Brygada Pościgowa
Postanowiłem lecieć lotem koszącym, ale potem wyszedłem nieco wyżej; niebo było czyste. Leciałem na wysokości kilkuset metrów. Było jeszcze chłodno, silnik grał świetnie, jedenastka była nowa, lepsza niż nasze dęblińskie siódemki. Może udałoby mi się zostać w Brygadzie Pościgowej razem z tą jedenastką?
Szosa Dęblin-Warszawa była zupełnie zapchana uciekinierami, wszystko waliło na południe: samochody, wozy drabiniaste, wózki dziecięce, tłumy pieszych. Szosa była obłożona dołami po bombach i sama także miejscami podziurawiona. Ludzie unosili głowy na widok samolotu, czasem powiewali chusteczkami albo czynili gest powitania rękoma; ale często też wybuchała panika, choć na tej wysokości biało-czerwone szachownice musiały być dobrze widoczne.
Horyzont był obłożony dymami. Garwolin zrąbany bez litości, paliły się wioski, chałupy, stogi. Nie minęło wiele czasu, gdy daleko na horyzoncie zobaczyłem potężne słupy dymu nad Warszawą - niektóre czarne, inne żółtawobure. W spokojnym, porannym powietrzu szły pionowo ku niebu. W miarę przybliżania się zobaczyłem także i pożary. Było już blisko.
Pod lewe skrzydło wchodzi mi lotnisko Okęcie. Rozglądam się - jest podziurawione. Palą się zakłady Škody. Hale Państwowych Zakładów Lotniczych mocno oberwały. Niektóre budynki 1. Pułku Lotniczego także zwalone, przed kasynem oficerskim na jezdni potężny lej po bombie, hangar eskadr myśliwskich ma dziurę w przybudówce. Zataczam koło, biorę kurs wprost na Zielonkę, na polowe lotnisko Brygady. Znam te okolice doskonale, latałem tu prawie codziennie przez trzy lata. Pole wzlotów w Zielonce jest jednak puste. Ki czort? Gdzie się podziała Brygada? Przecież kapitan Brzezina wyraźnie mi mówił, że mam lądować w Zielonce. Zaczynam się trochę denerwować, rozglądam się po okolicy, ale nic nie widzę; z daleka zauważam tylko parę sylwetek naszych pezeteli, pnących się ku górze - pewnie je poderwali. Może lotnisko w Zielonce zostało rozpoznane przez Niemców i Brygada odskoczyła na nowe? Wracam na Okęcie; zapamiętałem, że przed jednym z hangarów na Okęciu stał szkolny erwudziak, tam jednak ktoś musi być jeszcze. Dolatuję - RWD-8 stoi nadal, nie wystartował. Przepatruję poharatane lotnisko, czy możliwe jest lądowanie. Z trudem, ale może się uda. Podchodzę głębokimi ślizgami, ląduję - widzę, że ktoś wyszedł z hangaru. Podkołowuje do erwudziaka, silnika na wszelki wypadek nie wyłączam. Podbiega jeden z mechaników, znam go ze 111. Eskadry Myśliwskiej, kiedy byłem w niej zastępcą dowódcy. Silnik pracuje na minimalnych obrotach, krzyczę:
- Gdzie są nasi myśliwcy?
- Zmienili lotnisko! Są teraz na polach majątku w Zaborowie! Ale jest tutaj na Okęciu pan major Wyrwicki!
- Wyrwicki?!
Nie czekając już na nic, wyłączam silnik i wyskakuję z kabiny. Oddaję spadochron mechanikowi.
- Pan porucznik wraca do Brygady?
- Na razie przyprowadziłem wam samolot. A co wy tu robicie na Okęciu?
- Przylecieliśmy, żeby się zorientować, czy są jakieś części zapasowe do samolotów. A pan major leci na Mokotów, na odprawę do dowództwa.
W moment później zobaczyłem szczupłą sylwetkę Wyrwickiego; poznał mnie także z daleka i szybko podszedł.
- Urban! My tu szukamy części zapasowych, a ty nam całą maszynę przyprowadziłeś?
- To jedna z ostatnich jedenastek, panie majorze. Jest nieuzbrojona.
- Z tym nie będzie kłopotu. Szefie, natychmiast zajmijcie się jedenastką. Pozostawimy ją na razie na Okęciu. Schowajcie ją tylko dobrze, bo Niemcy nam ją zbombardują. Jak tam u was w Dęblinie?
- Bijemy się, ale bez wielkich rezultatów. Czasem uda się rozbić wyprawę i zmusić do zrzucenia bomb w polu albo do zawrócenia. Ale z zestrzałami jest bardzo kiepsko; z tych dwóch starych sikawek na siódemce nic się nie ustrzeli.
- Cudów się nie wymaga. Macie jakieś straty?
- Jak dotąd nikt nie zginął w powietrzu. Natomiast dużo ludzi zginęło podczas bombardowań, większość cywilów. I dużo rannych. Zerżnęli nam Niemcy hangary, składnica lotnicza się pali, Dęblin także. Wszystkie okoliczne osady i wioski były bombardowane.
Wyrwicki spoważniał.
- Führer zalecił odłożenie na bok wszelkich względów ludzkich, Luftwaffe wykonuje.
- Panie majorze, jak w Brygadzie?
- Normalnie, rąbiemy się; pióra lecą z Niemców i z nas. Zastępcę dowódcy Brygady, pułkownika Pamułę, spuścili Niemcy. Strzelali do niego, kiedy wisiał na spadochronie. To samo było z Felkiem Szyszką, messerschmitty go postrzelały, kiedy ratował się na spadochronie. Dowódca trzeciego dywizjonu Zdzich Krasnodębski został zestrzelony, dowódca 111. eskadry Gutek Sidorowicz także. Leżą w Szpitalu Okręgowym w Warszawie. Za chwilę lecę na odprawę do Dowództwa Lotnictwa, to przy okazji może skoczę do nich. Pogadamy obszerniej, kiedy wrócę. Jeżeli będzie czas.
- Proszę ich pozdrowić ode mnie, ja także będę się starał ich odwiedzić. Ale, panie majorze...
- No?
- Jakie są możliwości powrotu do Brygady? Bo ja bym chciał wrócić. Jest wojna i nie ma sensu pozostawać w szkolnictwie.
Pokręcił głową.
- I tak będziesz się widział z pułkownikiem Pawilkowskim, spróbuj pogadać. Ale to nie będzie łatwa sprawa. Brak samolotów. Mamy o wiele więcej pilotów niż maszyn. A uzupełnień nie widać.
Wyrwicki poleciał na Mokotów, a ja zostałem sam. Zastanawiałem się nad powrotem do Brygady. Rozglądałem się po lotnisku, tak znajomym mi i bliskim; dopiero teraz zreflektowałem się, że przecież przed odlotem z Dęblina Brzezina mówił mi o odkomenderowaniu do Rumunii po odbiór samolotów angielskich... W zasadzie nie miałem prawa występować tu z taką inicjatywą. Ale te myśliwce angielskie wydawały się takie mało realne w tej chwili... Szef mechaników gdzieś znikł; grzebał w hangarach i składnicy za częściami zamiennymi i ogniwkami do kaemów. Na lotnisku była zupełna pustka, poczułem się jakoś dziwnie; tutaj zawsze było przecież tak gwarno. Na wieży nad kasynem oficerskim wisiała smętnie poharatana tarcza zegara. Okna bez szyb. I swąd spalenizny. Nad Warszawą unosiły się dymy. Gdzieś wysoko widać było smugi walczących samolotów, słychać było klekot karabinów maszynowych.
Bardzo prędko, bo już po jakiejś godzinie, wrócił Wyrwicki. Był jeszcze bardziej poważny, miał ściągnięte brwi i pionową bruzdę na czole.
- Jak tam panie majorze?
Popatrzył na mnie uważnie.
- Urban, znasz mnie już dobre parę lat. Nie będę ukrywał. Sytuacja na froncie wydaje się grobowa. Chodź.
Idziemy do hangaru myśliwców. Pokój taktyczny jest zrujnowany bombą. Przechodzimy do gabinetu dowódcy Brygady; i tu ściany są popękane, okna bez szyb, na jasnym, jesionowym biurku kawały tynku. Przypomniała mi się jego pierwsza odprawa - w tym samym gabinecie - gdy tuż po ukończeniu Wyższej Szkoły Wojennej (był wtedy kapitanem) przyszedł, aby objąć dowództwo 113. eskadry. Była to najkrótsza odprawa, jaką słyszałem w życiu: "Panowie, jeżeli któryś z was nie czuje się w stu procentach myśliwcem, proszę przenieść się do innej formacji. Jest nieprzyzwoitością w stosunku do społeczeństwa zajmowanie stanowiska, na które nie ma się powołania i kwalifikacji. Przeprowadzę z poszczególnymi pilotami walki powietrzne. Dziękuję". Kiedy potem wyczytał moje nazwisko jako pierwsze - dostałem gęsiej skórki na całym ciele i postanowiłem sobie w duchu, że nie dam się za żadną cenę. Rzeczywiście udało mi się wtedy, bo wygrałem wszystkie trzy walki - ale to tylko dlatego, że Wyrwicki był cokolwiek starszy ode mnie, zaś podczas pobytu w Wyższej Szkole Wojennej pozbawiony był treningu; a może też miałem trochę szczęścia. Innym różnie się powiodło, bo Wyrwicki istotnie był ostrym myśliwcem. Michał Stęborowski przegrał wszystkie trzy walki i mówił mi potem w sekrecie: "Właściwie zrezygnowałem z miejsca. Ten cholerny Szmonc tak się przyczepił do mego ogona, że bałem się zderzenia" (Wyrwickiego nazywano "Szmonc", bo często używał tego słowa, gdy mu się coś nie podobało - był to skrót od słowa "szmonces", tandeta). Ostatnią walkę przeprowadził wtedy Wyrwicki z młodym porucznikiem Adamskim. Pogoda była pochmurna, walczyli nad chmurami; w pewnym momencie jedna z maszyn wypadła z chmur w korkociągu - pilot już nie zdążył wyprowadzić, maszyna rąbnęła w lotnisko. Zabił się porucznik Adamski. W moment później wyskoczył z chmur samolot Wyrwickiego - okrążył szczątki i wylądował. Przez dłuższy czas Wyrwicki chodził potem przygnębiony i smutny, choć do wypadku doszło oczywiście nie z jego winy; po prostu Adamski był bardzo ambitny i zacięty, chciał wygrać za wszelką cenę i za bardzo się zapalił w walce.
Teraz Wyrwicki miał podobną minę jak po tamtym wypadku. Podniósł mapę z ziemi, otarł ją z kurzu rękawem skórzanej kurtki, rozłożył na biurku.
- Linia obrony na północy jest przełamana, wygląda na to, że Niemcy klinami pancernymi zaczną od wschodu obchodzić Warszawę. W każdym razie widziano już ich koło Rożan. Armia "Pomorze" także jest w odwrocie. Na południu koncepcja obrony linii Nidy i Dunajca jest już nieaktualna. I wiesz - jeszcze nie padł taki rozkaz, ale rzucało się półsłówka na temat pchnięcia Brygady na rozpoznanie gdzieś w kierunku Kielc, Łodzi, Tomaszowa. To pachnie zerwaniem łączności; a jeżeli łączność zerwana, to musiało się tam stać coś paskudnego. Łódź to już przedpole Warszawy. W ogóle wygląda na to, że front się pruje. Niedobrze jest.
- Panie majorze, czy nie ma żadnych nadziei na interwencję aliantów?
- Urban, co się z tobą dzieje, na jakim świecie żyjesz? Wedle naszej umowy wojskowej z Francją mieli nam tu przysłać eskadry bombowych amiotów, już nawet lotniska szykowaliśmy, teraz już możesz o tym wiedzieć. Ale nic nie przyleciało. Mieliśmy zamówione większe ilości myśliwskich moranów. Prawda, termin dostaw był od września; ale gdyby im zależało i gdyby mieli rozeznanie sytuacji, przysłaliby wcześniej. Nie przysłali. Człowieku, oni do ostatniej chwili mieli nadzieję, że się to wszystko rozlezie po kościach i nie trzeba będzie się ruszać. Oni nie są przygotowani do wojny, im teraz chodzi tylko o wygranie czasu. Anglicy muszą mieć czas na rozkręcenie swojej machiny, a Francuzi chowają głowę w piasek. No cóż, będziemy się tu bili, dopóki się da. Ale swoją drogą szlag człowieka trafia, kiedy pomyśli o tym ich kiwaniu palcem w bucie. Chodźmy.
Widziałem, że jest mocno wyczerpany nerwowo i niespokojny. Na lotnisku złapał nas szef mechaników, meldując, że znalazł rzeczywiście trochę części zamiennych i ogniwek do kaemów. Wyrwicki spieszył się, kazał mu zostać i czekać na samochód. Wpakowaliśmy się do erwudziaka, wystartowaliśmy; lecieliśmy nisko, kilkanaście metrów nad ziemią - całkowicie bezbronny RWD-8 był nader łatwym łupem, lepiej było trzymać się ziemi. Wreszcie widzę Zaborów; pole wzlotów jest dość duże i wygląda nieźle. Podchodzimy od strony małej doliny, lądujemy cokolwiek pod górkę, przed nami trzy duże stogi, za nami unosi się puszysty ogon brunatnego kurzu. Jest susza i można łatwo spostrzec z powietrza startujące i lądujące samoloty; widziany z góry ten ogon kurzu jest kilkadziesiąt razy większy od maszyny. Mechanicy zaopiekowali się erwudziakiem, a my jedziemy samochodem do dowództwa Brygady. Mieści się ono w ładnym budynku Centrum Badań Balistycznych koło Rembertowa. Wchodzimy, spotykam z miejsca swego kolegę, porucznika Zbyszka Kustrzyńskiego, jest tu oficerem taktycznym. W głównej sali mapy, tablice, kolekcja trofeów po zestrzelonych Niemcach. Pytam o pułkownika Pawlikowskiego - ale Pawlikowski właśnie wychodzi z sąsiedniego pokoju, jak zwykle ze swoją nieodłączną fajką w zębach. Jest opalony, zmizerowany i może trochę przygaszony; to już nie jest ta sama pogodna twarz jak za dawnych czasów. Melduję się, podaje mi rękę. Przywitanie jest raczej oficjalne; przecież trzy lata temu wyleciałem ze 111. eskadry i ze stanowiska zastępcy dowódcy za krytykę jednego z wyższych oficerów administracyjnych. Jeszcze tego nie przebolałem, byłem serdecznie związany z Warszawą i pułkiem; ostatecznie tutaj stawiałem swoje pierwsze samodzielne kroki myśliwca pod świetnym dowództwem kapitana Stefana Kołodyńskiego i wielu wspaniałych zasad życiowych nauczyłem się od niego. Dęblin był dla mnie cokolwiek za spokojny, chociaż go potem polubiłem.
- Panie pułkowniku, przyprowadziłem P-11c z Dęblina i mam list do pana pułkownika, proszę.
- No, bon - uśmiechnął się wreszcie Pawlikowski (to "bon" było charakterystyczne dla Pawlikowskiego, który w czasie pierwszej wojny światowej był myśliwcem w lotnictwie francuskim). - Jak Dęblin?
- Robimy, co możemy. Ale ja bym wolał być tutaj. Niewiele można zrobić na naszych szkolnych siódemkach.
- Wiem. Ja także mam tutaj trochę siódemek.
W sąsiednim pokoju zadzwonił telefon i ktoś wytknął głowę przez drzwi.
- Niech pan tu poczeka.
Na ścianie wisiał imienny spis sztabu Brygady i dowódców:
Dowódca - płk pil. Stefan Pawlikowski
Zastępca dowódcy - ppłk pil. Leopold Pamuła
Szef sztabu - mjr dypl. pil. Eugeniusz Wyrwicki
Oficerowie sztabu - kpt. dypl. pil. Stefan Łaszkiewicz
kpt. pil. Stefan Kołodyński
kpt. pil. Tadeusz Grzmilas
Po tym szły nazwiska dowódców dywizjonów i eskadr: kpt. pil. Zdzisław Krasnodębski, kpt. pil. Gustaw Sidorowicz, kpt. pil. Tadeusz Opulski, kpt. pil. Adam Kowalczyk, por. pil. Wieńczysław Barański, kpt. pil. Julian Frey, kpt. pil. Mieczysław Olszewski.
Znałem ich wszystkich osobiście, z niektórymi wylatałem wiele godzin w powietrzu. I pomyśleć, że gdyby nie ta awantura trzy lata temu - "wisiałbym" może też na tej tablicy.
Nie mogła mi jakoś zejść sprzed oczu nasępiona twarz Wyrwickiego. To on był tutaj duszą sztabu i Brygady. Był to na pewno wyjątkowy człowiek. Pracowity, solidny i wytrwały. Wyrwicki miał też polot. Poza tym był bardzo inteligentny, energiczny i fanatycznie wprost zakochany w lotnictwie. To on, jeszcze przed wojną, wypracował system przechwytywania nieprzyjacielskich wypraw i naprowadzania na nie własnych myśliwców. System był w zasadzie prosty, ale wymagał idealnego zgrania wszystkich elementów. Cały teren podzielono na sektory, w których dyżurowały posterunki obserwacyjne, meldujące o zaobserwowanych wyprawach: liczba samolotów, typ, wysokość i kierunek lotu etc. Wszystkie te meldunki spływały do zbiornicy przy sztabie - tak że dowódca jednostki myśliwskiej miał przed sobą kompletny obraz sytuacji na długo przed dotarciem wypraw do celu. Dowództwo podrywało myśliwców i kierowało nimi w locie za pomocą radiotelefonu, naprowadzając na nieprzyjacielskie samoloty. Pamiętam, jak jeszcze w czasie mojej służby w 1. pułku - Wyrwicki zatrzymywał mnie po lotach w swoim gabinecie, rysował, objaśniał, entuzjazmował się. Zrobił mnie nawet swoim asystentem do przygotowywania wykładów, na co okropnie wówczas psioczyłem; Wyrwicki był bowiem statecznym mężem i ojcem, a mnie się bardzo spieszyło "do miasta". Jego system wypróbowano praktycznie jeszcze przed wojną, potem stosowano podczas wojny właśnie w warszawskiej Brygadzie Pościgowej; dawał on bardzo dobre rezultaty, chociaż nasze możliwości techniczne byty wówczas dość ograniczone, bo praktyczny zasięg radiotelefonu był początkowo nieduży, do 20 kilometrów - tak że musiano uzupełniać go w razie potrzeby systemem sygnalizowania za pomocą kodu rozkładanych płacht. System Wyrwickiego rozwinęli potem i doprowadzili do perfekcji Anglicy, dysponujący już podówczas urządzeniami radarowymi, sięgającymi oczywiście o wiele dalej niż oczy ziemnych obserwatorów. Kiedy przed wojną w hangarze myśliwskim na Okęciu dyskutowaliśmy z Wyrwickim o tych sprawach - nie miałem jeszcze zielonego pojęcia, że tym właśnie systemem będę naprowadzany na niemieckie wyprawy bombowe w bitwie o Wielką Brytanię.
Niewysoki, uparty i rzutki major Wyrwicki - jeden ze stosunkowo niewielu ludzi, którzy potrafili połączyć kwalifikacje utalentowanego myśliwca z umysłowością taktyka na większą skalę - był też w sporej mierze "ojcem" Brygady Pościgowej. Przed wojną sytuacja organizacyjna lotnictwa była dość niesprecyzowana, w zasadzie pułki lotnicze dysponowały różnymi rodzajami lotnictwa i były "przypisane" do poszczególnych armii. Wyrwickiemu się to bardzo nie podobało, był zwolennikiem nowoczesnej koncepcji lotnictwa, pojętego jako samodzielna siła uderzeniowa, której działanie synchronizuje się wprawdzie ściśle z działaniem innych rodzajów broni, ale która skupiona jest w jednym ośrodku dowodzenia i dysponuje o wiele większą swobodą działania. Z tych właśnie tendencji narodziła się warszawska Brygada Pościgowa. Już w maju 1939 przystąpiono do jej organizacji; weszły w jej skład III i IV dywizjon (podówczas mówiło się "dyon") myśliwski (czyli 111., 112., 113. i 114. eskadra), ściągnięta z Krakowa, z 2. pułku 123. eskadra i służby pomocnicze - pluton łącznikowy, łącznościowcy z ośmioma radiostacjami etc. Dawało to w sumie 54 samoloty myśliwskie (plus trzy łącznikowe RWD-8). Specjalnie troskliwie dobrano personel - stanowili go w części wytrawni piloci z dużym doświadczeniem, częściowo zaś świeży absolwenci Szkoły Podchorążych Lotnictwa w Dęblinie, mający za sobą twardy kurs szkoleniowy w Wyższej Szkole Myśliwskiej i Strzelania Powietrznego w Ułężu. Przez całe lato 1939 cały ten zespół odbywał bardzo intensywne loty i doprowadzony został do idealnego zgrania. Na wyposażeniu miała Brygada samoloty PZL P-11 a i c, także i niewielką stosunkowo liczbę P-7. Przeznaczona była w zasadzie do obrony węzła warszawskiego, pozostawiono jej samodzielność; sprężyście dowodzona - została postawiona "na nogi" już 24, a przeszła na lotniska polowe już 26 sierpnia. Był czas na sprawdzenie sieci dozorowania, centrali dowodzenia etc. - tak że wybuch wojny zastał Brygadę w pełnej gotowości.
Miałem nieograniczone zaufanie do Wyrwickiego - i tym bardziej przejąłem się jego pesymistyczną oceną sytuacji. Wyrwicki nie miał skłonności do popłochu - ale zawsze był rzeczowy i trzeźwy. Musi być naprawdę niedobrze, jeżeli Wyrwicki mówi, że jest niedobrze.
Nie mogłem usiedzieć na miejscu, a Pawlikowski nie wychodził ze swego pokoju. Przysiadł się natomiast Kustrzyński; zacząłem go z miejsca wypytywać o wiadomości z ubiegłych dni i aktualne. Bardzo byłem ciekawy, jak się sprawy miały.
Niemcy przekroczyli granicę 1 września o godzinie 4.45, a już o 5.00 sztab Brygady zaczął odbierać pierwsze meldunki ze swojej sieci dozorowania. O 6.35 postawiono dywizjony w stan alarmu, o 6.50 poderwano je. Centrala dowodzenia naprowadziła pewnie i bezbłędnie, podając kursy i wysokości (można było rozmawiać na czterech kanałach); o 7.00 nastąpiło spotkanie z wyprawą niemiecką: około osiemdziesiąt heinkli He-111 i dornierów Do-17, osłanianych przez dwadzieścia Me-110. Pierwszy atakował klucz ze 114. eskadry, za nim poszła cała Brygada. Siła uderzenia zwartej formacji była tak duża, że potężna niemiecka wyprawa uległa rozproszeniu i w panice zaczęła zrzucać bomby; z tej wyprawy ani jeden samolot nie dotarł nad Warszawę. Niemców ratowała tylko zbyt mała szybkość i zbyt szczupła siła ognia polskich myśliwców. Walka trwała prawie godzinę w rejonie Jabłonny, Zegrza i Radzymina. O 7.40 zaczęły lądować pierwsze samoloty, wiele z nich było ciężko postrzelanych. Zginął Olewiński ze 114. eskadry, zginęli kapitan Olszewski i porucznik Szymański ze 123., obaj ostatni na P-7. A meldunki napływały bez przerwy. O 12.00 przedostało się w rejon Warszawy kilka dornierów Do-17; poderwano wówczas 112. eskadrę. Porucznik Okrzeja zestrzelił wtedy jednego dorniera; znałem Okrzeję, wyjątkowo miły i kulturalny, był dobrym pilotem. Dorniery nie doleciały nad Warszawę. Po południu zasygnalizowano drugą olbrzymią wyprawę: cztery eskadry bombowców Do-17 i He-111, jedną eskadrę stukasów Ju-87, dwie eskadry myśliwców w osłonie. Poderwano wtedy całą Brygadę, naprowadzał osobiście Wyrwicki. Polski atak, choć przeprowadzony już mniejszymi siłami (około 30 maszyn) był równie impetyczny jak rano i zdołał rozproszyć wyprawę - tylko pojedyncze klucze niemieckie przedostały się nad Warszawę, reszta zrzuciła bomby na pola.
Zestrzelono porucznika Szyszkę. Kapitan Sidorowicz, dowódca 111. eskadry - ranny. Już pod wieczór na lotnisko IV dyonu przyleciał pułkownik Pamuła, zastępca Pawlikowskiego; wziął samolot od jednego z lądujących pilotów, wystartował. Niebo było wciąż jeszcze pełne Niemców - Pamuła został zestrzelony przez Me-109 i wyskoczył ze spadochronem. W tym pierwszym dniu Brygada miała dwóch zabitych i ośmiu rannych. Czwarty dywizjon stoczył około 150 walk, trzeci - około 80. Niepokojące były straty w sprzęcie - 10 samolotów zostało całkowicie zniszczonych, 24 tak uszkodzone, że nie mogły brać udziału w walce. O zmroku tylko 20 maszyn było zdolnych do lotu. Cała Brygada - z wyjątkiem pilotów dyżurujących w alarmie - tyrała razem z mechanikami, aby możliwie największą liczbę maszyn doprowadzić do ładu, bo uzupełnień nie było.
2 września był jednak stosunkowo spokojniejszym dniem; nie było większych nalotów na obszar Warszawy, Brygada wykonała tylko 39 lotów - bez strat, ale i bez zwycięstw. Za to pod wieczór liczba maszyn zdolnych do lotu wynosiła już czterdzieści. Zauważono też nową taktykę niemieckich wypraw; zgrupowania niemieckie - dostrzegłszy polskich myśliwców - rozdzielały się na dwa skrzydła i korzystając ze swej szybkości, starały się obejść polską obronę. Trzeciego dnia Niemcy byli coraz bardziej "wynalazczy": wyprawy szły z różnych kierunków i na różnych wysokościach, często zmieniały kurs. W tym dniu zostali zestrzeleni i ciężko ranni kpt. Krasnodębski, dowódcy III Dywizjonu i kapral Horn ze 113. eskadry; ten ostatni, lądując na straszliwie poharatanym samolocie, sam ciężko postrzelany - pozwolił sobie na luksus zemdlenia dopiero na ziemi. W tych trzech dniach Brygada zestrzeliła 14 niemieckich samolotów na pewno, 5 prawdopodobnie, 10 uszkodziła. 4 września Brygadę przebazowano na inne lotnisko. Niemcy znowu zastosowali inną taktykę: przez cały dzień szły z różnych kierunków i na różnych wysokościach drobne formacje niemieckie, wyraźnie obliczone na "wypompowanie" ustawicznie podrywanych z ziemi polskich myśliwców. Była to istotnie chytra taktyka - bo gdy przed godziną 16.00 zameldowano dużą wyprawę niemiecką z Prus Wschodnich, do natychmiastowego startu była gotowa tylko 112. eskadra, potem poszła w powietrze 111., ale cały IV dywizjon był w trakcie tankowania paliwa i uzupełniania amunicji, nie mógł startować. Wyprawę przechwycono, ale polskie siły były zbyt szczupłe, aby ją w pełni rozproszyć, większość niemieckich bombowców przedarła się nad Warszawę.
A teraz był 5 września. Lotnisko nieco opustoszało, bo w związku z doświadczeniami z zeszłego dnia dowództwo Brygady przerzuciło się na patrolowanie obszaru powietrznego, prawie połowa maszyn była w powietrzu. Tego dnia zginął porucznik Stefan Okrzeja - czytałem potem raport porucznika Wacława Łapkowskiego: "...Wystartowało sześć maszyn, klucz porucznika Okrzei i mój. Po starcie w słuchawkach odezwał się szum. Aha - pomyślałem - radio ma głos. Rzeczywiście po chwili posypały się rozkazy ośrodka naprowadzania, bardzo często zmieniano kierunek, miejsce oczekiwania, wysokość lotu, relację o liczbie nieprzyjaciela. Po kilku minutach krążenia znaleźliśmy się nad linią kolejową Warszawa-Wołomin, na wysokości 3000 metrów. Tymczasem głos w radiu ochrypł zupełnie, w końcu padło tylko słowo "czekać" i zostawiono nas w spokoju. Odetchnąłem, ale po kilku dalszych minutach okazało się, że naprowadzanie było dobre, zobaczyłem na północnym wschodzie kilka "linijek" ostro rysujących się na horyzoncie. Była to eskadra dornierów Do-215. Stefan Okrzeja zobaczył Niemców również i powiedział przez radio: "popatrz w prawo". Odpowiedziałem: "widzę". Pełny gaz, boost, knypel na siebie. Przecięliśmy im drogę. Dorniery zwiększyły gaz i skierowały się na północ, ale było już za późno. Atakowaliśmy. Ja z moim kluczem - jeden klucz dornierów, Stefan drugi klucz. Nie wiem dokładnie, co się ze Stefanem działo. Nas dorniery przywitały ogniem, odpowiedzieliśmy im również nielicho. Niestety, walka nie dała rezultatu, gdyż po pierwszym naszym ataku dorniery przypikowały i uciekły. Powróciłem i wyładowałem. Okrzeja był zabity, Nowakowski ranny, zderzyli się przy atakowaniu, Nowakowski przypuszcza, że Stefan musiał już być ciężko ranny i nieprzytomny, gdy się zderzyli. To było koło Wyszkowa"...
Doczekałem się wreszcie Pawlikowskiego, ale z mojego powrotu do Brygady nic nie wyszło, choć widać było, że Pawlikowski nie miałby personalnie nic przeciwko temu. Ale Brygada miała już tylko 25 maszyn na chodzie, zaś na każdą maszynę 2-3 pilotów czekających niecierpliwie na swoją kolejkę. Nie było sensu zwiększać niepotrzebnie rezerwy.
Późnym popołudniem Wacek Łapkowski przerzucił mnie erwudziakiem na lotnisko Mokotów. Czekał tam już na mnie szkolny PWS, którym miałem powrócić do Dęblina. Postanowiłem odlecieć nocą, bo chciałem jeszcze odwiedzić Warszawę.
Poszedłem najpierw pieszo do szpitala okręgowego. Był przepełniony rannymi, ciężki od zapachu karbolu i lekarstw. Mój lotniczy mundur bardzo mi ułatwił dostęp do rannych pilotów z Brygady. Unieszkodliwieni to oni byli, ale nie dla lekarzy i personelu szpitalnego, bo niemiłosiernie nudzili, kiedy będą mogli wreszcie wyjść. Gdy wchodziłem na salę nr 8, akurat syreny zaczęły wyć, ogłaszając alarm - niemieckie stukasy atakowały mosty na Wiśle, zresztą bezskutecznie. Ranny pułkownik Pamuła stał przy oknie i straszliwie wymyślał Niemcom - aż się zdziwiłem, bo Pamuła - wielki myśliwiec i jeszcze większy dziwak - był z natury raczej opanowany. Pamiętam, jak pewnego razu w Toruniu, jako dowódca dywizjonu, wysłał jednego z pilotów w chmury celem trenowania lotu na ślepo, a zaraz za nim drugiego. "Panie majorze - zwrócił się wtedy do niego dowódca eskadry - piloci mogą się zderzyć". A Pamuła na to spokojnie: "No, to jakby co, będą mieli lot z pieprzykiem. Jakby kiedy była wojna, to im się nawet taki masaż przyda". Teraz ten sam Pamuła, okutany w bandaże, ciskał się przy oknie... Na sali było wielu znajomych. Był jeden z czołowych polskich pilotów, pułkownik Jerzy Bajan, ciężko ranny w rękę w czasie bombardowania Dęblina. Był kapitan Gutek Sidorowicz; też klął. Był milczący porucznik Feliks Szyszka z ciężko postrzelonymi nogami. I Krasnodębski poparzony. I tylu innych...
Zapadał już wieczór, gdy wychodziłem ze szpitala. Przy wyjściu spotkałem przypadkiem znajomą studentkę z medycyny, odbywającą tu swoją pierwszą praktykę. Dostała zwolnienie na parę godzin, wobec czego zaprosiłem ją na kawę i wino. Była wielką entuzjastką lotnictwa i miała za sobą kurs szybowcowy, była miła, ale dotąd patrzyłem na nią tylko tak, jak patrzy się na piękną dziewczynę. Beata pochodziła z dobrze sytuowanych sfer ziemiańskich, była jedynaczką i nie miała pojęcia o twardym życiu; zawsze mi się zdawało, że się przewróci, jeżeli się mocniej dmuchnie. Tymczasem teraz ta dziewczyna harowała przy rannych po 18 godzin na dobę (a ranni nie zawsze są przyjemni), zmieniała pokrwawione i zaropiałe bandaże, asystowała przy operacjach - i trzymała się doskonale. Tylko niebiesko-zielone oczy miała podkrążone.
Warszawa była zaciemniona - jedynie tam było jaśniej, gdzie tliły się pożary. Szliśmy właśnie koło kawiarni Lardellego, gdy nagle gdzieś znad chodnika gwizdnęło i odezwał się głos:
- Panie poruczniku, jak pragnę zdrowia, oczom własnym nie wierzę, że to pan jesteś we własnej swojej osobie i pani kochana hrabini.
Zaświeciłem latarką. Była to znana figura, "Gwizdalski", beznogi żebrak, urzędujący na małej platforemce, do której były przymocowane kółka od wrotek. Miał zawsze szampański humor, dzieci go bardzo lubiły, a on miał słabość do lotników. "Panie pilot - mawiał - jak mi nogi odrosną, to ja tylko do lotnictwa". Dostawał od nas masę papierosów, które częściowo wypalał, a częściowo opylał. Miał świetny słuch i gwizdał rzeczywiście artystycznie na dłoniach złożonych w muszlę. To była jego specjalność, której zawdzięczał przezwisko. W kawiarni go tolerowano. Teraz także zaproponował:
- Pani kochana i przepiękna jak zorza poranna hrabinio, a może by tak tango podciągnąć? Ot, na przykład "ach, nie odchodź ode mnie", albo to filozoficzne "nasza jest noc i oprócz niej nie mamy nic"?...
- Niech już będzie to filozoficzne - zgodziła się Beata, wysypując mu z torebki wszystkie papierosy. Pięknie gwizdał.
Po wojnie dopytywałem się, co się stało z Gwizdalskim, ale nikt, niestety, nic o nim nie wiedział.
Po kawie i kieliszku wina Beata odżyła, poszliśmy na spacer; chciałem zobaczyć "wojenną Warszawę". Ulice były pełne, ludzie poważni, ale wcale nie spanikowani - przeciwnie, nastroje były o wiele lepsze niż obiektywna sytuacja. Na skwerach kopano rowy przeciwodłamkowe. Lokale i kawiarnie były pełne.
Tuż przed świtem Beata odprowadziła mnie na Mokotów. Mechanicy czekali, podali mi spadochron. Niebo było czerwonawe od łun, na wschodzie już jaśniało powoli. Wystartowałem wprost na kościół Zbawiciela, wieże przeszły mi pod lewym skrzydłem i spłoszone gołębie przeleciały na sąsiednie dachy. Warszawa paliła się. Na ziemi nie zdawałem sobie sprawy, że jest tyle pożarów, dopiero z powietrza było je wszystkie widać. Natychmiast wziąłem kurs na Dęblin, nie chciałem się długo kręcić nad Warszawą, aby niepotrzebnie nie alarmować obrony przeciwlotniczej. Nawigację miałem ułatwioną, bo i tu - poza Warszawą - paliły się znajome osiedla i miasteczka. Noc powoli ustępowała, nad Wisłą wstawała puszysta mgła. Na wysokości Góry Kalwarii ostrzelano mnie z karabinów maszynowych - przez pomyłkę i "na wszelki wypadek", ale na szczęście niecelnie. Daleko na zachodzie był jeszcze mrok, pulsujący na skrajach horyzontu jasnymi, czerwonymi plamami. To waliła artyleria. Ilu ludzi ginie przy jednym takim błysku? Kiedy było już zupełnie jasno - sięgnąłem ręką do kieszeni kurtki, gdzie Beata w wielkim pośpiechu, tuż przed startem, kiedy silnik już pracował, wcisnęła mi jakiś karteluszek. Miałem niejaką nadzieję, że znajdę tam parę miłych słów, ale znalazłem cytat z modlitewnika żołnierskiego: "Nie będziesz miał innych celów na ziemi, dopóki twój kraj wolny nie będzie". Nie wiedziałem, że Beata jest taka romantyczna. Kartkę wiatr mi wyrwał z ręki, ale słowa zapamiętałem. I chyba już będę pamiętał.
Potem nie miałem już jakichś całościowych i bardziej kompletnych wiadomości o losach Brygady; dowiedziałem się o nich grubo później. Nie są to rzeczy tak zupełnie nieznane, ale myślę, że dla całości obrazu warto je w skrócie przytoczyć.
6 września Brygada rzeczywiście otrzymała rozkaz wykonania rozpoznania na rzecz Naczelnego Wodza w kierunku na Końskie, Kielce, Tomaszów Mazowiecki, Łódź. Piloci zorientowali się z miejsca, że coś musi być grubo nie w porządku, skoro otrzymują tego rodzaju zadanie. Złe przeczucia sprawdziły się; front był praktycznie przełamany, koło Łodzi byli już Niemcy. Ten dzień miał w Brygadzie wyraźny już posmak dramatu, w ludzi wstąpiła zimna determinacja. Mieli rano 21 zdolnych do lotu samolotów, z czego większość - łatana pospiesznie - trzymała się raczej "na słowo honoru". Na tym rozpaczliwym sprzęcie startują kilkakrotnie podrywani na olbrzymie ilościowo wyprawy niemieckie. Podobnie jak rankiem po raz pierwszy wysłano Brygadę na rozpoznanie - wczesnym popołudniem 19 ocalałych jeszcze maszyn startuje na swoje pierwsze zadanie frontowe: wymiatanie w obszarze Łodzi, Uniejowa, Koła. Ale nad Kutnem radio alarmuje o dużej ilości niemieckich samolotów: leci kilkadziesiąt bombowców z osłoną myśliwską. I oto w trójkącie Łowicz - Kutno - Sochaczew ta dziewiętnastka polskich myśliwców w trwającej ponad godzinę walce rozbija niemieckie formacje. Piloci tylko wtedy wycofują się z walki, gdy zmusza ich do tego wyczerpanie się benzyny; ich ataki są tak zaciekłe, że w tym oszalałym kłębie maszyn dwa niemieckie bombowce zderzają się i eksplodują w powietrzu. Ani jedna niemiecka maszyna nie przedostała się w rejon Warszawy; Niemcy zawrócili na zachód i zrzucili ładunek w pola. Ale nie wszyscy zawrócili; w tym dramatycznym dniu Brygada osiąga swój rekord zestrzeleń, największą liczbę zestrzelonych samolotów niemieckich od początku kampanii: 12 pewnych i kilka prawdopodobnych. Łącznie z zestrzelonymi rano trzema niemieckimi samolotami daje to 15 pewnych zestrzeleń. Piloci są tak rozżarci, że już powracając na ostatnich kroplach benzyny i często z pustymi taśmami kaemów - rzucają się na 30 napotkanych stukasów, które również zostają rozpędzone na cztery wiatry. Nie wraca trzech polskich pilotów.
Wieczorem zaś przychodzi rozkaz ewakuacji Brygady na węzeł lubelski. Brygada podsumowuje swoją sześciodniową batalię w obronie Warszawy: razem 43 zestrzelenia pewne, 9 prawdopodobnych, 20 niemieckich samolotów uszkodzonych - wszystko to kosztem dwóch zabitych, dwóch zaginionych i siedemnastu rannych. Ale Brygada straciła przez te dni 38 maszyn i nie otrzymała żadnych uzupełnień. Brygada zrobiła więcej, niż ktokolwiek przytomny mógłby od niej wymagać; latali, nie śpiąc i często nie jedząc.
W węźle lubelskim - na lotnisku Kierz i Rudawiec - Brygada zostaje połączona z niedobitkami armijnego lotnictwa myśliwskiego: z armii "Toruń", z armii "Modlin", z armii "Łódź". Pawlikowski ma w ręku znowu 40 maszyn, ale nie ma sieci dozorowania; próbuje ją improwizować na wzór warszawski, ale oczywiście jest to niemożliwe. Nie ma stałej łączności z dowództwem. Z materiałami pędnymi jest tak źle, że wysyła się patrole lotnicze celem wyszukiwania na torach kolejowych cystern; potem sprawdza się, czy jest w nich benzyna, na koniec wysyła się po nią samochody z beczkami. Rzuty kołowe nie nadążają za eskadrami i grzęzną w powiększającym się chaosie na drogach ustawicznie bombardowanych.
8 września tylko 16 samolotów jest gotowych do lotu, reszta - unieruchomiona z powodu braku benzyny. Pawlikowski dostaje rozkaz wysłania jednego dywizjonu z powrotem na węzeł warszawski do obrony mostów na Wiśle; wysyła 6 maszyn. Warszawa w tym czasie nie ma już obrony lotniczej, ale rezerwiści, dla których brakło już przydziału, podchorążacy ze Szkoły Technicznej, zabłąkany personel jednostek armijnych - razem 2000 ludzi - bije się na piechotę. Latają także bojowo samoloty aeroklubu, na Mokotowie montuje się z pozbieranych części samoloty, lata się na nich, gdy Warszawa jest już oblężona. Jacy to byli ludzie? Mały przykład: gdy zapadła decyzja kapitulacji - z Mokotowa odleciało jeszcze 11 samolotów, z których dwa holowały szybowce. Lecieli bez map. Kiedy jednemu z pilotów skończyła się benzyna koło Gór Świętokrzyskich - a leciał na erwudziaku - wymontował busolę i "trzymając kurs na południe", poszedł na Węgry piechotą.
Tymczasem pod Lublinem Pawlikowski robi, co może: patroluje, przeprowadza rozpoznanie. 8 września Brygada zestrzeliwuje jeszcze 2 samoloty niemieckie. 9 września przechodzi na węzeł wołyński, zaś dziesiątego otrzymuje rozkaz powrotu pod Lublin; równocześnie przychodzi wiadomość, że wysłana do Warszawy eskadra - na mocy decyzji dowództwa - została już ewakuowana do Brześcia. Przychodzi także wiadomość o bitwie nad Bzurą; być może Brygada zostanie użyta do wzmocnienia armii "Poznań". Wyrwicki leci na P-11 do Warszawy, aby stamtąd nawiązać łączność z armią "Poznań"; w Warszawie dają mu potężny i ciężki rulon map terenów położonych na wschód od Kutna, bo dowództwo armii "Poznań" nie posiada tych map. Wyrwicki zrzuca spadochron, z trudem pakuje w jedenastce ów ładunek i lotem koszącym leci do generała Kutrzeby - w sytuacji iście grobowej, bo niemal na całej linii wiszą mu nad głową patrole niemieckich messerschmittów. Wyrwicki wrócił potem do Warszawy i został tam już aż do końca. Gdy przyszedł dzień kapitulacji - zapakował do ciasnej kabiny swojej jedenastki pułkownika pilota Iżyckiego, późniejszego dowódcę lotnictwa polskiego w Wielkiej Brytanii, i pod ostrzałem niemieckiej piechoty wystartował na południe. Oczywiście obaj lecieli bez spadochronów - i tak nie bardzo wiadomo, jak się w tej kabinie zmieścili.
A Brygada wykruszała się. Przerzucano ją z lotniska na lotnisko, kontakt z dowództwem ustawicznie rwał się, z trudem zdobywano mizerne litry benzyny. Ale jeszcze latano i wykonywano te zadania, które mogły być wykonane. Jeszcze 14 września porucznik Sawicz ląduje w oblężonej Warszawie na Mokotowie, także pod silnym ostrzałem Niemców, przywożąc rozkazy od Naczelnego Wodza dla generała Rómmla. 15 września Brygada jest bez materiałów pędnych, bez wyżywienia i bez łączności; parę maszyn leci na rozpoznanie. 16 września przychodzi rozkaz o jej reorganizacji i podziale na Dywizjon Warszawski i Krakowski; latają na rozpoznanie, zestrzeliwują jeszcze dwa samoloty niemieckie. 17 września zestrzeliwują ostatni samolot niemiecki. Potem przychodzi rozkaz ewakuacji na terytorium Rumunii. W rejonie Czerniowiec lądują 43 samoloty.
Po zakończeniu kampanii wrześniowej marszałek Göring, przemawiając do swojej Luftwaffe, orzekł, że "już nigdy polski samolot nie ukaże się na niebie". Nie minęło pół roku, gdy samolot z biało-czerwoną szachownicą jednak ukazał się na niebie. I to na niebie nad Niemcami.