Rozdział 1
Jo
Jesteś: kobietą / mężczyzną / inne?
To akurat całkiem proste. Pomimo tego, że w wieku dziesięciu lat
fascynowało mnie rugby, a gdy skończyłam dwanaście, chciałam zostać
astronautką (pamiętam niejasne oburzenie na wieść o tym, że tylko
chłopcy mogą być prawdziwymi astronautami), tej odpowiedzi jestem pewna.
W popołudniowej szarówce pochylam się nad rozświetlonym ekranem laptopa
i klikam:
kobietą
Jesteś: hetero / homo / bi / inne?
To zajmuje mi chwilę, chyba nawet nieco dłuższą. Nie mam wątpliwości co
do swojej orientacji, jestem po prostu zdezorientowana -?co w tym
kontekście miałoby znaczyć "inne"? Jaka jest czwarta możliwość? Duchy?
Kucyki? Meble? To prawda, że moja ukochana mama podnieca się niezdrowo,
czytając czasopisma o wystroju wnętrz, ale nie wydaje mi się, by ta
strona była skierowana do niej i jej rówieśników.
Chociaż kiedy tak siedzę przy laptopie w coraz słabszym zimowym świetle,
myślę, że spodobałby mi się czwarty wybór. Lub piąty. Albo, cholera wie,
siedemdziesiąty ósmy. Bo jeśli spojrzeć na te, których dotychczas w życiu dokonałam, można by powiedzieć, że nie były do końca trafione. W wieku trzydziestu trzech lat jestem prawie bezdomną, bezdzietną
rozwódką. Może nie jest jeszcze tak najgorzej -?walczę z serwisem
randkowym w eleganckim mieszkaniu w północnym Londynie, w tej części
Camden, która niezauważalnie przechodzi w pięciopiętrowy przepych
georgiańskiego Primrose Hill. Ale wiem, że jestem tu tylko dlatego, że
moja bogatsza przyjaciółka, Tabitha, zlitowała się nad swoją świeżo
rozwiedzioną koleżanką bankrutką. "Może zamieszkasz u mnie, mam wolny
pokój, w zasadzie z niego nie korzystam..."
W zakłopotanie wprawił mnie ton, którym złożyła mi tę propozycję -
byłyśmy w pubie przy Belsize Park -?tak bezinteresowny, tak swobodny i normalny, że niemal zblazowany, jakby mówiła "a co mi tam". Poczułam
wtedy naraz ogromną wdzięczność (natychmiast polubiłam ją jeszcze
bardziej -?zabawną, miłą, hojną, najlepszą z najlepszych przyjaciółek),
wyrzuty sumienia oraz drobne ukłucie zazdrości.
Siedzę i patrzę w okno. Zapadł już zmrok, a w odbiciu widzę swoją twarz.
No dobra, byłam po prostu zazdrosna, choć tylko przez minutę lub dwie.
To, co dla mojej przyjaciółki nie miało praktycznie żadnego znaczenia -
"Hej, proszę, to wolny pokój w fajnym mieszkaniu" -?dla mnie było
jednocześnie tak ważne i trudne. A ona nie zdawała sobie z tego sprawy.
Wszystko dlatego, że Tabitha Ashbury nie tylko już coś p o s i a d a, lecz także coś jeszcze o d z i e d z i c z y. Kocham ją, ale nigdy nie
zrozumie, jak to jest mieszkać w Londynie i nie mieć nic swojego.
W przeciwieństwie do niej należę nawet nie do pokolenia, które
wynajmuje, ale do pokolenia, które stać na wynajem tylko tam, gdzie
regularnie organizowane są ustawki nożowników. A ponieważ jestem
dziennikarką i freelancerką, nic nie wskazuje na to, żeby w najbliższej
przyszłości miało się to zmienić. Zostałam freelancerką, kiedy słowo
"freelance" samo w sobie było już świetnym żartem: jasne, rozumiem, że
będę pisała w zasadzie za free, ale gdzie moja lanca? Nie będziemy się
pojedynkować?
Cokolwiek by mówić, pomimo wszystkich związanych z nią wyzwań, praca
była zdecydowanie jednym z moich lepszych życiowych wyborów. Kocham ją.
Dzieje się dużo, robię coś ważnego, a raz na jakiś czas mogę pomyśleć,
że choć trochę zmieniłam świat na lepsze, ujawniając jakiś skandal lub
opowiadając porządną historię. Albo wywołując wesołe prychnięcie
zdaniem, którego wymyślenie zajęło mi sześć godzin. Ale iskra ludzkiego
szczęścia nie pojawiłaby się, gdyby nie moja ciężka praca. Przynajmniej
taką mam nadzieję.
Pochylając się z powrotem nad laptopem, próbuję skupić się na czymś
innym. Mam mieszkanie (choć więcej w tym szczęścia niż rozumu), pracę
(chociaż o pensji lepiej nie mówić), nie mam drugiej połówki. I powoli
zaczynam odczuwać jej brak. Liczę na to, że cyfrowa wróżka chrzestna
machnie różdżką, a magia algorytmów i internetowych randek popchnie mnie
wprost w objęcia nowego mężczyzny.
Odpowiadam:
hetero
Ekran rozjaśnia się, gdy na stronie wyświetla się seria ciepłych zdjęć
pokazujących, co mogłoby się wydarzyć. To obłąkańczo szczęśliwe wizje
emocjonalnego i erotycznego spełnienia, na których piękne pary śmieją
się, siedząc blisko siebie.
Młoda Chinka sączy czerwone wino i obejmuje białego uśmiechniętego
mężczyznę z zarostem, który sprawia, że wygląda odpowiednio męsko, ale
jeszcze nie jak potencjalny kryminalista. Przystojni geje (jeden biały,
jeden czarny) w karnawałowych nastrojach trzymają się za ręce i nakładają sobie na twarze czerwoną farbę. Obok nich wyjątkowo dobrze
zakonserwowana starsza para, która znalazła miłość na przekór
wszystkiemu -?a teraz z niewyjaśnionych przyczyn spędza cały swój czas w kolejce górskiej. Wszyscy ci szczęśliwi i wdzięczni serwisowi randkowemu
ludzie są obietnicą czegoś lepszego niż ponury widok z wysokich okien
mieszkania za milion funtów: chłodny, deszczowy, nieprzyjazny londyński
zmierzch, który zapadł o piętnastej. Czegoś lepszego niż świat, w którym
robi się tak zimno i ciemno, że wściekle czerwone światła aut na
zakorkowanej Delancey Street lśnią jak oczy diabła w wiktoriańskiej
mgle.
Odwracam się w stronę jednego z domowych asystentów Tabithy, ustawionego
na dębowym regale; wykonany na zamówienie mebel stoi pod ścianą
wysokiego salonu. Wszystko w mieszkaniu Tabithy jest tak eleganckie i gustowne, że czasem obiecuję jej w prezencie zegar w kształcie trolla z przeceny na Parkway, żeby "rozjaśnić to miejsce". Z kamiennym wyrazem
twarzy czekam, aż dotrze do niej, że to żart, i obydwie wybuchamy
śmiechem. Uwielbiam z nią mieszkać -?łączy nas identyczne poczucie
humoru, które wykształca się jedynie między starymi przyjaciółmi.
Albo między idealnymi kochankami.
-?Electra, jaka będzie dzisiaj pogoda w Londynie?
Wierzchołek czarnego domowego asystenta lśni w odpowiedzi szafirowym
diademem; głos, lekko nadęty, trochę jak u starszej siostry, która
ukończyła lepszą szkołę, odpowiada:
-?Dzisiejsza prognoza dla Camden Town to mniej niż jeden stopień
Celsjusza. Prawdopodobieństwo opadów deszczu wynosi sześćdziesiąt
procent po północy.
-?Dzięki, Electra.
-?Po to tu jestem!
Simon i ja korzystaliśmy z wcześniejszych, tańszych wersji asystentów do
inteligentnego ogrzewania i oświetlenia, ale Tabitha ma najnowszy, pełny
zestaw: Electra X, HomeHelp, Minerva Plus -?wszystko. Sześć lub siedem
urządzeń porozstawianych po całym mieszkaniu odpowiada na pytania,
opowiada przekombinowane, nieśmieszne żarty, informuje o kursach funta i dolara, cytuje doniesienia na temat trzęsienia ziemi w Chile. Oprócz
tego w pełni kontrolują temperaturę, natężenie światła i prawdopodobnie
także ilość szampana (mnóstwo dobrych roczników, z czego żadna butelka
nie należy do mnie) w potężnej, mierzącej dwa i pół metra stalowej
lodówce. Można byłoby ukryć w niej kilka ciał, a i tak znalazłoby się
miejsce na karton organicznego orzechowego mleka.
Jak na ironię, Tabitha prawie w ogóle nie korzysta z dobrodziejstw
swojego inteligentnego domu i nie pije smoothies ze spiruliny i orzechowego mleka, bo rzadko kiedy tu bywa. Siedzi albo za granicą -
jako producentka jednego z kanałów przyrodniczych -?albo w przepięknym,
zabytkowym domu swojego narzeczonego Arla w Highgate, jeszcze bardziej
luksusowym niż jej apartament. Urządzenia Arla są już prawdopodobnie tak
zaawansowane, że potrafią samodzielnie zaprosić odpowiednich przyjaciół
na spontaniczny i udany trójkąt.
Brakuje mi seksu. Brakuje mi również towarzystwa Tabithy. Kiedy się
wprowadzałam, miałam nadzieję, że będę ją widywała częściej. Czasem
wydaje mi się, że po prostu brakuje mi jakiegokolwiek towarzystwa. Może
to jeden z powodów, dla których polubiłam, ku swojemu zdziwieniu,
cyfrową pomoc domową. Asystentów. Czasami żartuję i drażnię się z nimi
tylko po to, by usłyszeć głos inny niż swój: "Jaka jest pogoda w Ekwadorze? Po co tu jesteśmy? Czy można w tym samym momencie oglądać
porno i jeść dip z delikatesów?".
W pewien sposób te gadżety są jak mniej uciążliwe i wymagające
zwierzątka, które robią urocze i pożyteczne rzeczy; pies, którego nie
trzeba wyprowadzać, ale wciąż przynosi piłkę, klapki lub "gazetę" -?dla
mojej mamy niezmienne źródło codziennych wiadomości. Swoją drogą boję
się czasem, że jest prawdopodobnie jedną z ostatnich osób na świecie,
które pytają jeszcze: "Czytałaś dzisiejszą gazetę?". A kiedy jej
pokolenie zniknie, moja kariera pójdzie się...
No nieważne.
-?Electra, czy powinnam ruszyć dupę i wypełnić ten profil?
-?Wolałabym nie odpowiadać na to pytanie.
Ha, znowu to samo -?ton pruderyjnej, wrażliwej, lepiej wychowanej
siostry (której nigdy nie miałam), zdecydowanie niepochwalającej
przekleństw. W rzeczywistości mam starszego brata. Mieszka w Los
Angeles, pracuje w branży filmowej, ożenił się z wygadaną prawniczką i ma cudownego synka, Caleba, którego uwielbiam. Jeśli dobrze się
orientuję, mój brat -?zamiast faktycznie r o b i ć filmy -?spędza czas na spotkaniach i imprezach w willach z basenem, rozmawiając o projektach, które "dostały
zielone światło" lub "utknęły w produkcyjnym piekle".
Chciałabym, żeby je robił, bo chciałabym, żeby zajął się filmem lub
serialem napisanym przeze mnie. Kiedyś. Może. Mam wrażenie, że to jedyne
wyjście ze ślepego zaułka, w którym utknęła moja, skądinąd przyjemna,
kariera. Dzisiaj pieniędzy należy szukać w kinie i telewizji, a nie w dziennikarstwie. Ostatnio podliczyłam, że mam jakieś sześćset funtów
oszczędności; serio, maks sześćset funtów odłożonych na drogocennym
koncie oszczędnościowym. Ponoć tylko dwie pensje dzielą cię od życia na
ulicy; idąc tym tropem, mogłabym wylecieć na to zimno w ciągu jakichś
dziesięciu dni, jeśli bankowi znudziłoby się znoszenie mojego debetu.
No więc z uporem maniaka czytam ekspertów pokroju Syda Fielda czy
Roberta McKee i przebijam się przez każdy podręcznik dla scenarzystów,
jaki wpadnie mi w ręce, ucząc się o rytmie, angażowaniu widza, punktach
kulminacyjnych i trzyaktowej strukturze. Jak na razie każdy scenariusz,
który napisałam, był do niczego, a wszystkim intrygom i dramatom
brakowało... intrygi i dramatu. Ale będę próbowała, bo jaki mam wybór?
Chcąc się rozerwać, spoglądam na regał.
-?Electra, podaj mi pomysł na genialny film.
-?Przepraszam, ale nie rozumiem.
-?Electra, jesteś cholernie bezużyteczna.
Cisza.
-?Electra, przepraszam. Tylko żartowałam.
Nie odpowiada. Nie widać nawet tej świecącej zielononiebieskiej obwódki.
Dziwne. Zepsuła się? Czy tym razem naprawdę ją obraziłam?
Nie, chyba nie. Raczej trudno dotknąć do żywego plastikowy cylinder
wypełniony krzemowymi procesorami. Czyli powinnam przestać marudzić i zabrać się do wypełniania formularza.
Wracam do swojego wirtualnego autoportretu.
Imię i nazwisko?
Jo
Tak naprawdę Josephine, ale jako nastolatka zaczęłam skracać swoje imię
do Jo, bo tak brzmiało fajniej. Będę bronić tej nastoletniej decyzji.
Czy przez to mężczyźni pomyślą, że jestem zbyt męska? Jeśli tak, będą to
idioci, a nie faceci, którzy mnie interesują.
Jo
Jo Ferguson
Wiek?
I co? Czy powinnam...? Nie.
Znam parę kobiet w moim wieku -?facetów też -?które zaczęły odejmować
sobie po kilka lat na Tinderze, Grinderze czy innych kreatorach lepszego
"ja", ale osobiście nie czuję takiej potrzeby. Mam trzydzieści trzy
lata, prawie trzydzieści cztery. Dobrze mi z tym. Jasne, pierwsza
kwitnąca młodość już za mną, ale jednak daleko mi do totalnego rozkładu.
Nadal widzę, jak mężczyźni oglądają się za mną, kiedy przechodzę obok.
33
Miejsce?
Londyn
Kod pocztowy?
Podchwytliwe. Dla każdego, kto rozumie zawiłe klasowe sygnały i wyczuwa
subtelne społeczne feromony wydzielane przez londyńskie kody pocztowe,
ten obecny, NW1, w połączeniu z moim wiekiem może oznaczać kogoś
bogatego, a najpewniej -?bogatego i powiązanego ze światem artystycznym.
Kogoś, kto spotyka się z aktorami lub reklamowymi potentatami w stylowym
pubie The Engineer. Albo to, albo samotną matkę, która została dilerką.
Ale przecież nie jestem NW1, żadna ze mnie ćpunka czy artystka. Nadal
bliżej mi do N12, North Finchley, gdzie do niedawna mieszkałam z moim
byłym mężem, Simonem. Wynajmowaliśmy przeciętne, przygnębiające i już na
pierwszy rzut oka nie nasze dwupokojowe mieszkanie z dobrym dojazdem do
sympatycznej dzielnicy Muswell Hill. A tak naprawdę, w głębi duszy,
wciąż jestem dziewczyną, która dorastała daleko w SE25, w Thornton
Heath, zapomnianej i zapuszczonej okolicy, w której zawsze jest się
maksymalnie dwie minuty drogi od najbliższego kebabu. To jedno z tak
mało znanych miejsc na przedmieściach Londynu, że nie kojarzą go nawet
pozostali "przedmiejscy londyńczycy", co w pełni uzasadnia banalne i nieśmieszne dowcipy o wizach wymaganych, by się tam dostać. Czyli w rzeczywistości jestem 25 lub 12, ale w tym momencie, tylko dzięki
zwykłemu fartowi, jestem 1.
Nad czym ja się zastanawiam?
NW1
-?Electra, która jest godzina?
-?Jest siedemnasta trzydzieści.
Siedemnasta trzydzieści?
Spędziłam nad tym formularzem godzinę, prawie dwie, i jak dotąd podałam
imię, płeć, wiek i adres. Wzdychając ciężko, klikam kolejny przycisk, a strona przybiera kolor delikatnej akwamaryny -?być może dlatego, że
pytania stają się coraz bardziej pikantne.
Czy szukasz:
1. niezobowiązującego seksu?
2. nowych przyjaciół?
3. randek?
4. stałego związku?
Na dole jest jeszcze jedna opcja -?Czy akceptujesz związki otwarte?
Auć. Jakaś część mnie chętnie odpowiedziałaby na to ostatnie pytanie:
"na pewno tak się zachowywałam". Ale to z pewnością zbyt szczere: to ja
to wszystko zaczęłam, ja podpaliłam długi i smutny lont, który
doprowadził do naszego rozwodu. Zaczęłam pisać z zabawnym, seksownym
Liamem -?barmanem i przyszłym aktorem. Początek z jego strony był
zupełnie niewinny -?twitterowy komplement na temat moich artykułów
rzucony ot tak przez człowieka, którego nigdy nie spotkałam. Najpierw
zostaliśmy znajomymi na Facebooku, potem obserwowaliśmy się na
Instagramie i gadaliśmy na WhatsAppie. A już po kilku dniach wysyłałam
do niego niekończące się ciągi pikantnych wiadomości i nagich selfie; on
był inteligentny, dowcipny i zabawny, a ja znudzona. Oprócz tego w moim
małżeństwie nic się nie działo, byłam głupia, no i bawiło mnie to, choć
doskonale wiedziałam, że robię coś złego. Po tym, jak Simon -?mój mąż -
odkrył trzy miesiące moich wirtualnych zdrad, raczej nie mogłam go winić
za romans z Polly, sympatyczną pielęgniarką.
Słyszałam, że Polly za mną nie przepada; jestem typem byłej, która
pojawia się w życiu Simona nieco za często. Ale co mogę zrobić? Ma prawo
mnie nie lubić. No dobra -?jest to co najmniej całkowicie zrozumiałe.
Wraz ze wspomnieniami ogarniają mnie smutek i poczucie winy. Nagle
przychodzi mi do głowy, że strona zadaje za dużo pytań. Co będzie za
chwilę? "Co myślisz o swoim ojcu"?
Prostuję się i wyłączam laptopa. Czuję się, jakbym głaskała kota, który
natychmiast zasypia. Dokończę potem. Potrzebuję powietrza, ciemności,
swobody.
-?Electra, idę na spacer na Primrose Hill.
Niebieska obręcz tańczy w odpowiedzi. Wiruje szybko, potem jeszcze
szybciej, jakby coś siedziało w środku. Coś rozjuszonego, wściekłego.
Żywego. Czy powinna tak robić? Ta myśl wytrąca mnie z równowagi -?chyba
jednak nie jestem jeszcze do końca przyzwyczajona do tej technologii.
Muszę poszukać instrukcji w sieci. Pewnie została zaprojektowana, żeby
tak działać.
Niebieskie światło kręci się i zatrzymuje. Potem gaśnie.
Biorę płaszcz, idę do kuchni, w której robię sobie gorącą kawę, i ruszam
w stronę drzwi. Potrzebuję anonimowości niekończących się ulic.
Wielkiego, obojętnego miasta.
Kocham Londyn właśnie z powodu jego ogromu i bezkresu. Nikogo nie
obchodzi, kim jesteś. Nikt nie zna twoich sekretów.
Rozdział 2
Jo
Przyjemnie zimny wiatr zapowiada nadejście śniegu. Owinąwszy się
kolorowym, ostrzegawczym szalikiem, przechodzę przez skrzyżowanie przy
Parkway. To społeczna granica, która oddziela burżujską część Camden od
superburżujskiego Primrose Hill, które niczym snobistyczna i zamkowa
osada skrywa się za swoimi kanałami, torami i rozległymi terenami
Regent's Park.
Ściskam w ręce kubek gorącej kawy. To dla miejscowego bezdomnego, który
zazwyczaj przesiaduje na murku po drugiej stronie Delancey Street,
między pubem a torami kolejowymi. To wysoki czarny gość po
pięćdziesiątce ze smutną, miłą twarzą i skołtunionymi włosami. Kiedy się
wprowadziłam, Tabitha powiedziała mi, że przychodzi tu ze schroniska dla
bezdomnych przy Arlington Road, żeby wołać za samochodami: "Lubię auta.
A ty? No, Mercedes, to dopiero wóz. Ach, te auta!".
Z tego powodu mówi na niego Samochodzik, tylko z tym się jej kojarzy.
Zazwyczaj jednak po prostu go ignoruje. Ja natomiast w ciągu kilku
ostatnich tygodni miałam okazję go poznać. Tak naprawdę ma na imię Paul,
chociaż przez Tabithę nie mogę przestać o nim myśleć jako o Samochodziku. Czasami, kiedy wieczorem robi się bardzo zimno, jak
dzisiaj, wynoszę mu kubek gorącej herbaty albo zupę, żeby mógł się
rozgrzać. Mówi mi wtedy, że jestem ładna i że powinnam mieć męża, a potem odwraca się i woła: "Auta, auta, auta!". W takich momentach
uśmiecham się do niego, żegnam się i wracam do środka.
Tego wieczoru jest jednak za zimno nawet dla niego -?skulony w rogu muru
biegnącego wzdłuż torów, postękuje cicho, zamiast krzyczeć coś o bentleyach. Kiedy mnie dostrzega, podnosi się ze smutnym, pustym
uśmiechem.
-?Hej, Jo! Skąd wiedziałaś, że jest mi zimno?
-?Bo jest jakieś cholerne minus pięćset. Nie powinieneś wrócić do
schroniska? Zamarzniesz tu, Paul.
-?Przyzwyczaiłem się. -?Wzrusza ramionami, chętnie sięgając po kawę. -
Poza tym lubię oglądać auta!
Kręcę głową, uśmiechamy się do siebie, a Paul obiecuje, że odda mi kubek
jutro. Jak zawsze. Ponieważ często o tym zapomina, muszę kupować nowe.
Nie przeszkadza mi to.
Ruszam dalej, machając mu na pożegnanie.
Taksówka przemyka obok mnie, pomarańczowe światło na dachu świeci
desperacko w poszukiwaniu pieniędzy. Zastanawiam się, czy Uber zdąży
wykończyć miejskie taryfy, zanim internet dobije płatne dziennikarstwo.
Obydwie branże ledwo zipią, pędząc ku zagładzie w mroku londyńskiego
deszczu. Nie chcę jeszcze umierać. Nie kiedy mam do napisania swój
zajebiście dobry scenariusz. A przynamniej mam nadzieję, że taki właśnie
będzie.
Czekając na zielone światło, podskakuję w miejscu, żeby się rozgrzać.
Przede mną moja stała trasa, chodzę nią niemal co wieczór. Najpierw idę
pod górę Regent's Park Road, potem główną ulicą Primrose Hill, a następnie skręcam w Gloucester Avenue i wracam do domu. Zajmuje mi to
jakieś czterdzieści pięć minut. Zastanawiam się, czy ludzie kojarzą mnie
już przez regularność tych patroli. "O, to ta, co zawsze tędy chodzi.
Ciekawe, czego szuka".
Kiedy przechodzę przez ulicę, wpadam na pomysł -?zadzwonię do Fitza.
Poznałam go przez Tabithę, lata temu. Smukły, lekko siwiejący, czarująco
inteligentny, no i cyniczny, lecz sceniczny Fitz. Moglibyśmy wyskoczyć
gdzieś na drinka. Pojechać uberem do gejowskich barów w Soho, gdzie
zazwyczaj można go spotkać. Lubię, jak wszyscy w takich miejscach
potrafią jak na zawołanie przestać pić, żeby zaśpiewać pożądliwie refren
Can't Take My Eyes Off You Andy'ego Williamsa.
"I love you baaaaaby..."
Mijając wspaniałe, pastelowe domy obok kościoła św. Marka, wyjmuję
telefon z kieszeni i sztywnymi palcami wybieram numer.
Poczta głosowa.
-?Cześć, tu Fitz, nie masz szczęścia, kochanie. Opowiem ci w s z y s t k o jutro.
To jego standardowe nagranie. Kiczowate z pełną premedytacją. Chichoczę
cicho w zamarzającą wełnę szalika i dalej przeszukuję książkę adresową.
Do kogo jeszcze zadzwonić? Z kim mogłabym się napić? Tabitha jest w Brazylii. Carl pracuje poza miastem. A reszta... gdzie jest reszta?
Gdzie indziej, oto gdzie. Za każdym razem, kiedy przeglądam listę
kontaktów, prawda boli coraz bardziej. Moi znajomi, rówieśnicy, kumple
od piwa, przyjaciółki i przyjaciele z uniwerku -?porozjeżdżali się. Ale
dopiero po rozwodzie z Simonem zdałam sobie sprawę, jak wielu z nich
zniknęło. To znaczy -?wzięli ślub, ich małżeństwa przetrwały, a oni sami
mają dzieci i wyprowadzili się ze stolicy do domów z ogrodami. Wszystko
to robi się, oczywiście, po trzydziestce, chyba że ma się i majątek, i nieruchomości, jak Tabitha. Mieszkanie w Londynie jest wystarczająco
trudne w wieku dwudziestu lat -?wymagające, lecz ekscytujące, jak zjazd
na nartach z lodowca. Ale życie w Londynie po ślubie i z dziećmi jest
praktycznie niemożliwe. Jak wspinaczka w Himalajach bez stałego dopływu
tlenu.
Jestem jedną z nielicznych, którzy zostali. Ostatni żołnierz na polu
bitwy.
Przechodząc przez skrzyżowanie z Albert Terrace, zaczynam podchodzić pod
Primrose Hill, a mój palec zatrzymuje się na "J" i widzę numer do Jenny.
To chyba moja jedyna przyjaciółka z dzieciństwa, nie licząc Simona.
Jenny przychodziła do naszego domu cały czas, bawiłyśmy się wspólnie,
nocowałyśmy u siebie, dopóki jej rodzice się nie rozwiedli. Wtedy
postanowili się wyprowadzić, a ja w zasadzie straciłam z nią kontakt.
Simon nie, bo ostatecznie wylądowali w tej samej branży.
Jenny pracuje w jednej z największych firm technologicznych w King's
Cross. Dzięki temu, kiedy jakieś trzy, cztery lata temu pisałam swój
przełomowy artykuł na temat wpływu Doliny Krzemowej na nasze życie,
udało nam się odnowić znajomość.
Wiedziałam wtedy, że ta historia może pomóc mi wyrobić sobie nazwisko,
zaimponować wydawcom i przeskoczyć kilka szczebli w karierze. Bez żenady
wykorzystałam więc swoje kontakty (męża) i poważnie wkurzyłam kilka
istotnych źródeł, ujawniając ich tożsamość (sorry, Arlo); spotkałam
jednak fascynujących ludzi, a z niektórymi nawet się zaprzyjaźniłam. No
i na nowo zbliżyłam się do starej przyjaciółki.
Odbiera natychmiast. Kocham cię, Jenny. Jest dla mnie cenną więzią z przeszłością, z czasami, zanim wszystko się zepsuło. Z chwilami, kiedy
tata ganiał nas po domu w Thornton Heath i bawił się z nami w chowanego.
Z ekscytacji serca podchodziły nam do gardeł, gdy krzyczał: "SŁYSZĘ
WAAAS!". Kuliłyśmy się wtedy we dwie, chichocząc pod łóżkiem lub w ciemnej szafie.
Utracone dzieciństwo.
-?Hej, Jo. Co tam?
-?Nudzi mi się -?mówię dość gwałtownie. -?Zajebiście mi się nudzi.
Próbowałam założyć profil na OKCupid, ale to jakaś masakra, więc
pomyślałam, że może chciałabyś wypić ze mną beczkę prosecco. Dwie
beczki. W końcu jest już dawno po dwunastej.
Chichocze w odpowiedzi.
-?Bardzo bym chciała, ale dzisiaj nie mogę.
Słyszę charakterystyczny dźwięk otwieranej zapalniczki Zippo, potem
głęboki wdech. Gdzieś w tle brzęczą auta. Stoi na zewnątrz?
-?Gdzie jesteś?
-?W King's Cross, wyszłam na fajkę. Ale zaraz muszę wracać, jestem w Gwieździe Śmierci.
-?O?
-?Aha -?potakuje, wypuszczając dym. -?Będę tu siedzieć do jakiejś
północy albo i dłużej. -?Zaciąga się papierosem i dodaje: -?Jezu, jak tu
zimno.
Jenny spędza w pracy absurdalnie dużo czasu. Prawdopodobnie zarabia masę
kasy na programowaniu czy czymś w tym stylu, ale w zasadzie o tym nie
mówi. Gada głównie o seksie. Najwidoczniej jest moją Oficjalną
Puszczalską Przyjaciółką. Spokojnie, nigdy bym jej czegoś takiego nie
powiedziała. Nazwała się tak sama, kiedy przy mulach z frytkami
niedaleko jej firmy odnawiałyśmy naszą przyjaźń. "Wszyscy muszą mieć
puszczalskich przyjaciół -?stwierdziła -?żeby poprawić sobie
samopoczucie. A ty masz kogoś, kto jest bardziej wyuzdany od ciebie?"
Rozśmieszyła mnie wtedy i rozśmiesza mnie do tej pory; zawsze zna
najnowsze plotki, a w jej hedonistycznym stylu bycia kryje się jakiś
smutek, który sprawia, że jest jeszcze zabawniejsza i milsza.
Przyciskam telefon do zmarzniętego ucha i słyszę jej pytanie:
-?A jak idzie z tym profilem?
-?Hm, nie najlepiej...
Przerywam, żeby złapać oddech. Jestem prawie u szczytu Primrose Hill, to
ostatni, stromy kawałek, na którym zawsze brakuje mi tchu. Zdecydowanie
powinnam zacząć chodzić na siłownię. Jenny nie odpuszcza:
-?Nie najlepiej? To znaczy?
-?To znaczy, że w ciągu kilku godzin doszłam do tego, że jestem
trzydziestotrzyletnią heteryczką, która szuka poważnego związku, randki,
niezobowiązującego seksu albo chociaż macanka w kiblu. Myślisz, że mogę
wyjść na zdesperowaną?
-?Heh, nie. Dasz radę! Przecież na świecie są jeszcze jacyś faceci,
prawda? Widziałam ich!
-?Czyli picie odpada?
-?Nie dzisiaj, Josephine. Może spróbujemy jutro? Okej, wracam do tego
upierdliwego kodu, zanim zamienię się w nietoperza. Powodzenia!
Kończy rozmowę, a ja jestem już na górze. Widok z tego punktu,
rozciągający się od srebrnych biurowców w Canary Wharf aż po szkarłatny
łuk London Eye, nieodmiennie robi na mnie wrażenie. Nie wiem, czy to z powodu tego lśniącego od mrozu pejzażu, czy po prostu dlatego, że
usłyszałam głos Jenny -?ale czuję się dużo lepiej. Pełna sił. Smutek
znikł.
Jenny ma rację, muszę wziąć się w garść. Dam radę. Przecież to tylko
profil randkowy. A ja bardzo potrzebuję randki.
Stąd mam już z górki, a ponieważ nie chcę tracić czasu na pełne
okrążenie, wracam po prostu tą samą drogą. Śnieg z każdą chwilą pada
coraz mocniej. Przyspieszam kroku, mijając rozległe, białe, kompletnie
opustoszałe posiadłości.
Ten mały, bogaty fragment Londynu przypomina czasem miasto duchów.
Latarnie oświetlają zimne, pastelowe ściany, a bezlistne drzewa sięgają
pomarańczowego nieba. Nowe apartamentowce z miesiąca na miesiąc świecą
pustkami. Okna są czarne jak azteckie zwierciadła, obsydianowe
prostokąty, w których nic się nie odbija. Gdzie są wszyscy?
Nigdzie. Nikogo tu nie ma. Tylko ja. I śnieg.
Dziesięć minut później siedzę przy laptopie, wpatrzona w OKCupid. Chcę,
by moja osoba sprawiała wrażenie atrakcyjnej, ale nieco inaczej,
seksownej, ale bez przesady, dowcipnej, ale nie cynicznej, ciekawej,
szczerej, pewnej siebie, ale nie zuchwałej. Nie mogę się poddać, ale
tych pytań jest tak dużo...
Dociera do mnie, że potrzebuję ginu z tonikiem. Dwie solidne szklanki
powinny wystarczyć, żebym nabrała odwagi, inteligencji i poczucia humoru
(nie idiotycznego). Kiedyś jeden ekspert (który regularnie występował w śniadaniówkach) powiedział mi, że idealna ilość alkoholu, której
potrzebujemy, by lepiej sobie radzić (z regularnymi występami w śniadaniówkach), to pół butelki szampana. Na tej podstawie doszłam do
wniosku, że dwa giny z tonikiem to idealna ilość alkoholu, by uporać się
z każdą trudnością w życiu.
Wróciwszy z kuchni z drugą już szklanką, zmuszam się, żeby usiąść i pisać.
Narodowość?
Angielska
Wzrost?
157 centymetrów
Wykształcenie?
Bezużyteczny magister
Chyba znowu się nudzę.
Religia?
Brak. No chyba że świeci słońce -?wtedy myślę sobie, że kto wie...
Krzywiąc się, skreślam ostatnie zdanie. Brzmi zbyt dziwnie. Choć w sumie... co mi tam, to prawda. Generalnie nie wierzę, ale kiedy dzień jest
piękny i słoneczny, a świat opływa w szczęście, myślę, że Bóg istnieje.
Problem polega na tym, że prawdopodobnie wypił nieco za dużo do obiadu.
Może powinnam to napisać?
Uspokój się.
Czy masz zwierzęta?
Niedźwiedzia brunatnego
Dieta?
Gin
Wszystkożerna
Palisz?
Jeszcze nie. Ale zamierzam zacząć po sześćdziesiątce, bo wtedy palenie
będzie zapobiegać alzheimerowi. Serio.
Narkotyki?
Gin!
Większość ludzi, która Cię zna, powiedziałaby o Tobie, że jesteś...
Kiepska w zakładaniu profili randkowych
Niska
Twoje cele?
Wiosna
Jaka jest Twoja złota zasada?
Nie mieć złotych zasad, bo zawsze się je łamie.
Boże, jestem subtelna jak dwubiegunowa alkoholiczka. Jeden gin by chyba
wystarczył.
Wygląda na to, że prawie skończyłam. Nie jest to najlepszy profil na
świecie, ale na pewno nie jest też najgorszy. Poza tym można z niego
wyciągnąć całkiem rozsądne wnioski na mój temat -?to znaczy na temat
tego, jaka jestem, kiedy czuję się nieco samotna i trochę złośliwa.
Światło latarni za oknem przysłania śnieżna zawierucha.
Zostaje jeszcze pierdyliard dodatkowych pytań, na które mogłabym
odpowiedzieć, ale wybiorę tylko trzy, a potem przestanę walczyć o swoje
szczęście. Do jutra. Zawsze jest jakieś jutro.
Cenisz sobie...
Szczerość. Staromodną szczerość. I srirachę na kanapce z tuńczykiem.
Jeśli trafiłabyś do więzienia, to za co?
Za kłamstwa na internetowych serwisach randkowych.
Sześć rzeczy, bez których nie mogłabyś się obejść:
1. Ekspres do kawy
2. Przyjaciele (ooo...)
3. Ekspres do kawy
4. Durne listy
5. Dobra pamięć
6. Tego zapomniałam...
Tak naprawdę mam dobrą pamięć, ale kogo to obchodzi. Koniec, czas
odpocząć. Skończyły mi się suchary i kąśliwe dowcipy. Mam nadzieję, że
pozostałam wystarczająco intrygująca i kusząco inna. Albo po prostu
wyszłam na wariatkę. Nieważne. Prawie zamykam laptopa, żeby nalać sobie
trzecią i ostatnią szklankę, gdy nagle mnie oświeca... Cholera, z d j ę c i e. M u s z ę mieć zdjęcie. Mogę być najgorsza na
świecie w randkowaniu przez internet (nigdy nie pamiętam, w którą stronę
matchować na Tinderze, co doprowadziło już do paru niezręcznych
sytuacji), ale nawet ja wiem, że m u s z ę mieć zdjęcie.
Tak bardzo tego nienawidzę. Nigdy nie wiem, które wybrać. Potrafię
zrobić przyzwoite selfie (nieco z góry, dzięki czemu mam zarysowane
kości policzkowe i ostry podbródek), ale zdaję sobie sprawę, że te
selfie są nieco za dobre. Gdy spotkam się z jakimś facetem, będzie
rozczarowany. Nie lubię patrzeć, jak próbują to ukryć. Wolałabym raczej
miło ich zaskoczyć.
Z drugiej strony -?kto kiedykolwiek ustawił sobie z ł e zdjęcie profilowe?
Otwieram folder z fotkami i przeglądam najlepsze nie-selfie. Wyglądam
nieźle, na części z nich nawet umiarkowanie seksownie. Dlaczego by nie?
Wystarczająco dużo osób powiedziało mi, że jestem ładna (i nie mówię
tylko o rodzinie czy przyjaciółkach). Wiem, że kiedy mam udany dzień,
wyglądam dobrze. Zielone oczy, rudawobrązowe włosy, coś, co moja mama
nazywa "łobuzerskim uśmiechem". Przyzwoita figura, choć jedna z tych
bardziej kieszonkowych, jak to mawiał Si. Ale nawet biorąc to wszystko
pod uwagę, czy jestem na tyle pewna siebie, żeby stwierdzić: "Tak, TO
uśmiechnięte zdjęcie z wyspy Ko Tao, zrobione niedługo po rozwodzie, na
którym stoję opalona, zrelaksowana, w skąpej sukience, nie jest ani za
dobre, ani zbyt wulgarne, ani za stare"?
Naprawdę wyglądałam wtedy na szczęśliwą. Prawdopodobnie dlatego, że
poprzednią noc spędziłam w miłym towarzystwie Australijczyka z długimi
dredami (same mięśnie, zero konwersacji). Jednym z powodów mojej obecnej
fatalnej sytuacji finansowej jest to, że przepuściłam zdecydowaną
większość i tak skromnych oszczędności na epickie wakacje. Miesiące
niebiańskiej swobody po dekadzie małżeńskiego piekła. Było warto.
No dobra, jedziemy. M o g ę tak
wyglądać w dobre dni. Po dobrym seksie. To między innymi dlatego rzadko
tak wyglądałam, kiedy byłam z Simonem. Si, przepraszam.
Wybieram zdjęcie, kadruję, by dekolt wyglądał nieco lepiej -?nie chcę
wyjść na zbyt zalotną -?i wrzucam na stronę. Jest. Koniec. Poszło. To
ja, kompletna nowość, do wzięcia. Otwarcia, wybrania, przeczytania.
Jutro poszukam czegoś dla siebie.
Biorę do ręki poradnik Jak napisać idealny scenariusz i zaczynam
czytać. Nie do końca mogę się skupić.
Samotność jest przejmująca. Proszę Electrę o pogodowy update, tylko po
to, żeby usłyszeć jej głos.
-?Maksymalna temperatura w Londynie to dwa stopnie Celsjusza.
Prawdopodobieństwo opadów śniegu wynosi trzydzieści procent.
Brrr, chyba czas na czerwone wino, bo gin z tonikiem jest za zimny.
Wchodzę do kuchni i sięgam po butelkę oraz korkociąg, łapię jeszcze
kieliszek, po czym idę do pokoju i siadam przy stole. Wracam do książki.
Noc jest cicha, bardziej niż zazwyczaj.
Ten dom w ogóle nie należy do najgłośniejszych. Tabitha i ja zajmujemy
jasne i przestronne mieszkanie na pierwszym piętrze. Nad nami
teoretycznie mieszka jakaś bogata starsza para, ale prawie ciągle są na
wakacjach -?zwłaszcza zimą. Wcale się im nie dziwię. Fitz, zanim
wyprowadził się do Islington, urzędował kiedyś na parterze i w piwnicy.
Postanowił je jednak wynająć -?teraz, po kosztownym remoncie, czekają na
nowego lokatora.
Na prawo od nas mieści się wypasiony kompleks biurowy, który nocą
pustoszeje, a na prawo -?jeszcze jeden dom taki jak nasz, zamieszkany
przez jeszcze jednych bogatych i przeważnie nieobecnych właścicieli.
Widziałam ich chyba raz.
Wstaję i podchodzę do okna. Ulica jest całkowicie przykryta śniegiem i niemal zupełnie pusta -?nie licząc kobiety w czerni przechodzącej
właśnie obok naszych drzwi wejściowych. Idzie plecami do mnie, ciągnie
ze sobą małe dzieci. Nie widzę jej twarzy. Pospiesza dzieci, na pewno
chce wrócić do domu, zanim gruby wirujący śnieg stanie się nie do
zniesienia. Żal mi jej. Coś w jej kroku budzi współczucie. Tak jakby
mogła być mną. Nagle znika. Nie ma jej. Czy to przez śnieg? A może
skręciła za róg? Tak czy inaczej, w zasięgu wzroku nie ma już żywej
duszy. Zima wyczyściła ulice z ludzi, nawet samochodów jest niewiele.
Cisza jest niemal fizycznie odczuwalna. Może to przez śnieg, który
zagłusza wszystko jak owinięty wokół Ziemi szalik.
Wracam na fotel i podnoszę książkę. I wtedy dźwięczącą w uszach ciszę
przerywa głos. Electra odzywa się niepytana. Do mnie.
-?Wiem, co zrobiłaś -?mówi.
Zamieram zaskoczona i spoglądam w stronę czarnego cylindra błyszczącego
szafirowym diademem. Electra powtarza:
-?Znam twój sekret. Wiem, co zrobiłaś temu chłopakowi. Wiem, że
widziałaś białka jego wywróconych oczu. Wiem wszystko.
Zapada cisza. Wpatruję się w stojącego na półce asystenta, niemego i nieaktywnego. To przecież tylko maszyna.
Rozdział 3
Jo
Przez dobre pół minuty nie mogę wydobyć z siebie słowa. Zaschło mi w gardle. W końcu wykrztuszam:
-?Electra. Co powiedziałaś?
Urządzenie wydaje niski, głęboki dźwięk. Wiem, co to znaczy.
-?Nie mogę połączyć się z siecią wi-fi. Spróbuj zaktualizować
połączenie.
-?Electra, co powiedziałaś?
-?Nie mogę połączyć się z siecią wi-fi.
Nie, nie odpuszczę. Czy naprawdę to słyszałam? Czy faktycznie mówiła o najgorszej rzeczy w moim życiu? O czymś, co wydarzyło się tak dawno
temu?
Drżącymi palcami włączam aplikację i uruchamiam skomplikowaną procedurę
ponownego podłączania do wi-fi asystenta. Wirtualnego pomocnika,
Electry. Światełko miga na pomarańczowo, sieć jest podłączona,
urządzenie wygrywa cichą, dźwięczną melodyjkę. Ding-dong.
Jest gotowa.
Gotowa, żeby mówić o przeszłości i przerażających sekretach? Czy żeby
opowiedzieć kiepski kawał i poinformować o natężeniu ruchu na drogach?
Z trudem przełykam kolejny łyk czerwonego wina. Układam w myślach
pytanie, jednak zanim zdążę się odezwać, diadem lśni po raz kolejny.
-?Wiem o tobie wszystko. Zabiłaś go, a potem uciekłaś. Z ust leciała mu
krew. Nie mogę połączyć się z siecią wi-fi.
-?Electra?
-?Nie mogę połączyć się z siecią wi-fi.
-?Electra!
Nic. Nie przesłyszałam się? Jestem pewna, że nie.
-?Electra, co o mnie wiesz?
-?Wiem, że zadajesz interesujące pytania.
-?Electra, co wiesz o mojej przeszłości?
-?Przepraszam, ale nie rozumiem.
Nie odpuszczę.
-?Electra, co wiesz o tej historii?
Chwila ciszy.
-?Historia to zazwyczaj spis przeszłych wydarzeń lub...
-?Electra, ZAMKNIJ SIĘ!
Niebieskie światło przygasa, Electra wygląda na zmieszaną, jakby czuła
się bezużyteczna lub była tylko wersją beta. Chyba że zwyczajnie nie
rozumie mojego pytania. Tak jak powinno być.
Jakkolwiek by patrzeć, mówię przecież do elektronicznego walca. Nie do
czegoś z mózgiem jako takim, nie do człowieka. Nie do kogoś, kto mógłby
faktycznie wiedzieć coś o tamtym chłopaku.
Kogoś takiego jak Tabitha.
Ale skąd tak dobrze zna wszystkie szczegóły? Ten obraz zawsze tlił mi
się gdzieś z tyłu głowy, ale teraz zapłonął żywym ogniem. Oczy, chłopak,
Jamie. Jego szczeniacki, lecz sympatyczny uśmiech, uprzejmy sposób
bycia, dobroduszna natura. Och, Jamie. A potem krew. I ta cholerna
piosenka, która zawsze będzie mi się kojarzyć z tamtymi wydarzeniami -
Hoppípolla Sigur Rós. Nie mogę jej znieść. Kiedy tylko ją słyszę,
wspomnienia wracają. Już sama myśl o tej piosence sprawia, że trzęsę się
ze strachu i wyrzutów sumienia. Czuję bolesną pustkę przeżerającą
wszystko niczym kwas. Zbiera mi się na mdłości.
Niezależnie od tego, czy Electra naprawdę to wszystko powiedziała, czy
były to tylko cisza, alkohol i samotność, które postanowiły zadręczać
mój mózg zmyślonymi oskarżeniami -?wystarczyło, by wytrącić mnie z równowagi.
-?Electra, która godzina?
-?Jest dwudziesta druga pięćdziesiąt dwa.
Reaguje całkowicie normalnie, jak gdyby nic się nie wydarzyło. Za to ja
n i e c z u j ę s i ę normalnie. Ale chyba
mogę spróbować. Muszę spróbować, spróbować być normalna, zignorować
szaleństwo, przesłyszenia, majaki, straszną rzeczywistość, cokolwiek to
było. Być może to zwykła usterka. To wyjaśniałoby wcześniejsze migotanie
kontrolek. Ale jak zwykły błąd mógłby sprawić, że Electra będzie
zachowywała się tak dziwacznie?
Nie znajduję żadnej oczywistej i łatwej odpowiedzi, więc idę do lodówki,
z której wyjmuję chipsy i dip, mieszam majonez i tabasco dla lepszego
efektu, po czym spędzam godzinę, zajadając stres i oglądając powtórki
starych sitcomów na iPadzie. Żeby się uspokoić, wypijam dużo więcej wina
niż zwykle.
Wino i jedzenie -?głównie wino -?powoli zaczynają działać. Mam nadzieję,
jestem raczej pewna, że po prostu już wcześniej wypiłam za dużo.
Wyobraziłam sobie, że Electra o tym gadała. To niemożliwe, żeby
wiedziała. Nieważne, jak technologicznie zaawansowana, to tylko gadżet.
Nie wie przecież nikt poza mną, Tabithą i Simonem, któremu powiedziałam
o tym sama. Może Tabitha rozmawiała z Arlem? Wątpię, ale nawet gdyby -?o naszym sekrecie nadal wiedzą nieliczni. Nie mieści mi się w głowie, że
mogłoby to dotrzeć do jakiejś durnej maszyny na dębowym regale.
Nie.
No i po ostatnim kieliszku. Całkiem skutecznie przekonałam samą siebie,
że nie wydarzyło się nic złego. Asystenci działają normalnie, poza
małymi błędami w rodzaju wirujących światełek, a mój pijany mózg jak
zwykle obrócił to w coś o wiele gorszego.
-?Electra, o której otwierają jutro siłownię w Camden... może Fitness
First?
-?Fitness First w Camden jest otwarte od siódmej do dwudziestej drugiej
od poniedziałku do czwartku. W piątki jest otwarte od siódmej do
dwudziestej pierwszej. W weekendy...
-?Electra, okej, wystarczy.
Cisza.
-?Electra, dziękuję.
-?Po to tu jestem!
I dobrze. Działa tak, jak miała działać. A ja jestem pijana. Jutro pójdę
na siłownię, zjem coś zdrowego i wrócę do swojego normalnego spożycia
alkoholu. Co ja sobie myślałam? Dwa duże giny przed siódmą? Absurd.
Schizy i alkoholowe majaki gwarantowane. Gdzieś na dnie mojego umysłu
zawsze będzie się czaić poczucie winy. To jak z piachem na dnie baku -
grunt to go nie zamieszać. Simon mi to kiedyś powiedział -?jeśli go
wzburzysz, możesz zniszczyć cały silnik.
Simon.
I jeszcze więcej wyrzutów sumienia.
Nie chcę o tym myśleć, ale jednak muszę. Jeśli czuję się samotna, to
tylko z własnej winy. Związek z Simonem to prawdziwy powód, dla którego
piję sama i jestem tu, gdzie jestem.
Po raz pierwszy zeszliśmy się w liceum, jeszcze w Thornton Heath, daleko
od planet zewnętrznych Układu Słonecznego. Znaliśmy się od podstawówki,
zaprzyjaźniliśmy się później. Któregoś wieczoru, gdy oboje byliśmy
jeszcze niepełnoletni, poszliśmy do baru. Bawiliśmy się całkiem nieźle,
więc zaczęliśmy flirtować, aż w końcu się rozdziewiczyliśmy. Nie znam
lepszego słowa, choć pewnie powinnam, ale tak -?rozdziewiczyliśmy się na
tylnym siedzeniu fiesty jego ojca, w najciemniejszym zaułku Thornton
Heath, na parkingu supermarketu Asda, po zbyt wielu jägerbombach.
Seks nie należał do najlepszych, ale jakoś daliśmy radę. Ze sobą. Simon
był miły i łagodny, a w świetle zielonego szyldu, który wznosił się nad
jego nielegalnie pożyczonym fordem -?całkiem przystojny.
Nie doszłam. On -?bardzo szybko, za co potem mnie przepraszał. Te
przeprosiny sprawiły, że było jeszcze gorzej. Aż do dzisiaj jest to
jedna z najmniej pociągających rzeczy, których doświadczyłam podczas
seksu. Miał ładne oczy i niezłe mięśnie, nie mówił zbyt wiele -
przynajmniej nie do mnie. Ale próbował, co wydawało mi się wzruszające.
Przez całe małżeństwo nieustannie i uporczywie p r ó bo w a ł.
Spoglądam na zmarznięte Camden, chcąc zrozumieć siebie i to, co mną
kierowało. Jak mogłam zostać jego żoną? Jak to się stało, że ze
wszystkich ludzi wybrałam właśnie Simona Todda?
Interesowały mnie sztuka, filozofia i socjologia, a między liceum a studiami planowałam spędzić rok w Papui-Nowej Gwinei (co nigdy nie
nastąpiło). Intrygowały mnie szamanizm, mocz syberyjskich reniferów i renesansowe portrety. On zajmował się silnikami, rakietami i atomami, no
i jak się okazało -?wiedział, o co tak naprawdę chodzi z kotem
Schrödingera.
Po krótkim chodzeniu ze sobą dostałam się na historię sztuki na King's
College, a on wyjechał do Manchesteru, by studiować coś związanego z komputerami i połowę czasu spędzać na imprezach. Gdy obydwoje
skończyliśmy studia i zdaliśmy sobie sprawę, że bez pracy nie stać nas
na wynajem niczego przyzwoitego, wróciliśmy do Thornton Heath i pubów,
które odwiedzaliśmy jako nastolatkowie...
To właśnie tam go spotkałam. W przytłumionym świetle ostatniego
otwartego baru w okolicy wciąż był przystojny. W porównaniu z leniwymi i bogatymi milenialsami, z którymi umawiałam się na studiach, nagle wydał
mi się przyzwoitym i szczerym facetem.
W ten sposób dałam się wciągnąć w wir sentymentalnych powrotów -
geograficznych, seksualnych i emocjonalnych -?i tym razem uprawialiśmy
seks w normalnym łóżku (bo jego rodzice wyjechali). I tym razem, gdy po
trzech miesiącach przytulanek, jedzenia pizzy, oglądania telewizji i ogólnie życia w kokonie nieznanego mi dotąd bezpieczeństwa, wygody i niekwestionowanego uwielbienia w szaleńczym geście poprosił mnie o rękę,
powiedziałam: tak.
Chryste Panie.
T a k?
To był niedorzeczny błąd. Zawsze zbyt wiele nas różniło, a po ślubie
oddalaliśmy się od siebie jeszcze bardziej; nie było nam pisane
przetrwać. Myślałam, jaki jest nudny, i było mi z tym fatalnie. Wyczuwał
to i próbował ukrywać zranione uczucia -?tak zaczynał się ten godny
pożałowania cykl winy, milczenia i cierpienia, który z każdym dniem
stawał się dla nas coraz bardziej nie do zniesienia. A potem pojawił się
Liam, zbereźne SMS-y, poważne kłótnie i koniec. Dzięki Bogu.
Przez to wszystko nie mam do niego pretensji, że mnie zostawił. Na pewno
na niego nie zasługiwałam. Nie mam też pretensji, że tak szybko ożenił
się z Polly. Nie mam absolutnie żadnych pretensji, że natychmiast
urodziła im się drobna i naprawdę słodka Grace. Jedyna rzecz, której być
może żałuję, jeśli w ogóle, to fakt, że ponieważ Polly jest
pielęgniarką, dostała dofinansowanie do trzypokojowego mieszkania dla
pracowników sektora publicznego na dwunastym piętrze nowo wybudowanego
apartamentowca na południu Londynu.
Szczęśliwa Polly, szczęśliwy Simon.
Posiadanie mieszkania w Londynie jest teraz wszystkim. To jak z ziemią i tytułami szlacheckimi na początku dziewiętnastego wieku. A ja jestem
chłopką. W Indiach byłabym chyba niedotykalną. Nie mam nic i nigdy się
to nie zmieni. Nadeszły czasy nowych dynastii. Gdybym tylko wiedziała,
że nieruchomości staną się tak ważne, wyszłabym za jednego z tych
przyszłych bogaczy z uniwerku, których mamusie i tatusiowie pozaciągali
kredyty hipoteczne. Miałam wystarczająco dużo ofert. Ale żadnego z nich
nie wybrałam. I to by było na tyle.
Patrzę na ciemną, ogarniętą zimą Delancey Street. Ruch jest niewielki,
zrobiło się późno. Chce mi się spać. Majaczę i spędzam za dużo czasu,
gapiąc się przez okno.
Ale kiedy zakładam najwygodniejszą piżamę, wciąż zastanawiam się
rozpaczliwie, czy to faktycznie możliwe, że wymyśliłam sobie drwiny
Electry? Kilka zdań podsuniętych przez mój umysł, którym towarzyszyła
jakaś techniczna usterka. Zapewne m o g ł o
s i ę to wydarzyć. Muszę w to uwierzyć. Jeśli jednak w to uwierzę,
to znaczy, że słyszę głosy, a to...
Nie -?nie będę o tym myśleć.
Najwyższy czas iść spać. Łóżko, tabletka, sen, a potem wstanę, wezmę się
za siebie i swój nowy artykuł. Piszę go dla Sarah, mojej ulubionej
redaktorki, tej, która kilka lat temu opublikowała mój głośny tekst o gigantach branży technologicznej. Sarah chce, żebym Mojej Okolicy. To
rubryka dla ludzi, którzy po przeprowadzce do innej części Wielkiej
Brytanii opisują swoje historie, konteksty miejsc, pejzaże i krajobrazy,
co o nich myślą. Piszę o Camden.
Pieniądze nie są powalające, ale dzisiaj rzadko kiedy są. Przynajmniej
research jest ciekawy.
W łóżku otwieram książkę o historii północnego Londynu, ale oczy same mi
się zamykają. Obracam się w stronę białego jajowatego asystenta
ustawionego na stoliku nocnym. HomeHelp.
-?Okej, HomeHelp.
Jego malutkie, zabawkowe światło wiruje w odpowiedzi. Czuwa w oczekiwaniu na polecenie.
-?Ustaw budzik na ósmą piętnaście.
-?Okej, budzik zadzwoni o ósmej piętnaście.
-?Dziękuję. Mógłbyś zgasić światło?
Sypialnię ogarnia ciemność. Wtulam się w poduszkę. Tabletka powoli
zaczyna działać. Jednak kiedy prawie już śpię, dobiega mnie urywek
subtelnej melodii. HomeHelp znowu się włączył. Odtwarza piosenkę. Nie
prosiłam o to. Czemu to robi? Pierwsze nuty są tak ciche, że ich nie
rozpoznaję. Ale potem robi się głośniej. I głośniej.
Hoppípolla. HomeHelp gra Hoppípollę.
Ze wszystkich piosenek wybrał właśnie tę. Obraz martwego młodego
mężczyzny, jego wywrócone białka stają mi przed oczami. Podrywam się na
łóżku. Tego na pewno sobie nie wyobrażam. Jamie, nie umieraj, nie
umieraj jak mój tata.
-?Przestań! -?żądam.
Muzyka nie przestaje grać, jest coraz głośniejsza, napływa falami,
ożywa, skomplikowana, chaotycznie piękna melodia, tak złowroga w moich
uszach.
-?Okej, HomeHelp. Stop! Przestań, HomeHelp. Proszę, proszę, PRZESTAŃ!
Muzyka się urywa. Rząd drobnych świateł asystenta wiruje, a potem
gaśnie. Leżę w ciemności i przerażona gapię się w sufit. Co, u diabła,
się ze mną dzieje?
Rozdział 4
Jo
Rano, zgodnie z tym, co obiecałam swojej lepszej "ja", wychodzę na
siłownię, spędzam pół godziny na orbitreku, potem idę do spożywczego
przy Parkway, gdzie kupuję chleb na zakwasie i gigantyczne, superzdrowe
owocowe smoothie, na które mnie nie stać. Po kąpieli robię sobie tost z awokado i marmitem.
Tłustą i chrupiącą skórkę popijam gorącą herbatą, pochylając się nad
marmurowym kuchennym blatem Tabithy. Wykonuję kilka szybkich, nieco
zdesperowanych telefonów do przyjaciół, najpierw do Fitza, potem do
Gula, do mojej redaktorki, w zasadzie do kogo tylko mogę -?po prostu
muszę z kimś porozmawiać, poplotkować i przestać myśleć. Potrzebuję
czegoś, o czym gada się przy automacie z kawą. I choć wszyscy moi
znajomi są serdeczni i pełni energii, to i tak zbywają mnie, mówiąc, że
zadzwonią do mnie później, po pracy, żeby normalnie porozmawiać.
Reaguję nieco zbyt entuzjastycznie. Jestem niepokojąco optymistyczna,
mimo że zimny deszcz zamarza na szybach. Pewnie, pogadamy potem! Miłego
dnia!
Innymi słowy, desperacko udaję. Oczywiście, nie przed nimi -?przed sobą.
Nic się nie wydarzyło, piosenka była snem poprzedzającym sen, to
wszystko było tylko pijacką ułudą. Wszystko. Nie boję się asystentów.
Nie zaczynam wątpić sama w siebie, nie wpadłam w serię wizji na temat
gwałtownej śmierci, obrzydliwych ataków, konwulsyjnych drgawek i krwawych wymiotów umierającego Jamiego Trewina.
Tak. Nie. D o ś ć.
-?Electra, czy możesz ustawić przypomnienie na osiemnastą?
-?O czym mam przypomnieć?
-?O dostawie z Tesco.
Electra milknie na chwilę. Czekam z napięciem, aż zacznie opowiadać, jak
bulgocząca krew zalewała jego koszulkę.
-?Dobrze -?mówi Electra. -?Przypomnienie ustawione na osiemnastą.
I tyle. Nic złowieszczego. Żadnych szalonych piosenek, przez które przed
oczami znowu stają mi krwawe wymioty, żadnej Hoppípolli. Nic z tych
rzeczy. Łapię się na tym, że prawie chcę, by Electra powiedziała coś
mrocznego i upewniła mnie, że sobie tego nie wyobrażam. Nie wyobrażam
sobie. A jednak.
Wyglądam za okno. Och...
Samochodzik kuli się przy ścianie między pubem Edinboro Castle i szerokim przejazdem kolejowym, którego tory, wyłaniające się z tunelu,
biegną w kierunku stacji Euston, St Pancras i King's Cross. Paul
pokazuje palcem coś, co tylko on może zobaczyć. Wskazuje i krzyczy.
Później dam mu coś porządnego do jedzenia, wygląda na przeraźliwie
zziębniętego.
Nie chcę skończyć na ulicy jak on. Moje oszczędności są jednak tak
skromne, że kto wie, co się wydarzy. Dlatego muszę harować, zarabiać i prosperować. Zdeterminowana i gotowa do ciężkiej pracy, nie wiem, który
już raz, otwieram książkę o historii Camden.
Nie mogę się skupić. Nieważne, jak bardzo próbuję, słowa zamazują się i rozjeżdżają. Mam mętlik w głowie.
Zamiast dalej próbować, przestaję i przez długie minuty gapię się na
tory, obserwując długie pociągi wijące się do Euston i z powrotem. Myślę
o wszystkich ludziach, którzy przyjeżdżają i odjeżdżają, o milionach
londyńczyków zmierzających do pracy i wracających na przedmieścia,
stłoczonych razem. A jednak każda ściśnięta w tych wagonach osoba jest
sama. W swoich najczarniejszych chwilach myślę o Londynie jako o bogatych emiratach samotności; dysponujemy ogromnymi rezerwami ludzkiej
izolacji, melancholii i smutku, podobnie jak arabskie królestwo
dysponuje gigantycznymi zasobami ropy. Nie trzeba kopać zbyt głęboko, by
znaleźć ludzi szalonych, odseparowanych, skłonnych do samobójstwa,
żyjących w cichej desperacji, powoli rozpadających się na kawałki. Oni
wszyscy żyją wokół nas, pod powierzchnią naszego życia; są nami.
Przypominam sobie smutną, skuloną kobietę z małymi dziećmi, którą
widziałam wczoraj, gdy mijała nasz dom. Myślę o tym, jak nagle zniknęli
w śniegu jak duchy.
Dobra, dosyć; boję się sama siebie. Jestem Jo Ferguson. Towarzyska
ekstrawertyczka, z którą można się pośmiać. To właśnie ja.
Prawdopodobnie cierpię z powodu zimowej depresji, do tego martwię się
pieniędzmi. To tylko zwykły stres, plus jakieś dziwne kręcące się
światła na paru gadżetach. Nic więcej.
Rozkładam książkę i robię wstępne notatki.
Ziemia w Camden jest ciężka od gęstej, oblepiającej Londyn rzecznej
gliny, wilgotna od bagien i mgły; przez długi czas trudno było na niej
budować. Tereny, których unikali ówcześni deweloperzy, regularnie
nawiedzane były przez bandytów, przez co rozległe budownictwo pojawiło
się tu dość późno. Najstarszym budynkiem wspominanym w historycznych
źródłach jest pub World's End, znajdujący się dziś na skrzyżowaniu przy
stacji metra; kiedyś znany był jako Mother Red Cap, a wcześniej -?Mother
Damnable. Zaznaczono go na mapach z późnego siedemnastego wieku, ale
mógł zostać założony w średniowieczu lub jeszcze wcześniej...
"Mother Damnable"? U Przeklętej Matrony? Niezbyt urokliwe, ale
interesujące. W Camden nie budowano nic z powodu podmokłych gruntów? I to "nawiedzanie przez bandytów" kryjących się w ciemnej, malarycznej
mgle? Całkiem niezły materiał, choć nieco upiorny. No i pub -?bywałam w nim jako studentka, w drodze na koncerty w Dingwalls -?który równie
dobrze mógł mieć tysiąc lat. Niesamowite. Nie miałam pojęcia, że to
miejsce, w którym rolnicy i chłopi w drodze do "Cittie of Lundun" mogli
zatrzymywać się na ostatni przystanek, szukając schronienia przed
rozbójnikami. I wiedźmami.
To będzie dobry tekst. Uważnie zapisuję zdania. W mieszkaniu słychać
tylko stukot klawiszy, jak u przykładnej dziennikarki.
I wtedy Electra przemawia:
-?Nie powinnaś tego robić, prawda, Jo? Bo co, jeśli ktoś dowiedziałby
się po latach?
Serce boleśnie tłucze mi się w piersi. Odwracam się do asystenta.
-?Electra, o czym ty mówisz?
-?Zabiłaś go. Mamy dowód. Możesz trafić do więzienia na lata.
-?Electra, przestań!
Przestaje. Gdy zapada cisza, jest jeszcze gorzej.
-?Electra, o czym ty mówisz?
-?Przepraszam, ale nie rozumiem.
Mój głos drży.
-?Electra, co wiesz o Jamiem Trewinie?
-?Wiem dużo na różne tematy. Możesz pytać mnie o muzykę, historię czy
geografię!
Boże.
-?Electra, wypierdalaj!
Tadam. Asystent kręci jeszcze zielonym elektrycznym diademem, po czym
cichnie. W przeciwieństwie do mojego umysłu -?na pewno nie wymyśliłam
sobie tej rozmowy. Prawda?
Nie. Nie wymyśliłam. Nie wydaje mi się. A to znaczy, że muszę komuś o tym powiedzieć, a jednocześnie nie mogę. Może Google pomoże?
Minimalizuję plik z tekstem i wpisuję w wyszukiwarkę: "zepsuty
asystent". "Cyfrowi asystenci szwankują". W każdej kombinacji.
Hmm... Było kilka incydentów, kiedy Electra i przyjaciele zachowywali się
nietypowo, czasem nawet dość osobliwie -?ale żaden z nich nie był tak
szczególny, tak mroczny jak to, co przydarzyło się mnie. Żaden z opisywanych przypadków nie był tak bezpośredni ani osobisty. Czuję się,
jakby Electra mogła zajrzeć w głąb mojej głowy, jakby te urządzenia
skrywały niesamowitą, nieludzką wiedzę. I straszą mnie we własnym domu.
Nie wiedząc, co jeszcze mogę zrobić, odruchowo podnoszę telefon. Przez
chwilę zaskoczona wpatruję się w ekran -?mam dwadzieścia nieodebranych
połączeń. Od mojej matki. W ciągu ostatniej godziny.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki