Rozdział 8
8
14 lutego 2066
Houston, Teksas
Niedzielne popołudnie. May ćwiczyła w symulatorze "Hawkinga II" w Centrum Lotów Kosmicznych Johnsona. Kabina
załogi była wbudowana w metalową kulę zawieszoną w ogromnym polu
elektromagnetycznym, mogącym symulować lot kosmiczny z dużą dozą
dokładności. May przechodziła szkolenie antygrawitacyjne, latając od
stacji do stacji z przymocowanym do pasa modułem silników manewrowych.
- Sekwencja szkolenia zakończona - oznajmiła pokładowa SI. - Doskonały
wynik. Świetna robota.
- Dziękuję - powiedziała Mary, schodząc powoli na ziemię.
- Chciałabyś zrobić jeszcze jedną rundę?
- Nie, powinnam raczej wyjść na zewnątrz i przez chwilę posymulować, że
jestem istotą ludzką.
- Dobrej zabawy - pożegnała się SI.
- No proszę, tego to już za wiele - rzuciła May ze śmiechem.
Świat na zewnątrz był mokry od deszczu, asfalt pokrywały plamki
załamanego światła. May czekało jeszcze mnóstwo pracy w symulatorze,
choć jej mózg zamienił się w papkę, a słońca nie widziała od wielu dni.
- Pora na drinka. A może dwa.
Idąc do samochodu, pozwoliła, by deszcz przemoczył jej ubranie. Dobrze
było się nie przejmować. Jako dowódca zadręczała się każdym szczegółem,
nawet najdrobniejszym. To była metoda NASA. W tej chwili jedynym
szczegółem, jaki ją obchodził, było znalezienie dobrej margarity z solą
i wypicie jej przy papierosie. Normalnie wróciłaby do swojego nijakiego
mieszkania, aby się napić i zapalić w samotności, ale była już zmęczona
użalaniem się nad sobą i swoim smętnym samotnictwem. Poniedziałek był
dniem wolnym. Równie dobrze można go było wykorzystać na dojście do
siebie po zabawie.
May podeszła do jedynego samochodu na parkingu, bardzo amerykańskiego
czerwonego mustanga, kabrioletu, kupionego za wszystkie jej
oszczędności. Samochód był jedną z tych starych bestii, które można było
nawet samemu prowadzić. Uważała, że autopilot to bzdura, a prowadzenie
jest jedną z największych przyjemności w życiu - zwłaszcza sportowego
samochodu, gdy czuje się wiatr we włosach. Nie było we wszechświecie
mądrali, który mógłby wymyślić coś, co by zastąpiło taki wóz.
Na Dziewiętnastą Ulicę w dzielnicy The Heights wyległy tłumy. May miała
wrażenie, że gdziekolwiek spojrzy, widać pary trzymające się za ręce,
jedzące i pijące w ogródkach restauracyjnych, całujące się na widoku.
Widziała kilka kobiet niosących bukiety kwiatów i prezenty. Ruch był
duży, uspokoiła więc nerwy czerwonym dunhillem i puściła jakąś durną
popową piosenkę.
- Walentynki. Jankesi i to ich publiczne okazywanie uczuć. - Wzdrygnęła
się. - Niedobrze się robi.
Wypicie drinka lub dwóch stało się pilną potrzebą, a cierpliwość May się
wyczerpywała, gdy tak wlokła się ulicą w ślimaczym tempie, szukając
lokalu, który nie reklamowałby śmierci od wszelakich smażenin. Pół
przecznicy dalej ktoś wyjeżdżał z miejsca przed restauracją meksykańską,
a May miała doskonałą pozycję, by je zająć.
- Alleluja! - zawołała uradowana. Ale gdy tylko samochód wyjechał, inny
wóz, z przeciwnej strony jezdni, zawrócił i wśliznął się na miejsce
upatrzone przez May.
- Sukinsyn - syknęła.
Przygotowując przemowę do bezczelnego kierowcy, nie zauważyła mężczyzny
na chodniku z jej strony. Miał na sobie obwisły wełniany kardigan, do
tego stare trampki i z nosem tkwiącym w dużej, nieporęcznej książce w twardej okładce próbował uporać się z szybko topniejącym, absurdalnie
dużym rożkiem lodów pistacjowych. Gdy chcąc przejść na drugą stronę
jezdni, na oślep zszedł z krawężnika tuż przed jej samochodem, znalazł
się zbyt blisko, by May, nawet sunąc z prędkością dwudziestu kilometrów
na godzinę, zdążyła zahamować. Przedni zderzak trafił mężczyznę w kolana. Uderzony zaskowyczał jak pies, a May wcisnęła hamulec. Jej
ofiara osunęła się niezdarnie na maskę.
W pierwszej chwili May straciła dech z przerażenia, że kogoś potrąciła,
lecz zaraz potem wybuchła śmiechem, ponieważ lody potrąconego osobnika
przeleciały nad przednią szybą samochodu i spadły na jej kolana.
Rozgniewany mężczyzna z trudem się wyprostował, w ręce miał pusty rożek.
- Dlaczego pani nie zwolniła?! - krzyknął.
- Jechałam tak wolno, że właściwie się cofałam - odparła, usiłując
stłumić śmiech. - Może powinien pan patrzeć, gdzie pan idzie, zamiast
trzymać książkę na twarzy i zajadać śmieszne lody. Ile pan ma lat?
Osiem?
Mężczyzna poczerwieniał na twarzy. W pobliżu już zebrała się grupa
rozbawionych gapiów, a May nagle zrobiło się przykro, że ośmieszyła tego
człowieka. Gdzie, u diabła, podziały się moje dobre maniery? Już miała
go przeprosić, gdy facet dolał oliwy do ognia.
- To wcale nie jest śmieszne! - krzyknął, pocierając kolana. - Może pani
powinna nauczyć się jeździć w tym kraju, zanim pani kogoś zabije.
Gapie zachichotali i zaczęli klaskać. Niektórzy nagrywali tę wymianę
zdań. Współczucie May dla mężczyzny wyparowało równie szybko, jak rosła
jej niechęć do tłumu. Będzie z nią niedobrze, jeśli zostanie uznana za
głupią cudzoziemkę, niezdolną do czegoś tak prostego jak jazda po
właściwej stronie jezdni.
- A może pan powinien wyciągnąć głowę z tyłka - powiedziała spokojnie. -
Nawiasem mówiąc, dzwonili ze szpitala psychiatrycznego. Widać stęsknili
się już za tym brudnym swetrem.
Gapie ryknęli śmiechem, klaszcząc; nagle opowiedzieli się po stronie
May. Było jasne, że jej przeciwnik zdaje sobie z tego sprawę i chce jak
najszybciej zniknąć ludziom z oczu, może wpełznąć do jakiejś dziury i tam umrzeć. Pośpiesznie podniósł książkę z asfaltu, omal nie tracąc przy
tym głowy pod pędzącą furgonetką, po czym z książką w ręku potruchtał
chodnikiem do przystanku autobusowego i usiadł na ławce, żeby się
pozbierać.
Odchodził żegnany gwizdami gawiedzi, a May zrobiło się strasznie wstyd.
Zaparkowała kawałek dalej i podeszła do niego.
- Przyszła pani mnie dobić? - zażartował.
May pokazała mu swoje prawo jazdy.
- Wróciłam, żeby przeprosić i zaproponować, że zawiozę pana do lekarza.
Trzeba się upewnić, że wszystko z panem w porządku. Tu jest moje prawo
jazdy, gdyby pan chciał wezwać policję. A tak przy okazji... jestem
Maryam.
- Stephen.
Podała mu rękę, ale on ostentacyjnie zlekceważył ten gest. Dotknęło ją
takie dziecinne zachowanie, jednak chwilę potem zobaczyła na jego
nadgarstku krew przesiąkającą przez sweter.
- Och, jesteś ranny - przestraszyła się. - W samochodzie mam apteczkę.
Zaraz wracam.
Pobiegła do mustanga i chwyciła apteczkę. Lecz gdy spojrzała w kierunku
przystanku, zobaczyła tylko pustą ławkę.
Rozdział 9
9
26 grudnia 2067
Stacja Kosmiczna imienia Orville'a i Wilbura Wrightów
orbita okołoksiężycowa
Proces ładowania najnowszych obrazów z poszukiwań - oznajmił męski głos SI - zakończył się trzy godziny
dwadzieścia sześć minut temu.
Na zakrzywionym ekranie sięgającym od sufitu do podłogi pojawił się
wysokiej rozdzielczości obraz Europy. Szczegóły były tak wyraźne, że
zdawało się, iż można sięgnąć ręką do ekranu i dotknąć lodowatej,
lśniącej powierzchni księżyca, poprzecinanej krzyżującymi się ciemnymi
szczelinami. W skrzącym się zamarzniętym morzu umieszczona była kapsuła
z flagami wszystkich krajów uczestniczących w tej historycznej misji.
Wielozakresowy teleskop został skonstruowany na potrzeby NASA do badania
planet pozasłonecznych odległych o miliony lat świetlnych. Teraz jego
obiektyw, zdolny obserwować kosmos w falach widzialnych, w podczerwieni
i nadfiolecie, został wycelowany w Jowisza, by szukać śladów zaginionego
statku "Hawking II". Poszukiwanie zaczęło się od widoku Europy,
następnie teleskop powoli się obracał, niczym kamera filmowa na wózku,
penetrując kosmos. Skanując stopniowo przestrzeń o promieniu setek
milionów kilometrów, przeczesywał obszar, przez który miała przebiegać
trajektoria drogi powrotnej "Hawkinga II". Z Europy przesunął się przez
orbitę gazowego olbrzyma Jowisza, tak ogromnego, że zajął większość
ekranu. Potem spojrzenie teleskopu prześliznęło się przez pas planetoid
pomiędzy Jowiszem a Marsem, przez orbitę Marsa, aby spocząć na krążącej
po orbicie Księżyca Stacji Wrightów.
W ostatnim obrazie Jowisz był widoczny tylko jako maleńki, ledwie
dostrzegalny świecący punkcik w morzu gwiazd. Poszukiwania objęły
przestrzeń odległą o blisko sześćset milionów kilometrów. Tę liczbę i ten obraz miał przed oczami Stephen Knox, gdy analizował dane z dolnej
części ekranu. Musiał także przyjąć do wiadomości najgorszą z danych -
wygenerowany przez maszynę napis głoszący: "Statek niewykryty".
- Wyłączyć ekran - powiedział cicho.
Obraz zniknął, a ekran powrócił do swej funkcji okna obserwacyjnego w gabinecie Stephena. Pusty hangar, dobrze widoczny przez szybę, wyglądał
niczym otwarta krwawiąca rana. Patrząc na swoje odbicie, Stephen
pomyślał, że jest tak samo pusty w środku jak ten hangar. Zwykle
wyglądał jak typowy naukowiec - potargane kruczoczarne przyprószone
siwizną włosy, nieustannie odgarniane z ciemnych, badawczych oczu, broda
nieporządna i zbyt długa, pociągła, pobrużdżona twarz człowieka zasad -
lecz teraz przedstawiał sobą obraz człowieka zżeranego niepokojem.
Wydawało się niemal nie do pomyślenia, że zaledwie kilka tygodni
wcześniej obserwował start "Hawkinga II", z jego żoną May i jego całym
zespołem badawczym na pokładzie. Gdy statek wystrzelił w górę, wywołując
wielki entuzjazm wśród obserwującego tłumu, Stephen nie czuł radości,
jakiej się spodziewał, choć dzieło jego życia miało właśnie odegrać
zasadniczą rolę w realizacji jednej z najbardziej ambitnych misji w historii NASA. Zamiast tego nerwowo bawił się obrączka ślubną, której
znaczenie zdawało się maleć wraz z powiększającą się odległością między
statkiem a stacją. Patrzył na przekaz wideo ukazujący May na pokładzie;
emanowało z niej podobne przygnębienie. A gdy "Hawking II" został
pochłonięty przez ciemność, Stephen zsunął obrączkę i schował ją w szufladzie biurka razem z innymi nieważnymi drobiazgami.
Lot przebiegał bez zakłóceń przez nieco ponad trzynaście tygodni.
Człowiek po raz pierwszy postawił stopę na lodowej granicy Europy.
Siedmiodniowa eksploracja i pobranie próbek okazały się spektakularnym
sukcesem. A potem... całkowita utrata kontaktu - znów po raz pierwszy w dziejach NASA. I to nie na pewien czas... czego można się było spodziewać
w przypadku misji kosmicznych... ale na jedenaście dni. Jedenaście dni
nieprzerwanej ciszy radiowej. Nic nie nadawano, niczego nie odbierano.
Telemetria padła. Stan załogi i statku nieznany.
Stephen był przede wszystkim naukowcem. Przez większość życia żywił się
i oddychał danymi empirycznymi, zdawał więc sobie sprawę, że stało się
coś złego. W przypadku "Hawkinga II" - najgorszego. Z każdym mijającym
dniem szanse załogi na przeżycie gwałtownie się zmniejszały. Kosmos był
wiecznie bezlitosny. Tam nie istniało coś takiego jak niewielki problem.
Nawet najmniejsze przeoczone pęknięcie mogło stać się ziejącą dziurą
głodną ludzkiego życia. Życia May.
Mimo tej chłodnej oceny sytuacji Stephen nie mógł pozbyć się nietypowego
dla siebie, zabobonnego przekonania, że musi zachować czujność, być jak
latarnia morska w bezkresie kosmosu. Wyobrażał sobie żony marynarzy
sprzed wieków, wciąż wyczekujące na brzegu morza na powrót mężów, choć
był to próżny trud, bo morze nie zna litości. Ale podobnie jak dla tych
kobiet, i dla niego codzienny rytuał czuwania był jedyną rzeczą, dzięki
której nie ulegał strachowi. Zawsze drwił z nadziei i z jej kuzyna
agnostyka - optymizmu. Teraz bardzo ich jednak potrzebował, błagał o litość, prosił o najmniejszą nawet odrobinę spokoju ducha. Myśl o tym,
że być może wysłał na śmierć trzydzieści pięć osób, z których jedna była
miłością jego życia, wypełniała każdy zakątek jego umysłu, niczym
złośliwy guz z przerzutami. Tym, co mogło uczynić tę myśl śmiercionośną,
była możliwość, że nigdy już nie będzie miał okazji powiedzieć May, jak
wiele dla niego znaczy.
Lecz ten szczególny pistolet przyłożony do głowy to całkiem inna
historia.
SI Stephena dała o sobie znać w interkomie.
- Jak długo? - zapytał Stephen, zanim SI się odezwała.
- Trzydzieści minut, proszę pana.
- Podaj mi przepaskę na oczy i papierosa, proszę.
- Co mam podać, proszę pana?
- Nieważne.
- Czy życzy pan sobie kawy? A może plaster na stres?
- Nie, dziękuję.
Robert Warren, dyrektor misji kosmicznych NASA i szef Stephena, zażądał
jego obecności na obowiązkowym zebraniu. Stephen nie miał złudzeń co do
wyniku tego spotkania. Było równie przewidywalne jak większość działań
Roberta. Na znak protestu nie zamierzał pójść do gabinetu tego człowieka
i pozwolić się upokorzyć, na co, jak wiedział, się zanosiło. Ten jeden
raz, pomyślał sobie, on może się pofatygować do mnie, sukinsyn.
Wyłączył interkom SI oraz wszystkie linie łączności i wrócił do okna
obserwacyjnego. W dzieciństwie spędził niezliczone letnie noce na
przypatrywaniu się gwiazdom. I teraz, kiedy już nie miał wątpliwości, że
są to jego ostatnie godziny w tym miejscu, to właśnie tu chciał zabić
czas, zanim spadnie topór. Było mu jednak ciężko na duszy. To, co przez
całe jego życie stanowiło źródło inspiracji, w tej chwili wydawało się
wrogą, zdradziecką mocą. Niezależnie od tego, jak usilnie próbował
patrzeć poza ten hangar, jego umysł tam zakotwiczył, w tym ostatnim
miejscu, gdzie ją widział, i być może ostatnim miejscu, w którym
kiedykolwiek ją zobaczy.
Rozdział 1
1
Kwiecień 2045
Bournemouth, Wielka Brytania
Za bardzo szarżujesz.
Eve stała na brzegu ogrodowej sadzawki w gasnących promieniach
wiosennego słońca. Przyczyną niepokoju widocznego na jej młodej twarzy
była córka, zbyt skłonna do brawury dziesięcioletnia May, która pluskała
się w zielonej wodzie w swym ulubionym cytrynowym czepku i pasujących do
niego okularach pływackich. May uśmiechnęła się, zauważywszy niepokój
matki. Utwierdzał ją w przekonaniu, że to, co robi, jest naprawdę
ryzykowne.
Eve nie była nadopiekuńczą matką, lecz przepływanie całej długości
mętnej sadzawki pod wodą nie wydawało jej się ani zabawne, ani rozsądne.
Podniosła ręcznik córki.
- Tak czy inaczej, niedługo będzie kolacja, więc wyjdź z tego błota,
proszę, i...
- Zaczekaj na mnie po drugiej stronie! - krzyknęła May i dała nurka do
wody.
- Niech to szlag - rzuciła Eve.
May usłyszała pod wodą stłumione słowa matki, wyczuła jej irytację i,
podekscytowana, tym bardziej chciała udowodnić, że da sobie radę.
Energicznie poruszała rękami i nogami, a przekonana, że pokonała duży
dystans, wystawiła na moment głowę, by zobaczyć, ile jeszcze zostało jej
do przepłynięcia. Wpadła w przerażenie, gdy się okazało, że choć czuła
się już bardzo zmęczona, przepłynęła zaledwie jedną trzecią długości
sadzawki. Zimna woda sprawiła, że sztywniały jej mięśnie, a oddech
stawał się coraz płytszy. A co gorsza, krótkie wynurzenie się na
powierzchnię wywołało gniewne okrzyki matki, żądającej, by córka jej
posłuchała i wyszła z sadzawki natychmiast, zanim się utopi.
Utopi.
Od najmłodszych lat May była świetną pływaczką, utalentowaną i ponad
wiek wytrzymałą. Myśl o śmierci w miejscu, w którym czuła się bezpieczna
jak w domu, a być może nawet bardziej, wydawała jej się absurdalna... Do
tego dnia w sadzawce. Z każdym ruchem jej ręce i nogi stawały się
cięższe, a płuca coraz bardziej bolały. Wynurzając się na chwilę,
zaczerpnęła szybko łyk powietrza, ale nie wystarczyło go na długo.
Gdzieś w tyle głowy zaczęły pobrzmiewać ostrzeżenia matki dotyczące
pływania w ogrodowej sadzawce. Woda zawsze była w niej zimna, nawet
latem, w słońcu nigdy nie udawało się ogrzać jej bardziej niż na
głębokość kilkunastu centymetrów od matowej, niczego nieodbijającej
powierzchni.
Ale ja jestem niezwykła, przekonywała samą siebie. Jestem wyjątkowa.
Do tej pory jej osobista cheerleaderka skutecznie ją dopingowała, teraz
jednak do obolałych z zimna uszu May nic nie docierało. Porzucając dumę,
wynurzyła się, by złapać oddech, okazało się jednak, że wciąż ma do
pokonania jedną trzecią drogi na drugi brzeg, dystans, który w tej
chwili wydawał jej się równie długi jak kanał La Manche. Zaczerpnęła
powietrza i usiłowała płynąć, lecz wyczerpanie sprawiło, że zaczęło jej
drętwieć całe ciało.
Ręce i nogi ledwie się poruszały, tracąc resztki sił na utrzymanie ust
ponad wodą; May czuła już tylko złość na własną głupotę, na
zlekceważenie ostrzeżeń mamy. Po raz ostatni spróbowała uchwycić
spojrzenie Eve w nadziei, że ta zrozumie bezgłośne wołanie o pomoc, bo w jej rozdygotanej piersi brakowało już powietrza na krzyk. Nie zobaczyła
jednak nic oprócz metalicznego nieba wiszącego nad rozmytym krajobrazem
i... spadła w dół jak kamień. Mogła tylko próbować zatrzymać ostatni łyk
powietrza, choć zdawała sobie sprawę, że nie zdoła już tego zrobić. Jej
ciało stało się sine i zlodowaciało niczym dłoń zanurzona w śniegu. I wtedy poczuła ostry ból w piersi i usłyszała rozkazujący głos; ktoś
wyciągał ją z otchłani.
- Oddychaj!
Rozdział 2
2
25 grudnia 2067
Statek badawczy "Hawking II"
Nagie ciało May zanurzone w żelu
hipotermicznym leżało w widmowej ciszy kapsuły hibernacyjnej.
Zaintubowane i podłączone do wszelkich możliwych urządzeń reanimujących.
Jedyną oznaką życia było pomrukiwanie i pobrzękiwanie maszyn. Kapsuła,
ogromny kokon o mlecznobiałej matowej powłoce, pulsowała delikatnie w rytm płytkich oddechów May. Było to jedyne - poza bursztynowym
poblaskiem oświetlenia awaryjnego - znaczące źródło światła w zaciemnionym ambulatorium. W matowym okienku obserwacyjnym wymizerowana
twarz May wydawała się martwa.
Czujniki wykryły pod ledwie dostrzegalnie trzepoczącymi rzęsami szybki
ruch gałek ocznych, pierwszą oznakę świadomości. Kapsuła od razu
zareagowała - zaróżowiła się i rozpoczęła procedurę stopniowego
podwyższania ciepłoty ciała, jednocześnie podając neurostymulanty.
Przytępione zmysły May mogły odbierać tylko słabe błyski światła i stłumione, odległe dźwięki. Palce z wysiłkiem drapały powietrze, podczas
gdy w spowolnionym mózgu rozbiegał się na wszystkie strony rój neuronów.
Skóra zarumieniła się pod cienką warstwą potu. Każda kość w jej ciele
cierpiała katusze, a krew burzyła się w żyłach.
Narządy wewnętrzne szybko odżywały, a mimo to May z trudem przedzierała
się przez pozornie nieprzeniknioną mgłę spowijającą jej umysł.
Rozpaczliwie potrzebowała jakiegoś bodźca, inaczej groziło jej, że udusi
się rurką intubacyjną, ponieważ w kapsule zwalniał system podtrzymywania
życia. Przyszedł w postaci głośnych tonów świątecznej melodii puszczonej
z głośników na statku, poprzedzających nagrane na płycie życzenia
świąteczne w wielu językach. Wśród przenikliwych głosów dziecięcego
chóru śpiewającego Cichą noc osłabione nadnercza May uwolniły całą
adrenalinę, jaką udało im się zgromadzić. Rezultat przypominał odpalanie
samochodu, który całymi tygodniami stał w temperaturze poniżej zera. W ślad nadnerczy poszedł autonomiczny układ nerwowy, pobudzając mięśnie do
gwałtownych skurczów, aby ogrzać trzewia. Gdy fragmentaryczna świadomość
kłębiła się w jej umyśle, chór uderzył przeszywającym crescendo, a May
otworzyła oczy.
Rozdział 3
3
Pacjentka wróciła do życia. Dezaktywacja
kapsuły hibernacyjnej.
Spokojny kobiecy głos SI, sztucznej inteligencji, przebił się przez
gasnące dźwięki pracujących maszyn. Respirator zwolnił i zatrzymał się
ze znużonym westchnięciem. Wieko kapsuły się rozsunęło, skroplona para z wewnętrznych ścianek spłynęła na podłogę. May, całkowicie
zdezorientowana, niezdolna skupić wzroku i ledwie mogąca poruszyć
osłabionymi rękami i nogami, wpadła w panikę. Jej krzyk został zdławiony
przez rurkę intubacyjną i sondę do karmienia, które uparcie ją
kneblowały. Kurczowo chwyciła je rozgrzewającymi się powoli palcami i zaczęła wyciągać, zwalczając jednocześnie atak kaszlu i odruch wymiotny.
Gdy wreszcie się z tym uporała, powoli zanurzyła się w żelu
hipotermicznym, teraz ciepłym i kleistym, który zakrył piersi i dosięgnął szyi, grożąc May uduszeniem. Gwałtowny napad paniki wywołał
bolesne skurcze mięśni i wrażenie, że skórę przeszywają szpilki i igły.
Paskudny żel dotarł do brody, May szarpnęła się i przewróciła na bok.
Kapsuła zakołysała się i wywróciła. Uderzyła o podłogę, a May, nagle
wyrzucona na zewnątrz, przejechała ślizgiem przez pokój; igły do
kroplówek niemal wystrzeliły z jej ciała. Dotoczyła się do jakiejś
ściany i leżała tam w pozycji embrionalnej, wymiotując czymś wodnistym
zmieszanym z krwią.
W głowie May panował zamęt, kłębiło się mnóstwo pytań. W ciemnościach
niewiele widziała, a obraz był na poły rozmazany. Wiedziała, że jest w jakimś szpitalu, ale gdzie? Nie pamiętała, jak się tam znalazła ani
nawet że była chora. Czuła się jednak tak źle, jakby miała zaraz umrzeć.
Paraliżująca ciało panika pozbawiała ją tchu. Chciało jej się spać, a myśl o śmierci sprawiła, że po prostu zamknęła oczy i się poddała, jakby
nie zależało jej już na życiu. Wydawało jej się to pociągające, niemal
nieodparcie, ale jakimś cudem dotarło do niej, że mogło się też okazać
niebezpieczne. Czuła to. Choć pokój wirował, powodując mdłości,
wyciągnęła ręce i na oślep zaczęła szukać czegoś solidnego, czego
mogłaby się przytrzymać, raczkując nieporadnie niczym niemowlę.
Blat wzdłuż ściany wydawał się dostatecznie blisko, więc May skupiła się
na nim i pełzła po podłodze, z wysiłkiem przesuwając nogi. Były jak z gumy. Gdy jej kłykcie stuknęły o jedną z zimnych metalowych szafek,
poczuła cień ulgi, a to dodało jej pewności siebie. Oparła się na jednym
łokciu, potem na drugim i używając wszystkich sił, podniosła się na
kolana i podparła rękami; słabe, drżące mięśnie ledwie utrzymywały ją w tej pozycji.
Nie miała pojęcia, co teraz zrobić, czekała więc, aż wpadnie jej do
głowy jakiś pomysł.
Woda.
Język miała tak wysuszony, że przykleił się do podniebienia, wciąż
smakującego krwią. Odwodnienie. Tak się nazywa to, co teraz czuła.
Zdarzało jej się to wcześniej, wiele razy. Niskie ciśnienie krwi.
Przyczyna zawrotów głowy i osłabienia.
Rusz się.
Umysł May otrząsał się z pajęczyn, rozkawałkowany świat zaczynał składać
się w całość. Na blacie, niedaleko niej, znajdowało się stanowisko badań
lekarskich z umywalką umieszczoną niespełna metr nad podłogą. Myśl o wstaniu na nogi była niedorzeczna, May złapała się jednak krawędzi blatu
i podniosła się z jednego kolana, wykrzywiając twarz z bólu, który
niczym rozgrzane noże przeszywał każdy staw i mięsień. Posługując się na
przemian nogami i rękami w ten sposób, że jedna para odpoczywała,
podczas gdy druga pracowała, zdołała przykucnąć. To małe zwycięstwo
upewniło ją, że warto dalej próbować. Podciągnęła się dostatecznie
wysoko, by wysunąć rękę nad umywalkę i uczepić się kranu. Trzymała się
go z całej siły wyprostowanymi rękami i przesuwała stopy do przodu,
dopóki nie udało jej się wstać.
Wpatrzona w metalową umywalkę May uśmiechała się dumnie. Popękane wargi
krwawiły, ale to jej nie obchodziło, bo gdy odkręciła kurek, z kranu
popłynęła woda. Nachyliła się, pozwoliła jej spływać po twarzy i połykała każdą kroplę, jaką zdołała złapać. Woda smakowała tak
wspaniale, że May by się rozpłakała, gdyby tylko zostały jej jakieś łzy.
Po kilku dużych łykach woda przywróciła jej chęć do życia. Wzrok się
wyostrzył, umysł rozjaśnił. Na ścianie za zlewem wisiała latarka
awaryjna. May ją zdjęła, włączyła słabe, mrugające światło i ostrożnie
rozejrzała się wokół.
Co tu się stało, u diabła?
W ambulatorium panował kompletny chaos, zawartość szuflad, szafek i zamykanych schowków leżała w nieładzie, najwyraźniej wyrzucona na
podłogę w akcie desperacji. Czym spowodowanej desperacji? Nosze na
kółkach były obdarte i poplamione. May pomyślała, że wygląda to jak
pomieszczenie do selekcji rannych w strefie wojny. Skąd mam wiedzieć,
dlaczego tak wygląda? Próbowała wydedukować przyczyny, lecz duże luki w pamięci i zmniejszona zdolność percepcji wprawiały ją w zdenerwowanie,
czego stanowczo chciała uniknąć. Powiedziała sobie, że najpierw musi się
skupić na doprowadzenia ciała do stanu jakiej takiej normalności, a dopiero potem zrobi to samo z umysłem.
- Nie komplikuj - szepnęła.
Własny głos wydał jej się schrypnięty i nieznany, ucieszyła się jednak,
że go słyszy. I zgodziła się z tymi słowami. "Nie komplikuj". Podniosła
z podłogi szpitalną koszulę i wsunęła ją przez głowę, zadowolona, że
może się ogrzać. Woda była darem niebios, lecz odwodnienie znów dało o sobie znać; May czuła się słaba i nękał ją tępy ból głowy. Światło
latarki omiotło oszkloną szafkę z woreczkami do kroplówek. Tego właśnie
potrzebowała - dużego zastrzyku płynu, który uzupełni to, co straciła.
Od szafki dzieliło ją tylko dziesięć kroków. Przesuwała się bokiem,
mocno trzymając się blatu, by nie potknąć się o porozrzucane rzeczy.
Dotarła do szafki, lecz ta okazała się zamknięta. Próba przypomnienia
sobie kodu dostępu byłaby torturą, na którą May nie chciała się narażać.
Rozglądając się dookoła za czymś, czym mogłaby stłuc pancerną - tego
była pewna - szybę, zauważyła obok klawiatury numerycznej skaner w anatomicznym kształcie. Przyłożyła do niego dłoń. Mały ekran przy
skanerze zamrugał i wyświetlił komunikat:
KAPITAN MARYAM KNOX, STATEK BADAWCZY "HAWKING II"
- Witam, kapitan Knox - zaćwierkała radośnie SI.
- Co? - zdziwiła się May.
- Witam, kapitan Knox.
- Ja... właśnie się obudziłam. Jak mnie nazwałaś?
- Kapitan Knox.
- Kapitan?
- Nie rozumiem pytania.
Strach kiełkujący w May rozkwitł teraz we wszechogarniające przerażenie.
- Przepraszam. Nie mogę... sobie przypomnieć. Moja pamięć... Chyba byłam
bardzo chora. Jestem osłabiona. Potrzebuję płynów... i jedzenia. Pomożesz
mi? Proszę.
- Oczywiście. Na co chorujesz? Obecnie nie mam dostępu do sieci statku i do twojej dokumentacji medycznej.
- Nie wiem - powiedziała ostro May, nie oszczędzając swoich delikatnych
strun głosowych.
- Przykro mi, że cię zdenerwowałam. Zaraz za tobą jest aparat do
szybkiej diagnostyki. Za jego pomocą będę mogła ocenić twój stan.
May odwróciła się i przyciągnęła do siebie urządzenie.
- Proszę wydychać powietrze do przewodu spirometru i położyć palec na
podkładce do badania krwi.
May, oddychając do rurki, dostała napadu kaszlu. Po chwili poczuła też
ukłucie w palcu i aż krzyknęła z bólu.
- Nie wykryłam żadnych znanych patogenów - oznajmiła SI. - Stwierdziłam
jednak poważne odwodnienie i niedożywienie oraz nieprawidłowości w funkcjonowaniu płuc.
- Jesteś genialna - rzuciła sarkastycznie May.
- Dziękuję. Natychmiast zaczniemy kurację dożylną.
Prowadzona przez SI May wyjęła z szafki woreczek z płynem z elektrolitami i witaminami, pakiet do sterylizacji i dwie strzykawki z adrenaliną. Przeniosła powoli te rzeczy na nosze na kółkach, po czym SI
poinstruowała ją, aby najpierw wstrzyknęła sobie adrenalinę, a dopiero
potem położyła się i założyła sobie kroplówkę. Podciągnąwszy rękaw
koszuli, May szukała odpowiedniej żyły między posiniałymi śladami wkłuć.
Jej ramiona były nakrapiane dziwnymi czerwonymi krostkami, odkryła je
także na swoich plecach i nogach. Skąd się wzięły? Być może miały
związek z jej chorobą. Rozbolała ją głowa.
- Kapitan Knox, proszę wprowadzić igłę do kroplówki.
- Dobrze, dobrze. Jezu.
May jęknęła, znalazła na udzie żyłę, która nie była nadużywana, i powoli, ostrożnie wbiła igłę. Zapiekło. Miała wrażenie, że przebił ją
gorący pogrzebacz. Potem kroplówka zaczęła pilnie pracować, a przypływ
energii okazał się tak ożywczy, że May udało się w końcu uronić kilka
łez radości. Wisienką na torcie była maska do oddychania i głęboka
inhalacja mieszanką bogatą w tlen. May od razu poczuła się silniejsza i mniej oszołomiona.
- Podam ci łagodny środek uspokajający, który pomoże ci zasnąć -
powiedziała SI.
May pokręciła głową.
- Nie. Ja... po prostu boję się, że się nie obudzę. Poza tym muszę
wiedzieć, co...
Ziewnęła i położyła się, zdyszana.
- To jest konieczne, musisz pozwolić swemu ciału wypocząć. Będę uważnie
monitorowała twoje parametry życiowe i obudzę cię środkiem pobudzającym,
jeśli pojawią się jakieś problemy. Ponadto adrenalina, którą przyjęłaś,
zapobiegnie głębokiemu snowi. Czy to rozwiewa twoje obawy?
- Tak, dziękuję - odparła niechętnie May.
Nie miała powodu ufać SI. Kto wie, czy to nie ona była przyczyną
katastrofy, która dotknęła statek. Może ten środek uspokajający nie
będzie wcale taki łagodny? Gdyby SI chciała mojej śmierci, nigdy bym się
nie wydostała z kapsuły. Choć z drugiej strony dowiedziała się o mnie
dopiero po tym, jak się obudziłam.
May przerwała ten dziwaczny dialog wewnętrzny, uznając, że popada w paranoję. Pewnie za sprawą jakiejś tajemniczej przypadłości, wskutek
której znalazła się w takiej oto sytuacji. Oczywiście czuła się
wystawiona na ciosy, ale jeśli SI była niegodna zaufania, ona, May, tak
czy inaczej, była zgubiona. Nie pamiętała też, by miała jakiś problem z SI wcześniej, zanim to wszystko się wydarzyło. Zanim co się wydarzyło?
Modliła się, żeby po przebudzeniu wszystko to okazało się tylko złym
snem. Mogłaby wtedy pośmiać się z tego ze swoją załogą. Wszyscy mieliby
niezłą zabawę.
Załoga! Zamknęła oczy i się skupiła. Zobaczyła niektóre twarze. Były
zamazane, ale chwilami ich fragmenty stawały się wyraźniejsze, pojawiały
się też kawałki imion i nazwisk. Wspomnienie powoli składało się w całość. Byli razem, na coś patrzyli. Poruszali szybko ustami,
rozmawiali, lecz May nie rozumiała, co mówią. Oczy mieli zmrużone, pełne
niepokoju, a może nawet strachu. Scena na chwilę nabrała ostrości.
Załoga patrzyła na May, ktoś szukał pulsu na jej szyi. Jakiś mężczyzna
podszedł bliżej i słuchał jej oddechu. W głowie May pojawiło się imię
Jon. Czy przestała oddychać? Wołali do niej, klaskali przy jej twarzy,
świecili w oczy.
Próbowali przywrócić mnie do życia.
Rozdział 4
4
Kapitan Knox?
May obudziła się nagle w ambulatorium. Scena ze snu nie zniknęła.
Umierałam. Moja załoga próbowała przywrócić mnie do życia. Moja
załoga. Próbowała zapisać w pamięci ich twarze, lecz wciąż jej się
wymykały. Umierałam.
- Jak odpoczęłaś? - zapytała SI.
- Co? Doskonale.
- Czujesz się lepiej?
- Trochę. Wzmocniłam się.
- Miło to słyszeć. Proszę usunąć igłę i włożyć ją do odpowiedniego
pojemnika.
May powoli wyciągnęła igłę spod cienkiej, wrażliwej skóry; poczuła się
dostatecznie silna, by dojść do kosza na odpadki medyczne. Z głośnika
dobiegała Cicha noc w jakiejś wielojęzycznej popowej wersji,
wyśpiewywanej, jak wyobraziła sobie May, przez chór eunuchów w czerwonych golfach. Wcale nie było spokojnie i z pewnością nie
radośnie, do diabła.
- Czy mogłabyś wyłączyć tę straszną muzykę?
- Tak.
Gdy muzyka ucichła, May mogła myśleć trochę jaśniej, lecz pojawiało się
coraz więcej pytań, na które musiała znaleźć odpowiedzi. Zaczęła walkę z pajęczynami. Kapitan Maryam Knox. Statek badawczy "Hawking II". NASA. A gdzie są ci z kontroli lotu? Dlaczego mi nie pomogli? Jak mogli
pozwolić, żeby to się zdarzyło? I czym jest "to"? Usiłowała przypomnieć
sobie przebieg wydarzeń, lecz jej pamięć przypominała telewizję, której
sygnał wciąż przerywały zakłócenia. Przypadkowe fragmenty tańczyły w jej
głowie, wymykając się i nie pozwalając umieścić na właściwym miejscu.
- Umierałam...
- Proszę powtórzyć - poprosiła SI.
- Próbuję sobie przypomnieć, ale moja głowa... Wszystko jest jak za mgłą.
- Czy cierpisz na utratę pamięci? - zapytała SI.
- Widzę kawałki, fragmenty rzeczy, twarzy. Nijak nie potrafię zebrać
tego w całość. Nie mogę sobie przypomnieć. Boże, co mi się przytrafiło?
- Jesteś w stanie przywołać wspomnienia z odleglejszej przeszłości?
Pamiętasz, na przykład, gdzie się urodziłaś, jak nazywali się twoi
rodzice i jakie szkoły skończyłaś?
May zagłębiła się w przeszłości i okazało się, że sporo pamięta, co
dodało jej otuchy. Chciała przywołać te wspomnienia jak najszybciej,
bojąc się, że może je stracić.
- Urodziłam się w Anglii, w Bournemouth. Moja matka i ojciec, Eve i...
Wesley, oboje byli pilotami. Już nie żyją. Ojciec umarł, gdy byłam
bardzo mała. Służył w piechocie morskiej. Zginął w akcji. Pamiętam jego
zdjęcia w mundurze... Trzymał mnie, wtedy niemowlę, na rękach... Pamiętam
jego błyszczące niebieskie oczy i bardzo jasne włosy... Zawsze wydawał się
ostry jak brzytwa. Wychowywała mnie mama. Była pilotem RAF. Królewskich
Sił Powietrznych. Jedyna czarna kobieta w jej roczniku kadetów, która
została podpułkownikiem lotnictwa. Bardzo surowa. Bardziej instruktor
musztry niż mama. Ale nauczyła mnie latać... Nie mam rodzeństwa.
Ukończyłam Duke of York College i Royal Air Force College w Cranwell.
Szkolenie oficerskie. Potem program pilotażu testowego, program
kosmiczny. Moim mężem jest doktor Stephen Knox...
May nagle przerwała. Wzmianka o Stephenie wywołała w niej ból i smutek,
choć nie miała pojęcia dlaczego. W tej samej chwili uświadomiła sobie,
że coś się działo w ich małżeństwie, coś złego, czającego się na
krawędzi cieni, niczym dusza, która nie zaznała spoczynku. Sama ledwie
mogła przyjąć to do wiadomości, nie mówiąc już o podzieleniu się tego
rodzaju informacją z SI.
- Wszystko to dobrze pamiętam - powiedziała po chwili - jakby wydarzyło
się wczoraj.
- A jeśli chodzi o twoje wyszkolenie i obowiązki jako dowódcy?
- Trochę zamazane, gdy obudziłam się pierwszy raz, ale teraz większość z tego wydaje się łatwa do przywołania, jak instynkt czy pamięć ruchowa.
- Pamiętasz, jak zachorowałaś i jak byłaś intubowana?
- Nie, i w tym rzecz. Nic z tego nie pamiętam. A inne, świeższe
wspomnienia są niejasne, o wiele bardziej fragmentaryczne.
- Nie jestem w stanie postawić diagnozy bez wyników pełnego badania
neurologicznego, lecz sądząc po tym, że największe problemy masz z przypomnieniem sobie niedawnych wydarzeń, natomiast dobrze pamiętasz
odleglejszą przeszłość, możesz cierpieć na jakąś formę amnezji
wstecznej.
- Amnezji? - zaśmiała się May. - Myślałam, że ludzie zapadają na nią
tylko w kiepskich filmach klasy B.
- Występuje dość często w przypadkach poważnych urazów mózgu, zapalenia
mózgu wywołanego infekcją oraz przyjmowania dużych dawek anestetyków i środków uspokajających...
- W moim przypadku to może być wszystko naraz - jęknęła May. - Czy taka
amnezja ustępuje?
- Nie potrafię znaleźć żadnych modeli predyktywnych wyzdrowienia. Wydaje
się, że model jest określany dla poszczególnego przypadku.
- A leczenie? Czy są lekarstwa, które mogą pomóc?
- Nie, chorzy na amnezję wsteczną są zwykle leczeni za pomocą terapii
zajęciowej i psychoterapii, które stosują bodźce pomocne w odzyskiwaniu
z czasem pamięci.
- Z czasem - powtórzyła May.
- To jest prawidłowe sformułowanie. Zależnie od pacjenta, proces może
trwać tak długo jak...
- Chyba usłyszałam już dość, dziękuję.
- Proszę bardzo.
May pomyślała o misji. Im bardziej zagłębiała się w przeszłości, tym
jaśniejszy stawał się obraz. Pamiętała początek i dużą część podróży na...
Europę. Ale wtedy obraz zaczynał się rozpadać. Wejście na orbitę,
ekspedycja planetarna. We wspomnieniach z drogi powrotnej kawałki
stawały się jeszcze mniejsze i niepowiązane ze sobą; to wówczas stało
się z nią coś złego.
- Czy mogłabym przeprowadzić więcej testów, by ocenić problem?
- Później - warknęła May, której kręciło się w głowie i głośno burczało
w brzuchu. - Boli mnie głowa, jestem głodna i zaraz zacznę płakać. A nie
znoszę płakać.
- Twój poziom cukru spadł poniżej normy. W przegródce szafki, w której
znalazłaś woreczki do kroplówki, są tabletki z glukozą.
May zjadła ich tyle, ile zdołała pomieścić w ustach. Były obrzydliwie
słodkie, lecz szybko się rozpuściły i poprawiły jej zdolność
koncentracji. Zredukowały także ból głowy do tępego pulsowania.
- Już lepiej, dziękuję. Teraz do kambuza. - May uświadomiła sobie, że
nie jest całkowicie pewna, jak tam trafić. - Hm, czy możesz mnie tam
poprowadzić?
- Proszę położyć dłoń na ekranie ściennym i zalogować się do konsoli
sterowania. Pokażę oświetloną drogę na mapie statku.
May położyła rękę na ścianie. Szeroki ekran ożył, jaskrawe kawałeczki
ułożyły się w logo NASA, a potem pojawiło się zdjęcie May w skafandrze,
a pod nim jej nazwisko i funkcja. Ten widok zaparł jej dech w piersiach.
Kobieta na zdjęciu wyglądała na zadowoloną i zdrową, miała nieskazitelną
brązową cerę. Jej usta były leciutko wygięte w sardonicznym uśmiechu,
widocznym także w błysku oczu, przenikliwych i wszystkowidzących, jak u postaci z portretu, przed której spojrzeniem nie sposób uciec. May
przyjrzała się uważnie swojemu odbiciu na ekranie, aby się upewnić, że
patrzy na tę samą osobę. Zauważyła podobieństwo, choć boleśnie
niewyraźne. Wszystko w niej wydawało się teraz chore. Krótko obcięte
włosy, niegdyś z subtelnymi złocistymi pasemkami na brzegach kędziorów,
były teraz matowe i nijakie, a cera stała się blada, niemal bezbarwna.
May poczuła taki żal za utraconą sobą - nie tylko za wyglądem, ale za
kimś, kogo znała i kim była - że się rozpłakała.
- Wszystko w porządku? - zapytała SI.
May nie była w stanie odpowiedzieć. Słowa ugrzęzły jej w gardle.
Koniecznie musi coś zrobić, aby poprawić swój szkaradny wygląd.
Otworzyła szafę z zaopatrzeniem dla personelu i zamieniła swoją brudną
koszulę na świeży kitel chirurga. Wyssała kilka torebek odżywki żelowej,
potem umyła twarz ciepłą wodą i mydłem. Zmatowiałe włosy były nie do
uratowania. Nie miała innego wyboru, niż ostrzyc je nożycami
chirurgicznymi na jeża. W końcu spojrzała w lustro. Na twarz wróciło
trochę koloru, a w oczach dostrzegła blask.
Teraz wyglądasz jak porządny trup, uznała i udało jej się nawet
uśmiechnąć.
Rozdział 5
5
Zimno jak w grobie, pomyślała May, idąc
korytarzem do kambuza. Po raz pierwszy od wyjścia z ambulatorium
patrzyła na statek i teraz wydawał się jej zupełnie inny niż ten, którym
z dumą dowodziła po opuszczeniu stacji kosmicznej przed kilkoma
miesiącami. Wszędzie panowały ciemności, tylko gdzieniegdzie słabo
migotało oświetlenie awaryjne. W smudze jasnego światła latarki widać
było jedynie wąską drogę po metalowej podłodze. Do uszu May dochodził
niski pomruk silnika, ale poza tym panowała cisza równie
wszechogarniająca jak ciemność.
W przypadku tak dużego statku nieobecność kogokolwiek była głęboko
niepokojąca, wydawała się przyćmiewać każdy promyk nadziei.
- Na statku jest ciemno - powiedziała May. - Nie widzę śladu załogi... W ogóle niczego nie widzę.
Czy tak się miała skończyć jej misja? Piękny wyraz mocy i dobrych
intencji rodzaju ludzkiego wyrzucony i spadający bez żadnej nadziei
choćby na znalezienie dna? Jak mogłam pozwolić, żeby to się stało? Jak
wszystko mogło potoczyć się tak źle?
- Czy jest jakiś sposób, żeby włączyć więcej tych cholernych świateł? -
zapytała May.
Bez odpowiedzi.
- Halo? Tu jest jak w jaskini. Ledwie widzę własną rękę przed nosem.
Nadal bez odpowiedzi. Rozgniewana May wróciła do ambulatorium.
- Dlaczego nie odpowiadasz? - zapytała.
- Przepraszam, nie słyszałam cię.
- Nie słyszałaś, co mówiłam w korytarzu?
- Awaria, kapitan Knox. Wydaje się, że moje procesory nie są już
połączone z siecią statku. Mogę cię widzieć i słyszeć tylko w pomieszczeniach, w których zalogowałaś się do konsoli sterowania takiej
jak ta.
- Czyli nie masz świadomości, że na statku jest ciemno, a załogi nigdzie
nie widać?
- Tak jest. Nie otrzymuję danych z żadnego miejsca na statku. Czy
orientujesz się, co się dzieje, kapitan Knox?
Pytanie zabrzmiało dziwnie dziecinnie, a do May dotarło, że cokolwiek
zniszczyło zasilanie wewnętrzne, uszkodziło także SI.
- O to właśnie chciałam zapytać ciebie. Z tego co dotąd widziałam,
zasilanie wewnętrzne systemów statku w ogóle nie funkcjonuje właściwie.
- To bardzo niepokojące.
- Nie tak niepokojące jak fakt, że nie masz o tym pojęcia. A co gorsza,
nie tak niepokojące jak to, że odkąd się obudziłam, nie widziałam
jeszcze ani nie słyszałam żadnej ludzkiej istoty.
May zaczynała rozumieć, jak wielki zamęt miała w głowie, gdy wróciła do
życia. Nie wiedziała jeszcze zbyt dużo, ale przynajmniej zdobyła
podstawowe informacje.
- Standardy postępowania jasno nakazują obowiązkową
dwudziestoczterogodzinną obsadę stanowisk.
Znów ta dziecięca naiwność. SI wiedziała jeszcze mniej niż ona.
- Myślę, że mogłybyśmy nagiąć trochę zasady - zirytowała się May. -
Wiesz, kiedy straciłaś kontakt z resztą statku?
- Nie jestem w stanie tego określić, ponieważ nie mam dostępu do zegara
statku.
- A pamiętasz przynajmniej utratę kontaktu?
- Nie jestem w stanie odnaleźć żadnych danych dotyczących tego
zdarzenia.
- Czyli wszystko się spieprzyło.
- Nie rozumiem.
- To jest nas dwie. Ale ponieważ wygląda na to, że obie mamy cholerną
amnezję, nie wiem, u diabła, co teraz zrobić.
- Może uda ci się przywrócić mi łączność.
- Jak? To problem techniczny. Nie moja dziedzina. Nigdy się tym nie
zajmowałam.
- Jeśli pójdziesz do pomieszczenia czystego moich procesorów, będę mogła
ci pomóc ocenić ten problem. Jeśli jest rozwiązywalny, mogę cię
przeprowadzić przez odpowiednią procedurę naprawy.
- Jeśli jest rozwiązywalny?
- Moje procesory są wykonane częściowo z materiału organicznego,
wymagającego ściśle określonego otoczenia. Utrata zasilania skutkująca
zmianą tego otoczenia choćby w najmniejszym stopniu może okazać się
katastrofalna. Ponieważ nie mam połączenia z pomieszczeniem czystym, nie
jestem w stanie...
- Rozumiem - rzuciła krótko May. - Wygląda na to, że kolacja będzie
musiała poczekać. Wyślij mi, proszę, nową mapę, z dojściem do
pomieszczenia czystego.
- Już wysyłam.
May wrzuciła do powłoczki na poduszkę tyle latarek, torebek z odżywką i butelek wody, ile się dało, i szybko wyszła na korytarz. Bez SI nie było
nadziei przetrwania, a każda mijająca sekunda miała decydujące
znaczenie, jeśli materiał organiczny w procesorach zaczął już zamierać.
Przypomniała sobie, jak na tydzień zapomniała o podlewaniu kwiatów u mamy i wszystkie je zabiła. Wyglądały jak martwi żołnierze przed
plutonem egzekucyjnym, skuleni i obszarpani. "Miałaś tylko jeden
obowiązek", powiedziała jej z wyrzutem matka.
- Tu kapitan Maryam Knox! - zawołała. - Czy na statku ktoś jest?
Pamiętała niektóre nazwiska i imiona osób ze swojej załogi, zaczęła więc
nawoływać.
- Kapitanie Escher?! Gabi?! Czy ktoś mnie słyszy?
Latarka przygasła przez chwilę. Spanikowana May postukała w obudowę
baterii, aby przywrócić ją do życia. Czy wszyscy opuścili statek z jakiegoś powodu? Choroby? Poczucie groźnej izolacji wkradło się do jej
żołądka i zawiązało go w supeł. Aby nie popaść w zupełną paranoję, May
skupiła się na przypominaniu sobie poszczególnych członków załogi. Jon
Escher, pilot i jej zastępca. Buńczuczny pilot amerykańskiej marynarki
wojennej, uważający się za następcę dawnych bohaterskich astronautów.
Ostrzyżony na jeża, o kwadratowej szczęce, rygorystycznie
przestrzegający procedur, był bardziej karykaturą człowieka, na którego
pozował. Radził sobie, lecz May miała nadzieję, że jej prawą ręką
zostanie bardziej doświadczony pilot.
Gabriella Dos Santos, inżynier pokładowy. May i Gabi były pokrewnymi
duszami; obie młode i bardzo utalentowane, nieustannie walczyły o potwierdzenie swojej wartości. Gabi, podobnie jak May, pochodziła z rodziny wojskowej; jej ojciec był Brazylijczykiem, pilotem helikoptera,
a matka chirurgiem w NATO. May całym sercem pragnęła znaleźć
przyjaciółkę żywą gdzieś na statku. Nikt nie znał "Hawkinga II" lepiej
niż ona. Tak, Gabi z pewnością zapanowałaby nad sytuacją.
Matt Gallagher, dowódca ładunku podczas misji. May zawsze żartowała, że
jest perfekcyjnie nudny. Wszystko w nim było zwyczajne, z wyjątkiem
rozległej wiedzy z zakresu inżynierii kosmicznej i pasji badawczej. Matt
znał dobrze jej męża, Stephena, ponieważ pracował pod kierunkiem Radźa
Kapura, człowieka, który zaprojektował "Hawkinga II" na ekspedycję na
Europę. May nie cierpiała całej masy kłopotów związanych z zabieraniem
na pokład dwudziestu sześciu jajogłowych, nie-astronautów, którzy mieli
prowadzić badania nad zagadnieniami wskazanymi przez Stephena i jego
zespół. Matt doskonale sobie radził z trudnościami, potrafił zapanować
nad skrajnie różnymi osobowościami, z powodzeniem dbając o to, by ich
sprzęt działał bez najmniejszych zakłóceń. Dobry, stary nudny Matt,
pomyślała May.
Usłyszała ciche dźwięki, dalekie i nieco mechaniczne. Zatrzymała się.
- Halo?
Dźwięki znów dały się słyszeć. Tym razem przypominały stukot ciężkich
butów na metalowej podłodze, odgłos zmierzających dokądś stóp.
- Jest tam kto?
Stukot stał się głośniejszy i szybszy, jakby coś dużego wyczuło jej
obecność i zbliżało się, by zabić. May nie miała ani broni, ani siły, by
się bronić. Co lub kto to może być?
- Stop! Kto...
Rytmiczny stukot przyśpieszył, zamienił się w szaloną, ogłuszającą
wibrację. Statek gwałtownie się zatrząsnął i przechylił mocno na lewą
stronę, niczym szkuner przyjmujący na siebie dużą falę. May upadła,
uderzyła czołem o podłogę i ześliznęła się na ścianę. Wyczuła na swoich
plecach belkę wspornikową i mocno się jej przytrzymała, by przetrwać to
coś, co wyglądało na trzęsienie ziemi.
Gdy statek odzyskał stabilność, próbowała wstać, choć kręciło jej się w głowie. Przez kilka minut trwały jeszcze słabsze drgania, jakby wstrząs
następczy po tym trzęsieniu dawał o sobie znać w szkielecie statku.
Latarka May zaświeciła słabym pomarańczowym światłem i zgasła. Tym razem
postukiwanie w obudowę baterii nie pomogło.
- Nie, nie, nie...
Strużka ciepłej krwi z małego rozcięcia nad prawą brwią spłynęła jej do
oka. May oderwała z kitla kieszeń na piersi i przyłożyła do rany. Serce
biło jej tak szybko, że lewie mogła oddychać. Świadomość zdawała się
zasypiać.
- Spokojnie, kapitan Knox - nakazała sobie. - Rób swoje. Nie poddawaj
się.
Głęboko oddychając, mimo bolesnego ataku kaszlu, May nie otwierała oczu,
dopóki nie ustąpił strach, a ranka nad okiem nie przestała krwawić.
Znalazła nową latarkę i ją włączyła. Światło nie było silne, co
znaczyło, że bateria może być częściowo wyczerpana. Nie sposób było
ocenić, ile czasu jej zostało, zanim znów wszystko pogrąży się w ciemności, May przyśpieszyła więc kroku.
Rób swoje. Nie poddawaj się.
Te słowa przywołały niejasne wspomnienie mężczyzny o ostrzyżonych na
jeża siwych włosach, w mundurze galowym RAF. Cztery złote paski na
ramionach i mankietach. Galony oficerskie na czapce...
- Baz - powiedziała zadowolona. - Cholerny Baz.
Jej dawny dowódca i mentor, pułkownik RAF Basil "Baz" Greene. Gdy May
była podchorążym w Cranwell, Baz wziął ją, by tak rzec, pod swoje
skrzydła. Początkowo myślała, że wyróżniał ją, bo była kobietą, próbując
w ten sposób ją złamać, aby nie naruszała zasad i zwyczajów panujących w głównie męskim środowisku. I miała rację: wyróżniał ją, lecz z innego
powodu niż, nauczona doświadczeniem, podejrzewała. Baz zauważył jej
talent i nie zamierzał pozwolić, by ten się zmarnował. W gruncie rzeczy
ryzykował dla niej swoją karierę i reputację, wyznaczając ją do programu
pilotów oblatywaczy. Przed lotami kosmicznymi rysowała się wówczas
perspektywa bezprecedensowego postępu, jeśli chodzi o napęd, postępu
przeciwstawiającego się prawom fizyki i bezkresowi Układu Słonecznego.
Baz pomógł May wykorzystać tę szansę. Pilot pierwszych komercyjnych
lotów na Marsa w wieku dwudziestu pięciu lat. Kapitan w wieku lat
dwudziestu siedmiu. A w wieku trzydziestu lat dowódca pierwszej misji na
Europę.
Zaśmiała się gorzko.
- A spojrzyjcie na mnie teraz.
Rozdział 6
6
Korytarz prowadzący do pomieszczenia
czystego oświetlony był dziwnie ciepłym i jaśniejszym światłem padającym
z niewidocznego źródła. Przypominało to May zachód słońca w pomarańczowo-żółtych barwach. Położyła dłoń na skanerze we framudze, a wtedy właz się otworzył i jej oczom ukazało się pomieszczenie, całe
zalane tym dziwnym światłem. Gdy właz się za nią zamknął, May poczuła
się tak, jakby dotarła do oazy. Udało jej się wziąć głęboki oddech,
który nie wywołał bolesnego szarpania w piersiach, a po dłuższej chwili
pozwoliła sobie na odrobinę nadziei. Lepiej byłoby tylko wówczas, gdyby
była tu Gabi, gotowa pomóc przy naprawach... I może zaoferować niedużą
kontrabandę, jakieś wino czy papierosa? Pomieszczenie czyste było
jednak kolejnym pozbawionym życia miejscem w tym mieście duchów.
May zalogowała się do konsoli sterowania i wskrzesiła SI.
- Witam, kapitan Knox. Czy moje wskazówki były pomocne?
- Tak - odparła May krótko. - Nadal nie ma śladu załogi. Czy wszyscy
opuścili statek w lądownikach?
- Nie jestem w stanie określić, dopóki...
- Racja. Mam cię podłączyć. Co teraz?
- Moje procesory są w pomieszczeniu dokładnie naprzeciwko włazu
wejściowego. Proszę postępować ostrożnie, zgodnie z podanymi wewnątrz
procedurami. Ich złamanie może się skończyć skażeniem i trwałym
wyłączeniem systemu.
- Nie ma pośpiechu.
May spojrzała w stronę pomieszczenia. Znajdowało się za gładką czarną
ścianą bez widocznego wejścia.
- Jak się tam dostanę? Mam odpowiedzieć na pytanie-zagadkę? Użyć Mocy?
- Ja nie...
- Wiem, przepraszam. Skończę z gadaniem bzdur i poczekam na twoje
instrukcje.
- Najpierw włóż, proszę, skafander ochronny. Osłoni cię przed
promieniowaniem ultrafioletowym, ponieważ procesory wymagają
niefiltrowanego światła słonecznego do osiągnięcia optymalnej
wydajności. Zapobiegnie również skażeniu pomieszczenia bakteriami z twojego ciała, które zniszczyłyby system.
- A więc ty żyjesz - stwierdziła May ze zdziwieniem i być może odrobiną
strachu.
- Jeśli przez życie rozumiesz stan odróżniający zwierzęta i rośliny od
materii nieorganicznej...
- Mniejsza z tym.
Czarna ściana otworzyła się jak irys. May zrobiła krok do przedsionka,
wejście cicho zamknęło się za nią. Rozebrała się w sztucznym świetle
słonecznym, rozkoszując się ciepłem na swej nagiej skórze. Zamknęła oczy
i próbowała sobie wyobrazić, że jest na plaży. Przez głowę przemknęło
jej wspomnienie plaży gdzieś w tropikach i białego piasku, na którym
stała.
- Kapitan Knox - głos SI przerwał piękną wizję May - to niebezpieczne
wystawiać skórę na działanie światła ultrafioletowego przez długi czas.
- Każdą zabawę popsuje jeden smutas - mruknęła May pod nosem.
Włożyła skafander ochronny, który, inaczej niż skafandry NASA
przeznaczone do spacerów kosmicznych EVA, przypominał bardziej strój do
nurkowania; był obcisły i wykonany z grubego, gumowatego materiału w rodzaju neoprenu. Powierzchnię zewnętrzną pokrywały krzyżujące się,
cienkie jak włos światłowody. Hełm przylegał do głowy May, ponieważ
znajdujące się w środku torebki z żelem automatycznie się uformowały i do niej dopasowały. Osłona zaginała się pod brodą, bo skafander i hełm
szczelnie zakrywały szyję. Światłowody w materiale skafandra świeciły na
czerwono, a na wyświetlaczu funkcji wewnątrz hełmu pojawił się napis
"Rozpoczęcie dekontaminacji".
May, przekonawszy samą siebie, że nie udusi się w klaustrofobicznym
skafandrze, obserwowała, jak kolor światłowodów powoli zmienia się w biały, co wskazywało na trwający proces odkażania.
- W porządku, można wejść - oznajmiła SI. - Pomieszczenie czyste jest
komorą antygrawitacyjną bez systemu podtrzymywania życia.
- Dlaczego?
- Wystawienie na grawitację i tlen przyśpiesza starzenie się procesora.
- Racja. Tego mi jeszcze brakowało - burknęła May pod nosem.
- Proszę powtórzyć, kapitan Knox. Nie słyszę.
- Powiedziałam, żebyśmy zaczynały.
- Użyję twojej kamery w hełmie do zbadania systemu. Aktywuję ją teraz.
Na osłonie hełmu May pojawiło się okno podglądu kamery.
- Jesteś gotowa, kapitan Knox?
May skinęła głową.
- Proszę się trzymać uchwytów bezpieczeństwa. Wyrównam ciśnienie i przyciąganie między pomieszczeniem a komorą.
May trzymała się uchwytu, ponieważ weszła w stan nieważkości, a osłona
jej hełmu pociemniała. Właz do śluzy powietrznej otworzył się i May
wpłynęła do ogromnej kuli, tak wielkiej jak katedra, ze ścianą z tafli
półprzezroczystego szkła. Mimo przyciemnionej osłony niefiltrowane
światło słoneczne w pomieszczeniu wydawało się jej boleśnie jaskrawe.
Gdy czekała, aż oczy przyzwyczają się do takiego blasku, przyszedł jej
na myśl mit o Ikarze i jego straceńczym locie ku Słońcu.
Za szybą widać było skomplikowaną plątaninę czegoś, co wyglądało jak
czarne korzenie jakiejś rośliny wijącej się w najrozmaitszych kierunkach
po całej powierzchni. May przypuszczała, że był to materiał organiczny,
ponieważ przeplatały go światłowody podobne do tych w jej skafandrze.
- Masz bardzo interesujący mózg - powiedziała. - Z czego jest zrobiony?
- To szczególny organizm wykonany z neuronów zwierzęcych i roślinnego
materiału komórkowego, połączonych plazmą o dużej przewodności i światłowodami, które łączą go z zespołem układów elektrycznych statku.
To najbardziej zaawansowany system tego rodzaju, zdolny do wielu
równoczesnych obliczeń i nad wyraz wszechstronny.
- Nie taka sztuczna jest ta twoja inteligencja, co?
- Nigdy nie myślałam o tym w ten sposób. Moi twórcy powiedzieli mi, że
słowo "sztuczna" zostało dodane, by stworzyć wrażenie, że moja
inteligencja różni się od ludzkiej.
- Albo wrażenie wyższości. W takim podejściu ludzie są słabsi.
- Nie wydajesz się krucha.
- Dziękuję. Wbrew temu, jak wyglądam, czuję się silniejsza.
May przyjrzała się bliżej procesorowi. Miała wrażenie, że wyczuwa
leciutką wibrację, jakby ten organizm próbował nawiązać z nią kontakt.
- A skoro o tym mowa, czy to musi właśnie tak wyglądać? Tak ponuro?
- Tak. Czarny kolor oznacza, że organizm jest zdrowy i w pełni sprawny.
Biały wskazuje na uszkodzenia lub śmierć.
May zachichotała.
- Nie mogę się z tym nie zgodzić. Co teraz?
- Aktywowanie luków serwisowych.
Bezgłośnie otworzyło się coś w rodzaju stu okrągłych okienek, każde o średnicy około metra, rozmieszczonych w równych odstępach od siebie. W środku miały półprzejrzyste płytki, świecące albo na czerwono, albo na
biało. Te pierwsze stanowiły większość.
- Każdy luk ma ekran ze światłem kontrolnym. Czerwone oznacza
niesprawność. Niebieskie częściową niesprawność. Białe pełną sprawność.
Proszę obejrzeć wszystkie portale.
- Przyjęłam.
May przyjrzała się wszystkim ekranom.
- Nie ma niebieskich i jest bardzo mało białych - raportowała. - To
chyba niedobrze, mam rację?
- Bez natychmiastowej naprawy zniszczenie systemu podtrzymywania życia
jest nieuchronne.
May zadrżała, wyobrażając sobie, jak statek pogrąża się w całkowitej
ciemności, zamarza i staje się jej grobem na wieczność.
- Będziesz musiała działać szybko.
- Jestem gotowa.
- Jak dużo czasu możesz jeszcze przeżyć w swoim skafandrze?
May spojrzała na wyświetlacz funkcji w osłonie swojego hełmu.
- Godzinę - odparła. - Zajmę się przede wszystkim najważniejszymi
układami.
Ekrany niektórych portali zaczęły migać.
- Najpierw podejdź do migających ekranów. Podam ci kody restartu dla
każdego z nich. Wprowadź je najszybciej jak to możliwe, ale ostrożnie.
Dwa niepoprawne wejścia wyłączą je na minutę.
- Rozumiem. Jeden drobiazg. Nigdy wcześniej nie byłam w tym
pomieszczeniu, a ściślej mówiąc, nigdy mi na to nie pozwolono i nie mam
pojęcia, jak operować silnikami manewrowymi skafandra.
- One reagują na spojrzenie i intencję.
- Naprawdę? Wystarczy, że pomyślę, dokąd chcę pójść, a skafander mnie
tam poniesie?
- Musisz także patrzeć na miejsce docelowe. System śledzi punkty, w których skupiają się twoje źrenice, aby oznaczyć cel, i kojarzy je z falami mózgowymi związanymi z ludzkim pragnieniem.
- Będę potępiona - wyrwało się May.
- Potępiona przez chrześcijańskiego Boga i skazana na wieczność w piekle? Nie widzę związku...
- Taka przenośnia - wyjaśniła May. - Tam, skąd pochodzę, jest ich dużo
więcej, nie kłopocz się więc z tłumaczeniem.
- Tak jest.
May wpatrzyła się w jeden z migających ekranów i skupiła na myśli, że
chce tam dotrzeć. Zaskoczyła ją szybka reakcja skafandra, który
podpłynął dokładnie tam, gdzie chciała.
- Pierwszy luk.
- Posługując się ekranem dotykowym, wprowadź następujący kod...
Kolejne pół godziny May spędziła, unosząc się dookoła kuli i wprowadzając kody. Nie poruszała się jednak dostatecznie szybko. W warunkach braku grawitacji działanie okazało się utrudnione, a nie
pomagało też to, że była głodna i umierała z pragnienia. Do tego system
chłodzący skafandra nie radził sobie z promieniowaniem ultrafioletowym i May czuła się jak w piekarniku. Mogła sobie tylko wyobrazić, jaka
kompletna katastrofa nastąpi, jeśli tam zemdleje.
- Przeprowadziłam właśnie odczyt atmosfery w ambulatorium i strefie
wejściowej do pomieszczenia czystego. Wskaźniki systemu podtrzymywania
życia spadają w tempie pięć procent na minutę - zaraportowała SI,
dolewając oliwy do ognia.
- Ale zrestartowałam dopiero jedną trzecią czerwonych ekranów.
- Możliwe, że układy kontrolujące system podtrzymywania życia wymagają
naprawy mechanicznej.
May spojrzała na swój zegar, odliczający, ile czasu jej jeszcze zostało.
Dwadzieścia pięć minut. Doładowanie skafandra wydawało się dyskusyjne,
skoro cały statek miał umrzeć. Co więcej, zauważyła, że niektóre gałęzie
materiału organicznego zmieniły kolor z czarnego na niezdrowo
wyglądający ciemnoszary.
- Kapitan Knox, boję się o twój skafander. Sądząc po tym, jak długo
pracujesz, system podtrzymywania życia będzie działał jeszcze niecałe
dziesięć minut.
- Jeśli nie zrobię tego teraz, i tak umrę.
- Doładowanie skafandra jest bardziej racjonalne. Wiemy, kiedy on umrze.
Nie wiemy, kiedy umrze statek.
- Rzecz najważniejsza... materiał organiczny... Spójrz na niego - zmieniła
temat May i skierowała kamerę w swoim hełmie na szybko szarzejące
gałęzie.
- Przyśpieszone niszczenie. Boję się, że to, co robisz, tego nie
zatrzyma ani nie odwróci.
- Co to oznacza?
- Musimy spróbować uratować materiał wciąż zdolny do życia.
- Jak?! - krzyknęła May ze złością.
- Mogę zrestartować cały system. Teoretycznie byłby to reset wszystkich
portali i przywrócenie tych, które nie są trwale uszkodzone.
- Dlaczego, u diabła, właśnie od tego nie zaczęłyśmy? - burknęła May.
- Restartowanie wykonuje się tylko w bazie, bez załogi. Restartowane są
wszystkie systemy, włącznie z systemem podtrzymywania życia. Na statku
zrobi się ciemno na co najmniej pięć minut, ale ten czas nigdy nie jest
dokładny. A jeśli restart się nie powiedzie, nie będę mogła go
powtórzyć.
May poczuła, że jej wewnętrzny system podtrzymywania życia szybko
słabnie. Wcześniej dyszała, teraz z trudem łapała dech. Musi stąd wyjść.
- Restartuj system... gdy stąd wyjdę.
- Kapitan Knox, to jest bardzo niebezpieczne. Może cię zabić.
- I tak umieram... W skafandrze mam mało tlenu. Gdy dojdę do... śluzy,
podłączę się do ładowarki, a ty rozpoczniesz restart. To rozkaz.
- Tak jest.
May podpłynęła do włazu. SI go otworzyła, a ona znalazła się w środku.
Ponieważ śluza powietrzna była szczelna, a ciśnienie takie samo jak w głównej części statku, May opadła na podłogę i wylądowała w pozycji
siedzącej obok ładowarki do skafandra. Miała wrażenie, że próbuje
oddychać przez słomkę. Zaczęła się szarpać z kablami ładowarki, lecz w końcu je podłączyła. Jej oddech wracał do normy, ale cała się trzęsła,
ponieważ pot w skafandrze zaczął zamarzać.
- Jest przeraźliwie zimno! - krzyknęła, szczękając zębami.
- Ciśnienie atmosferyczne na statku spadło do osiemnastu procent.
Skafander May się ładował, niewiele jej to jednak dało. Wyświetlacz
funkcji nie działał z powodu niskiej mocy, nie miała więc pojęcia, ile
czasu zyskała, podłączając się do ładowarki. Gdyby poczekała trochę
dłużej, statek całkowicie straciłby zasilanie, zaś SI - zdolność do
restartowania czegokolwiek.
- Restartuj system teraz.
- Jaki jest w twoim systemie podtrzymywania życia poziom...
- Po prostu zrób to - warknęła.
- Rozpoczęcie restartu systemu za pięć, cztery, trzy, dwa, jeden...
Statek pogrążył się w ciemnościach. Zapanowało lodowate zimno. May
czuła, że ciepło uchodzi z jej ciała niczym powietrze z przekłutego
balonu. Jej kościec trząsł się i grzechotał tak mocno, że każdy mięsień
boleśnie się kurczył, a potem wpadał w dygot. Musiała zacisnąć zęby i z całej siły podtrzymywać dolną szczękę, z obawy, że połamią jej się zęby.
Ostatnim dźwiękiem, jaki dochodził do uszu May zanim straciła
świadomość, był odgłos jej, być może ostatnich, oddechów.
Rozdział 7
7
Kapitan Knox, czy mnie słyszysz?
May odzyskała świadomość, leżąc na podłodze, na wpół zamarznięta, lecz
zdolna oddychać. Jej hełm nie był już szczelnie połączony ze skafandrem.
Zdjęła go i przez kilka minut łapczywie wciągała powietrze. Głowa ją
bolała, w dłoniach i stopach znów czuła igły. Nagle pojawił się obraz z dzieciństwa, wspomnienie matki wyciągającej z sadzawki jej niemal martwe
ciało, i zapragnęła, by matka tu była i jeszcze raz wyratowała ją z beznadziejnej sytuacji.
- Niewiele brakowało - powiedziała. - Jak się udał restart?
- Sukces w stu procentach. Jestem w pełni połączona z siecią statku.
May westchnęła z ulgą.
- Wspaniała wiadomość. Oceniłaś szkody na statku?
- Tak. Reaktor jądrowy teoretycznie działa, choć ma piętnaście procent
swojej normalnej wydajności. Wstrząs, który odczułyśmy, został
spowodowany przez desynchronizację obu silników kwantowych.
Przypuszczam, że wiązało się to z małą mocą wytwarzaną przez reaktor.
- Możemy to naprawić?
- Próbuję zdiagnozować źródło problemu. Gdy je znajdę, będziemy mogły
określić sposób naprawy.
- Sądzę, że będziemy potrzebowały pomocy NASA. Jaki jest stan
komunikatorów?
- Nasze anteny nie działają, nie możemy więc ani nadawać, ani odbierać.
Pracuję nad zdiagnozowaniem także tego problemu.
May znów zrobiło się słabo.
- Możesz zobaczyć resztę statku? Jakieś ślady życia?
- Podłączyłam niewielki procent kamer wideo, ale wiele jest wciąż
odłączonych. Konsole sterowania i inne pokładowe interfejsy są
nieaktywne. Moje czujniki ruchu jeszcze nie są sprawne. Za pomocą tego,
czym dysponuję, nie wykryłam żadnych członków załogi.
- A lądowniki?
- Nie mam jeszcze połączenia z tą częścią statku.
May wolała nie mówić, co jej przyszło do głowy; to byłoby
nieprawdopodobne. Uznała za trudne do uwierzenia, że ktoś mógł być na
statku i pozostawać zupełnie niewykryty nawet w ciemnościach. Obiecała
sobie jednak, że nie da się ponieść ponurym spekulacjom. Radzenie sobie
z rzeczywistością było dostatecznie trudne, a jej żołądek od dawna
domagał się napełnienia czymkolwiek innym niż żel odżywczy czy cukier.
- Mam ochotę na cheeseburgera, dołączysz do mnie?
- Z przyjemnością.
May, z pewnym niepokojem, ruszyła do kambuza. Na szczęście restart
naprawił część zasilania wewnętrznego, więc statek nie przypominał już
atramentowoczarnego labiryntu śmierci. W porównaniu z tym, jak wyglądał
wcześniej "Hawking II", nadal robił jednak wrażenie posępnej,
postapokaliptycznej wersji samego siebie. W słabym świetle błyszczące
dawniej panele ścienne i lśniąca metalowa podłoga nabrały brudnej
patyny, jakby statek był opuszczony i porzucony przez dziesiątki lat.
May zastała kambuz w podobnym stanie jak ambulatorium; część opakowań z zapasami żywności została rozdarta, a ich zawartość leżała rozrzucona na
podłodze. Ale tak jak na reszcie statku i tu panowała niesamowita cisza.
May wyjrzała przez okno obserwacyjne.
- Wiem, że nasz system nawigacyjny nie działa, ale gdzie, u diabła,
jesteśmy? Masz jakieś pojęcie?
- Niestety, układy gwiazd w odległości miliona kilometrów w różnych
kierunkach są nie do zidentyfikowania, nie jestem więc w stanie
dokładnie określić naszego aktualnego położenia.
- Ani z pewnością tego, jak długo dryfowałyśmy - dodała May.
- Racja.
May pokręciła głową.
- Możemy być gdziekolwiek i dryfować z dużą prędkością Bóg wie jak
długo... Jot-Wu-De.
- Jesteśmy w dupie - przytaknęła oschle SI.
May się uśmiechnęła.
- To miłe, że nie mówisz jak robot.
- Mogę się nauczyć mówić w sposób, jaki lubisz. To są moje ustawienia
domyślne.
- Możesz mówić porządnym brytyjskim angielskim?
- Oczywiście. Jaki dialekt regionalny?
- Bournemouth. Południowe wybrzeże.
- Dobra. A więc co byś powiedziała na taki sposób wysławiania się?
SI miała poprawny akcent, lecz brzmienie jej głosu było denerwująco
elektroniczne i sprawiło, że May wcale nie poczuła się jak w domu,
dopadła ją jedynie tęsknota za nim.
- Chyba wolę twój "naturalny" głos, może z nieco swobodniejszym sposobem
wypowiadania się.
- Spoko, siostro. Szafa gra.
May się roześmiała.
- Powiedziałam "swobodniejszym", a nie amerykańskim.
- Przepraszam. Kolokwialny amerykański angielski jest uznawany za
najbardziej "swobodny" sposób wypowiedzi.
- Wcale mnie to nie dziwi... Hej, mam pomysł. Po prostu słuchaj, jak
mówię, i spróbuj mówić tak samo.
- Potrafię to zrobić. Przystosowanie to moja specjalność.
- Skoro o tym mowa, czy masz jakieś prawdziwe imię?
- ANNI. To akronim od Artificial Neural Network...
- To się nie uda. Annie to było imię fantomu używanego do ćwiczenia
resuscytacji; miałam z nim stanowczo zbyt bliski kontakt w czasie nauki
latania. Czy mogę wybrać ci bardziej odpowiednie imię?
- Jesteś dowódcą tego statku. Na mocy nadanych ci uprawnień...
- Znów mówisz jak robot.
- Przepraszam. Chcesz wybrać imię dla mnie?
- Tak, chcę.
May zaczęła się zastanawiać. Najpierw pomyślała o swojej przyjaciółce.
Potem cofnęła się w przeszłość, do swojej matki stojącej nad sadzawką ze
skrzyżowanymi ramionami, zaniepokojonej, lecz nie spanikowanej -
zachowanie matki było idealnym przeciwieństwem typowego dla córki
pobrzękiwania szabelką.
- Chyba nazwę cię Eve.
- Eve. Księga Rodzaju. Stworzona z żebra Adama...
- Żadnych takich bzdur, proszę. Moja mama miała na imię Eve. Była trochę
do ciebie podobna: bezlitośnie praktyczna, konsekwentnie chroniła mnie
przed niebezpieczeństwami.
- Pochlebiasz mi. Dziękuję, kapitan Knox.
- Ale to działa w dwie strony, Eve. Kapitan Knox brzmi zbyt drętwo.
Chcę, żebyś od tej pory nazywała mnie May. Skrót od Maryam.
- Maryam. Arabski odpowiednik Marii, matki Jezusa, czyli Isy, jak
napisano w Koranie.
- Naprawdę? To stąd pochodzi moje imię? Zawsze myślałam, że dostałam je
po nudnej starej ciotce mojej mamy.
- Możliwe, że dostałaś je po nudnej starej ciotce, ale takie jest
pochodzenie tego imienia.
- Bardziej mi się teraz podoba. - May uśmiechnęła się, myśląc o tym, jak
mądra była zawsze jej matka, przydając jej życiu odrobinę uroczej
niezwykłości. - Dobrze, dość pogaduszek, Eve. Jesteś teraz oficjalnie
moją zastępczynią, a nie jakimś elementem wyposażenia. Stanowimy zespół.
Zrozumiałaś?
- Tak je... To znaczy tak, May.
- Doskonale. Wróćmy zatem do nieprzyjemnych tematów, takich jak
kataklizm na statku et cetera. To, co mogłoby pomóc nam go uratować, to
przede wszystkim informacja o tym, co, u diabła, tu się wydarzyło. Masz
jakieś dane?
- Wydaje się, że nie ty jedna masz kłopoty z pamięcią. Zaraz po
restarcie próbowałam się dostać do danych z dziennika pokładowego. Jak
wiesz, jestem zaprogramowana do rejestrowania całej wyprawy. Obejmuje to
przechowywanie surowych danych i przejmowanie zapisów z mojej sieci
kamer. Zapisy w dzienniku pokładowym urywają się piętnastego grudnia dwa
tysiące sześćdziesiątego siódmego roku i zostały przywrócone dopiero po
restarcie.
- Czy jest możliwe, że twoja utrata pamięci została spowodowana przez to
coś, co uszkodziło statek?
- Tak, ale stan moich procesorów, choć mizerny, sprawia, że całkowita
utrata danych jest nieprawdopodobna. System jest redundantny, aby temu
zapobiec.
- Z pewnością ci z kontroli lotu mają rezerwowe kopie zapasowe -
powiedziała May z nadzieją.
- Wszystkie dane są nieustannie przesyłane do kontroli lotu. Jeśli uda
nam się przywrócić kontakt, będziemy mogły określić problem.
- Usuńmy z naszego słownika słowo "jeśli", Eve. Gdy... gdy przywrócimy
łączność.
- Oczywiście, z tym zastrzeżeniem, że nie będę próbowała przekazywać
pewników z powodu braku danych empirycznych.
- Dobrze. Trochę krucho u mnie z optymizmem. Ale gdy mój cholerny mózg
zacznie w końcu dobrze funkcjonować, będę mogła pomóc rozwiązać niektóre
z naszych problemów. Teraz mam w głowie kompletny chaos.
- Jeśli chcesz - powiedziała Eve - pokażę ci wideo z odprawy misji i dam
ci dostęp do programów do przeglądu statku. Przeszukałam nasze dane
medyczne i odkryłam, że odpowiednie wskazówki mogą pomóc przywrócić
pamięć po urazie mózgu. W briefingu podane są parametry i personel
misji, a także krótki przegląd badań doktora Stephena Knoxa, na których...
Myśli May powędrowały do męża, więc nie docierały już do niej wywody
Eve. Nie to, że o nim zapomniała. Skupiona na sytuacji na statku i próbie przeżycia, próbując poradzić sobie z mętlikiem w głowie, nie
miała ani czasu, ani siły, by rozmyślać o mężu. Lecz im wyraźniej
dochodziła do siebie, tym częściej powracał w jej myślach.
Mimo że przepełniały ją ciepłe, serdeczne uczucia, niepokój powodował
skurcze w żołądku. Czy po prostu tęskniła za nim i martwiła się, że on
jest przekonamy o jej śmierci? Że teraz cierpi, tak samo jak ona by
cierpiała, będąc na jego miejscu? A może chodziło o coś więcej?
Pamiętała to, co powiedziała Eve o amnezji wstecznej. Dawniejsze
wspomnienia przyjdą najpierw albo przynajmniej łatwiej będzie do nich
dotrzeć. Wspomnienia świeższe będą trudniej dostępne.
Ale, koniec końców, przyjdą do niej. On do niej przyjdzie. Teraz jednak
wydawał się bardzo, bardzo daleki.