Assassin's Creed. Assassin's Creed: Objawienia - Oliver Bowden

-
Proszę czekać

 

Słowniczek wyrażeń włoskich, greckich, chińskich i tureckich

a presto - do zobaczenia wkrótce

adi herif - świnia

al diavolo - do diabła

affedersiniz - przepraszam

affedersiniz, efendim - przepraszam, panie

akçe - dawna turecka moneta

Allah ashkina - jeśli Bóg pozwoli

Allaha ismarladik! - Niech cię Bóg błogosławi!

aman Allahim! - o Boże!

amore - miłość, ukochany

apistefto - niewiarygodne

arrocco - roszada

aynen oyle - otóż to

ballata - ballada

bastardo - bękart, drań

bene - dobrze

beyfendi - Wasza Ekscelencjo

bir sey degil - nie ma za co

bistecca alla fiorentina - stek po florencku

brutti ma buoni - brzydkie, ale dobre

buffone - dureń

buon giorno - dzień dobry

buona donna - dobra kobieto

buona sera - dobry wieczór

canaglia - łajdak, kanalia

carciofini sott'olio - młode karczochy duszone w oliwie z oliwek

castagnaccio - ciasto kasztanowe

cazzo - fiut/gówno

che sucede? - co się dzieje?

çok üzüldüm - bardzo dobrze

dao - szabla

dashi, xi?xi? nin - dziękuję, Mistrzu

dio mio - mój Boże

du?b?qi - przepraszam

duomo - katedra

dżambija - arabski sztylet o szerokim, zakrzywionym ostrzu

? incredibile - nie do wiary

edáxi - w porządku

efendim - panie

evet - tak

fettunta - pieczywo czosnkowe

finito - skończone

fratello mio! - mój bracie!

fuori! - precz!/wynocha!

Gennaio - styczeń

gerzek - głupiec

ghazi - święty wojownik

Giugno - czerwiec

grazie - dziękuję

güle güle - bardzo dobrze

güzel - doskonale

hadżdż - pielgrzymka

haydi rastgele - powodzenia

hristé mou - mój Boże!

il diavolo - diabeł

inanilmaz - niewiarygodne

kanun - prawo

karesi - place

kargasha - chaos, zamieszanie

kesinlikle - oczywiście

kouráyo - odwaga

kyrie - pan

khardeshlerim - bracia

la Crociata Segreta - Tajemna Krucjata

levatrice - akuszerka

ling chi - kara tysiąca cięć

lokanta - kawiarnia/restauracja

maccaroni in brodo - zupa z makaronem

magnetismo - magnetyzm

masa'il kher - dobry wieczór

merda - cholera

merhaba - witaj

messer - pan

mia cara - moja droga

mio bel menestrello - mój przystojny minstrel

mio principe - mój książę

moleche - krab o miękkim pancerzu

molto curioso - bardzo ciekawe

navigatore - żeglarz

nessun problema - nie ma problemu

non mi sorprende - nie dziwi mnie to

pandiramerino - chleb z rozmarynem

panzanella - chleb i sałatka z pomidorów

pecorino - rodzaj sera

pek güzel - bardzo piękne

pekala - w porządku

perdonate, buon signore - wybacz, dobry człowieku

perfetto - doskonale

piena di vita - pełny życia

poi kala - bardzo dobrze

prens - książę

prego - proszę

presuntuoso - zarozumiały (o człowieku)

principe - książę

qián - moneta

raccolto - zbiory

ragazzo - młody chłopak

requiescat in Pace - spoczywaj w pokoju

rixoto de g? - risotto z babką (gatunek ryby)

sagliginiza! - do zobaczenia wkrótce!

salame toscano - salami toskańskie

salsicce di cinghiale - kiełbasa z dzika

salute a voi, Assassini - witajcie, asasyni

salve - cześć

sayin da Vinci bey - pan da Vinci

se solo! - gdyby tylko!

serefe! - na zdrowie!

sharbat - sorbet

shehzad/shehzadem - książę

s? - tak

s?, da molto tempo - tak, bardzo długą

sinav icin iyi sanslar! - powodzenia, przyjacielu!

sövalye - rycerz

spaghetti allo scoglio - spaghetti z owocami morza

tesekkür ederim - dziękuję

Tesekkür, Mentor. Chok tesekkür ederim! - Dziękuję, Mentorze. Bardzo dziękuję!

tesoro - moja najdroższa

ti distih?a - co za nieszczęście

tonno al cartoccio - świeżo pieczony tuńczyk w panierce

un favore - przysługa

una tortura - tortura

va bene - w porządku

vendange - winobranie

veraison - dojrzewanie winogron

 

1

Wysoko po czystym, bezchmurnym niebie szybował orzeł.

Wędrowiec - zakurzony, zdrożony, oderwał wzrok od ptaka, podciągnął się na niski, kamienny murek i przez chwilę stał nieruchomo, bystrym spojrzeniem chłonąc widok. Zamek otaczały poszarpane, ośnieżone szczyty gór, chroniły go i zamykały w swoich objęciach. Forteca wznosiła się dumnie na jednym z nich; zwieńczona kopułą wieża cytadeli była lustrzanym odbiciem mniejszej kopuły sąsiedniej wieży więziennej. Stalowoszare skały trzymały się pazurami podstaw gładkich murów. Wędrowiec oglądał je nie pierwszy raz - dzień wcześniej mignęły mu w oddali, o zmierzchu, gdy wspiął się na wzniesienie milę na zachód stąd. Zamek, zbudowany niczym za sprawą czarów w tym niedostępnym terenie, wyglądał jak zespolony w jedną całość ze skalnymi turniami.

Wędrowiec dotarł do celu - w końcu. Po dwunastu nużących miesiącach wędrówki. Ciężkiej i długiej - w trudach i niepogodzie.

Przykucnął na wszelki wypadek i znieruchomiał; odruchowo sprawdzając broń, dalej wypatrywał. Jakiegokolwiek ruchu. Jakiegokolwiek.

Na blankach - ani żywej duszy. Tylko wiatr tnący tumany śnieżnego pyłu, ale ani śladu ludzi. Forteca wyglądała na opuszczoną, tak jak się spodziewał po tym, co o niej czytał. Życie jednak nauczyło go, że najlepiej zawsze się upewnić. Tkwił nieruchomo.

Żadnych odgłosów prócz wiatru. A potem - coś. Drapanie? Przed nim, po lewej, po gładkim zboczu stoczyła się garść kamyków. Wędrowiec zesztywniał, podniósł się lekko, wysunął głowę spomiędzy zgarbionych ramion. A wtedy strzała, która nadleciała nie wiadomo skąd, trafiła go w prawy bark i przebiła zbroję.

Zachwiał się, skrzywił z bólu. Sięgnął ręką do strzały, podniósł głowę i wytężył wzrok w kierunku skalnej wyniosłości - niewielkiego wzniesienia, mierzącego najwyżej dwadzieścia stóp - która wyrastała przed zamkiem i służyła za naturalne, zewnętrzne stanowisko obrony. Na jej szczycie pojawił się mężczyzna w ciemnoczerwonej tunice, burej szacie wierzchniej i zbroi, z dystynkcjami kapitana. Głowę miał ogoloną, a jego twarz ukośnie, z prawej do lewej, przecinała blizna. Rozchylił usta w grymasie, który był po części wyrazem wściekłości, po części tryumfalnym uśmiechem, ukazując nierówne i poszczerbione zęby, brązowe niczym nagrobki na zaniedbanym cmentarzu.

Wędrowiec szarpnął drzewce strzały. Ząbkowany grot utkwił w zbroi, przebił jednak tylko metal, a jego czubek ledwie drasnął ciało. Mężczyzna odłamał drzewce i cisnął je na bok. W tym momencie ujrzał ponad setkę uzbrojonych ludzi, podobnie odzianych, z mieczami i halabardami w gotowości, wychodzących na grań po obu stronach ogolonego na łyso kapitana. Ich twarze skrywały hełmy z nosalami, ale czarne orły na tunikach powiedziały podróżnemu, z kim ma do czynienia; wiedział, czego może się po nich spodziewać, jeśli go pojmą.

Czyżby się starzał? Żeby wpaść w taką pułapkę... Przedsięwziął przecież wszystkie środki ostrożności.

I mimo to poniósł porażkę.

Cofnął się, gotów na ich przyjęcie. Wysypali się na płaski kawałek terenu, na którym stał, rozproszyli na boki, otoczyli go i trzymali na długość halabardy. Wyczuwał, że mimo liczebnej przewagi boją się go. Jego reputacja była szeroko znana i słusznie zachowywali czujność.

Przyjrzał się halabardom. Podwójne groty - topór i pika.

Rozprostował ramiona. Z jego nadgarstków wysunęły się dwa wąskie, szare, śmiercionośne ukryte ostrza. Spiął się; odbił pierwszy cios, wyczuwając wahanie przeciwnika - czyżby chcieli wziąć go żywcem? A potem zaatakowali ze wszystkich stron naraz, próbując powalić go na kolana.

Zawirował i dwoma czystymi cięciami rozpołowił drzewca najbliższych halabard. Grot jednej z nich poleciał w powietrze; podróżny schował prawe ukryte ostrze i chwycił go, zanim upadł na ziemię. Trzymając grot za kikut drzewca, wbił go w pierś poprzedniego właściciela.

Wtedy go opadli; w ostatniej chwili schylił się nisko, szumem powietrza ostrzeżony przed ciosem halabardy, która przeleciała tuż-tuż nad nim, mijając jego zgięty grzbiet. Odwinął się wściekle i lewym ukrytym ostrzem ciął głęboko nogi napastnika przed sobą. Mężczyzna z wyciem runął na ziemię.

Wędrowiec chwycił upuszczoną halabardę, która przed chwilą omal nie pozbawiła go życia, i zakręcił nią w powietrzu, odrąbując dłonie następnemu napastnikowi. Odcięte ręce poleciały łukiem w powietrzu, z palcami zakrzywionymi jak w błaganiu o łaskę, z pióropuszem krwi ciągnącej się za nimi niczym czerwony łuk tęczy.

To na moment powstrzymało napastników, ale ci ludzie oglądali gorsze rzeczy i ledwie wędrowiec zdołał złapać oddech, oni znów go obskoczyli. Zamachnął się halabardą i zostawił ją wbitą głęboko w szyję człowieka, który przed chwilą usiłował go powalić. Podróżny puścił drzewce i schował drugie ukryte ostrze, żeby uwolnić dłonie i chwycić sierżanta z wielkim mieczem; wyrwał mu broń i cisnął nim w gęstwę żołnierzy. Zważył miecz w dłoni; poczuł, że bicepsy napinają mu się pod ciężarem dwuręcznej klingi. Podniósł ją w samą porę, by rozrąbać hełm następnego halabardzisty, tym razem atakującego z tylnej lewej ćwiartki w nadziei, że tam pozostanie niezauważony.

Miecz był solidny. Lepszy do takiej roboty niż lekki sejmitar u jego boku, zdobyty podczas drogi, czy ukryte ostrza, przydatne w zwarciach. Nigdy go nie zawiodły.

Z zamku wysypywało się coraz więcej żołnierzy. Ilu było trzeba, żeby pokonać jednego człowieka? Napierali na niego hurmą, ale on wirował i uskakiwał, mylił ich. Wyrwał się ze ścisku przewrotem przez plecy jednego z napastników; wylądował, odbił cios miecza hartowanym, metalowym karwaszem na lewym nadgarstku i własne ostrze wbił w bok przeciwnika.

Nagle - chwila spokoju. Dlaczego? Wędrowiec znieruchomiał, łapiąc oddech. Kiedyś nie musiałby łapać oddechu. Rozejrzał się. Wciąż otaczali go żołnierze w szarych kolczugach.

Nagle pośród nich zobaczył innego człowieka.

Innego człowieka. Kroczącego między nimi. Niezauważonego, spokojnego. Młodego mężczyznę w bieli. Odzianego tak samo jak on, noszącego taki sam kaptur, ze spiczastym czubkiem z przodu, przypominającym orli dziób. Wędrowiec rozchylił usta, zdziwiony. Wszystko ucichło. Wszystko znieruchomiało, nie licząc młodego mężczyzny w bieli, który szedł - miarowo, spokojnie, bez lęku.

Młodzieniec przechodził między walczącymi tak, jak się idzie przez pole kukurydzy - jakby w ogóle go nie obchodzili, nie wzruszali. Czy to nie taka sama sprzączka spinała jego wyposażenie? Taka sama jak u wędrowca? Z takim samym symbolem? Symbolem, który wędrowiec nosił wypalony w świadomości i własnym życiu od ponad trzydziestu lat - podobnie dawno temu oznakowano mu serdeczny palec.

Zmrużył oczy, a kiedy je otworzył, wizja - jeśli tym właśnie była - zniknęła. Powrócił hałas, smród, zagrożenie, napierające z każdej strony, z kolejnymi szeregami wrogów, przed którymi nie było ucieczki i których nie mógł pokonać.

Jednak, nie wiedzieć czemu, nie czuł się już tak samotny.

Nie było czasu na myślenie. Żołnierze otaczali go ze wszystkich stron, równie przerażeni co wściekli. Sypały się ciosy, zbyt liczne, by wszystkie odparować. Wędrowiec walczył dzielnie, powalił jeszcze pięciu, dziesięciu. Ale miał przeciwko sobie hydrę o tysiącu głów. Olbrzymi żołnierz spuścił na niego dwudziestofuntową klingę. Podróżny podrzucił w górę lewą rękę, żeby odbić cios karwaszem, obrócił się i upuścił własny ciężki miecz, by wykorzystać ukryte ostrza. Ale napastnik miał szczęście. Stalowy karwasz odbił klingę, lecz jej pęd był za duży, by całkowicie ją zatrzymać. Zsunęła się do nadgarstka i napotkała lewe ukryte ostrze, które zerwała. W tym samym momencie wędrowiec, wytrącony z równowagi, potknął się na kamieniu i skręcił kostkę. Nie zdołał powstrzymać upadku twarzą na kamienisty grunt. I tam został.

Krąg żołnierzy zacieśnił się nad nim; trzymali się od niego na długość halabard, wciąż spięci, wciąż wystraszeni, nie ważyli się jeszcze tryumfować. Ale szpikulce ich pik dotykały jego pleców. Jeden ruch i byłby martwy.

Nie był na to jeszcze gotowy.

Chrzęst butów na skale. Ktoś podszedł. Podróżny odwrócił lekko głowę i zobaczył stojącego nad nim, ogolonego kapitana. Blizna na jego twarzy była nabrzmiała i czerwona. Nachylił się tak blisko, że podróżny poczuł smród jego oddechu.

Kapitan ściągnął mu kaptur, żeby odsłonić twarz. Uśmiechnął się, potwierdziwszy to, czego się spodziewał.

- Ha! Przybył Mistrz! Ezio Auditore da Firenze. Czekaliśmy na ciebie, jak bez wątpienia zauważyłeś. To pewnie dla ciebie spory wstrząs, widzieć starą twierdzę waszego Bractwa w naszych rękach. Ale tak musiało się stać. Włożyliśmy w walkę tyle wysiłku, że zasłużyliśmy na zwycięstwo.

Wyprostował się, odwrócił do żołnierzy otaczających Ezia - dobrych dwóch setek - i rzucił rozkaz:

- Zabrać go do celi na wieży. Najpierw go skujcie, tylko mocno.

Podnieśli Ezia na nogi i pospiesznie, nerwowo go skrępowali.

- To tylko krótki spacer i długie schody - powiedział kapitan. - A potem lepiej się módl. Rano cię powiesimy.

Wysoko nad nimi unosił się orzeł, wypatrując ofiary. Nikt nie zwracał na niego uwagi. Na jego piękno. Na jego wolność.