Rozdział I
Czołga się ciągle uparcie, na samych tylko łokciach, poprzez straszliwe
rumowiska, które przed chwilą było jeszcze ciepłym, zwyczajnym
pomieszczeniem "F". w rufowej części okrętu. "Byle do trapu... Wyjść stąd,
wyjść!". Oto, gdzieś nieskończenie wysoko, nad głową, zbawczy otwór
włazu. Dźwiga się po poskręcanym żelastwie, które było trapem, cal po
calu ciągnie za sobą bezwładne nogi. Trwa to wieki. Jeszcze ostatni,
nadludzki wysiłek; ktoś chwyta go za ramię, chlust lodowatej wody...
-?Za godzinę będziemy w Glasgow, sir...
Mat Karol Wizner otrząsa się z dręczącego, sennego koszmaru. Odruchowo
burczy coś w odpowiedzi. Siwowłosy konduktor wycofuje się na korytarz i Wizner zostaje w przedziale sam.
Jest bardzo zmęczony. Od chwili, kiedy w dalekim Plymouth, na samym
skraju południowej Anglii, wsiadł do pociągu, minęło już kilkanaście
godzin. Przesiadki w Bristolu i Liverpoolu, małe stacyjki po drodze z zamalowanymi na czarno nazwami -?to w obawie przed inwazją: "Jeśli
Hunowie tu wylądują, nie będą po prostu wiedzieli, gdzie są...". Wieczorem
wokół ani jednego światła. Obowiązuje nadal szczelne zaciemnienie, pełny
black out. To przed nalotami. Na przedmieściach Liverpoolu widział ich
ślady: hałdy gruzów, wypalone mury z niebem prześwitującym przez puste
oczodoły okien.
Słowa: "Bitwa o Anglię", usłyszał po raz pierwszy z radia w którymś
kolejnym szpitalu szkockim, bodaj w Edynburgu. Było to przed kilkoma
miesiącami, chyba na początku sierpnia 1940 roku. Już mógł wtedy chodzić
dość swobodnie. Zrosły się połamane, żebra i ręka, lekarze wylatali
jakoś zgruchotane kolano, tylko uszkodzony kręgosłup wciąż dawał się we
znaki. Trzy miesiące kuracji, od maja, zrobiło swoje, ale pierwsze
zejście do szpitalnego schronu było trudne. Potem przywykł. Naloty były
niemal co noc, poprzedzane wyciem syren. Schron trząsł się od głuchych
detonacji, a Wiznerowi wydawało się nieraz, że poprzez dudnienie
przeciwlotniczych dział słyszy basowy pomruk bombowców.
Co mogą samoloty, wiedział doskonale. Poznał to najdokładniej tamtego
ranka, 4 maja 1940 roku, na wodach norweskiego Rombakkenfjordu. Tam,
wysoko, był podobno tylko jeden samolot: tak mówili potem sygnaliści i artylerzyści z pokładu. ORP "Grom" tonął trzy minuty. Do dziś jeszcze
tamte chwile wracają w przerażających sennych majakach.
Podnieśli ich wtedy z lodowatej wody angielscy koledzy po czterdziestu
prawie minutach, cały czas pod ogniem niemieckiej broni maszynowej,
bijącej z brzegu, spod Narwiku. Brytyjski niszczyciel HMS "Bedouin"
odwiózł ich na pokład pancernika HMS "Resolution", gdzie opatrzono
rannych, stamtąd zabrał ich ORP "Burza" i przetransportował na okręt
szpitalny "Atlantis". Przez następne czterdzieści osiem godzin
niemieckie samoloty dokonały na ten okręt, biały i ozdobiony wielkimi,
czerwonymi krzyżami, aż dziesięciu nalotów. W czasie ich trwania zmarł z ran leżący tuż obok marynarz Zygmunt Muchar. Odetchnęli dopiero na
pokładzie wielkiego, trójkominowego "pasażera" "Monarch of Bermuda",
który dowiózł ich szczęśliwie do leżącej w szkockiej miejscowości
Greenock dużej bazy Royal Navy.
Teraz właśnie mat Karol Wizner powracał znów do Greenock. Niewiele, co
prawda, zapamiętał z tego miasta, bo wtedy, wprost z nabrzeża, zabrano
ich do różnych szpitali. Wracał jednak na własną prośbę i do służby,
choć wcześniej, jeszcze w czasie szpitalnych, ciężkich zabiegów, nieraz
postanawiał sobie: już nigdy więcej na morze...
Zadecydowały przeżycia kilku ostatnich tygodni. Na samo ich wspomnienie
powracała złość: że dziś mogą być jeszcze tacy ludzie...
Po wypisaniu ze szpitala zaordynowali mu lekarze krótką rekonwalescencję
w prywatnym szkockim domu: taki wytworzył się obyczaj. Gospodarze, mili
starsi ludzie, dbali o swego gościa, ale w przyjaznej atmosferze tego
domostwa powróciły ze zdwojoną siłą wspomnienia własne.
Jak żyją w okupowanym kraju żona i siedmioletnia już córka, Irena, jak
sobie radzą? Nie wiedział o nich nic od chwili, kiedy z kartą
mobilizacyjną w kieszeni wyszedł ze swego gdyńskiego mieszkania przy
ulicy Śląskiej w dniu 24 sierpnia 1939 roku. Minął już rok. To, co
wydarzyło się w tym czasie, przechodziło wszelkie pojęcie. Padła
Norwegia, potem Dania, Holandia i Belgia. Kiedy jeszcze w szpitalu
dowiedział się o błyskawicznym przemarszu Niemców przez Francję i o jej
niesławnym upadku, odczuł jakąś bezsensowną, mściwą radość: Taka potęga,
a wytrzymała niewiele dłużej niż my! Trzeba to było tak się puszyć?
Jednocześnie i on, i inni zdali sobie wówczas sprawę, że cały ogrom
niemieckiej, wojennej machiny obróci się teraz wyłącznie przeciw Anglii
i że sprawa ich powrotu do kraju ma szanse tylko wówczas, jeśli Anglia
zdoła się tej potędze oprzeć. A w to trudno było uwierzyć...
Mijały jednak tygodnie, a samotna wyspa wciąż trwała mimo zmasowanych, o niespotykanej sile ataków niemieckiej Luftwaffe na cały kraj. Komunikaty
radiowe i gazety wciąż donosiły o ciężkich walkach powietrznych z przeważającymi siłami wroga -?niejednokrotnie padały w tych komunikatach
polskie nazwiska walczących pilotów. Wytworzyła się wtedy wokół nich,
rannych marynarzy polskich, jakaś szczególna atmosfera życzliwości i podziwu, tak różna przecież od tej wyniosłej oschłości, z jaką spotykali
się u Anglików jeszcze w wiele miesięcy po przybyciu do tego kraju.
Najlapidarniej ujął to jeden ze szpitalnych towarzyszy niedoli:
-?Tacy lordowie muszą dopiero mocno dostać w tyłek, żeby zmądrzeli...
Była ich z początku dość liczna, polska grupka, ale wreszcie Wizner,
jeden z najciężej rannych podczas zatopienia "Groma", i stąd przerzucany
z jednego szpitala specjalistycznego do drugiego, pozostał sam.
Zwolnienie przyjął jak wybawienie. Bez większego też żalu pożegnał swych
szkockich gospodarzy: chciał znów po prostu być wśród swoich.
Wyruszył więc z Edynburga do Plymouth pełen nadziei: wreszcie w tej
wielkiej, polskiej bazie znajdą chyba dla niego jakieś miejsce, póki w pełni nie powróci do zdrowia...
Baza mieściła się na przedwojennym, pasażerskim transatlantyku
"Kościuszko", przemianowanym z powodu wojny na ORP "Gdynia".
Zakotwiczona na redzie w pobliżu Devonport stanowiła swoistą "polską
wyspę", o czym Wizner miał się rychło przekonać.
Sporo czasu zajęło mu w początkach rozeznanie się w całej tej "wieży
Babel", jaką stanowił ORP "Gdynia". Mieściła się tu bowiem Szkoła
Podchorążych Marynarki Wojennej ze wszystkimi trzema wydziałami:
pokładowym, mechanicznym i administracyjno-gospodarczym (a na każdym po
trzy roczniki podchorążych), Szkoła Specjalistów Morskich,
przygotowująca podoficerów, Kadra Marynarki Wojennej, prowadząca
podstawowe przeszkolenie ochotników, i wreszcie Kancelaria Ewidencyjna,
zajmująca się zaciągiem i wymianą załóg, oraz Rezerwowa Grupa Oficerów,
oczekujących tu na swe przydziały. Wraz ze stałą załogą kłębiło się w przepastnych wnętrzach starego "Kościuszki" blisko 800 ludzi. Dość, żeby
się zagubić...
Wizner niezbyt dokładnie wiedział, co tam lekarze napisali mu w papierach, toteż przydział do Kadry Marynarki Wojennej przyjął ze
zdziwieniem: był przecież wykwalifikowanym specjalistą okrętowym,
artylerzystą. Dowódca kadry, kmdr por. Tadeusz Mindak, wyłożył mu rzecz
jasno:
-?Potrzeba instruktorów -?będziesz szkolił.
Już po paru dniach miał dość. Kadra Marynarki Wojennej była wyjątkowo
specyficznym tworem. Zorganizowana w obozie Coëtquidan w Bretanii, gdzie
było najwięcej młodych ochotników do służby na morzu, zarówno spośród
przedwojennej, jak i wojennej emigracji polskiej, przeniesiona została
na ORP "Gdynia" dopiero pod koniec kwietnia roku 1940. Ze zdumieniem
słuchał więc Wizner niezrozumiałej francuszczyzny swoich podwładnych,
polskich marynarzy: okazało się, że wielu niemal zupełnie nie umie mówić
po polsku. Byli to jednak chłopcy chętni i pełni zapału, choć absolutnie
nieprzywykli do "polskiej dyscypliny", ale nie to w końcu było
najgorsze. Do Kadry zbiegło się także trochę "niebieskich ptaków" ze
wszystkich stron świata, marynarzy ze statków handlowych i rozmaitych
poszukiwaczy przygód, ludzi obeznanych już z morzem i okrętami, jak i zupełnych nowicjuszy.
Jaki taki porządek zrobił dopiero komandor Zajączkowski, były dowódca
Flotylli Pińskiej, kiedy objął dowództwo ORP "Gdynia". Kazał usunąć
ścianki działowe kabin, tworząc wielkie, łatwe do skontrolowania
pomieszczenia, rozdać hamaki, a przy okazji przetrzebić tych
najgorszych.
Nie wszystkich. Napotykał ich Wizner jeszcze dość często i brało go
obrzydzenie: ci tutaj "dekowali się" wtedy, kiedy oni ginęli na "Gromie"
i "Orle". Nie umiał znaleźć z nimi wspólnego języka. Poprosił o przeniesienie na prawdziwy okręt. Poszła akurat wieść, że w Clydebank
przekazują Anglicy Polskiej Marynarce Wojennej nowy niszczyciel, ORP
"Piorun".
Więc tam.
Było mnóstwo korowodów, głównie z lekarzami. Twierdzili, że nie nadaje
się do służby na okręcie. On się jednak uparł i teraz dojeżdżał właśnie
do Glasgow. Za oknami wagonu migały już domy przedmieść, spowite
listopadową mgłą: z Glasgow do bazy w Greenock bliziutko.
Ściągnął z półki swój marynarski worek i aż pociemniało mu w oczach od
dojmującego bólu w kręgosłupie. Zarzucił go jednak na ramię. Przed
drzwiami wagonu siwy konduktor pożegnał go, salutując "po polsku" -
dwoma palcami do daszka.
-?Rany boskie! "Grom"?!
Wizner wie, że to niemożliwe, ale to pierwsze wrażenie, kiedy spośród
innych, cumujących u nabrzeży okrętów wyłuskał wzrokiem właśnie ten pod
biało-czerwoną banderą. Wrosły mu tamte kształty w pamięć. Ten zresztą
okręt, nowiutki, lśniący od świeżej farby, ma bardzo podobną sylwetkę.
Wprawne oko natychmiast jednak wychwytuje różnice: inny, węższy komin,
inny pomost, mniej wyniosły i groźny (to dzięki niemu brano nieraz
"Groma" za lekki krążownik), brak drugiej wieży artyleryjskiej na rufie,
inne rozmieszczenie broni "plot". W ogóle inny, ale niebrzydki: tylko
czy zdoła mu zastąpić "Groma"?
U szczytu trapu nowe zaskoczenie. Chwytają go silne ramiona, ściskają,
poklepują:
-?Karol! Toś ty się, bracie, wylizał?
I nagle wokół same serdecznie znajome twarze -?artylerzyści: Paweł
Górski, Bolek Kempiński i Kazik Goliński, dalmierzysta Norbert Grosicki,
motorzysta Władek Iwanicki, sygnalista Edek Dolecki...
Całują się po polsku, "z dubeltówki".
-?Dobrze, że jesteś! My tutaj prawie wszyscy z "Groma"...
Następna niespodzianka w kabinie pierwszego oficera artylerii: toż to
ten sam Kazimierz Hess, pod którego dowództwem ładowali wtedy, pod
Narvikiem, prawie 500 pocisków w niemieckie pozycje na brzegu, zanim...
Tyle że dziś już nosi na rękawach trzy kapitańskie galony. I drugi
oficer artylerii, podporucznik Wiktor Grochowicz: razem byli na
szpitalnym okręcie "Atlantis", razem z początku w szkockim szpitalu. Był
jedynym rannym oficerem spośród kadry "Groma".
-?No to znów witamy w rodzinie! Roboty nie zabraknie.
Późnym wieczorem w pomieszczeniu podoficerskim "Pioruna" walne,
towarzyskie zebranie. Okazuje się, że wśród 220 ludzi załogi większość
stanowią oni, właśnie z "Groma". Jest jeszcze drugi oficer broni
podwodnej, porucznik Stanisław Kincer, tu już "pierwszy". Są jeszcze
swoi w maszynie, w artylerii...
-?Uratowało się nas wtedy stu trzydziestu -?wylicza ktoś -?w tym
dwudziestu czterech rannych. Pięćdziesięciu dziewięciu pozostało tam na
zawsze...
Milkną. Każdy z nich ma teraz wyraźnie przed oczami twarze tych, z którymi żyli najbliżej, dzielili pomieszczenie, stanowiska bojowe.
-?Eh! Przydałoby się wypić za nich po kropelce...
-?A i Józek Drąg też już do nas nie wróci -?wtrąca Wizner. -?Amputowali
mu w szpitalu tę oderwaną nogę do końca, a i z drugą było źle.
Kiwają głowami: ciężka sprawa. Zostać kaleką tu, na obczyźnie? Chyba że
zajmie się nim Marynarka, ale co to za życie?
Nimi, uratowanymi z "Groma", i zdrowymi, zajęto się szybko. Owszem, były
jakieś urlopy. Potem oczekiwanie w bazie w Plymouth i wreszcie, gdzieś w połowie lipca, podniesienie polskiej bandery na nowym okręcie, ORP
"Ouragan".
-?Przyjęliśmy go, rozumiesz, od Francuzów. Czasowo. Chłopie, co to był
za trup! Zbudowany w tej samej, francuskiej stoczni, co nasza "Burza",
ale o całe pięć lat starszy. Kalosz. Wszystko się na nim już sypało, a i Francuzi zostawili go nam w takim stanie, że tylko siąść i płakać...
-?Natyraliśmy się jak dzikie osły!
-?Pojęcia nie masz, ledwo na próbę odbiliśmy od nabrzeża, a już trzeba
było wracać, bo awaria!
-?I jeszcze "żabojady" życzyły sobie, żeby obok naszej bandery nosić
ich...
-?W dzień, bracie, roboty było po uszy, a w nocy służba przy
"pelotkach". Na Plymouth były wtedy naloty co noc...
-?I odetchnęliśmy nareszcie, kiedy przyszła wiadomość, że tu, w Clydebank, Anglicy zwodowali nowy okręt i oddadzą go nam w zamian za
"Groma"...
-?Zmykaliśmy z tego "Ouragana", aż się kurzyło!
-?Bo, uważasz, po ichniemu "Thunderbolt" to tyle samo, co u nas "grom"
albo "piorun"...
-?E, tam! Nasz "Piorun" miał się najpierw nazywać "Nerissa"...
-?Ale zostało po naszemu: "Piorun". Nie tak, jak z "Garlandem". Tam
pozostała angielska nazwa...
-?Bo "Garland" był pierwszym okrętem, co go nam oddali, jeszcze
trzeciego maja tego roku, na Malcie. Akurat na dzień przed zatopieniem
"Groma"...
-?A poza tym to już stary okręt, z trzydziestego piątego roku. Nie to,
co nasz! Prosto ze stoczni John Brown, wodowany siódmego maja...
-?A banderę podnieśliśmy dopiero co, piątego listopada. Ale była pompa!
-?Tylko że gdzie mu tam do naszego "Groma"...
Wizner mógł się tylko przysłuchiwać ożywionej dyskusji, jaka wybuchła
wokół wad i zalet nowego okrętu. Dowiedział się z niej, że wprawdzie
"Piorun" jest o dwa metry krótszy od liczącego sobie 114 m długości
"Groma" i nieco węższy, ale ma za to większą wyporność -?2320 BRT.
"Grom" przy tym był szybszy o całe 3 węzły, bo "Piorun" mógł wyciągnąć
ich najwyżej 36.
-?Ale za to -?perorował któryś z obrońców nowego okrętu -?"Piorun" ma
większy zasięg pływania!
Zabrano się i do uzbrojenia. "Piorun" nosił 6 dział artylerii głównej
kalibru 120 milimetrów, a jego broń przeciwlotnicza składała się z jednego działa 102 milimetry, 4 dział czterdziestomilimetrowych oraz 4
działek dwudziestomilimetrowych. Miał ponadto jedną pięciorurową
wyrzutnię torpedową kalibru 533 milimetry oraz sześć wyrzutni bomb
głębinowych, dwie na rufie i cztery burtowe. W porównaniu z utraconym
"Gromem" jego uzbrojenie przeciwlotnicze było znacznie silniejsze;
tamten miał tylko dwa podwójne działa czterdziestomilimetrowe i dwa
"enkaemy". Artylerzyści przypominali jednak, że "Grom" miał o jedną lufę
artylerii głównej więcej: siedem.
-?Ale nasz "Piorun" ma za to "ar-di-ef"!
Ten argument jakby przeważył szalę. Nikt z nich jeszcze dotąd, co
prawda, nie doświadczył, na czym praktycznie polega działanie radaru i jaka jest jego przydatność na morskich wojennych szlakach, ale wokół tej
najnowszej i ściśle tajnej broni narosła już cała legenda. Móc dostrzec
wroga z dużej odległości w powietrzu i na morzu, w dzień i w nocy...
Kilka następnych dni upłynęło Karolowi na gorączkowej krzątaninie, która
zresztą wrzała na całym okręcie. Uzupełniono wyposażenie i zapasy,
przybywali ostatni członkowie załogi, kręcili się jeszcze stoczniowcy,
usuwając drobne usterki. Okręt miał lada dzień przejść do bazy w Scapa
Flow, by odbyć tam bojowo-morską zaprawę, podstawowy i twardy egzamin
zgrania wszystkich okrętowych mechanizmów, a w szczególności załogi.
Dlatego też we wszystkich działach bojowych mocno "podkręcano śrubę",
aby wypaść tam jak najlepiej. Oceny z Scapa Flow decydowały bowiem, czy
okręt może już, czy też jeszcze nie, wejść do służby.
W tym czasie Wizner widział dowódcę okrętu, komandora porucznika
Eugeniusza Pławskiego, zaledwie kilka razy i to przelotnie. Zresztą
nawet i ci, którzy przesłużyli pod jego komendą tamte kilka miesięcy na
ORP "Ouragan", też nie umieli o nim nic konkretnego powiedzieć. On sam
nie spotykał go nigdy przedtem, ale też i nie kwapił się, aby go bliżej
poznać. Dowódca to zawsze dowódca, a w takim gorącym okresie najłatwiej
trafić na jego zły humor. Miał zresztą dość zajęć przy działach: obaj
oficerowie artylerii "Pioruna" wyciskali ze swych podwładnych siódme
poty.
Po półrocznej przerwie, spędzonej na tułaczce po szpitalach i zakończonej przykrymi doświadczeniami na ORP "Gdynia", powrót na okręt i między przyjaciół mocno podreperował Wiznera na duchu. Poczuł się znów
potrzebny, przydatny. Rzucił się zresztą od razu i z pasją w przyspieszony rytm okrętowej służby, jakby chciał nadrobić wszystkie te
utracone miesiące. Szybko jednak spostrzegł, że choć wróciła natychmiast
dawna, pełna znajomość morskiego, artyleryjskiego rzemiosła, to nie
wróciła dawna sprawność. Wiele razy dziennie ostry, przeszywający ból w krzyżu dawał mu znać, że znów wykonał zbyt gwałtowny ruch. Szczególnie
dotkliwie cierpiał przy działoczynach, gdzie zwijać się trzeba było jak
w ukropie.
Dostrzegli to przełożeni. Już po kilku dniach wezwał go do siebie
kapitan Hess i palnął bez ogródek:
-?Z tym kręgosłupem to nie przelewki. Postanowiliśmy więc tak: mamy tu,
na pokładzie, "ar-di-ef" i na razie angielskich operatorów. Potrzebujemy
własnych. Trzeba iść na kurs. Po kursie oczekujemy z powrotem i to jak
najszybciej...