Asymetria - Lisa Halliday

Reflow text when sidebars are open.
ZA ÓSMYM RAZEM, kiedy znowu robili coś, czego pisarz robić nie powinien, powiedział:
- Kocham cię. Kocham cię za to.
Później, gdy siedziała przy stole i jadła ciasteczko, przyglądał się jej w milczeniu.
Następnego ranka:
"Numer ukryty".
- Chciałem ci tylko powiedzieć, że pewnie poczułaś się dziwnie, słysząc coś takiego z moich ust. Pewnie ci się zakręciło w głowie... Z-a-k-r-ę-c-i-ł-o, nie z-a-k-n-o-c-i-ł-o, chociaż to też jest fajne słowo. Chodzi mi o to, że powiedziałem to pod wpływem chwili, co nie znaczy, że coś się powinno między nami zmienić. Nie chcę, żeby cokolwiek się zmieniło. Ty rób, co chcesz, a ja będę robił, co ja chcę.
- Oczywiście.
- Grzeczna dziewczynka.
Odłożyła słuchawkę uśmiechnięta.
Potem zastanowiła się chwilę nad tą wymianą zdań i zmarszczyła brwi.
Czytała właśnie instrukcję do zegarka, kiedy zadzwonił ojciec, by po raz drugi w tym tygodniu powiedzieć jej, że ani jeden Żyd nie stawił się do pracy w wieżach WTC tego dnia, gdy zostały zniszczone. Za to pisarz nie telefonował do niej przez dłuższy czas. Spała z telefonem pod poduszką, a jeżeli nie leżała w łóżku, nosiła go wszędzie ze sobą - do kuchni, kiedy nalewała sobie drinka, i do łazienki, kiedy szła do łazienki. Dostawała szału z powodu deski klozetowej, bo przesuwała się w bok za każdym razem, gdy na niej siadała.
Przyszło jej do głowy, żeby wrócić na tę ich ławkę w parku, ale postanowiła raczej pójść na spacer. Był weekend, obchodzono święto Memorial Day i Broadway został zamknięty na jarmark. Już o jedenastej w całej okolicy unosił się dym, a dookoła skwierczały falafele, fajitas i frytki; były też kanapki z wołowiną, kukurydza w kolbach, kiełbaski z koprem włoskim, ciasteczka z lanego ciasta i smażone placki o średnicy frisbee. Zimna lemoniada. Bezpłatne badania kręgosłupa. Doradcy prawni fundacji We the People - rozwód 399 dolarów, bankructwo 199. Na jednym ze straganów, gdzie sprzedawano artystyczne, domowej roboty ciuchy, kołysała się na wietrze ładna letnia sukienka w kolorze kwiatów maku. Kosztowała jedyne dziesięć dolarów. Indyjski straganiarz zdjął ją z wieszaka, żeby Alice mogła przymierzyć kieckę w jego furgonetce, gdzie przyglądał się jej owczarek alzacki o załzawionych ślepiach, z mordą wspartą na przednich łapach.
Tego wieczoru, gdy była już w piżamie:
"Numer ukryty".
- Halo?
- Cześć, Mary-Alice. Oglądałaś mecz?
- Jaki?
- Między Red Sox i Yankees. Yankees wygrali czternaście pięć.
- Nie mam telewizora. Kto rzucał?
- Kto rzucał. Wszyscy. Nawet twoja babcia zagrała kilka rund. Co robisz?
- Nic.
- Chcesz wpaść?
Zdjęła piżamę i włożyła tę nową indyjską sukienkę. Od razu musiała odgryźć jakąś sterczącą z niej nitkę.
U pisarza, który leżał w łóżku z książką i szklanką czekoladowego mleka sojowego, paliła się tylko lampa na nocnym stoliku.
- Mamy wiosnę! - zawołała, ściągając sukienkę przez głowę.
- Mamy wiosnę - odpowiedział, wzdychając ze znużeniem.
Podpełzła ku niemu po śnieżnobiałej kołdrze niczym ryś.
- Mary-Alice, czasem naprawdę wyglądasz jak szesnastolatka.
- Pedofil.
- Gerontofilka. Uważaj na moje plecy.
Niekiedy miała wrażenie, że grają w "Operację", jak gdyby nos pisarza mógł rozbłysnąć na czerwono, a jego obwody zabuczeć, jeśli nie zdołałaby czyściutko wyciągnąć mu nerwu łokciowego z ramienia.
- Och, Mary-Alice. Jesteś niespełna rozumu, wiesz o tym? Jesteś niespełna rozumu, wiesz o tym, i za to cię kocham.
Uśmiechnęła się.
Wróciła do domu zaledwie godzinę i czterdzieści minut po jego telefonie i wszystko było dokładnie tak, jak kiedy wychodziła, ale własna sypialnia wydawała się jej jakoś zbyt jasna i obca, jakby należała teraz do kogoś innego.
"NUMER UKRYTY".
"Numer ukryty".
"Numer ukryty".
Zostawił jej wiadomość.
"Kto czerpie największą przyjemność ze sprowadzania innych na złą drogę?"
KOLEJNA WIADOMOŚĆ:
"Czy ktoś tutaj czuje zapach syrenki?".
"NUMER UKRYTY".
- Mary-Alice?
- Tak?
- To ty?
- Tak.
- Jak się masz?
- Dobrze.
- Co robisz?
- Czytam.
- Co?
- Och, nic ciekawego.
- Masz klimatyzację?
- Nie.
- To na pewno jest ci gorąco.
- Owszem.
- W weekend podobno będzie jeszcze upalniej.
- Wiem.
- I co zrobisz?
- Nie wiem. Roztopię się.
- Wracam na sobotę do miasta. Chciałabyś się ze mną zobaczyć?
- Tak.
- O szóstej?
- No.
- Przepraszam. Szósta trzydzieści?
- Okej.
- Może nawet przygotuję ci kolację.
- Byłoby miło.
O kolacji zapomniał albo postanowił jej nie robić. Gdy Alice przyjechała, posadził ją na brzegu łóżka i wręczył jej dwie duże torby z księgarni Barnes & Noble, po brzegi pełne książek. Przygody Hucka. Czuła jest noc. Podróż do kresu nocy. Dziennik złodzieja. Ludzie Julya. Zwrotnik Raka. Axel's Castle. Rajski ogród. Żart. Kochanek. Śmierć w Wenecji i inne opowiadania. Pierwsza miłość. Wrogowie, opowieść o miłości... Wzięła do ręki książkę jakiegoś pisarza, którego nazwiska nie słyszała, chociaż już jej kiedyś wpadło w oko.
- Oo, Camus! - wymówiła to jak rym do "lamus". Zapadła długa cisza, pisarz się nie odzywał, a Alice czytała opis na czwartej stronie okładki Pierwszego człowieka. Kiedy podniosła wzrok, pisarz wciąż miał nieco zdziwioną minę.
- Mówi się "Ka-mi", skarbie. To był Francuz. "Ka-mi".