Trasa północna
W obszernej sali odpraw personelu latającego, zwanej Briefing Room, aż
ciemniało od tytoniowego dymu, chociaż palenie było surowo zabronione, a czerwone litery licznych wywieszek groźnie oznajmiały: NO SMOKING. Któż
jednak zwracałby uwagę na tak nieżyciowe zarządzenie, skoro trzeba
skoncentrować uwagę na ogromnej mapie ściennej, po której przesuwała się
magiczna pałeczka oficera nawigacyjnego. Pałeczka ta wyczyniała
najprzeróżniejsze cuda, przeskakiwała błyskawicznie z jednego miejsca na
drugie, zataczała mikroskopijne kółeczka, zatrzymywała się w bezruchu i nagle kreśliła nową zdecydowaną linię. Oficer nawigacyjny, niski i otyły
squadron leader1, ocierał pot z czoła, maleńkimi kroczkami
przesuwał się wzdłuż ściany, a jego pałeczka podążała dalej i dalej w prawo, aż ku krańcowemu obiektowi, oznaczonemu na mapie miniaturową
sylwetką samolotu. Lotnisko docelowe, kres wędrówki.
Na mapie w Briefing Room sprawa przedstawiała się łatwo i prosto.
Start tutaj, właśnie w tym miejscu, przelot dotąd - kółeczko -
lądowanie, uzupełnienie paliwa, nowy start - długa kreska - nowe
lądowanie... Setki kilometrów przekształcały się na mapie w centymetry,
tysiące w decymetry, dziesiątki tysięcy w metry. Mroźne połacie
niezmierzonych przestrzeni przemieniały się w niewinny papier podklejony
płótnem. Kłęby tytoniowego dymu symbolizowały burze, mgły i chmury. Ot,
prosta sprawa, dwa lub trzy dni, w najgorszym razie cztery i po
wszystkim.
- Po wszystkim, cholerny świat. Niechby on sam tak poskakał, jak jego
pałka - mruknął siwowłosy pilot, zapalając kolejnego playersa.
- Akurat! - mruknął jego nawigator. - Poskacze sobie, ale do baru na
szklaneczkę whisky. Bloody hell2, we łbie mi się kręci od tych
kursów, czasów i punktów orientacyjnych!
- A mnie od sygnałów, kodów i częstotliwości - dorzucił radiooperator i nagle zaklął głośno - niech piekło pochłonie Marconiego!
Otyły squadron leader obrócił się w jego stronę.
- Czy pan coś mówił, flight sergeant3 Lindsay?
- Nie... nic...
- Dlaczego Marconi? Kto to taki? - zainteresował się nawigator, ale
przezornie nie podnosił głosu.
- Makaroniarz. Radio wykombinował, idiota.
Gruby oficer nawigacyjny znów otarł pot z czoła i zwrócił się do
siwowłosego pilota:
- Your turn, flight lieutenant Burzyński4
Polak skinął głową. Wiedział już, że jego mieszana
polsko-angielsko-australijska załoga poleci trasą północną,
najmroźniejszą i prawdopodobnie najniebezpieczniejszą. Zresztą licho
wie, która trasa gorsza - przebiegło mu przez myśl - i tu źle, i tam nie
za dobrze. Tyle że ma się tę wprawę i doświadczenie po tylu latach
spędzonych za sterami samolotu, wie się, co i kiedy trzeba zrobić, a czego nie trzeba.
W pół godziny później kapitan Kazimierz Burzyński wraz z porucznikiem
Johnem Alcockiem i starszym sierżantem Geoffreyem Lindsayem opuszczali
zadymiony Briefing Room. W trzy godziny później, opatuleni w futrzane
kurtki, spodnie, buty i kominiarki, z potrójnymi rękawicami na dłoniach,
zajmowali na lotnisku Dorval miejsca we wnętrzu dwusilnikowego Bostona.
Kolejne próby silników, usunięcie podstawek sprzed kół przez
zziębniętych mechaników. Bombowiec, obciążony dodatkowym paliwem,
ociężale potoczył się po śnieżnym pasie i z trudem oderwał od ziemi przy
końcu lotniska.
Montreal niknie za ogonem maszyny. W zamglonej bieli rozpływa się wielka
kopuła katedry i mury uniwersytetów McGill oraz Montreal. Pozostają w tyle skute lodami rzeki Ottawa i St. Lawrence. Pilot wyprowadza samolot
nad ogromne terytorium półwyspu Labrador i wytrwale trzyma się
północnego kierunku. Nawigator, zamknięty w ciasnej kuli swej kabinki,
nachyla się nad mapami i od czasu do czasu stara się wypatrzeć w śnieżnym pustkowiu w dole chociaż jeden z punktów orientacyjnych, z taką
nonszalancją wskazywanych przez pałeczkę oficera nawigacyjnego na
odprawie. Radiooperator systematycznie wystukuje swoje ti-taa-taa-taa i pilnie wsłuchuje się w podobne sygnały napływające ze świata.
Pierwsza godzina lotu. Instalacja ogrzewania kabin niespodziewanie
przestaje działać, nikt nie zna przyczyny awarii i sposobu jej
usunięcia. Słupek rtęci w wewnętrznym termometrze powoli opada,
termometr zewnętrzny bezczelnie wskazuje 40 stopni mrozu. W kabinie jest
coraz zimniej i Alcock, choć rodowity londyńczyk, niczym warszawski
dorożkarz "zabija" ręce i wściekle przytupuje nogami. Lindsay ze
słonecznego Sydney dzielnie mu wtóruje, ale Burzyński siedzi za sterami
jak posąg, bowiem każdy jego gwałtowniejszy ruch mógłby wytrącić maszynę
z kursu.
Druga godzina lotu. Krajobraz w dole nie zmienia się zupełnie, właściwie
trudno mówić o jakimkolwiek krajobrazie. Monotonna, wyludniona
przestrzeń, ani śladu ludzkiego życia, brak miast, osiedli i nawet
pojedynczych faktorii. Cóż, obszar ten, o powierzchni niemal
dorównującej Europie, liczy sobie zaledwie kilka tysięcy mieszkańców,
włącznie - zdaniem Alcocka - z jeszcze nienarodzonymi dziećmi. Gdyby
zejść z kursu nieco w lewo, można by dolecieć aż do Zatoki Hudsona, a raczej ugrzęznąć w śniegach w jej pobliżu z braku paliwa. W takim
przypadku istniała szansa jedna na milion, że jakiś zabłąkany wędrowiec
zauważyłby skraksowany samolot. Zboczenie w prawo było mniej groźne.
Ostatecznie Rzeka St. Lawrence, a właściwie Rzeka Świętego Wawrzyńca,
doprowadziłaby jakoś do Zatoki tegoż świętego, a później do Nowej
Fundlandii. Najlepiej jednak - decyduje Burzyński - wcale z kursu nie
zbaczać.
Temperatura wewnątrz samolotu zrównuje się z temperaturą zewnętrzną, co
oczywiście oznacza 40 stopni poniżej zera w kabinie. Nie na wiele
przydają się futra i potrójne rękawice. Mróz gryzie, wdziera się
wszędzie. Stopy i końce palców u rąk tracą czucie.
- Radio wysiadło - melduje przez pokładowy telefon, tak zwany
intercom5, radiooperator Lindsay. - Chyba za duży mróz. Co
robić, Skipper?6- Wysiąść i wymówić pracę, ewentualnie
zamówić w najbliższym sklepie nową radiostację - odpowiada żartobliwie
kapitan Burzyński, chociaż bynajmniej na żarty mu się nie zbiera. -
Don't werry Geoff, we'll manage somehow7 - angielszczyzna
pilota jest całkiem poprawna. Tak jak wszyscy polscy lotnicy w RAF-ie
używał angielskich zwrotów nawet w rozmowach z rodakami. Było to w tamtych warunkach rzeczą nieuniknioną.
Prawdę mówiąc obaj Brytyjczycy niezbyt się obawiają. Nie pierwszy raz
lecą z polskim pilotem, mają do siwowłosego kapitana bezgraniczne
zaufanie. Wiedzą doskonale, że jeśli tylko będzie to w ludzkiej mocy,
Burzyński doprowadzi Bostona do celu. Nawet bez pomocy radia. Nawet bez
punktów orientacyjnych. Jeżeli nic nieprzewidzianego się nie wydarzy.
Maszyna leci po kursie jak po sznurku, silniki grają, wskaźniki
temperatury i ciśnienia oleju tkwią na właściwych pozycjach, paliwa nie
braknie. Ale co będzie, jeżeli któryś z silników zachłyśnie się nagle,
przestanie działać? Co się stanie, jeśli trzeba będzie zejść w dół,
lądować? W dole czyhała biała śmierć. Szczerzyła ku śmiałkom lodowate
zęby, wyciągała śnieżne ramiona, by objąć ich, przygarnąć i utulić w wieczystym śnie. Mało to załóg wykonało nad tymi przeklętymi
przestrzeniami swój ostatni przelot? Czasem otrzymywano od nich
rozpaczliwe wołania o pomoc, czasem wołania urywały się w pół zdania,
czasem nie zdołano ich wcale wysłać...
Trzecia godzina lotu. Pilot orientuje się doskonale, że wychodzi nad
morze, ale pod sobą widzi wciąż tę samą pustkę. Zarówno Zatoka Świętego
Wawrzyńca, jak wyspy Księcia Edwarda i Piękne, są jednakowe - gładkie,
białe. Wszystko ścięte mrozem.
Gdzieś z przodu, na wybrzeżach Labradoru, leży Goose Bay i lotnisko -
kres pierwszego etapu. Ale gdzie? Jak je odnaleźć bez radiowych
namiarów, bez jakichkolwiek śladów na ziemi? Może przelecieli w pobliżu,
może pchają się teraz na oślep w głąb oceanu?
Burzyński wzruszył ramionami i siłą woli odpędził ponure myśli. Nie w takich tarapatach znajdował się już w swej długiej karierze lotniczej,
nie z takich sytuacji wychodził obronną ręką. Zresztą - czy rzeczywiście
istniało jakiekolwiek niebezpieczeństwo? Nerwy należy trzymać w garści i tyle. O właśnie! Są już ciemniejsze plamy lasów, jest i rzeka, którą
wprawne oko potrafi wyśledzić w pozornie jednolitej bieli. Teraz lekki
zakręt, rzeka sama doprowadzi do celu. Gdyby tylko przeklęty mróz tak
nie kąsał!
Alcock, który dawno zrezygnował z beznadziejnego nawigowania, zajrzał do
kabiny pilota trzymając oburącz kubek gorącej kawy. Burzyński oderwał na
chwilę dłoń od sterownicy, zgrabiałymi palcami ujął kubek, wypił jego
zawartość i podziękował skinieniem głowy.
- Dobre - stwierdził lakonicznie.
Alcock odebrał kubek, ale nie opuszczał kabiny, przestępował z nogi na
nogę.
- Skipper... - rzucił wreszcie z wahaniem. - Długo jeszcze? To
znaczy... wszystko w porządku? - jąkał się, nie potrafił zapanować nad
nerwami.
Burzyński uśmiechnął się pogodnie. Ci, którzy znali go bliżej, a było
takich wielu, wiedzieli dobrze, iż uśmiech rzadko schodził z warg
siwowłosego pilota, że trudno było wytrącić go z równowagi.
- W porządku? - udał zdziwienie. - A dlaczego coś miałoby być nie w porządku? Patrz, John, tam...
Na horyzoncie unosił się wysoki słup dymu. Najlepszy punkt orientacyjny,
drogowskaz. Był to niechybny znak, iż kapitan Burzyński nie zszedł z kursu, nie pomylił się ani o kilometr. Gdy podlecieli bliżej, dostrzegli
pokryte śniegiem hangary i inne zabudowania. Pas lądowania wytyczony był
czerwonawą linią z wysypanej na śniegu glinki.
Pilot sprawnie posadził maszynę na białym ubitym pasie, podkołował pod
jeden z hangarów i wyłączył silniki. Z trudem opuścił kabinę, bo
zesztywniałe nogi odmawiały posłuszeństwa, potknął się i zaklął pod
nosem, ale roześmiał się natychmiast na widok Lindsaya, którego
mechanicy musieli wynosić z maszyny, a po wyniesieniu z całych sił
natarli śniegiem.
- Czczy u ccciebie w Pppolsce też tak zzzimno? - wybąkał radiooperator
uwolniwszy się z objęć czułych opiekunów.
- Phi, u nas, synu, takie mrozy, że zanim jeszcze spluniesz, ślina ci w gębie zamarza!
Pobieżne oględziny lekarskie i załoga Burzyńskiego przespacerowała się
do pobliskiej mesy, przezornie lokując się w pobliżu wielkiego kominka,
na którym płonęły kłody drewna. Teraz można zapomnieć o trudach
przelotu, odprężyć nerwy, wyciągnąć się w wygodnych fotelach. Kolacja,
gorąca kawa, szklaneczka szkockiej whisky.
Burzyński podniósł się z ociąganiem, spojrzał na zegarek i skierował do
wyjścia. Jego obowiązki dowódcy załogi jeszcze się nie skończyły.
Po godzinie wrócił i ponownie zapadł w fotel przy kominku.
- Byłeś w Ops Room8? - spytał Alcock.
- Mhm. Nic ciekawego. Pogoda się psuje. Inne załogi wróciły z trasy do
Dorval. Nas też wzywali, ale radio na szczęście nawaliło.
- Na szczęście?
- No pewnie, gdybyśmy zawrócili, nie bylibyśmy tutaj, to chyba jasne.
Pierwszy skok za nami.
- A co przed nami?
- Kiepska pogoda, ale my - podkreślił ten wyraz, a oczy mu zabłysły - my
startujemy z samego rana, John.
- Nie lepiej odczekać trochę?
- Nie. Pamiętaj, że te maszyny idą na front, są tam potrzebne jak
cholera. Każdy dzień zwłoki to kilka ton pigułek mniej na głowę Adolfa,
kapujesz?! Przecież nie latamy dla przyjemności ani dla turystyki!
- Yes, yes, kapuję - Alcock przyswajał sobie nowy polski wyraz. -
Yes, I understand, Papa.
- Kurs zero siedem osiem, Skipper.
- Jest zero siedem osiem.
Rozpoczyna się następny odcinek gigantycznej trasy, gigantycznej dla
ówczesnych, śmigłowych samolotów, bowiem dla supernowoczesnych
odrzutowców, używanych w ćwierć wieku później, transatlantyckie przeloty
stały się nie tylko najzwyklejszą rzeczą w świecie, ale również trwały o wiele krócej. W niczym nie pomniejsza to jednak wysiłku i poświęcenia
tamtejszych załóg ani też znaczenia organizacji ATFERRO, czyli Atlantic
Ferry Transport Organization (Organizacja Przewozu Atlantyckiego).
Ten odcinek miał różne warianty. Wielkie czterosilnikowe maszyny
dalekiego zasięgu wykonywały jeden bezpośredni "skok" z Gander wprost do
Prestwick w Szkocji, ewentualnie z Nowej Fundlandii na to właśnie
lotnisko. Samoloty mniejsze, takie jak dwusilnikowy Boston kapitana
Burzyńskiego, musiały wykonywać parę międzylądowań. Z lotniska Goose Bay
leciało się w poprzek Cieśniny Davisa do przylądka Farvell w Grenlandii,
a po uzupełnieniu paliwa na lotnisko Reykjavik w Islandii i wreszcie
dalej, do samego Prestwick. W zależności od sytuacji, a głównie od
warunków meteorologicznych, można było pominąć bądź Grenlandię, bądź też
Islandię, skracając cały przelot do trzech "skoków", ale narażając się
na ekstra trudy i zmęczenie. Burzyński wespół z oficerem nawigacyjnym w Goose Bay, zasięgnąwszy porady dyżurnego synoptyka i przestudiowawszy
wszelkie możliwe mapy pogody, zdecydował się na przelot do Grenlandii,
chociaż Papa dobrze znał wynikające stąd kłopoty.
Ten przelot nie różnił się wiele od poprzedniego, tyle że śnieżną biel
lądu zastąpiła... śnieżna biel zmarzniętego oceanu, jako że większa
część trasy wiodła poza granicą lodu polarnego. Natomiast łatwiej było
znieść dłużące się godziny, bo ogrzewanie kabin doprowadzono do porządku
i wewnętrzne termometry wskazywały "tylko" osiem stopni mrozu. No i pokładowa radiostacja znów działała, więc flight sergeant Lindsay był
w stanie wystukiwać swoje ti-taa-taa- -taa. Na mapie Alcocka pojawiały
się kolejne kółeczka, które wyznaczały bieg trasy.
Czasu było aż za wiele. Monotonia lotu męczyła, oczy bolały od
olśniewającego blasku, bo postrzępione cumulusy nie różniły się kolorem
i natężeniem światła od powierzchni zamarzniętego oceanu.
Burzyński wypił kolejny kubek kawy, zapalił papierosa, chociaż przepisy
surowo zabraniały palenia podczas lotu. Któż by jednak w takich
okolicznościach myślał o przepisach? Skoro palono w Briefing Room pod
Montrealem, z pewnością można palić i tutaj w kabinie - "grat" nie
stanie w płomieniach.
Myśli siwowłosego pilota biegły wstecz, cofały się o miesiące i lata,
przesuwały w zupełnie inne strony. Jakże od nich daleko, któż by
przypuszczał, że on teraz tutaj, nad polarnymi bezkresami... Polska,
Warszawa - odległe o tysiące kilometrów, a jakże bliskie! Żona
pozostawiona w stolicy. Brak od niej jakichkolwiek wiadomości, chociaż
już trzeci rok wojny, a koledzy - ci szczęśliwsi - otrzymują listy z kraju za pośrednictwem Czerwonego Krzyża. Czy żyje? Jak jej się powodzi,
jak sobie radzi?
Z podobnymi myślami trzeba walczyć, odsuwać je od siebie, bo
demobilizują i szarpią nerwy. Wysiłkiem woli odpycha obraz żony, ale
natychmiast pojawiają się inne wspomnienia. XII Wielkopolska Eskadra...
To było tak dawno. Pierwsze wrażenia z pracy w lotnictwie
komunikacyjnym. W którym to było roku? Ależ oczywiście w 1923. Taak...
kolejno "Aerolloyd", potem "Aerolot" i "Aero", wreszcie od 1929 roku
Polskie Linie Lotnicze LOT. Już wtedy został pierwszym polskim
"milionerem powietrznym". Trudno uwierzyć, iż było to trzynaście lat
temu. Pilotował Junkersy i Fokkery, latał na nowoczesnych Lockheedach i Douglasach. Przemierzał wszystkie ówczesne trasy krajowe, woził
pasażerów do Rzymu, Helsinek, Aten i Jerozolimy. Latał i nigdy nie
zawodził.
W nieprzerwanej dotychczas bieli lodowego oceanu poczęły tworzyć się
wyrwy i stopniowo cała powierzchnia zmieniła barwę, przemieniając się w zielonkawą płaszczyznę, po której przesuwały się wysepki wielkich brył
kry. Radio ożywiło się, a Lindsay zameldował przez pokładowy telefon:
- Mam kontakt z Grenlandią.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki