Astropodróże Ariela (trylogia) - Sławomir Hanak

Reflow text when sidebars are open.
PROLOG
-?Uwaga, podróżni! Rakieta ekspresowa na Ziemię, planowy odlot o godz. 14:20, jest podstawiona przy śluzie piątej. Lądowanie przewidziano na kosmodromie Yin-Guang w Chinach.
Głos spikerki rozlegający się w pustawej o tej porze hali odlotów Bazy Księżycowej Gamma-3 (w skrócie: MBG-3) brzmiał tak ciepło i zachęcająco, jakby naprawdę cieszyła się, że kolejna grupka turystów w końcu się stąd wyniesie. Siedziałem tu od dwóch godzin, znałem więc już na pamięć chyba wszystkie komunikaty w hali odlotów.
Otaczały mnie wielkie szklane ściany, za którymi rozpościerał się widok na (być może i piękny, ale jednak monotonny) księżycowy krajobraz. Przezroczyste windy mieniły się kolorami, zapraszając na zawieszone pod stropem tarasy restauracyjne. Spędziłem na tych tarasach trochę czasu, żłopiąc moją ulubioną space-colę. Rozważałem nawet, czy czegoś nie przekąsić, ale uznałem, że się nie opłaca. Wkrótce odlatuje mój kosmobus, a od wymyślnych restauracyjnych dań zdecydowanie wolę podawane na pokładzie moonburgery.
-?Przepraszam...
Niemal bezszelestny sprzątający robot o mało co nie przejechał mi po stopach. Rozejrzałem się. Może to i jest najnowocześniejsza baza księżycowa, ale jakoś za nią nie przepadam. Wszystko tu jest takie sztuczne i... nieludzkie. Bezgłośne, wszędobyl/r/skie roboty gotowe służyć pomocą na każde nasze skinienie, stanowiska odprawy pasażerów wykonane z udającego metal polikrylu, a przede wszystkim przykuwający uwagę ogromny holograficzny wyświetlacz wskazujący datę i godzinę:
22.06.2213 13:47
-?Arielu...?- usłyszałem znajomy głos.
Dotknąłem wszczepiony w ucho chip komunikatora.
-?Tak, tato??- zapytałem.
-?Wiesz, głupia sprawa, ale raczej nie będę mógł cię odebrać w Yin-Guang. Mamy tutaj poważną awarię i od dwóch dni bez przerwy tkwię w pracy. Naprawdę mi przykro... Dasz sobie radę?
-?Tato, nie ma sprawy! Przecież ci mówiłem, że niepotrzebnie chcesz lecieć do tych Chin. Stamtąd do Nepalu jest naprawdę bliziutko, więc na pewno się nie zgubię.
-?O to jestem spokojny, ale chciałem po prostu trochę z tobą pobyć. Tak rzadko się ostatnio widujemy.
-?To prawda, ale jestem już w trzeciej klasie. Nie oszczędzają nas. No to na razie, dam ci znać, jak już dotrę na Ziemię. Kończę, bo wzywają nas na pokład... Pa!
Nie mogłem powiedzieć tacie, jak bardzo mnie ucieszyła jego wiadomość. Wyobrażam sobie, ile śmiechu by było, gdybym na obozie pojawił się z... tatą! Chłopaki nie daliby mi żyć, a dziewczyny... szkoda gadać.
I tak mi się upiekło, bo najpierw tata chciał po mnie przylecieć tutaj, na Księżyc. Szkolne zajęcia terenowe miały trwać jeszcze całe dwa dni, ale mój wymarzony obóz survivalowy w Himalajach zaczynał się już jutro, więc z ostatnich zajęć zostałem zwolniony. Niczego nie traciłem, bo i tak z pilotażu jestem najlepszy na roku.
Wziąłem swój plecak (innego bagażu zresztą nie miałem) i wolno ruszyłem w stronę stanowiska piątego. W drzwiach śluzy stały dwie śliczne stewardessy i uśmiechały się promiennie.
Nagle poczułem nieodpartą potrzebę odwiedzenia toalety. Sześć lub nawet siedem butelek space-coli wypitej przeze mnie w ciągu ostatnich dwóch godzin dało się we znaki. Oczywiście w kosmobusie też są toalety, ale wiadomo, że w czasie startu trzeba siedzieć w fotelu przez kilkanaście długich minut. Dla mojego pęcherza było to zdecydowanie za długo.
Myłem właśnie ręce, kiedy z głośnika nad umywalką usłyszałem ponaglający komunikat:
-?Śluza na stanowisku piątym zostanie zamknięta za dwie minuty. Powtarzam, pasażerowie udający się na Ziemię proszeni są do śluzy...
Zarzuciłem plecak na ramię i pchnąłem drzwi... Ani drgnęły! Spróbowałem jeszcze raz... To samo!
-?Co to za głupie kawały?- warknąłem, przekonany, że ktoś jest po drugiej stronie.
Cofnąłem się, żeby nabrać rozpędu, i uderzyłem z całej siły. Jedynym skutkiem tego mojego ataku był przeszywający ból ramienia. Oporne drzwi uchyliły się nie więcej niż na 1-2 cm i natychmiast zamknęły się z powrotem, jakby ktoś większy i silniejszy ode mnie napierał na nie z drugiej strony. Przez powstałą na moment szparę usłyszałem dziwny szum i świst, które teraz w dalszym ciągu były słyszalne, jednak znacznie przytłumione.
-?...jedna minuta!?- dotarła do mnie końcówka komunikatu.
"Najważniejsze to nie wpaść w panikę"?- pomyślałem i... wpadłem w panikę! Zacząłem na przemian walić pięściami i kopać w te nieszczęsne drzwi w nadziei, że w końcu ktoś mnie usłyszy i wypuści. Szybko zdałem sobie sprawę, że moje wysiłki są daremne, bo tajemniczy jęczący świst po drugiej stronie skutecznie zagłuszał moje starania.
Pogodzony z losem usiadłem na podłodze i oparłem się o ścianę. Byłem trochę spocony, więc chłód kafelek, do których przywarłem plecami, spowodował odczuwalną ulgę. Nie wiem dlaczego (może żeby nie czuć się tak przeraźliwie samotny) zacząłem mówić na głos:
-?To jakiś absurd. Czy ktokolwiek mi uwierzy, że spóźniłem się na letni obóz w Himalajach, bo zostałem zamknięty w księżycowej toalecie? Gdyby to nie była prawda, to sam bym w to nie uwierzył.
Mój głos, odbijając się od lśniących czystością ścian, brzmiał trochę nienaturalnie, ale słysząc go, poczułem się raźniej. Wyjąłem z torby batonik.
-?Z głodu na pewno nie umrę?- pocieszyłem się?- bo toalety sprząta się co godzinę. Powinienem być wolny w ciągu?- zerknąłem na zegarek?- piętnastu minut, tylko... już mi się nie spieszy.
Rzeczywiście, już po kilkunastu minutach dotarły do mnie jakieś głosy. Zerwałem się na nogi i zacząłem dobijać się do drzwi.
-?Niech mnie ktoś stąd wypuści!?- zawołałem.
-?Chwileczkę?- usłyszałem spokojny głos.?- Proszę o chwilkę cierpliwości.
Najpierw ucichł ten gwiżdżący dźwięk, a po chwili w otwartych (nareszcie!) drzwiach ukazał się pracownik techniczny w żółtym kombinezonie.
Uwierzylibyście? Przekaźnik... Maleńki przekaźnik wielkości paznokcia okazał się przyczyną mojego nieszczęścia. Robot sprzątający halę odlotów przejeżdżał właśnie obok rzędu toalet, kiedy zepsuł mu się ten przekaźnik. Niby taka zwykła rzecz może się zdarzyć. Mój pech polegał na tym, że awaria przekaźnika skierowała robota wprost na drzwi toalety. To były bardzo solidne drzwi, więc robot ich nie wyłamał, tylko całym swoim półtonowym ciężarem napierał na nie. Jego silniki wyły, a gumowe kółka, piszcząc, ślizgały się po lśniącej posadzce. Dopiero pracownik techniczny musiał wycofać robota, tym samym mnie uwalniając.
Ot, i cała historia.
Oczywiście przeprosili mnie, ale co z tego? Gamma na własny koszt zaoferowała mi nocleg i już jutro (!) o 14:20 będę mógł odlecieć. Tymczasem obóz przetrwania wyruszy w Himalaje beze mnie. Wrócić na ostatnie dwa dni zajęć szkolnych nie mogłem, bo... nie mogłem i już!
Dotarła do mnie przerażająca wiadomość, że przyjdzie mi spędzić wakacje w domu, gdzie w ramach akcji "Lato w mieście" będę chodził do Waterlandu albo wyczyniał harce na modnym ostatnio magnetycznym balonie lub sufitowym poduszkowcu. Oczywiście żartuję, to dobre dla dzieci. Aha, mogę jeszcze uczyć maluchy, jak się pilotuje peenela, czyli plecakowy napęd lewitujący. Brr... aż się wzdrygnąłem. Kto inny może by się pogodził z losem... ale nie ja!
Aha, chyba się nie przedstawiłem. Nazywam się Robert Edward Leon Novack, ale wszyscy mnie nazywają Ariel. Wzięło się to stąd, że skrót moich imion, R. E. L., czytany w unilangu (universal language) brzmi właśnie "ar-i-el". Mam już trzynaście lat i jestem uczniem trzeciej klasy Akademii Astropilotów. Wspomniałem już nieskromnie, że w lotach jestem najlepszy w szkole. Mam nadzieję zostać kiedyś wielkim astronautą, takim jak Tokarski, Turner czy Dreher... Będę odkrywać nowe planety. Może nawet to ja pierwszy napotkam jakąś naprawdę inteligentną cywilizację, a nie takie bezmózgie stworki jak murple z Texaranu.
Wiem, że trochę nieładnie tak się przechwalać, ale wolę, żebyście wiedzieli, że nie jestem jakimś tam hobbystą-amatorem, wykonującym nieporadne rakietowe skoki między sąsiednimi podwórkami, tylko najprawdziwszym przyszłym pilotem.
Moja mama jest biologiem i od dwóch miesięcy tkwi w bazie na dnie Rowu Mariańskiego, badając jakieś strasznie nudne organizmy beztlenowe. Tata jest programistą systemów sanitarnych. Brzmi to nieźle, ale chodzi tylko o klimatyzację, kanalizację, utylizację śmieci itp. Ta cała awaria, o której mówił, to pewnie nic innego jak zatkany odpływ ścieków. Pewnie, że kocham moich rodziców i chociaż wiem, że żadna praca nie hańbi, to sami chyba przyznacie, że jeżeli o nich chodzi, raczej nie mam się czym chwalić.
Ja sam mam bardzo szerokie zainteresowania. Najbardziej lubię oczywiście latanie, ale oprócz tego jeszcze latanie i... latanie.
Skoro tyle o mnie wiecie, to myślę, że mogę już zacząć.