Aszeharia - Jan Maszczyszyn

Reflow text when sidebars are open.
Książęca para zeszła się dopiero w samym korowodzie. On nadszedł od strony pałacu, ona opuściła pokład potężnego, kosmicznego woilera. Niebawem kroczyli obok siebie rozdzieleni zaledwie przestrzenią wzgardy i wyrzutu.
Helrion dawała pokaz egzaltowanego wzruszenia. Już tak miała. Urodzona aktorka. Wydęte, napompowane usta, migotliwe rzęsy i obleśne cycki ledwie mieszczące się w ramie obcisłej bluzki. Velcor nie ustępował jej tylko w kolorach. Wypinał piersiową klatkę mieniącą się od barwnych tatuaży. Gardził wystawnymi koszulami. Stawiał na klejnoty wplecione w tkanki muskularnego ciała. Były to żyły złota, miedzi i biskatu .
- Bo się popłaczę - rzucił półgłosem książę w kierunku żony. - Zawsze musisz robić taki cyrk z twego obelżywie rozrośniętego ciała? - spytał na przywitanie. - Jeszcze nie wytrzeźwiałaś po podróży?
- Miałam okazję do celebracji. Nie raz sprostaliśmy oblężeniu. Na umór zaprawialiśmy się dridem, za każdym razem, gdy wróg uciekał przed nami, pełznąc! Twój papcio wykazał się sprytem i odwagą. Samotnie wyrwał się z okrążenia, rozdarł na strzępy przeważające siły wroga i otworzył nam drogi ku wolności. Na koniec tryumfalnie przybył do twych włości. Muszę jakoś pokazać ci mą wzgardę. Zasłużyłeś się w tchórzostwie. - W oczach miała święte oburzenie, ironię, szyderstwo i Bóg wie, co jeszcze. - A ty, mój książę, gdzie wtedy byłeś, szakurwan ? Przebiegle pozostawiłeś własne statki na pastwę wroga, pozbyłeś się floty pomocniczej i uciekłeś. Przybyłeś na Hagun sam? Bez kosza doborowych dziwek? Wierzyć się nie chce...
- No i co, stało się coś? Czyżby komuś to przeszkadzało? Formacje militarne pozostawiłem znakomicie usytuowane, z dokładnymi instrukcjami manewrowymi. Stroniąc od pola, udawało mi się w ten sposób w przeszłości wygrywać największe bitwy. Wiedziałem, że Papcio przywlecze całą i zdrową tę dworną hałastrę bez mojej pomocy. Nie myślałem zadręczać się myślą o klęsce - podsumował. - Teraz wszyscy żywi będą grzebać w księgach rachunkowych i na nowo spisywać testamenty. Jak zwykle... Jakby im było mało kolonialnych łupów!
- Ojciec to ich świętość testamentowa. Członkowie rodzin walczących na frontach wojennych mają prawo wstępu i pierwokupu na naszym odświeżonym parkiecie inwestycyjnym. Dopuścisz ich, czy znowu wykpisz się premią dla najbardziej zasłużonych?
- Nic do nich nie mam, ale nie będę im właził w dupsko - podkreślił ze złością. - Niech grzebią, niech się procesują, byle tylko z dala od mego konta. Musiałem tu być, by dopilnować interesów.
Oboje kroczyli tuż za robotami protetycznymi i pocztem sztandarowym. Małżeństwo po dwuletniej rozłące, którego nie było stać na choćby jeden pocałunek i czułe uściski. Oboje wobec siebie zimni i zobojętniali.
Nie cierpiał jej uszczypliwych uwag. Odkąd nabrała tyle pewności siebie, rozkwitła od wybuchów ironii i lekceważenia, wprost jej nienawidził.
- Moja droga, widzę że popsuła cię ta wojna - uznał za stosowne ją powiadomić.
Parsknęła zimnym śmiechem w odpowiedzi.
- Że co, że mordowałam razem z nimi, że nie uległam tchórzostwu i pozostałam na stanowisku, gdzie było twoje zasrane miejsce? Broniłam też twojego dobrego imienia.
- Spotkałaś na froncie inne kobiety? Podburzyły cię? Może mężczyzn, którzy cię rżnęli? - uderzył w czuły punkt.
Jakby tylko na to czekała:
- Myślisz, że nie wiem, czego ty tam szukałeś, gdzie się podziewałeś i za czym goniłeś?! - wybuchła uzasadnionym gniewem. - To i owo mi niektóre wojenne matrony uświadomiły. I nie tylko one. Byli też prawdziwi mężczyźni, tacy jak eversor, serpens i potens, którzy nie bali się kochać do upadłego!
O, tego było już za wiele...Powinna była pokornie milczeć. Velcor zbladł i zaniemówił. Opuścił głowę. Poczuł jak nieprzyjemnie zaciążyły mu myśli. Najchętniej zasztyletowałby ją na miejscu. Niech piach splamiłaby jej mętna krew!
Weszli w cień pierwszych zabudowań.
Potem udali się w chłodne korytarze z dala od promieniującej jaźni Ojca.
W pokoju gościnnym i zarazem centrum dezynfekcji zastali już książęcych braci; Melkona i Fiadra. Obaj palili cygara. Mordy im wyolbrzymiały po tym pobycie w innych światach. Czoła błyszczały dumnie. Na odsłoniętych torsach pyszniły się kolorami rozległe tatuaże metalicznych orderów armii, prężyły się kratownice żeber. "Wojownicy, ich mać! Powinni byli wszyscy zginąć!" - pomyślał Velcor.
Helrion usiadła na taborecie tuż przy barze w zaciemnionym końcu salonu. Zajęła się poprawianiem obfitego biustu. Nigdy nie potrafiła pojąć różnicy pomiędzy tanim, ordynarnym wystawiennictwem, a subtelnym uwypukleniem.
- Hej, Velcor - obaj bracia uścisnęli mu rękę prawie równocześnie. - Jak widzisz, udało nam się uratować skórę. Masz nas znowu całą paczką w domu. Ale mówiąc szczerze, wyglądało to całkiem kiepsko, brachu. Nie wiem, co wstąpiło w Starego, jakiś wojenny szał? Papcio po prostu wyrwał nas wszystkich z okrążenia i dosłownie wydostał z łapsk niechybnej śmierci.
- No witam, panowie. Jak tam podróż? - spytał Velcor, próbując ostatnią wspomnianą kwestię pokryć wielce wymownym zmilczeniem.
- A znośnie, znośnie - nawiązywali. Nie wyglądali na bliźniaków, choć w istocie nimi byli. - Na okręcie flagowym zmieniliśmy ostatnio dozowniki bocznego dopalacza podświetlnego. Statek idzie dużo stabilniej.
- Helrion mówiła mi o nowych działkach pokładowych? - dopytywał się lakonicznie.
- A tam... Taki drobiazg - Melkon westchnął. Wygiął usta w wymuszonym uśmiechu. - Taki mały kaprys Starego przy wylocie w kierunku Hagun. W końcu zaskarbił sobie naszą wdzięczność.
- To stary ma kaprysy za prawie pół miliona? Wiesz, ile ja muszę się tu natyrać na taką kasę?
- Przestań. Trochę przywieźliśmy. Dahajom miesiąc zajmie sam wyładunek.
- Większość waszych cudów to zwykłe śmieci - ocenił z wykrzywionym uśmiechem. - Do czego są mi potrzebne obrazy w ramach ze świecących kryształów? Gdzie sobie to powieszę?
Obaj zarechotali na samą myśl. Fiadr porozumiewawczo mrugnął okiem. Dopiero teraz Velcor zauważył w ich dłoniach pełne szklanki jego ulubionej oliwy dymiandzkiej, której zakup dyskretnie zawsze ukrywał przed żoną. Łotry bezczelnie skorzystały z okazanego im zaufania i dobrały się do jego ukrytej piwniczki. Nie miał siły na docinki. Wyszedł, trzaskając drzwiami.
W swoim gabinecie spotkał bratanka od strony żony, Lejola. Ten przynajmniej był na poziomie. Towarzyszył siedzącemu za biurkiem jegomości w czarnym skórzanym kombinezonie i wraz z nim spijał zawartość trzymanych kufli. Tego też można się było spodziewać. Jak zwykle jako pierwsi zjawiali się chciwi urzędnicy; celnicy i skarbnicy. Wokół roznosił się jeszcze charakterystyczny zapach pędzącego ponadświetlną woilera, który wniósł do gabinetu ze sobą wojskowy i cała ta wesoła, rodzinna ferajna.
Dyskretnie uchyliły się drzwi. Do obecnych mężczyzn dołączyła chwiejąca się na nogach Helrion. Była już dobrze wstawiona. Stała z wypełnioną do połowy szklanką w dłoni i wzrokiem zdzierała z niefrasobliwego męża skórę. Jak zwykle kpiła sobie z jego milczącego oskarżenia, okraszała tanim uśmieszkiem jego krytyczne spojrzenie.
Wojskowy przerwał milczenie i przedstawił się krótko.
- Inspektor CR Mohany Hotar, porucznik z Hybrydii , statku administrującego Ich Imperatorskich Mości Mojusa II - Mężczyzna, mówiąc, rozrysował krzywo uśmiech w bladej, lekko posiniałej twarzy. Prostacka fizjonomia wyróżniała się małym nosem i krótką, niemal straconą w szyjnej masie bródką. Gość obdarował obecnych przenikliwym spojrzeniem sępa, któremu zabrakło wprawy w krążeniu i dotkliwym kąsaniu. Poza tym pachniał wysokiej jakości dridem, a to była rzadka i cenna dla podatkodawcy cecha.
- Co się dzieje? - zapytał zaniepokojony Velcor. Usiadł z wrażenia, kiedy Lejol pokazał mu zawartość koperty. Dokumenty, rozkazy, rachunki i kwity, słowem niezła kontrabanda. Podatek wyliczony na kilka tysięcy gorących kredytów. Książę podniósł głowę i zaraz napotkał wściekły wzrok żony.
- Otóż to, książę. Dzieje się - podchwycił inspektor. Wstał i zaczął krążyć po gabinecie. Miał dłonie zabawnie splecione z tyłu pleców, gdy tak paradował. Palców było tam więcej niż powinno, ot urzędnicza fanaberia potensów . Zapewne wszystkie były lepkie i chciwie zagięte. - Minęło długich piętnaście lat, podczas których Rodzina wzięła czynny udział w kampanii farnhordzkiej. Bardzo patriotyczna postawa. W imieniu imperatora, pochwalam i poddaję wszystkim innym za przykład! Brawo! Większość klanów powróciła z frontu jakiś miesiąc temu, wraz z obecnym tu panem...
- Velcorem - podchwycił bratanek. - Już tłumaczyłem...
- Z jakichś powodów zapomniał pan książę, o ojcu, żonie i dwóch braciach. Nie nasza to powinność mieszać się w wasze rodzinne sprawy, ale przyciągnęła naszą uwagę pewna niekonsekwencja. Chaos, walka, kilkunastu zabitych bliskich krewnych z bezcennego gatunku homo potens, kilka zjedzonych przez dzikie, księżycowe groule dziewczynek - spadkobierczyń niemałych fortun, nieprawdaż? Wszystkie ciała z sukcesem odnaleziono, lecz żadna z jaźni ofiar nie została nawet przefiltrowana? Tak choćby dla dokumentacji czystości medycznej... Dlaczego?
Velcor krążył wzrokiem po wypełniających frontową ścianę kredensach. Ukazywał swoje lekceważenie. Te sprawy zupełnie go nie interesowały. Odbijające się w szkle mebli światło rzucało na jego twarz upiorne, srebrzyste rozblaski. Siedział sztywno wyprostowany.
- Zawyżyliśmy limit konta? - zapytał książę. - Jesteśmy za biedni? Posiadamy za mało przychylności przodków i wkład automatyczny pomimo interwencji głównego kasjera nie został zaakceptowany przez leniwych orbitali ? - pytał, obracając się frontem do pytającego, wskazując potencjalne tropy i natychmiast śmiejąc się ukradkiem z domniemanych wniosków. - Przecież w sytuacji frontowej nie będę sobie zaprzątał głowy takimi szczegółami? Nie wiem, gdzie był wtedy Ojciec. Linia frontu wiła się dynamicznie; raz to kurczyła, raz rozciągała, gdzie miałem go szukać? Tuby przechowawcze nie działały albo były przeciążone od wpędzanych tam ekspresowo trupich jaźni.
Hotar nie ustępował.
- Szczegóły, powiada pan? Hm... Może blokada, celowy odrzut, bo ktoś efektywnie pomieszał dokumenty celne? - Inspektor spojrzał z wysoka. Starał się być przenikliwy w tym spojrzeniu jak polujący bankier.
- Pan coś mi zarzuca? - zapytał książę, podnosząc się z miejsca nieco zbity z tropu. - Przecież nie wszystkich naszych bliskich jestem zobowiązany od razu po śmierci rozliczać? Za łup po zmarłym nie wymaga się cła.
Tymczasem inspektor podszedł bezgłośnie, stając z nim twarzą w twarz.
- Wiem, wiem. Pochopne założenie. To pechowe okrążenie - skrupulatnie przyznał, rażąc go nieprzyjemnym zapachem oddechu. - Musiał się pan ratować szybką ucieczką, jak tysiące innych statków floty sprzymierzonej. Był pan za daleko, był pan ekstremalnie zajęty, był pan skoncentrowany na czym innym - mimowolnie trafił go w czuły punkt. - Ale dlaczego zabrał pan ze sobą piętnaście tysięcy quaesitorów ? Przecież odgórna dyrektywa wyraźnie wyznacza nasz Kurs Represyjny.
- Kurs Represyjny? W dupie mam KR, gdy napotykam lojalnych i oddanych po ostatnią kroplę krwi żołnierzy, którzy w walce udowodniają przynależność do każdej, możliwie jak najbardziej zawyżonej wartości bojowej. - Inspektor skrzywił się na dźwięk ostatniego słowa. - Znów jakieś podejrzenia o zmowę rasową? Tak zwykle bywa, kiedy ktoś haruje uczciwie od świtu do nocy! - wydarł się.
Hotar wolał uważać ostatni komentarz za niebyły i kontynuował:
- A służby celne Hagun odkryły na orbicie wstępnej pewne nieprawidłowości, właśnie wtedy, kiedy z wojny powrócił pan sam. Wiadomo, każdy woiler wchodzący w przestrzeń planetarną musi zostać poddany kwarantannie, a potem szczegółowemu skaningowi. Zupełnie przypadkiem odkryto wewnątrz dziwne tropy. Chaos i bałagan zdawał się być jednak podejrzanie usystematyzowany, jak by tu powiedzieć, sprytnie sztucznie zaprowadzony.
- Przemyt w sferach arystokratycznych? Toż to byłby proceder nad wyraz szkodliwy - zaszydziła Helrion. - Mam męża oszusta, dwulicowca, czy tylko bałaganiarza? - parsknęła, śliniąc się i chichocząc.
Zapanowała cisza i konsternacja. Nie wiadomo, co miał na myśli inspektor, mówiąc o bałaganie. Oskarżenie zabrzmiało trochę jak niewydarzony żart. Księżna widziała już jednak podpowiedź w oczach męża. Dziwki! Całe ich tabuny!
- Przecież wiedziałbym o każdej kontrabandzie - oświadczył po namyśle Velcor.
- No właśnie. - Hotar ponownie usiadł w samokształtującym się fotelu. Przy biurku czuł się nadzwyczaj swobodnie. Pomimo młodego wieku posiadał pas z bronią przyboczną. Z pewnością obie lufy miał załadowane i nastawione na funkcję gotową do strzału. Nieskazitelny mundur upstrzony blaskiem kilku orderów za doskonałą służbę w szeregach CR i Partii Lojalistycznej czyniły z niego wybitną personę. Dumne spojrzenie kwitowało każde posądzenie o nielojalność wobec imperatora. - Miałem kiedyś do czynienia z patronem Rodziny Welerod z dalekiego zachodu Aszeharii - ciągnął pojednawczym tonem inspektor. - Stary weteran przejmował jaźń obecnego w nim bogatego krewnego, stosując wewnętrzną hipnozę, a potem jak gdyby nigdy nic, wykluczał go z obiegu informacyjnego. Niby gdzieś tam był, ale niedostępny, zamknięty i prawie obumarły. Jak zwykle chodziło o szwindle testamentowe, o ziemię i zamrożone aktywa w ziarnie gniecionym, o kwity aktów urodzeniowych zaprzeczających linii genów quaesitora. Zabawne, prawda? - zaśmiał się krótko. - Jednak nikt dotąd nie pozbył się takiej masy krewnych w sposób tak otwarcie bezczelny. Niech mi pan powie, książę, ale uczciwie, czy po tym cholernym wyjściu z okrążenia miał pan coś wspólnego z tym procederem? Nie udało się pozbyć Ojca, więc zdalnie przeprogramował pan jego priorytety? Może chodziło o te piętnaście tysięcy śmierdzących quaesitorów? A może szukał pan innych danych i przy okazji wymazał dwieście folderów personalnych?
Velcor wybuchnął głośnym śmiechem.
- Dlaczego miałbym to robić? Przecież ja byłem tutaj, a nie w okrążeniu. Mogę udowodnić swoje alibi na tysiąc możliwych sposobów! Toż to odległość stu dwudziestu lat świetlnych. Ile macie po drodze stacji nasłuchu? Dwieście? Przecież musiałby się zachować choćby strzęp informacji koniecznej do sfabrykowania tego obrzydliwego oskarżenia. Użycie funkcji wyzwolenia zapalnika czasowego również da się udowodnić. Zresztą, czy stres wojenny nie mógł na niego wpłynąć destabilizująco?
Velcor wiedział, że po pierwsze trzeba było całej fabryki papierów, żeby móc mu cokolwiek udowodnić. Po drugie, jeśli odkrywano przed nim karty w tym momencie inwigilacyjnej pyskówki, nie mógł się spodziewać daleko idących konsekwencji.
Była to czysta improwizacja. Temu chamowi chodziło o coś innego...
Czując się pewniej, książę zapytał:
- Co z tym zrobimy, oficerze? Ma pan jakiś konkretny pomysł?
Inspektor namyślał się przez moment.
- No dobrze, będę z panem zupełnie szczery. Spróbuję od razu palnąć z grubej rury. Doszły nas słuchy, że dzięki pozbyciu się tej szczególnej linii spadkowej w osobach wspomnianych krewnych i finansowemu oczyszczeniu pola jest pan legalnie uprawniony do poszerzenia puli genetycznej waszego rodu. I to byłoby właściwym celem skorumpowania linii, bo innych powodów się nie doszukałem.
- A więc teraz rozmawiamy rzeczowo i konkretnie. Czyż nie tak? Po co było tyle krążyć po meandrach nonsensu, oskarżania o szwindle rasowe, ukrywanie brudnych linii genetycznych, chronienie wykluczonych z listy ważności ras ludzkich przed programową eksterminacją? Widzę, że nie doceniłem w pełni waszej służby wywiadowczej. Oczywiście od tej pory pomyślimy z żoną o dzieciach.
- Od eonów korzystanie z kredytu genetycznego było prawnie zastrzeżone wyłącznie dla potomków synów pierworodnych Scumarów. Niewiele pozostało rodów, które do dziś mogą się poszczycić tak odległym rodowodem w prostej linii. Nie chcę dochodzić, czy wasz Patron przypadkiem nie jest owym pierworodnym... Bo być może w otchłani wieków został pozyskany nielegalnie? I że nie przynależy się nikomu z was prawo inwestycji genetycznej, nawet rzekoma kalkulacja?
- Bezczelne założenie. Czyżby podejrzewał nas pan aż o tak niskie pobudki? Doprawdy, musielibyśmy być na poziomie pustynnej hordy, jakiejś bandy prymitywnych homo sapiens, którzy nie potrafią nic prócz prężenia pod białą skórą ich prymitywnych żeber - zainteresował się Lejol z prawdziwą gorączką w głosie. Velcor skarcił go natychmiast spojrzeniem.
- Przyznam szczerze, że nie znam nikogo, kto mógłby takie zawłaszczenie udowodnić - mruknął pojednawczo Hotar. Odkrył, że w swoje oskarżenia za bardzo się zapędził. - Na ile lat oceniacie wiek Ojca?
- Jakieś pół milenium? - pogardliwie wydął usta Lejol. Pod naciskiem spojrzenia gościa zamieszał się i sprostował: - No, co najmniej trzysta lat.
- No wie pan? Myślę, że więcej. Choćby sądząc po jego niemodnym układzie kostnym, daję mu co najmniej sześćset. Ale może być i tysiąc, czyli data pierwszej kolonizacji. Mogły go wydać na świat jeszcze Scumary, wtedy byłby Pierworodnym.
- Niech panu będzie - uśmiechnął się pojednawczo Velcor, tak żeby młody za bardzo w swych hipotezach się nie rozpędzał. - Na "trzy gatunki" optuje moja dokumentacja zasobów tytularnych, ale nie wierzyłbym tym danym.
- Ano właśnie. Gdzieś wtedy, wasz pradziad przywłaszczył sobie starucha od jeszcze odleglejszych przodków, może jeszcze od homo sapiens novae . Zagarnął tytuły nadania własności obszarów lądowych i wbił graniczne słupy w każdy kontynent tej planety. Potem najpodobniej odkrył swój przywilej poszerzenia puli genetycznej, przebywając na bitewnym polu. Nie powiem, kolonialne wojny i obowiązek uczestniczenia w nich przez przedstawicieli znamienitych rodów znacznie zwiększa potencję ewolucyjną.
- Was, orbitali, cała ta męka przystosowania nie dotyczy - mruknął książę.
- Powiem więcej - syknął inspektor znienacka. - Być może ktoś pana, podczas ostatniej kampanii zbrojnej w konflikcie z istotami Farn Hordu, w dziedzinie aktualizacji genetycznej konkretniej uświadomił? Czy był nim może jakiś obcy szlachcic? Hrydonida, gorzej, psiakrew, powiedzmy zapluty, wstrętny Vougun? - pytał kompletnie odmieniony w prokuratorskim szale młodzieniec. Widać było, że mocno przeżywa to jawne naigrywanie się księcia z opóźnień aktualizacji biologicznych. - Może nie za bardzo przychylna ludzkości międzygwiezdna była persona non grata? Może zwykła pokraka objęła cenną schedę?!
- Myśli pan? - pytał jeszcze obojętniej książę, widząc czupurne spojrzenie i cel, do którego zmierza oficer. Ani myślał tracić cokolwiek ze swojej wrodzonej pewności siebie, ze swej dostojnej wyższości. Uśmiechał się, obraźliwie wodząc spojrzeniem, gdy tymczasem tamten kontynuował:
- Niemniej, pomimo zachodzących wątpliwości natury międzygatunkowej relacji, bez odrazy natychmiast przystąpił pan do paktu. Podpisał papiery w ciemno, zawierzył wycenie i wypłacił potężną sumę w kredytach międzygwiezdnych równowartości testamentowej właśnie dwustu pańskich akcjonariuszy. - Tutaj Velcor poczerwieniał, podczas gdy oficer wyraźnie triumfował: - Ten ktoś, znakomicie poinformowany, umożliwił panu wykup w światach wojennych swego rodzaju kuriozum, niesłychanie rzadką receptę na rodową nieśmiertelność, nieprawdaż? Co tam bojowe odznaczenia, ziemia przejęta pod wyłączny zasiew, domy i mury? Była to zawinięta szczelnie w całuny z dorho , nimfa. Wesz, której każda inteligentna rasa próbuje się pozbyć, gdy tylko nadchodzi czas rozliczenia!
- Doprawdy? Wie pan więcej niż ja - zachichotał nerwowo wzburzony książę.
- Tym kimś, tak dobrze ułożonym i wprawionym w kontaktach z włodarzami lokalnej społeczności Farn Hordu był... Powiem panu, kto!
- Kto? Czekam... Kto? - kpił sobie książę, już tylko podżegany swoją urażoną dumą.
- Zdrajca i nieprzejednany wróg imperium, baron i dalton Ve Daire. I tu też dysponuję odpowiednimi dokumentami do wglądu - zastrzegł, obracając się do obecnych członków rodziny. - Nie muszę chyba nikomu z zebranych tłumaczyć, iż na ojczystej Hagun nie przypadnie do gustu pomysł układania się z kreaturą władającą imperium Zony. A plotka już krąży po dworach co niektórych włodarzy... Nie tylko narobił pan sobie mnóstwo wrogów pośród rodzin arystokratycznych planety i jej zagospodarowanych księżyców, ale wystraszył najbliższych sąsiadów. O tym, że naraził się administracji i samej Armii nie muszę chyba wspominać.
- Kupiłeś zawiniętą w śmierdzącą dorho farnhordzką kurwę?! - wybuchła żona. - Galaktyczna dziwka będzie rezydować w naszym domu? Może wypchnie mnie z mojego łoża? - zaśmiała się niewesoło.
- Na pewno mnie nie zgani - odgryzł się Velcor chichoczącej nerwowo Helrion. Prawie się rozpłakała, opróżniając z alkoholu naczynie do samego dna.
- Mówisz serio? Velcor? Oszalałeś? Coś ty nam tu przywlókł na planetę? - Lejol patrzył z niedowierzaniem i niemal z bólem w obojętną twarz krewnego. - Kazałeś usunąć linię najbardziej nobliwych przodków, żeby oddać się obrzydliwej chuci z obcą pseudokobiecą samicą? Chcesz móc spłodzić z nią unowocześnione genetycznie bachory? Nielegalna hybrydyzacja miałaby mieć miejsce w naszej rodzinie?
- Ale o jakiej chuci mówisz? Daleko mu do tego - przerwała ich dialog chwiejąca się na nogach Helrion. - Trzeba najpierw upartą sukę porozkładać do części pierwszych! - zabłysnęła wiedzą. - Zerwać z niej to przeklęte dorho aż do samego dna ludzkiej dojrzałości! - niemal wrzasnęła Helrion. - A ten zasraniec ma problem nawet z moimi majtkami.
Książę nie zwracał na żonę uwagi. Jego rozgorączkowane oczy błądziły spojrzeniem po twarzy Lejola. Usta mu drżały, gdy z rozmarzeniem w twarzy mówił:
- Gdybyś tylko ją widział, Lejol, gdy sama z siebie zrzuca pierwszą Ekcyklidę. Na sekundy jaśnieje jej drugie oblicze, przechodzi w głębsze w odcieniach szlachetności trzecie. I rozpoczyna się ów rozkoszny taniec wszystkich nieznanych ci woni. Doznajesz bliskości czystych i zadbanych samic, choć może nieludzkich i z gruntu potwornych, lecz najgęstszych w pragnieniu niezaspokojonej miłości. A ona w tańcu, nawet na przekór nucie muzyki, kontynuuje balansowanie ciałem. Zdejmuje wierzchnią warstwę trzecią i niby we śnie zjawia się na nowo w wersji piątej. Zupełnie automatycznie pod jej twarzą bieżącą zapala się twarz wtóra, jeszcze od poprzedniej piękniejsza, jeszcze jaśniejsza, bardziej wyrazista, w szczegóły nimfy uposażona. Zaokrąglają się jej kształty i choć jeszcze daleka jest od doskonałości i krągłości ludzkiej, to już czuje się w obcości pociąg nieopanowany, wymusza rosnącą męską gorączkę, rozpala myśl, której nie potrafi nikt się oprzeć, bo wie, iż gdzieś tam w jej nieskończonym łonie różnicuje się merystem jej macierzyństwa.
- Na Bogów, Velcor! Nimfa jest naruszeniem regulacji prawnych Galaktyki. Jest obrazą dla ludzkiej genetyki. Posiadanie jej jest ścigane prawnie. A wykorzystywanie do prokreacji uważa się za zbrodnię przeciwko ludzkości. Ale mniejsza o zagadnienia prawne... Czy zdajesz sobie sprawę z konsekwencji biologicznych? Czy znasz właściwości jej merystemu, o którym tak głośno mówisz? To jest chodząca pułapka nie tylko dla ziemskich hominidów!
- Obca? Chyba wyłącznie w sensie designu... Mamy do czynienia z toti-potencjalną komórką macierzystą i zapalnikiem w postaci plemnika.
- Masz na myśli twoje ścierwu równe męskie nasienie? - parsknęła żona.
- U nimfy padnie ono na glebę tworu doskonale wyprofilowanego.
- Nie zmieni to faktu ich słabości.
- Otrzymam potomków z nowym horyzontem ewolucyjnego rozwoju.
- Nikt ci tego nie zagwarantuje. Nierzadko nimfy rodziły bachory, które zaraz po urodzeniu mordowały ojców - wtrącił Lejol.
- Chyba sobie kpisz.
- A ty nie mówisz serio.
- Jestem najpoważniejszy w świecie.
- Zatem poniesiesz karę za fałszerstwo - ostrzegał bratanek.
- I kto, w imię czego, będzie mnie ściągał? Kto ganił za sprzeniewierzenie świętym ścieżkom ewolucji? Mojus II, ten skarlały dalton potrzebujący do pomocy aż kilkunastu honorów ? Chyba ich wszystkich musiałby zaliczyć w poczet własnych organów, bo bez nich nie zrobiłby kroku. Widziałeś jego narządowe, potworne sakwy? Były tematem niejednego pałacowego płótna. Portretowali go tacy jak; Cuaccia Lupi, Zaddani, Flog, żeby wymienić tylko kilku najbardziej znanych. A rzeźby skandalisty Toreya? Czyż nie uwłaczają dobremu smakowi każdego homo eversora! - atakował książę. - Czy człowiek kiedykolwiek przestrzegał jakiegokolwiek moralnego kodeksu postępowania, podbijając obce globy? Czy powstrzymywał się przed niszczeniem i przetwarzaniem czyichś danych biologicznych? Czy nigdy nie zmusiła was do refleksji zasadność stosowania ekosystemowej dziury Jamesa Bodweya, którą to człowiek wypalał w obcych mu naturach, aby zmieścić cały swój śmietnik, wraz z dobytkiem bezwzględnie mu potrzebnych, hodowlanych zwierząt? To nikt inny, a istota ludzka wykreowała scumary, w czasach, gdy jego zbyt powolne statki kosmiczne nie były w stanie na czas dostarczyć generacji wyhodowanych na pokładach kolonistów. A podkładane drapieżniki, wirusy i destrukcyjne bakterie? Celowe destabilizacje środowiska naturalnego, przy których szarańcza wyrasta na pchłę? A mikrobiomy ? Mielibyśmy się dziwić innym rasom, iż postępowały podobnie skurwysyńsko, że nasze osiągnięcia kopiowały, a nawet w najskrytszej tajemnicy w ukrytych laboratoriach knuli, hodując podobne monstra? Czyż nie było dla nich zasadne spróbować konstrukcji człowieka wrogiego człowiekowi? Czyżby Atawil niczego nie rozumieli, wprowadzając na biologiczne rynki owe paskudztwa, na poły inteligentne i wrastające w żywą uniwersalną dorho? Czy nie zabezpieczyli gatunków humanoidalnych, pozostawiając w nimfach otwarte klucze, aż do setki kompatybilnych ras, aby starać się nie zaprzepaścić miliardów lat ewolucji prowadzącej do fazy rozumnej istoty?
- Wszystko to prawda, lecz stawia pana raczej w świetle kryminalisty niż triumfatora - zauważył Hotar. - Nie tylko horrendalnym cłem się pan wykupi.
- Dlaczego nie mam zrobić czegoś dla własnej rasy, nawet jeśli jest to sprzeczne z przyjętym kodeksem międzygwiezdnym, doprawdy nigdzie nie spisanym i nie potwierdzonym instytucjonalnie? Co nas obchodzi jakaś wstrętna Galaktyka, Mojus II i jego odległe o czterdzieści tysięcy lat świetlnych imperium?
- Wprowadziliśmy zasady lojalności rasowej nie dlatego, żeby zadośćuczynić moralności, lecz z obawy przed nieznanym - odpowiedział urzędnik. - I jak dotąd system zdawał egzamin.
- A ja przekroczę granicę nieznanego. Zaryzykuję, kładąc na szalę los rodu i zgromadzony wspólny majątek! Mam podstawy sądzić, iż poprawi to moją kondycję finansową, że podbuduje mnie psychicznie i wzmocni politycznie.
- Hm, ma pan prawo tak sądzić - odburknął zrezygnowany inspektor.
- Nie tylko o przekonania tutaj chodzi. Nie wiem, czy pan wie, ale jestem jedynym prawowitym spadkobiercą domów pierwotnego Scumara. Pan powie, że zostałem wprowadzony w błąd, że jest to założenie z gruntu fałszywe. Oskarży o kłamstwo! A ja naprawdę posiadam przysługujące mi na owej kanwie prawo zmiany genetycznych kodów. Odległa Ziemia w przypadku rodu Ludolfów już nie będzie decydowała o karnym poddaniu się terapii genowej. Koniec z dyktatem. Sporządziłem zatwierdzone przez administrację zbiorowiska gwiezdnego pieczęcie gwarantujące mi i rodom sprzymierzonym na południu i zachodzie Aszeharii wolność ewolucyjnego wyboru.
- Jest pan tego pewny, książę? - pytał inspektor. - Po czym wnioskujesz, że papiery są autentyczne?
- Tak się składa, że posiadany przez rodzinę patron posiada w wizualnej pamięci dokumenty uwierzytelniające dziedzictwa linii genetycznych. Sprawdziłem to wielokrotnie - zapewnił książę.
- Ten sam zmanipulowany starzec, o którym dyskutowaliśmy nie dalej niż kwadrans temu? - zaśmiał się Hotar.
- Ten sam.
- Żywię co do niego mieszane uczucia.
Velcor machnął na urzędnicze fochy zniecierpliwioną ręką.
- Ziemia od lat się z nami nie komunikuje, ba, nie liczy się z naszymi potrzebami, nie wspomaga technologicznie i naukowo. Kogo mogą nam tu przysłać, nowych panów? I mamy na zawsze pozostać im ulegli, miliardom świeżych imbecyli? Bo co? - Książę coraz śmielej grał na antyziemskiej nucie. Przechadzał się wzdłuż księgozbiorów, splatał na plecach dłonie, gestykulował, przekonywał. - Nie wolno nam podpisywać pokojowych traktatów z obcymi, nie wolno podbijać bez zezwolenia dopiero co odkrytych planet, zabrania się redagować postanowień tyczących lokalnego węzła administracyjnego. Bo co? Bo układ żółtego słońca odległy o czterdzieści tysięcy lat świetlnych nam tego zabroni? Mojus II? A może już zmutowany Mojus XVI? - pytał z ogniem w oku. - Są za daleko. Tkwią tam w ciemności bezsilni jak dzieci. Zmienię ten odwieczny rytuał. Sami będziemy sobie odtąd decydentami i kreatorami. Dzięki związkowi z nimfą powstaną nowe gatunki homo noveusa, o znamiennym potencjale rozwojowym dla potomności! Na bazie świętego prawodawstwa Scumarów usunę całą tę stertę obligującego prawodawstwa. Dokonam potwarzy wobec cywilizacji pierwotnej. I pana administracja mi w tym dopomoże, inspektorze. Tylko ostrzegam.
- Mamy problemy z łącznością, co wcale nie znaczy, że transmisje innowacji genów nie są przesyłane. Mieszkamy w wielce specyficznym rejonie.
- I tysiące lat minęły, by zagadka mogła zostać wyjaśniona?
- Nie wnikam w to.
Lejol pokręcił z niezadowoleniem głową.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.
Statek wylądował w miejscu szczególnym; na cokole uhonorowanym powitalnymi wieńcami i zniczami pochwały. Piętnaście lat temu wyruszyli z Hagun niemal całą Rodziną, z bohaterskimi dziećmi i oddanymi sługami. I właśnie wracali. Na ten sam kontynent, do tego samego miasta, nawet do tego samego doku, na północny zachód od Aszeharii.
Na kosmodromie krzątało się kilku dahajów . Na chudych szyjach wyciągali ciekawie swoje zabawne małe łebki. Szybko wymieniali szczebiotliwym językiem uwagi i znikali na długie chwile w ładowniach. Nigdy nie odpuściliby takiej gratki. Samo opróżnienie przestrzeni załadowczej, czyszczenie taśmociągów, a potem skomplikowanych dźwigów mogło zająć długie miesiące bezcennej, czystej pracy. Towary, zdobycze wojenne, dzieła sztuki i kilkunastu półnagich niewolników z Farn Hordu oczekiwały pilnego rozładunku.
Ci ostatni szli w ponurym korowodzie, skuci podwójnym łańcuchem ciągniętym przez dwa hormy, zmutowane psy pociągowe. Przedtem, przez lata służyli znienawidzonym Storom. Teraz los oddał ich w ręce nowego pana i jego potężniejszej rasy. Dźwięczały ogniwa, szurały zniszczone podeszwy gormów , a ze spękanych ust wydobywał się przeciągły charkot nowej nienawiści.
Jakkolwiek by było, tu na Hagun zawsze można było znaleźć w bród ciężkiej, niewolniczej pracy. Na zakładników czekało kilka tysięcy podziemnych nor i mnóstwo pitnej wody. Niektórzy w układzie planet zewnętrznych marzyli o takim losie.
Tak szanowana i stara Rodzina, jak ród Hudolfów, posiadała nioty w liczbie osiemdziesięciu tysięcy, ciągnące się uprawą od Głębokiego Jeziora aż po siny łańcuch górski Południa.
Kilka dobrze prosperujących kolonii robotniczych na dalekim zachodzie i mnóstwo młynów wodnych na wschodzie, gdzie najbardziej doskwierało palące Reddo - generowało rokrocznie miliony kredytów czystego przychodu. Nic dziwnego, że w majątku pełnym okazałych zamków i pałaców majętny właściciel z łatwością potrafił odtworzyć bogactwo urokliwej oazy zanurzonej w bezkresnym oceanie piasku i martwych skał.
Jak zwykle największy problem logistyczny przy przeładunku towarów stanowił wyładunek Ojca . Potrzebował pomocy kilku robotów protetycznych, pary samonaprowadzających się platform i dźwigu osobowego. Niełatwo łapał oddech w porannej haguńskiej gorączce. Po bogatej w tlen mieszance pokładów zawsze niemałym szokiem była dzika normalność. Szczególnie dla organizmu złożonego niemal wyłącznie z komórek macierzystych podlegających nieustannej wymiennej multiplikacji.
Wyglądał nieźle jak na swoje kilka tysięcy lat. Wzrostem dwukrotnie przewyższał średniej budowy mężczyznę. Doskonale umięśniony, o gładkiej, prążkowanej skórze, paradował zaledwie w przepasce na biodrach, a mimo to zdawał się być nieapetyczny, przerośnięty, jakiś bezpłciowy. To on decydował o udziale w międzygwiezdnej wojnie lub dzikiej, międzyplemiennej potyczce. On przeważał szale zwycięstwa lub klęski. On wyzwalał obecną wokół energią psychokinetyczną lokalny powiew dzikiego, wirującego wichru.
Idąc ospale, triumfował.
Zwycięsko wracał do domu.
Po długiej ceremonii zapinania pasów wokół torsu i łydek, wiozący Ojca transportowiec wreszcie ruszył. We wznieconym gąsienicami kurzu zawiózł go do rzędów pierwszych, reprezentacyjnych niotów. Rośliny czekały cierpliwie, nie poruszywszy nawet najmniejszą, boczną łodygą. Stojąc naprzeciw, Ojciec pobłogosławił przyszłe plony skinieniem łaskawej dłoni i kilkunastu kucharzy uniosło starca w powietrze, żeby tradycyjnie przenieść przez próg pierwszego pomieszczenia i wstęgę powitalną drugiego. Ceremonii towarzyszyła dzika muzyka południowoaszeharyjska. Piszczałki, flety i na wpół rozstrojone harfy.
Wiele się tu zmieniło od ostatniego razu. Przede wszystkim interes kręcił się niesłychanie dynamicznie. Dzięki szwindlom wojennym, łapówkarskim inwestycjom w polityków i ich frakcje udały się zakupy cennej, nowej ziemi uprawnej. A rosło na Hagun nie byle co... bo drid !
Od skalistych szczytów Itar Toszanu, przez poprzecinane siatką wyschniętych rzek równiny Fil Loji, ciągnęła się osławiona buntami kraina Aszeharii. Nie rosło tam zbyt wiele. Gleba, odkąd pięć milionów lat temu przybył tu człowiek, stała się nieurodzajna, wręcz nieprzyjazna jakiejkolwiek wegetacji. Sporadycznie pojawiały się dridotolerancyjne trawy, kolczaste krzewy czy rozlane na kamieniach suche porosty. Nic przyjaznego dla oka, nic życzliwie strzelającego pąkami, nic, co przypominałoby rozzuchwaloną zieleń i splendor kolorystyki rodzimych planet Imperium Ziemi.
W okresie lata Kergan przez planetę przetaczał się płomień dzikiego rozsadu. Szalony wiatr mieszał kurz z nasionami i rozpalonym żarem bijącym z nieba. Miotał tą mieszanką w nierzadko ognistym huraganie bez początku i końca, obejmującym glob jak żarliwa gorączka. Temperatura wtedy gwałtownie rosła. Wiatr potężniał. Falami nadchodziła duchota.
I wreszcie zapach stęchlizny z pękających torebek nasiennych dridu tajemniczo uspokajał przyrodę. Natura jak gdyby tylko tego oczekiwała. W fazie rozsadu ziarna uzyskiwały mobilność i złośliwość owadów. Podskakiwały, fruwały i z bzyczeniem lądowały. Szalały w poszukiwaniu wody. Mogły to być wilgotne usta, załzawione oczy, czy po prostu mokry, niechroniony odbyt. Niewielki ładunek elektryczny, który niosły, mógł pozbawić przytomności królika, zabić szczura i oszołomić człowieka. Nietrudno sobie wyobrazić, co robiła setka nasion. Pechowiec w mgnieniu oka zamieniał się w ruchome, wrzeszczące sito, na którym nasiona natychmiast rozpoczynały błyskawiczną kolonizację i dynamiczny rozrost. Po kilku godzinach na poletku trupa formowały dziki, gotowy do podboju niot. Wypełzało z niego mrowie małych mobilnych roślinnych bestii. Tylko doświadczony handor potrafił wszystkie te dzikie wici zagarnąć w ogrodzenie i zmusić do zapuszczenia stabilnych korzeni.
Lato Kergan stawało się więc dla mieszkańców Hagun czasem ukrycia.
Jednak nie dla wszystkich. Ci najbardziej uparci, zwyrodniali i nienawistni przejmowali kontrolę nad opustoszałą planetą. Wymierzali wtedy własną sprawiedliwość, wymuszali ustępstwa polityczne i terytorialne. Ziemię plamiła rozlana krew.
Tą letnią porą ogień walk ogarniał nawet miasta u stóp Niebosiężnych gór, dokąd oporni zmianom społecznym nomadowie schodzili po zaopatrzenie. Gdyby nie wprowadzona przymusowo przez armię ogólnoplanetarna blokada mechanizmów strzeleckich, wszyscy wymordowaliby się w gorączce rozpętanej na potrzebę chwili wojny. Konflikty głównie dotyczyły ziemi, ale zdarzały się bitwy o plony, potyczki o piędź podwórka, ścianę domu i sklepu.
Jeszcze pierwsi kartografowie planety przypisali odpowiednie rubryki przydziałowe specyficznym markerom kodu genetycznego osadników. Z czasem wyparły te kody odręcznie pisane testamenty. A te ginęły, były fałszowane, palone. Ale ludzie uwielbiali stare papiery. Więcej, kochali krwawe mordy w imię pożółkłych tytułów własności, wytartych herbarzy homo eversor i nadłamanych pieczęci homo sanguis. Zaprzestali, gdy nadszedł czas Testimonium i era Ojców Patronów, którzy nosili w pamięci nie tylko umysłowe zapisy starych papierów, ale i fragmenty ducha ich autorów.
Z czasem jednak i Ojców dotknęła pomsta bezkarnych potomków. Skrycie ich mordowano, jawnie porzucano w kosmosie, duszono, truto, poddawano zdalnej umysłowej dekompozycji. Nic dziwnego, że wojny dziko rozlewały się na cały kraj, poczynając od wyżyny Kachamaszar, a kończąc na wybrzeżach wstrętnie kwaśnego morza Foszam Bali, gdzie każda pożoga zamierała w trujących oparach ojczystych bagien pasożytniczych Eleonorian. Tylko plantacje Północy w zagadkowy sposób unikały tego wiecznego rozdarcia i testamentowej irytacji. Tam szanowano tradycje minionych eonów.
Trwająca cztery ziemskie lata zima Szonra przynosiła pokój. Hagun posiadał niestety krótką i mocno spłaszczoną eliptyczną orbitę wokół swego ogromnego czerwonego słońca Reddo. Czasem przebywał za blisko gwiazdy, czasem odsuwał się od niej za daleko. Po latach oddalenia następował powrót i na nowo urastała średnica gwiazdy. Na nowo budził się gorący wiatr, przynosząc z sobą czas bezkarnych mordów, kiedy to krew mieszała się z potem, a pot z kurzem i wreszcie błotem Jedynego deszczu.
Układ planetarny, prócz głównej osiedleńczej i czterech ogromnych planet jowiszowych posiadał jeszcze dwa niewielkie globy skaliste. Driana i Kollepsus krążyły po zewnętrznej Hagun. Zaledwie utrzymywały się na mocno rozciągniętych, eliptycznych orbitach, jakby kolosalna masa gigantów ciągnęła je do siebie, spowalniała i próbowała odrywać od centralnej gwiazdy, i wypchnąć w nieskończoną otchłań mroków. Obie zaledwie balansowały na krawędzi wytrącenia.
Jednak pierwszą, licząc orbity od strony gwiazdy, była Hagun o masie podwójnej ziemskiej i średnicy potrójnej; słońce Reddo mocno trzymało ją przy sobie. Gęsta, filtrująca atmosfera czyniła ją najżyźniejszą i najzasobniejszą w układzie. To tam koncentrowały się główne kolonie Ziemian i Obcych.