyspą szcze­gól­niej­szą, a to z przy­czyny eks­tra­or­dy­na­ryj­nych wie­rzeń pacy­ficz­nych. Od cza­sów nie­pa­mięt­nych kasta kapła­nów śród Moriori utrzy­my­wała, że kto­kol­wiek bądź krew ludzką roz­le­wał, zabi­jał wła­sną mana -?honor swój, war­tość, pozy­cję i duszę. Żaden Moriori schro­nie­nia by takiemu nie udzie­lił, jadłem nie uczę­sto­wał, nie kon­wer­so­wałby ani nawet patrzał na per­sonę non grata. Jeśli mor­derca na taki ostra­cyzm ska­zany nawet prze­trwał zimę pierw­szą, to i tak despe­ra­cja z samot­no­ści wyni­kła pchała go ku wyrwie w lodzie na Przy­lądku Young, gdzie życie sobie odbie­rał. Zważ­cie to, upra­szał pan D'Arnoq. Dwa tysiące dzi­czy (jak pan Evans zga­dy­wał) sło­wem i czy­nem przy­ka­za­nia Nie będziesz zabi­jał chroni, two­rzy ramy ust­nej Magna Carty dla pod­trzy­ma­nia har­mo­nii przez sześć­dzie­siąt stu­leci, co nie­znana w inszych miej­scach, odkąd Adam owocu z Drzewa Wia­do­mo­ści Złego i Dobrego zakosz­to­wał. Wojna rów­nie obca była Moriori, jak Pig­me­jom tele­skop. Pokój, nie spo­koju okres pomię­dzy woj­nami, lecz tysiąc­le­cia pokoju nie­zmą­co­nego rzą­dzą tymi na kraju świata ległymi wyspami. Któż zaprze­czyć może, że Stare R?kohu bli­żej Uto­pii More'a leżało niż nasze "Pań­stwa Postępu", przez głodne wojen ksią­żątka z Wer­salu i Wied­nia, Waszyng­tonu i West­min­steru rzą­dzone? Tutaj -?pan D'Arnoq dekla­mo­wał -?i tylko tutaj ist­niały te idee nie­uchwytne, przy­braw­szy formę ciała i kości owego szla­chet­nego, dzi­kiego ludu. (Henry, gdy­śmy póź­niej do Musz­kietu wra­cali, wyznał: "Ni­gdy bym szla­chetną nie nazwał rasy dzi­ku­sów, co nazbyt są zaco­fani, by pro­sto dzidą mio­tać").

Wsze­lako szkło i pokój jed­nako kru­che się zda­dzą gdy ciosy spa­dają raz za razą. Cio­sem pierw­szym dla Moriori był "Union Jack", w darń Skir­mish Bay zatknięty w imię króla Jerzego przez porucz­nika mary­narki Bro­ugh­tona z HMS "Cha­tham" led­wie lat temu pięć­dzie­siąt. Trzy lata póź­niej odkry­cie Bro­ugh­tona u agen­tów mor­skich w Syd­ney i Lon­dy­nie się nala­zło, a garstka wol­nych osad­ni­ków (w któ­rych licz­bie był też pana Evansa rodzic), roz­bit­ków mor­skich i "ska­zań­ców spory z Urzę­dem Kolo­nial­nym Nowej Połu­dnio­wej Walii pro­wa­dzą­cych w mate­rii warun­ków ich osa­dze­nia" upra­wiała dynie, cebulę, kuku­ruzę i mar­chew. Sprze­da­wali je ubo­gim łow­com fok, co dru­gim cio­sem dla nie­za­leż­no­ści Moriori było, łowcy owi bowiem wni­wecz nadzieje dobro­bytu tubyl­com obra­cali, różowo bar­wiąc kipiel przy­boju foczą krwią. (Pan D'Arnoq zilu­stro­wał pro­fita aryt­me­tyką taką -?jedna focza skóra 15 szy­lin­gów w Kan­to­nie zara­biała, a owi łowcy pio­nier­scy gro­ma­dzili w jed­nej łodzi skór ponad dwa tysiące!). Toteż w ciągu lat kilku foki można już było naleźć jedy­nie na ska­łach od strony oce­anu, a "łowcy fok" obró­cili się także ku upra­wie ziem­niaka, hodowli owiec i świń, z takim roz­ma­chem, że Cha­thamy zwą teraz "Ogro­dem Pacy­fiku". Owi parvenu far­me­rzy oczysz­czali grunt, krzaki wypa­la­jąc, a to zapa­lało torf pod powierzch­nią, gdzie tlił się przez lat wiele, wycho­dząc na powierzch­nię w porach suchych dla nie­szczę­ścia roz­sie­wa­nia od nowa.

Cios trzeci Moriori zadali wie­lo­ryb­nicy, zawi­ja­jący teraz w licz­bie pokaź­nej do Ocean Bay, Waitangi, Owenga i Te Wha­karu dla naprawy łodzi, nowym sprzę­tem onych wypo­sa­ża­nia i odświe­ża­nia. Koty i szczury wie­lo­ryb­ni­ków mno­żyły się jak egip­skie plagi i poże­rały gniaz­du­jące w norach ptaki, któ­rych jaja Moriori jako strawę wysoko cenili. Czwarty, owa zbie­ra­nina cho­rób, co trzebi rasy ciem­no­skóre, gdzie­kol­wiek bądź Biała cywi­li­za­cja się zbliży, jesz­cze Abo­ry­ge­nów liczbę nad­wą­tliła.

Wszel­kie te nie­szczę­ścia Moriori wytrwać by jesz­cze mogli, gdyby nie donie­sie­nia, które do Nowej Zelan­dii docie­rały, opi­su­jące Cha­thamy jako istny Kanaan z lagu­nami peł­nymi węgo­rzy po brzegi, zatocz­kami z dywa­nem sko­ru­pia­ków i z miesz­kań­cami, co ani wojny, ani broni poję­cie rozu­mieli. Uszom ple­mień­ców z Ngati Tama i Ngati Mutunga, dwóch kla­nów Maory­sów Tara­naki Te Ati Awa (gene­alo­gia Maory­sów podług zapew­nień pana D'Arnoqa rów­nie zawiłą jest w każ­dej naj­mniej­szej z gałą­zek, jak owe drzewa gene­alo­giczne wiel­bione tak przez zie­miań­stwo Europy, zaiste, każde chło­pię tej rasy nie­pi­śmien­nej przy­to­czyć może imię dziada swego i "rangę" jego w oka mgnie­niu) pogło­ski te zdały się obie­ca­nym zadość­uczy­nie­niem za poła­cie ziem ich przod­ków, w nie­daw­nych "Woj­nach Musz­kie­tów" utra­cone. Szpie­gów wysłano dla pod­da­nia pró­bie ducha Moriori, gwał­cąc ich tapu i plą­dru­jąc miej­sca święte. Pro­wo­ka­cje owe Moriori przy­jęli, jak Pan nasz przy­ka­zał, "poli­czek drugi nad­sta­wia­jąc" i agre­so­rzy do Nowej Zelan­dii powró­cili, poświad­cza­jąc Moriori bojaź­li­wość. Cali w tatu­ażach maory­scy conqu­ista­do­res naleźli armadę swą jed­no­stat­kową, w postaci brygu "Rod­ney" pod komendą kapi­tana Hare­wo­oda, który u schyłku roku 1835 zgo­dził się prze­trans­por­to­wać Maory­sów w licz­bie dzie­wię­ciu­set i sie­dem kanu wojen­nych w dwóch podró­żach, w zamian za ziem­niaki nasienne, broń palną, świ­nie, dostawy sute lnu mię­dlo­nego i jedno działo. (Pan D'Arnoq napo­tkał Hare­wo­oda lat temu pięć, w nędz­nej kon­dy­cji, w tawer­nie w Bay of Islands. Z początku zaprze­czył, jakoby był onym Hare­wo­odem z "Rod­neya", poczem zakli­nał się, że przy­mu­szo­nym został do prze­wozu Negrów, lubo nie rzekł jasno, jakim spo­so­bem ów przy­mus się mate­ria­li­zo­wał).

"Rod­ney" z Port Nicho­las w listo­pa­dzie wypły­nął, ale jego pogań­ski ładu­nek pię­ciu­set męż­czyzn, kobiet i dzia­twy, cia­sno upcha­nych w ładowni na sześć dni podróży, dusił się od nie­czy­sto­ści i mor­skiej cho­roby, przy wody wiel­kim nie­do­statku, i przy­bił do Whan­ga­tete Inlet w sta­nie tak osła­bio­nym, że Moriori, gdyby tylko wolę mieli, wyciąć w pień mogliby swych dra­pież­nych współ­braci. Dobrzy Sama­ry­ta­nie woleli jed­na­koż podzie­lić się uszczu­ploną obfi­to­ścią R?kohu, ani­żeli znisz­czyć swe mana, krew tocząc, więc cho­rych i umie­ra­ją­cych Maory­sów pie­lę­gno­wali, aż ci do sił powró­cili.

-?Maorysi drze­wiej już na R?kohu przy­by­wali -?obja­śnił pan D'Arnoq - lecz odpły­wali na powrót. Moriori mnie­mali więc, że i ci podob­nie w pokoju ich zosta­wią.

Wiel­ko­dusz­ność Moriori nagro­dzona została, gdy kpt. Hare­wood powró­cił z Nowej Zelan­dii z kolej­nymi czte­ry­stoma Maory­sami. Naten­czas obcy przy­stą­pili do ziemi zawłasz­cza­nia przez takahi, maory­ski rytuał, co lite­ral­nie tłu­ma­czy się jako "cho­dze­nie po ziemi dla we wła­da­nie jej wzię­cia". Tak stare R?kohu podzie­lone tym gustem zostało, a Moriori uwia­do­mieni, że odtąd Maory­sów są wasa­lami. Wcze­snym grud­niem, gdy koło tuzina Abo­ry­ge­nów pro­test pod­nio­sło, bez­ce­re­mo­nial­nie toma­haw­kiem ich wybito. Maorysi dowie­dli, że pojęt­nymi są uczniami Angli­ków w "kolo­ni­za­cji ponu­rej sztuce".

Wyspa Cha­tham na wscho­dzie opa­suje lagunę roz­le­głą, Te Whanga, wypeł­nioną sło­nym trzę­sa­wi­skiem, co nie­mal śród­lą­dowe morze sta­nowi, jed­nako użyź­niane oce­anem w porze przy­pływu poprzez odpływ laguny w Te Awa­pa­tiki. Lat temu czter­na­ście męż­czyźni Moriori odby­wali na tej ziemi świę­tej zgro­ma­dze­nie. Trzy dni trwało ono, a cel miało jeden -?odpo­wiedź dać na pyta­nie: Czy prze­la­nie krwi Maory­sów nisz­czy li także mana czło­wie­cze? Młodsi twier­dzili, że wiara Pokoju nie tyczyła kani­bali obcych, o któ­rych przod­ko­wie ich zgoła nic nie wie­dzieli. Moriori zabi­jać przy­mu­szeni są lub sami zginą. Star­szy­zna upra­szała o uci­sze­nie nastro­jów, bo tak długo, jak Moriori swe mana chro­nili wraz z zie­mią swą, ich bogo­wie i przod­ko­wie chro­nili lud przed krzywdą. "Do serca przy­tul wroga swego" -?nale­gali starsi -?"aby ciosu zadać ci nie mógł". ("Do serca przy­tul wroga swego" -?dow­cip­ko­wał Henry -?"dla poczu­cia, jak jego szty­let nerki ci łasko­cze").

Star­szy­zna wygrała na koniec, ale zna­cze­nia to nie miało.

-?Gdy brak­nie liczeb­nej prze­wagi -?rzekł nam pan D'Arnoq -?Maorys zdo­bywa oną, ude­rza­jąc pierw­szy i naj­moc­niej­sze z cio­sów zada­jąc, co wielu bry­tyj­skich i fran­cu­skich nie­szczę­śni­ków z mogił może potwier­dzić.

Ngati Tama i Ngati Mutunga zwo­łali rady wła­sne. Gdy męż­czyźni Moriori powró­cili z obrad zgro­ma­dze­nia, cze­kały ich zasadzki i noc hańby gor­szej od kosz­maru, noc rzezi, wio­sek pło­ną­cych, gra­bieży, męż­czyzn i kobiet na pal rzę­dami wbi­ja­nych na nad­brzeż­nych pia­skach, dzieci w dziu­rach przy­ta­jo­nych, zwę­szo­nych i na strzępy przez psy myśliw­skie roz­ry­wa­nych. Nie­któ­rzy z wodzów patrzali jutra i mor­do­wali tylu jedy­nie, ilu potrzeba było dla wymu­sze­nia lękli­wego posłu­szeń­stwa u pozo­sta­łych. Inszych kacy­ków rze­czy takie nie wstrzy­my­wały. Na plaży Waitangi pięć­dzie­się­ciu z Moriori głowy ścięto, wypa­tro­szono, owi­nięto lnu liśćmi, poczem w ogrom­nym piecu ziem­nym upie­czono z bul­wami yamu i słod­kimi bata­tami. Nawet połowa Moriori, co widzieli zachód słońca ostatni nad Sta­rym R?kohu, nie prze­żyła, by patrzeć, jak wscho­dzi słońce Maory­sów. ("Mniej jak stu czy­stej krwi Moriori żyje dzi­siaj", lamen­to­wał pan D'Arnoq. "Na papie­rze Korona Bry­tyj­ska z jarzma nie­woli lata temu ich oswo­bo­dziła, lecz Moriori nie dbają o papier. O tydzień rejsu pod żaglem jeste­śmy od Domu Guber­na­tora, a Jej Kró­lew­ska Wyso­kość na Cha­tham gar­ni­zonu nie utrzy­muje").

Zapy­ta­łem, czemu Biali rąk Maory­sów pod­czas masa­kry nie powstrzy­mali?

Pan Evans nie spał już i nawet w poło­wie głu­chy tak nie był, jak wprzód mi się zda­wało.

-?Widział pan kiedy wojow­ni­ków maory­skich roz­wście­czo­nych i krwi żąd­nych, panie Ewing?

Odrze­kłem, żem nie widział.

-?Ale widział pan krwi żądne rekiny, czyż nie?

Odpar­łem, żem widział.

-?Toż nie­le­d­wie to samo. Ima­gi­nuj pan sobie krwa­wiące cielę, ciska­jące się w wodzie płyt­kiej, co od reki­nów się roi. Co pan robisz: trzy­masz się od wody z dala, czy pró­bu­jesz szczęki reki­nów powstrzy­mać? Taki oto wybór nasz był. Ow­szem, pomo­gli­śmy owym nie­licz­nym, co pod drzwi nasze przy­szli -?owczarz nasz, Bar­na­bas, jed­nym był z nich, jed­nako gdy­by­śmy w ową noc za próg wyszli, ni­gdy by nas wię­cej nie widziano. Pamię­taj pan, my, Biali, nie­spełna pięć­dzie­się­ciu liczy­li­śmy w Cha­tham w owym cza­sie. Maory­sów wszyst­kich razem było dzie­wię­ciu­set. Maorysi pospołu z Pakeha zamiesz­kują, panie Ewing, lecz w pogar­dzie nas mają. Nie­chaj ni­gdy pan o tym nie zapo­mni.

Jakiż z tego morał pły­nie? Pokój, lubo umi­ło­wany przez Pana naszego, cnotą jest kar­dy­nalną tylko won­czas, gdy bliźni sumie­nie z tobą dzieli.

Wieczorem ~

Nazwi­sko pana D'Arnoqa nie jest miło­ścią wielką darzone w Musz­kie­cie.

-?Biały czar­nuch, krwi mie­sza­nej, ludzki kun­del -?rzekł mi Wal­ker. - Nikt nie wie czym jest.

Suggs, pastuch jed­no­ręki, co pod barem mieszka, zakli­nał, że nasz zna­jomy gene­ra­łem jest Bona­par­tego, ukry­wa­ją­cym się tu pod fał­szywą maską. Inszy, że D'Arnoq Polacz­kiem jest, przy­się­gał.

Nazwy "Moriori" takoż nikt tu miło­ścią szcze­gól­niej­szą nie darzy. Pijany Maorys, Mulat, powie­dział mi, że cała histo­ria z Abo­ry­ge­nami "sta­remu pomy­lo­nemu Lute­ra­nowi" przy­śnić się musiała, a pan D'Arnoq ewan­ge­lię o Moriori głosi tylko dla upra­wo­moc­nie­nia swych pre­ten­sji oszu­kań­czych do ziemi prze­ciw Maory­som, praw­dzi­wym Cha­tham wła­ści­cie­lom, co pły­wają tam i siam w swych kanu od cza­sów nie­pa­mięt­nych! James Cof­fee, hodowca wie­przów, powie­dział, że Maorysi Bia­łemu czło­wie­kowi przy­sługę oddali, wybi­ja­jąc Bru­tu­sów insze ple­mię dla zro­bie­nia nam miej­sca, doda­jąc, że Rosja­nie Koza­ków szkolą, by "sybe­ryj­skie skóry gar­bo­wali" podobną modą.

Pro­te­sto­wa­łem, że misją naszą być winno cywi­li­zo­wać czarną rasę przez nawra­ca­nie, a nie ją wytę­pić, bo ręka Boga ją także stwo­rzyła. Kto żyw w tawer­nie atak gwał­towny na mnie przy­pu­ścił za "sen­ty­men­talne, jan­ke­skie kła­pa­nie!".

-?Naj­lep­szy z nich nazbyt dobrym nie jest, by jak świ­nia zdech­nąć! - krzyk­nął któ­ryś. -?Jedyną dla czar­nych ewan­ge­lią do poję­cia jest ewan­ge­lia bata, do ch-y! -?Któ­ryś znowu: -?My, Bry­tyj­czycy, nie­wol­nic­two oba­li­li­śmy w naszym impe­rium -?żaden Ame­ry­ka­nin tego rzec nie może!

Sta­no­wi­sko Henry'ego było, oględ­nie rze­kł­szy, dwu­znacz­nym.

-?Po latach pracy z misjo­na­rzami pokusę czuję kon­klu­do­wać, że sta­ra­nia ich prze­dłu­żają jedy­nie na lat dzie­sięć czy dwa­dzie­ścia ago­nię rasy umie­ra­ją­cej. Lito­ściwy oracz strzela do konia pra­co­wi­tego, co już za stary, by pracy podo­łać. Czyż nie obli­guje to nas, jako filan­tro­pów, by podob­nie dzi­ku­som w cier­pie­niach ulżyć przez ich wymar­cia przy­śpie­sze­nie? Myśl o waszych czer­wo­no­skó­rych India­nach, Ada­mie, myśl o trak­ta­tach, które wy, Ame­ry­ka­nie, odwo­łu­je­cie i nie dotrzy­mu­je­cie ich raz za razą i znowu. Bar­dziej ludz­kim jest z pew­no­ścią i uczciw­szym walić dzi­kich po gło­wach i mieć z nimi spo­kój?

Tyle prawd, ilu ludzi. Cza­sami praw­dziw­szą Prawdę przez chwilę dostrze­gam, skry­wa­jącą się pod sie­bie samej bała­mut­nym podo­bień­stwem, wsze­lako, gdy zbli­żam się do niej, poru­szy się i głę­biej schowa w oko­lone cier­niami bagno roz­bież­no­ści.

Wtorek, 12 listopada ~

Nasz zacny kpt. Moly­neux zaszczy­cił dziś Musz­kiet dla tar­go­wa­nia się z wła­ści­cie­lem o cenę pię­ciu beczek solo­nej woło­winy (targu dobito przy par­tyjce hała­śli­wej tren­tuno, którą kapi­tan wygrał). Ku memu zdu­mie­niu, nim kpt. Moly­neux wró­cił, by spraw­dzić w stoczni postępy, Henry'ego na słowo popro­sił, w mego kom­pana pokoju. Kon­sul­ta­cje trwają na­dal, gdy to piszę. Przy­ja­ciela mego ostrze­gano przed despo­ty­zmem kapi­tana, lecz nie podoba mi się to mimo wszystko.

Później ~

Kpt. Moly­neux, jak się oka­zuje, na przy­pa­dłość medyczną cierpi, co nie­le­czona osła­bić może umie­jęt­no­ści rodzaju róż­no­rod­nego potrzebne na jego sta­no­wi­sku. Z racji tej kapi­tan ofertę Henry'emu zło­żył, by nam w podróży do Hono­lulu towa­rzy­szył (wikt i koja pry­watna darmo), obo­wiązki przyj­mu­jąc zarówno pokła­do­wego medyka, jak i oso­bi­stego dok­tora kpt. Moly­ne­aux, aż do zawi­nię­cia do portu doce­lo­wego. Przy­ja­ciel mój obja­śnił, że myślał do Lon­dynu powró­cić, lecz kpt. Moly­neux mocno naci­skał. Henry obie­cał kwe­stię prze­my­śleć i decy­zję pod­jąć w pią­tek ran­kiem, na który to dzień ogło­szono teraz wypły­nię­cie "Wieszczki".

Henry nie zdra­dził, jakaż to przy­pa­dłość kapi­ta­nowi dolega, ani ja pyta­łem; lubo nie trzeba esku­lapa kształ­co­nego, by pojąć, że kpt. Moly­ne­aux doku­czają ruma­ty­zmy. Przy­ja­ciela mego dys­kre­cja dobrze o nim świad­czy. Mimo eks­cen­trycz­no­ści Henry'ego Goose'a jako kolek­cjo­nera kurio­zów wie­rzę, że dr Goose jest medyka wzo­rem i gorącą mam -?lubo samo­lubną -?nadzieję, że Henry w swej odpo­wie­dzi na pro­po­zy­cję kapi­tana przy­sta­nie.

Środa, 13 listopada ~

Do dzien­nika przy­cho­dzę jak do spo­wied­nika kato­lik. Sińce me mówią, że tych eks­tra­or­dy­na­ryj­nych, prze­szłych godzin pięć to nie maja­cze­nia Cho­robą spro­wa­dzone, lecz wyda­rze­nia praw­dziwe. Opi­szę, co dnia tego mi się przy­da­rzyło, tak bli­sko fak­tów się trzy­ma­jąc, jak tylko w mej mocy.

Tego ranka Henry zło­żył wizytę kolejną w domo­stwie wdowy Bry­den dla popra­wie­nia jej łub­ków i zmiany okła­dów. Miast bez­piecz­nemu leni­stwu się pod­dać, posta­no­wi­łem wspiąć się na wzgó­rze wyso­kie na pół­noc od Ocean Bay, Stoż­ko­wym Wierz­choł­kiem zwane, któ­rego góru­jące wznie­sie­nie obie­cuje naj­lep­szy pro­spekt "wnę­trza" wyspy Cha­tham. (Henry, w latach doj­rzal­szy, rozumu ma nazbyt wiele, by nie wagu­so­wać się po wyspach nie­zba­da­nych, które kani­bale zalud­niają). Znu­żony potok, co wodę do Ocean Bay toczy, w górę mię powiódł przez bagni­ste pastwi­ska, zbo­cza kiku­tami dzio­bate, w dzie­wi­czy las tak zbu­twiały, sęko­waty i splą­tany, żem zmu­szony był wdra­py­wać się w górę niby oran­gu­tan jaki! Lawina gradu spa­dać zaczęła gwał­tow­nie, las wypeł­niła per­ku­sją osza­lałą i urwała nagle. Wytro­pi­łem drozda czar­no­brzu­chego, któ­rego upie­rze­nie smo­li­ste czar­nym jak noc było i któ­rego powol­ność gra­ni­czyła z pogardą. Tui, skryty przed wzro­kiem, jął śpie­wać, wsze­lako roz­pa­lona ma fan­ta­zja mocą ludz­kiej mowy go nagro­dziła.

-?Oko za oko! -?przede mną wołał, prze­la­tu­jąc labi­ryn­tem pąków, gałą­zek i cierni. -?Oko za oko!

Po wyczer­pu­ją­cej wspi­naczce zdo­by­łem szczyt, lubo dotkli­wie nad­we­rę­żony i podra­pany, o godzi­nie jakiej, nie wiem, gdy­żem zanie­dbał wie­czoru prze­szłego zega­rek mój kie­szon­kowy nakrę­cić. Mgła nie­prze­nik­niona, co wyspy te nawie­dza (abo­ry­geń­ska nazwa R?kohu, powiada pan D'Arnoq, "Słońce Mgieł" ozna­cza) opa­dła, gdym ja się wspi­nał, umi­ło­wana ma pano­rama niczym wię­cej zatem była niźli czub­kami drzew zni­ka­ją­cymi w mżawce. Nędzna to nagroda za me trudy.

"Szczyt" Stoż­ko­wego Wierz­chołka kra­ter sta­no­wił, o śred­nicy na rzut kamie­niem, oka­la­jący spa­dek o ścia­nach ze ska­li­stych sto­ków, któ­rego dno nie­wi­doczne leżało, daleko a daleko niżej żałob­nego listo­wia drzew kopi, w licz­bie grosa lub wię­cej. Nie życzył­bym sobie głębi jego badać bez pomocy lin i oskarda. Okrą­ża­łem kra­teru zrąb, wypa­tru­jąc wyraź­niej­szego szlaku jakiego na powrót do Ocean Bay, gdy nagłe szu-szu! na zie­mię mię posłało -?umysł wstręt do pustki czuje i nawyk ma zalud­niać ją fan­to­mami, tak oto zoczy­łem wprzód szar­żu­ją­cego wie­prza z kłami, potem maory­skiego wojow­nika z dzidą w górę wznie­sioną, co na twa­rzy wypi­saną miał nie­na­wiść przod­ków swych, wła­ściwą jego rasie.

Wsze­lako był to tylko alba­tros, skrzy­dłami łopo­cący w powie­trzu jak żaglo­wiec. Patrza­łem za nim, jak ginie w prze­świe­ca­ją­cej mgle. Całego jarda do kra­teru kra­wę­dzi mi bra­ko­wało, jed­nako, ku zgro­zie mej, zie­mia pode mną ugięła się jak sko­rupa na łoju -?nie na grun­cie twar­dym sta­łem, ale na nawi­sie! Zapa­dłem się po prze­ponę, traw się chwy­ta­jąc despe­racko, ale te w pal­cach się prze­rwały i runą­łem w dół, niby mane­kin do studni ciśnięty! Pamię­tam wiro­wa­nie w próżni, wrza­ski, patyki dra­piące oczy, młynki w powie­trzu, kurtkę roz­dartą i luźno wiszącą; ziemi osyp; ocze­ki­wa­nie na ból; nagłą, bez­ładną modli­twę o pomoc; krzak, co spo­wal­nia upa­dek, lubo go nie wstrzy­muje, i próby bez­na­dziejne odzy­ska­nia ekwi­li­brum -?gdy się zsu­wam -?terra firma wresz­cie pędzącą mi na spo­tka­nie. Zde­rze­nie cał­ko­wi­cie zmy­sły me zamro­czyło.

W pie­rzy­nach z mgły i na podusz­kach przez lato pod­su­wa­nych leża­łem, w sypialni w San Fran­ci­sco, do mojej podob­nej. Słu­żący o karła postu­rze rzekł:

-?Dureń, Ada­mie, z cie­bie straszny.

Weszli Tilda z Jack­so­nem, wsze­lako, gdym try­umf wyra­zić chciał, z ust mych wybu­chło tylko gar­dłowe szcze­ka­nie, jak u indiań­skiej rasy! Żona ma i syn wsty­dem się okryli za moją przy­czyną i do kola­ski wsie­dli. Rzu­ci­łem się w pogoń, pra­gnąc nie­po­ro­zu­mie­nie owo wyja­śnić, lecz kola­ska zni­kała w ucie­ka­ją­cej dali, ażem się w zadrze­wio­nym zmierz­chu zbu­dził i w ciszy, grzmią­cej, wie­czy­stej. Sińce me, ska­le­cze­nia, mię­śnie i koń­czyny jęczały jak w sądzie pro­ce­su­jące się strony.

Posła­nie z mchu i ściółki, wyło­żone w tym wądole mrocz­nym od dru­giego dnia Stwo­rze­nia, oca­liło me życie. Anio­ło­wie znać członki me zacho­wali, bo jeśli­bym bodaj jedną nogę czy rękę zła­mał, na­dal bym tam leżał, wydo­być się nie mogąc, śmierci cze­ka­jąc od żywio­łów albo z bestii pazu­rów. Na nogi się podźwi­gnąw­szy i zoba­czyw­szy, jak dale­kom się zsu­nął i upadł (na wyso­kość fok­masztu), bez więk­szej krzywdy dla osoby mej, podzię­ko­wa­łem Panu za oca­le­nie, zaprawdę bowiem, wzy­wa­łeś mię w uci­sku i wyba­wi­łem cię; wysłu­cha­łem cię w osło­nie burzy14.

Wzrok mój przy­wykł do pomroki i oczom widok uka­zał się jed­nako nie­za­tarty, strasz­liwy i wznio­sły. Wprzód jedna, dzie­sięć potem, wresz­cie setki twa­rzy z wiecz­nej sza­ro­ści się wyło­niły, topo­rem w korze wycio­sane przez bał­wo­chwal­ców, niby duchy arbo­re­alne, znie­ru­cho­miałe pod zaklę­ciem okrut­nego maga. Epi­tet żaden odpo­wied­nio nie skre­śli obrazu tego bazy­lisz­ków ple­mie­nia! Tylko nie­oży­wione może być tak żywym. Kciu­kami wodzi­łem po ich fizjo­gno­miach ohyd­nych. Nie wąt­pię, żem pierw­szym był Bia­łym w tem mau­zo­leum od jego pre­hi­sto­rycz­nej inau­gu­ra­cji. Naj­młod­szy z den­dro­gli­fów, jak mnie­mam, dzie­sięć lat ma, lecz star­sze, roz­dęte na korze, kiedy drzewa rosły, wyrze­zane zostały ostrzem pogan, któ­rych duchy wła­sne już od dawien dawna wymarłe. Pra­daw­ność taka z pew­no­ścią rękę Moriori pana D'Arnoqa przed­sta­wiała.

Czas pły­nął w tym miej­scu zaklę­tym i natę­ża­łem się, by naleźć spo­sób ucieczki, ośmie­lany świa­do­mo­ścią, że two­rzy­ciele owych "rzeźb drzew­nych" muszą mieć spo­sób na regu­larne tegoż dołu opusz­cza­nie. Jedna ściana mniej stromo wyglą­dała niźli insze, a włók­ni­ste pną­cza coś na obraz "oli­no­wa­nia" ofe­ro­wały. Goto­wa­łem się do wspi­naczki, gdy uwagę mą zwró­ciło zagad­kowe "bucze­nie".

-?Kto tam idzie?! -?zawo­ła­łem (czyn pochopny jak na Bia­łego intruza bez broni i w świą­tyni pogan). -?Okaż się!

Cisza słowa me wraz z echem pochło­nęła i drwiła ze mnie. Przy­pa­dłość ma w śle­dzio­nie się ozwała. "Bucze­nie" wio­dło do chmary much, krą­żą­cych wkoło wypu­kło­ści na uła­maną gałąź nadzia­nej. Szturch­ną­łem ów guz paty­kiem sosno­wym i zwy­mio­to­wa­łem bez mała, bo był to kawał cuch­ną­cych trzewi. Obró­ci­łem się, by uciec, lecz nie mogłem odejść bez roz­wia­nia mrocz­nych podej­rzeń, że to ludz­kie serce na drze­wie wisiało. Nos i usta okry­łem chu­s­teczką, a paty­kiem tkną­łem ode­rwaną wnętrz­ność. Organ zadrgał jak żywy! Pie­kąca ma przy­pa­dłość w górę po krę­go­słu­pie strze­liła. Niby we śnie (choć sen to nie był!), blada sala­man­dra wychy­nęła ze swego w tru­chle zamiesz­ka­nia i w oka­mgnie­niu po patyku wbie­gła na mą rękę! Patyk w bok cisną­łem i nie dostrze­głem, gdzie sala­man­dra zni­kła. Krew strach mi ściął i czym prę­dzej sal­wo­wać się chcia­łem ucieczką. Napi­sać łatwiej, niż zro­bić, bo jeśli­bym się ześli­zgnął był i na powrót runął ze ścian, co o zawrót głowy przy­pra­wiały, szczę­śliwy traf mógłby upadku mego powtór­nie już nie zła­go­dzić, jed­nako wgłę­bie­nia na stopy w skale były wycio­sane i przez łaskę Pana brzeg kra­teru zdo­by­łem bez nie­for­tun­nych przy­pad­ków.

Nala­zł­szy się znów w posęp­nej chmu­rze, tęsk­ni­łem za obec­no­ścią ludzi wła­snej mej barwy, tak, nawet żegla­rzy gru­biań­skich z Musz­kietu, i jąłem scho­dzić w tym cza­sie -?jak mnie­ma­łem -?ku połu­dniu. Posta­no­wie­nie me wprzód uczy­nione, by o wszyst­kim, com widział, donieść (z pew­no­ścią pan Wal­ker, Kon­sul de facto i de iure, winien powia­do­mio­nym zostać o rabunku serca ludz­kiego?), sła­bło, gdym się do Ocean Bay zbli­żał. Na­dal nie posta­no­wi­łem, o czym raport zło­żyć i komu. Serce naj­pew­niej wie­prza było lub owcy. Per­spek­tywa Wal­kera i jemu podob­nych, drzewa oba­la­ją­cych i przeda­ją­cych den­dro­glify kolek­cjo­ne­rom, w mym sumie­niu budziła odrazę. Może kto sen­ty­men­ta­li­stą mię nazwać, wsze­lako nie pra­gnę się przy­czy­nić do zada­nia Moriori osta­tecz­nego gwałtu15.

Wieczorem ~

Krzyż Połu­dnia jasno na nie­bie już świe­cił, nim Henry powró­cił do Musz­kietu, jako że roz­chwy­ty­wany był przez więk­szą liczbę miesz­kań­ców wyspy, pra­gną­cych porady "Uzdra­wia­cza wdowy Bry­den" w kwe­stii ruma­ty­zmów, jago­dzicy i obrzę­ków.

-?Gdy­byż ziem­niaki dola­rami były -?narze­kał mój przy­ja­ciel -?od Nabu­cho­do­no­zora był­bym bogat­szy!

Nie­po­koił się mą (okro­joną mocno w rela­cji) fatalną przy­godą na Stoż­ko­wym Wierz­chołku i nale­gał na zba­da­nie mych obra­żeń. Wprzód słu­żącą zago­ni­łem, by zgo­to­wała mi kąpiel, i wysze­dłem z niej na zdro­wiu wzmoc­niony. Henry poda­ro­wał mi sło­iczek bal­samu na me infla­ma­cje i odmó­wił przy­ję­cia za niego choć centa. Oba­wia­jąc się, że może to być szansą ostat­nią zasię­gnię­cia porady u facho­wego dok­tora (Henry ku odrzu­ce­niu oferty kpt. Moly­neux się skła­nia), odsło­ni­łem przed nim swe obawy vis-a-vis przy­pa­dło­ści mej. Wysłu­chał poważ­nie i o czę­sto­tli­wość, a nadto czas trwa­nia ata­ków zapy­tał. Henry żało­wał, że czasu nie miał ani apa­ra­tury dla peł­nej dia­gnozy, lubo zale­cił, bym po powro­cie do San Fran­ci­sco pil­nie nalazł spe­cja­li­stę od para­zy­tów tro­pi­kal­nych. (Na wyzna­nie zdo­być się nie mogłem, że ani jed­nego takiego nie ma).

W sen nie zapa­dam.

Czwartek, 14 listopada ~

Z portu wyru­szamy z poran­nym odpły­wem. Raz jesz­cze stoję na pokła­dzie "Wieszczki", ale uda­wał nie będę, żem kon­tent. W trum­nie mej zło­żone są teraz trzy zwoje słuszne liny, po któ­rych wspi­nać się jestem przy­mu­szo­nym, by do koi się dostać, bo pod­łogi na cal nawet spod nich nie widać. Pan D'Arnoq pół tuzina beczek pro­wi­zji roz­ma­itej kwa­ter­mi­strzowi sprze­dał oraz belę żaglo­wego płótna (ku Wal­kera odra­zie). Wszedł na pokład dla peł­nie­nia nad­zoru nad ich zała­dun­kiem i dla ode­bra­nia samemu zapłaty, a nadto pomyśl­nych wia­trów mi życzył. W trum­nie mej ści­śnięci byli­śmy jak dwa śle­dzie w beczce, wyszli­śmy więc na pokład, bo wie­czór przy­jemny. Po prze­dys­ku­to­wa­niu róż­no­rod­nych mate­rii uści­snę­li­śmy sobie dło­nie i zszedł na pokład cze­ka­ją­cego go keczu, któ­rego sprawną załogę dwóch posłu­ga­czy rasy mie­sza­nej sta­no­wiło.

Pan Rode­rick nie­wiele miał zro­zu­mie­nia dla mej pety­cji, by linę kło­po­tliwą w insze miej­sce usu­nięto, on bowiem zobli­go­wany był opu­ścić swą pry­watną kabinę (dla przy­czyny, o któ­rej poni­żej) i do kubryku się prze­nieść ze zwy­kłymi mary­na­rzami, któ­rych liczba o pię­ciu Kasty­lij­czy­ków uro­sła, "upo­lo­wa­nych" od kotwi­czą­cego w Bay Hisz­pana. Ich kapi­tan obraz Furii przed­sta­wiał, lecz mimo że mało wojny "Wieszczce" nie wydał -?a w bitwie z pew­no­ścią z nosa by mu krew pusz­czono, bo dowo­dzi naj­dziu­raw­szą z kryp -?może jedy­nie gwiaz­dom dzię­ko­wać, że kpt. Moly­neux nie był w potrze­bie więk­szej liczby dezer­te­rów. Już same słowa "rejs do Kali­for­nii" zło­tem łyskają i wabią tamże wszyst­kich ludzi, jak ćmy ku lam­pie. Owych pię­ciu zastąpi dwóch dezer­te­rów zbie­głych w Bay of Islands, a nadto rąk, które burza zabrała, na­dal wsze­lako kilku nam męż­czyzn bra­kuje do peł­nej liczby załogi. Fin­bar powiada, że ludzie na nowe usta­le­nia sar­kają, bo z panem Rode­rickiem, w kubryku zakwa­te­ro­wa­nym, nie mogą do woli opo­wie­ści snuć nad butel­czyną.

Los wyna­gro­dził mi pięk­nie. Opła­ciw­szy rachu­nek odrzy­skóry Wal­kera (a nie dałem szu­braw­cowi ni centa wię­cej), pako­wa­łem kufer z chle­bo­wego drewna, gdy Henry wszedł i przy­wi­tał mię w te słowy:

-?Witaj, kom­pa­nie podróży!

Bóg mych modlitw wysłu­chał! Henry posadę Dok­tora Pokła­do­wego przy­jął i jużem nie jest bez przy­ja­ciół w tej pły­wa­ją­cej zagro­dzie. Takim mułem upar­tym jest pospo­lity mary­narz, że miast wdzięcz­no­ści, iż dok­tor będzie pod ręką, by w łubki zła­ma­nia im wsta­wiać i infek­cje leczyć, tylko docho­dzą ich sar­ka­nia:

-?A co my są, byśmy Dok­tora Pokła­do­wego wieźli, co cho­dzić nie potrafi po buksz­pry­cie? Barka Jej Wyso­ko­ści?

Wyznać muszę pewną urazę, gdy kpt. Moly­neux udzie­lił pła­cą­cemu jak ja za rejs dżen­tel­me­nowi jedy­nie żało­snej koi, choć obszer­niej­sza kabina cały czas była w jego dys­po­no­wa­niu. Dużo więk­szą wagę jed­na­koż przy­wią­zuję do zło­żo­nej przez Henry'ego obiet­nicy obró­ce­nia swych nie­by­wa­łych talen­tów ku dia­gno­zie mej przy­pa­dło­ści, jak tylko w morze wypły­niem. Ulga ma wprost nie­opi­sana.

Piątek, 15 listopada ~

Pod­nie­śli­śmy kotwicę o świ­cie, nie zwa­ża­jąc, że pią­tek dla mary­na­rzy pecho­wym jest Jona­szem. (Kpt. Moly­neux bur­czy: "Prze­sądy, Dnie Świę­tych i insze prze­klęte dyr­dy­mały dobre są, psia­krew, dla Papi­stow­skich bab, lecz ja w tym inte­re­sie jestem przy­mu­szo­nym o zyski dbać!").

Nie wybra­li­śmy się z Hen­rym na pokład, bo ręce wszyst­kie przy takie­lunku były zajęte, a i wiatr połu­dniowy wiał mocno na peł­nym morzu; sta­tek dokucz­liwy był zeszłej nocy, a dzi­siaj nie mniej. Pół dnia spę­dzi­li­śmy na apteki Henry'ego urzą­dza­niu. Prócz ekwi­punku moder­nego dok­tora, przy­ja­ciel mój w posia­da­niu jest kilku tomów uczo­nych po angiel­sku, nie­miecku i po łaci­nie. Skrzy­neczka "spek­tra" prosz­ków w butel­kach kor­kiem zatknię­tych zawiera, pod­pi­sa­nych greką. Henry łączy je dla roz­ma­itych pigu­łek i maści powsta­nia. Zer­k­nę­li­śmy przez luk ku połu­dniu -?Cha­thamy kro­pecz­kami inkau­stu były na oło­wia­nym hory­zon­cie, wsze­lako prze­wa­la­nie się i koły­sa­nie nie­bez­piecz­nym jest dla tych, któ­rych nogi wcza­so­wały tydzień na brzegu.

Popołudniem ~

Szwed Tor­gny do drzwi mej trumny zapu­kał. Rów­nie zasko­czony, co zacie­ka­wiony ukrad­ko­wym zacho­wa­niem, pro­si­łem, by wszedł. Przy­siadł na liny "pira­mi­dzie" i że przy­nosi pro­po­zy­cję od koła mary­na­rzy wyszep­tał.

-?Powiedz pan nam, gdzie żyły są naj­lep­sze, te tajemne, co wy miej­scowi tylko dla sie­bie trzy­ma­cie. Ja i kam­raci robotą się zaj­miem, pan będziesz tylko sie­dział pięk­nie, a dzie­siątą część dosta­niesz.

Chwilę nie­jaką zajęło mi zro­zu­mie­nie, że Tor­gny myśli w kali­for­nij­skich kopal­niach drą­żyć. Czyli dezer­cja powszechna jawi się na spraw hory­zon­cie, gdy tylko "Wieszczka" do celu zawi­nie, i przy­znaję, że sym­pa­tie me lokują się po stro­nie mary­na­rzy! Co rze­kł­szy, przy­sią­głem Tor­gny'emu, że wie­dzy żad­nej o zło­żach złota rze­czo­nych nie mam, gdyż przez rok miniony nie­obecny byłem, lubo chęt­nie i darmo mapę ułożę, ilu­stru­jącą osła­wione "Eldo­ra­dos". Tor­gny na to przy­stał. Z tego dzien­nika wyrwaw­szy stro­nicę, schema szki­co­wa­łem: "Sau­sa­lito, Bene­cia, Sta­ni­slaus, Sacra­mento, etc.", gdy nie­życz­liwy głos się ozwał:

-?Wróż­biar­stwo jakie czy co, mości Kuta­zwi­sie?

Nie sły­sze­li­śmy byli, jak Boer­ha­ave scho­dami zszedł i pchnię­ciem roz­warł drzwi na oścież! Tor­gny zakrzyk­nął w kon­ster­na­cji, winę swą po trzy­kroć tym wyzna­jąc.

-?Cóż tam -?cią­gnął nasz ofi­cer -?cóż to za sprawki masz pan z naszym pasa­że­rem, par­chu sztok­holm­ski?

Tor­gny stał onie­miały, ale ja stra­szyć się nie dałem i odrze­kłem gbu­rowi, żem opi­sy­wał godne ujrze­nia "widoki" mego mia­sta, dla zgo­to­wa­nia Tor­gny'emu atrak­cji, gdy na ląd zej­dzie.

Boer­ha­ave brwi uniósł.

-?Zatem to pan teraz zej­ście na ląd mary­na­rzom przy­zna­jesz, czy tak? To mi nowina dla mych sta­rych uszu. Pan pozwo­lisz ten papier, panie Ewing.

Nie pozwo­li­łem. Mój poda­rek dla żegla­rza nie dla Holen­dra był do rekwi­ro­wa­nia.

-?Och, o wyba­cze­nie pro­szę, panie Ewing. Tor­gny, odbierz poda­rek. - Wyboru nie mia­łem, jak tylko przy­bi­temu Szwe­dowi go wrę­czyć. Pan Boer­ha­ave rzekł: -?Tor­gny, daj mi swój poda­rek w jed­nej chwili albo, na bramy pie­kieł, będziesz dnia żało­wać, gdy­żeś z matki [pióro me przed zapi­sa­niem tej pro­fa­na­cji się wzdraga] wypełzł.

Szwed, prze­ra­żony śmier­tel­nie, jak mu kazano, zro­bił.

-?Wielce kształ­cące -?zauwa­żył Boer­ha­ave, mej kar­to­gra­fii się przy­glą­da­jąc. -?Kapi­tan w zachwy­tach będzie, gdy dowie się o sta­ra­niach pań­skich dla dopo­mo­że­nia naszym majt­kom par­cha­tym, panie Ewing. Tor­gny, na masz­cie wachtę trzy­masz dwa­dzie­ścia cztery godziny. Czter­dzie­ści ośm, jak kto zoba­czy, że jesz i pijesz. Pij sz-y wła­sne, jak cię pra­gnie­nie naj­dzie.

Tor­gny uciekł, wsze­lako ofi­cer jesz­cze ze mną nie skoń­czył.

-?Rekiny w tych wodach żerują czę­sto, mości Kuta­zwi­sie. Za stat­kami pły­wają, cze­ka­jąc na przedni kąsek. Widzia­łem kie­dyś, jak jeden żarł pasa­żera. Ów, jak pan, o bez­pie­czeń­stwo wła­sne nie dbał i za burtę wypadł. Sły­sze­li­śmy krzyki. Żar­ła­cze ludo­jady figlują z obia­dem, z wolna pod­ja­dają, tu nóżkę skubną, ówdzie co insze, a tam­ten nie­szczę­śnik żył dłu­żej, niż­byś pan mnie­mał. Roz­waż to pan. -?Drzwi mej trumny zamknął. Boer­ha­ave, tak jak gbury i despoci, szczyci się, że tak znie­na­wi­dzo­nym jest, że aż mu to roz­głosu przy­daje.

Sobota, 16 listopada ~

Losu zrzą­dze­niem naj­więk­sza z nie­przy­jem­no­ści na mnie spa­dła w całej mej dotych­cza­so­wej podróży! Cień Sta­rego R?kohu pchnął mnie, któ­rego jedy­nym pra­gnie­niem są spo­kój i dys­kre­cja, pod prę­gierz podej­rzeń i plo­tek! A jed­nak prze­wina moja w tym tylko, co się tyczy ufno­ści chrze­ści­jań­skiej i nie­ubła­ga­nej złej for­tuny! Mie­siąc do dnia upły­nął, odkąd Nową Połu­dniową Walię opu­ści­li­śmy, gdym zapi­sał owo pogodne zda­nie: "Anty­cy­puję nudną podróż, nie­za­kłó­coną niczym". Jak­żeż wpis ten drwi teraz ze mnie! Nie zapo­mnę ni­gdy ostat­nich godzin ośm­na­stu. Wsze­lako, skoro spać nie mogę ani myśleć (a Henry już w pościeli), jedyną mą od bez­sen­no­ści ucieczką jest Szczę­ścia zakli­na­nie na tych współ­czu­ją­cych stro­ni­cach.

Nocy zeszłej do mej trumny wró­ci­łem "umę­czon jak pies". Po modli­twy zmó­wie­niu zdmuch­ną­łem lampę i miriadą gło­sów koły­sany zapa­dłem w pły­ci­zny snu, gdy ochry­pły głos w trum­nie mej! mię zbu­dził i oczy me sze­roko roz­warł w prze­stra­chu!

-?Pan Ewing -?zakli­nał naglący szept -?pan nie boi, pan Ewing, nie krzywda, pro­szę, nie krzy­czy.

Pod­sko­czy­łem mimo­wol­nie i głową o gródź wal­ną­łem. Przy bursz­ty­no­wej poświa­cie sączą­cej się przez spa­czone drzwi i przy gwiazd bla­sku wpa­da­ją­cym przez bulaj ujrza­łem, jak wąż liny ze zwoju się roz­wija i oswo­ba­dza się kształt czarny, jak zmarły przy Ostat­niej Trą­bie! Potężna ręka wychy­nęła z ciem­no­ści i usta me zakryła, nimem zdą­żył głos wydać!

Napast­nik mój syk­nął:

-?Pan Ewing, nie ma krzywdy, pan bez­pieczny, ja zna­jomy pan D'Arnoq -?on chrze­ści­ja­nin -?pan cicho będzie, pro­szę!

Roz­są­dek naresz­cie zebrał siły prze­ciw stra­chom. Człek to, nie duch żaden, w mej kaju­cie się skry­wał. Jeśliby chciał gar­dło me pode­rżnąć za nakry­cie głowy, buty i puz­dro z papie­rami praw­nymi, już bym nie żył. Jeśli mój straż­nik ukry­tym pasa­że­rem był, toż on szcze­gól­niej, nie ja, o życie bać się winien. Po jego mowie nie­ocio­sa­nej, po lek­kiej postu­rze i po woni India­nina w nim pozna­wa­łem, samot­nego na łodzi z Bia­łymi w licz­bie pięć­dzie­się­ciu. Zgoda. Kiw­ną­łem głową z wolna dla dania znaku, że nie będę krzy­czeć.

Ostrożna dłoń uwol­niła me usta.

-?Ja Autua -?powie­dział. -?Ja znam pana, pan mię widział, pan lituje.

Zapy­ta­łem, o czym mówi?

-?Bat Maorysa, pan widział.

Pamięć zwy­cię­żyła nad dzi­wacz­no­ścią sytu­acji i przy­po­mnia­łem sobie Moriori bato­żo­nego przez "Króla Jasz­czu­rów". To mu dodało otu­chy.

-?Pan dobry czło­wiek, pan D'Arnoq powiada, że pan dobry czło­wiek. On ukrył mię w pana kabi­nie wczo­raj wie­czór, ja uciekł. Pan pomoże, pan Ewing.

Z wnę­trza mego jęk się dobył! I jego dłoń me usta przy­kryła na nowo.

-?Jak pan nie pomoże, ja trup.

Wszystko prawda, pomy­śla­łem, a nadto za sobą mnie na dno pocią­gniesz, jeśli kpt. Moly­neux o mej nie­win­no­ści prze­ko­nać nie zdoła! (Pło­ną­łem z obu­rze­nia na czyn kazno­dziei i na­dal płonę. Nie­chaj sam dla sie­bie zachowa swe "sprawy słuszne" i zostawi nie­win­nych prze­chod­niów w pokoju!). Rze­kłem India­ni­nowi, że już teraz "on trup". "Wieszczka" stat­kiem była han­dlo­wym, nie zaś tajemną "koleją pod­ziemną" dla oca­lo­nych nie­wol­ni­ków.

-?Ja dobry mary­narz -?nale­gał Negr. -?Zapra­cuję podróż!

-?Zna­ko­mi­cie -?odrze­kłem (zwąt­pie­nia pełen o jego zapew­nie­niach w mate­rii żeglar­skiego rodo­wodu) i upra­sza­łem, by nie­zwłocz­nie w łaskę kapi­tana się oddał.

-?Nie. Oni nie słu­chają. "Płyń z powro­tem, Negr", mówią i rzucą mię w morze. Pan praw­nik, tak? Pan idź, pan mów. Ja tu będę, ja scho­wam! Pro­szę. Kapi­tan słu­cha pan Ewing. Pro­szę.

Próżno prze­kła­da­łem mu, że żad­nemu wsta­wien­nic­twu kpt. Moly­neux nie był mniej przy­chylny, jak pocho­dzą­cemu od Jan­kesa Adama Ewinga. Moriori samot­nym był w swej przy­go­dzie i nie pra­gną­łem w niej udziału. Dłoń jego moją nala­zła i z kon­ster­na­cją poczu­łem, jak me palce zaci­ska wokół ręko­je­ści noża. Sta­now­cze i ponure żąda­nie wyra­ził.

-?Pchnij mię. -?Ze spo­ko­jem prze­ra­ża­ją­cym i pew­no­ścią przy­ło­żył sztych do gar­dła.

Powie­dzia­łem India­ni­nowi, że sza­lo­nym jest.

-?Nie sza­lony. Jak pan nie pomoże, to pan mnie tak samo zabije. Pan wie, to prawda. -?(Zakli­na­łem go, by wstrze­mięź­liwy był i wyro­zu­miały). -?To zabij mię. Inszym mów: ja napadł i pan zabił. Ja nie dla ryb, pan Ewing. Lepiej tu umrzeć.

Klnąc me sumie­nie raz, los mój dwa­kroć, a trzy­kroć pana D'Arnoqa, pro­si­łem, by nóż scho­wał i, na nie­biosa, skrył się, by nikt z załogi nie usły­szał go i do drzwi nie zało­mo­tał. Z kapi­ta­nem przy­rze­kłem poroz­ma­wiać przy śnia­da­niu, bo sen mu teraz prze­ry­wać to pogrą­żyć całe przed­się­wzię­cie. India­nin kon­tent się poczuł i dzię­ko­wać mi zaczął. Na powrót w zwoje liny się wsu­nął, mię zosta­wia­jąc z nie­mo­żeb­nym omal zada­niem uło­że­nia linii obrony Abo­ry­gena ukry­tego na pokła­dzie angiel­skiego szku­nera, bez ścią­gnię­cia na jego odkrywcę i kom­pana z kabiny o kon­spi­ra­cję oskar­żeń. Oddech poga­nina rzekł mi, że zasnął. Kusiło mię do drzwi się rzu­cić i o pomoc krzy­czeć, wsze­lako w oczach Boga sło­wem się zwią­za­łem, nic to, że z India­ninem.

Kako­fo­nia trzesz­czą­cych desek, masz­tów roz­chwia­nych, naprę­ża­nych lin, łopo­cą­cych płó­cien, stóp na pokła­dzie, becze­nia kóz, chro­botu szczu­rzego, ude­rzeń pomp, dzwo­nów wachty dzie­lą­cych, bija­tyk i śmie­chów z kubryku, komend, szant przy kotwicz­nej win­dzie i odwiecz­nego domi­nium Tetydy; wszystko mię koły­sało, gdym kal­ku­lo­wał, jak naj­le­piej prze­ko­nać kpt. Moly­neux o mej nie­win­no­ści w spi­sku pana D'Arnoqa (muszę teraz czuj­niej­szym być, niźli kie­dy­kol­wiek bądź, aby dzien­nika tego nie­przy­ja­zne oczy nie czy­tały), gdy wrzask fal­se­tem, co w oddali się począł, ale z pręd­ko­ścią bełta z kuszy się przy­bli­żał, uci­szyły deski pokładu, o cale zale­d­wie od miej­sca, gdziem leżał.

Taki koniec fatalny! Na brzu­chu leża­łem, w szoku, zesztyw­niały, zapo­mi­na­jąc oddy­chać. Okrzyki pod­nio­sły się dalej i bli­żej, kroki zebrały się w miej­scu i larum "Dok­tora Goose'a budzić!" pod­nie­siono.

-?Bie­dak z lin spadł, trup. -?India­nin wyszep­tał, gdym śpie­szył zba­dać amba­ras. -?Nic pan moż­li­wo­ści nie ma, pan Ewing.

Naka­za­łem mu w ukry­ciu pozo­stać i wysze­dłem pośpiesz­nie. Mnie­mam, że India­nin wyczuł, jak kusiło mię użyć oka­zji wypadku i go wydać.

Załoga stała wokół czło­wieka u pod­stawy środ­ko­wego masztu twa­rzą do dołu leżą­cego, w migo­tli­wym świe­tle lampy pozna­łem jed­nego z Kasty­lij­czy­ków. (Przy­znam, że emo­cją, jaką wprzód poczu­łem, ulga była, że nie Rafael, a inszy spadł po swą śmierć). Pod­słu­cha­łem, jak Island­czyk mówił, że zmarły od ziom­ków w karty wiele racji araku wygrał i cały go wypił przed wachtą. Henry przy­był w koszuli noc­nej z dok­tor­skim sakwo­ja­żem. Przy­kląkł przy bez­ład­nym ciele, pulsu szu­kał, ale głową pokrę­cił.

-?Ten już dok­tora nie potrze­buje.

Pan Rode­rick Kasty­lij­czyka buty zzuł i z odzie­nia go roze­brał na aukcję, a Man­kin trze­cio­rzędne płótno wor­kowe przy­niósł na całun nie­bosz­czyka. (Pan Boer­ha­ave odli­czy płótno od intraty z aukcji). Mary­na­rze do kubryku lub na poste­runki swe powró­cili w ciszy, każdy posępny po takim dowo­dzie kru­cho­ści żywota. Henry, pan Rode­rick i ja zosta­li­śmy popa­trzeć, jak Kasty­lij­czycy odpra­wiają swe pogrze­bowe obrzędy kato­lic­kie nad kra­ja­nem przed zawi­nię­ciem go w płótno i odda­niem ciała głę­bi­nie ze łzami i bole­snym adios!

-?Połu­dniowcy namiętni -?zauwa­żył Henry, gdy mi dobrej nocy życzył.

Pra­gną­łem ogrom­nie sekre­tem mym podzie­lić się z przy­ja­cie­lem, wsze­lako ugry­złem się w język, aby moja gada­tli­wość jemu szkody nie przy­nio­sła.

* * *

Po sce­nie owej melan­ko­licz­nej wra­ca­jąc, ujrza­łem blask lampy w kam­bu­zie. Śpi tam Fin­bar dla "pil­no­wa­nia przed zło­dzie­jasz­kami", ale jego także zbu­dził nocny har­mi­der. Przy­po­mnia­łem sobie, że ukryty podróżny pew­nie dzień cały i pół nie jadł, i obaw pełen byłem, do jakich to bestial­skich nie­pra­wo­ści mógł bar­ba­rzyńcę żołą­dek czczy przy­mu­sić. Czyn ten mógł prze­ciw mnie prze­ma­wiać dnia następ­nego, ale kucha­rzowi rze­kłem, że głód wil­czy odbie­rał mi sen i (po cenie dwa­kroć zwy­kłej "na oko­licz­ność nie­co­dzien­nej pory") zdo­by­łem talerz kapu­sty kwa­szo­nej, kieł­basy i bułek twar­dych jak kule armat­nie.

W pry­wat­no­ści mej kabiny bar­ba­rzyńca podzię­ko­wał mi za poczciwe serce i poży­wił się wik­tem skrom­nym, jakby danie pocho­dziło z Pre­zy­denc­kiego Rautu. Praw­dzi­wych mych moty­wów nie wyzna­łem -?wszak, im żołą­dek jego peł­niej­szy, tym mniej skłonny był mnie kosz­to­wać -?ale zapy­ta­łem go za to, czemu przy bato­że­niu uśmiech­nął się był do mnie.

-?Ból mocny, ale przy­ja­ciela oczy moc­niej­sze.

Rze­kłem mu, że o mnie nic bez mała nie wie, a i ja nic o nim. W oczy me pal­cem wymie­rzył, poczem we mnie, jak gdyby ów gest pro­sty star­czał za całą eks­pli­ka­cję.

Gdy upły­wała wachta środ­kowa, wiatr sil­niej­szy się zerwał, od któ­rego deski jęczały, a wzbu­rzone morze obmy­wało pokłady. Woda mor­ska nie­ba­wem do mej trumny kapać zaczęła, po ścia­nach ciek­nąc struż­kami i koc mój mocząc.

-?Mogłeś na kry­jówkę wybrać sobie such­szą dziurę -?wyszep­ta­łem dla zba­da­nia, czy India­nin w sen zapadł.

-?Bez­piecz­nie lepiej niż sucho, pan Ewing -?wymam­ro­tał, rów­nie jak ja czujny.

Dla­czego, zapy­ta­łem, tak go okrut­nie w indiań­skim siole bito?

Zapa­dła cisza jak makiem zasiał.

-?Nazbyt dużo świata widział. Ja zły nie­wol­nik.

Dla odgo­nie­nia cho­roby mor­skiej w czas tych burz­li­wych godzin nakło­ni­łem India­nina, by swą histo­rię wyja­wił. (Nie mogę, co prawda, zaprze­czyć, żem też był cie­kaw). W swej łama­nej mowie ją przed­sta­wił, tutaj więc jedy­nie sedno jej wyłożę.

* * *

Statki Bia­łych losu zmienne koleje spro­wa­dziły na Stare R?kohu, jak powia­dał pan D'Arnoq, lecz takoż i cuda. W dzie­cię­cych latach mój India­nin Autua tęsk­nił wię­cej się nauczyć od owych bla­do­skó­rych ludzi z miejsc, któ­rych ist­nie­nie w cza­sach jego dziada do dzie­dziny mitów przy­na­le­żało. Autua utrzy­muje, że ojciec jego był śród tych tubyl­ców, co napo­tkali eks­pe­dy­cję porucz­nika Bro­ugh­tona przy­bi­ja­jącą do brzegu Skir­mish Bay, i dzie­ciń­stwo spę­dził, wysłu­chu­jąc histo­rii wciąż na nowo opo­wia­da­nych -?o "Wiel­kim Alba­tro­sie" wio­słu­ją­cym w poran­nej mgle; o jego barw­nie upie­rzo­nych, cudacz­nie złą­czo­nych słu­gach, co w kanu ku brze­gowi tyłem pły­nęli; o papla­ni­nie dziw­nej sług Alba­trosa (mowie pta­ków?); o ich zia­niu dymem; o ich ohyd­nym gwał­ce­niu tapu, co zaka­zuje obcym kanu doty­kać (dotyk taki klą­twę na łodzie spro­wa­dza i nie­zdat­nymi czyni je do pły­wa­nia, jakby je topo­rem tknąć); o wyni­kłych zwa­dach; o owych "grzmią­cych kijach", któ­rych gniew magiczny zabić mógł czło­wieka przez dłu­gość przy­brzeż­nego pia­sku; i o prze­pa­sce jak ocean błę­kit­nej, bia­łej jak obłok i czer­wo­nej jak krew, którą słu­dzy owi na drągu zatknęli, nim powio­sło­wali na powrót do Alba­trosa. (Flagę tę usu­nięto i przy­nie­siono wodzowi, który dum­nie obno­sił ją, aż go zołzy16 zabrały ze świata).

Autua miał wuja, Koche, który na pokład bostoń­skiego poła­wia­cza fok się zacią­gnął circa 1825 roku. (India­nin nie jest pew­nym w mate­rii swego dokład­nego wieku). Moriori cenio­nych człon­ków załogi na stat­kach takich sta­no­wili, bo w miej­sce bie­gło­ści w sztuce wojny męż­czyźni R?kohu "włócz­nie zdo­by­wali" w polo­wa­niach na foki i wyczy­nach w pły­wa­niu. (Dla sta­ra­nia się o żonę, per exem­plum, kawa­ler musiał na samo dno morza zanur­ko­wać i wynu­rzyć się z lan­gu­stami w oby­dwu rękach, a trze­cią w ustach trzy­ma­jąc). Nowo odkryci Poli­ne­zyj­czycy, wzmian­ko­wać należy, łatwą są ofiarą dla pozba­wio­nych skru­pu­łów kapi­ta­nów. Wuj Autuy, Koche, powró­cił po pię­ciu latach, w stroje Pakeha odziany, z kołami w uszach, skromną dola­rów i réales sakiewką, dziw­nymi oby­cza­jami opę­tany (śród nich "zia­niem ogniem"), brzmią­cymi fał­szy­wie prze­kleń­stwami i histo­riami o mia­stach i miej­scach nazbyt dzi­wacz­nych dla nakre­śle­nia ich w mowie Moriori.

Autua poprzy­siągł zamu­stro­wać na następny sta­tek, co będzie wypły­wał z Ocean Bay, i na oczy wła­sne owe miej­sca egzo­tyczne zoba­czyć. Wuj jego nakło­nił dru­giego ofi­cera na fran­cu­skim statku wie­lo­ryb­ni­czym do zgo­dze­nia dzie­się­cio­let­niego (?) won­czas Autuy na chłopca okrę­to­wego. W swej karie­rze na morzach Moriori wiel­kie lody Antark­tyki oglą­dał, wie­lo­ryby zmie­nione wprzód w wysepki krwi zakrze­płej, potem w beczki olbrotu. Na Las Encan­ta­das17, osło­nię­tych od wia­trów, polo­wał na olbrzy­mie żół­wie; w Syd­ney widział budowle wspa­niałe, parki, konne powozy i damy w czep­kach, i cuda cywi­li­za­cji; opium z Kal­kuty do Kan­tonu prze­wo­ził; prze­trwał dyzen­te­rię w Bata­wii; pół ucha stra­cił w potycz­kach z Mek­sy­ka­nami przed ołta­rzem w Santa Cruz; prze­żył jako roz­bi­tek na Hor­nie i Rio de Jane­iro widział, lubo na brzeg nie zszedł; a zauwa­żał wszę­dzie tę ordy­na­ryjną bru­tal­ność, jaką rasy jaśniej­sze ciem­niej­szym oka­zują.

Autua powró­cił latem 1835 roku jako w świe­cie bywały mło­dzie­niec lat około dwu­dzie­stu. Myślał wziąć sobie na miej­scu żonę i dom wybu­do­wać, i upra­wiać kilka akrów, wsze­lako -?podług pana D'Arnoqa rela­cji -?do prze­si­le­nia zimo­wego owego roku każdy Moriori, co nie zgi­nął, nie­wol­ni­kiem został Maory­sów. Lata przez powra­ca­ją­cego mło­dziana śród załóg z naro­dów wszel­kich spę­dzone pozy­cji Autuy w oczach agre­so­rów nie pod­nio­sły. (Zauwa­ży­łem, w jak przy­krym cza­sie odbył się ów powrót syna mar­no­traw­nego).

-?Nie, pan Ewing, R?kohu wołało mię wra­cać, żebym patrzał, jak umiera, i znał -?pokle­pał się lekko po gło­wie -?prawdę.

Panem Autuy był ów Maorys w tatu­ażach jasz­czu­rzych, Kupaka, co swym prze­ra­żo­nym, przy­bi­tym nie­wol­ni­kom oznaj­mił, że przy­był dla oczysz­cze­nia ich z fał­szy­wych boż­ków ("Czy bogo­wie wasi was ura­to­wali?" -?szy­dził Kupaka), z ich języka plu­ga­wego ("Mój bat was maory­skiej czy­stej mowy nauczy"), z ich krwi nieczy­stej ("Parze­nie się mię­dzy sobą wasze praw­dziwe mana roz­rze­dziło!"). Od tam­tej pory związ­ków mię­dzy Moriori zaka­zano, a wszel­kie potom­stwo spło­dzone przez męż­czyzn maory­skich z kobie­tami Moriori uznano za Maory­sów. Tych, co naj­wcze­śniej owe nakazy zła­mali, zgła­dzono w spo­sób strasz­liwy, a ci, co pozo­stali, żyli jak w para­liżu, z bez­względ­nego ujarz­mie­nia zro­dzo­nym. Autua kar­czo­wał zaro­śla, sadził psze­nicę i hodo­wał wie­prze dla Kupaki, aż wystar­cza­jące zdo­był zaufa­nie, by móc goto­wać ucieczkę. ("Sekretne miej­sca R?kohu, pan Ewing, doliny wyżej źró­dła, ukryte doły, pie­czary w sercu lasu Moto­po­ro­poro, co tak gęsty, że pies czło­wieka nie wytropi". Mnie­mam, żem był sam wpadł w jedno z owych miejsc tajem­nych).

Rok póź­niej schwy­tano go, wsze­lako nie­wol­nicy Moriori nazbyt nie­liczni już byli, by ich gar­dłem karać. Pozy­cją niżsi Maorysi pra­co­wać przy­mu­szeni byli u boku pod­da­nych, ku wła­snej odra­zie. ("Zie­mię przod­ków naszych w Aote­aroa porzu­ci­li­śmy dla tych nędz­nych skał?" -?sar­kali). Autua uciekł znowu, a pod­czas jego dru­giego wol­no­ści okresu, sekret­nego azylu na mie­sięcy kilka udzie­lił mu pan D'Arnoq, sam nara­ża­jąc się na nie­bez­pie­czeń­stwo nie­małe. Pod­czas tego pobytu przy­jął Autua chrzest i ku Panu się zwró­cił.

Zbiry Kupaki poj­mali zbiega rok i pół póź­niej, wsze­lako tym razem kacyk w swych humo­rach uzna­nie prze­ja­wił dla ducha Autuy. Po uka­ra­niu chło­stą Kupaka wyzna­czył nie­wol­nika na rybaka dla potrzeb swego stołu. W zatrud­nie­niu takim Moriori kolejny rok prze­żył, aż popo­łu­dnia pew­nego nalazł rzadki okaz ryby moeeka rzu­ca­jący się w jego sieci. Żonie Kupaki obja­śnił, że rybiego króla jeść może jedy­nie król śród ludzi, i obja­śnił ją, jak rybę dla męża przy­rzą­dzić. ("Zła, zła tru­ci­zna ryba moeeka, pan Ewing, raz czło­wiek do ust bie­rze i śpi, i nie budzi wię­cej"). Na czas uczto­wa­nia owego wie­czoru Autua z obozu się wymknął, skradł kanu swego pana i pokre­ślo­nym prą­dami, roz­ko­ły­sa­nym, bez­k­się­ży­co­wym morzem powio­sło­wał na bez­ludną wyspę Pitt, dwie mile na połu­dnie od wyspy Cha­tham ("Ran­giau­ria" zwaną w mowie Moriori i jako kolebkę ludz­ko­ści czczoną).

For­tuna sprzy­jała ucie­ki­nie­rowi, bo bez tur­ba­cji o świ­cie cel osią­gnął, kiedy szkwał się wzmógł i żadne kanu za nim w ślad nie podą­żyło. Autua w owym Raju Poli­ne­zji dzi­kim sele­rem się żywił, rze­żu­chą, jajami, jago­dami i z rzadka upo­lo­wa­nym mło­dym dzi­kiem (roz­nie­ca­nie ognia jedy­nie pod osłoną ciem­no­ści lub mgły ryzy­ko­wał) i siłę czer­pał z myśli, że Kupakę przy­naj­mniej zasłu­żona kara spo­tkała. Czy jego samot­ność nie była mu nie­zno­śną?

-?W noc przod­ko­wie odwie­dzali. W dzień ja mówił pta­kom o Maui, a ptaki mnie o morzu.

Porę roku nie­jedną zbieg tak prze­żył, aż do wrze­śnia minio­nego, gdy zimowa wichura o rafę wyspy Pitt roz­biła sta­tek wie­lo­ryb­ni­czy "Eliza" z Nan­tuc­ket. Załoga cała poto­nęła, ale nasz pan Wal­ker, zapa­mię­tały w pogoni za łatwą gwi­neą, przez cie­śninę się prze­pra­wił dla poszu­ki­wań łupu. Kiedy na ślady ludz­kiego sie­dli­ska natra­fił i ujrzał stare kanu Kupaki (każde zdobne jest uni­ka­to­wymi rzeź­bie­niami), wie­dział, że skarb nalazł, co żywo zacie­kawi jego maory­skich sąsia­dów. Dwa dni póź­niej duża eks­pe­dy­cja na łowy na wyspę Pitt prze­pły­nęła z głów­nego lądu. Autua sie­dział na plaży i, jak przy­by­wają, patrzał, zdę­biały jedy­nie na widok wroga swego sta­rego, przy­pró­szo­nego siwi­zną, lecz żywot­nego wielce, wyda­ją­cego wojenne okrzyki.

Mój nie­pro­szony towa­rzysz podróży zakoń­czył swą opo­wieść:

-?Pies żar­łok tego łaj­daka zwę­dził moeeka z kuchni i zdechł, psia­krew, on, nie Maorys. Tak, Kupaka wychło­stał, ale on stary i od domu daleko, a jego mana czcze i głodne. Maorysi z wojen żyją i zemsty, i spo­rów, pokój ich zabija. Wielu do Nowej Zelan­dii wraca. Kupaka moż­no­ści nie ma, jego ziemi nie ma. Potem zeszły tydzień, pan Ewing, ja pana widzę i ja wiem, pan mię ura­tuje, ja wiem.

* * *

Poranna wachta w dzwon cztery razy ude­rzyła i świt dżdży­sty zary­so­wał się w mym bulaju. Spa­łem nieco, wsze­lako modli­twy me o znik­nię­cie Moriori z nasta­niem ranka nie zostały wysłu­chane. Uda­wać mu naka­za­łem, że led­wie co był się ujaw­nił, i nie wzmian­ko­wać ni sło­wem naszej noc­nej roz­mowy. Dał znak, że pojął, lecz naj­gor­szego się oba­wia­łem: spryt India­nina nie mógł się z prze­bie­gło­ścią Boer­ha­avego rów­nać.

Idąc wzdłuż mostka, skrę­ci­łem ("Wieszczka" wierz­gała jak koń jaki nie­ujeż­dżony) do ofi­cer­skiej mesy, zapu­ka­łem i do środka wsze­dłem. Pan Rode­rick i pan Boer­ha­ave słu­chali kpt. Moly­neux. Odchrząk­ną­łem, życząc im dobrego poranka, na co nasz przy­ja­zny kapi­tan zaklął:

-?Możesz pan mój pora­nek polep­szyć, jak pan stąd wy-isz, ale już!

Chłodno zapy­ta­łem, kiedy zatem kapi­tan miałby moż­ność czas naleźć dla posłu­cha­nia o India­ni­nie, co wła­śnie per­sonę swą spod zwo­jów liny był ujaw­nił, w "mej tak zwa­nej kabi­nie" zale­ga­ją­cych. W ciszy, co nastą­piła, blada jak u roga­tej jasz­czurki cera kpt. Moly­neux przy­brała krwi­stą barwę woło­wej pie­czeni. Nim wybuch nastą­pił, doda­łem, że ucie­ki­nier twier­dzi, jakoby mary­na­rzem był zdat­nym, i upra­szał, by pozwo­le­nie mu dano podróż odpra­co­wać.

Pan Boer­ha­ave kapi­tana uprze­dził spo­dzie­wa­nymi oskar­że­niami i zakrzyk­nął:

-?Na holen­der­skich stat­kach ci, co ukry­tym pasa­że­rom sekun­dują, ich los dzielą!

Przy­po­mnia­łem Holen­drowi, że żeglu­jem pod ban­derą bry­tyj­ską, i zapy­ta­łem go takoż, czemu, jeśli pasa­żera pod zwo­jami liny ukry­wać miał­bym, po wie­lo­kroć upra­sza­łem od czwart­ko­wego wie­czoru linę eks­tra­or­dy­na­ryjną usu­nąć, bła­ga­jąc tym spo­so­bem o ujaw­nie­nie mej rze­ko­mej "kon­spi­ra­cji"? Tra­fie­nie celne rezon mój zagrzało i zapew­ni­łem kpt. Moly­neux, że ukryty pasa­żer, ochrzczony, do owego extre­mum się uciekł, aby jego maory­ski pan, co przy­rzekł był cie­płą wątrobę swego nie­wol­nika skon­su­mo­wać (przy­da­łem nieco przy­praw wła­snej wer­sji wyda­rzeń), nie skie­ro­wał bez­boż­nego swego gniewu prze­ciw Autuy zbawcy.

Pan Boer­ha­ave zaklął.

-?Więc ten Negr prze­klęty oka­za­nia wdzięcz­no­ści chce od nas?

-?Nie -?odrze­kłem. -?Moriori jedy­nie o danie mu szansy wyka­za­nia swej przy­dat­no­ści na "Wieszczce" upra­sza.

Pan Boer­ha­ave splu­nął.

-?Ukryty pasa­żer to ukryty pasa­żer, choćby i brył­kami sre­bra s-ł. Jak mu na imię?

Odrze­kłem, że nie wiem tego, gdyż nie roz­ma­wia­łem z nim, jeno pośpiesz­nie do kapi­tana przy­by­łem.

Kpt. Moly­neux naresz­cie prze­mó­wił.

-?Zdatny mary­narz pierw­szej klasy, powia­dasz pan? -?Gniew jego ostygł wobec wido­ków zdo­by­cia pary rąk cen­nej, któ­rej nie będzie winien zapłaty. -?India­nin? A on niby skąd taki stary wyga mor­ski?

Powtó­rzy­łem, że i dwóch minut dość dla dzie­jów jego pozna­nia, wsze­lako instynkt mi pod­szep­tuje, że India­nin ma duszę prawą.

Kapi­tan brodę potarł.

-?Panie Rode­rick, bądź pan łaskaw pasa­że­rowi naszemu i instynk­towi jego towa­rzy­szyć i przy­wlec ich dzi­kusa pod bezan. -?Rzu­cił klucz pierw­szemu ofi­ce­rowi. -?Panie Boer­ha­ave, flintę pro­szę.

Drugi ofi­cer speł­nił roz­kaz.

-?Ryzy­kowna sprawa -?ostrzegł mię pan Rode­rick . -?Humory Sta­rego jedyną są księgą prawa na "Wieszczce".

-?Insza księga prawa, "Sumie­niem" zwana, prze­strze­ganą jest lex loci, gdzie­kol­wiek bądź Bóg widzi -?odrze­kłem.

Autua cze­kał swej próby w baweł­nia­nych inek­spry­ma­blach, któ­rem kupił był w Port Jack­son (India­nin na pokład z łodzi pana D'Arnoqa dostał się był niczym nie­przy­odziany prócz swej pro­stej prze­pa­ski i sznura zębów rekina wokół szyi). Plecy miał odkryte. Jego pora­nione ciało, jak mia­łem nadzieję, dowód sta­no­wić będzie oporu i obu­dzi współ­czu­cie w ser­cach tych, co je zoba­czą.

Łotry za arra­sem18 wie­ści roz­nio­sły o wido­wi­sku i więk­szość załogi na pokła­dzie się zebrała. (Henry, sprzy­mie­rze­niec mój, na­dal w koi leżał, nie­świa­dom mego zagro­że­nia). Kpt. Moly­neux wzro­kiem zmie­rzył z góry na dół Moriori, jakby muła wyce­niał, i zwró­cił się doń w te słowy:

-?Pan Ewing, co niczego nie wie o tym, jakeś się na pokład mój dostał, utrzy­muje, że masz się za żegla­rza.

Autua męż­nie i z god­no­ścią odrzekł:

-?Tak, sir, dwa lata na wie­lo­ryb­niku "Mis­si­sipi" z Hawru pod kpt. Maspero, cztery lata na "Cor­nu­co­pii" z Fila­del­fii pod kpt. Cato­nem, trzy lata na bry­tyj­skim han­dlowcu.

Kpt. Moly­neux prze­rwał i wska­zał por­tki Autuy.

-?Zwę­dzi­łeś ten ubiór na dole?

Autua na tyle przy­tom­no­ści miał, by wie­dzieć, że takoż nade mną sąd się odby­wał.

-?Ten chrze­ści­ja­nin szla­chetny dał mi, sir.

Załoga wzro­kiem powio­dła za pal­cem India­nina, we mnie wymie­rzo­nym, a pan Boer­ha­ave ude­rzył w słaby punkt.

-?Ach tak? Kie­dyż to dar ten ci ofia­ro­wał?

(Przez głowę afo­ryzm ojca mego mi prze­szedł, "Dla sędziego ołga­nia mar­kuj zachwyt, ale dla całego sądu zba­ła­mu­ce­nia mar­kuj nudę", i uda­wa­łem, że paproch wyj­muję z oka).

Autua odrzekł z czujną bystro­ścią umy­słu:

-?Minut dzie­sięć temu, sir, ja bez ubra­nia, ten pan szla­chetny mówi: "źle bez ubra­nia, masz, odziej".

-?Jeśli mary­narz z cie­bie -?nasz kapi­tan kciu­kiem w górę wska­zał - zoba­czym, czy opu­ścisz grot­bom­bram­sel.

Na to India­nina waha­nie ogar­nęło i nie­pew­ność, i poczu­łem, żem na szcze­rość słów jego posta­wił stawkę sza­leńca, co teraz prze­ciw mnie się obraca, jed­nako Autua dostrzegł pułapkę.

-?Sir, to nie grot­maszt, to bezan­maszt.

Nie­po­ru­szony, kpt. Moly­neux ski­nął głową.

-?Łaskaw bądź zatem opu­ścić bezan­bom­bram­sel.

Autua lekko na maszt wbiegł i jąłem mieć nadzieję, że nie wszystko stra­cone jesz­cze. Led­wie co wze­szłe słońce nisko nad wodą świe­ciło i oczy przy­mu­szeni byli­śmy zmru­żyć.

-?Gotuj flintę i mierz -?poin­stru­ował kapi­tan pana Boer­ha­avego, gdy India­nin prze­kro­czył gafel bezan­masztu -?pal na mą komendę!

Zapro­te­sto­wa­łem teraz z naj­więk­szą mocą, że India­nin przy­jął był naj­święt­szy sakra­ment, wsze­lako kpt. Moly­neux naka­zał mi cicho być albo na powrót do Cha­tha­mów pły­nąć. Żaden ame­ry­kań­ski kapi­tan czło­wieka by nie uśmier­cił, nawet Negra, tak ohyd­nym spo­so­bem! Autua naj­wyż­szej z rei się­gnął i prze­szedł po niej z mał­pią zręcz­no­ścią, mimo nie­spo­koj­nego morza. Patrząc, jak żagiel luzuje, jeden z naj­więk­szych wyg mor­skich na pokła­dzie, surowy Island­czyk, spo­kojny, uczynny i pra­co­wity człek, podziw wyra­ził przy wszyst­kich zebra­nych obec­no­ści:

-?Z ciem­no­skó­rego równy mnie wyga. U stóp miast pal­ców haczyki ma rybac­kie!

Taka wdzięcz­ność mię ogar­nęła, żem mógł buty jego cało­wać. Nie­długo Autua cały już żagiel opu­ścił -?ope­ra­cja nie­ła­twa nawet dla czte­rech ludzi załogi. Kpt. Moly­neux bur­kli­wie wyra­ził uzna­nie i naka­zał Boer­ha­avemu flintę scho­wać.

-?Ale niech mię sz-g, jeśli bodaj centa mu wypłacę. Odra­biać będzie podróż aż do Hawa­jów. Jeśli z niego nie próż­niak, dopiero stam­tąd pła­cić mu mogę, jak wszyst­kim. Panie Rode­rick, pozwo­le­nie ma dzie­lić koję po Hisz­pa­nie, co się zabił.

Pióro stę­pi­łem, opi­su­jąc dnia wypadki. Nazbyt ciemno już, by co widzieć.

Środa, 20 listopada ~

Silna wschod­nia bryza, dia­blo słona i drę­cząca. Henry bada­nie prze­pro­wa­dził i ma dla mnie wie­ści groźne, lecz nie­naj­groź­niej­sze. Przy­pa­dłość ma to paso­żyt Gusano Coco Cervello. Robak ten ende­micz­nie zarówno w Mela­ne­zji, jak i w Poli­ne­zji wystę­puje, wsze­lako nauce jest zna­nym led­wie od ostat­nich lat dzie­się­ciu. Mnoży się w ście­kach cuch­ną­cych Bata­wii, bez wąt­pie­nia w owym wła­śnie por­cie się zara­zi­łem. Do wnę­trza przy­jęty, wędruje naczy­niami krwio­no­śnymi do cere­bel­lum ante­rior mózgu żywi­ciela. (Stąd migreny me i zawroty głowy). W mózgu się zagnieź­dziw­szy, wkra­cza w fazę roz­woju.

-?Reali­sta z cie­bie, Ada­mie -?rzekł mi Henry -?zatem pigułki dla cie­bie nie­słod­kie będą. Gdy larwy paso­żyta się wyklują, zamie­niają mózg ofiary w zro­ba­czy­wiały kala­fior. Gazy gnilne powo­dują nady­ma­nie się usznych bęben­ków i gałek ocznych, aż pękną, uwal­nia­jąc chmurę zarod­ni­ków Gusano Coco.

Tak brzmi mój wyrok śmierci, lecz oto egze­ku­cji wstrzy­ma­nie nad­cho­dzi i ape­la­cja. Domieszka urus­sium alkali i ori­noco man­ga­nese sprawi, że mój Paso­żyt zwap­nie­niu ule­gnie, a laph­ry­di­sium myr­r­hae go roz­pu­ści. "Apteczka" Henry'ego zawiera owe związki, lecz naj­wyż­szą wagę ma odpo­wied­nie dozo­wa­nie. Mniej jak połowa drachmy z Gusano Coco nie oczy­ści, a wię­cej zabija pacjenta. Mój dok­tor ostrzega o tym, że gdy paso­żyt umiera, jego worki z tru­ci­zną pękają i wydzie­lają swą zawar­tość, będę się więc gorzej czuł, nim do peł­nego zdro­wia powrócę.

Henry naka­zał mi nie szep­nąć ni słowa o przy­pa­dło­ści, bo hieny, jak Boer­ha­ave, na wraż­li­wych żerują, a ciemni mary­na­rze mogą wro­gość oka­zać wobec cho­rób im nie­zna­nych. ("Sły­sza­łem raz o żegla­rzu, który lek­kie objawy trądu zdra­dzał, w tydzień po wypły­nię­ciu z Makao w długi rejs do Lizbony" -?wspo­mniał Henry -?"a całe towa­rzy­stwo wypchnęło nie­szczę­śnika za burtę bez szansy obrony"). W cza­sie mej rekon­wa­le­scen­cji Henry dono­sić będzie "Kurie­rowi z kam­buza", że pan Ewing nie­wy­soko gorącz­kuje za przy­czyną kli­matu i sam będzie mię pie­lę­gno­wał. Henry żach­nął się, gdym wspo­mniał o zapła­cie.

-?Zapłata? Czyś ty cho­ro­wity wiceh­ra­bia, któ­remu ban­kowe bilety poduszki wypy­chają?! Opatrz­ność podała cię w mą opiekę, bo wąt­pię, zali bodaj pię­ciu ludzi na tym oce­anie błę­kit­nym potrafi cię wyle­czyć. Zatem do licha z "Zapłatą"! Jedyne, o co upra­szam, Ada­mie, to byś był pacjen­tem posłusz­nym! Przyj­muj łaska­wie me proszki i w kabi­nie pozo­stań. Zaj­rzę do cie­bie po ostat­niej "szklance".

Z dok­tora mojego praw­dziwy nie­oszli­fo­wany dia­ment bez skazy. Nawet teraz, gdy słowa te piszę, do oczu łzy wdzięcz­no­ści mi się cisną.

Sobota, 30 listopada ~

Proszki Henry'ego zaiste cudow­nym są medy­ka­men­tem. Cenne dro­biny przez nos wdy­cham z łyżeczki z kości sło­nio­wej i w tejże samej chwili roz­ża­rzona bło­gość wnę­trze me pali. Zmy­sły czuj­no­ści nabie­rają, ale członki niby w Lete zanu­rzone. Para­zyt mój na­dal wije się nocami, niby palu­szek dziecka nowo naro­dzo­nego, spa­zmy bólu wzbu­dza­jąc i spro­wa­dza­jąc sny grzeszne i potworne.

-?Znak to pewny -?Henry mię pocie­sza -?że Robak twój na reme­dium zare­ago­wał i szuka schro­nie­nia w zaka­mar­kach kana­łów cere­bral­nych, skąd wizje płyną. Próżno Gusano Coco się kryje, drogi Ada­mie, próżno. Już my go wyku­rzym.

Poniedziałek, 2 grudnia ~

Za dnia w trum­nie mej gorąco jak w piecu i stro­nice te pot mój skra­pia. Tro­pi­kalne słońce wiel­kość kręgu zwięk­sza i wypeł­nia połu­dniowe niebo. Męż­czyźni wpół­na­dzy pra­cują, ze spa­lo­nymi od słońca tor­sami, w kape­lu­szach słom­ko­wych. Z poszy­cia sączy się smoła paląca, co się do pode­szew przy­kleja. Desz­czowe szkwały zry­wają się zni­kąd i z równą szyb­ko­ścią zni­kają, a pokład schnie z sykiem w minutę led­wie. Meduzy bąbel­nice pul­sują w rtę­cio­wym morzu, ryby lata­jące ocza­ro­wują patrza­ją­cego, a ochrowe cie­nie reki­nów mło­tów krążą wkoło "Wieszczki". Wcze­śniej na kała­mar­nicę nastąp­ną­łem, co z wody prze­sko­czyła nad­bur­cie! (Jej oczy i gęba teścia mego przy­po­mi­nały). Woda, któ­rej na Cha­tham nabra­li­śmy, sło­nawa się zro­biła i bez łyka brandy żołą­dek mój pod­nosi bunt. Gdy w sza­chy nie gramy, już to w kabi­nie Hen-ry'ego, już to w mesie, w trum­nie mej wypo­czynku zaży­wam, aż Homer uko­ły­sze mię do snu, falu­ją­cego wypeł­nio­nymi wia­trem żaglami Ateń­czy­ków.

Autua wczo­raj do drzwi mej trumny zapu­kał dla podzię­ko­wa­nia za oca­le­nie mu skóry. Mówił, że winien mi wdzięcz­ność (szczera prawda), aż do dnia, gdy on me życie ocali (co oby ni­gdy konieczne nie było!). Zapy­ta­łem, jakimi znaj­duje swe nowe obo­wiązki.

-?Lepiej jak słu­żyć u Kupaki, pan Ewing.

Zresztą, poj­mu­jąc obawy me, że ktoś świad­kiem mógłby być poga­wędki naszej i kpt. Moly­neux donieść, Moriori powró­cił do kubryku i od tam­tej pory mię nie szu­kał. Jak mię Henry ostrzega: "Jedną rze­czą jest Negrowi kość rzu­cić, a inszą cał­kiem na całe życie go wziąć! Przy­jaźń mię­dzy rasami, Ewing, ni­gdy przy­wią­za­nia mię­dzy wier­nym psem myśliw­skim a jego panem nie prze­kro­czy".

Wie­czo­rami dok­tor i ja zaży­wamy spa­ceru po pokła­dzie, nim na sen wró­cim do kajut. Przy­jem­nie wdy­chać chłod­niej­sze już powie­trze. Wzrok się w kory­ta­rzach mor­skiej fos­fo­re­scen­cji zatraca i w Mis­si­sipi całej gwiazd, nie­bem pły­ną­cej. Minio­nego wie­czoru ludzie zebrali się na pokła­dzie dzio­bo­wym dla spla­ta­nia przy świe­tle latarń lin z koko­so­wych włó­kien i zakaz wcho­dze­nia "nie­za­trud­nio­nym" wyda­wał się nie obo­wią­zy­wać. (Odkąd nastą­pił "incy­dent z Autuą", pogarda dla "mości Kuta­zwisa" zani­kła, a i sam epi­tet takoż). Zła­mas dzie­sięć strof o bur­de­lach świata zaśpie­wał, plu­ga­wych dość, by naj­roz­pust­niej­szy z saty­rów w pąsach sta­nął. Henry z wła­snej woli zaśpie­wał strofę jede­na­stą ("Mary O'Hairy z Inver­nary"), od któ­rej nastrój jesz­cze nie­przy­zwo­it­szy się zro­bił. Następ­nie Rafa­ela do śpiewu przy­mu­szono. Usiadł na belce od buksz­prytu w bok idą­cej i zaśpie­wał te strofy gło­sem lubo nie­u­kształ­co­nym, to wszak szcze­rym i z serca pły­ną­cym:

Za wodą wzdy­cham She­nan­doah

Cud­niej­szą niźli sen.

Dziś brzeg twój ku mnie tęskno woła,

Jam na Mis­so­uri hen.

Za She­nan­doah pieśń w tęsk­no­cie

Za wodą, za falami,

A u fre­gaty żagle w łopo­cie,

Brasy napięte wia­trami.

Wielka Mis­so­uri, sze­roka rzeko,

Do wia­tru reje drżą.

O, Shen­nan­doah, losem czło­wieka

Żałość i mar­ność są.

Mil­cze­nie gru­biań­skich mary­na­rzy więk­szym było uzna­niem niźli naj­wznio­ślej­sze z pane­gi­ry­ków. Skąd Rafael, mło­dzian w Austra­lii uro­dzony, na pamięć znał pieśń ame­ry­kań­ską?

-?Nie wie­dzia­łem, że ona Jan­ke­sów -?odrzekł skon­fun­do­wany. -?Matka uczyła, nim pomarła. Tylko to jedno po niej mam. W duszy sie­dzi. -?Do pracy swej powró­cił, nie­zgrab­nie i z szorst­ko­ścią nie­jaką.

Wraz z Hen­rym na powrót wro­gość wyczu­li­śmy, jaką ema­nują zajęci robotą wobec przy­glą­da­ją­cych się próż­nia­ków, pozo­sta­wi­li­śmy więc pra­cu­ją­cych ich mozo­łowi.

Wpis mój z 15 paź­dzier­nika czy­tam, gdym pierw­szą razą Rafa­ela spo­tkał

Château Zedelghem Neerbeke West Vlaanderen 29 -?vi -?1931

Sixsmith,

śni­łem, że sta­łem w skle­pie z por­ce­laną, tak zasta­wio­nym od pod­łogi aż hen, wysoko pod sufit pół­kami peł­nymi por­ce­la­no­wych anty­ków, że lada ruch mię­śniem zrzu­ciłby kilka z nich i roz­trza­skał. I wła­śnie tak się stało, ale zamiast łoskotu roz­le­gło się dostojne współ­brz­mie­nie wio­lon­czeli i cze­le­sty w tona­cji D-dur (?), trzy­mane przez cztery takty. Prze­gu­bem strą­ci­łem z postu­mentu wazę z epoki Ming -?Es-dur, cała sek­cja smycz­kowa, wspa­niała, roz­sa­dza­jąca umysł, anio­ło­wie łkali. Tym razem, dla uzy­ska­nia następ­nej nuty, z roz­my­słem roz­trza­skałem figurkę wołu, potem doja­reczki, potem "Sobot­niego Dzie­cię­cia" -?orgia szrap­neli wypeł­niła prze­strzeń, boskie har­mo­nie w mej gło­wie. Och, co za muzyka! Mignął mi ojciec obli­cza­jący war­tość roz­bi­tych przed­mio­tów, bły­skała sta­lówka, ale nie mogłem dopu­ścić, by muzyka uci­chła. Wie­dzia­łem, że stał­bym się naj­więk­szym kom­po­zy­to­rem stu­le­cia, gdy­bym tylko potra­fił tą muzyką zawład­nąć. Ogromny "Śmie­jący się Kawa­ler" ciśnięty o ścianę uwol­nił dud­niącą bate­rię bęb­nów.

Obu­dzi­łem się w apar­ta­men­cie w Impe­rial Western, poborcy Tama Bre­wera pra­wie roz­wa­lali mi drzwi i na kory­ta­rzu trwało okrutne zamie­sza­nie. Nawet nie pocze­kali, aż się ogolę -?nie­by­wałe pro­staki z tych zbi­rów. Nie mia­łem wyboru, jak tylko szybko wydo­stać się na zewnątrz przez okno w łazience, nim cały ten roz­gar­diasz spro­wa­dzi kie­row­nika, który odkryje, że młody dżen­tel­men z numeru 237 nie ma środ­ków na ure­gu­lo­wa­nie pokaź­nych już zale­gło­ści. Ucieczka nie odbyła się bez kom­pli­ka­cji, przy­kro rzec. Rynna ode­rwała się od uchwy­tów z dźwię­kiem gwał­co­nych skrzy­piec i twój druh, wywi­nąw­szy koziołka, runął w dół. Na pra­wym pośladku jeden wielki siniak. Cudem jakimś nie zgru­cho­ta­łem krę­go­słupa i nie nabi­łem się na balu­stradę. Wycią­gnij z tego naukę, Sixsmith. Gdyś nie­wy­pła­calny, miej ze sobą jak naj­mniej rze­czy i walizę wystar­cza­jąco solidną, by rzu­cić ją na lon­dyń­ski chod­nik z okna pierw­szego czy dru­giego pię­tra. Nie bierz pokoju wyżej.

Zaszy­łem się w her­ba­ciarni wci­śnię­tej w czarny od sadzy zaka­ma­rek Vic­to­ria Sta­tion, pró­bu­jąc trans­kry­bo­wać muzykę ze sklepu z por­ce­laną ze snów -?nie mogłem wyjść poza nędzne dwa takty. Oddał­bym się w łapy Tama Bre­wera, byleby tę muzykę odzy­skać. Czuję się podle. Robo­ciar­skie typy ota­czały mnie z ich śmier­dzą­cymi odde­chami, papu­zimi gło­sami i niczym nie­uza­sad­nio­nym opty­mi­zmem. Twardo na zie­mię spro­wa­dza myśl, jak jedna prze­klęta noc baka­rata może tak nie­odwo­łal­nie zmie­nić sta­tus spo­łeczny czło­wieka. Ci skle­pi­ka­rze, szo­fe­rzy i stra­ga­nia­rze mieli wię­cej pół­ko­ro­nó­wek i mie­dzia­ków zacho­mi­ko­wa­nych w zatę­chłych mate­ra­cach w Step­ney, niż mogę powie­dzieć o sobie, Synu Duchow­nej Gru­bej Ryby. Mia­łem widok na uliczkę -?ponu­rzy kopi­ści pędzili jak trzy­dziestki dwójki w alle­gro Beetho­vena. Czy oba­wia­łem się ich? Nie, boję się być jed­nym z nich. Cóż warte wykształ­ce­nie, wycho­wa­nie i talent, jak się jest goło­dup­cem?

A jed­nak na­dal nie mogę uwie­rzyć. Ja, Człek Caiusa19, balan­suję na skraju ubó­stwa. Przy­zwo­ite hotele nie pozwa­lają mi teraz zadep­ty­wać swo­ich holów. Nie­przy­zwo­ite żądają z góry gotówki. Nie mam już dostępu do żad­nego sza­no­wa­nego sto­lika do kart po tej stro­nie Pire­ne­jów. W każ­dym razie pod­su­mo­wa­łem, jaki mam wybór:

(i) Użyć mizer­nych fun­du­szy na wyna­jem brud­nego pokoju w jakiej kwa­te­rze, wybła­gać parę gwi­nei u Wuja Cecyla Ltd., uczyć afek­to­wane panienki grać gamy i sta­rym pan­nom szli­fo­wać tech­nikę. Daj spo­kój. Jeśli potra­fił­bym uda­wać uprzej­mość wobec cym­ba­łów, dalej pod­cie­rał­bym tyłek pro­fe­so­rowi Mac­ker­ra­sowi razem z innymi magi­stran­tami. Nie, zanim to nawet gło­śno powiesz, nie mogę biec z powro­tem do Ojczulka z jesz­cze jed­nym cri de c?ur. Potwier­dzi­łoby to każde zatrute słowo, które o mnie wyrzekł. Raczej sko­czę z mostu Water­loo i dam się spo­nie­wie­rać Sta­rej Matce Tami­zie. Słowo.

(ii) Odna­leźć ludzi z Caiusa, pod­li­zać im się i wpro­sić na let­nie wczasy. Pro­ble­ma­tyczne, z tych samych przy­czyn, co (i). Jak długo dał­bym radę ukry­wać wychu­dzony pugi­la­res? Jak długo potra­fił­bym uni­kać szpo­nów ich lito­ści?

(iii) Mógł­bym odwie­dzić buk­ma­chera -?ale jeśli prze­gram?

Przy­po­mnisz mi pew­nie, że sam się o to pro­si­łem, Sixsmith, ale daruj sobie swoją zadrę klasy śred­niej i jesz­cze tro­chę trzy­maj moją stronę. Przez całą dłu­gość zatło­czo­nego peronu zawia­dowca ogła­szał, że pociąg do Dover na sta­tek do Ostendy ma trzy­dzie­ści minut opóź­nie­nia. Zawia­dowca był jak kru­pier, wzy­wał mnie, by podwoić stawkę albo wyjść z gry. Jeśli zamrzeć w bez­ru­chu, sie­dzieć cicho i słu­chać -?świat sam prze­sieje dla czło­wieka jego wła­sne pomy­sły, szcze­gól­nie na brud­nym dworcu w Lon­dy­nie. Jed­nym hau­stem dopi­łem mydlaną her­batę i uda­łem się przez halę dwor­cową do kasy po bilet. Powrotny do Ostendy był zbyt drogi -?w tak opła­kany stan popa­dłem. Wsia­dłem do wagonu w chwili, gdy gwizd loko­mo­tywy wyrzu­cił gwał­tow­nym wybu­chem rój Furii na pikolo. W końcu ruszy­li­śmy.

Wyja­wić teraz trzeba mój plan, do któ­rego natchnął mnie pewien tekst w "Time­sie" i długi pijacki sen w apar­ta­men­cie w Savoyu. W Bel­gii, na pro­win­cji, na połu­dnie od Bru­gii, mieszka z dala od ludzi pewien angiel­ski kom­po­zy­tor nazwi­skiem Vyvyan Ayrs. Nie sły­sza­łeś o nim, boś muzyczny pro­stak, lecz jest on jed­nym z wiel­kich. Jedyny Bry­tyj­czyk swego poko­le­nia, który odrzu­cił patos, pompę i rusty­kalny wdzięk. Przez cho­robę nie stwo­rzył niczego nowego od wcze­snych lat dwu­dzie­stych -?jest na pół ślepy i ledwo trzyma pióro -?ale recen­zja jego Secu­lar Magni­fi­cat w "Time­sie" (wyko­na­nego w zeszłym tygo­dniu w St. Mar­tin's) wspo­mi­nała też o całej szu­fla­dzie nie­do­koń­czo­nych dzieł. Wymy­śli­łem, że pojadę do Bel­gii, prze­ko­nam Vyvy­ana Ayrsa, że powi­nien mnie zatrud­nić jako oso­bi­stego sekre­ta­rza, przyjmę jego pro­po­zy­cję pobie­ra­nia od niego lek­cji, wystrzelę na muzyczny fir­ma­ment, zdo­będę sławę i for­tunę współ­mierną do mych talen­tów i zmu­szę Ojczulka do przy­zna­nia, że ow­szem, syn, któ­rego wydzie­dzi­czył, to ten Robert Fro­bi­sher, naj­ge­nial­niej­szy bry­tyj­ski kom­po­zy­tor swych cza­sów.

A czemu by nie? Nie mia­łem lep­szego planu. Wiem, jęczysz i z nie­do­wie­rza­niem potrzą­sasz głową, Sixsmith, ale i uśmie­chasz się -?i dla­tego cię kocham. Droga do La Man­che bez więk­szych wyda­rzeń, rako­wate przed­mie­ścia, mono­tonne pola i pastwi­ska, brudne Sus­sex. Dover to czy­sta groza obsta­wiona bol­sze­wi­kami, sła­wione w wier­szach klify mają w sobie tyle roman­ty­zmu, co moja dupa, i nawet kolor podobny. Zmie­ni­łem w por­cie ostat­nie szy­lingi na franki i wyku­pi­łem kabinę na "Kró­lo­wej Kentu", prze­rdze­wia­łej łaj­bie, która wygląda, jakby pamię­tała jesz­cze wojnę krym­ską. Ze ste­war­dem o twa­rzy jak ziem­niak nie zgo­dzi­li­śmy się co do tego, czy jego bor­dowy uni­form i ane­miczna broda zasłu­gują na napi­wek. Prych­nął na moją walizkę i teczkę z ręko­pi­sem.

-?Roz­sąd­nie z pana strony podró­żo­wać bez bagażu, sir. -?I zosta­wił mnie, żebym sobie radził sam. I bar­dzo dobrze.

Na kola­cję były roz­go­to­wane ziem­niaki, kur­czak z bal­so­wego drewna i skun­dlony kla­ret. Stół dzie­lił ze mną pan Vic­tor Bry­ant, król sztuć­ców z Shef­field. O muzyce nie miał naj­mniej­szego poję­cia. Obja­śniał mnie w fascy­nu­ją­cej dzie­dzi­nie łyżek przez więk­szość posiłku, błęd­nie bio­rąc uprzej­mość za zain­te­re­so­wa­nie, i z miej­sca zapro­po­no­wał mi pracę w swym dziale sprze­daży! Uwie­rzysz? Podzię­ko­wa­łem (ze śmier­tel­nie poważną miną) i wyzna­łem, że prę­dzej bym poły­kał łyżki, niż je sprze­da­wał. Trzy­krotny potężny ryk syreny, sil­niki zmie­niły ton, poczu­łem, jak sta­tek odbija od nabrzeża, wysze­dłem na pokład popa­trzeć, jak Albion znika w mrocz­nej mżawce. Nie było już powrotu; wyraź­nie dotarły do mnie kon­se­kwen­cje tego, co zro­bi­łem. R.V.W. dyry­go­wał Orkie­strą Umy­słu gra­jącą Sym­fo­nię Mor­ską, "Odpłyń, ste­ruj jedy­nie na głę­bo­kie wody, bez tro­ski, ma duszo, bada­jąc, ja z tobą, ty ze mną"20. (Nie prze­pa­dam za tym dzie­łem, ale genial­nie się wpi­sy­wało w nastrój). Na Morzu Pół­noc­nym wiało i cały się trzą­słem, woda obry­zgi­wała mnie od stóp do głów. Lśniąca, czarna toń zapra­szała, bym sko­czył. Nic sobie z tego nie robi­łem. Posze­dłem spać wcze­śnie, prze­kart­ko­wa­łem Kon­tra­punkty Noy­esa, wsłu­cha­łem się w dale­kie dźwięki orkie­stry dętej z maszy­nowni i szybko skre­śli­łem powta­rza­jący się pasaż na puzon, oparty na ryt­mach statku, ale raczej nic wiel­kiego, a potem... Zgad­nij, kto zapu­kał do drzwi? Kar­to­flo­waty ste­ward po wach­cie. Dostał ode mnie znacz­nie wię­cej niż napi­wek. Żaden Ado­nis z niego, kości­sty, ale pełen inwen­cji, jak na przed­sta­wi­ciela swo­jej klasy. Wygo­ni­łem go potem i zapa­dłem w głę­boki sen spra­wie­dli­wych. Jakaś część mnie pra­gnęła, żeby ta podróż nie miała końca.

Ale jed­nak miała. "Kró­lowa Kentu" wśli­zgnęła się przez mętne wody w nie­równe zęby bliź­nia­czej sio­stry Dover, Ostendy, Panny Lek­kich Oby­cza­jów. Bar­dzo wcze­snym ran­kiem chra­pa­nie Europy roz­le­gało się pomru­kiem niż­szym niż tuba basowa. Ujrza­łem pierw­szych miej­sco­wych Bel­gów, cią­gną­cych skrzy­nie, kłó­cą­cych się i myślą­cych po fla­mandzku, holen­der­sku czy jakiemu tam. Pędem spa­ko­wa­łem walizę, w oba­wie, by sta­tek nie odpły­nął z powro­tem do Anglii ze mną na pokła­dzie; czy też raczej w oba­wie, by samemu do tego nie dopu­ścić. Chwy­ci­łem parę owo­ców z misy w kuchni pierw­szej klasy i zbie­głem po tra­pie, zanim kto­kol­wiek z galo­nami na mun­du­rze mógłby mnie dopaść. Posta­wi­łem stopę na kon­ty­nen­tal­nym bruku i zapy­ta­łem cel­nika o dwo­rzec kole­jowy. Wska­zał zgrzy­ta­jący tram­waj, pełen nie­do­ży­wio­nych robot­ni­ków, krzy­wicy i nędzy. Wola­łem już per pedes, nawet mimo mżawki. Sze­dłem wzdłuż torów tram­wa­jo­wych przez tru­mienne ulice. Ostenda cała jest w sza­ro­ściach tapioki i pla­mi­stych brą­zach. Pomy­śla­łem, przy­znam, że Bel­gia to był dość głupi wybór na ucieczkę. Kupi­łem bilet do Bru­gii i usa­do­wi­łem się w następ­nym pociągu -?nie było peronu, uwie­rzysz? -?roz­wa­la­ją­cym się i pustym. Prze­sia­dłem się do innego prze­działu, bo w moim był nie­przy­jemny zapach, ale we wszyst­kich uno­sił się jakiś smród. Żeby oczy­ścić powie­trze, wypa­li­łem papie­rosy wyże­brane od Vic­tora Bry­anta. Gwiz­dek zawia­dowcy roz­legł się o wła­ści­wym cza­sie, loko­mo­tywa wytę­żyła się jak artre­tyczny sufra­gan stę­ka­jący na noc­niku i zmu­siła do ruchu. Nie­długo potem, wypusz­cza­jąc kłęby pary, mknęła przez zamglony kra­jo­braz pełen zanie­dba­nych wałów ochron­nych i wypa­lo­nych przez wojenne poci­ski zagaj­ni­ków.

Jeśli mój plan się powie­dzie, Sixsmith, już nie­długo może przy­je­dziesz do Bru­gii. Zja­wisz się wtedy o szó­stej rano, w porze jak z gnos­sienne. Zagu­bisz się pośród dotknię­tych krzy­wicą ulic, śle­pych kana­łów, bram z kutego żelaza, bez­lud­nych podwó­rek -?mogę dalej? dzię­kuję -?pośród nie­uf­nych gotyc­kich żół­wich sko­rup, dachów, wzno­szą­cych się jak Ara­rat, omsza­łych cegla­nych wież, śre­dnio­wiecz­nych nawi­sów, pra­nia zwi­sa­ją­cego z okien, wirów bru­ko­wej kostki wcią­ga­ją­cych wzrok, zega­ro­wych kró­le­wi­czów i wyszczer­bio­nych kró­le­wien wybi­ja­ją­cych godziny, czar­nych od sadzy gołębi i trzech czy czte­rech oktaw dzwo­nów, jed­nych spo­koj­nych, innych żywych.

Zapach świe­żego chleba zawiódł mnie do pie­karni, gdzie kobieta o zde­for­mo­wa­nej twa­rzy bez nosa sprze­dała mi tuzin słod­kich roga­li­ków. Chcia­łem tylko jeden, ale pomy­śla­łem, że ma wystar­cza­jąco dużo pro­ble­mów. Wóz ze sta­rzy­zną wyło­nił się z tur­ko­tem z mgły, a bez­zębny woź­nica przy­jaź­nie do mnie zaga­dał, lecz mogłem odpo­wie­dzieć jedy­nie: "Excu­sez-moi, je ne parle pas le Fla­mand" -?na co on roze­śmiał się jak Król Gobli­nów. Dałem mu roga­lika. Miał brudną rękę, pokryty par­chem szpon. W uboż­szej dziel­nicy (uliczki śmier­działy ście­kami) dzie­ciaki poma­gały mat­kom przy pom­pach, napeł­nia­jąc popę­kane dzbanki bru­natną wodą. W końcu dopa­dła mnie cała ta gorączka, usia­dłem na scho­dach kona­ją­cego wia­traka, żeby zła­pać oddech, otu­li­łem się przed wil­go­cią i zapa­dłem w sen.

Następne, co pamię­tam, to to, że jakaś wiedźma trąca mnie kijem mio­tły i skrze­czy coś jak: "Zie gie doad mis­schien?"-?tylko mnie nie cytuj.

Błę­kitne niebo, cie­płe słońce, ni­gdzie nawet jed­nej smużki mgły. Zmar­twych­wstały, zamru­ga­łem i poczę­sto­wa­łem ją roga­li­kiem. Przy­jęła go nie­uf­nie, scho­wała do far­tu­cha na póź­niej i wró­ciła do zamia­ta­nia, mru­cząc pra­dawną śpiewkę. Mia­łem szczę­ście, że mnie nie okra­dziono. Podzie­li­łem się kolej­nym roga­li­kiem z pię­cioma tysią­cami gołębi, ku zazdro­ści żebraka, więc jemu też musia­łem dać jeden. Posze­dłem z powro­tem tą samą drogą, którą chyba przy­sze­dłem. W dziw­nym, pię­cio­kąt­nym oknie blada słu­żąca ukła­dała fiołki w wazo­nie z rżnię­tego szkła. Dziew­częta fascy­nują w inny spo­sób. Spró­buj ich kie­dyś. Zastu­ka­łem w szybę i zapy­ta­łem po fran­cu­sku, czy nie ura­to­wa­łaby mi życia, zako­chu­jąc się we mnie. Pokrę­ciła głową, ale obda­rzyła mnie roz­ba­wio­nym uśmie­chem. Zapy­ta­łem, gdzie mogę zna­leźć poste­ru­nek poli­cji. Wska­zała skrzy­żo­wa­nie.

Czło­wiek roz­po­zna dru­giego muzyka w każ­dym towa­rzy­stwie, nawet wśród poli­cjan­tów. Ma naj­bar­dziej sza­lone spoj­rze­nie, włosy w naj­więk­szym nie­ła­dzie i jest albo wygłod­niale kości­sty, albo jowial­nie przy kości. Ten fran­cu­sko­ję­zyczny inspek­tor, gra­jący na rożku angiel­skim w miej­sco­wym towa­rzy­stwie ope­ro­wym, sły­szał o Vyvy­anie Ayr­sie i uprzej­mie naszki­co­wał mi mapę drogi do Neer­beke. Za infor­ma­cję zapła­ci­łem mu dwa rogale. Zapy­tał, czy przez La Man­che prze­wio­złem także bry­tyj­ski samo­chód -?jego syn pasjo­no­wał się Austi­nami. Powie­dzia­łem, że nie mam samo­chodu. To go zanie­po­ko­iło. Jak dostanę się do Neer­beke? Nie jeź­dzi tam żaden auto­bus, nie ma linii kole­jo­wej, a dwa­dzie­ścia pięć mil to upior­nie długa prze­chadzka. Zapy­tałem, czy mogę poży­czyć na czas nie­okre­ślony jego poli­cyjny rower. Odrzekł, że to nie­co­dzienna prośba. Zapew­ni­łem go, że sam jestem nie­co­dzienny, i wyja­śni­łem mu w skró­cie cha­rak­ter mej misji do Ayrsa, naj­słyn­niej­szego adop­to­wa­nego syna Bel­gii (musi ich być tak nie­wielu, że może to nawet być prawda), w służ­bie euro­pej­skiej muzyki. Powtó­rzy­łem prośbę. Nie­praw­do­po­dobna prawda służy cza­sem czło­wie­kowi lepiej niż praw­do­po­dobna fik­cja, i wła­śnie teraz tak było. Uczciwy sier­żant wziął mnie do skła­dziku, gdzie zagu­bione rze­czy ocze­kują swych pra­wo­wi­tych wła­ści­cieli przez kilka mie­sięcy (zanim tra­fią na czarny rynek) -?lecz naj­pierw chciał usły­szeć moją opi­nię o jego bary­to­nie. Ura­czył mnie eks­plo­zją "Reci­tar!... Vesti la giubba!" z I Pagliacci. (Głos dość przy­jemny w dol­nych reje­strach, ale powi­nien jesz­cze popra­co­wać nad odde­chem, a jego vibrato drżało jak zaku­li­sowa bla­cha do robie­nia grzmo­tów). Dałem mu kilka muzycz­nych wska­zó­wek; otrzy­ma­łem pożyczkę w postaci wik­to­riań­skiego Enfielda plus sznur do przy­wią­za­nia walizy i teczki do sio­dełka, a także tylny błot­nik. Życzył mi bon voy­age i dobrej pogody.

Adrian ni­gdy nie masze­ro­wał drogą, którą wyje­cha­łem na rowe­rze z Bru­gii (zbyt głę­boko na tery­to­rium Hunów), nie­mniej czu­łem pokre­wień­stwo z mym bra­tem, oddy­cha­jąc tym samym powie­trzem na tej samej ziemi. Nizina jest pła­ska jak Fens, ale zanie­dbana. Po dro­dze posi­li­łem się ostat­nimi roga­li­kami i w pobliżu pod­upa­dłych chat zatrzy­ma­łem się na parę łyków wody. Nikt nie mówił zbyt wiele, ale nikt nie powie­dział "Nie". Przez wiatr w twarz i spa­da­jący wciąż łań­cuch popo­łu­dnie chy­liło się już ku wie­czo­rowi, nim w końcu dotar­łem do Neer­beke, wio­ski, w pobliżu któ­rej miesz­kał Ayrs. Mil­czący kowal poka­zał mi, jak dostać się do Château Zedel­ghem, roz­pra­co­wu­jąc moją mapę ogryz­kiem ołówka. Ścieżka poro­śnięta pośrodku dzwon­kami i kwia­tami lnicy zapro­wa­dziła mnie obok opusz­czo­nej stró­żówki do nie­gdyś impo­nu­ją­cej alei wie­ko­wych topoli wło­skich.

Zedel­ghem jest bar­dziej oka­załe niż nasze pro­bo­stwo; kilka roz­pa­da­ją­cych się wie­ży­czek zdobi zachod­nie skrzy­dło, lecz nie dora­stają do Audley End czy wiej­skiej sie­dziby Capon-Ten­chów. Wypa­trzy­łem dziew­czynę na koniu na niskim wzgó­rzu, zwień­czo­nym roz­łu­pa­nym bukiem. Miną­łem ogrod­nika roz­rzu­ca­ją­cego sadzę prze­ciw śli­ma­kom w ogródku warzyw­nym. Na fron­to­wym dzie­dzińcu nad­mier­nie umię­śniony kamer­dy­ner czy­ścił sil­nik Cow­leya. Gdy dostrzegł, że się zbli­żam, wstał i cze­kał na mnie. Na tara­sie, na skraju tego fryzu, pod kipiącą kwie­ciem gli­cy­nią, sie­dział czło­wiek na wózku inwa­lidz­kim i słu­chał radia. Vyvyan Ayrs, jak mnie­mam. Łatwiej­sza część mego marze­nia wła­śnie się urze­czy­wist­niła.

Opar­łem rower o ścianę, powie­dzia­łem kamer­dy­ne­rowi, że mam sprawę z jego panem. Był dość uprzejmy i zapro­wa­dził mnie na taras do Ayrsa oraz zaanon­so­wał moje przy­by­cie po nie­miecku. Ayrs to led­wie cień czło­wieka, jakby cho­roba wyssała z niego wszyst­kie żywotne soki, ale zatrzy­ma­łem się i uklą­kłem na żuż­lo­wej alejce, jak sir Per­si­val przed kró­lem Artu­rem. Nasza uwer­tura miała prze­bieg mniej wię­cej nastę­pu­jący:

-?Dzień dobry panu.

-?A pan kto, u dia­bła?

-?To ogromny zaszczyt...

-?Pytam: kim pan, u dia­bła, jest?

-?Robert Fro­bi­sher, sir, z Saf­fron Wal­den. Jestem -?byłem -?stu­den­tem sir Tre­vora Mac­ker­rasa w Caius Col­lege i przy­je­cha­łem aż z Lon­dynu, żeby...

-?Aż z Lon­dynu rowe­rem?

-?Nie. Poży­czy­łem rower od poli­cjanta w Bru­gii.

-?Hmm. -?Pełna namy­słu prze­rwa. -?Musiał pan jechać wiele godzin.

-?Było ciężko, lecz jakże wspa­niale. Jak u piel­grzy­mów wspi­na­ją­cych się pod górę na kola­nach.

-?Co to znowu za bred­nie?

-?Chcia­łem udo­wod­nić, że ubie­gam się na serio.

-?Serio ubiega się pan o co?

-?O posadę pań­skiego oso­bi­stego sekre­ta­rza.

-?Osza­lał pan?

To pyta­nie zawsze jest bar­dziej pod­stępne, niż się wydaje.

-?Raczej nie.

-?Ja nie dawa­łem ogło­sze­nia o potrze­bie sekre­ta­rza!

-?Wiem, sir, ale pan go potrze­buje, nawet jeśli jesz­cze pan o tym nie wie. Arty­kuł w "Time­sie" gło­sił, że nie jest pan w sta­nie kom­po­no­wać nowych dzieł z powodu cho­roby. Nie mogę dopu­ścić, by pań­ska muzyka prze­pa­dła. Jest sta­now­czo zbyt cenna. Przy­je­cha­łem zatem, by ofe­ro­wać panu swe usługi.

Cóż, nie prze­go­nił mnie.

-?Mówił pan, że jak się nazywa?

Powtó­rzy­łem.

-?Jeden z mło­dych talen­tów Mac­ker­rasa?

-?Szcze­rze mówiąc, sir, był mi nie­chętny.

Jak już sam prze­ko­na­łeś się na wła­snej skó­rze, potra­fię być intry­gu­jący, gdy się posta­ram.

-?Tak? A dla­cze­góż to?

-?W uczel­nia­nym perio­dyku napi­sa­łem, że jego 6. Con­certo na flet - odchrząk­ną­łem -?nie­wol­ni­czo naśla­duje Saint-Saënsa z jego naj­bar­dziej kwie­ci­stego okresu przed doj­rze­wa­niem płcio­wym. Ode­brał to oso­bi­ście.

-?Napi­sa­łeś tak pan o Mac­ker­ra­sie? -?Ayrs sapał, jakby mu kto piło­wał żebra. -?Ja myślę, że ode­brał to oso­bi­ście.

Część następna jest krótka. Kamer­dy­ner wpro­wa­dził mnie do salonu z deko­ra­cjami w kolo­rze bla­do­zie­lo­nym, nie­cie­ka­wym Farqu­har­dem z owcami i sto­gami zżę­tego zboża i dość kiep­skim holen­der­skim pej­za­żem. Ayrs wezwał swoją żonę, panią van Outryve de Crom­me­lynck. Zacho­wała panień­skie nazwi­sko -?a przy takim nazwi­sku, któżby miał jej to za złe? Pani domu była chłodno uprzejma i spy­tała, czym się do tej pory zaj­mo­wa­łem. Odpo­wie­dzia­łem zgod­nie z prawdą, choć skry­łem wyrzu­ce­nie z Caiusa pod płasz­czy­kiem tajem­ni­czej cho­roby. Sło­wem nie pisną­łem o mych obec­nych finan­so­wych tara­pa­tach -?im więk­sze, tym ofia­ro­dawcy bar­dziej nie­chętni. Ocza­ro­wa­łem ich dosta­tecz­nie. Usta­lono, że mogę zostać w Zedel­ghem przy­naj­mniej na tę noc. Ayrs miał rano spraw­dzić moje muzyczne talenta i wtedy pod­jąć decy­zję co do mojej pro­po­zy­cji.

Ayrs nie poja­wił się jed­nak na kola­cji. Moje przy­by­cie zbie­gło się z począt­kiem nawie­dza­ją­cego go co dwa tygo­dnie ataku migreny, pod­czas któ­rego nie wycho­dzi ze swo­ich poko­jów przez cały dzień czy dwa. Moje prze­słu­cha­nie jest prze­su­nięte, aż się lepiej poczuje, więc los mój na­dal wisi na wło­sku. Z rze­czy mil­szych -?Pie­spor­ter i homar a l'américaine dorów­ny­wały wszyst­kiemu z kuchni Impe­rialu. Zachę­ci­łem gospo­dy­nię do roz­mowy -?myślę, że pochle­biało jej, ile wie­dzia­łem o jej słyn­nym mężu, i wyczuła moją nie­kła­maną miłość do muzyki. O, jedli­śmy także z córką Ayrsa, młodą ama­zonką, którą krótko widzia­łem wcze­śniej. Mlle Ayrs to roz­mi­ło­wane w koniach stwo­rze­nie lat sie­dem­na­stu, które po mamie odzie­dzi­czyło zadarty nos. Nie mogłem wydo­być z niej jed­nego uprzej­mego słowa przez cały wie­czór. Czy może widziała we mnie podej­rza­nego nacią­ga­cza, który ostat­nio nie ma szczę­ścia i który zja­wił się, żeby zwa­bić jej cho­rego ojca we wspa­niałą, pogodną sta­rość, do któ­rej ona nie będzie miała wstępu i nikt jej tam nie zaprosi?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Jak rów­nież powie­ści, które powstały póź­niej. "New York Maga­zine" opu­bli­ko­wał kie­dyś skom­pli­ko­wany, ozna­czony róż­nymi kolo­rami dia­gram o Powią­za­nym Uni­wer­sum Davida Mit­chella, by pomóc czy­tel­ni­kom się w nim orien­to­wać. [wróć]

2. W eseju z 2019 r. w "Guar­dia­nie", z oka­zji umiesz­cze­nia Atlasu chmur na liście naj­lep­szych ksią­żek stu­le­cia według tej gazety, David Mit­chell kom­pi­luje wła­sny spis odnie­sień: "Upodo­ba­nie do Her­mana Melville'a i opo­wie­ści mor­skich; histo­ria Fre­de­ricka Deliusa i jego sekre­ta­rza, Erica Fenby'ego; kali­for­nij­ski czarny kry­mi­nał; stu­dium histo­rii ludz­ko­ści Strzelby, zarazki i stal autor­stwa Jareda Dia­monda; wyprawy na wyspy Cha­tham na chłod­nym połu­dnio­wym Pacy­fiku, do Seulu i Busan w Korei Połu­dnio­wej oraz na Hawaje; powieść Rus­sella Hobana Rid­dley Wal­ker; cie­ka­wość doty­cząca zmien­no­ści języka na prze­strzeni wie­ków; poczu­cie alie­na­cji, gdy miesz­ka­łem samot­nie w bloku w Hiro­szi­mie; koniecz­ność poru­sza­nia się w obcym spo­łe­czeń­stwie bez odpo­wied­niej zna­jo­mo­ści języka; bycie nie­zna­nym bry­tyj­skim pisa­rzem pod­czas mojej pierw­szej i dru­giej trasy pro­mo­cyj­nej po Sta­nach Zjed­no­czo­nych, gdy mia­łem czas na włó­częgi po San Fran­ci­sco, Seat­tle i Nowym Jorku; rosyj­ska dys­to­pia Jew­gie­nija Zamia­tina My". [wróć]

3. David Mit­chell opi­sał swoją stra­te­gię jako "[two­rze­nie] dystansu cza­so­wego poprzez zmianę języka". [wróć]

4. Chcia­ła­bym być Rober­tem Fro­bi­she­rem, który, jak owa czy­tel­niczka, ma tylko pół dzien­nika Adama Ewinga. Jeśli powieść ta, czy­tel­niczko, jest ci nie­znana, zachę­cam, byś zapo­mniała o wszyst­kim, co tutaj prze­czy­ta­łaś. [wróć]

5. Doce­niam skru­pu­lat­ność bada­cza nauko­wego, który odkrył, że ist­nieją nie­spój­no­ści mię­dzy pierw­szym wyda­niem bry­tyj­skim a pierw­szym wyda­niem ame­ry­kań­skim. Czy­tel­nicy Atlasu Chmur nie tracą zbyt wiele. [wróć]

6. Poświęćmy chwilę nieco kon­tro­wer­syj­nej fil­mo­wej adap­ta­cji Atlasu chmur, przy­ję­tej przez kry­tykę z mie­sza­nymi reak­cjami. Akcja roz­grywa się w wielu kra­jach, film ma trójkę reży­se­rów, prosi akto­rów o to, czego zazwy­czaj się od nich nie ocze­kuje, wymaga od widza rozu­mie­nia pojęć rasy, czasu i płci kul­tu­ro­wej. Ekra­ni­za­cja oddaje poli­fo­niczną naturę Atlasu chmur, ale robi to w ramach struk­tury wła­ści­wej dla filmu. Jest też bar­dzo roman­tyczna. Ani razu nie udało mi się jej obej­rzeć i nie pła­kać. [wróć]

7. Nie jestem zado­wo­lona, że naj­czę­ściej ze wszyst­kich boha­te­rów Atlasu chmur cytuję Timo­thy'ego Caven­di­sha, ale jest wydawcą lite­rac­kim i dla­tego jego reflek­sje czę­sto się przy­dają przy ukła­da­niu przed­mowy! [wróć]

8. To zna­czy mnie. Oto skró­cona wer­sja mojej przed­mowy: Atlas chmur jest dosko­nały. [wróć]

9. David Mit­chell, popro­szony o ponową lek­turę Jeśli zimową nocą podróżny, napi­sał: "Obo­jęt­nie jak zachwy­ca­jąco pomy­słowa jest książka, jest zachwy­ca­jąco pomy­słowa tylko raz". Ja uwa­żam, że "zachwy­ca­jąco pomy­słowa" powieść cza­sem odsła­nia się przy kolej­nych czy­ta­niach. Za każ­dym razem, gdy czy­tam Atlas chmur, wyno­szę coś nowego. Z ostat­niej lek­tury: chro­no­lo­giczny koniec książki jest w jej fizycz­nym środku, przy zakoń­cze­niu "Brodu Slo­oshy i wszyst­kiego, co potem". Ude­rzył mnie też osta­teczny chro­no­lo­gicz­nie obraz: dzieci oglą­dają Sonmi w sta­rej anty­fo­nie, przy­po­mi­na­ją­cej w kształ­cie Tama­got­chi, holo­gra­ficzny iPhone. Dzieci, które wpa­trują się w ekran, gdy świat się koń­czy, to pro­ro­czy obraz. Zosta­wiam go wam do inter­pre­ta­cji. [wróć]

10. Zna­kiem wybit­nej powie­ści jest to, jak czę­sto bywa naśla­do­wana, a ist­nieje wiele ksią­żek, które powstały jakby z cie­nia Atlasu chmur. Uni­kam słowa "wtór­nych". Roz­po­zna­cie je, gdy wpadną wam w ręce: poli­fo­niczne opo­wie­ści, któ­rych akcja roz­grywa się na prze­strzeni wielu wie­ków, połą­czone cyklem nar­ra­cyj­nym. Sama bez trudu wymie­nię kil­ka­na­ście. [wróć]

11. Zob. Her­man Melville, "Encan­ta­das czyli wyspy zacza­ro­wane", w: Weranda i inne praw­dziwe opo­wie­ści, przeł. K. Kor­win-Mikke, Wydaw­nic­two Lite­rac­kie, Kra­ków 1980. [wróć]

12. Łk 8, 24, Biblia w prze­kła­dzie ks. Jakuba Wujka. [wróć]

13. Księga Psal­mów, ibid. [wróć]

14. Psalm 80, 7, ibid. [wróć]

15. Ojciec ni­gdy mi o den­dro­gli­fach nie wspo­mniał i dowie­dzia­łem się o nich jedy­nie w spo­sób w Intro­duk­cji opi­sany. Teraz, gdy rasa Moriori z wyspy Cha­tham kra­wędź prze­kro­czyła już zagłady, mnie­mam, że zdrada ich już nie dotyka. -?J.E. [wróć]

16. Gruź­lica węzłów chłon­nych (przyp. tłum.). [wróć]

17. Las Encan­ta­das (Zacza­ro­wane Wyspy) -?histo­ryczna hisz­pań­ska nazwa Wysp Gala­pa­gos (przyp. tłum.). [wróć]

18. Alu­zja do Polo­niu­sza pod­słu­chu­ją­cego za arra­sem w Ham­le­cie Szek­spira (przyp. tłum.). [wróć]

19. Caius Col­lege -?jeden z col­lege'ów uni­wer­sy­tetu w Cam­bridge (przyp. tłum.) [wróć]

20. Walt Whit­man, "Podróż do Indii", tłum. S. Vin­cenz, "Źdźbła traw" w Poezjach Wybra­nych, PIW 1966. [wróć]