Astropodróże Ariela (trylogia) - Sławomir Hanak

-
Proszę czekać
? Copyright by Sławomir Hanak Edycja ? Copyright by Księgarnia Wydawnictwo Skrzat Stanisław Porębski, Kraków 2013
Wydanie elektroniczne 2014
Zespół redakcyjno-korektorski:
Sylwia Chojecka, Kinga Macias
Skład:
Łukasz Libiszewski
Ilustracje:
Agnieszka Semaniszyn-Konat
ISBN 978-83-7915-094-6
Księgarnia Wydawnictwo Skrzat Stanisław Porębski 31-­202 Kraków, ul. Prądnicka 77 tel. (12) 414 28 51 wydawnictwo@skrzat.com.pl Odwiedź naszą księgarnię internetową: www.skrzat.com.pl

PROLOG

-?Uwaga, podróżni! Rakieta ekspresowa na Ziemię, pla­nowy odlot o godz. 14:20, jest podstawiona przy ślu­zie piątej. Lądo­wanie przewidziano na kosmodromie Yin-Guang w Chinach.

Głos spikerki rozlegający się w pustawej o tej porze hali odlotów Bazy Księżycowej Gamma-3 (w skrócie: MBG-3) brzmiał tak ciepło i zachęcająco, jakby napra­wdę cieszyła się, że kolejna grupka turystów w końcu się stąd wyniesie. Siedziałem tu od dwóch godzin, znałem więc już na pamięć chyba wszystkie komunikaty w hali odlotów.

Otaczały mnie wielkie szklane ściany, za którymi rozpościerał się wi­dok na (być może i pię­kny, ale jednak monotonny) księ­życowy krajobraz. Przezrocz­y­ste windy mieniły się kolorami, zapraszając na zawieszo­ne pod stropem tarasy restauracyjne. Spędziłem na tych tarasach trochę czasu, żłopiąc moją ulubioną space-colę. Rozważałem nawet, czy czegoś nie przekąsić, ale uzna­łem, że się nie opłaca. Wkrótce odlatuje mój kos­mobus, a od wymyślnych re­stauracyjnych dań zdecydowanie wolę podawane na pokładzie moonburgery.

-?Przepraszam...

Niemal bezszelestny sprzątający robot o mało co nie prze­je­chał mi po stopach. Rozejrzałem się. Może to i jest najnowocześniejsza baza księżycowa, ale jakoś za nią nie prze­pa­dam. Wszystko tu jest takie sztuczne i... nie­ludz­kie. Bezgłośne, wszędobyl/r/skie roboty gotowe służyć po­mocą na każde nasze skinienie, stanowiska od­prawy pasażerów wykonane z udającego metal polikry­lu, a przede wszystkim przykuwający uwagę ogromny holo­graficzny wyświetlacz wska­zujący datę i godzinę:

22.06.2213 13:47

-?Arielu...?- usłyszałem znajomy głos.

Dotknąłem wszczepiony w ucho chip komunikatora.

-?Tak, tato??- zapytałem.

-?Wiesz, głupia sprawa, ale raczej nie będę mógł cię odebrać w Yin-Guang. Mamy tutaj poważną awarię i od dwóch dni bez przerwy tkwię w pracy. Naprawdę mi przy­kro... Dasz sobie radę?

-?Tato, nie ma sprawy! Przecież ci mówiłem, że niepotrzebnie chcesz lecieć do tych Chin. Stam­tąd do Ne­palu jest naprawdę bliziutko, więc na pewno się nie zgubię.

-?O to jestem spokojny, ale chciałem po prostu trochę z tobą pobyć. Tak rzadko się ostatnio widujemy.

-?To prawda, ale jestem już w trzeciej klasie. Nie osz­czę­dzają nas. No to na razie, dam ci znać, jak już dotrę na Zie­mię. Kończę, bo wzywają nas na pokład... Pa!

Nie mogłem powiedzieć tacie, jak bardzo mnie ucie­szyła jego wiadomość. Wyobrażam sobie, ile śmiechu by było, gdybym na obozie pojawił się z... tatą! Chłopaki nie daliby mi żyć, a dziewczyny... szkoda gadać.

I tak mi się upiekło, bo najpierw tata chciał po mnie przylecieć tutaj, na Księżyc. Szkolne zajęcia terenowe mia­ły trwać jeszcze całe dwa dni, ale mój wymarzony obóz survivalowy w Himalajach zaczynał się już jutro, więc z ostatnich zajęć zostałem zwolniony. Niczego nie traciłem, bo i tak z pilotażu jestem najlepszy na roku.

Wziąłem swój plecak (innego bagażu zre­sztą nie mia­łem) i wolno ruszyłem w stronę stanowiska piątego. W drzwiach śluzy stały dwie śliczne stewardessy i uśmie­cha­­ły się promiennie.

Nagle poczułem nieodpartą potrzebę odwiedzenia toalety. Sześć lub na­wet sie­dem bu­te­lek space-coli wypitej przeze mnie w cią­gu ostatnich dwóch godzin dało się we znaki. Oczywiście w kosmobusie też są toalety, ale wiado­mo, że w czasie startu trzeba siedzieć w fotelu przez kilkanaście długich minut. Dla mojego pęcherza było to zdecydowanie za długo.

Myłem właśnie ręce, kiedy z głośnika nad umywalką usłyszałem ponaglający komunikat:

-?Śluza na stanowisku piątym zostanie zamknięta za dwie minuty. Po­wta­rzam, pasa­żerowie udający się na Ziemię proszeni są do śluzy...

Zarzuciłem plecak na ramię i pchnąłem drzwi... Ani drgnęły! Spróbowałem jeszcze raz... To samo!

-?Co to za głupie kawały?- warknąłem, przekonany, że ktoś jest po drugiej stronie.

Cofnąłem się, żeby nabrać rozpędu, i uderzyłem z całej siły. Je­dy­nym skutkiem tego mojego ataku był przeszywający ból ramienia. Oporne drzwi uchyliły się nie więcej niż na 1-2 cm i natychmiast za­­mknęły się z po­wrotem, jakby ktoś większy i sil­nie­jszy ode mnie napierał na nie z drugiej strony. Przez powstałą na moment szparę usłyszałem dziwny szum i świst, które teraz w dalszym ciągu były słyszalne, jednak znacznie przy­tłu­mio­ne.

-?...jedna minuta!?- dotarła do mnie końcówka ko­mu­­­ni­katu.

"Najważniejsze to nie wpaść w panikę"?- pomyśla­łem i... wpadłem w panikę! Zacząłem na przemian walić pięściami i kopać w te nieszczęsne drzwi w nadziei, że w końcu ktoś mnie usłyszy i wypuści. Szybko zdałem sobie sprawę, że moje wysiłki są daremne, bo tajemniczy jęczą­cy świst po drugiej stronie skutecznie zagłuszał mo­je sta­rania.

Pogodzony z losem usiadłem na podłodze i oparłem się o ścianę. Byłem trochę spocony, więc chłód kafelek, do których przywarłem plecami, spowodował od­czuwal­ną ulgę. Nie wiem dlaczego (może żeby nie czuć się tak przeraźliwie samotny) zacząłem mówić na głos:

-?To jakiś absurd. Czy ktokolwiek mi uwierzy, że spóźniłem się na letni obóz w Himalajach, bo zostałem zamknięty w księżycowej toalecie? Gdyby to nie była prawda, to sam bym w to nie uwierzył.

Mój głos, odbijając się od lśniących czystością ścian, brzmiał tro­­chę nienaturalnie, ale słysząc go, poczułem się raźniej. Wyjąłem z torby batonik.

-?Z głodu na pewno nie umrę?- pocieszyłem się?- bo toalety sprząta się co godzinę. Powinienem być wolny w ciągu?- zerknąłem na zegarek?- piętnastu minut, tylko... już mi się nie spieszy.

Rzeczywiście, już po kilkunastu minutach dotarły do mnie jakieś głosy. Zerwałem się na nogi i zacząłem dobi­jać się do drzwi.

-?Niech mnie ktoś stąd wypuści!?- zawołałem.

-?Chwileczkę?- usłyszałem spokojny głos.?- Proszę o chwilkę cierpliwości.

Najpierw ucichł ten gwiżdżący dźwięk, a po chwili w otwartych (nareszcie!) drzwiach ukazał się pracownik techniczny w żół­tym kombinezonie.

Uwierzylibyście? Przekaźnik... Maleńki przekaźnik wiel­kości paznokcia okazał się przyczyną mojego nie­szczęścia. Robot sprzątający halę odlotów przejeżdżał właśnie obok rzędu toalet, kiedy zepsuł mu się ten przekaźnik. Niby taka zwykła rzecz może się zdarzyć. Mój pech polegał na tym, że awaria przekaźnika skierowała robota wprost na drzwi toalety. To były bar­dzo solidne drzwi, więc robot ich nie wyłamał, tylko ca­łym swoim półtonowym cię­ża­rem napierał na nie. Jego silniki wyły, a gumowe kółka, piszcząc, ślizgały się po lśniącej posadzce. Dopiero pra­co­wnik techniczny musiał wycofać robota, tym samym mnie uwalniając.

Ot, i cała historia.

Oczywiście przeprosili mnie, ale co z tego? Ga­mma na własny koszt zaoferowała mi nocleg i już ju­tro (!) o 14:20 będę mógł odlecieć. Tymczasem obóz przetrwa­nia wyruszy w Himalaje beze mnie. Wrócić na ostatnie dwa dni zajęć szkolnych nie mogłem, bo... nie mogłem i już!

Dotarła do mnie przerażająca wiadomość, że przyj­dzie mi spędzić wakacje w domu, gdzie w ramach akcji "Lato w mieście" będę chodził do Waterlandu albo wyczyniał harce na modnym ostatnio magnetycznym balonie lub sufitowym poduszkowcu. Oczywiście żartuję, to dobre dla dzieci. Aha, mogę jeszcze uczyć maluchy, jak się pilotuje peenela, czyli pleca­ko­wy napęd lewitujący. Brr... aż się wzdrygnąłem. Kto inny może by się pogodził z losem... ale nie ja!

Aha, chyba się nie przedstawiłem. Nazywam się Robert Edward Leon Novack, ale wszyscy mnie nazywają Ariel. Wzięło się to stąd, że skrót moich imion, R. E. L., czytany w unilangu (universal language) brzmi właśnie "ar-i-el". Mam już trzynaście lat i jestem uczniem trzeciej klasy Akademii As­tropilotów. Wspomniałem już nieskromnie, że w lo­tach jestem naj­lepszy w szkole. Mam nadzieję zostać kie­dyś wielkim as­tronautą, takim jak Tokarski, Turner czy Dreher... Będę odkrywać nowe planety. Może nawet to ja pierwszy na­po­tkam jakąś naprawdę inte­li­gentną cywilizację, a nie ta­kie bezmózgie stworki jak murple z Te­xaranu.

Wiem, że trochę nieładnie tak się przechwalać, ale wo­lę, żebyście wiedzieli, że nie jestem jakimś tam hobbystą-amatorem, wykonującym nieporadne rakietowe skoki między sąsiednimi podwórkami, tylko najprawdzi­w­szym przy­szłym pilotem.

Moja mama jest biologiem i od dwóch miesięcy tkwi w bazie na dnie Rowu Mariańskiego, badając jakieś stra­sznie nudne organizmy beztlenowe. Tata jest programistą systemów sanitarnych. Brzmi to nieźle, ale chodzi tylko o klimatyzację, kanalizację, utylizację śmieci itp. Ta cała awaria, o której mó­wił, to pewnie nic innego jak zatkany odpływ ścieków. Pewnie, że kocham moich rodziców i chociaż wiem, że żadna praca nie hańbi, to sami chyba przyznacie, że jeżeli o nich chodzi, raczej nie mam się czym chwalić.

Ja sam mam bardzo szerokie zainteresowania. Najbar­dziej lubię oczywiście latanie, ale oprócz tego jeszcze la­ta­nie i... latanie.

Skoro tyle o mnie wiecie, to myślę, że mogę już zacząć.