Astronautka - S.K. Vaughn

Kup ebooka

31.50 zł
26.15 zł (22,05 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 8

8

14 lutego 2066 Houston, Tek­sas

Niedzielne popo­łu­dnie. May ćwi­czyła w symu­la­to­rze "Haw­kinga II" w Cen­trum Lotów Kosmicz­nych John­sona. Kabina załogi była wbu­do­wana w meta­lową kulę zawie­szoną w ogrom­nym polu elek­tro­ma­gne­tycz­nym, mogą­cym symu­lo­wać lot kosmiczny z dużą dozą dokład­no­ści. May prze­cho­dziła szko­le­nie anty­gra­wi­ta­cyjne, lata­jąc od sta­cji do sta­cji z przy­mo­co­wa­nym do pasa modu­łem sil­ni­ków manew­ro­wych.

- Sekwen­cja szko­le­nia zakoń­czona - oznaj­miła pokła­dowa SI. - Dosko­nały wynik. Świetna robota.

- Dzię­kuję - powie­działa Mary, scho­dząc powoli na zie­mię.

- Chcia­ła­byś zro­bić jesz­cze jedną rundę?

- Nie, powin­nam raczej wyjść na zewnątrz i przez chwilę posy­mu­lo­wać, że jestem istotą ludzką.

- Dobrej zabawy - poże­gnała się SI.

- No pro­szę, tego to już za wiele - rzu­ciła May ze śmie­chem.

Świat na zewnątrz był mokry od desz­czu, asfalt pokry­wały plamki zała­ma­nego świa­tła. May cze­kało jesz­cze mnó­stwo pracy w symu­la­to­rze, choć jej mózg zamie­nił się w papkę, a słońca nie widziała od wielu dni.

- Pora na drinka. A może dwa.

Idąc do samo­chodu, pozwo­liła, by deszcz prze­mo­czył jej ubra­nie. Dobrze było się nie przej­mo­wać. Jako dowódca zadrę­czała się każ­dym szcze­gó­łem, nawet naj­drob­niej­szym. To była metoda NASA. W tej chwili jedy­nym szcze­gó­łem, jaki ją obcho­dził, było zna­le­zie­nie dobrej mar­ga­rity z solą i wypi­cie jej przy papie­ro­sie. Nor­mal­nie wró­ci­łaby do swo­jego nija­kiego miesz­ka­nia, aby się napić i zapa­lić w samot­no­ści, ale była już zmę­czona uża­la­niem się nad sobą i swoim smęt­nym samot­nic­twem. Ponie­dzia­łek był dniem wol­nym. Rów­nie dobrze można go było wyko­rzy­stać na doj­ście do sie­bie po zaba­wie.

May pode­szła do jedy­nego samo­chodu na par­kingu, bar­dzo ame­ry­kań­skiego czer­wo­nego mustanga, kabrio­letu, kupio­nego za wszyst­kie jej oszczęd­no­ści. Samo­chód był jedną z tych sta­rych bestii, które można było nawet samemu pro­wa­dzić. Uwa­żała, że auto­pi­lot to bzdura, a pro­wa­dze­nie jest jedną z naj­więk­szych przy­jem­no­ści w życiu - zwłasz­cza spor­to­wego samo­chodu, gdy czuje się wiatr we wło­sach. Nie było we wszech­świe­cie mądrali, który mógłby wymy­ślić coś, co by zastą­piło taki wóz.

Na Dzie­więt­na­stą Ulicę w dziel­nicy The Heights wyle­gły tłumy. May miała wra­że­nie, że gdzie­kol­wiek spoj­rzy, widać pary trzy­ma­jące się za ręce, jedzące i pijące w ogród­kach restau­ra­cyj­nych, cału­jące się na widoku. Widziała kilka kobiet nio­są­cych bukiety kwia­tów i pre­zenty. Ruch był duży, uspo­ko­iła więc nerwy czer­wo­nym dun­hil­lem i puściła jakąś durną popową pio­senkę.

- Walen­tynki. Jan­kesi i to ich publiczne oka­zy­wa­nie uczuć. - Wzdry­gnęła się. - Nie­do­brze się robi.

Wypi­cie drinka lub dwóch stało się pilną potrzebą, a cier­pli­wość May się wyczer­py­wała, gdy tak wlo­kła się ulicą w śli­ma­czym tem­pie, szu­ka­jąc lokalu, który nie rekla­mo­wałby śmierci od wsze­la­kich sma­że­nin. Pół prze­cznicy dalej ktoś wyjeż­dżał z miej­sca przed restau­ra­cją mek­sy­kań­ską, a May miała dosko­nałą pozy­cję, by je zająć.

- Alle­luja! - zawo­łała ura­do­wana. Ale gdy tylko samo­chód wyje­chał, inny wóz, z prze­ciw­nej strony jezdni, zawró­cił i wśli­znął się na miej­sce upa­trzone przez May.

- Sukin­syn - syk­nęła.

Przy­go­to­wu­jąc prze­mowę do bez­czel­nego kie­rowcy, nie zauwa­żyła męż­czy­zny na chod­niku z jej strony. Miał na sobie obwi­sły weł­niany kar­di­gan, do tego stare trampki i z nosem tkwią­cym w dużej, nie­po­ręcz­nej książce w twar­dej okładce pró­bo­wał upo­rać się z szybko top­nie­ją­cym, absur­dal­nie dużym roż­kiem lodów pista­cjo­wych. Gdy chcąc przejść na drugą stronę jezdni, na oślep zszedł z kra­węż­nika tuż przed jej samo­cho­dem, zna­lazł się zbyt bli­sko, by May, nawet sunąc z pręd­ko­ścią dwu­dzie­stu kilo­me­trów na godzinę, zdą­żyła zaha­mo­wać. Przedni zde­rzak tra­fił męż­czy­znę w kolana. Ude­rzony zasko­wy­czał jak pies, a May wci­snęła hamu­lec. Jej ofiara osu­nęła się nie­zdar­nie na maskę.

W pierw­szej chwili May stra­ciła dech z prze­ra­że­nia, że kogoś potrą­ciła, lecz zaraz potem wybu­chła śmie­chem, ponie­waż lody potrą­co­nego osob­nika prze­le­ciały nad przed­nią szybą samo­chodu i spa­dły na jej kolana. Roz­gnie­wany męż­czy­zna z tru­dem się wypro­sto­wał, w ręce miał pusty rożek.

- Dla­czego pani nie zwol­niła?! - krzyk­nął.

- Jecha­łam tak wolno, że wła­ści­wie się cofa­łam - odparła, usi­łu­jąc stłu­mić śmiech. - Może powi­nien pan patrzeć, gdzie pan idzie, zamiast trzy­mać książkę na twa­rzy i zaja­dać śmieszne lody. Ile pan ma lat? Osiem?

Męż­czy­zna poczer­wie­niał na twa­rzy. W pobliżu już zebrała się grupa roz­ba­wio­nych gapiów, a May nagle zro­biło się przy­kro, że ośmie­szyła tego czło­wieka. Gdzie, u dia­bła, podziały się moje dobre maniery? Już miała go prze­pro­sić, gdy facet dolał oliwy do ognia.

- To wcale nie jest śmieszne! - krzyk­nął, pocie­ra­jąc kolana. - Może pani powinna nauczyć się jeź­dzić w tym kraju, zanim pani kogoś zabije.

Gapie zachi­cho­tali i zaczęli kla­skać. Nie­któ­rzy nagry­wali tę wymianę zdań. Współ­czu­cie May dla męż­czy­zny wypa­ro­wało rów­nie szybko, jak rosła jej nie­chęć do tłumu. Będzie z nią nie­do­brze, jeśli zosta­nie uznana za głu­pią cudzo­ziemkę, nie­zdolną do cze­goś tak pro­stego jak jazda po wła­ści­wej stro­nie jezdni.

- A może pan powi­nien wycią­gnąć głowę z tyłka - powie­działa spo­koj­nie. - Nawia­sem mówiąc, dzwo­nili ze szpi­tala psy­chia­trycz­nego. Widać stę­sk­nili się już za tym brud­nym swe­trem.

Gapie ryk­nęli śmie­chem, klasz­cząc; nagle opo­wie­dzieli się po stro­nie May. Było jasne, że jej prze­ciw­nik zdaje sobie z tego sprawę i chce jak naj­szyb­ciej znik­nąć ludziom z oczu, może wpeł­znąć do jakiejś dziury i tam umrzeć. Pośpiesz­nie pod­niósł książkę z asfaltu, omal nie tra­cąc przy tym głowy pod pędzącą fur­go­netką, po czym z książką w ręku potruch­tał chod­ni­kiem do przy­stanku auto­bu­so­wego i usiadł na ławce, żeby się pozbie­rać.

Odcho­dził żegnany gwiz­dami gawie­dzi, a May zro­biło się strasz­nie wstyd. Zapar­ko­wała kawa­łek dalej i pode­szła do niego.

- Przy­szła pani mnie dobić? - zażar­to­wał.

May poka­zała mu swoje prawo jazdy.

- Wró­ci­łam, żeby prze­pro­sić i zapro­po­no­wać, że zawiozę pana do leka­rza. Trzeba się upew­nić, że wszystko z panem w porządku. Tu jest moje prawo jazdy, gdyby pan chciał wezwać poli­cję. A tak przy oka­zji... jestem Maryam.

- Ste­phen.

Podała mu rękę, ale on osten­ta­cyj­nie zlek­ce­wa­żył ten gest. Dotknęło ją takie dzie­cinne zacho­wa­nie, jed­nak chwilę potem zoba­czyła na jego nad­garstku krew prze­sią­ka­jącą przez swe­ter.

- Och, jesteś ranny - prze­stra­szyła się. - W samo­cho­dzie mam apteczkę. Zaraz wra­cam.

Pobie­gła do mustanga i chwy­ciła apteczkę. Lecz gdy spoj­rzała w kie­runku przy­stanku, zoba­czyła tylko pustą ławkę.

Rozdział 9

9

26 grud­nia 2067 Sta­cja Kosmiczna imie­nia Orville'a i Wil­bura Wri­gh­tów orbita oko­łok­się­ży­cowa

Proces łado­wa­nia naj­now­szych obra­zów z poszu­ki­wań - oznaj­mił męski głos SI - zakoń­czył się trzy godziny dwa­dzie­ścia sześć minut temu.

Na zakrzy­wio­nym ekra­nie się­ga­ją­cym od sufitu do pod­łogi poja­wił się wyso­kiej roz­dziel­czo­ści obraz Europy. Szcze­góły były tak wyraźne, że zda­wało się, iż można się­gnąć ręką do ekranu i dotknąć lodo­wa­tej, lśnią­cej powierzchni księ­życa, poprze­ci­na­nej krzy­żu­ją­cymi się ciem­nymi szcze­li­nami. W skrzą­cym się zamar­z­nię­tym morzu umiesz­czona była kap­suła z fla­gami wszyst­kich kra­jów uczest­ni­czą­cych w tej histo­rycz­nej misji.

Wie­lo­za­kre­sowy tele­skop został skon­stru­owany na potrzeby NASA do bada­nia pla­net poza­sło­necz­nych odle­głych o miliony lat świetl­nych. Teraz jego obiek­tyw, zdolny obser­wo­wać kosmos w falach widzial­nych, w pod­czer­wieni i nad­fio­le­cie, został wyce­lo­wany w Jowi­sza, by szu­kać śla­dów zagi­nio­nego statku "Haw­king II". Poszu­ki­wa­nie zaczęło się od widoku Europy, następ­nie tele­skop powoli się obra­cał, niczym kamera fil­mowa na wózku, pene­tru­jąc kosmos. Ska­nu­jąc stop­niowo prze­strzeń o pro­mie­niu setek milio­nów kilo­me­trów, prze­cze­sy­wał obszar, przez który miała prze­bie­gać tra­jek­to­ria drogi powrot­nej "Haw­kinga II". Z Europy prze­su­nął się przez orbitę gazo­wego olbrzyma Jowi­sza, tak ogrom­nego, że zajął więk­szość ekranu. Potem spoj­rze­nie tele­skopu prze­śli­znęło się przez pas pla­netoid pomię­dzy Jowi­szem a Mar­sem, przez orbitę Marsa, aby spo­cząć na krą­żą­cej po orbi­cie Księ­życa Sta­cji Wri­gh­tów.

W ostat­nim obra­zie Jowisz był widoczny tylko jako maleńki, led­wie dostrze­galny świe­cący punk­cik w morzu gwiazd. Poszu­ki­wa­nia objęły prze­strzeń odle­głą o bli­sko sześć­set milio­nów kilo­me­trów. Tę liczbę i ten obraz miał przed oczami Ste­phen Knox, gdy ana­li­zo­wał dane z dol­nej czę­ści ekranu. Musiał także przy­jąć do wia­do­mo­ści naj­gor­szą z danych - wyge­ne­ro­wany przez maszynę napis gło­szący: "Sta­tek nie­wy­kryty".

- Wyłą­czyć ekran - powie­dział cicho.

Obraz znik­nął, a ekran powró­cił do swej funk­cji okna obser­wa­cyj­nego w gabi­ne­cie Ste­phena. Pusty han­gar, dobrze widoczny przez szybę, wyglą­dał niczym otwarta krwa­wiąca rana. Patrząc na swoje odbi­cie, Ste­phen pomy­ślał, że jest tak samo pusty w środku jak ten han­gar. Zwy­kle wyglą­dał jak typowy nauko­wiec - potar­gane kru­czo­czarne przy­pró­szone siwi­zną włosy, nie­ustan­nie odgar­niane z ciem­nych, badaw­czych oczu, broda nie­po­rządna i zbyt długa, pocią­gła, pobruż­dżona twarz czło­wieka zasad - lecz teraz przed­sta­wiał sobą obraz czło­wieka zże­ra­nego nie­po­ko­jem.

Wyda­wało się nie­mal nie do pomy­śle­nia, że zale­d­wie kilka tygo­dni wcze­śniej obser­wo­wał start "Haw­kinga II", z jego żoną May i jego całym zespo­łem badaw­czym na pokła­dzie. Gdy sta­tek wystrze­lił w górę, wywo­łu­jąc wielki entu­zjazm wśród obser­wu­ją­cego tłumu, Ste­phen nie czuł rado­ści, jakiej się spo­dzie­wał, choć dzieło jego życia miało wła­śnie ode­grać zasad­ni­czą rolę w reali­za­cji jed­nej z naj­bar­dziej ambit­nych misji w histo­rii NASA. Zamiast tego ner­wowo bawił się obrączka ślubną, któ­rej zna­cze­nie zda­wało się maleć wraz z powięk­sza­jącą się odle­gło­ścią mię­dzy stat­kiem a sta­cją. Patrzył na prze­kaz wideo uka­zu­jący May na pokła­dzie; ema­no­wało z niej podobne przy­gnę­bie­nie. A gdy "Haw­king II" został pochło­nięty przez ciem­ność, Ste­phen zsu­nął obrączkę i scho­wał ją w szu­fla­dzie biurka razem z innymi nie­waż­nymi dro­bia­zgami.

Lot prze­bie­gał bez zakłó­ceń przez nieco ponad trzy­na­ście tygo­dni. Czło­wiek po raz pierw­szy posta­wił stopę na lodo­wej gra­nicy Europy. Sied­mio­dniowa eks­plo­ra­cja i pobra­nie pró­bek oka­zały się spek­ta­ku­lar­nym suk­ce­sem. A potem... cał­ko­wita utrata kon­taktu - znów po raz pierw­szy w dzie­jach NASA. I to nie na pewien czas... czego można się było spo­dzie­wać w przy­padku misji kosmicz­nych... ale na jede­na­ście dni. Jede­na­ście dni nie­prze­rwa­nej ciszy radio­wej. Nic nie nada­wano, niczego nie odbie­rano. Tele­me­tria padła. Stan załogi i statku nie­znany.

Ste­phen był przede wszyst­kim naukow­cem. Przez więk­szość życia żywił się i oddy­chał danymi empi­rycz­nymi, zda­wał więc sobie sprawę, że stało się coś złego. W przy­padku "Haw­kinga II" - naj­gor­szego. Z każ­dym mija­ją­cym dniem szanse załogi na prze­ży­cie gwał­tow­nie się zmniej­szały. Kosmos był wiecz­nie bez­li­to­sny. Tam nie ist­niało coś takiego jak nie­wielki pro­blem. Nawet naj­mniej­sze prze­oczone pęk­nię­cie mogło stać się zie­jącą dziurą głodną ludz­kiego życia. Życia May.

Mimo tej chłod­nej oceny sytu­acji Ste­phen nie mógł pozbyć się nie­ty­po­wego dla sie­bie, zabo­bon­nego prze­ko­na­nia, że musi zacho­wać czuj­ność, być jak latar­nia mor­ska w bez­kre­sie kosmosu. Wyobra­żał sobie żony mary­na­rzy sprzed wie­ków, wciąż wycze­ku­jące na brzegu morza na powrót mężów, choć był to próżny trud, bo morze nie zna lito­ści. Ale podob­nie jak dla tych kobiet, i dla niego codzienny rytuał czu­wa­nia był jedyną rze­czą, dzięki któ­rej nie ule­gał stra­chowi. Zawsze drwił z nadziei i z jej kuzyna agno­styka - opty­mi­zmu. Teraz bar­dzo ich jed­nak potrze­bo­wał, bła­gał o litość, pro­sił o naj­mniej­szą nawet odro­binę spo­koju ducha. Myśl o tym, że być może wysłał na śmierć trzy­dzie­ści pięć osób, z któ­rych jedna była miło­ścią jego życia, wypeł­niała każdy zaką­tek jego umy­słu, niczym zło­śliwy guz z prze­rzu­tami. Tym, co mogło uczy­nić tę myśl śmier­cio­no­śną, była moż­li­wość, że ni­gdy już nie będzie miał oka­zji powie­dzieć May, jak wiele dla niego zna­czy.

Lecz ten szcze­gólny pisto­let przy­ło­żony do głowy to cał­kiem inna histo­ria.

SI Ste­phena dała o sobie znać w inter­ko­mie.

- Jak długo? - zapy­tał Ste­phen, zanim SI się ode­zwała.

- Trzy­dzie­ści minut, pro­szę pana.

- Podaj mi prze­pa­skę na oczy i papie­rosa, pro­szę.

- Co mam podać, pro­szę pana?

- Nie­ważne.

- Czy życzy pan sobie kawy? A może pla­ster na stres?

- Nie, dzię­kuję.

Robert War­ren, dyrek­tor misji kosmicz­nych NASA i szef Ste­phena, zażą­dał jego obec­no­ści na obo­wiąz­ko­wym zebra­niu. Ste­phen nie miał złu­dzeń co do wyniku tego spo­tka­nia. Było rów­nie prze­wi­dy­walne jak więk­szość dzia­łań Roberta. Na znak pro­te­stu nie zamie­rzał pójść do gabi­netu tego czło­wieka i pozwo­lić się upo­ko­rzyć, na co, jak wie­dział, się zano­siło. Ten jeden raz, pomy­ślał sobie, on może się pofa­ty­go­wać do mnie, sukin­syn.

Wyłą­czył inter­kom SI oraz wszyst­kie linie łącz­no­ści i wró­cił do okna obser­wa­cyj­nego. W dzie­ciń­stwie spę­dził nie­zli­czone let­nie noce na przy­pa­try­wa­niu się gwiaz­dom. I teraz, kiedy już nie miał wąt­pli­wo­ści, że są to jego ostat­nie godziny w tym miej­scu, to wła­śnie tu chciał zabić czas, zanim spad­nie topór. Było mu jed­nak ciężko na duszy. To, co przez całe jego życie sta­no­wiło źró­dło inspi­ra­cji, w tej chwili wyda­wało się wrogą, zdra­dziecką mocą. Nie­za­leż­nie od tego, jak usil­nie pró­bo­wał patrzeć poza ten han­gar, jego umysł tam zako­twi­czył, w tym ostat­nim miej­scu, gdzie ją widział, i być może ostat­nim miej­scu, w któ­rym kie­dy­kol­wiek ją zoba­czy.

Rozdział 1

1

Kwie­cień 2045 Bour­ne­mo­uth, Wielka Bry­ta­nia

Za bar­dzo szar­żu­jesz.

Eve stała na brzegu ogro­do­wej sadzawki w gasną­cych pro­mie­niach wio­sen­nego słońca. Przy­czyną nie­po­koju widocz­nego na jej mło­dej twa­rzy była córka, zbyt skłonna do bra­wury dzie­się­cio­let­nia May, która plu­skała się w zie­lo­nej wodzie w swym ulu­bio­nym cytry­no­wym czepku i pasu­ją­cych do niego oku­la­rach pły­wac­kich. May uśmiech­nęła się, zauwa­żyw­szy nie­po­kój matki. Utwier­dzał ją w prze­ko­na­niu, że to, co robi, jest naprawdę ryzy­kowne.

Eve nie była nado­pie­kuń­czą matką, lecz prze­pły­wa­nie całej dłu­go­ści męt­nej sadzawki pod wodą nie wyda­wało jej się ani zabawne, ani roz­sądne. Pod­nio­sła ręcz­nik córki.

- Tak czy ina­czej, nie­długo będzie kola­cja, więc wyjdź z tego błota, pro­szę, i...

- Zacze­kaj na mnie po dru­giej stro­nie! - krzyk­nęła May i dała nurka do wody.

- Niech to szlag - rzu­ciła Eve.

May usły­szała pod wodą stłu­mione słowa matki, wyczuła jej iry­ta­cję i, pod­eks­cy­to­wana, tym bar­dziej chciała udo­wod­nić, że da sobie radę. Ener­gicz­nie poru­szała rękami i nogami, a prze­ko­nana, że poko­nała duży dystans, wysta­wiła na moment głowę, by zoba­czyć, ile jesz­cze zostało jej do prze­pły­nię­cia. Wpa­dła w prze­ra­że­nie, gdy się oka­zało, że choć czuła się już bar­dzo zmę­czona, prze­pły­nęła zale­d­wie jedną trze­cią dłu­go­ści sadzawki. Zimna woda spra­wiła, że sztyw­niały jej mię­śnie, a oddech sta­wał się coraz płyt­szy. A co gor­sza, krót­kie wynu­rze­nie się na powierzch­nię wywo­łało gniewne okrzyki matki, żąda­ją­cej, by córka jej posłu­chała i wyszła z sadzawki natych­miast, zanim się utopi.

Utopi.

Od naj­młod­szych lat May była świetną pły­waczką, uta­len­to­waną i ponad wiek wytrzy­małą. Myśl o śmierci w miej­scu, w któ­rym czuła się bez­pieczna jak w domu, a być może nawet bar­dziej, wyda­wała jej się absur­dalna... Do tego dnia w sadzawce. Z każ­dym ruchem jej ręce i nogi sta­wały się cięż­sze, a płuca coraz bar­dziej bolały. Wynu­rza­jąc się na chwilę, zaczerp­nęła szybko łyk powie­trza, ale nie wystar­czyło go na długo. Gdzieś w tyle głowy zaczęły pobrzmie­wać ostrze­że­nia matki doty­czące pły­wa­nia w ogro­do­wej sadzawce. Woda zawsze była w niej zimna, nawet latem, w słońcu ni­gdy nie uda­wało się ogrzać jej bar­dziej niż na głę­bo­kość kil­ku­na­stu cen­ty­me­trów od mato­wej, niczego nie­odbi­ja­ją­cej powierzchni.

Ale ja jestem nie­zwy­kła, prze­ko­ny­wała samą sie­bie. Jestem wyjąt­kowa.

Do tej pory jej oso­bi­sta che­er­le­aderka sku­tecz­nie ją dopin­go­wała, teraz jed­nak do obo­la­łych z zimna uszu May nic nie docie­rało. Porzu­ca­jąc dumę, wynu­rzyła się, by zła­pać oddech, oka­zało się jed­nak, że wciąż ma do poko­na­nia jedną trze­cią drogi na drugi brzeg, dystans, który w tej chwili wyda­wał jej się rów­nie długi jak kanał La Man­che. Zaczerp­nęła powie­trza i usi­ło­wała pły­nąć, lecz wyczer­pa­nie spra­wiło, że zaczęło jej drę­twieć całe ciało.

Ręce i nogi led­wie się poru­szały, tra­cąc resztki sił na utrzy­ma­nie ust ponad wodą; May czuła już tylko złość na wła­sną głu­potę, na zlek­ce­wa­że­nie ostrze­żeń mamy. Po raz ostatni spró­bo­wała uchwy­cić spoj­rze­nie Eve w nadziei, że ta zro­zu­mie bez­gło­śne woła­nie o pomoc, bo w jej roz­dy­go­ta­nej piersi bra­ko­wało już powie­trza na krzyk. Nie zoba­czyła jed­nak nic oprócz meta­licz­nego nieba wiszą­cego nad roz­my­tym kra­jo­bra­zem i... spa­dła w dół jak kamień. Mogła tylko pró­bo­wać zatrzy­mać ostatni łyk powie­trza, choć zda­wała sobie sprawę, że nie zdoła już tego zro­bić. Jej ciało stało się sine i zlo­do­wa­ciało niczym dłoń zanu­rzona w śniegu. I wtedy poczuła ostry ból w piersi i usły­szała roz­ka­zu­jący głos; ktoś wycią­gał ją z otchłani.

- Oddy­chaj!

Rozdział 2

2

25 grud­nia 2067 Sta­tek badaw­czy "Haw­king II"

Nagie ciało May zanu­rzone w żelu hipo­ter­micz­nym leżało w wid­mo­wej ciszy kap­suły hiber­na­cyj­nej. Zain­tu­bo­wane i pod­łą­czone do wszel­kich moż­li­wych urzą­dzeń reani­mu­ją­cych. Jedyną oznaką życia było pomru­ki­wa­nie i pobrzę­ki­wa­nie maszyn. Kap­suła, ogromny kokon o mlecz­no­bia­łej mato­wej powłoce, pul­so­wała deli­kat­nie w rytm płyt­kich odde­chów May. Było to jedyne - poza bursz­ty­no­wym pobla­skiem oświe­tle­nia awa­ryj­nego - zna­czące źró­dło świa­tła w zaciem­nio­nym ambu­la­to­rium. W mato­wym okienku obser­wa­cyj­nym wymi­ze­ro­wana twarz May wyda­wała się mar­twa.

Czuj­niki wykryły pod led­wie dostrze­gal­nie trze­po­czą­cymi rzę­sami szybki ruch gałek ocznych, pierw­szą oznakę świa­do­mo­ści. Kap­suła od razu zare­ago­wała - zaró­żo­wiła się i roz­po­częła pro­ce­durę stop­nio­wego pod­wyż­sza­nia cie­płoty ciała, jed­no­cze­śnie poda­jąc neu­ro­sty­mu­lanty.

Przy­tę­pione zmy­sły May mogły odbie­rać tylko słabe bły­ski świa­tła i stłu­mione, odle­głe dźwięki. Palce z wysił­kiem dra­pały powie­trze, pod­czas gdy w spo­wol­nio­nym mózgu roz­bie­gał się na wszyst­kie strony rój neu­ro­nów. Skóra zaru­mie­niła się pod cienką war­stwą potu. Każda kość w jej ciele cier­piała katu­sze, a krew burzyła się w żyłach.

Narządy wewnętrzne szybko odży­wały, a mimo to May z tru­dem prze­dzie­rała się przez pozor­nie nie­prze­nik­nioną mgłę spo­wi­ja­jącą jej umysł. Roz­pacz­li­wie potrze­bo­wała jakie­goś bodźca, ina­czej gro­ziło jej, że udusi się rurką intu­ba­cyjną, ponie­waż w kap­sule zwal­niał sys­tem pod­trzy­my­wa­nia życia. Przy­szedł w postaci gło­śnych tonów świą­tecz­nej melo­dii pusz­czo­nej z gło­śni­ków na statku, poprze­dza­ją­cych nagrane na pły­cie życze­nia świą­teczne w wielu języ­kach. Wśród prze­ni­kli­wych gło­sów dzie­cię­cego chóru śpie­wa­ją­cego Cichą noc osła­bione nad­ner­cza May uwol­niły całą adre­na­linę, jaką udało im się zgro­ma­dzić. Rezul­tat przy­po­mi­nał odpa­la­nie samo­chodu, który całymi tygo­dniami stał w tem­pe­ra­tu­rze poni­żej zera. W ślad nad­ner­czy poszedł auto­no­miczny układ ner­wowy, pobu­dza­jąc mię­śnie do gwał­tow­nych skur­czów, aby ogrzać trze­wia. Gdy frag­men­ta­ryczna świa­do­mość kłę­biła się w jej umy­śle, chór ude­rzył prze­szy­wa­ją­cym cre­scendo, a May otwo­rzyła oczy.

Rozdział 3

3

Pacjentka wró­ciła do życia. Dez­ak­ty­wa­cja kap­suły hiber­na­cyj­nej.

Spo­kojny kobiecy głos SI, sztucz­nej inte­li­gen­cji, prze­bił się przez gasnące dźwięki pra­cu­ją­cych maszyn. Respi­ra­tor zwol­nił i zatrzy­mał się ze znu­żo­nym wes­tchnię­ciem. Wieko kap­suły się roz­su­nęło, skro­plona para z wewnętrz­nych ścia­nek spły­nęła na pod­łogę. May, cał­ko­wi­cie zdez­o­rien­to­wana, nie­zdolna sku­pić wzroku i led­wie mogąca poru­szyć osła­bio­nymi rękami i nogami, wpa­dła w panikę. Jej krzyk został zdła­wiony przez rurkę intu­ba­cyjną i sondę do kar­mie­nia, które upar­cie ją kne­blo­wały. Kur­czowo chwy­ciła je roz­grze­wa­ją­cymi się powoli pal­cami i zaczęła wycią­gać, zwal­cza­jąc jed­no­cze­śnie atak kaszlu i odruch wymiotny.

Gdy wresz­cie się z tym upo­rała, powoli zanu­rzyła się w żelu hipo­ter­micz­nym, teraz cie­płym i kle­istym, który zakrył piersi i dosię­gnął szyi, gro­żąc May udu­sze­niem. Gwał­towny napad paniki wywo­łał bole­sne skur­cze mię­śni i wra­że­nie, że skórę prze­szy­wają szpilki i igły. Paskudny żel dotarł do brody, May szarp­nęła się i prze­wró­ciła na bok. Kap­suła zako­ły­sała się i wywró­ciła. Ude­rzyła o pod­łogę, a May, nagle wyrzu­cona na zewnątrz, prze­je­chała śli­zgiem przez pokój; igły do kro­pló­wek nie­mal wystrze­liły z jej ciała. Doto­czyła się do jakiejś ściany i leżała tam w pozy­cji embrio­nal­nej, wymio­tu­jąc czymś wod­ni­stym zmie­sza­nym z krwią.

W gło­wie May pano­wał zamęt, kłę­biło się mnó­stwo pytań. W ciem­no­ściach nie­wiele widziała, a obraz był na poły roz­ma­zany. Wie­działa, że jest w jakimś szpi­talu, ale gdzie? Nie pamię­tała, jak się tam zna­la­zła ani nawet że była chora. Czuła się jed­nak tak źle, jakby miała zaraz umrzeć. Para­li­żu­jąca ciało panika pozba­wiała ją tchu. Chciało jej się spać, a myśl o śmierci spra­wiła, że po pro­stu zamknęła oczy i się pod­dała, jakby nie zale­żało jej już na życiu. Wyda­wało jej się to pocią­ga­jące, nie­mal nie­od­par­cie, ale jakimś cudem dotarło do niej, że mogło się też oka­zać nie­bez­pieczne. Czuła to. Choć pokój wiro­wał, powo­du­jąc mdło­ści, wycią­gnęła ręce i na oślep zaczęła szu­kać cze­goś solid­nego, czego mogłaby się przy­trzy­mać, racz­ku­jąc nie­po­rad­nie niczym nie­mowlę.

Blat wzdłuż ściany wyda­wał się dosta­tecz­nie bli­sko, więc May sku­piła się na nim i peł­zła po pod­ło­dze, z wysił­kiem prze­su­wa­jąc nogi. Były jak z gumy. Gdy jej kłyk­cie stuk­nęły o jedną z zim­nych meta­lo­wych sza­fek, poczuła cień ulgi, a to dodało jej pew­no­ści sie­bie. Oparła się na jed­nym łok­ciu, potem na dru­gim i uży­wa­jąc wszyst­kich sił, pod­nio­sła się na kolana i pod­parła rękami; słabe, drżące mię­śnie led­wie utrzy­my­wały ją w tej pozy­cji.

Nie miała poję­cia, co teraz zro­bić, cze­kała więc, aż wpad­nie jej do głowy jakiś pomysł.

Woda.

Język miała tak wysu­szony, że przy­kleił się do pod­nie­bie­nia, wciąż sma­ku­ją­cego krwią. Odwod­nie­nie. Tak się nazywa to, co teraz czuła. Zda­rzało jej się to wcze­śniej, wiele razy. Niskie ciśnie­nie krwi. Przy­czyna zawro­tów głowy i osła­bie­nia.

Rusz się.

Umysł May otrzą­sał się z paję­czyn, roz­ka­wał­ko­wany świat zaczy­nał skła­dać się w całość. Na bla­cie, nie­da­leko niej, znaj­do­wało się sta­no­wi­sko badań lekar­skich z umy­walką umiesz­czoną nie­spełna metr nad pod­łogą. Myśl o wsta­niu na nogi była nie­do­rzeczna, May zła­pała się jed­nak kra­wę­dzi blatu i pod­nio­sła się z jed­nego kolana, wykrzy­wia­jąc twarz z bólu, który niczym roz­grzane noże prze­szy­wał każdy staw i mię­sień. Posłu­gu­jąc się na prze­mian nogami i rękami w ten spo­sób, że jedna para odpo­czy­wała, pod­czas gdy druga pra­co­wała, zdo­łała przy­kuc­nąć. To małe zwy­cię­stwo upew­niło ją, że warto dalej pró­bo­wać. Pod­cią­gnęła się dosta­tecz­nie wysoko, by wysu­nąć rękę nad umy­walkę i ucze­pić się kranu. Trzy­mała się go z całej siły wypro­sto­wa­nymi rękami i prze­su­wała stopy do przodu, dopóki nie udało jej się wstać.

Wpa­trzona w meta­lową umy­walkę May uśmie­chała się dum­nie. Popę­kane wargi krwa­wiły, ale to jej nie obcho­dziło, bo gdy odkrę­ciła kurek, z kranu popły­nęła woda. Nachy­liła się, pozwo­liła jej spły­wać po twa­rzy i poły­kała każdą kro­plę, jaką zdo­łała zła­pać. Woda sma­ko­wała tak wspa­niale, że May by się roz­pła­kała, gdyby tylko zostały jej jakieś łzy. Po kilku dużych łykach woda przy­wró­ciła jej chęć do życia. Wzrok się wyostrzył, umysł roz­ja­śnił. Na ścia­nie za zle­wem wisiała latarka awa­ryjna. May ją zdjęła, włą­czyła słabe, mru­ga­jące świa­tło i ostroż­nie rozej­rzała się wokół.

Co tu się stało, u dia­bła?

W ambu­la­to­rium pano­wał kom­pletny chaos, zawar­tość szu­flad, sza­fek i zamy­ka­nych schow­ków leżała w nie­ła­dzie, naj­wy­raź­niej wyrzu­cona na pod­łogę w akcie despe­ra­cji. Czym spo­wo­do­wa­nej despe­ra­cji? Nosze na kół­kach były obdarte i popla­mione. May pomy­ślała, że wygląda to jak pomiesz­cze­nie do selek­cji ran­nych w stre­fie wojny. Skąd mam wie­dzieć, dla­czego tak wygląda? Pró­bo­wała wyde­du­ko­wać przy­czyny, lecz duże luki w pamięci i zmniej­szona zdol­ność per­cep­cji wpra­wiały ją w zde­ner­wo­wa­nie, czego sta­now­czo chciała unik­nąć. Powie­działa sobie, że naj­pierw musi się sku­pić na dopro­wa­dze­nia ciała do stanu jakiej takiej nor­mal­no­ści, a dopiero potem zrobi to samo z umy­słem.

- Nie kom­pli­kuj - szep­nęła.

Wła­sny głos wydał jej się schryp­nięty i nie­znany, ucie­szyła się jed­nak, że go sły­szy. I zgo­dziła się z tymi sło­wami. "Nie kom­pli­kuj". Pod­nio­sła z pod­łogi szpi­talną koszulę i wsu­nęła ją przez głowę, zado­wo­lona, że może się ogrzać. Woda była darem nie­bios, lecz odwod­nie­nie znów dało o sobie znać; May czuła się słaba i nękał ją tępy ból głowy. Świa­tło latarki omio­tło oszkloną szafkę z worecz­kami do kro­pló­wek. Tego wła­śnie potrze­bo­wała - dużego zastrzyku płynu, który uzu­pełni to, co stra­ciła. Od szafki dzie­liło ją tylko dzie­sięć kro­ków. Prze­su­wała się bokiem, mocno trzy­ma­jąc się blatu, by nie potknąć się o poroz­rzu­cane rze­czy.

Dotarła do szafki, lecz ta oka­zała się zamknięta. Próba przy­po­mnie­nia sobie kodu dostępu byłaby tor­turą, na którą May nie chciała się nara­żać. Roz­glą­da­jąc się dookoła za czymś, czym mogłaby stłuc pan­cerną - tego była pewna - szybę, zauwa­żyła obok kla­wia­tury nume­rycz­nej ska­ner w ana­to­micz­nym kształ­cie. Przy­ło­żyła do niego dłoń. Mały ekran przy ska­nerze zamru­gał i wyświe­tlił komu­ni­kat:

KAPI­TAN MARYAM KNOX, STA­TEK BADAW­CZY "HAW­KING II"

- Witam, kapi­tan Knox - zaćwier­kała rado­śnie SI.

- Co? - zdzi­wiła się May.

- Witam, kapi­tan Knox.

- Ja... wła­śnie się obu­dzi­łam. Jak mnie nazwa­łaś?

- Kapi­tan Knox.

- Kapi­tan?

- Nie rozu­miem pyta­nia.

Strach kieł­ku­jący w May roz­kwitł teraz we wszech­ogar­nia­jące prze­ra­że­nie.

- Prze­pra­szam. Nie mogę... sobie przy­po­mnieć. Moja pamięć... Chyba byłam bar­dzo chora. Jestem osła­biona. Potrze­buję pły­nów... i jedze­nia. Pomo­żesz mi? Pro­szę.

- Oczy­wi­ście. Na co cho­ru­jesz? Obec­nie nie mam dostępu do sieci statku i do two­jej doku­men­ta­cji medycz­nej.

- Nie wiem - powie­działa ostro May, nie oszczę­dza­jąc swo­ich deli­kat­nych strun gło­so­wych.

- Przy­kro mi, że cię zde­ner­wo­wa­łam. Zaraz za tobą jest apa­rat do szyb­kiej dia­gno­styki. Za jego pomocą będę mogła oce­nić twój stan.

May odwró­ciła się i przy­cią­gnęła do sie­bie urzą­dze­nie.

- Pro­szę wydy­chać powie­trze do prze­wodu spi­ro­me­tru i poło­żyć palec na pod­kładce do bada­nia krwi.

May, oddy­cha­jąc do rurki, dostała napadu kaszlu. Po chwili poczuła też ukłu­cie w palcu i aż krzyk­nęła z bólu.

- Nie wykry­łam żad­nych zna­nych pato­ge­nów - oznaj­miła SI. - Stwier­dzi­łam jed­nak poważne odwod­nie­nie i nie­do­ży­wie­nie oraz nie­pra­wi­dło­wo­ści w funk­cjo­no­wa­niu płuc.

- Jesteś genialna - rzu­ciła sar­ka­stycz­nie May.

- Dzię­kuję. Natych­miast zaczniemy kura­cję dożylną.

Pro­wa­dzona przez SI May wyjęła z szafki wore­czek z pły­nem z elek­tro­li­tami i wita­mi­nami, pakiet do ste­ry­li­za­cji i dwie strzy­kawki z adre­na­liną. Prze­nio­sła powoli te rze­czy na nosze na kół­kach, po czym SI poin­stru­owała ją, aby naj­pierw wstrzyk­nęła sobie adre­na­linę, a dopiero potem poło­żyła się i zało­żyła sobie kro­plówkę. Pod­cią­gnąw­szy rękaw koszuli, May szu­kała odpo­wied­niej żyły mię­dzy posi­nia­łymi śla­dami wkłuć. Jej ramiona były nakra­piane dziw­nymi czer­wo­nymi krost­kami, odkryła je także na swo­ich ple­cach i nogach. Skąd się wzięły? Być może miały zwią­zek z jej cho­robą. Roz­bo­lała ją głowa.

- Kapi­tan Knox, pro­szę wpro­wa­dzić igłę do kro­plówki.

- Dobrze, dobrze. Jezu.

May jęk­nęła, zna­la­zła na udzie żyłę, która nie była nad­uży­wana, i powoli, ostroż­nie wbiła igłę. Zapie­kło. Miała wra­że­nie, że prze­bił ją gorący pogrze­bacz. Potem kro­plówka zaczęła pil­nie pra­co­wać, a przy­pływ ener­gii oka­zał się tak ożyw­czy, że May udało się w końcu uro­nić kilka łez rado­ści. Wisienką na tor­cie była maska do oddy­cha­nia i głę­boka inha­la­cja mie­szanką bogatą w tlen. May od razu poczuła się sil­niej­sza i mniej oszo­ło­miona.

- Podam ci łagodny śro­dek uspo­ka­ja­jący, który pomoże ci zasnąć - powie­działa SI.

May pokrę­ciła głową.

- Nie. Ja... po pro­stu boję się, że się nie obu­dzę. Poza tym muszę wie­dzieć, co...

Ziew­nęła i poło­żyła się, zdy­szana.

- To jest konieczne, musisz pozwo­lić swemu ciału wypo­cząć. Będę uważ­nie moni­to­ro­wała twoje para­me­try życiowe i obu­dzę cię środ­kiem pobu­dza­ją­cym, jeśli poja­wią się jakieś pro­blemy. Ponadto adre­na­lina, którą przy­ję­łaś, zapo­bie­gnie głę­bo­kiemu snowi. Czy to roz­wiewa twoje obawy?

- Tak, dzię­kuję - odparła nie­chęt­nie May.

Nie miała powodu ufać SI. Kto wie, czy to nie ona była przy­czyną kata­strofy, która dotknęła sta­tek. Może ten śro­dek uspo­ka­ja­jący nie będzie wcale taki łagodny? Gdyby SI chciała mojej śmierci, ni­gdy bym się nie wydo­stała z kap­suły. Choć z dru­giej strony dowie­działa się o mnie dopiero po tym, jak się obu­dzi­łam.

May prze­rwała ten dzi­waczny dia­log wewnętrzny, uzna­jąc, że popada w para­noję. Pew­nie za sprawą jakiejś tajem­ni­czej przy­pa­dło­ści, wsku­tek któ­rej zna­la­zła się w takiej oto sytu­acji. Oczy­wi­ście czuła się wysta­wiona na ciosy, ale jeśli SI była nie­godna zaufa­nia, ona, May, tak czy ina­czej, była zgu­biona. Nie pamię­tała też, by miała jakiś pro­blem z SI wcze­śniej, zanim to wszystko się wyda­rzyło. Zanim co się wyda­rzyło? Modliła się, żeby po prze­bu­dze­niu wszystko to oka­zało się tylko złym snem. Mogłaby wtedy pośmiać się z tego ze swoją załogą. Wszy­scy mie­liby nie­złą zabawę.

Załoga! Zamknęła oczy i się sku­piła. Zoba­czyła nie­które twa­rze. Były zama­zane, ale chwi­lami ich frag­menty sta­wały się wyraź­niej­sze, poja­wiały się też kawałki imion i nazwisk. Wspo­mnie­nie powoli skła­dało się w całość. Byli razem, na coś patrzyli. Poru­szali szybko ustami, roz­ma­wiali, lecz May nie rozu­miała, co mówią. Oczy mieli zmru­żone, pełne nie­po­koju, a może nawet stra­chu. Scena na chwilę nabrała ostro­ści. Załoga patrzyła na May, ktoś szu­kał pulsu na jej szyi. Jakiś męż­czy­zna pod­szedł bli­żej i słu­chał jej odde­chu. W gło­wie May poja­wiło się imię Jon. Czy prze­stała oddy­chać? Wołali do niej, kla­skali przy jej twa­rzy, świe­cili w oczy.

Pró­bo­wali przy­wró­cić mnie do życia.

Rozdział 4

4

Kapi­tan Knox?

May obu­dziła się nagle w ambu­la­to­rium. Scena ze snu nie znik­nęła. Umie­ra­łam. Moja załoga pró­bo­wała przy­wró­cić mnie do życia. Moja załoga. Pró­bo­wała zapi­sać w pamięci ich twa­rze, lecz wciąż jej się wymy­kały. Umie­ra­łam.

- Jak odpo­czę­łaś? - zapy­tała SI.

- Co? Dosko­nale.

- Czu­jesz się lepiej?

- Tro­chę. Wzmoc­ni­łam się.

- Miło to sły­szeć. Pro­szę usu­nąć igłę i wło­żyć ją do odpo­wied­niego pojem­nika.

May powoli wycią­gnęła igłę spod cien­kiej, wraż­li­wej skóry; poczuła się dosta­tecz­nie silna, by dojść do kosza na odpadki medyczne. Z gło­śnika dobie­gała Cicha noc w jakiejś wie­lo­ję­zycz­nej popo­wej wer­sji, wyśpie­wy­wa­nej, jak wyobra­ziła sobie May, przez chór eunu­chów w czer­wo­nych gol­fach. Wcale nie było spo­koj­nie i z pew­no­ścią nie rado­śnie, do dia­bła.

- Czy mogła­byś wyłą­czyć tę straszną muzykę?

- Tak.

Gdy muzyka uci­chła, May mogła myśleć tro­chę jaśniej, lecz poja­wiało się coraz wię­cej pytań, na które musiała zna­leźć odpo­wie­dzi. Zaczęła walkę z paję­czy­nami. Kapi­tan Maryam Knox. Sta­tek badaw­czy "Haw­king II". NASA. A gdzie są ci z kon­troli lotu? Dla­czego mi nie pomo­gli? Jak mogli pozwo­lić, żeby to się zda­rzyło? I czym jest "to"? Usi­ło­wała przy­po­mnieć sobie prze­bieg wyda­rzeń, lecz jej pamięć przy­po­mi­nała tele­wi­zję, któ­rej sygnał wciąż prze­ry­wały zakłó­ce­nia. Przy­pad­kowe frag­menty tań­czyły w jej gło­wie, wymy­ka­jąc się i nie pozwa­la­jąc umie­ścić na wła­ści­wym miej­scu.

- Umie­ra­łam...

- Pro­szę powtó­rzyć - popro­siła SI.

- Pró­buję sobie przy­po­mnieć, ale moja głowa... Wszystko jest jak za mgłą.

- Czy cier­pisz na utratę pamięci? - zapy­tała SI.

- Widzę kawałki, frag­menty rze­czy, twa­rzy. Nijak nie potra­fię zebrać tego w całość. Nie mogę sobie przy­po­mnieć. Boże, co mi się przy­tra­fiło?

- Jesteś w sta­nie przy­wo­łać wspo­mnie­nia z odle­glej­szej prze­szło­ści? Pamię­tasz, na przy­kład, gdzie się uro­dzi­łaś, jak nazy­wali się twoi rodzice i jakie szkoły skoń­czy­łaś?

May zagłę­biła się w prze­szło­ści i oka­zało się, że sporo pamięta, co dodało jej otu­chy. Chciała przy­wo­łać te wspo­mnie­nia jak naj­szyb­ciej, bojąc się, że może je stra­cić.

- Uro­dzi­łam się w Anglii, w Bour­ne­mo­uth. Moja matka i ojciec, Eve i... Wesley, oboje byli pilo­tami. Już nie żyją. Ojciec umarł, gdy byłam bar­dzo mała. Słu­żył w pie­cho­cie mor­skiej. Zgi­nął w akcji. Pamię­tam jego zdję­cia w mun­du­rze... Trzy­mał mnie, wtedy nie­mowlę, na rękach... Pamię­tam jego błysz­czące nie­bie­skie oczy i bar­dzo jasne włosy... Zawsze wyda­wał się ostry jak brzy­twa. Wycho­wy­wała mnie mama. Była pilo­tem RAF. Kró­lew­skich Sił Powietrz­nych. Jedyna czarna kobieta w jej rocz­niku kade­tów, która została pod­puł­kow­ni­kiem lot­nic­twa. Bar­dzo surowa. Bar­dziej instruk­tor musz­try niż mama. Ale nauczyła mnie latać... Nie mam rodzeń­stwa. Ukoń­czy­łam Duke of York Col­lege i Royal Air Force Col­lege w Cran­well. Szko­le­nie ofi­cer­skie. Potem pro­gram pilo­tażu testo­wego, pro­gram kosmiczny. Moim mężem jest dok­tor Ste­phen Knox...

May nagle prze­rwała. Wzmianka o Ste­phe­nie wywo­łała w niej ból i smu­tek, choć nie miała poję­cia dla­czego. W tej samej chwili uświa­do­miła sobie, że coś się działo w ich mał­żeń­stwie, coś złego, cza­ją­cego się na kra­wę­dzi cieni, niczym dusza, która nie zaznała spo­czynku. Sama led­wie mogła przy­jąć to do wia­do­mo­ści, nie mówiąc już o podzie­le­niu się tego rodzaju infor­ma­cją z SI.

- Wszystko to dobrze pamię­tam - powie­działa po chwili - jakby wyda­rzyło się wczo­raj.

- A jeśli cho­dzi o twoje wyszko­le­nie i obo­wiązki jako dowódcy?

- Tro­chę zama­zane, gdy obu­dzi­łam się pierw­szy raz, ale teraz więk­szość z tego wydaje się łatwa do przy­wo­ła­nia, jak instynkt czy pamięć ruchowa.

- Pamię­tasz, jak zacho­ro­wa­łaś i jak byłaś intu­bo­wana?

- Nie, i w tym rzecz. Nic z tego nie pamię­tam. A inne, śwież­sze wspo­mnie­nia są nie­ja­sne, o wiele bar­dziej frag­men­ta­ryczne.

- Nie jestem w sta­nie posta­wić dia­gnozy bez wyni­ków peł­nego bada­nia neu­ro­lo­gicz­nego, lecz sądząc po tym, że naj­więk­sze pro­blemy masz z przy­po­mnie­niem sobie nie­daw­nych wyda­rzeń, nato­miast dobrze pamię­tasz odle­glej­szą prze­szłość, możesz cier­pieć na jakąś formę amne­zji wstecz­nej.

- Amne­zji? - zaśmiała się May. - Myśla­łam, że ludzie zapa­dają na nią tylko w kiep­skich fil­mach klasy B.

- Wystę­puje dość czę­sto w przy­pad­kach poważ­nych ura­zów mózgu, zapa­le­nia mózgu wywo­ła­nego infek­cją oraz przyj­mo­wa­nia dużych dawek ane­ste­ty­ków i środ­ków uspo­ka­ja­ją­cych...

- W moim przy­padku to może być wszystko naraz - jęk­nęła May. - Czy taka amne­zja ustę­puje?

- Nie potra­fię zna­leźć żad­nych modeli pre­dyk­tyw­nych wyzdro­wie­nia. Wydaje się, że model jest okre­ślany dla poszcze­gól­nego przy­padku.

- A lecze­nie? Czy są lekar­stwa, które mogą pomóc?

- Nie, cho­rzy na amne­zję wsteczną są zwy­kle leczeni za pomocą tera­pii zaję­cio­wej i psychotera­pii, które sto­sują bodźce pomocne w odzy­ski­wa­niu z cza­sem pamięci.

- Z cza­sem - powtó­rzyła May.

- To jest pra­wi­dłowe sfor­mu­ło­wa­nie. Zależ­nie od pacjenta, pro­ces może trwać tak długo jak...

- Chyba usły­sza­łam już dość, dzię­kuję.

- Pro­szę bar­dzo.

May pomy­ślała o misji. Im bar­dziej zagłę­biała się w prze­szło­ści, tym jaśniej­szy sta­wał się obraz. Pamię­tała począ­tek i dużą część podróży na... Europę. Ale wtedy obraz zaczy­nał się roz­pa­dać. Wej­ście na orbitę, eks­pe­dy­cja pla­ne­tarna. We wspo­mnie­niach z drogi powrot­nej kawałki sta­wały się jesz­cze mniej­sze i nie­po­wią­zane ze sobą; to wów­czas stało się z nią coś złego.

- Czy mogła­bym prze­pro­wa­dzić wię­cej testów, by oce­nić pro­blem?

- Póź­niej - wark­nęła May, któ­rej krę­ciło się w gło­wie i gło­śno bur­czało w brzu­chu. - Boli mnie głowa, jestem głodna i zaraz zacznę pła­kać. A nie zno­szę pła­kać.

- Twój poziom cukru spadł poni­żej normy. W prze­gródce szafki, w któ­rej zna­la­złaś woreczki do kro­plówki, są tabletki z glu­kozą.

May zja­dła ich tyle, ile zdo­łała pomie­ścić w ustach. Były obrzy­dli­wie słod­kie, lecz szybko się roz­pu­ściły i popra­wiły jej zdol­ność kon­cen­tra­cji. Zre­du­ko­wały także ból głowy do tępego pul­so­wa­nia.

- Już lepiej, dzię­kuję. Teraz do kam­buza. - May uświa­do­miła sobie, że nie jest cał­ko­wi­cie pewna, jak tam tra­fić. - Hm, czy możesz mnie tam popro­wa­dzić?

- Pro­szę poło­żyć dłoń na ekra­nie ścien­nym i zalo­go­wać się do kon­soli ste­ro­wa­nia. Pokażę oświe­tloną drogę na mapie statku.

May poło­żyła rękę na ścia­nie. Sze­roki ekran ożył, jaskrawe kawa­łeczki uło­żyły się w logo NASA, a potem poja­wiło się zdję­cie May w ska­fan­drze, a pod nim jej nazwi­sko i funk­cja. Ten widok zaparł jej dech w pier­siach. Kobieta na zdję­ciu wyglą­dała na zado­wo­loną i zdrową, miała nie­ska­zi­telną brą­zową cerę. Jej usta były leciutko wygięte w sar­do­nicz­nym uśmie­chu, widocz­nym także w bły­sku oczu, prze­ni­kli­wych i wszyst­ko­wi­dzą­cych, jak u postaci z por­tretu, przed któ­rej spoj­rze­niem nie spo­sób uciec. May przyj­rzała się uważ­nie swo­jemu odbi­ciu na ekra­nie, aby się upew­nić, że patrzy na tę samą osobę. Zauwa­żyła podo­bień­stwo, choć bole­śnie nie­wy­raźne. Wszystko w niej wyda­wało się teraz chore. Krótko obcięte włosy, nie­gdyś z sub­tel­nymi zło­ci­stymi pasem­kami na brze­gach kędzio­rów, były teraz matowe i nija­kie, a cera stała się blada, nie­mal bez­barwna. May poczuła taki żal za utra­coną sobą - nie tylko za wyglą­dem, ale za kimś, kogo znała i kim była - że się roz­pła­kała.

- Wszystko w porządku? - zapy­tała SI.

May nie była w sta­nie odpo­wie­dzieć. Słowa ugrzę­zły jej w gar­dle. Koniecz­nie musi coś zro­bić, aby popra­wić swój szka­radny wygląd. Otwo­rzyła szafę z zaopa­trze­niem dla per­so­nelu i zamie­niła swoją brudną koszulę na świeży kitel chi­rurga. Wyssała kilka tore­bek odżywki żelo­wej, potem umyła twarz cie­płą wodą i mydłem. Zma­to­wiałe włosy były nie do ura­to­wa­nia. Nie miała innego wyboru, niż ostrzyc je noży­cami chi­rur­gicz­nymi na jeża. W końcu spoj­rzała w lustro. Na twarz wró­ciło tro­chę koloru, a w oczach dostrze­gła blask.

Teraz wyglą­dasz jak porządny trup, uznała i udało jej się nawet uśmiech­nąć.

Rozdział 5

5

Zimno jak w gro­bie, pomy­ślała May, idąc kory­ta­rzem do kam­buza. Po raz pierw­szy od wyj­ścia z ambu­la­to­rium patrzyła na sta­tek i teraz wyda­wał się jej zupeł­nie inny niż ten, któ­rym z dumą dowo­dziła po opusz­cze­niu sta­cji kosmicz­nej przed kil­koma mie­sią­cami. Wszę­dzie pano­wały ciem­no­ści, tylko gdzie­nie­gdzie słabo migo­tało oświe­tle­nie awa­ryjne. W smu­dze jasnego świa­tła latarki widać było jedy­nie wąską drogę po meta­lo­wej pod­ło­dze. Do uszu May docho­dził niski pomruk sil­nika, ale poza tym pano­wała cisza rów­nie wszech­ogar­nia­jąca jak ciem­ność.

W przy­padku tak dużego statku nie­obec­ność kogo­kol­wiek była głę­boko nie­po­ko­jąca, wyda­wała się przy­ćmie­wać każdy pro­myk nadziei.

- Na statku jest ciemno - powie­działa May. - Nie widzę śladu załogi... W ogóle niczego nie widzę.

Czy tak się miała skoń­czyć jej misja? Piękny wyraz mocy i dobrych inten­cji rodzaju ludz­kiego wyrzu­cony i spa­da­jący bez żad­nej nadziei choćby na zna­le­zie­nie dna? Jak mogłam pozwo­lić, żeby to się stało? Jak wszystko mogło poto­czyć się tak źle?

- Czy jest jakiś spo­sób, żeby włą­czyć wię­cej tych cho­ler­nych świa­teł? - zapy­tała May.

Bez odpo­wie­dzi.

- Halo? Tu jest jak w jaskini. Led­wie widzę wła­sną rękę przed nosem.

Na­dal bez odpo­wie­dzi. Roz­gnie­wana May wró­ciła do ambu­la­to­rium.

- Dla­czego nie odpo­wia­dasz? - zapy­tała.

- Prze­pra­szam, nie sły­sza­łam cię.

- Nie sły­sza­łaś, co mówi­łam w kory­ta­rzu?

- Awa­ria, kapi­tan Knox. Wydaje się, że moje pro­ce­sory nie są już połą­czone z sie­cią statku. Mogę cię widzieć i sły­szeć tylko w pomiesz­cze­niach, w któ­rych zalo­go­wa­łaś się do kon­soli ste­ro­wa­nia takiej jak ta.

- Czyli nie masz świa­do­mo­ści, że na statku jest ciemno, a załogi ni­gdzie nie widać?

- Tak jest. Nie otrzy­muję danych z żad­nego miej­sca na statku. Czy orien­tu­jesz się, co się dzieje, kapi­tan Knox?

Pyta­nie zabrzmiało dziw­nie dzie­cin­nie, a do May dotarło, że cokol­wiek znisz­czyło zasi­la­nie wewnętrzne, uszko­dziło także SI.

- O to wła­śnie chcia­łam zapy­tać cie­bie. Z tego co dotąd widzia­łam, zasi­la­nie wewnętrzne sys­te­mów statku w ogóle nie funk­cjo­nuje wła­ści­wie.

- To bar­dzo nie­po­ko­jące.

- Nie tak nie­po­ko­jące jak fakt, że nie masz o tym poję­cia. A co gor­sza, nie tak nie­po­ko­jące jak to, że odkąd się obu­dzi­łam, nie widzia­łam jesz­cze ani nie sły­sza­łam żad­nej ludz­kiej istoty.

May zaczy­nała rozu­mieć, jak wielki zamęt miała w gło­wie, gdy wró­ciła do życia. Nie wie­działa jesz­cze zbyt dużo, ale przy­naj­mniej zdo­była pod­sta­wowe infor­ma­cje.

- Stan­dardy postę­po­wa­nia jasno naka­zują obo­wiąz­kową dwu­dzie­stocz­te­ro­go­dzinną obsadę sta­no­wisk.

Znów ta dzie­cięca naiw­ność. SI wie­działa jesz­cze mniej niż ona.

- Myślę, że mogły­by­śmy nagiąć tro­chę zasady - ziry­to­wała się May. - Wiesz, kiedy stra­ci­łaś kon­takt z resztą statku?

- Nie jestem w sta­nie tego okre­ślić, ponie­waż nie mam dostępu do zegara statku.

- A pamię­tasz przy­naj­mniej utratę kon­taktu?

- Nie jestem w sta­nie odna­leźć żad­nych danych doty­czą­cych tego zda­rze­nia.

- Czyli wszystko się spie­przyło.

- Nie rozu­miem.

- To jest nas dwie. Ale ponie­waż wygląda na to, że obie mamy cho­lerną amne­zję, nie wiem, u dia­bła, co teraz zro­bić.

- Może uda ci się przy­wró­cić mi łącz­ność.

- Jak? To pro­blem tech­niczny. Nie moja dzie­dzina. Ni­gdy się tym nie zaj­mo­wa­łam.

- Jeśli pój­dziesz do pomiesz­cze­nia czy­stego moich pro­ce­so­rów, będę mogła ci pomóc oce­nić ten pro­blem. Jeśli jest roz­wią­zy­walny, mogę cię prze­pro­wa­dzić przez odpo­wied­nią pro­ce­durę naprawy.

- Jeśli jest roz­wią­zy­walny?

- Moje pro­ce­sory są wyko­nane czę­ściowo z mate­riału orga­nicz­nego, wyma­ga­ją­cego ści­śle okre­ślo­nego oto­cze­nia. Utrata zasi­la­nia skut­ku­jąca zmianą tego oto­cze­nia choćby w naj­mniej­szym stop­niu może oka­zać się kata­stro­falna. Ponie­waż nie mam połą­cze­nia z pomiesz­cze­niem czy­stym, nie jestem w sta­nie...

- Rozu­miem - rzu­ciła krótko May. - Wygląda na to, że kola­cja będzie musiała pocze­kać. Wyślij mi, pro­szę, nową mapę, z doj­ściem do pomiesz­cze­nia czy­stego.

- Już wysy­łam.

May wrzu­ciła do powłoczki na poduszkę tyle lata­rek, tore­bek z odżywką i bute­lek wody, ile się dało, i szybko wyszła na kory­tarz. Bez SI nie było nadziei prze­trwa­nia, a każda mija­jąca sekunda miała decy­du­jące zna­cze­nie, jeśli mate­riał orga­niczny w pro­ce­so­rach zaczął już zamie­rać. Przy­po­mniała sobie, jak na tydzień zapo­mniała o pod­le­wa­niu kwia­tów u mamy i wszyst­kie je zabiła. Wyglą­dały jak mar­twi żoł­nie­rze przed plu­to­nem egze­ku­cyj­nym, sku­leni i obszar­pani. "Mia­łaś tylko jeden obo­wią­zek", powie­działa jej z wyrzu­tem matka.

- Tu kapi­tan Maryam Knox! - zawo­łała. - Czy na statku ktoś jest?

Pamię­tała nie­które nazwi­ska i imiona osób ze swo­jej załogi, zaczęła więc nawo­ły­wać.

- Kapi­ta­nie Escher?! Gabi?! Czy ktoś mnie sły­szy?

Latarka przy­ga­sła przez chwilę. Spa­ni­ko­wana May postu­kała w obu­dowę bate­rii, aby przy­wró­cić ją do życia. Czy wszy­scy opu­ścili sta­tek z jakie­goś powodu? Cho­roby? Poczu­cie groź­nej izo­la­cji wkra­dło się do jej żołądka i zawią­zało go w supeł. Aby nie popaść w zupełną para­noję, May sku­piła się na przy­po­mi­na­niu sobie poszcze­gól­nych człon­ków załogi. Jon Escher, pilot i jej zastępca. Buń­czuczny pilot ame­ry­kań­skiej mary­narki wojen­nej, uwa­ża­jący się za następcę daw­nych boha­ter­skich astro­nau­tów. Ostrzy­żony na jeża, o kwa­dra­to­wej szczęce, rygo­ry­stycz­nie prze­strze­ga­jący pro­ce­dur, był bar­dziej kary­ka­turą czło­wieka, na któ­rego pozo­wał. Radził sobie, lecz May miała nadzieję, że jej prawą ręką zosta­nie bar­dziej doświad­czony pilot.

Gabriella Dos San­tos, inży­nier pokła­dowy. May i Gabi były pokrew­nymi duszami; obie młode i bar­dzo uta­len­to­wane, nie­ustan­nie wal­czyły o potwier­dze­nie swo­jej war­to­ści. Gabi, podob­nie jak May, pocho­dziła z rodziny woj­sko­wej; jej ojciec był Bra­zy­lij­czy­kiem, pilo­tem heli­kop­tera, a matka chi­rur­giem w NATO. May całym ser­cem pra­gnęła zna­leźć przy­ja­ciółkę żywą gdzieś na statku. Nikt nie znał "Haw­kinga II" lepiej niż ona. Tak, Gabi z pew­no­ścią zapa­no­wa­łaby nad sytu­acją.

Matt Gal­la­gher, dowódca ładunku pod­czas misji. May zawsze żar­to­wała, że jest per­fek­cyj­nie nudny. Wszystko w nim było zwy­czajne, z wyjąt­kiem roz­le­głej wie­dzy z zakresu inży­nie­rii kosmicz­nej i pasji badaw­czej. Matt znał dobrze jej męża, Ste­phena, ponie­waż pra­co­wał pod kie­run­kiem Radźa Kapura, czło­wieka, który zapro­jek­to­wał "Haw­kinga II" na eks­pe­dy­cję na Europę. May nie cier­piała całej masy kło­po­tów zwią­za­nych z zabie­ra­niem na pokład dwu­dzie­stu sze­ściu jajo­gło­wych, nie-astro­nau­tów, któ­rzy mieli pro­wa­dzić bada­nia nad zagad­nie­niami wska­za­nymi przez Ste­phena i jego zespół. Matt dosko­nale sobie radził z trud­no­ściami, potra­fił zapa­no­wać nad skraj­nie róż­nymi oso­bo­wo­ściami, z powo­dze­niem dba­jąc o to, by ich sprzęt dzia­łał bez naj­mniej­szych zakłó­ceń. Dobry, stary nudny Matt, pomy­ślała May.

Usły­szała ciche dźwięki, dale­kie i nieco mecha­niczne. Zatrzy­mała się.

- Halo?

Dźwięki znów dały się sły­szeć. Tym razem przy­po­mi­nały stu­kot cięż­kich butów na meta­lo­wej pod­ło­dze, odgłos zmie­rza­ją­cych dokądś stóp.

- Jest tam kto?

Stu­kot stał się gło­śniej­szy i szyb­szy, jakby coś dużego wyczuło jej obec­ność i zbli­żało się, by zabić. May nie miała ani broni, ani siły, by się bro­nić. Co lub kto to może być?

- Stop! Kto...

Ryt­miczny stu­kot przy­śpie­szył, zamie­nił się w sza­loną, ogłu­sza­jącą wibra­cję. Sta­tek gwał­tow­nie się zatrzą­snął i prze­chy­lił mocno na lewą stronę, niczym szku­ner przyj­mu­jący na sie­bie dużą falę. May upa­dła, ude­rzyła czo­łem o pod­łogę i ześli­znęła się na ścianę. Wyczuła na swo­ich ple­cach belkę wspor­ni­kową i mocno się jej przy­trzy­mała, by prze­trwać to coś, co wyglą­dało na trzę­sie­nie ziemi.

Gdy sta­tek odzy­skał sta­bil­ność, pró­bo­wała wstać, choć krę­ciło jej się w gło­wie. Przez kilka minut trwały jesz­cze słab­sze drga­nia, jakby wstrząs następ­czy po tym trzę­sie­niu dawał o sobie znać w szkie­le­cie statku. Latarka May zaświe­ciła sła­bym poma­rań­czo­wym świa­tłem i zga­sła. Tym razem postu­ki­wa­nie w obu­dowę bate­rii nie pomo­gło.

- Nie, nie, nie...

Strużka cie­płej krwi z małego roz­cię­cia nad prawą brwią spły­nęła jej do oka. May ode­rwała z kitla kie­szeń na piersi i przy­ło­żyła do rany. Serce biło jej tak szybko, że lewie mogła oddy­chać. Świa­do­mość zda­wała się zasy­piać.

- Spo­koj­nie, kapi­tan Knox - naka­zała sobie. - Rób swoje. Nie pod­da­waj się.

Głę­boko oddy­cha­jąc, mimo bole­snego ataku kaszlu, May nie otwie­rała oczu, dopóki nie ustą­pił strach, a ranka nad okiem nie prze­stała krwa­wić. Zna­la­zła nową latarkę i ją włą­czyła. Świa­tło nie było silne, co zna­czyło, że bate­ria może być czę­ściowo wyczer­pana. Nie spo­sób było oce­nić, ile czasu jej zostało, zanim znów wszystko pogrąży się w ciem­no­ści, May przy­śpie­szyła więc kroku.

Rób swoje. Nie pod­da­waj się.

Te słowa przy­wo­łały nie­ja­sne wspo­mnie­nie męż­czy­zny o ostrzy­żo­nych na jeża siwych wło­sach, w mun­du­rze galo­wym RAF. Cztery złote paski na ramio­nach i man­kie­tach. Galony ofi­cer­skie na czapce...

- Baz - powie­działa zado­wo­lona. - Cho­lerny Baz.

Jej dawny dowódca i men­tor, puł­kow­nik RAF Basil "Baz" Gre­ene. Gdy May była pod­cho­rą­żym w Cran­well, Baz wziął ją, by tak rzec, pod swoje skrzy­dła. Począt­kowo myślała, że wyróż­niał ją, bo była kobietą, pró­bu­jąc w ten spo­sób ją zła­mać, aby nie naru­szała zasad i zwy­cza­jów panu­ją­cych w głów­nie męskim śro­do­wi­sku. I miała rację: wyróż­niał ją, lecz z innego powodu niż, nauczona doświad­cze­niem, podej­rze­wała. Baz zauwa­żył jej talent i nie zamie­rzał pozwo­lić, by ten się zmar­no­wał. W grun­cie rze­czy ryzy­ko­wał dla niej swoją karierę i repu­ta­cję, wyzna­cza­jąc ją do pro­gramu pilo­tów obla­ty­wa­czy. Przed lotami kosmicz­nymi ryso­wała się wów­czas per­spek­tywa bez­pre­ce­den­so­wego postępu, jeśli cho­dzi o napęd, postępu prze­ciw­sta­wia­ją­cego się pra­wom fizyki i bez­kre­sowi Układu Sło­necz­nego. Baz pomógł May wyko­rzy­stać tę szansę. Pilot pierw­szych komer­cyj­nych lotów na Marsa w wieku dwu­dzie­stu pię­ciu lat. Kapi­tan w wieku lat dwu­dzie­stu sied­miu. A w wieku trzy­dzie­stu lat dowódca pierw­szej misji na Europę.

Zaśmiała się gorzko.

- A spoj­rzyj­cie na mnie teraz.

Rozdział 6

6

Kory­tarz pro­wa­dzący do pomiesz­cze­nia czy­stego oświe­tlony był dziw­nie cie­płym i jaśniej­szym świa­tłem pada­ją­cym z nie­wi­docz­nego źró­dła. Przy­po­mi­nało to May zachód słońca w poma­rań­czowo-żół­tych bar­wach. Poło­żyła dłoń na ska­ne­rze we fra­mu­dze, a wtedy właz się otwo­rzył i jej oczom uka­zało się pomiesz­cze­nie, całe zalane tym dziw­nym świa­tłem. Gdy właz się za nią zamknął, May poczuła się tak, jakby dotarła do oazy. Udało jej się wziąć głę­boki oddech, który nie wywo­łał bole­snego szar­pa­nia w pier­siach, a po dłuż­szej chwili pozwo­liła sobie na odro­binę nadziei. Lepiej byłoby tylko wów­czas, gdyby była tu Gabi, gotowa pomóc przy napra­wach... I może zaofe­ro­wać nie­dużą kon­tra­bandę, jakieś wino czy papie­rosa? Pomiesz­cze­nie czy­ste było jed­nak kolej­nym pozba­wio­nym życia miej­scem w tym mie­ście duchów.

May zalo­go­wała się do kon­soli ste­ro­wa­nia i wskrze­siła SI.

- Witam, kapi­tan Knox. Czy moje wska­zówki były pomocne?

- Tak - odparła May krótko. - Na­dal nie ma śladu załogi. Czy wszy­scy opu­ścili sta­tek w lądow­ni­kach?

- Nie jestem w sta­nie okre­ślić, dopóki...

- Racja. Mam cię pod­łą­czyć. Co teraz?

- Moje pro­ce­sory są w pomiesz­cze­niu dokład­nie naprze­ciwko włazu wej­ścio­wego. Pro­szę postę­po­wać ostroż­nie, zgod­nie z poda­nymi wewnątrz pro­ce­du­rami. Ich zła­ma­nie może się skoń­czyć ska­że­niem i trwa­łym wyłą­cze­niem sys­temu.

- Nie ma pośpie­chu.

May spoj­rzała w stronę pomiesz­cze­nia. Znaj­do­wało się za gładką czarną ścianą bez widocz­nego wej­ścia.

- Jak się tam dostanę? Mam odpo­wie­dzieć na pyta­nie-zagadkę? Użyć Mocy?

- Ja nie...

- Wiem, prze­pra­szam. Skoń­czę z gada­niem bzdur i pocze­kam na twoje instruk­cje.

- Naj­pierw włóż, pro­szę, ska­fan­der ochronny. Osłoni cię przed pro­mie­nio­wa­niem ultra­fio­le­to­wym, ponie­waż pro­ce­sory wyma­gają nie­fil­tro­wa­nego świa­tła sło­necz­nego do osią­gnię­cia opty­mal­nej wydaj­no­ści. Zapo­bie­gnie rów­nież ska­że­niu pomiesz­cze­nia bak­te­riami z two­jego ciała, które znisz­czy­łyby sys­tem.

- A więc ty żyjesz - stwier­dziła May ze zdzi­wie­niem i być może odro­biną stra­chu.

- Jeśli przez życie rozu­miesz stan odróż­nia­jący zwie­rzęta i rośliny od mate­rii nie­orga­nicz­nej...

- Mniej­sza z tym.

Czarna ściana otwo­rzyła się jak irys. May zro­biła krok do przed­sionka, wej­ście cicho zamknęło się za nią. Roze­brała się w sztucz­nym świe­tle sło­necz­nym, roz­ko­szu­jąc się cie­płem na swej nagiej skó­rze. Zamknęła oczy i pró­bo­wała sobie wyobra­zić, że jest na plaży. Przez głowę prze­mknęło jej wspo­mnie­nie plaży gdzieś w tro­pi­kach i bia­łego pia­sku, na któ­rym stała.

- Kapi­tan Knox - głos SI prze­rwał piękną wizję May - to nie­bez­pieczne wysta­wiać skórę na dzia­ła­nie świa­tła ultra­fio­le­to­wego przez długi czas.

- Każdą zabawę popsuje jeden smu­tas - mruk­nęła May pod nosem.

Wło­żyła ska­fan­der ochronny, który, ina­czej niż ska­fan­dry NASA prze­zna­czone do spa­ce­rów kosmicz­nych EVA, przy­po­mi­nał bar­dziej strój do nur­ko­wa­nia; był obci­sły i wyko­nany z gru­bego, gumo­wa­tego mate­riału w rodzaju neo­prenu. Powierzch­nię zewnętrzną pokry­wały krzy­żu­jące się, cien­kie jak włos świa­tło­wody. Hełm przy­le­gał do głowy May, ponie­waż znaj­du­jące się w środku torebki z żelem auto­ma­tycz­nie się ufor­mo­wały i do niej dopa­so­wały. Osłona zagi­nała się pod brodą, bo ska­fan­der i hełm szczel­nie zakry­wały szyję. Świa­tło­wody w mate­riale ska­fan­dra świe­ciły na czer­wono, a na wyświe­tla­czu funk­cji wewnątrz hełmu poja­wił się napis "Roz­po­czę­cie dekon­ta­mi­na­cji".

May, prze­ko­naw­szy samą sie­bie, że nie udusi się w klau­stro­fo­bicz­nym ska­fan­drze, obser­wo­wała, jak kolor świa­tło­wo­dów powoli zmie­nia się w biały, co wska­zy­wało na trwa­jący pro­ces odka­ża­nia.

- W porządku, można wejść - oznaj­miła SI. - Pomiesz­cze­nie czy­ste jest komorą anty­gra­wi­ta­cyjną bez sys­temu pod­trzy­my­wa­nia życia.

- Dla­czego?

- Wysta­wie­nie na gra­wi­ta­cję i tlen przy­śpie­sza sta­rze­nie się pro­ce­sora.

- Racja. Tego mi jesz­cze bra­ko­wało - burk­nęła May pod nosem.

- Pro­szę powtó­rzyć, kapi­tan Knox. Nie sły­szę.

- Powie­dzia­łam, żeby­śmy zaczy­nały.

- Użyję two­jej kamery w heł­mie do zba­da­nia sys­temu. Akty­wuję ją teraz.

Na osło­nie hełmu May poja­wiło się okno pod­glądu kamery.

- Jesteś gotowa, kapi­tan Knox?

May ski­nęła głową.

- Pro­szę się trzy­mać uchwy­tów bez­pie­czeń­stwa. Wyrów­nam ciśnie­nie i przy­cią­ga­nie mię­dzy pomiesz­cze­niem a komorą.

May trzy­mała się uchwytu, ponie­waż weszła w stan nie­waż­ko­ści, a osłona jej hełmu pociem­niała. Właz do śluzy powietrz­nej otwo­rzył się i May wpły­nęła do ogrom­nej kuli, tak wiel­kiej jak kate­dra, ze ścianą z tafli pół­prze­zro­czy­stego szkła. Mimo przy­ciem­nio­nej osłony nie­fil­tro­wane świa­tło sło­neczne w pomiesz­cze­niu wyda­wało się jej bole­śnie jaskrawe. Gdy cze­kała, aż oczy przy­zwy­czają się do takiego bla­sku, przy­szedł jej na myśl mit o Ika­rze i jego stra­ceń­czym locie ku Słońcu.

Za szybą widać było skom­pli­ko­waną plą­ta­ninę cze­goś, co wyglą­dało jak czarne korze­nie jakiejś rośliny wiją­cej się w naj­roz­ma­it­szych kie­run­kach po całej powierzchni. May przy­pusz­czała, że był to mate­riał orga­niczny, ponie­waż prze­pla­tały go świa­tło­wody podobne do tych w jej ska­fan­drze.

- Masz bar­dzo inte­re­su­jący mózg - powie­działa. - Z czego jest zro­biony?

- To szcze­gólny orga­nizm wyko­nany z neu­ro­nów zwie­rzę­cych i roślin­nego mate­riału komór­ko­wego, połą­czo­nych pla­zmą o dużej prze­wod­no­ści i świa­tło­wo­dami, które łączą go z zespo­łem ukła­dów elek­trycz­nych statku. To naj­bar­dziej zaawan­so­wany sys­tem tego rodzaju, zdolny do wielu rów­no­cze­snych obli­czeń i nad wyraz wszech­stronny.

- Nie taka sztuczna jest ta twoja inte­li­gen­cja, co?

- Ni­gdy nie myśla­łam o tym w ten spo­sób. Moi twórcy powie­dzieli mi, że słowo "sztuczna" zostało dodane, by stwo­rzyć wra­że­nie, że moja inte­li­gen­cja różni się od ludz­kiej.

- Albo wra­że­nie wyż­szo­ści. W takim podej­ściu ludzie są słabsi.

- Nie wyda­jesz się kru­cha.

- Dzię­kuję. Wbrew temu, jak wyglą­dam, czuję się sil­niej­sza.

May przyj­rzała się bli­żej pro­ce­so­rowi. Miała wra­że­nie, że wyczuwa leciutką wibra­cję, jakby ten orga­nizm pró­bo­wał nawią­zać z nią kon­takt.

- A skoro o tym mowa, czy to musi wła­śnie tak wyglą­dać? Tak ponuro?

- Tak. Czarny kolor ozna­cza, że orga­nizm jest zdrowy i w pełni sprawny. Biały wska­zuje na uszko­dze­nia lub śmierć.

May zachi­cho­tała.

- Nie mogę się z tym nie zgo­dzić. Co teraz?

- Akty­wo­wa­nie luków ser­wi­so­wych.

Bez­gło­śnie otwo­rzyło się coś w rodzaju stu okrą­głych okie­nek, każde o śred­nicy około metra, roz­miesz­czo­nych w rów­nych odstę­pach od sie­bie. W środku miały pół­przej­rzy­ste płytki, świe­cące albo na czer­wono, albo na biało. Te pierw­sze sta­no­wiły więk­szość.

- Każdy luk ma ekran ze świa­tłem kon­tro­l­nym. Czer­wone ozna­cza nie­spraw­ność. Nie­bie­skie czę­ściową nie­spraw­ność. Białe pełną spraw­ność. Pro­szę obej­rzeć wszyst­kie por­tale.

- Przy­ję­łam.

May przyj­rzała się wszyst­kim ekra­nom.

- Nie ma nie­bie­skich i jest bar­dzo mało bia­łych - rapor­to­wała. - To chyba nie­do­brze, mam rację?

- Bez natych­mia­sto­wej naprawy znisz­cze­nie sys­temu pod­trzy­my­wa­nia życia jest nie­uchronne.

May zadrżała, wyobra­ża­jąc sobie, jak sta­tek pogrąża się w cał­ko­wi­tej ciem­no­ści, zama­rza i staje się jej gro­bem na wiecz­ność.

- Będziesz musiała dzia­łać szybko.

- Jestem gotowa.

- Jak dużo czasu możesz jesz­cze prze­żyć w swoim ska­fan­drze?

May spoj­rzała na wyświe­tlacz funk­cji w osło­nie swo­jego hełmu.

- Godzinę - odparła. - Zajmę się przede wszyst­kim naj­waż­niej­szymi ukła­dami.

Ekrany nie­któ­rych por­tali zaczęły migać.

- Naj­pierw podejdź do miga­ją­cych ekra­nów. Podam ci kody restartu dla każ­dego z nich. Wpro­wadź je naj­szyb­ciej jak to moż­liwe, ale ostroż­nie. Dwa nie­po­prawne wej­ścia wyłą­czą je na minutę.

- Rozu­miem. Jeden dro­biazg. Ni­gdy wcze­śniej nie byłam w tym pomiesz­cze­niu, a ści­ślej mówiąc, ni­gdy mi na to nie pozwo­lono i nie mam poję­cia, jak ope­ro­wać sil­ni­kami manew­ro­wymi ska­fan­dra.

- One reagują na spoj­rze­nie i inten­cję.

- Naprawdę? Wystar­czy, że pomy­ślę, dokąd chcę pójść, a ska­fan­der mnie tam ponie­sie?

- Musisz także patrzeć na miej­sce doce­lowe. Sys­tem śle­dzi punkty, w któ­rych sku­piają się twoje źre­nice, aby ozna­czyć cel, i koja­rzy je z falami mózgo­wymi zwią­za­nymi z ludz­kim pra­gnie­niem.

- Będę potę­piona - wyrwało się May.

- Potę­piona przez chrze­ści­jań­skiego Boga i ska­zana na wiecz­ność w pie­kle? Nie widzę związku...

- Taka prze­no­śnia - wyja­śniła May. - Tam, skąd pocho­dzę, jest ich dużo wię­cej, nie kło­pocz się więc z tłu­ma­cze­niem.

- Tak jest.

May wpa­trzyła się w jeden z miga­ją­cych ekra­nów i sku­piła na myśli, że chce tam dotrzeć. Zasko­czyła ją szybka reak­cja ska­fan­dra, który pod­pły­nął dokład­nie tam, gdzie chciała.

- Pierw­szy luk.

- Posłu­gu­jąc się ekra­nem doty­ko­wym, wpro­wadź nastę­pu­jący kod...

Kolejne pół godziny May spę­dziła, uno­sząc się dookoła kuli i wpro­wa­dza­jąc kody. Nie poru­szała się jed­nak dosta­tecz­nie szybko. W warun­kach braku gra­wi­ta­cji dzia­ła­nie oka­zało się utrud­nione, a nie poma­gało też to, że była głodna i umie­rała z pra­gnie­nia. Do tego sys­tem chło­dzący ska­fan­dra nie radził sobie z pro­mie­nio­wa­niem ultra­fio­le­to­wym i May czuła się jak w pie­kar­niku. Mogła sobie tylko wyobra­zić, jaka kom­pletna kata­strofa nastąpi, jeśli tam zemdleje.

- Prze­pro­wa­dzi­łam wła­śnie odczyt atmos­fery w ambu­la­to­rium i stre­fie wej­ścio­wej do pomiesz­cze­nia czy­stego. Wskaź­niki sys­temu pod­trzy­my­wa­nia życia spa­dają w tem­pie pięć pro­cent na minutę - zara­por­to­wała SI, dole­wa­jąc oliwy do ognia.

- Ale zre­star­to­wa­łam dopiero jedną trze­cią czer­wo­nych ekra­nów.

- Moż­liwe, że układy kon­tro­lu­jące sys­tem pod­trzy­my­wa­nia życia wyma­gają naprawy mecha­nicz­nej.

May spoj­rzała na swój zegar, odli­cza­jący, ile czasu jej jesz­cze zostało. Dwa­dzie­ścia pięć minut. Doła­do­wa­nie ska­fan­dra wyda­wało się dys­ku­syjne, skoro cały sta­tek miał umrzeć. Co wię­cej, zauwa­żyła, że nie­które gałę­zie mate­riału orga­nicz­nego zmie­niły kolor z czar­nego na nie­zdrowo wyglą­da­jący ciem­no­szary.

- Kapi­tan Knox, boję się o twój ska­fan­der. Sądząc po tym, jak długo pra­cu­jesz, sys­tem pod­trzy­my­wa­nia życia będzie dzia­łał jesz­cze nie­całe dzie­sięć minut.

- Jeśli nie zro­bię tego teraz, i tak umrę.

- Doła­do­wa­nie ska­fan­dra jest bar­dziej racjo­nalne. Wiemy, kiedy on umrze. Nie wiemy, kiedy umrze sta­tek.

- Rzecz naj­waż­niej­sza... mate­riał orga­niczny... Spójrz na niego - zmie­niła temat May i skie­ro­wała kamerę w swoim heł­mie na szybko sza­rze­jące gałę­zie.

- Przy­śpie­szone nisz­cze­nie. Boję się, że to, co robisz, tego nie zatrzyma ani nie odwróci.

- Co to ozna­cza?

- Musimy spró­bo­wać ura­to­wać mate­riał wciąż zdolny do życia.

- Jak?! - krzyk­nęła May ze zło­ścią.

- Mogę zre­star­to­wać cały sys­tem. Teo­re­tycz­nie byłby to reset wszyst­kich por­tali i przy­wró­ce­nie tych, które nie są trwale uszko­dzone.

- Dla­czego, u dia­bła, wła­śnie od tego nie zaczę­ły­śmy? - burk­nęła May.

- Restar­to­wa­nie wyko­nuje się tylko w bazie, bez załogi. Restar­to­wane są wszyst­kie sys­temy, włącz­nie z sys­te­mem pod­trzy­my­wa­nia życia. Na statku zrobi się ciemno na co naj­mniej pięć minut, ale ten czas ni­gdy nie jest dokładny. A jeśli restart się nie powie­dzie, nie będę mogła go powtó­rzyć.

May poczuła, że jej wewnętrzny sys­tem pod­trzy­my­wa­nia życia szybko słab­nie. Wcze­śniej dyszała, teraz z tru­dem łapała dech. Musi stąd wyjść.

- Restar­tuj sys­tem... gdy stąd wyjdę.

- Kapi­tan Knox, to jest bar­dzo nie­bez­pieczne. Może cię zabić.

- I tak umie­ram... W ska­fan­drze mam mało tlenu. Gdy dojdę do... śluzy, pod­łą­czę się do łado­warki, a ty roz­pocz­niesz restart. To roz­kaz.

- Tak jest.

May pod­pły­nęła do włazu. SI go otwo­rzyła, a ona zna­la­zła się w środku. Ponie­waż śluza powietrzna była szczelna, a ciśnie­nie takie samo jak w głów­nej czę­ści statku, May opa­dła na pod­łogę i wylą­do­wała w pozy­cji sie­dzą­cej obok łado­warki do ska­fan­dra. Miała wra­że­nie, że pró­buje oddy­chać przez słomkę. Zaczęła się szar­pać z kablami łado­warki, lecz w końcu je pod­łą­czyła. Jej oddech wra­cał do normy, ale cała się trzę­sła, ponie­waż pot w ska­fan­drze zaczął zama­rzać.

- Jest prze­raź­li­wie zimno! - krzyk­nęła, szczę­ka­jąc zębami.

- Ciśnie­nie atmos­fe­ryczne na statku spa­dło do osiem­na­stu pro­cent.

Ska­fan­der May się łado­wał, nie­wiele jej to jed­nak dało. Wyświe­tlacz funk­cji nie dzia­łał z powodu niskiej mocy, nie miała więc poję­cia, ile czasu zyskała, pod­łą­cza­jąc się do łado­warki. Gdyby pocze­kała tro­chę dłu­żej, sta­tek cał­ko­wi­cie stra­ciłby zasi­la­nie, zaś SI - zdol­ność do restar­to­wa­nia cze­go­kol­wiek.

- Restar­tuj sys­tem teraz.

- Jaki jest w twoim sys­te­mie pod­trzy­my­wa­nia życia poziom...

- Po pro­stu zrób to - wark­nęła.

- Roz­po­czę­cie restartu sys­temu za pięć, cztery, trzy, dwa, jeden...

Sta­tek pogrą­żył się w ciem­no­ściach. Zapa­no­wało lodo­wate zimno. May czuła, że cie­pło ucho­dzi z jej ciała niczym powie­trze z prze­kłu­tego balonu. Jej kościec trząsł się i grze­cho­tał tak mocno, że każdy mię­sień bole­śnie się kur­czył, a potem wpa­dał w dygot. Musiała zaci­snąć zęby i z całej siły pod­trzy­my­wać dolną szczękę, z obawy, że poła­mią jej się zęby. Ostat­nim dźwię­kiem, jaki docho­dził do uszu May zanim stra­ciła świa­do­mość, był odgłos jej, być może ostat­nich, odde­chów.

Rozdział 7

7

Kapi­tan Knox, czy mnie sły­szysz?

May odzy­skała świa­do­mość, leżąc na pod­ło­dze, na wpół zamar­z­nięta, lecz zdolna oddy­chać. Jej hełm nie był już szczel­nie połą­czony ze ska­fan­drem. Zdjęła go i przez kilka minut łap­czy­wie wcią­gała powie­trze. Głowa ją bolała, w dło­niach i sto­pach znów czuła igły. Nagle poja­wił się obraz z dzie­ciń­stwa, wspo­mnie­nie matki wycią­ga­ją­cej z sadzawki jej nie­mal mar­twe ciało, i zapra­gnęła, by matka tu była i jesz­cze raz wyra­to­wała ją z bez­na­dziej­nej sytu­acji.

- Nie­wiele bra­ko­wało - powie­działa. - Jak się udał restart?

- Suk­ces w stu pro­cen­tach. Jestem w pełni połą­czona z sie­cią statku.

May wes­tchnęła z ulgą.

- Wspa­niała wia­do­mość. Oce­ni­łaś szkody na statku?

- Tak. Reak­tor jądrowy teo­re­tycz­nie działa, choć ma pięt­na­ście pro­cent swo­jej nor­mal­nej wydaj­no­ści. Wstrząs, który odczu­ły­śmy, został spo­wo­do­wany przez desyn­chro­ni­za­cję obu sil­ni­ków kwan­to­wych. Przy­pusz­czam, że wią­zało się to z małą mocą wytwa­rzaną przez reak­tor.

- Możemy to napra­wić?

- Pró­buję zdia­gno­zo­wać źró­dło pro­blemu. Gdy je znajdę, będziemy mogły okre­ślić spo­sób naprawy.

- Sądzę, że będziemy potrze­bo­wały pomocy NASA. Jaki jest stan komu­ni­ka­to­rów?

- Nasze anteny nie dzia­łają, nie możemy więc ani nada­wać, ani odbie­rać. Pra­cuję nad zdia­gno­zo­wa­niem także tego pro­blemu.

May znów zro­biło się słabo.

- Możesz zoba­czyć resztę statku? Jakieś ślady życia?

- Pod­łą­czy­łam nie­wielki pro­cent kamer wideo, ale wiele jest wciąż odłą­czo­nych. Kon­sole ste­ro­wa­nia i inne pokła­dowe inter­fejsy są nie­ak­tywne. Moje czuj­niki ruchu jesz­cze nie są sprawne. Za pomocą tego, czym dys­po­nuję, nie wykry­łam żad­nych człon­ków załogi.

- A lądow­niki?

- Nie mam jesz­cze połą­cze­nia z tą czę­ścią statku.

May wolała nie mówić, co jej przy­szło do głowy; to byłoby nie­praw­do­po­dobne. Uznała za trudne do uwie­rze­nia, że ktoś mógł być na statku i pozo­sta­wać zupeł­nie nie­wy­kryty nawet w ciem­no­ściach. Obie­cała sobie jed­nak, że nie da się ponieść ponu­rym spe­ku­la­cjom. Radze­nie sobie z rze­czy­wi­sto­ścią było dosta­tecz­nie trudne, a jej żołą­dek od dawna doma­gał się napeł­nie­nia czym­kol­wiek innym niż żel odżyw­czy czy cukier.

- Mam ochotę na che­ese­bur­gera, dołą­czysz do mnie?

- Z przy­jem­no­ścią.

May, z pew­nym nie­po­ko­jem, ruszyła do kam­buza. Na szczę­ście restart napra­wił część zasi­la­nia wewnętrz­nego, więc sta­tek nie przy­po­mi­nał już atra­men­to­wo­czar­nego labi­ryntu śmierci. W porów­na­niu z tym, jak wyglą­dał wcze­śniej "Haw­king II", na­dal robił jed­nak wra­że­nie posęp­nej, posta­po­ka­lip­tycz­nej wer­sji samego sie­bie. W sła­bym świe­tle błysz­czące daw­niej panele ścienne i lśniąca meta­lowa pod­łoga nabrały brud­nej patyny, jakby sta­tek był opusz­czony i porzu­cony przez dzie­siątki lat. May zastała kam­buz w podob­nym sta­nie jak ambu­la­to­rium; część opa­ko­wań z zapa­sami żyw­no­ści została roz­darta, a ich zawar­tość leżała roz­rzu­cona na pod­ło­dze. Ale tak jak na resz­cie statku i tu pano­wała nie­sa­mo­wita cisza. May wyj­rzała przez okno obser­wa­cyjne.

- Wiem, że nasz sys­tem nawi­ga­cyjny nie działa, ale gdzie, u dia­bła, jeste­śmy? Masz jakieś poję­cie?

- Nie­stety, układy gwiazd w odle­gło­ści miliona kilo­me­trów w róż­nych kie­run­kach są nie do ziden­ty­fi­ko­wa­nia, nie jestem więc w sta­nie dokład­nie okre­ślić naszego aktu­al­nego poło­że­nia.

- Ani z pew­no­ścią tego, jak długo dry­fo­wa­ły­śmy - dodała May.

- Racja.

May pokrę­ciła głową.

- Możemy być gdzie­kol­wiek i dry­fo­wać z dużą pręd­ko­ścią Bóg wie jak długo... Jot-Wu-De.

- Jeste­śmy w dupie - przy­tak­nęła oschle SI.

May się uśmiech­nęła.

- To miłe, że nie mówisz jak robot.

- Mogę się nauczyć mówić w spo­sób, jaki lubisz. To są moje usta­wie­nia domyślne.

- Możesz mówić porząd­nym bry­tyj­skim angiel­skim?

- Oczy­wi­ście. Jaki dia­lekt regio­nalny?

- Bour­ne­mo­uth. Połu­dniowe wybrzeże.

- Dobra. A więc co byś powie­działa na taki spo­sób wysła­wia­nia się?

SI miała poprawny akcent, lecz brzmie­nie jej głosu było dener­wu­jąco elek­tro­niczne i spra­wiło, że May wcale nie poczuła się jak w domu, dopa­dła ją jedy­nie tęsk­nota za nim.

- Chyba wolę twój "natu­ralny" głos, może z nieco swo­bod­niej­szym spo­so­bem wypo­wia­da­nia się.

- Spoko, sio­stro. Szafa gra.

May się roze­śmiała.

- Powie­dzia­łam "swo­bod­niej­szym", a nie ame­ry­kań­skim.

- Prze­pra­szam. Kolo­kwialny ame­ry­kań­ski angiel­ski jest uzna­wany za naj­bar­dziej "swo­bodny" spo­sób wypo­wie­dzi.

- Wcale mnie to nie dziwi... Hej, mam pomysł. Po pro­stu słu­chaj, jak mówię, i spró­buj mówić tak samo.

- Potra­fię to zro­bić. Przy­sto­so­wa­nie to moja spe­cjal­ność.

- Skoro o tym mowa, czy masz jakieś praw­dziwe imię?

- ANNI. To akro­nim od Arti­fi­cial Neu­ral Network...

- To się nie uda. Annie to było imię fan­tomu uży­wa­nego do ćwi­cze­nia resu­scy­ta­cji; mia­łam z nim sta­now­czo zbyt bli­ski kon­takt w cza­sie nauki lata­nia. Czy mogę wybrać ci bar­dziej odpo­wied­nie imię?

- Jesteś dowódcą tego statku. Na mocy nada­nych ci upraw­nień...

- Znów mówisz jak robot.

- Prze­pra­szam. Chcesz wybrać imię dla mnie?

- Tak, chcę.

May zaczęła się zasta­na­wiać. Naj­pierw pomy­ślała o swo­jej przy­ja­ciółce. Potem cof­nęła się w prze­szłość, do swo­jej matki sto­ją­cej nad sadzawką ze skrzy­żo­wa­nymi ramio­nami, zanie­po­ko­jo­nej, lecz nie spa­ni­ko­wa­nej - zacho­wa­nie matki było ide­al­nym prze­ci­wień­stwem typo­wego dla córki pobrzę­ki­wa­nia sza­belką.

- Chyba nazwę cię Eve.

- Eve. Księga Rodzaju. Stwo­rzona z żebra Adama...

- Żad­nych takich bzdur, pro­szę. Moja mama miała na imię Eve. Była tro­chę do cie­bie podobna: bez­li­to­śnie prak­tyczna, kon­se­kwent­nie chro­niła mnie przed nie­bez­pie­czeń­stwami.

- Pochle­biasz mi. Dzię­kuję, kapi­tan Knox.

- Ale to działa w dwie strony, Eve. Kapi­tan Knox brzmi zbyt drę­two. Chcę, żebyś od tej pory nazy­wała mnie May. Skrót od Maryam.

- Maryam. Arab­ski odpo­wied­nik Marii, matki Jezusa, czyli Isy, jak napi­sano w Kora­nie.

- Naprawdę? To stąd pocho­dzi moje imię? Zawsze myśla­łam, że dosta­łam je po nud­nej sta­rej ciotce mojej mamy.

- Moż­liwe, że dosta­łaś je po nud­nej sta­rej ciotce, ale takie jest pocho­dze­nie tego imie­nia.

- Bar­dziej mi się teraz podoba. - May uśmiech­nęła się, myśląc o tym, jak mądra była zawsze jej matka, przy­da­jąc jej życiu odro­binę uro­czej nie­zwy­kło­ści. - Dobrze, dość poga­du­szek, Eve. Jesteś teraz ofi­cjal­nie moją zastęp­czy­nią, a nie jakimś ele­men­tem wypo­sa­że­nia. Sta­no­wimy zespół. Zro­zu­mia­łaś?

- Tak je... To zna­czy tak, May.

- Dosko­nale. Wróćmy zatem do nie­przy­jem­nych tema­tów, takich jak kata­klizm na statku et cetera. To, co mogłoby pomóc nam go ura­to­wać, to przede wszyst­kim infor­ma­cja o tym, co, u dia­bła, tu się wyda­rzyło. Masz jakieś dane?

- Wydaje się, że nie ty jedna masz kło­poty z pamię­cią. Zaraz po restar­cie pró­bo­wa­łam się dostać do danych z dzien­nika pokła­do­wego. Jak wiesz, jestem zapro­gra­mo­wana do reje­stro­wa­nia całej wyprawy. Obej­muje to prze­cho­wy­wa­nie suro­wych danych i przej­mo­wa­nie zapi­sów z mojej sieci kamer. Zapisy w dzien­niku pokła­do­wym ury­wają się pięt­na­stego grud­nia dwa tysiące sześć­dzie­sią­tego siód­mego roku i zostały przy­wró­cone dopiero po restar­cie.

- Czy jest moż­liwe, że twoja utrata pamięci została spo­wo­do­wana przez to coś, co uszko­dziło sta­tek?

- Tak, ale stan moich pro­ce­so­rów, choć mizerny, spra­wia, że cał­ko­wita utrata danych jest nie­praw­do­po­dobna. Sys­tem jest redun­dantny, aby temu zapo­biec.

- Z pew­no­ścią ci z kon­troli lotu mają rezer­wowe kopie zapa­sowe - powie­działa May z nadzieją.

- Wszyst­kie dane są nie­ustan­nie prze­sy­łane do kon­troli lotu. Jeśli uda nam się przy­wró­cić kon­takt, będziemy mogły okre­ślić pro­blem.

- Usuńmy z naszego słow­nika słowo "jeśli", Eve. Gdy... gdy przy­wró­cimy łącz­ność.

- Oczy­wi­ście, z tym zastrze­że­niem, że nie będę pró­bo­wała prze­ka­zy­wać pew­ni­ków z powodu braku danych empi­rycz­nych.

- Dobrze. Tro­chę kru­cho u mnie z opty­mi­zmem. Ale gdy mój cho­lerny mózg zacznie w końcu dobrze funk­cjo­no­wać, będę mogła pomóc roz­wią­zać nie­które z naszych pro­ble­mów. Teraz mam w gło­wie kom­pletny chaos.

- Jeśli chcesz - powie­działa Eve - pokażę ci wideo z odprawy misji i dam ci dostęp do pro­gra­mów do prze­glądu statku. Prze­szu­ka­łam nasze dane medyczne i odkry­łam, że odpo­wied­nie wska­zówki mogą pomóc przy­wró­cić pamięć po ura­zie mózgu. W brie­fingu podane są para­me­try i per­so­nel misji, a także krótki prze­gląd badań dok­tora Ste­phena Knoxa, na któ­rych...

Myśli May powę­dro­wały do męża, więc nie docie­rały już do niej wywody Eve. Nie to, że o nim zapo­mniała. Sku­piona na sytu­acji na statku i pró­bie prze­ży­cia, pró­bu­jąc pora­dzić sobie z mętli­kiem w gło­wie, nie miała ani czasu, ani siły, by roz­my­ślać o mężu. Lecz im wyraź­niej docho­dziła do sie­bie, tym czę­ściej powra­cał w jej myślach.

Mimo że prze­peł­niały ją cie­płe, ser­deczne uczu­cia, nie­po­kój powo­do­wał skur­cze w żołądku. Czy po pro­stu tęsk­niła za nim i mar­twiła się, że on jest prze­ko­namy o jej śmierci? Że teraz cierpi, tak samo jak ona by cier­piała, będąc na jego miej­scu? A może cho­dziło o coś wię­cej? Pamię­tała to, co powie­działa Eve o amne­zji wstecz­nej. Daw­niej­sze wspo­mnie­nia przyjdą naj­pierw albo przy­naj­mniej łatwiej będzie do nich dotrzeć. Wspo­mnie­nia śwież­sze będą trud­niej dostępne.

Ale, koniec koń­ców, przyjdą do niej. On do niej przyj­dzie. Teraz jed­nak wyda­wał się bar­dzo, bar­dzo daleki.