Asmodeusz. Portrety - Jolanta Knitter-Zakrzewska

Kup ebooka

28.00 zł
22.39 zł (13,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Asmodeusz

"Świat, w którym istnieje grzech, jest lepszy niż świat bez wyboru"

- Edward Dolnick,

"Wielki zegar Wszechświata.

Wiek geniuszy i narodziny nowoczesnej nauki"

Kim jestem? Przekonajcie się sami. Poznajcie moją historię. Poznajcie kobiety mojego życia, które ciągle marzą o ideale mężczyzny.

Daleko mi do kanonu piękna. Jestem niski, korpulentny, szpakowaty, a mimo to odczuwam niegasnące zainteresowanie ze strony kobiet. Jak to możliwe?

Asmodeusz zło czyni słowami tylko z pozoru gładkimi jak jedwab: "Bajko ty moja... Jesteś piękna, zmysłowa, najważniejsza, wyjątkowa... Jestem twoim przyjacielem. Nigdy, nigdy cię nie skrzywdzę. Te chwile będą tylko nasze, nikt nam ich nie odbierze. To jest to coś, dla czego warto żyć".

Do ciebie dziś należy karta. Kiedy się zorientujesz, o co tu chodzi? Nieprędko, moja mała, nieprędko...

Zimna, cyniczna gra. Kto wygra - on, ona, a może gorączkowa obsesja? Wzbudzić pragnienie, aby go nie ugasić, drażnić zmysły, żeby za chwilę uderzyć chłodem obojętności. Ja niczego złego nie robię, to tylko taka zabawa w Asmodeusza i kobiety.

"Tą mądrością jest księga przykazań Boga

i Prawo trwające na wieki"

- Ba 4,1 [1]

Moja matka dała mi imię niezwykłe. Imię, w którym zakochiwały się wszystkie kobiety. Moja matka dała mi na imię Asmodeusz...

Nie wiedziała, że to imię diabła ze Starego Testamentu. Kiedyś jakiś mężczyzna powiedział jej, że ma tak na imię, a ona była zachwycona. Miał ją w ramionach przez krótką chwilę, ale była to jedna z tych chwil, których się nie zapomina. Najpierw nazywała go "najprzystojniejszym facetem pod słońcem", potem "złamanym kutasem, który dziury nie zrobi, a krew wypije". Tak więc dała mi to imię z braku wiedzy i z głupiej miłości. Niewiedza w dzisiejszych czasach jest w cenie. Czasami im większa głupota, tym więcej aplauzu. A ile warta jest głupia miłość? Miłość bez mądrości jest jak popiół. Nie daje ciepła, bezpieczeństwa, oparcia...

A jednak mimo wszystko, mimo swej niewiedzy moja matka dała mi imię, które pojawia się w uniwersalnej księdze mądrości, jaką jest Biblia. Czym bowiem jest mądrość, jeżeli nie umiejętnością odróżniania dobra od zła? Czym jest dobro? Czym jest zło? Jak odróżnić jedno od drugiego? Żadna księga poza Biblią nie daje tak jednoznacznej odpowiedzi na te pytania - prostych, klarownych imperatywów. Dekalog od wieków stanowi stały punkt odniesienia, niezmienny wobec przeróżnych ścieżek, dróg, pomysłów, wobec zmieniających się jak w kalejdoskopie teorii, filozofii czy prawa. We wszystkich rozważaniach etyczno-moralnych znajdziemy ślady Dekalogu. Moje imię pojawia się w Księdze Tobiasza. Asmodeusz jest tam złym duchem, który zabił siedmiu kolejnych mężów Sary.

Moje imię jest bardzo ważne. Beze mnie nikt nie wiedziałby, czym jest dobro, jestem kontrastem, dzięki któremu ludzie dostrzegają białą barwę. Czym byłoby nasze życie bez dobra? Jednak beze mnie dobroć nie byłaby przez nikogo doceniona, nie byłaby celem, dążeniem, mądrością. Nie ma dnia bez nocy, yin bez yang, życia bez śmierci, dobra bez zła.

Moje imię stało się moim przeznaczeniem. Stałem się Asmodeuszem. Jestem Asmodeuszem. Nie jestem dobrem, ale beze mnie ono by nie istniało. Wprowadzam chaos, żeby ludzie poszukiwali ładu, wprowadzam zamęt, żeby pragnęli światła, wprowadzam niepokój, żeby zatęsknili za spokojem, rozbijam małżeństwo każdej Sary, by zrozumiała, że tak naprawdę mogła liczyć tylko na Tobiasza...

Czy każda kobieta to zrozumie, czy będzie potrafiła dostrzec dobroć Tobiasza pośród jego wad, które są przecież częścią każdego człowieka? Czy zmarnuje swoje życie na czekanie i tęsknotę za kimś innym? Czy małżeństwo jest końcem jej tęsknot czy wręcz przeciwnie - ich początkiem?

***

"Małżeństwo - zdarzenie, po którym

mężczyzna przestaje kupować kwiaty,

a zaczyna kupować warzywa"

- Antoni Uniechowski

Jeśli kobiety mogą liczyć już tylko na "warzywa", zaczynają żyć w dwóch światach - w realnym, w którym wypełniają swoje obowiązki, i iluzorycznym, który ja im podsuwam, w którym marzą o swoich Wrońskich z płonącym wzrokiem na wieczornym dworcu i Tolibowskich zbierających nenufary w wodzie po kolana, drzemią w nich romantyczne porywy serca, silne namiętności, które wystarczy obudzić. Oddają się marzeniom, a kiedy pojawiam się ja, łudzą się, że je urzeczywistnię. Śmiać mi się chce, kiedy pomyślę, jak łatwe mam pole do działania. Pojawiam się w ich życiu jako przeciwieństwo przyzwyczajenia, przeciwieństwo nudy, niosę ożywczy powiew odmiany, a któż czasem jej nie pragnie? Wyrwać się z utartych kolein codzienności. Zamiast ją docenić, rozsmakować się w niej, cieszyć się jej drobiazgami, ludzie odwracają się od niej plecami, jakby nie była ich prawdziwym życiem, tylko udręką, od której najlepiej byłoby uciec albo na którą się godzą jedynie z powodu przyzwyczajenia. Jestem tymi drugimi drzwiami, przez które można przejść. Jestem wyborem, na który tak często się decydujemy. Jesteśmy ludźmi po to, by wybierać te właściwe drzwi. Które wybierzesz?

***

"Sądzicie, że potrzebujecie odmiany. Zacznijcie romansować. Najpierw poczujecie poprawę, a nawet ustąpienie wszelkich nieprzyjemnych przejawów życia. Potem zrozumiecie, że jesteście we władzy demona, który upaja i uzależnia, daje wam wszystko i wszystko odbiera. Im więcej zostaje wam obiecane, tym dotkliwsze jest poczucie straty, a ten demon obiecuje wszystko".

"[...] wdajcie się w jałowy romans, naładowany bezsensownymi emocjonalnymi wzlotami i upadkami".

Tomasz Mazur,

"Fiasko"

Za moimi drzwiami lśni srebrzysta łza jeziora w dolinie, z góry spływa kojąca cisza i gwiazdy błyszczą tak mocno, jakby były bliskie na wyciągnięcie ręki. Nie ma żadnego progu i żadnej drogi, której trzeba byłoby się trzymać. Jestem drogowskazem, który prowadzi donikąd. Obiecuję wolność i beztroskę bezdroży. Zapomnienie w dotyku, którego nigdy nie doświadczysz. Rozłożę na pachnącej jesiennymi liśćmi ziemi czarną kurtkę, na której się położysz. Twoje ciało będzie lśniło w ciemności jak perła. Żadna nie rozumie, że jestem tylko obrazem, do którego nigdy nie dotrą, jestem tylko mgielną obietnicą, pięknym i kuszącym przedstawieniem zręcznego iluzjonisty.

***

"Początkiem każdego dzieła - słowo"

Syr 37,16

Moje dzieła okazały się banalnie proste. Cegłami na moją budowlę były słowa. Potrafiłem z nich zbudować każdą ułudę. Wszystkie kobiety są narkomankami słów. Można je słowami uwieść, uśpić, uzależnić. Kochają słuchać, że są piękne, że ładnie im w czerwonym, że wyglądają zmysłowo, że są jedyne, wyjątkowe, że to wszystko, co jest między nami - ta miłość, przyjaźń - jest niezwykłe, niespotykane i będzie trwało wieki.

Lepiej, żeby mnie nie kochały, a że dzieje się inaczej, cóż, to ich wybór. Każdy dokonuje wyboru pomiędzy dobrem a złem, mądrością a głupotą. Dokonuje tego wyboru każdego dnia. One są jak ćmy, lecą do mojego blasku. Miłość bez mądrości jest nic niewarta. Kiedy to zrozumieją? Lepiej mnie nie kochaj - to jedyna prawda, jaką wypowiadam, ale zarazem jedyne słowa, w które nie wierzą. Dają wiarę każdemu kłamstwu: jesteś najważniejsza, wyjątkowa, piękna, boska, cudowna, niesamowita, zapierająca dech. Nie chcą prawdy, wolą być czarowane. A ja jestem doskonałym magikiem, czarodziejem codzienności, u mnie nie ma nudy i wszystko ma rozkoszne rumieńce hedonizmu.

***

"Słyszeliście, że powiedziano: Nie cudzołóż! A Ja wam powiadam: Każdy, kto pożądliwie patrzy na kobietę, już się w swoim sercu dopuścił z nią cudzołóstwa".

- Mt 5,27

Najbardziej lubię uwodzić mężatki. Mężatka to dla mnie trofeum. W dodatku dosyć łatwe do zdobycia. Większość czuje się niekochana, niedoceniana, niedopieszczona. Większość nie docenia swoich mężów, nie szanuje ich, nie docenia ich starań, marzą o swoim Tolibowskim jak Barbara z "Nocy i dni".

Małżeństwo - węzeł, który rani nadgarstki dwojga ludzi, w gruncie rzeczy obcych sobie, którzy składają przysięgę na całe życie, nie będąc w stanie jej dotrzymać.

Od samego początku wpływają na siebie, chcą się wzajemnie zmienić. Jakim prawem dokonują gwałtu na umyśle, duszy, osobowości drugiego człowieka? Nie potrafią akceptować się nawzajem, porozumieć, cieszyć się życiem. Nie, zamiast tego ciągła walka, kto będzie dominował, kto będzie miał rację. Małżeństwo nie jest dla każdego, jest dla nielicznych, dla mocarzy, dla ludzi moralnych, dla ludzi z zasadami, dla ludzi, którzy chcą się starać, pracować, łatać, poprawiać, nie tracąc przy tym radości z życia we dwoje. Kiedyś czytałem o syndromie brakującej dachówki. Wychodzisz przed dom, patrzysz w górę na piękny dach swojego domu i podziwiasz lśniące brunatną czerwienią dachówki, ale nagle twój wzrok pada na puste miejsce - jednej dachówki brakuje!

Od tej chwili nie widzisz już dachu, nie rozpiera cię radość z dachu, który nie przecieka, solidnie chroni przed wiatrem, osłania twój dom, ciągle widzisz tylko tę brakującą dachówkę. Czy nie jest tak, że czasem widzimy tylko wady (tę brakującą dachówkę)? Kiedy moje panie będą zadowolone?

***

"Kobieta nie starzeje się dopóty, dopóki jest pożądana"

- Gabriela Zapolska

Czy młodość i piękno mogą być zasługą tylko kremu przeciwzmarszczkowego, liftingu, skalpela? Tylko radość z poczucia bycia kochaną, pożądaną nadaje kobiecym rysom tego blasku, jaki nie jest w stanie zapewnić im żaden chemiczny kosmetyk...

Kobiety są czasami ofiarami bajki o Kopciuszku, zamiast postawić sobie jasny cel - szczęście rodziny, wychowanie dzieci albo samorealizację, rozwijanie talentu, pasji, pracę - czasami brakuje czegoś stałego w ich hierarchii wartości. Jeśli tak jest, wówczas można je "złowić" na mrzonki o wiecznej, wielkiej miłości. Jest w nich to czekanie na "księcia". I wtedy zjawiam się ja. Prawdziwy, zmaterializowany, prawiący komplementy, miły, pomocny.

***

"Poznacie ich po ich owocach. [...] każde dobre drzewo wydaje dobre owoce, a złe drzewo wydaje złe owoce"

- Mt 7,16

Dałaś się zwieść. Nie potrafiłaś mnie poznać. Uwiodłem cię słowami i długo zachwycałaś się mną. Teraz wiesz już dużo więcej, szkoda... Poznałaś wszystkie moje karty, całą moją talię znakowanych waletów, królów i dam. Ta talia jest nie do zdarcia! Musisz przyznać mi rację, prawda?

Z dumą odwracałaś się ode mnie i mówiłaś, że na ciebie to nie działa.

A jednak przywiązałem cię do siebie. Jesteś ze mną nierozerwalnie związana uczuciem. Nienawiść to uczucie. Nienawiść jest silniejsza od miłości. Nie uwolnisz się ode mnie. Tylko miłość mogłaby cię uzdrowić. Ale jej nie ma, ani w tobie, ani we mnie. Nie potrafisz mi przebaczyć, dźwigasz w sobie urazę, traumę, uważasz, że przeze mnie cierpiałaś, że obudziłem w tobie demona przeszłości. Brak przebaczenia jest największą fabryką zła. Pycha, złość, gniew, zemsta, nienawiść. To wszystko ma swoje zatrute źródło w braku przebaczenia. Ludzie nazywają się chrześcijanami, a nie potrafią przebaczyć. Nie potrafią przebaczyć ani innym, ani sobie. Wszelkie zło ma swoją przyczynę w braku przebaczenia.

Gdybyś potrafiła mi przebaczyć, byłabyś znowu szczęśliwa. A może ty nie chcesz zaznać szczęścia, jest w tobie jakaś autodestrukcja, dlaczego?

***

"Oto Ja was posyłam jak owce między wilki.

Bądźcie tedy roztropni jak węże,

a nieskazitelni jak gołębie".

- Mt 10,16

Kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy, nie wiedziałaś, kim jestem. Niewinny, dobry starszy pan z siwymi skroniami o głębokim spojrzeniu czarnych jak węgle oczu. Nie wiń się za to przywiązanie twoje do mnie. Nie mogłaś wiedzieć wtedy, na początku naszej znajomości, że stanę się twoim cierniem.

Chwaliłaś się swoim mężem, chwaliłaś się swoim spokojem, poukładanym jak w pudełeczku światem. Drażniło mnie to. Ja nie znoszę happy endów, tej nudnej harmonii, w której pachnie niedzielny obiad, a rodzice z dziećmi idą, trzymając się za ręce, do kościoła, a potem do parku. Chciałem zniszczyć twój spokój, zasiać w twoim umyśle chaos. Nie myl tego ze złem. Nie chciałem zła. W chaosie rodzą się nowe światy.

Bawiło mnie "otwieranie" ciebie. Wydawałaś się niewinna i trzymałaś się tak daleko... Byłaś taka zamknięta i skryta, jednak z każdym dniem jak dziecko nabierałaś do mnie zaufania i mówiłaś o sobie coraz więcej i więcej...

Wprawiało mnie to w dobry humor. Delektowałem się swoim sukcesem. Triumfowałem z powodu zwycięstwa. Bardzo szybko odkryłem twoje słabe punkty, wiedziałem, co cię boli, jak cię zranić. "Pokaż mi swoje rany, a ja je wyleczę..." Każdego coś boli, coś z przeszłości i z dnia dzisiejszego. Byłem przyjacielem do momentu, w którym uznałaś, że jestem twoim lekarstwem. W końcu się zorientowałaś, że to lekarstwo jest trucizną, ale było już trochę zbyt późno.

***

"Nie wydawaj duszy na pastwę smutku"

- Syr 30,21

Kiedy zniknąłem z twojego życia, przeżyłaś to ciężej, niż przypuszczałem. Głęboki smutek zaczął rzeźbić rysy twojej twarzy. Po jakimś czasie zauważyłem, że zawiesiłaś sobie krzyżyk na szyi. Czy zrozumiałaś, że tylko Jezus jest przy tobie zawsze, w każdej chwili dnia i nocy? Wróciłem, kiedy zobaczyłem, że pogodziłaś się z moim zniknięciem, kiedy już nie bolało cię to puste miejsce obok.

I wszystko zaczęło się od nowa...

A byłaś taka szczęśliwa, zanim mnie poznałaś. Przywiązana do męża i kochająca swoje dzieci. Pamiętasz, jaka byłaś szczęśliwa? Urodziłaś swoją drugą córeczkę, z czułością całowałaś jej paznokietki u maleńkich stóp. Miały kształt półksiężyców, a skronie maleństwa były jak aksamit, granatowe oczy - spokojne i głębokie jak niebo. Ssała twoją pierś, zapach ciepłego mleka otulał was obie bezpieczną kołyską nadchodzącego snu. Nie sądziłaś, że powrót do korporacji cokolwiek zmieni w twoim życiu. Wierzyłaś w przyjaźń, życzliwość, bezinteresowność, szczerość. Co ci z tego pozostało? Utracone nadzieje bolą, prawda?

Podobno prawda wyzwala, a ciebie przygniotła, zaczęłaś tracić siły i pochłonął cię demon smutku. Jako katoliczka powinnaś chyba wiedzieć, że osoba wierząca jest radosna, pogodna, ufa Bogu, swoje życie oddaje w Jego ręce i ma tę pewność, że pasterz poprowadzi ją na szczęśliwe, błękitne obszary. Smutek jest największym grzechem. Rozpacz jest złem, melancholia - największym wykroczeniem przeciwko nadziei.

***

"Lecz to, co z ust wychodzi, pochodzi z serca, i to właśnie czyni człowieka nieczystym. Z serca bowiem pochodzą złe myśli, zabójstwa, cudzołóstwa, czyny nierządne, kradzieże, fałszywe świadectwa, przekleństwa. To właśnie czyni człowieka nieczystym. To zaś, że się je nie umytymi rękami, nie czyni człowieka nieczystym"

- Mt 15,18 - 20

"Bo przewrotne myśli oddzielają od Boga [...].

Mądrość nie wejdzie w duszę przewrotną,

nie zamieszka w ciele uwikłanym w grzech"

- Mdr 1,3 - 4

Lubisz być czarowana czy wolisz prawdę?

Powiedziałaś, że wolisz prawdę. Kiedy już ją poznałaś, zaczęło się twoje cierpienie. Widziałem, jak cierpisz, a ja byłem twoim cierniem.

Wkraczam w twoją duszę jako coś obcego, innego, niezgodnego z twoimi przekonaniami, ona próbuje mnie odrzucić. Walczysz, szamoczesz się, protestujesz, a ja zarzucam swoją kotwicę na dno twojej podświadomości.

Twój Jezus, którego nosisz na szyi, na łańcuszku, jak jakiegoś idola, był niby moralny, uzdrawiał ludzi, a został wychłostany i zabity. Po co go nosisz? I tak nikt nie jest w stanie przestrzegać jego nauki, jest zbyt trudna. Czy widziałaś, żeby ktoś nigdy nie cudzołożył czy nie pożądał wzrokiem, w myśli innej kobiety, innego mężczyzny?

Pokusom trzeba ulegać, to jedyny sposób, by zniknęły. To, z czym zajadle walczymy, staje się naszym demonem! Czy nie stałem się twoją obsesją? Powtarzałem ci, że tylko dzieci są prawdziwą miłością, tylko one wyszły z ciebie, są częścią twojej duszy, twojego ciała, reszta jest nieważna. Twój mąż jest dla ciebie obcy! Pamiętaj o tym! Miłość w małżeństwie kończy się po dwóch latach, potem jest już tylko przyzwyczajenie. Odpierałaś atak, upierając się, że przyzwyczajenie jest silniejsze od miłości. Miłość to odpowiedzialność za stan duszy najbliższego człowieka. Potem znowu cię zostawiłem. Musiałem swój czas poświęcić Y., która bardzo o mnie dbała, zachwycała się mną, zawsze się ze mną zgadzała, spędzała ze mną wiele miłych chwil. Ty coraz częściej atakowałaś mnie słownie, a nasze rozmowy były tylko kłótniami. Miałem cię dość, zaczęłaś mnie męczyć.

***

Rozbudzić pragnienie, żeby go nie ugasić. Wzbudzić nadzieję tylko po to, żeby ją rozwiać. Masz odczuwać brak, puste miejsce po mnie obok siebie, tęsknotę jak nieugaszone pragnienie, trawiące duszę, obracające energię życiową w popiół. Wróciłem, ale nie było już jak dawniej...

Dziwiłem się, co się stało, że moja magia nagle przestała działać. Nie byłaś już chorobliwie zazdrosna, nie wpadałaś w tak głęboki smutek, przygnębienie. Dopiero po długim czasie zrozumiałem, że nie spodziewałaś się po mnie już niczego dobrego, twoje oczekiwanie na kolejny cios, drzazgę, ukłucie, przykrość, rozstanie - było jak tarcza. Zabroniłaś mi już mówić do siebie "słodkie słowa", więc uzależnianie cię ode mnie było trochę utrudnione, ale nie martwi mnie to. Nie ma kobiecej duszy niemożliwej do zdobycia.

***

"[...] okazało się, że w loży czeka na nas jeszcze pięć czy sześć kobiet. Wstały wszystkie na nasz widok i przywitały się w milczeniu. [...] Kongres kobiet czy też harem. [...] Siedziałam wobec Witkacego, który skinął, dosłownie skinął i natychmiast wszystkie kobiety, ile ich tam nie było, rzuciły się, żeby nas obsługiwać. Nalewały wina, wyrywały z rąk kelnerom półmiski, aby nam nakładać na talerze. [...] Witkacy siedział chmurny, popijał wino, czasem tylko rzucał uwagę (rozkaz), że jestem nie dość obsłużona. [...] Pięć czy sześć idiotek nadal obsługiwało mnie gorączkowo. [...] na dzisiejszy wieczór ja miałam być faworytą, a wszystkie kobiety niewolnicami. Ależ wytresował sobie Witkacy to stadko".

- Irena Krzywicka,

"Wspomnienia"

W naszej korporacji, poza sprawozdaniami, raportami, zestawieniami, bilansami, projektami, toczyło się jeszcze inne życie - biurowo-kawowe, sercowo-miłosne. Miałem swój prawdziwy harem. Jedna z "moich" pań, która proponowała mi intymne t?te--a-t?te, została zwolniona z pracy, ale zostało tyle innych, że naprawdę nie mogę narzekać na brak zainteresowania i dowodów uwielbienia. Opowiem trochę o jednej z nich. Była najłatwiejszą "ofiarą". Wiecznie niezadowolona ze swojego męża: za mało zarabia, nigdzie jej nie zabiera. Nie była ładna, ale miała miły uśmiech. Wystarczyło tylko kilka słów: "jesteś piękna, jesteś seksowna". Jakiś czas później wystarczyły trochę ostrzejsze słowa: "gdybyś ze mną była, krzyczałabyś z rozkoszy".

Zaczęła mnie namawiać, a potem prosić i błagać, żebyśmy to zrobili. Była potwornie rozczarowana, kiedy dotarło do niej, że nie chcę jej tknąć nawet jednym palcem. Odraza, jaką przez moment dostrzegła w mojej twarzy, doprowadziła ją do poczucia odrzucenia, poczucia własnej nieatrakcyjności fizycznej. Mąż nie potrafił przywrócić jej właściwych proporcji, więc szukała potwierdzenia w ramionach innego. Od tej pory widywali się raz w tygodniu. Ich ukradkowe spotkania kończyły się gorączkowym zbliżeniem gdzieś na gasnącej zieleni traw, nad srebrną łzą jeziora, które błyszczało w ciemności jak jedyny świadek ich zakazanej miłości. Jej ciało lśniło w ciemności, nad sobą widziała miliony gwiazd. Leżała przed nim bezbronna i naga. Czekała na niego. On stał i patrzył. Chciał ją zapamiętać właśnie taką, w tej chwili. Potem wchodził w nią gwałtownie i gorączkowo. Nie mieli miejsca na miłość. Ona oddawała mu tylko swoje ciało, bez duszy, a on z każdym kolejnym spotkaniem chciał coraz bardziej poznać jej myśli, wedrzeć się do jej głowy, ale nie było to możliwe, bo tam, mimo wszystko, pozostałem ja. Byli jak złoczyńcy, złodzieje czasu, najcenniejszej rzeczy, jaką można ofiarować drugiemu człowiekowi. Czas nie odrośnie jak drzewo, kwiat, trawa, przeminie bezpowrotnie. Okradali swoich najbliższych z godzin, które powinni z nimi spędzić. Ten czas tylko dla nich był chwilą skradzioną, wyrwaną, wyszarpaną z codziennych obowiązków. Musieli jechać do innego miasta, żeby przejść przez park, trzymając się za ręce.

"To będzie nasze miasto" - powiedział jej, kiedy po raz pierwszy zabrał ją do odległej o kilkadziesiąt kilometrów miejscowości. Szli przez jesienne aleje, całe w złocie i czerwieni, trzymając się za ręce, jakby znowu mieli osiemnaście lat, objęci, całujący się, zafascynowani sobą, głodni dotyku, oczekujący spełnienia. Ten powrót do pierwszych bezgranicznych czułości był magicznym kręgiem, z którego nie potrafili wyjść. Dręczyły ją później wyrzuty sumienia, z których zwierzała mi się cichym szeptem, oskarżając mnie przy okazji, że to ja ją popchnąłem do takiego życia. Odczuwałem satysfakcję, że kolejny raz sprawdziła się moja teoria, iż człowiek zawsze ewoluuje w kierunku dehumanizacji, nie pomoże mu religia, wartości, Bóg, zasady, przykazania, zawsze przegra ze swoją zwierzęcą naturą, z instynktem.

Nie byłem bezduszny, okazałem jej serce i zrozumienie. Pomogłem jej nie myśleć o nim, pomogłem jej zapomnieć. Stałem się prawdziwym przyjacielem, który nie osądza, nie krytykuje, nie ocenia, po prostu jest, bliski, stale obecny, dający wsparcie. Stałem się wtedy jak wiatr, skała, cisza i melodia...

***

"[...] warto znosić wszystkie wady małżeństwa,

aby mieć jednego przyjaciela

w świecie skażonym obojętnością".

- Erica Jong

Małżeństwo jest jak delikatna roślina. Niepodlewana - więdnie. Z jej związkiem właśnie tak się stało...

Kobieta, którą tu wspomniałem, nie jest już dla mnie ważnym trofeum, przeminęła, tak jak jej małżeństwo. Była słabą, głupiutką Sarą. Nie potrafiła docenić Tobiasza, szła za moim głosem jak ślepiec spadający ze skały. Jej kochanek uwolnił ją ode mnie. Jego usta oddaliły ją ode mnie, jego ręce, jego słowa odgrodziły ją ode mnie, ale nie była wolna, z jednych sideł wpadła w kolejne. Straciła swego jedynego przyjaciela Tobiasza i stała się, jak liść na wietrze, zdana na przypadkowe romanse z mężczyznami, dla których była jedynie seksualną zabawką.

***

"Strzeż się go, byś nie miał przykrości [...]

Unikaj go, a znajdziesz wytchnienie"

- Syr 22,13

Uważasz, że nie jesteś z tej galerii kobiet? Jesteś. Wprawdzie nie latasz wokół mnie, ale wkradłem się do twoich myśli i nie możesz zaznać spokoju. Chciałabyś się ode mnie uwolnić. Nie uda ci się! Ode mnie nie można uciec!

Ciągle wspominasz złe momenty, złe słowa, które ode mnie usłyszałaś, żeby podtrzymać nienawiść do mnie, żeby mieć poczucie, że się ode mnie nie uzależniłaś, że jesteś wolna. Grasz znakomicie swoją rolę. Udajesz, że śmieszy cię moje podrywanie innych kobiet. Jednak prawdę masz w oczach. Twoje oczy nie potrafią niczego ukryć. Kiedy tylko spojrzę - wiem. Jest w nich oddanie i zranienie, czułość i obawa przed samotnością.

Gdybyś potrafiła pielęgnować w sobie dobre wspomnienia, żyłoby ci się lżej, a twój uśmiech byłby szczery. Nie martwiłoby cię, że jesteś tylko kolejnym koralikiem w moim łańcuszku sukcesu.

Próbujesz odpocząć od zgiełku myśli w ciszy. Powiedz mi, jaka jest twoja cisza?

To stan, w którym nie ma dźwięku, ale przecież tak naprawdę one zawsze są wokół nas. Cisza absolutna nie istnieje, tak jak nie istnieje doskonałość, możemy tylko do niej dążyć i po to tutaj jesteśmy...

Twoja cisza jest pełna szumu drzew, kropel deszczu, głosu świerszczy, kroków na żwirowej alejce, jest w niej niegłośne, dalekie szczekanie psa, śmiech dzieci, ich drobne utarczki, kłótnie i rozczulające słowa, które tak często przecinają twoją ciszę: "Mamusiu, jesteś taka piękna. Kocham cię". Uwielbiasz tego słuchać. Wtedy znowu kochasz życie.

W moich ustach słowa stawały się dla ciebie kpiną, wiedziałaś, że nic nie znaczą, że słyszy je każda kobieta, ale w ustach twojego dziecka były jak źródlana woda. Wiedziałaś, że ono naprawdę tak myśli.

***

Czy kiedykolwiek się zmienię? Czasem, kiedy spaceruję po wejherowskiej Kalwarii, czuję, że być może tak. Przecież nie urodziłem się Asmodeuszem. Byłem kiedyś aniołem, a teraz nadal jestem... aniołem... upadłym aniołem...

Ale teraz znowu czuję się czysty, kiedy wchodzę po kamiennych schodach na wzgórza Kalwarii.

Z zieleni wysokich drzew wydobywały się białe ściany Kaplicy Wniebowstąpienia powstałej w roku 1665, a ufundowanej przez drugą żonę Jakuba Wejhera - Joannę Katarzynę Radziwiłłównę. Śnieżne ornamenty, wykute w kamieniu, w kształcie wygiętych jak wiolonczela łuków, umieszczone tuż pod lekko spadzistym dachem pokrytym brunatnoczerwoną dachówką, zdobiły wysokie drzwi z ciemnobrązowego drewna, do których prowadziło kilka kamiennych stopni. Zajrzałem do środka przez niewielki przesmyk w drzwiach. W migotliwej czerni dostrzegłem obraz olejny malowany na płótnie: uczniowie, skupieni wokół swego nauczyciela, widzą go po raz ostatni, wszyscy z przejęciem wznoszą oczy ku górze, ku Jezusowi.

Nie udało mi się dostrzec śladów stóp wykutych w posadzce, o których czytałem, że zostały tutaj umieszczone na pamiątkę miejsca, w którym apostołowie ostatni raz widzieli Chrystusa - wnętrze tonęło w mroku, jedynie ów obraz olejny o nasyconych, ciemnych barwach, Jezus w szkarłatnym suknie odcinał się wyraźnie od ciemności. Kiedy tak stałem przytulony do drzwi kaplicy, by jak najwięcej dostrzec, owładnęła mną na chwilę głęboka, jakby bezgraniczna cisza, która biła z wnętrza, i zapach wilgotnej ziemi, zapach tej niewielkiej, zamkniętej przestrzeni, spowitej w ciszę i półmrok rozświetlany jedynie cienkimi przesmykami słońca wpadającymi do wnętrza przez dwa niewielkie romby wycięte w drzwiach.

W zamyśleniu szedłem dalej, do Kaplicy Ogrójca, z daleka już widziałem jej kremowe ściany poprzecinane wąskimi kolumnami połyskującymi bielą. Tuż pod niewielkim, spadzistym dachem wznosiło się okienko niknące w półokrągłym łuku. Nad wejściem widać było wykuty w kamieniu opacki kapelusz z pastorałem, upamiętniający fundatora kapliczki - opata cystersów oliwskich Aleksandra Kęsowskiego. Wewnątrz znajdował się obraz Jezusa z rozpostartymi dłońmi modlącego się w Ogrodzie Oliwnym, a przed nim anioł z kielichem w dłoni... Sugestywne, pełne wyrazu płótno zdawało się krzyczeć: "Panie, oddal ode mnie ten kielich!" Na bocznych płótnach dostrzegłem apostołów - niczego nieświadomych, pogrążonych we śnie... Dalej, na samym wzgórzu, z którego rozpościerał się widok na Wejherowo, na strzeliste wieże kościołów, niewielkie z tej odległości domy i kamienice, stała niepozorna, nieduża, wyjątkowo skromna w porównaniu z pozostałymi - Kaplica Pocałunku Judasza. Siedem kamiennych stopni wiodło do obszernych drzwi, za którymi wznosiło się płótno pojmanego Jezusa. U podnóża Góry Oliwnej, w cieniu wysokich drzew stała nieduża Kaplica Grobu Matki Bożej. Wewnątrz, w przeszklonej trumnie leżała gipsowa figura Marii. Kamienne schody biegnące tuż przy kaplicy pięły się w górę, przykryte brunatnym dywanem liści, które przetrwały tutaj aż od jesieni, i niknęły w gęstej, poprzetykanej promieniami słońca zieleni. Stąd szedłem w dół, aż do Kaplicy nad Cedronem, która nie zachowała się od czasów Jakuba Wejhera, tuż przy kamiennym moście stała jedynie kapliczka z czerwonej cegły ufundowana w 1860 roku przez Ottona Keyserlinga. Wodom Cedronu w tym właśnie miejscu pątnicy przypisują niezwykłą moc. Zatrzymałem się nad wąskim strumieniem pełnym kamieni, które w słońcu mieniły się najróżniejszymi odcieniami brązu, czerwieni i złota, zanurzyłem palce w spokojnym strumieniu, przeniknął mnie chłód wody, aż poczułem ból w dłoni. Cofnąłem rękę i wróciło do mnie ciepło, jakby ze zdwojoną siłą, orzeźwiony ruszyłem dalej. Przed sobą miałem jeszcze tak wiele kaplic...

Kaplica Bramy Jerozolimskiej - śnieżnobiała z ciemnobrązowym napisem "Brama Jerozolimska" - wewnątrz fresk: wprowadzenie Chrystusa do Jerozolimy oraz pogrzeb Matki Boskiej. Kaplica Domu Annasza - dach wieńczyły cztery drobne wieżyczki, na wąskich kolumnach wyryto głębokie krzyże. Duże, brązowe drzwi, proste, bez ornamentów i ozdobnych rzeźbień, sprawiały surowe, ascetyczne wrażenie. Wewnątrz obraz - Chrystus przed Annaszem, i Kaplica Wieczernika - duża, z dachem krytym brunatną dachówką, oknami niknącymi w półokrągłych niszach, przypominała dom, w którym Chrystus umył uczniom nogi i spożył z nimi ostatnią wieczerzę, stąd udał się na Górę Oliwną. Od ciemności odcinał się nasyconymi barwami obraz "Ostatnia Wieczerza". Dalej stała Kaplica Domku Matki Bożej z 1660 roku, przypominała niewielki domek, skromny, pozbawiony ozdobnych ornamentów, połączenie ciemnobrązowego drewna z białym murem. Wewnątrz w ciszy i półmroku dostrzegłem tryptyk maryjny na płótnie: "Pożegnanie Jezusa z Marią", "Zaśnięcie Matki Bożej i dwunastu Apostołów" i "Wniebowzięcie". Kapliczka Domu Kajfasza - najwyżej położona na kalwaryjskich wzgórzach, otoczona ozdobnym mosiężnym ogrodzeniem, prowadzą do niej obmurowane schody. To tutaj, w dolnej części kaplicy, została umieszczona kamienna figura Jezusa ze spętanymi grubym sznurem dłońmi. Moim kolejnym przystankiem w wędrówce była Kaplica Pałacu Piłata. Potężna i imponująca w porównaniu z mniejszymi kapliczkami. Rezydencja Piłata zbudowana w barokowym stylu. Na kolumnach zamkniętych półokrągłymi łukami wznosiły się srebrne dachy połyskujące w blasku południowego słońca. Zatrzymałem się tutaj dłużej z powodu szarej płyty nagrobnej z wyrytym napisem: "Adele von Lynar aus Keyserling".

Wróciły wspomnienia... To tutaj przychodziłem ze swoją dawną dziewczyną, trzymaliśmy się za ręce, spacerowaliśmy po Kalwarii kilka godzin, aż w końcu skręcaliśmy w leśne bezdroża. Ona kładła się na mojej kurtce na ziemi. Pieściłem językiem jej delikatne piersi. Wchodziłem w nią szybko, gwałtownie, w pośpiechu. Wyginała swoje kruche ciało w łuk. Jej głośne jęki doprowadzały mnie do szaleństwa... To wszystko przeminęło... Odegnałem wspomnienia, nie lubię nosić przeszłości na swoich barkach. Przeszłość to coś, czego nie ma. Balast, z którego powinniśmy zabrać tylko to, co ładne i delikatne, miłe, radosne, dobre, w przeciwnym razie dźwigamy ciężar, który nas zabija. Jesienny wiatr chłodził moją twarz. Szedłem przed siebie dalej, do kolejnej stacji. Przede mną jeszcze kilka kapliczek: Kaplica Pałacu Heroda - jedna z największych na Kalwarii. Wewnątrz obraz "Jezus przed Herodem", Kaplica Podjęcia Krzyża - ufundowana przez Cecylię Eleonorę, młodszą córkę Jakuba Wejhera z pierwszego małżeństwa z Anną Elżbietą Schaffgotsch. Podobnie jak Kaplica nad Cedronem w stylu neogotyckim, z czerwonobrunatnej cegły, silnie kontrastuje z nasyconą słonecznym światłem zielenią. W głębi każdej z wąskich kolumn widniał krzyż.

Szedłem od jednej kapliczki do kolejnej, mijałem te wszystkie miejsca, ja - grzesznik - nie czułem tutaj swojej czarnej duszy. Kalwaria przyjmuje w swoją cichą zieleń każdego człowieka. Jedyne czyste miejsce w brudzie świata... Minąłem Kaplicę Cyranejczyka - obudowaną murem pruskim, kryjącą w swym niewielkim wnętrzu rzeźbę Szymona Cyranejczyka pomagającego dźwigać krzyż Chrystusowi - i Kaplicę Weroniki, również w stylu "muru pruskiego", chroniąca figurę świętej Weroniki z chustą w ręku, na której odcisnęła się twarz Jezusa poraniona do krwi przez koronę cierniową. Szedłem dalej bez pośpiechu, bez gonitwy myśli, wypełniał mnie spokój, jakiego nie zaznałem od lat. Odpoczywałem przy Kaplicy Grobu Chrystusa - w miejscu odmiennym od pozostałych, przypominającym szary kamienny sarkofag, zakończony półokrągłą kopułą, na szczycie której wznosi się mosiężny krzyż, a kolumny wspierają półokrągłe łuki. Doszedłem w końcu do Bramy Oliwskiej - dwudziestej szóstej, ostatniej kaplicy, ufundowanej w osiemnastym wieku przez Piotra Jerzego Przebendowskiego.

Kiedy tak wędrowałem przed siebie, wolny od ciężaru myśli, nagle mimowolnie z zakamarków pamięci wydobyłem tę chwilę, kiedy zabrałaś mnie do kościoła. Wokół nas była pustka i cisza. Byliśmy tam tylko my. Siedzieliśmy w ławce, kiedy nagle dotknęłaś mnie. Nie spodziewałem się tego - moje ręce zamknęłaś w swoich dłoniach. Odczułem spokój, zapach gasnących kadzideł i być może coś metafizycznego, obecność nieosiągalnego Sacrum...

Pokrzepiony kalwaryjską wędrówką, wracam do domu, do swojego życia i do siebie samego, niestety...

***

"Zło, które ci wyrządzają, jest dobrem. Dobro, które wyświadczają, może być złem. Reagować na zło to zamieniać je w dobro".

- Shan Sa,

"Aleksander i Alestria"

Kiedy cię poznałam, uwierzyłam, że możesz być moim przyjacielem. Byłeś inny, w najbardziej pozytywnym sensie tego słowa. Spośród ludzi z korporacji, w której razem pracowaliśmy, tylko ty miałeś swoje pasje i zainteresowania, poza tym był w tobie luz, poczucie humoru, nie byłeś tak przejęty swoją rolą jak pozostali karierowicze w białych kołnierzykach i pod krawatem. Jednak interesuje cię najbardziej wywieranie wpływu na innych. Chcesz widzieć, jak zmienia się czyjaś osobowość pod wpływem twoich teorii. Uprawiasz silny behawioryzm. Torpedujesz człowieka wieloma czynnikami tego samego rodzaju, aż do wywołania reakcji, jak u psa Pawłowa. Człowiek to nie tylko instynkty, a ty za wszelką cenę chcesz udowodnić, że nikt nie wygra z instynktem. Zmienić człowieka mentalnie, uwolnić jego id, przewartościować superego.

***

Myślisz, że nic się we mnie nie zmieniło, ale zmiana nastąpiła i utrwalona w świadomości trwa permanentnie. Teraz już wiem, czego potrzebuję, co jest najważniejsze. Ten życiowy wybór, którego dokonałam wiele lat temu, jest najlepszy. Nic ważniejszego nie mogło mnie w życiu spotkać. To właśnie rodzina - mąż, dzieci, dom - jest moim portem. Tylko tutaj czuję się naprawdę szczęśliwa i mam poczucie bezpieczeństwa. Kiedyś szlochało wszystko we mnie, gdzieś głęboko, w środku... Ale to już minęło. Z tego, co było dla mnie złem, wydobyłam dobro - doceniłam w pełni własne życie. Staram się pamiętać tylko to, co dobre - dziękuję ci za wszystkie ciekawe rozmowy, książki, które dzięki tobie poznałam, za twoje piękne wiersze, za twoją przy mnie obecność i za to pouczające doświadczenie, jakim się stałeś, po którym przez moment czułam się wyczerpana, ale odzyskałam już siły i zamiast mnie odwieść, utwierdziłeś mnie, umocniłeś we wszystkich dotychczasowych poglądach.

Byłeś jak szatan namawiający, bym porzuciła swój kawałek czekolady, bo ty masz dla mnie coś lepszego. Trzymasz w ręku wielką bombonierkę i mówisz: "Chodź, zobacz, ile tu jest rozkoszy!". Kobiety wyciągają ręce, otwierają zachłannie opakowanie, a w środku jest... pusto, nie ma nic...

Zło, o którym mi opowiedziałeś, pozwoliło mi otworzyć oczy na dobro. Słowa krytykujące poukładany świat pozwoliły mi w pełni do niego powrócić i schronić się w nim, odpocząć, a w końcu w pełni docenić zwykłą, spokojną codzienność.

***

"Co więc Bóg złączył, niech człowiek nie rozdziela"

- Mt 19,6

"Jest ona dana tobie od dziś na zawsze"

- Tb 7,12

Słowo Boże to słowo, które uspokaja. Słowo szatańskie wnosi niepokój, zamęt, wiatr, burzę, ulewę. Słowo Boże uzdrawia. Słowo szatańskie niszczy.

Życie to umiejętność dokonywania właściwych dla nas wyborów. Każdy jest do czegoś innego powołany. Jeśli człowiek już na coś się zdecydował, powinien przy dokonanym wyborze odpowiedzialnie trwać, a nie dryfować jak bezwolny patyk na wodzie.

Jestem powołana do macierzyństwa. Spodziewam się dziecka. Ta myśl o narodzinach nowego życia, boskiego cudu, napawa mnie spokojem i radością, oddala wszystkie niepokoje i udręki, cały chaos.

Za dziewięć miesięcy będę trzymała w ramionach maleńki cud. Moje dziecko będzie miało skronie jak ciepły aksamit, paznokcie u maleńkich stóp jak półksiężyce, oczy jak głębokie granatowe niebo. Urodzę w bólach, których się nie pamięta, małego człowieka i uwierzę, że będzie szczęśliwy. Nie popełni moich błędów, poda mi szklankę wody, kiedy będę stara, będzie kochał i będzie kochany, dokona dobrych wyborów, znajdzie swoją życiową drogę, która nie będzie pokrętna. Za dziewięć miesięcy do mojej piersi będzie tuliła się maleńka istotka i obok nas będzie ten, z którym Bóg mnie połączył w sakramencie małżeństwa, ten, który zwyciężył jak biblijny Tobiasz, a ja... ja jestem jego Sarą.

Anna

Już w chwili narodzin nosimy w sobie nieuchronność odejścia.

Wszystko musi kiedyś przeminąć, zakończyć się, zniknąć bezpowrotnie albo przejść do innego wymiaru, nieosiągalnego dla nas, pozostających w tym samym miejscu.

Tak, ale Anna była kimś stałym w niestałości świata, nieprzemijającym światłem w szarym dniu, radością, która nie jest tylko przebrzmiałą muzyką, ale dźwiękiem, którym drga każda chwila życia.

Zjawiła się nieoczekiwanie, o nieokreślonej godzinie, w zwykły, szary dzień. Zatrzymała mnie na ulicy. Dotknęła ręką mojego ramienia. Odwróciłem się, a ona zapytała: "Czy mógłby mi pan powiedzieć, gdzie jest ulica Północna?". Miała na sobie szary płaszcz, mocno związany w talii, i czarną torebkę przewieszoną przez ramię. Patrzyła wyczekująco, nieco zagubiona, z lekkim uśmiechem.

Pomyślałem o Północnej, to przecież moja ulubiona ulica, tak niewielka, na której nie ma nic oprócz jednej kamienicy. Zatrzymałem wzrok na jej rozwianych na wietrze włosach i jasnozielonym spojrzeniu. Nigdy wcześniej nie widziałem oczu o tak intensywnym odcieniu zieleni...

Tłumaczyłem, jak może najszybciej dojść na ulicę, której poszukiwała. Kręciła głową, nie rozumiała, myliła kierunki, mówiła, że mieszka w Wejherowie od niedawna i nie zna jeszcze miasta. Nigdy wcześniej nie zawierałem znajomości na ulicy, ale wtedy to był impuls, odruch, niemożność oderwania wzroku od tych rozwianych włosów, uśmiechu czy oczu, a może ten jej głos - cichy, nie za wysoki, łagodny... Sam nie wiem, jak to się stało, że zaprowadziłem ją pod adres, którego szukała, i zaprosiłem do cukierni na placu Wejhera.

Wokół pomnika dreptały gołębie, dzieci biegały, wdrapywały się na fontannę, a ich śmiech dźwięcznie rozbrzmiewał na całym placu. Czas miał zapach wolności. A potem dni nabrały nowego światła. Pocałunki kradzione w bramach jak za szczeniackich lat, trzymanie się za ręce, czułość, której nigdy nie było dosyć, przytulenia, muśnięcia i ta pierwsza noc, jakby nic wcześniej nie było, przeszłość nie istniała, tylko te jej włosy rozsypane na poduszce, delikatne ciało tak bezgranicznie oddane, palce zaciśnięte na pogniecionym prześcieradle i jęk rozdzierający ciszę nocy.

Jej włosy były utkane ze słońca i piasku, pachniały nadmorskim wiatrem. Kiedy zanurzałem rękę w długich pasmach, wracały do mnie letnie dni beztroskiej młodości.

Była w niej kruchość. Jej delikatność budziła we mnie nie tylko mężczyznę - kochanka, ale także mężczyznę - przyjaciela, opiekuna, Atlanta, bez którego strop jej życia rozsypałby się nieuchronnie...

Najistotniejsze jednak było to, że zjawiła się w moim życiu jako całkowite przeciwieństwo mojej byłej żony - stanowczej, bardzo pewnej siebie, dobrze zbudowanej kobiety, wiecznie narzekającej, bez zainteresowań, pasji, radości życia. Jej koleżanki z pracy były brzydkie, miały krzywe zęby albo grube nogi, obgryzione paznokcie albo odstające uszy, bez przerwy opowiadała mi takie bzdury, jakby tylko ona jedna była piękna, dawno chyba nie patrzyła w lustro, albo może jakieś bielmo przesłoniło jej jasność spojrzenia.

Czy każde małżeństwo jest skazane na klęskę?

Do niedawna myślałem, że tak, ale teraz wróciła nadzieja, bez której człowiek jest jak zmęczone ciało bez energii i radości ducha, jak lampa bez światła. Teraz jest Anna. Jej włosy są utkane ze słońca i piasku. Jej bliskość jest dla mnie dowodem na istnienie wszystkiego, co dobre i piękne, spokojne, harmonijne, delikatne.

Jej ciało poddawało się mojej sile z uległym, bezgranicznym oddaniem. Miałem nieodparte wrażenie, że moje szorstkie ręce nabierają miękkości, kiedy dotykałem jej skóry, tak aksamitnie gładkiej. Kiedy poznałem ją lepiej, nie tylko smak jej skóry, ust, dźwięk westchnienia, ale także jej myśli, nastroje, słowa, odkryłem, że jest pełna sprzeczności. Te wahania, skrajności, z jednej strony niepokoiły mnie, a nawet przerażały, jednak zarazem pociągały mnie jak nagłe skoki adrenaliny, bez której życie ciąży swoją monotonią i marazmem. Moja była żona, zawsze poukładana, silnie stąpająca po ziemi, rozsądna, mimo wrzasków nigdy nie pozwoliła sobie na łzy. Tymczasem Anna od radości przechodziła nagle do rozpaczy. Była łagodna, ale zarazem nerwowa, wiecznie spragniona czułości. Potrafiła przytulać się nieustannie, w każdej chwili dnia, rozświetlała tą czułością najzwyklejsze, najbardziej szare momenty życia. Zawsze delikatna, ale pod palcami czułem siłę jej napiętych mięśni, kiedy unosiła się nade mną w gorączkowym rytmie, pragnąc jak najszybciej doznać zaspokojenia. Radosna, ale zarazem dziwnie zamyślona, kiedy tylko odwracałem wzrok...

Anna... W tym imieniu pobrzmiewała cała gama nastrojów, mieniła się tęcza kolorów, wracały wszystkie obietnice przyszłości. Anna niebieska, ulotna, wyrozumiała, spełniająca wszystkie moje marzenia, wyczuwająca moje nastroje, łagodząca gniew i zmęczenie. Anna tak bliska, przytulona, kreśląca palcami znaki wokół mojej brody, policzka, warg, Anna zawsze spragniona mojego dotyku, ramienia. Mówiła mi: "Chcę poczuć ciężar twojego ciała na sobie".

Anna niebieska, jasna, bliska, a teraz tak boleśnie daleka...

Nie rozumiałem, co się stało, kiedy nagle zniknęła bez słowa, z dnia na dzień. Co zrobiłem nie tak? Co powiedziałem, jak spojrzałem? Dlaczego? Żeby chociaż nie podzielała naszych czy moich planów na przyszłość, żeby powiedziała, wyjaśniła, że nie chce, nie ze mną, że jest z kimś innym, a ja to tylko antrakt w sztuce, zabawka, igraszka, odmiana, na chwilę, na miesiąc, dwa, pół roku... Gdyby coś powiedziała, pożegnała się, byłoby inaczej, lżej, może nie bolałoby tak bardzo. Moje gorączkowe poszukiwanie na nic się nie zdało. Zniknęła. Nie ma jej. Koniec. Może nigdy jej nie było? Pozostał tylko jej zapach na pościeli. Gdyby nie kilka kosmyków włosów na poduszce, uwierzyłbym, że ją sobie wymyśliłem, że była tylko dziewczyną ze snu i nigdy nie będzie obecna w moim życiu. Pod numerem telefonu, który mi podała, ktoś zniecierpliwionym tonem po raz szósty powtarzał mi: "Pomyłka!". W biurze, w którym mówiła, że pracuje, nikt o niej nigdy nie słyszał, a pod adresem, który podała, w ogóle nie było żadnego budynku, tylko pusty plac po wyburzonym domu. Co się stało? Dlaczego? Nie wiem, nie wiem, nie wiem... Przecież mówiła, że kocha, że na zawsze, że będzie, że będziemy, że...

Mijały dni, tygodnie, miesiące. Starałem się oswoić w sobie myśl "było - minęło". Wolałbym nigdy jej nie spotkać, żeby nie odczuwać teraz tej pustej przestrzeni obok siebie, w sobie. Przestrzeni niczym nie wypełnionej, po której hula wiatr jak w opuszczonym domu, z którego wyniesiono wszystkie meble, a nowi właściciele zrezygnowali z zamieszkania. Praca, praca i jeszcze raz praca, a wieczorami pół litra wódki - tylko tym wypełniłem swoją zgasłą codzienność. Zacząłem już przyzwyczajać się do nadgodzin i szybko nadchodzącego snu po wypiciu kilku głębszych. Jednak pustka i niepokój, jakbym ciągle na coś czekał, nie dawały mi spokoju. Wróciłem pamięcią do przeszłości, jakby szukając jakiegoś punktu zaczepienia, który przynosił ukojenie. Może zbyt mocno przywiązywałem się zawsze do zewnętrznych spraw, materialnych dążeń, przypadkowych ludzi, bez głębszej duchowości, która dawałaby stałe oparcie. Pewnego wieczoru snułem się bez celu ulicami mojego miasta. Dotarłem do ulicy, na której to wszystko się zaczęło... Z wąskiej, niepozornej ulicy Północnej biegnącej przez krótki pas pomiędzy dwoma niskimi kamienicami, z latarnią zawieszoną w pół drogi, wyszedłem wprost na szary gmach kolegiaty.

Wewnątrz panował półmrok, jedynie w oddali na ołtarzu paliło się czerwone światło. Owionął mnie zapach kadzideł, spokój, kojący chłód, jakbym znalazł się nagle w oddzielonym od gwaru ulic, odrębnym, samoistnym świecie. Wszedłem dalej - w katedralną ciszę kolegiaty, jakbym przeszedł ze zgiełku świata w spokój, z hałasu w ciszę, z blichtru neonowych świateł i kolorowych wystaw sklepowych w migotliwy płomień świec i snop słonecznego światła przenikającego przez wysokie witraże z ornamentami pnących się w górę roślin, z twarzami świętych, scenami z życia Jezusa, z koszmaru "wczoraj" do cudownego "dzisiaj". Szukałem słów modlitwy, dawno nieodmawianej, niechcianej, zapomnianej - nie znajdowałem, nie pamiętałem... W końcu w ciszy, w pustce przyszły do mnie jedyne słowa, jakie mogłem, jakie chciałem wypowiedzieć:

"Boże, Ty wiesz o mnie wszystko, co miałbym Ci powiedzieć, zobacz, co czuję teraz, to puste miejsce i to pytanie: dlaczego?! - są nie do zniesienia. Pomóż mi zapomnieć...".

I w końcu przyszedł spokój. Przyzwyczajałem się coraz bardziej do samotności. Nareszcie jest dobrze. Jestem wolny - na nikogo już nie czekam, niczego już nie pragnę, niczego nie chcę, nie mam marzeń, więc nic mnie już nie rozczaruje, nie zrani, nie naruszy.

Samotny spokój to rozwiązanie w sam raz dla mnie. Wszystko mija i wraca do człowieka równowaga.

Zacząłem też szukać zajęcia, które obok pracy pozwoliłoby mi zapomnieć o Annie. W wolnych chwilach wróciłem do fotografowania. Rozbudzenie w sobie dawnej pasji przyniosło mi upragnione zapomnienie. Czasem tylko niespodziewanie zjawiała się niechciana myśl, jak pięknie mogłyby wyglądać na zdjęciu jej włosy utkane ze słońca i piasku, rozwiane na wietrze, rozsypane na poduszce, mokre od deszczu, suche od słońca, jasne, ciepłe, żywe, pachnące, całe w moich rękach...

Coraz rzadziej wracała w myślach, zatarł się nawet w mojej pamięci jej profil, spojrzenie, wydaje mi się, że jedynie uśmiech zapamiętałem dokładnie, reszta odchodziła ode mnie jak spowita we mgle... I wtedy ją zobaczyłem. Roześmiana, odgarniała długimi palcami kosmyki włosów za ucho, siedziała przy kawiarnianym stoliku, żywo gestykulując, zajęta rozmową z jakąś kobietą. Nie! Nie z "jakąś kobietą"! Podszedłem bliżej do szyby osłoniętej różową markizą i zatrzymałem się z otwartymi ustami, jak topielec, który usiłuje rozpaczliwie nabrać powietrza po wynurzeniu się z wody, albo jak głodny dzieciak, który wpatruje się w nieosiągalne ciastko z kremem. Anna rozmawiała z... moją byłą żoną. Myśli zaczęły układać się w logiczną całość i wszystko zrozumiałem w jednej chwili... Moja żona miała same wady, ale czy mogła być tak okrutna, żeby postawić na mojej drodze życia Annę, by ta mogła rozkochać mnie w sobie tylko po to, by nagle zniknąć?

Udało się, jej odejście dźwigam w sobie każdego dnia i każdej nocy.

Atlant

Nazywam się Daniel Zawadzki, wbrew temu, co mogłoby sugerować moje nazwisko, nikomu nie wadzę - jestem spokojnym facetem. Alkohol piję tylko okazjonalnie, a że tych okazji jest czasem bardzo dużo, to wcale nie znaczy, iż stoję na progu alkoholizmu, wręcz przeciwnie, to zbyt kosztowna choroba jak na moją wydrenowaną kieszeń. Kawę pijam tylko z mlekiem, regularnie usuwam pleśnie z brodzika, chodzę na wywiadówki do szkoły, krótko mówiąc: jestem chyba dobrym człowiekiem. A może dobroć mija z wiekiem? A może jestem tylko statystycznym błędem? Przyszedłem na ten świat przez przypadek i pewnie zejdę z niego też przypadkiem - losowym, tragicznym czy tym podobnym. Przez ostatnie tygodnie sporo o tym myślę. Mam bardzo dużo czasu na rozmyślania, właściwie, ściśle mówiąc, za dużo. Kiedy wstawałem o piątej rano i gnałem na szóstą do roboty, gdzie szef mówił mi, że nie mam myśleć, tylko robić, bo nie jestem od myślenia, tylko od roboty, a od myślenia jest on, to - teraz muszę przyznać - żyło mi się dużo lżej. Pora się przyznać, o co tak naprawdę mi chodzi. Mam czterdzieści pięć lat i od miesiąca wychodzę rano do pracy, w której już nie pracuję, bo zredukowali mój etat. Przez dwadzieścia pięć lat byłem montażystą w fabryce, ale nagle okazało się, że montażem lepiej ode mnie zajmie się maszyna sterowana komputerowo. Na to cały ten rozwój, żebym teraz przez kawałek procesora w plastikowym pudełku wylądował na bruku?! Ktoś mógłby powiedzieć, że siedzę tylko na tej ławce i czekam, aż mi pieniądze z nieba spadną. Nieprawda, chodziłem, szukałem, pytałem, okazało się, że jestem za stary. Nie mogę powiedzieć żonie prawdy, dostałaby bowiem swoich palpitacji, a tego bym nie zniósł. Kiedyś, kiedy jeszcze byłem bardzo młody, dziwiłem się, dlaczego jest tak dużo rozwodów, teraz już wiem, że dzieje się tak przez fakt, iż człowiek ma co najmniej dwie twarze, a problem polega na tym, że tę drugą poznaje się dopiero po ślubie, tak jak ja dopiero po ślubie poznałem palpitacje mojej żony. Owe palpitacje są bardzo głośne i boję się, że pęknie mi kiedyś od nich głowa. Ich przyczyną może być niedomyty kubek, osad po kąpieli w wannie, kończące się pod koniec miesiąca pieniądze, przetarte na kolanach spodnie naszego syna, sąsiadka, która śmierdzące śmieci wystawia na korytarz, zamiast od razu wynieść je do śmietnika, jednym słowem: wszystko.

Po trzech miesiącach, kiedy już nikt nie chciał pożyczyć mi ani złotówki (do tej pory starzy przyjaciele zrzucali się na moje "pobory", które przynosiłem do domu), podjąłem decyzję - tylko jedna rzecz pozostała mi do zrobienia. Stanąłem na torach. W moim kierunku jechał intercity z Krakowa do Gdyni. Już po mnie - żegnajcie, Krzysiu, Monisiu i Teresko, a z tobą, żono-zgago, nie zamierzam się żegnać, wrócę do ciebie w koszmarnym śnie...

To się zaraz stanie, za moment, serce dudniło mi w gardle i poczułem gorący mocz, który spływał mi po nogach, nie wiem, jak i kiedy to się stało, ale padłem na ziemię, przywarłem do niej, usiłowałem skurczyć się, wniknąć w głąb, zapaść się, byle tylko przeżyć, potem przez nieskończenie długi moment pociąg dudnił mi nad głową, myślałem, że rozerwie mi czaszkę, nie, nie myślałem, czułem, że już mi się rozerwała, sam nie wiem, a potem przyszła cisza, wielka cisza, i zrozumiałem, że to w niej jest ukryte szczęście, za którym ludzie tak gonią. Nie mogłem się ruszyć. Paraliż strachu powoli ustępował, poruszyłem nogami i rękami, żeby upewnić się, że ich nie straciłem. Żadnej krwi, żadnej urwanej nogi, żyję! Nagle ktoś szarpnął mnie za ramiona i pociągnął w górę:

"Co ty, kurwa, samobójstwa nawet popełnić nie umiesz?!" - Przed twarzą błysnął fioletem czyjś nos i poczułem zapach przetrawionej gorzały. - "Nie umiesz, to spierdalaj z torów, ale już!"

Wstałem na równe nogi, wyrwałem się pijaczkowi i pognałem przed siebie. Biegłem w kierunku domu, ale zaraz, stój! - w takim stanie nie mogę wrócić z pracy i w dodatku bez pieniędzy. Powiem, że mnie napadli? Nie, nie, nie, moja kochana żona zaciągnie mnie na policję. Babcia zawsze mówiła mi, że najprościej powiedzieć prawdę. Skąd ona miała takie informacje, przecież to nieprawda!

A jednak wszystko, co tak mnie przygniatało, w obliczu śmierci, którą miałem już przed oczami, straciło nagle swoją wagę. Wracałem do domu dziwnie lekki, beztroski, szczęśliwy. Nie mogłem uwierzyć, że jednak zobaczę jeszcze swoje dzieci i swoją kochaną żonę, że będę mógł ich wszystkich przytulić i stać się dla nich oparciem. Niosłem w sobie radość chwili i wiarę w jutro, bezmiar nadziei.

Julia

"Skoro nie można się cofnąć, trzeba znaleźć najlepszy sposób, by pójść dalej"

- Paulo Coelho

"Która godzina?", "Kiedy to minęło?", "To było tak niedawno", "To już styczeń, luty, marzec...". Ile razy te same słowa wypowiadają miliony ludzi na różnych kontynentach. Zamiast z każdej chwili życia czerpać jej soki, zapach, przyjemność, wolimy rozpamiętywać przeszłość albo z precyzją planować każdy centymetr jutra, jakby następny dzień był przedmiotem, przewidywalnym i dającym się zaprojektować co do milimetra. Kto z nas odczuwa pełną radość z powodu teraźniejszości? Tej wielkiej sztuki życia możemy uczyć się od dzieci. Czym jest czas? Naszym umownym wymysłem, rejestrem naszego przemijania? Czas - za długi, kiedy cierpimy, za krótki, kiedy jesteśmy szczęśliwi, jeden dla wszystkich i dla każdego inny, jego sprzymierzeńcem może być pamięć i wyobraźnia, obrazy i fotografie, dzięki nim możemy go zatrzymać, uwiecznić, nie pozwolić mu przemknąć. Jaki jeszcze jest ten czas? Bezlitosny i nieodwracalny, złodziej urody, lat, złudzeń, wysłannik śmierci, czasem boleśnie niezauważalny, biegnie na oślep i nie może już wrócić, a czasem to czarodziej, magik, przyniesie nam w darze coś cudownego, co na zawsze, dopóki żyjemy, będzie leżało w szufladzie pamięci, niczym brylant, który w każdej chwili możemy obejrzeć. Nasz przyjaciel, kiedy goi rany, daje zapomnieć, przynosi uspokojenie, i nasz wróg, kiedy chcemy go cofnąć albo kiedy byliśmy szczęśliwi za krótko, na kilka uderzeń serca, które nigdy już nie będą takie same. Przyjaciel - kiedy przynosi nowe szanse, rozwiązania, nadzieje, i wróg - kiedy mówi, że to już koniec.

Nasz czas to najcenniejsza rzecz, jaką możemy ofiarować drugiemu człowiekowi.

Dziwny ten czas - niby jeden, a jednak jawi się w milionach, zamknięty w zegarach, zegarkach, klepsydrach... ziarenko po ziarenku, sekunda po sekundzie - odchodzi? Nie... To my przemijamy...

***

Julia dwadzieścia kilka lat temu miała chude warkoczyki i wielkie, szare oczy utkwione w bladej, drobnej twarzyczce. Lubiła chorować, ale nie tak mocno, tylko trochę, tak żeby mogła leżeć w łóżku wsparta wysoko na poduszkach ubranych w świeżą, wykrochmaloną, śnieżnobiałą pościel, kiedy mijała gorączka. Mama przynosiła jej wtedy do łóżka książki z obrazkami, kakao, bułkę z miodem, siadała obok i czytała jej bajki albo wiersze Marii Konopnickiej, a kiedy wychodziła do sklepu, Julia czekała na nią, odliczając w myślach minuty, i oddychała z ulgą, kiedy rozpoznawała jej kroki na schodach. Po kilku dniach, już zdrowa, biegła na podwórko, żeby zdobywać kolejne drzewo razem z Kingą, Renatą, Agnieszką i Moniką. Po latach zacznie prowadzić, może nie typowy pamiętnik, ale zapiski z własnego życia, z odczuć, wspomnień:

Pamiętam ulubiony smak mojego dzieciństwa - marcepan... - napisała któregoś wieczoru w zwykłym zeszycie w kratkę. - W sklepach nie można było go dostać, przybywał do nas z dalekiej podróży, w paczce, rzadki i przez to cenny, ceniłam go wyżej od czekolady, migdałów i kakao. Ten smak nie dawał się z niczym porównać, żaden przymiotnik nie był dość dobry, trafny, aby go określić, dzisiaj także nie szukam dla niego słów, to po prostu smak dzieciństwa, czyli najlepszy w życiu.

A zapachy... Pamiętam dokładnie zapach choinki, bo zawsze, co roku, w każde święta Bożego Narodzenia mieliśmy prawdziwą choinkę, wysoką aż do sufitu. Żeby objąć ją wzrokiem, musiałam zadzierać głowę do góry, zapach świeżych zielonych gałązek wypełniał cały dom, to był najmilszy zapach...

Miałam także swój ulubiony obraz - u babci Małgorzaty w pokoju, nad łóżkiem, wisiała martwa natura w oliwkowej tonacji starych płócien, na których w kryształowej misie piętrzą się owoce, a obok leży homar czerwony i na wpół obrana cytryna, po której spływała jedna kropla, a jeszcze obok, tuż przy ciemnozielonej, drapowanej kotarze, stał kielich wina. Niedawno odnalazłam ten obraz w piwnicy i spotkało mnie wielkie rozczarowanie, był dużo mniejszy, niż go zapamiętałam z dzieciństwa, i nie był wcale olejnym płótnem, a jedynie reprodukcją z papieru, naklejoną na dyktę. Jednak pielęgnuję w pamięci jego wspanialszy wygląd, ten z dzieciństwa.

Umysł dziecka jest niesamowicie uważny, pamięta, że garnuszek dla lalek był zielony, że tuja w ogrodzie rzucała okrągły cień na trawę, że na stole w pokoju stał trójnóg na owoce, który stanowiły trzy półnagie kariatydy, pamięta zapachy, światła, półcienie, barwy, bibeloty, kokardy, koronki, pocztówki, zdjęcia, wszystkie drobiazgi, niepozostawiające już tak głębokiego śladu w umyśle dorosłym, który zaprzątnięty problemami, nie dostrzega już tylu niuansów, bibelotów, nie przeżywa już tak intensywnie, świeżo, emocjonalnie, zmysłowo...

Ciekawa jestem, jakie drobiazgi, przedmioty, zmarszczki, barwy, zapachy, smaki zapamiętają ze swego dzieciństwa moje dzieci, moje małe Promyki. Jeszcze wczoraj patrzyłam w obraz, który dzisiaj nazywam obrazem dzieciństwa...

Dni były utkane z jasnych nitek beztroski, a potem niepostrzeżenie nadeszła melancholia i ciężki smutek, to stało się chyba wtedy, kiedy jej starsza siostra kłóciła się z rodzicami, a potem oni zamykali się w kuchni na długie godziny i coś szeptali ponuro albo obarczali się wzajemnie winą. Później okazało się, że siostra musi wyjechać, dopiero po wielu latach Julia dowiedziała się, że jej siostra "wyjechała" do zakładu poprawczego. W domu zrobiło się ponuro, pusto, aż za cicho i Julia codziennie czekała na powrót siostry, ale któregoś dnia mama powiedziała jej, że ona już nie wróci, bo miała w podróży wypadek. I też dopiero po latach dowiedziała się, że siostra uciekła razem z koleżanką z poprawczaka, pojechały nad jezioro i utopiły się, zostawiły po sobie krótkie listy, w których napisały, że mają dosyć życia.

Jednak dwadzieścia kilka lat temu Julia o niczym nie wiedziała, była mała i nie było sensu zbyt wielu rzeczy jej tłumaczyć, więc żyła sobie w cudownej nieświadomości i z radością biegła na boisko, gdzie czekała na nią Kinga i reszta dziewczyn. Przez lata narastało w Julii pragnienie wyrwania się z ponurej atmosfery rodzinnego domu, zaraz po skończeniu liceum wyjechała na studia, na ostatnim semestrze wyszła za mąż, urodziła dziecko i już nie wróciła w rodzinne strony. Po latach najchętniej przywoływała w pamięci swoją babcię, a nie rodziców czy siostrę, jakby oddalała od siebie wszystko, co kładło się smutnymi cieniami na dom dzieciństwa.

Babcię Małgorzatę pamiętam z rozwianym siwym włosem, z niepokojem w oczach, w szarej wełnianej kamizelce, wpatrzoną w okno szpitalnej sali, tak ją zapamiętałam z ostatnich dni jej życia. A na obrazie dzieciństwa widzę ją, jak siedzi w dużej, jasnej kuchni, przygotowuje obiad i bawi się ze mną w zgaduj-zgadula. Ja wymyślałam sobie jakiś przedmiot, który znajdował się w kuchni, a ona musiała zgadnąć, o jaką rzecz chodzi. Spędzałam u niej przedpołudnia. Oprócz trzech skórzanych kaczuszek nie miałam tam zabawek, więc zastępowała je rozmowa, zgadywanki, słowa...

Babcia Małgorzata miała skomplikowany charakter: spokojna i awanturnicza, nadopiekuńcza i nieczuła, akceptująca i krytyczna, odważna, energiczna, niepowtarzalna, na starość wszystkie jej myśli, wyrzuty sumienia, emocje zbiegły się nagle w jedną całość, splotły się, poplątały, tak że niepokój i pragnienie śmierci zastąpiły dawną energię i życiową siłę. Zmalała, pokurczyła się, schudła, gasła w oczach, chciała odejść i odeszła. Spotkała się ze swoim mężem, a teraz dołączył do nich jej ukochany syn. I widzę taki obrazek, jak we troje siedzą przed kominkiem w małym drewnianym domku, Małgorzata w bujanym fotelu, a obok niej mąż i syn, spoglądają spokojnie w ciepły płomień i uśmiechają się do siebie.

A co pozostało po nich nam, którzy tu zostali? Pamięć, wyobraźnia, fotografie...

***

Kinga była z ich piątki najsilniejsza i potrafiła wspiąć się na każde drzewo.

W przeciwieństwie do Julii miała rumieńce na pyzatej buzi, a nad ciemnymi oczami falowała jej gęsta, czarna grzywka. Już kiedy była małą dziewczynką, biły od niej energia, siła, radość - te cechy nie opuściły jej nigdy.

Ostatnia na drzewo wchodziła Renata, zwalczając w sobie lęk przed wysokością. Miała oczy niebieskie jak niebo ponad konarami drzewa, na którym siedziały, i długie włosy wpadające w ciepły brąz, które zawsze związywała gumką w koński ogon. Bardzo lubiła przychodzić na ich wspólne drzewo, bo w domu toczyła się nieustanna bitwa pomiędzy jej młodszymi braćmi - jednego dnia byli karatekami, a drugiego muszkieterami, którzy mają do stoczenia ze sobą wiele bitew na szpady z patyków.

Monika przychodziła najrzadziej, bo mówiła, że to dosyć nudna zabawa, za spokojna, że tylko siedzą na gałęzi i nic więcej. Jak tylko poczuła się dorosła, a było to chyba w trzynaste urodziny, zaczęła szukać starszych koleżanek, które ciekawiej spędzały wolny czas, chodziły do kawiarni, a czasem nawet do pubu. Wtedy już w ogóle przestała przychodzić, z wyjątkiem wieczoru, kiedy zmarł jej dziadek, który mieszkał razem z nią, jej bratem i rodzicami, była wtedy bardzo przygnębiona i w tajemnicy wyznała przyjaciółkom, że nawet teraz, gdy dziadka już nie ma, nadal słyszy jego kroki na schodach, kiedy idzie do swojego pokoju na górze. Ale to był tylko jeden raz, kiedy przyszła do ich zielonego drzewa, jakiś czas potem wróciła do swojego nowego towarzystwa.

Za to Agnieszka uwielbiała wspinać się na najwyższe gałęzie, była najweselsza, taka mała śliczna blondyneczka z niebieskimi oczami, delikatna i spragniona miłości. Ale nagle zniknęła, zamknęła się w swoim pokoju i nie chciała wychodzić. To było wtedy, kiedy umarła jej mama. Miała wtedy dziesięć lat i nie potrafiła się z tym pogodzić, aż w końcu życie wróciło na swoje koleiny i potoczyło się dalej, choć już nie tak samo...

Drzewo to był ich statek. Codziennie któraś z nich była majtkiem, inna kapitanem, trzecia kucharzem okrętowym, marynarzem i każda miała swoją gałąź, to znaczy kajutę. Majtek na najwyższej gałęzi obwieszczał nadchodzącą burzę, a kucharz przygotowywał posiłki z liści klonu albo kwiatów kasztana. Przysięgały sobie wtedy, że zawsze tak będzie, że nawet jak będą już miały po dwadzieścia lat, będą wchodziły na to drzewo, na swój okręt z zielonymi żaglami utkanymi z liści.

Ale kiedy to wszystko było... Już tak dawno temu... Tyle lat minęło jak okamgnienie, szybko i bezpowrotnie...