Prolog
Od ostatniego wydarzenia minęło zaledwie parę tygodni, ale wszystkim zdawało się, że czas stanął w miejscu.
Każda godzina wlekła się coraz bardziej, jakby kula ziemska ugrzęzła w niekończącej się czasoprzestrzeni.
Rodzice Ashley niedługo później kupili mały domek jednorodzinny mieszczący się na obrzeżach starej dzielnicy, w której kiedyś mieszkali. Niedługo później Luke zdecydował się wreszcie zdobyć na odwagę i wraz z Chloe zorganizować długo oczekiwany ślub, który nie mógł się odbyć... Z powodu Safrona.
Tego dnia czarnowłosa przewracała się z boku na bok w swoim łóżku, na niczym nie mogła skupić myśli. Wciąż w jej głowie krążył widok płomienia pożerającego Księgę Ciemności.
- Au, Au.. Aulu coś-tam-dalej-było mówił, że nie ma pojęcia gdzie ona się znajduje... - szepnęła zaspana dziewczyna. - Skąd więc znalazła się u niego?
Doskonale wiedziała, że szaman nie odpuści. Ciągle miała wrażenie, że nagle wpadnie do jej pokoju ze swoją bronią i poderżnie jej gardło.
- Nie.. Nie odważyłby się.. A nawet jeśli to ja i tatko skopiemy mu tyłek! - wykrzyknęła to tak głośno, że drzwi otworzyły się na oścież i do środka wpadł archeolog, który nie krył swojego zdziwienia.
- Rany boskie! Jest piąta rano! - wykrzyknął mężczyzna, łapiąc się za głowę. - Co cię napadło?
Młoda poszukiwaczka przygód poprawiła swoją poduszkę i usiadła po turecku opierając się o krawędź łóżka.
- No witaj witaj tatku! - pisnęła z dziarskim uśmieszkiem. - Czyli jednak na słuch Ci nie padło!
Luke jednak nie podzielał jej entuzjazmu.
- Śmieszne, tak, bardzo... Kładź się spać, a nie odstawiasz popisy!
- Popisy mówisz? Nie chcę się chwalić, ale rób zdjęcia póki jest okazja!
Zeskoczyła na ziemię chwytając swoją maczetę.
- Czasem mam ochotę zabrać ci to ostrze... - Bloomer uśmiechnął się smutno.
- Co!? Mojego Bucia!? - warknęła Ashley i odskoczyła jak oparzona, gładząc delikatnie czubek miecza. - Spokojnie kochanie, cichutko, pańcia cię obroni! Pańcia nie pozwoli cię odebrać!
- No, nawet imię mu dałaś... Mu, jej, no.. Wiesz o co mi chodzi!
Po tych słowach skierował się w kierunku przedpokoju, zdejmując z wieszaka kapelusz. Dziesięciolatka wyjrzała przez próg z zaciekawieniem.
- Dokąd pędzisz? Na prywatkę do Safrona?
Mężczyzna otrząsł się z obrzydzenia.
- Chyba sobie jaja robisz! Po świeży chleb lecę. I tak mnie rozbudziłaś... A co do Safrona, to prędzej świnię pocałuję!
Doskonale wiedział, że córka zaraz za nim pobiegnie.
"Ona jest jak tornado! Nie da się jej zatrzymać" - pomyślał.
Ashley skinęła głową i otworzyła szafę by przebrać się w swój strój archeologa. Mimo wszystko stwierdziła, że jej styl ubioru się nie zmieni.
Nagle poczuła silny ból w kostce. Przez chwilę miała wrażenie, że widzi jakąś ciemną, zamazaną istotę... Otrząsnęła się, ale po magicznym zjawisku nie został nawet ślad.
- Dziwne.. - szepnęła lekceważąco, zapominając o całej sprawie.