As. Wspomnienia legendarnego dowódcy Dywizjonu 303 - Witold Urbanowicz

Kup ebooka

82.99 zł
74.69 zł (41,49 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Ludzka twarz

Był rok 1938, jesień - i właśnie miałem wyjechać na urlop. Na razie jednak leżałem na skraju dęblińskiego parku, nad stawem.

Wysoko nad stawem kołował bez jednego ruchu skrzydeł jastrząb; potem zaczął schodzić łagodną spiralą do ziemi. Nagle złożył skrzydła i runął jak kamień w dół, po­między drzewa, gdzie zwykle kąpały się w piasku wróble. W nieruchomym powietrzu rozległ się furkot drobnych skrzydeł, po chwili widziałem, jak jastrząb krąży nad sta­wem i siada wreszcie na rosochatym dębie. W wodzie od­bijały się jasne chmury; żółte, czerwone, brunatne liście opadały na powierzchnię, woda marszczyła się leciutko. W alejach i na ścieżkach leżało ich mnóstwo. Gdzieś w dalszej perspektywie widać było kolorowy dywan astrów, łączący staw z białymi schodami kasyna. Drzewa rzucały cień coraz dłuższy. Nad lotniskiem była cisza; tylko wysoko, nad Ułężem, błyskały czasem w słońcu schodzące do lądowania samoloty.

I jeszcze klony, teraz zupełnie już złote. Nazywałem je "moimi" już od momentu mojego pierwszego samodzielnego lotu.

Doskonale pamiętam do dziś ten moment. To było w maju, w 1932 roku. Podchodziłem do lądowania znad parku i kasyna oficerskiego - pierwszy raz bez instruktora. Byłem bardzo przejęty, chciałem wylądować gładko i mo­żliwie jak najbliżej chorągiewki startowej. Ale akurat nad środkiem parku silnik mi przerwał. Ruszyłem manetką, ale silnik nie zareagował. Mój moran zaczął tonąć, byłem za­ledwie kilka metrów nad drzewami. Widziałem, jak prze­mknął mi pod skrzydłami czerwony dach kasyna - a po­tem zobaczyłem przed sobą wierzchołki klonów. Wbrew wszelkim zasadom pilotażu i nie licząc się z konkretnymi możliwościami - poderwałem samolot prawie że bez szyb­kości w górę. Poczciwy moran minął wierzchołki klonów jak szybowiec. Zupełnie nie wiedziałem, co się ze mną dzieje; wiedziałem tylko na pewno, że śmigło stoi. Moran bez szybkości dalej tonął. Potem zobaczyłem przed sobą wysoki, żelazny płot - i też udało mi się go przeskoczyć. Szurnąłem nad jakimiś beczkami i tuż na skraju lotniska uderzyłem kołami o ziemię. Moran podskoczył, przez mo­ment zawisł nieruchomo w powietrzu, potem zaczął się toczyć po ziemi. Oddałem lekko drążek i trzymałem spo­kojnie stopy na orczyku. Dopiero gdy zatrzymał się - przyszło mi na myśl, że widocznie w którymś momencie musiałem dodać za dużo gazu i silnik się zachłysnął; w moranie się to zdarzało.

Szef pilotażu udawał, że gratuluje mi pierwszego lotu, a ja - że nic się nie stało. Zaraz potem wykonałem jeszcze dwa loty, gładkie i szczęśliwe. Zostałem zaliczony do gru­py "samodzielnych pilotów". Trzech kolegów, niestety, zo­stało skreślonych. Jeden przy lądowaniu położył morana na plecy, drugi zawisł na płocie mniej więcej tak, jak to czasem robią koty, przekładając przez płot swoje kosmate łapy. A trzeci po starcie poleciał sobie nad Kazimierz i zgubił się. Kiedy skończyła się mu benzyna, wylądował na polu w jakimś majątku. Przez jeden wieczór uchodził w oczach kobiet za bohatera, ale nic mu to nie pomogło, po wieczne czasy został obserwatorem w lotnictwie. W moich oczach także zresztą uchodził za bohatera, bo potrafił "utrzymać twarz" tak, jakby się nic nie stało.

Z nieopisaną ulgą wydostałem z kieszeni kombinezonu srebrną oznakę pilota z napisem na odwrocie "Pierwszy samodzielny lot - maj 1932"; był to prezent od przyjaciół i przyznam, że nie wiedziałem, jak mógłbym przeżyć ewentu­alność noszenia tej oznaki przez całe życie w kieszeni. Kochane, poczciwe "moje" klony. I ten moran. Przesko­czył ich wierzchołki jak parasol.

Na stole w moim pokoju leżała teraz mapa z wykreśloną już trasą mojego urlopu. Stary, cichy park wydawał mi się teraz bardzo bliski. Lecę do Grecji na sześć tygodni. Czy ten park nie jest piękny?

Do pokoju wszedł Antoni, stary portier kasyna.

- Panie poruczniku, walizka jest już na dole, dorożka zamówiona, pociąg odchodzi do Warszawy za dwie go­dziny.

- Bardzo dziękuję. W czasie mojej nieobecności pro­szę wietrzyć mieszkanie, a korespondencję układać na biurku.

- Dobrze, panie poruczniku. Czy herbatę przynieść tu­taj?

- Nie, proszę na taras.

Zeszedłem na dół do holu. W fotelach siedziało kilku oficerów, w sąsiedniej sali słychać było stuk kuli bilardowej, ktoś grał na fortepianie. Na tarasie zastałem pułkownika Wacława Iwaszkiewicza, komendanta Centrum. Lubiłem go bardzo, był to człowiek o wysokiej kulturze oso­bistej, która nie ograniczała się do nienagannych manier. Rozmawialiśmy przez chwilę, gdy wszedł na taras major Józef Kępiński, kierownik wyszkolenia w powietrzu; był to człowiek niezmiernie obowiązkowy, służbista, świetny ofi­cer. Widziałem, że patrzy na mnie z dużym zdziwieniem - co też ja tu robię o tej porze?... Nie wiedział jeszcze, że jestem już na urlopie.

- Panie pułkowniku, mam kłopoty, brak mi instrukto­rów. Jeden rozbił się rano, dwóch poleciało z podchorążymi na przeloty. A ja chciałbym zakończyć z podchorą­żymi ostre strzelanie. Ale nie ma kto poprowadzić - i zno­wu popatrzył na mnie.

- Jestem już na urlopie, panie majorze - wyjaśniłem.

Widziałem, jak się mu leciutko brwi uniosły. Z Kępiń­skim byliśmy razem w 1. Pułku Lotniczym w Warszawie. I nasz wzajemny stosunek układał się trochę "na ba­kier" - nie wiadomo właściwie dlaczego. W tamtych cza­sach Kępiński dowodził słynną 111. Eskadrą Kościuszkow­ską, a ja byłem pilotem w nowo sformowanej eskadrze 113. "Puchaczy". Moim dowódcą był kapitan Władysław Pro­hazka, wielki dziwak; zawdzięczałem mu wówczas przezwisko-pseudonim "Mister", nigdy nie zwracał się do mnie inaczej. Prohazka lubił wesołe życie i może głównie z tego powodu 16 lat chodził w stopniu porucznika; a może tro­chę i dlatego, że marszałek Piłsudski lotnictwa nie lubił i za jego czasów awanse w lotnic­twie szły żółwim tempem. Prohazka został kapitanem po roku 1935 i urządził wów­czas wielkie przyjęcie, wykorzystując fundusz, który kiedyś zapisał mu jeden z przyjaciół, wyrażając w testamencie nadzieję, że "może wreszcie kiedyś zostaniesz kapitanem". Celebra odbyła się w "Polonii" w Alejach Jerozolimskich - i posadzono mnie obok Kępińskiego. W pewnej chwili rozmowa zeszła na latanie i powiedziałem wówczas Kę­pińskiemu, że chciałbym latać w jego 111. eskadrze. Kę­piński popatrzył na mnie trochę z góry i odpowiedział krótko, że "do 111. eskadry przyjmuje się tylko najlepszych pilotów". Usłyszał to Prohazka (a byli obaj serdecznymi przyjaciółmi) i zdenerwował się: "to znaczy, jucho jedna, że moją eskadrę uważasz za mizernie słabą, co?". Po­kłócili się okropnie, przez parę dni nie rozmawiali z sobą, a niezależnie od tego Prohazka "wziął na kieł" i postanowił udowodnić przyjacielowi, że "Puchacze" są lepsi od Eska­dry Kościuszkowskiej. Trudno opisać, co się działo. Po­goda była wredna, a Prohazka nas "szkolił". Aż wreszcie w czasie lądowania w szyku o mało nie wjechaliśmy całą eskadrą do hangaru. Prohazka w zasadzie dobrze wyli­czył, ale na lotnisku było ślisko (lód pod cienką warstwą śniegu) i już na ziemi okazało się, że hamować nie można. Pamiętam, że w ostatnim momencie zamknąłem oczy i czekałem, co będzie. Kiedy otwarłem je - zobaczyłem samolot Prohazki i parę innych w hangarze (na szczęście był otwarty i pusty), przed swoim nosem ścianę, zaś na tle ściany, przed resztą dzielnych "Puchaczy" - nieco przy­bladłych Kępińskiego razem z dowódcą dywizjonu. Boże, jak on na mnie patrzył... Lądowanie "Puchaczy" stało się sławne nie tylko w pułku, ale od tego czasu Kępiński pa­trzył na mnie bez specjalnej sympatii.

Kiedy Kępińskiego przeniesiono do Dęblina, zostałem zastępcą dowódcy 111. Eskadry Kościuszkowskiej; nie wiem, czy przyjął to z entuzjazmem. A teraz znowu spot­kaliśmy się w Dęblinie.

- To może ja panu majorowi pomogę w rozwiązaniu tego problemu. I tak samolot do Grecji startuje dopiero jutro, jeszcze zdążę.

- Bardzo będę wdzięczny panu porucznikowi - powie­dział Kępiński ceremonialnie. I ukłoniliśmy się sobie z wielką elegancją.

Rzeczywiście można było jeszcze zdążyć; do zmroku zo­stało jeszcze trochę czasu. Cała sztuka polegała na tym, żeby zrobić z podchorążymi krótką odprawę przed lotem, a potem obserwować i notować ich ataki do "celu ruchomego"; był to parometrowy rękaw, ciągnięty za samolo­tem na stalowej lince długości kilkuset metrów. Żeby nie zachlapać munduru oliwą, włożyłem lekki kombinezon i w parę minut byłem na Ułężu.

Grupa była nieduża, podchorążowie przejęci. Strzela­nie do ruchomego celu nie jest zbyt łatwe; natomiast na tym stopniu przeszkolenia nie tak trudno jest postrzelić załogę samolotu, który ten nieszczęsny rękaw ciągnie. Przed tym ich zresztą ostrzegano.

Na prawym skrzydle zobaczyłem podchorąże­go Feliksa Szyszkę; zapowiadał się już wówczas na dosko­nałego myśliwca, był agresywny i inteligent­ny, latał bar­dzo dobrze. Miał ciekawą twarz, w której delikatne usta kłóciły się z wydatnym, upartym podbródkiem i mocno zarysowanymi szczękami.

Wyniki strzelania były doskonałe i Kępiński był bardzo rad; w swoim gabinecie narysował przy nazwiskach pod­chorążych zielone trójkąty ("zadanie wykonane") i zaprosił mnie na wino. Na drugi dzień odleciałem do Grecji.

A potem przyszedł wrzesień 1939. Szyszka - już wówczas porucznik - znalazł się w 123. eskadrze myśliwskiej Kra­kowskiego Dywizjonu, przydzielonej do warszawskiej Bry­gady Pościgowej, której zadaniem była obrona stolicy. I wtedy - bodaj że zaraz pierwszego dnia wojny - przeżył swoją wielką przygodę, o której nigdy nie zapomniał.

Na Warszawę leciała niemiecka wyprawa bombowa, eskadrę poderwano, porucznik Szyszka dowodził kluczem. Kiedy napotkali pierwsze samoloty niemieckie - począt­kowo nie mogli się zorientować, co to za typy. Szyszka ze swoim kluczem znalazł się cokolwiek wyżej od Niemców, w pozycji dogodnej do ataku. Nie namyślając się - za­atakował z lewego półwywrotu; dopiero w trakcie ataku zorientował się, że to messerschmitty Me-110. Niemcy sko­śnymi zakrętami na szybkości szurnęli w górę, ale Szyszka wybrał sobie jednego i - dopóki mógł - trzymał się go, siejąc krótkimi seriami. Starał się wymacać jakiś jego słaby punkt, co nie było łatwe, gdyż pilot w Me-110 miał za sobą płytę pancerną - a poza tym znaczną przewagę szybkości. Szyszka nie zważał na otoczenie i ocknął się dopiero wtedy, gdy wziął go pod lufy dwu działek i czte­rech kaemów inny Me-110. Samolot Szyszki prawie że rozleciał się w powietrzu po zapaleniu przez pociski zbior­nika benzyny. Szyszka był ranny, samolot jak pochodnia walił się do ziemi, Szyszka stracił przytomność. Całe szczę­ście, że pasy, którymi był przymocowany w kabinie - rów­nież były postrzelane i pilota sama siła odśrodkowa zdo­łała wyrzucić z płonącej maszyny. Dziwnym cudem spa­dochron sam się otworzył; może pokrywy były uszkodzone i wystarczył sam pęd powietrza. Dość, że Szyszka ocknął się w powietrzu - z bólu, gdy szarpnęły nim szelki spado­chronu. Ręce i twarz miał popalone, paliły go także i rany. I wtedy usłyszał wycie silników messerschmitta.

Kiedy odwiedziłem go w Szpitalu Mokotowskim w War­szawie - spomiędzy białych bandaży patrzyły oczy wpadnięte w oczodoły.

To było okropne. Była taka cisza i tylko te silniki wyły coraz głośniej. Pod nogami widziałem czasem Wisłę, cza­sem palącą się Warszawę. Niemiec zawrócił, byłem całkowicie bez­bronny. Okropnie bolały mnie oczy. Wiedzia­łem już, że będzie strzelał i czułem to w całym ciele. Chciałem manewrować spadochronem, uniosłem popa­lone ręce, ale mi opadły z bólu, byłem postrzelany. Po­myślałem, że koniec ze mną, i czekałem już tylko na ten ostatni moment w zupełnej obojętności. Posłyszałem stukot armatek i grzechot kaemów. Niemiec bił po nogach. Zrobiło mi się gorąco i duszno, niebo zaszło mgłą, nawet przestało boleć, ale w tej mgle widziałem...

I zaciął się. Pielęgniarki mówiły, że tak jest zawsze: dochodzi do pewnego momentu relacji i milknie, nie może mówić dalej. Pomyślałem, że coś się tam jeszcze musiało zdarzyć w powietrzu, że jest jeszcze w poruczniku jakaś zadra, której nie może wyrzucić z siebie. Ale trudno go było męczyć pytaniami. A podobno było z nim już "le­piej". Znaleziono go zary­tego w nadwiślański piasek, na zgiętych w przyklęku kolanach, nieprzytomnego. Lekarz udzielił mu pierwszej pomocy, Szyszka - nie licząc innych ran - miał nogi poharatane w siedemnastu miejscach. Po­tem otworzył oczy, ale nie wiadomo było, czy jest przyto­mny, bo nie ruszał się i nie mógł mówić. Jego serdeczny przyjaciel z eskadry, porucznik Kawnik, powiedział mu: "Felek, wracaj szybko do eskadry", ale i na to Szyszka nie zareagował. Dopiero w sanitarce zaczął szeptać w ma­lignie.

W Szpitalu Mokotowskim leżał długo i walczył o swoje życie, rany ropiały, groziła mu gangrena i nie wiadomo było, czy da się ocalić te nogi, postrzelane przez Niemca, gdy wisiał bezbronny na spadochronie.

Porucznika Kawnika spotkałem w 1940 roku, gdy przy­leciałem na kilka dni z Anglii; Kawnik był wtedy w pol­skim patrolu myśliwskim, w dywizjonie francuskim. A spotkaliśmy się w Paryżu. W Anglii byłem wtedy znowu na liście pilotów bombowych i przyleciałem do Paryża w nadziei, że może uda mi się nawiać do lotnictwa myśliwskie­go. I wtedy - w kawiarni na Place de la Concorde - spotkaliśmy niespodziewanie Szyszkę, siedzącego z bardzo ładną Francuzeczką. I dopiero wtedy dowiedzieliśmy się, co takiego widział wówczas nad Warszawą.

Niemiec nurkował na niego, waląc ze wszystkiej broni pokładowej. Przeleciał o parę metrów od wiszącego na pasach Szyszki, w zamkniętej kabinie niemiecki pilot sie­dział bez okularów i w tej mgle nieprzytomności Szyszka zobaczył jego twarz. Ta twarz miała być straszna w swej obojętności automatu, w zimnej nienawiści. Szyszka zaraz potem stracił przytomność na dobre, gdy od podmuchu śmigieł messerschmitta spadochron szarpnął nim powtó­rnie i o mało się nie zwinął.

W szpitalu warszawskim przeleżał parę tygodni i wi­dział wkroczenie Niemców. Potem przewieziono go do Ło­dzi, potem do Krakowa. Wciąż łamano mu i składano ko­ści w nogach i bez końca czyszczono zaropiałe rany, był okropnie wycieńczony i stale gorączkował. Kiedy jednak mógł już chodzić o lasce - skręcił prześcieradło i nawiał przez okno w nocy, po czym na piechotę wyruszył do Fran­cji. W końcu marca przywędrował do Lyonu. Tam spotkał porucznika Kilimka. Kilimek ograł go w oko, potem zapro­sił na kolację i wyprawił do Paryża, oddawszy mu z pro­centem przegrane pieniądze.

W 1941 roku był już w polskim dywizjonie myśliwskim w Anglii, jako najmłodszy pilot. Z początkiem lipca ze­strzelił swojego pierwszego Me-109, w walce nad Lille; a w następnym tygodniu zginął jego serdeczny przyjaciel, kapitan Erwin Kawnik. A potem - niespodziewanie - przeżył Szyszka dziwaczne uwolnienie od warszawskiej zmory.

Leciał wtedy ze swoim dywizjonem jako osłona bombo­wych sterlingów. Po przeleceniu La Manche wyprawa zo­stała zaatakowana przez niemieckie messerschmitty; jeden z nich, atakując sterlingi z lotu nurkowego, przeleciał tuż obok samolotu Szyszki. Ten błyskawicznie przerzucił swego spitfire'a w ostry przewrót i zaatakował messerschmitta: chciał przeciąć mu drogę i nie dopuścić do sterlingów. Niemiec zrobił unik, wyprysnął świecą w górę; Szyszka podciągnął samolot i złapawszy messerschmitta na celo­wnik, sypnął krótkimi seriami. Od messerschmitta odmaszerowało skrzydło, resztki samolotu wpadły w jakiś dzi­waczny młynek. Pilot wyskoczył i otworzył spadochron. Wtedy w Szyszkę "coś wstąpiło": zawrócił i wziął wiszą­cego na pasach Niemca na celownik.

Zupełnie nie wiedziałem, co się ze mną dzieje; wie­działem tylko, że mi palec chodzi na guziku kaemów. Teraz wystarczy tylko nacisnąć. Ale ja musiałem zo­baczyć jego twarz. Więc leciałem na niego i nie strzela­łem. Niemiec rosnął w celowniku, gwałtownie wymachiwał rękoma, wił się na pasach. W końcu zobaczyłem wyraźnie jego twarz. Była także straszna, ale inna, zupełnie inna od tamtej nad Warszawą. Była obłąkana ze strachu. Niemcowi ręce opadły, wisiał jak kukła. A ja nie mogłem strzelać. Nie mogłem. Położyłem spitfire'a na skrzydło i przeleciałem o parę metrów od tej twarzy. Potem widzia­łem jeszcze, jak spadochron opada na ziemię. Dołączy­łem do dywizjonu, a kiedy wylądowałem - poczułem, że jestem bardzo szczęśliwy".

I znowu minęły dwa lata. Szyszka - już kapitan - zo­stał mianowany dowódcą dywizjonu. I wtedy zginął w lo­cie ćwiczebnym. Zderzył się z nim w powietrzu najmłodszy, świeżo przybyły pilot dywizjonu. Szyszka wyskoczył, ale nieszczęśliwie;­ samolot był w korkociągu i skrzydłem ude­rzył go w głowę. Tak zginął.

Major Kępiński także odnalazł się we Francji, spotka­liśmy się tam obaj, gdy organizował polski dywizjon my­śliwski. Znowu poprosiłem go o przyjęcie do dywizjonu i znowu mi odmówił, bo nie miał już etatów. Po upadku Francji nie zjawiał się w Anglii. Dostałem natomiast zło­żony przez jednego z młodych oficerów meldunek, że Kę­piński "uciekł do Niemiec". Przeszedłem do porządku dziennego nad tym meldunkiem, bo absolutnie nie wie­rzyłem, żeby to była prawda. A w kilkanaście dni potem otrzymałem wiadomość, że Kępiński leży w szpitalu w oku­powanej Francji; miał ciężko postrzelone płuca i nadwyrężony kręgosłup, został zestrzelony w walce. Autor donosu chciał się dostać do Dywizjonu 303. Odmówiłem. Wtedy ów oficer załatwił sobie przydział poza moimi plecami, przez "ministerialne chody" swojej żony; dostałem pismo, zawiadamiające o przydzieleniu go do 303. Zirytowałem się i odesłałem to pismo z ręczną adnotacją: "nie może być przyjęty z uwagi na brak odpowiednich cech cha­rakteru". W kilka dni potem wezwano mnie do Polskiej Kwatery Głównej w Londynie i długo perswadowano, abym przyjął go mimo wszystko. Nie zgodziłem się. Wtedy żona delikwenta zagroziła, że "mnie zniszczy". Któregoś dnia - gdy znowu przyleciałem do Londynu - znalazła mnie w Rubensie, w restauracji. Byłem z Witoldem Żyborskim, adiutantem Dywizjonu i lekarzem dywizjonowym, doktorem Zygmuntem Wodeckim z Krakowa. Żona tego lotnika chciała koniecznie ze mną rozmawiać, aby - jak twierdziła - "dać mi ostatnią szansę do namysłu". Żyborski i Wodecki byli już po "dwóch wzmocnionych"; wzięli ją na stronę i zaczęli tłumaczyć, że nic się nie da zrobić, bo Urbanowicz ma idiosynkrazję do kobiet, wtrą­cających się do nie swoich spraw. Jakoś się uspokoiła. Kępiński uciekł ze szpitala, przez Hiszpanię i Portuga­lię dotarł w październiku do Anglii. Był schorowany i okro­pnie przejęty owym meldunkiem. Uspokajaliśmy go razem z pułkownikiem Pawlikowskim, że są ważniejsze sprawy od intryg i oszczerstw. Ale Kępiński jakoś nie mógł się uspo­koić; wyrywał się do latania, a było wiadome, że już nie będzie mógł latać bojowo. Pewnego dnia - a akurat Lon­dyn był bombardowany - przyszedł do Pawlikowskiego, ubrany w piżamę, aby go znowu nudzić o przydział; spali w tym samym hotelu. Pawlikowski się zdenerwował:

- Człowieku, co ty tu robisz do pioruna ciężkiego, jest noc i powinieneś spać, potrzebny ci jest wypoczynek.

- Nie słyszysz? Bombardują Londyn.

- No to co? Musisz się przyzwyczaić.

Kępiński wyszedł. Po godzinie jedna z bomb rąbnęła w skrzydło hotelu. Wszyscy zeszli do głównego holu. Pa­wlikowski rozgląda się - Kępińskiego nie ma. Zdenerwo­wany biegnie na czwarte piętro i zastaje Kępińskiego w łóżku, czytającego gazetę.

- Zwariowałeś? Nie słyszałeś, że bomba zrujnowała część hotelu?

- No to co z tego? - odpowiada z godnością Kępiński. - Przecież sam powiedziałeś, że mam się przyzwyczajać. Więc się przyzwyczajam. Nie denerwuj się.

W 1947 roku byłem w Warszawie i dowiedziałem się, że Kępiński wrócił do Polski. Złożyłem mu wizytę, ucieszyliśmy się obaj swoim widokiem - że żyjemy i że jesteśmy w Warszawie. Był ten sam hotel "Polonia", w którym ongiś Kępiński, Prohazka i ja roztrząsaliśmy problem: kto lepszy: 111. Kościuszkowska czy 113. "Puchaczy". Tylko że teraz już Kępiński nie patrzył na mnie z ukosa; wypaliły się dawne, niemądre urazy.

W tym roku dowiedziałem się, że umarł 26 marca. Zawsze mówił, że chce umrzeć w Polsce.

Przebiegłem myślą wszystkie nasze spotkania i wszystkie rozmowy. Zastanawiałem się: gdybym tak zapytał ­Kę­pińskiego, czy i dla mnie znajdzie się w Polsce miejsce na "kwaterę w czterech dechach" - pewnie uśmiechnąłby się po swojemu i po swojemu "służbowo" odpowiedział: "wiesz przecież, że to nie ode mnie zależy. Radzę zwrócić się do pułkownika Iwaszkiewicza, ale wątpię, czy zdoła udzielić ci wiążącej odpowiedzi". A Prohazka, dawny do­wódca 113. eskadry, który zginął w niemieckim obozie kon­centracyjnym? Ten pewnie odpowiedziałby inaczej: "Toś jeszcze nie zrozumiał, dlaczego, jucha, nazwałem cię "Mi­ster"?...".

W Blackpool w Anglii jest pomnik na cmentarzu, gdzie pochowanych jest wielu moich kolegów. Bardzo skromny pomnik, a do­okoła leżą bardzo skromni ludzie, którzy niczego nie chcieli i nie żądali dla siebie, poza prawem do życia w wolnej ojczyźnie. Jest na tym pomniku angielski napis:

We Polish Airmen

Gave our souls to God

Our Bodies to the British soil

But our hearts only to Poland

  1939-1945

For your freedom and ours

 

Po polsku:

My, lotnicy polscy,

Oddaliśmy dusze Bogu,

Nasze ciała brytyjskiej ziemi,

Ale serca tylko Polsce.

  1939-1945

Za waszą wolność i naszą.

Początek jutra

Lotnisko w Ułężu pokryte było szaroniebieską mgłą, która zwykle wstaje przed świtem, jeśli dzień ma być po­godny. Tylko wierzchołki drzew pobliskiego lasu sterczały nad jej poziomymi pasmami. Wszyscy spali jeszcze, piloci i mechanicy, była noc, nawet na wschodzie niebo jeszcze nie zbladło. Jak zwykle jesienią - meteory zakreślały białe łuki po niebie, jeden z nich był specjalnie jasny, wydał się bliski.

Było bardzo cicho. Aby nie płoszyć tej ciszy, zeszedłem ze ścieżki wysypanej żwirem na miękką trawę; buty na żwirze chrzęściły tak głośno, że chyba słychać mnie było na całym lotnisku.

Pachniało żywicą i mchem, pomiędzy rozłożystymi sosna­mi stały budynki koszarowe podchorążych - parterowe, o lekkiej, drewnianej konstrukcji. Tuż pod oknami rosły astry i nasturcje; ostre światło elektrycznych lamp zmie­niało im kolory. Przy wejściu do jednego z budynków za­meldował się podchorąży służbowy eskadry.

- Wszystko w porządku?

- Wszystko, panie poruczniku.

- Pobudkę proszę zrobić o godzinę wcześniej. Pogoda piękna, a program w powietrzu na dziś mamy obszerny.

Wszedłem do środka, przy świetle elektrycznej latarki przyglądałem się śpiącym. Sen wygładził im twarze, wszyscy byli­ bardzo młodzi, zaledwie po dwudziestce, we śnie wy­glądali jeszcze młodziej. Byłem tu dowódcą, wychowawcą, wykładowcą i instruktorem w powietrzu, ale sam nie o wie­le byłem od nich starszy. Lubiłem ich. Już za parę dni odejdą ze Szkoły Myśliwskiej do dywizjonów.

Mundury ułożone w kostkę, kombinezony, okulary i hauby lotnicze leżały na drewnianych taboretach, tuż obok łóżek.

Poszedłem na lotnisko. Gdzieś na wieży kościelnej zegar wybił godzinę. Wymieniłem z wartownikiem hasło i od­zew - jak zawsze; do obowiązków oficera szkoły należało także i sprawdzanie w nocy lotniska. Szedłem wzdłuż sze­regu ustawionych równo samolotów; miały silniki pookrywane brezentem, także odpoczywały po intensywnych lo­tach. Poczułem się senny w tej ciszy. Już od kilku miesięcy spałem przeciętnie po cztery godziny na dobę. Wskutek sytuacji - a zwłaszcza "pokojowych" zapewnień Hitlera - wakacji nie było, program szkolenia był przyspieszony i in­tensywny, chcieliśmy w możliwie krótkim czasie wyszkolić możliwie największą liczbę myśliwców. Personel był wy­pompowany do ostatnich granic.

Usiadłem na leżaku przed hangarem, mimo woli ogarnął mnie bezwład, powieki momentalnie opadły na oczy, po­czułem się tak, jakbym zawisł w przestrzeni. Aby nie usnąć - wstałem i zacząłem przechadzać się przed han­garem. Wtem otwarły się drzwi, wyszedł szef mechaników; zobaczył mnie w smudze światła:

- Panie poruczniku, melduję czterech mechaników przy pracy.

- Cóż wy robicie o tej porze?

- Reperujemy siódemkę podłamaną przez podchorą­żego. Jedna maszyna więcej będzie do dyspozycji. Chciał­bym, aby pan porucznik oblatał ją o świcie.

- Zmordujecie się.

Nic nie odpowiedział. Miał kościstą, opaloną twarz. Li­czył sobie już chyba około sześćdziesięciu lat, chociaż na to nie wyglądał. Mógł już pójść na emeryturę, ale specjal­nie prosił władze lotnicze, żeby go pozostawiły w służbie jeszcze na parę lat. Miał córkę na uniwersytecie, planował sobie, że postawi domek w Kazimierzu, będzie ryby łapał w Wiśle i dumał o minionych czasach. Należał mu się wy­poczynek. Cztery lata spędził na Syberii za carskich cza­sów, potem dla odmiany dwa lata w wiezieniu niemieckim, walczył w 1920, trzykrotnie ranny. Utykał na lewą nogę. Podchorążowie nazywali go "Papa". Czasami Papa "pod­kręcał" ich na starcie: "Świecę, psiakrew, zaoliwisz, nie trzymaj tak długo silnika na gazie przed startem! Szybko, spadochron na grzbiet, tyłek w garść i wpychaj się do ka­biny! Szuraj! Na wojnie nie będzie takiego gadu-gadu z kolegami przed startem, trzeba będzie wyrywać w powie­trze jak jasna cholera. Bo jak nie wyrwiesz, to cię zrębią. No?". I pomagał podchorążym "wpychać się" do kabiny. A że był bardzo silny - wyglądało to często tak, że pod­rzucony jego łapą podchorążak wjeżdżał do kabiny głową w dół. Lubili go bardzo i szanowali, był dla nich pierwszym autorytetem w obsłudze maszyn. I wiedzieli, że jeśli któryś z nich podłamie samolot przy lądowaniu - Papa będzie pracował całą noc, ale rano grat będzie "chodził za ręką" jak dziewczyna w tańcu.

Papa miał teraz twarz skupioną i zmartwioną. Chciałem go pocieszyć:

- Za kilka dni pojedziemy na urlop.

- Eee, jakoś się nie zanosi, panie poruczniku. Pan po­rucznik słuchał, co Berlin mówi? - strasznie pyskują, a je­żeli nawet to tak na puc, to te meteory nad lotniskiem pan porucznik widział? Ja tam w przesądy nie wierzę, ale przed pierwszą wojną albo jak cholera miała być w Rosji, to też takie hece się wyprawiały na niebie. W ogóle mi się to nie podoba. Jak była ta epidemia, to nawet zmarł na cholerę ten słynny kompozytor - jak on się tam nazywał? Wyle­ciało mi z głowy.

- Widocznie ktoś tam wstrzeliwuje się meteorami w przestrzeni. Zanosi się na wojnę międzyplanetarną.

- Powoli dojdziemy i do tego, kto wie? Na razie Hitler straszy, że pogrzebie wszystkich, którzy się mu nie podo­bają.

- Sytuacja rzeczywiście jest napięta.

- W ostatnią środę, panie poruczniku, koło Ryk przyła­pali chłopi niemiec­kiego agenta, podobno wmawiał w lu­dzi, że "Niemcy niosą światu porządek, a potem będzie pokój na tysiąc lat". Dla świętego spokoju skuli mu mordę i oddali na policję.

- To chyba był jakiś zwariowany agent, normalny by tak otwarcie nie gadał. A z tym pokojem, to coś nie tak. W ostatnich latach cały świat nic innego nie robił, tylko ustępował krok po kroku, chroniąc pokój i dobrze wia­domo, co z tego wynikło, widzieliśmy. A teraz chyba już koniec z ustępstwami - i słusznie.

- Panie poruczniku, dlaczego tego faceta własny naród nie zlikwiduje?

- Żebym ja to wiedział. Może dlatego, że go Hitler wziął za pysk: zlikwidował opozycję, zorganizował tajną policję, cenzurę, obozy koncentracyjne. A może im to wła­śnie odpowiada? On sobie zdążył wychować fanatyków.

Sierżant szef pokręcił głową. Ktoś go odwołał z hangaru, odszedł, drzwi się zamknęły. Pozostałem na lotnisku aż do świtu.

O świcie siódemka była rzeczywiście gotowa. Wystarto­wałem na jej oblatanie, pozostawiając za sobą ciemne linie na zroszonym lotnisku. Na dole już zaczynał się ruch, na polnych drogach pierwsze wozy wlokły za sobą rdzawe ogony kurzu, pługi wychodziły na pola. W zagłębieniach terenu leżała jeszcze niebieska mgła. Niebo już czerwie­niało, wreszcie zapaliły się od słońca kościelne wieże. Zro­biłem pełną akrobację, nurkowanie, wznoszenie, opadanie liściem. Potem zeszedłem w dół i lotem koszącym przele­ciałem tuż nad dachami znajomego majątku. Zrobiłem to po prostu z zazdrości; dlaczego niby mają się wysypiać, jeżeli ja jestem taki śpiący? Widziałem, jak spłoszone ko­nie hulały po łące, właściciele także musieli się pobudzić od ryku silnika.

Wróciłem na lotnisko. Po wylądowaniu udałem się na­tychmiast do koszar podchorążych, żeby dopilnować po­rannego programu. Podchorąży właśnie zmywali z siebie pod prysznicami resztki snu. Wysportowani i opaleni na brąz, wili się pod zimnym prysznicem jak węgorze, zadowo­leni i hałaś­liwi. W kilkanaście minut po kąpieli, ubrani w letnie kombinezony, stali już w dwuszeregu, śpiewając "Kiedy ranne wstają zorze...".

Śniadanie trwało piętnaście minut. Potem zbiórka i odmarsz na lotnisko: "Trzy lata twardej szkoły przejdą jak nieznośne sny...".

Zatrzymaliśmy się przed hangarem, nadjechał komendant Wyższej Szkoły Pilotażu, kapitan Stanisław Brzezina:

- Czołem, podchorążowie!

- Czołem, panie kapitanie!

Nastąpił podział na poszczególne grupy i wyznaczenie instruktorów. Grupę akrobacji objął porucznik Stefan Witorzeńć.

- A pan przeprowadzi dzisiaj egzamin z walki powietrznej - zwrócił się do mnie Brzezina.

- Kobra zerżnie nam kupry - odezwał się półgłosem któryś z podchorążych. Ta dziwna nazwa przyczepiła się do mnie już w momencie mego przyjścia do Szkoły, kiedy - przed pierwszym startem - powiedziałem do podchorążych, że "myśliwiec w powietrzu powinien zamienić się w kobrę; atak musi być zdecydowany, błyskawiczny i skuteczny". Następnego dnia na kadłubie mojego samolotu miałem już namalowaną bardzo kolorową kobrę w ataku.

Wyznaczyłem instruktorów do przeprowadzenia egza­mi­nu, pozostawiając dla siebie tych podchorążych, którzy potrzebowali jeszcze "doszlifowania". A że bądź co bądź był to koniec szkolenia, egzaminy, po których mieliśmy się rozstać - wypadało coś im powiedzieć.

- Za parę dni opuścicie Szkołę. Życie jest przed wami, a najpiękniejsze w życiu jest to właśnie, że się żyje; dla­tego trzeba je oszczędzać. Jeżeli to jest konieczne, trzeba także i ginąć, ale najpierw trzeba się zastanowić, czy to się komuś na coś dobrego przyda. Latanie jest sztuką, więc nie myślcie, że po Szkole będziecie odpoczywać; naj­lepiej zapowiadający się piloci ginęli czasem na początku swej kariery, jeśli nie znali siebie, powietrza i maszyny. W walce pamiętajcie, że przeciwnik także jest człowiekiem, takim samym jak wy, przeżywa to samo co wy, także i za­łamania; czasem ułamek sekundy daje­ zwycięstwo temu, kto przetrzyma i nie pomyśli o przegranej. Przeprowadzę z wami ostatnie walki, starałem się przekazać wam całe moje doświadczenie, zachowajcie je. Wojna może wybuch­nąć nawet jutro, bądźcie na to przygotowani, nigdy nie myślcie o przegranej.

Na pierwszy ogień wyznaczyłem najostrzejszego z pod­chorążych, świetnie zapowiadającego się myśliwca. Miał on tylko jedną wadę, ale za to poważną: twierdził, że "my­śliwiec to brawura". Był w błędzie. Myśliwiec to przede wszystkim myślenie i przewidywanie. Chciałem go w ostat­niej walce "oczyścić"; pokazać, że samą brawurą nieda­leko zajedzie.

- Wystartujemy w szyku. Ja prowadzę. Proszę trzymać się mojej maszyny mniej więcej w odległości jednego me­tra. Po nabraniu tysiąca metrów dam znak do rozejścia się i po przeliczeniu do dziesięciu zawrócimy na siebie. Rozegramy dwie walki. Przegrywający zakołysze skrzydłami. Zdjęcia proszę robić z poprawką i bez poprawki, z od­ległości około stu metrów. Wracamy na lotnisko w szyku, podchorąży prowadzi do lądowania, ja będę na skrzydle. Jasne?

- Jasne, panie poruczniku.

Wystartowaliśmy. Polecieliśmy lotem koszącym na wyso­kości zaledwie kilkunastu metrów, w stronę Dęblina. Po drodze robiłem nagłe, ostre i głębokie zakręty, chciałem podchorążego odrobinę zmęczyć przed walką, ażeby dać mu bodaj namiastkę lotu w warunkach bojowych - oczy­wiście, jeśli chodzi o wyczerpanie. Nieraz przed walką zdarzy mu się lot w ciężkich warunkach atmosferycznych albo nad terenem naszpikowanym bronią przeciwlotniczą. Wodziłem go tak dosyć długo, ale podchorąży nie dawał się. Trzymał się doskonale w szyku, jego skrzydło prawie że dotykało mojego, w głębokich skrętach zawisał nade mną pionowo jak jastrząb. Podobał mi się.

Nad lotniskiem dęblińskim kręciły się "Karasie", szko­lono liniowców i pilotów bombowych. Tuż obok nad Boro­winą latały szkolne PWS.

Nad twierdzą w Dęblinie dałem wreszcie znak do rozej­ścia się. Policzyłem do dziesięciu, zawróciłem. Związaliśmy się w walce. Skupiłem się "na zimno"; przyszedł czas, aby...

Nagle stało się coś dziwnego: tuż koło kabiny mojego samolotu przeszły smugi - jakby świetlnych i zapalających pocisków. W ułamek sekundy później znowu smugi. Zakołysałem skrzydłami. Pierwsza myśl: kiedyż ten czort zła­pał mnie na celownik? Druga: rusznikarze załadowali mu przez omyłkę ostrą amunicję. Byłem z tego wszystkiego bardzo niezadowolony. Dałem podchorążemu znak ręką, ażeby prowadził do lądowania. Wysunął się do przodu, ja trzymałem się jego skrzydła. Podchodzimy do lądowania. I nagle wytrysnęła przed nami czerwona rakieta: "nie lą­dować!". Dodaję gazu. Jakiś P-7 przecina nam drogę, schodzi głębokimi ślizgami. O mało co nie zderzyliśmy się. Pewnie któryś z podchorążych zdenerwował się po akro­bacji - pomyślałem - i ląduje "na hurra".

Po wylądowaniu podkołowałem do chorągiewki starto­wej, nie wyłączając silnika. Widzę Witorzeńcia, krzyczę z kabiny:

- Który to podchorąży urwał się i przeciął nam drogę?

- To Szpak.

Jestem zupełnie zdezorientowany; Szpak - to porucznik Tadeusz Arentowicz, instruktor, nie uczeń.

- Wyłącz silnik! - krzyczy Stefan.

- Co jest, do pioruna ciężkiego? - zdenerwowałem się.

Stefan pokazał w uśmiechu swój złoty ząb i dalej za­garnia powietrze chorągiewką startową: "kołować do mnie". Jest w tym dniu oficerem startowym, muszę wykony­wać jego rozkazy.

Wyłączam silnik, wyskakuję z kabiny, idę wprost na Szpaka, muszę mu nawymyślać. Przyjaźniłem się z nim jesz­cze w 1. Pułku Lotniczym w Warszawie, wiele go­dzin spędziliśmy razem w powietrzu, w kawiarniach, w noc­nych klubach, na nartach, kortach tenisowych, na pływalni. Lubiłem Tadeusza za jego wisielczy humor, wiedziałem, jak lata; cóż za głupie cyrki teraz wyprawia?

Arentowicz ma dziwną minę:

- Le Kuto (doczepił mi kiedyś to przezwisko - le couteau, nóż - ale zawsze je wypisywał w transkrypcji pol­skiej) - Le Kuto - powiada - żyjesz jeszcze, nie podstrzelili cię?

Byłem wściekły:

- Idź do diabła, nie zawracaj głowy. Stale przypomi­nam podchorążym o dyscyplinie w powietrzu, a ty zaiwaniasz ślizgami przed samym nosem. Gdyby to jakiś szcze­niak...

- Ofiaruj metrową świecę w kościele, że żyjesz - prze­rywa mi - messer­schmitt cię atakował.

Popatrzyłem na niego nie bardzo przytomnie:

- Messerschmitt?...

- Aha. Chciał zerżnąć ci kuper, ale jak zobaczył tę ko­brę na twoim samolocie, to cykoria tak go popędziła, że wywiał. A poza tym, żebym nie zapomniał: był telefon do adiutanta Centrum, żeś o świcie przerwał miodowy mie­siąc młodej parze - wiesz, w tym majątku koło Wisły. Nad dachem szurnąłeś, przyzwoi­ty człowiek tego nie robi, sam wiesz, że są momenty...

- Szpak, szybko startuj z powrotem do Dęblina, my nie mamy teraz czasu na podgadujki - przerwał mu Stefan.

Arentowicz wziął mnie pod rękę.

- Nie żartuję. Jednego "robaczka" (tak nazywano pod­cho­rążych z podstawowego pilotażu) messerschmitt podstrzelił dzisiaj.

Wtem zajechał samochodem kapitan Brzezina. Był wy­raźnie poruszony:

- Niemcy zaatakowali Polskę, dzisiaj o godzinie 4.45 ra­no. Luftwaffe bombarduje miasta i lotniska.

- O mało co nie zerżnęli nam Le Kuto - wtrącił się Szpak. Brzezina zwrócił się do mnie:

- Zaatakowali cię Niemcy?

- Widziałem tylko smugi pocisków, messerschmitta nie zauważyłem, byłem związany walką z podchorążym.

Widziałem, że wszyscy myślą o jednym tylko - i że to jedno jakoś nie mieści im się w głowie, rzeczywistość opor­nie przebijała sobie drogę.

- To już ci ten lot koszący nad majątkiem daruję - Brzezinie twarz poszerzyła się w uśmiechu.

- Wypędziłeś kobietę z łóżka, ot co - mruczał Szpak - mąż natychmiast zadzwonił na lotnisko.

Brzezina był już bez uśmiechu:

- Wstrzymać loty, wszyscy piloci na odprawę. Dwa klu­cze pozostają w alarmie. Na dowódców kluczy wyznaczam Witorzeńcia i Urbanowicza. Start na czerwoną rakietę. Łączność z ziemią, jak umówiliśmy wczoraj. Klucze pozo­stają w alarmie od świtu do nocy, zmiana pilotów co dwie godziny.

Omówiliśmy ze Stefanem taktykę w powietrzu, nałożyli­śmy spadochrony, weszliśmy do kabin. Bytem oszołomiony. Wojna. Jednak wojna. Papa krzątał się przy samolotach, osobiście przypasywał pilotów w kabinach, był bardzo przejęty, w ruchach jego rąk było coś naprawdę ojcow­skiego, starał się pokryć jakoś swoje wzruszenie, gadał po swojemu: "panowie,­ uważać w powietrzu jak jasna cho­lera, nie dać się zrębać". Potem do swojego przyjaciela sierżanta, mojego skrzydłowego: "za luźno jesteś przypasany, podciągnę ci pasy, żebyś nie pętał się po kabinie, jak coś tam w portkach przy oberku". Kręcił się przy samo­lotach, kiedy zaś wszystko już było dopięte - nie mógł sobie jakoś znaleźć miejsca. Wsiadł na rower, pojechał, po chwili wrócił z koszem żółtych gruszek.

Był pierwszy września 1939.

Ułęż przyjął wiadomość o wojnie z powagą. Nikt nie histeryzował, ale też nikt nie udawał, że "jakoś to będzie".

Dreszcze latały mi po grzbiecie; może z niewyspania, może także i z podniecenia. Wiedziałem, wchodząc do ka­biny, że parę lat będę w niej siedział, nie byłem optymi­stą. Ale nie miałem też złych myśli i nie spodziewałem się, że mnie zrębią; odwrotnie - postanowiłem zrębać Niemca jak najszybciej "ku chwale Ojczyzny i króla jegomości".

Godziny w kabinie dłużyły się jak nigdy. Czekaliśmy na czerwoną rakietę, nie było jej. Nad lotniskiem był spokoj­ny, złoty, jesienny dzień, słońce grzało, pachniało upałem, nitki babiego lata czepiały się krawędzi skrzydeł. A jest wojna.

Cóż ja wiedziałem o wojnie? Byłem zupełnie małym chłopcem, kiedy wybuchła pierwsza wojna światowa. Pa­miętałem - jak przez mgłę - sznury rowów strzeleckich, pamiętałem, jak wyją pociski artyleryjskie. Mój starszy brat objaśniał mi fachowo: "to są, frajerze, pociski z armat. A te, co tak cienko gwiżdżą - to są ołowiane kulki z kara­binów maszynowych i ręcznych, wiesz?". Rodzice ostrze­gali nas przed tymi "kulkami". A dla nas śmierć była czymś zupełnie nierealnym, czymś z bajki. Kiedy przecho­dził front - baliśmy się tylko zwierzęcego ryku żołnierzy w czasie walki na bagnety, był okropny. Okrągłymi ze zdu­mienia oczyma patrzyliśmy na zabitych i rannych, którzy prosili o dobicie. Potem przyszli Niemcy, świetnie wyekwi­powani, rośli, butni.

Potem znowu Niemcy odeszli. I to był koniec. Był sple­śniały chleb i ziemniaki, żołnierze niemieccy szli obdarci, wygłodzeni. Nawet nie było już nic do rabowania, kobiety wiejskie rozbrajały żołnierzy, w razie oporu trzepały miotła­mi. Potem­ pojawiły się polskie orzełki na czapkach. Myśmy z bratem też sobie takie zafundowali; drogo mnie to ko­sztowało, "producentowi" musiałem za orzełka oddać ulu­bionego królika. A potem laliśmy łzy, że nas nie chcą wziąć do wojska, bo jesteśmy za mali (kiedy to piszę - mój brat od dawna leży na cmentarzu wojskowym we Wło­szech).

Koło samolotów kręci się Papa. Chodzi, zagląda, cho­ciaż w tej chwili nic już więcej zrobić nie może.

Kiedy wstępowałem do Korpusu Kadetów w Modlinie - wędrując z kolegami po twierdzy, odczytywaliśmy na mu­rach napisy z czasów wojny, wydrapane bagnetami. Utkwił mi w pamięci tylko jeden - i to grubo sprzed wojny, dato­wany 1905: "siewodnia riezali my Polakow" - i jakieś na­zwisko.

W 1938 byłem w Niemczech. Widziałem przemawiającego Hitlera. Stadion był czerwony od sztandarów ze swa­styką, wierni wyznawcy stali murem z zapalonymi pochod­niami. Na wysokiej trybunie, otoczony czernią eses­mańskich mundurów, przemawiał "Wódz". Pamiętam jego za­chrypnięty, załamujący się w histerycznym krzyku głos; Hitler robił wrażenie maniaka, chorego - ze swoim gło­sem, z opętaną gestykulacją zaciśniętych pięści. Ale Niemcy patrzyli weń jak w bóstwo, stadion wypełniony mo­rzem pochodni huczał jednym "Sieg Heil". Niemcy jednym głosem śpiewali "Deutschland, Deutschland über alles" - potem "Horst Wessel Lied". Ten tłum nie miał w sobie nic ludzkiego, pachniało szaleństwem.

Tego samego roku byłem także w Baden koło Wiednia. Niemcy już okupowali Austrię. Widziałem armię niemiec­ką - świetnie wyekwipowanych, rosłych żołnierzy, maszerujących ulicami. W parkach orkiestry grały słodkie melo­dyjki,wszystkie­ bardzo "gemütlich", ci na ulicy śpiewali znów szturmówkę "Horst Wessel". Co lepsze hotele były zarezerwowane "nur für Parteigenossen". Widziałem, jak w cuchnącym bajorku Niemcy urządzili konkurs pływacki dla Żydów: sędziwi brodacze brnęli przez kałużę, dosta­wali na brzegu fotografie Hitlera z dzieckiem na ręku.

Miałem też okazję widzieć w Baden - przejazdem - Hermanna Göringa. Poprzedniego dnia były aresztowa­nia. Gestapo było także i u mnie w hotelu; przeszukali cały pokój i powywracali wszystko w walizce. Byli mało uprzejmi, grozili obozem. W dzień przyjazdu Göringa mia­sto wyglądało jak po epidemii, było pusto na ulicach, krę­ciły się tylko patrole wojska i żandarmerii. Wzdłuż alei, którą przejeżdżać miał Göring, na przestrzeni paru kilo­metrów przeciągnięto grube liny. Co kilkanaście kroków stali "cywile". Za ich kordonem ustawiono dzieci z cho­rągiewkami w rękach i kwiatami. Potem - grupami - za­częto przepuszczać ludność.

Göring jechał w pięknym, otwartym samochodzie, ubrany w mundur kapiący od złota, z buławą marszał­kowską w ręku. Był spasiony, błazeński w swoim bajecznie ozdobnym stroju, uśmiechał się, co kilkanaście kroków robił buławą wspaniałe gesty, dzieci krzyczały cienko "Heil Hitler!", tłum milczał.

Wieczorem byłem w lokalu, trafiłem na lotników nie­mieckich. Byli młodzi - i gdyby nie mundury, gdyby nie twarze... Byłem po cywilnemu, siedziałem sam, patrzałem. Musiało to zwrócić uwagę, w pewnym momencie młody lotnik z dystynkcjami kapitana zaprosił mnie do stolika, gdzie siedzieli oficerowie. Blondyn - mogłem uchodzić za "nordyka". A mnie się przypomniało Wilno: kiedy pewna matka uroczych córek zapraszała studentów: "proszęż sia­dać, proszęż gadać, proszęż córki moje bawić" - skromni studenci odpowiadali uprzejmie i flegmatycznie, tym sa­mym charakterystycznym akcentem: "dziękuję, nie chce sie". W tamtej chwili odpowiedziałem niemieckiemu kapi­tanowi lotnictwa, że czuję się doskonale w swoim własnym towarzystwie. Oczy mu się odrobinę zwęziły, po chwili dwóch cywilów poprosiło mnie o papiery. W paszporcie miałem zapisane: "oficer lotnictwa". Niemiec uśmiechnął się zimno, popatrzył mi w oczy:

- Spotkamy się kiedyś w powietrzu.

- Mam nadzieję.

Siedząc teraz w kabinie - czekałem właśnie na takie spotkanie.

Nie wierzyłem w zwycięstwo Niemiec w drugiej wojnie światowej. Ale też - o czym nikt nigdy głośno nie mówił - nie wierzyłem w aktualną pomoc aliantów. Gdyby trak­towali swe zapewnienia serio - co najmniej od roku zaangażowaliby się finansowo: samoloty, broń... Tymcza­sem jest wrzesień 1939 - i siedzę w kabinie P-7. Kiedyś - w 1931 - był to pełnowartościowy i groźny myśliwiec. Pozo­stał dobrą maszyną. Do akrobacji i do szkolenia myśliw­ców. Może jeszcze do ataku na cele naziemne, gdyby miał opancerzenie, bo ja wiem? A może charakterystyki nie­mieckich samolotów są przesadzone? Nie bardzo wiado­mo, co chowają w zanadrzu nasze wytwórnie i dowództwo; może nowe prototypy zdążą wejść do serii, może je do­staniemy? Powinniśmy. Ale trzeba się bić i tak, jak podej­dzie, trudno. Może jednak przy końcu wojny polskie ko­biety będą miały szansę trzepać znowu Niemców mio­tłami?

Podchorążowie kopali rowy przeciwodłamkowe w po­bliżu samolotów i narzekali, że nie są w alarmie. Pod skrzydłami mojego samolotu siedzieli mechanicy i ruszni­karze, rozmawiali o wojnie: jak będzie. Słońce przygrze­wało coraz mocniej, mgła zupełnie znikła, coraz więcej nitek babiego lata czepiało się krawędzi płatów. Powoli ogarniała mnie senność. Pochyliłem głowę do tyłu, powieki mi opadły. Usłyszałem jednak wystrzał, otworzyłem oczy: akurat na tle nieba zakreślała piękny łuk purpurowa ra­kieta. Ręka sama sięgnęła do rozrusznika, piloci nasuwali okulary na oczy, sześćśmigieł kolejno załopotało w po­wietrzu: pierwszy obrót powolny, niepewny, następne co­raz szybsze, wreszcie z rur wydechowych tryskają smugi niebieskiego dymu, bledną, lotnisko ryczy silnikami.

Na swojej kremowej rękawiczce zauważyłem biedronkę czerwoną w czarne ciapki. Nie wiem, dlaczego zapamię­tałem tak dokładnie tę biedronkę.

Dałem pełny gaz, ruszyliśmy ostro do startu.

Pierwsza walka

Czytałem wiele książek lotniczych i - prawdę powie­dziawszy - nudziły mnie nieco techniczne opisy walk; liczba możliwych alternatyw sytuacyjnych była dość ogra­niczona (zaś możliwości finałowe jeszcze bardziej), mnie zaś interesowało głównie, "jak to jest naprawdę", co się wtedy czuje, jak to wygląda od strony pilota, jak się to przeżywa. Fachowe opracowania nie zajmowały się pro­blemami tego typu. Przy ich lekturze odnosiło się wraże­nie, że sprawa kończy się na tym, iż w takiej to a takiej sytuacji i warunkach pilot "winien" postąpić tak a tak, zwracając uwagę na to i owo, i pamiętając jeszcze o czymś tam; że, jednym słowem - winien działać jak sprawny automat. Już w czasie trenowania walk powietrznych prze­konałem się, że podręcznikowy ich obraz jest lekko zafał­szowany i bardzo niezupełny. O tyle zafałszowany, że z jed­nej strony możliwość alternatyw sytuacyjnych była w prak­tyce o wiele większa, zaś z drugiej - wiele reakcji w po­wietrzu było podświadomych, odruchowych, wcale niedyk­towanych tym, co pilot "winien" zrobić. Gdy daną walkę analizowało się później na ziemi - można było wprawdzie wychwycić ewentualne błędy czy też momenty, które dały przewagę, ale praktycznie bardzo trudne albo wręcz nie­możliwe było odpowiedzieć na pytanie, dlaczego w danym momencie pilot w ten właśnie sposób zareagował; albo jaka przyczyna tkwiła w tym, że wykonał (albo nie) dany manewr. Do tego dochodziły jeszcze kwestie indywidual­nych temperamentów i "sposobów bycia"­ w powietrzu. Były to rzeczy mało uchwytne, żaden podręcznik się tym nie zajmował; niemniej były to realne "współczynniki". Ileż to możliwości kryje się w tym, że na przykład pilot jest specjal­nie "cięty" na swego przeciwnika albo mocno podirytowany... Czy też w tym, że postanowił się "szanować". Ile razy ambicja i zapał w starciu z chłodnym kalkulowaniem dawały tak bardzo różne wyniki. Wszystko to okazywało się już w trakcie szkolenia, już w czasie treningów - ale dotąd zawsze była to tylko gra, trochę "na niby". Osta­tecznie wiedziało się, że - wyjąwszy, zawsze aktualną, moż­liwość nieszczęśliwego wypadku - wyląduje się po walce spokojnie na lotnisku razem z niedawnym "przeciwnikiem".

Teraz było zupełnie coś innego: walka nie przestała być grą, ale tym razem miała to już być gra bardzo serio i o wysoką stawkę. Przez wiele lat wychowywano nas i kształcono dla tego celu: do walki. Ten cel nabrał teraz wyrazistych barw. Nareszcie miałem się przekonać, "jak to jest naprawdę".

Istnieje takie motto: "miej nadzieję na najlepsze i bądź przygotowany na najgorsze". Bardzo mądra maksyma, zawsze starałem się jej trzymać. Teraz także nie miałem najmniejszego zamiaru ginąć, ale nie wykluczałem także i tej możliwości; tliła się gdzieś głęboko na siatce ner­wów. Byłem podekscytowany i na pewno bardzo cięty na Niemców; ale była to raczej chłodna irytacja.

Ciągniemy na pełnym gazie, nabieramy wysokości. Po­rucznik Witorzeńć ze swoim kluczem leci po mojej prawej­ stronie, w odległości około 200 metrów. Odległości w po­szczególnych kluczach - około 100 metrów. Wiem, że w ka­binach siedzą wytrawni piloci; sami instruktorzy ze Szkoły Myśliwskiej. Obserwuję bezchmurne niebo, potem spoglą­dam głęboko na ziemię. Przesuwa się pod skrzydłami zielonobrunatna, połatana. Przecinam krawędzią skrzydeł krętą, połyskującą srebrno Wisłę. Potem - jak cięcie no­żem - szosy, na nich małe żuczki samochodów z ogonami szarego pyłu. Wszystko, jak w każdym innym locie, jak dotąd. Ale dziś jest wojna.

Na niebie nic nie widzę. Denerwuję się trochę. Potem na lotnisku w Dęblinie wykładają sygnalizacyjne płachty: "od południa, wysokość 3000, wyprawa bombowa". Moi skrzydłowi piloci są podekscytowani, ich samoloty kołyszą się lekko. Wskazówka wysokościomierza przekracza cyfrę 2000 metrów i za chwilę dotyka 3000. Jest chłodno, zaciskam wełniany szal na szyi. Poprawiam okulary, uwierają trochę koło oczu. Sprawdzam, czy kaemy odbezpieczone. Przez parę sekund myślę o naszych aliantach: czy wypo­wiedzą Niemcom wojnę. I że nie dali samolotów.

Jesteśmy nad Kazimierzem. Kącikiem lewego oka staram się odnaleźć restaurację, gdzie jeszcze kilka dni temu dy­skutowaliśmy na tarasie, wałkując odwieczny temat "zaata­kują Niemcy Polskę, czy nie?".

Nagle - na tle nieba - błyskają w słońcu malutkie me­talowe płatki. Liczę: jest piętnaście. Lecą żurawiem, po pięć. Zupełnie bezwiednie kołyszę skrzydłami i widzę, że moi skrzydłowi zareagowali tak samo, także zakołysali się w powietrzu. Zdaję sobie nagle sprawę z wyjątkową ostro­ścią, że nie jest to przeciwnik "markowany", jak w czasie ćwiczeń. To Niemcy. Przypominam sobie mundury i twa­rze niemieckich pilotów, spotkanych rok temu w Baden koło Wiednia. Ale to także są tylko ulotne sekundy. Tamci są niżej.

Stefan Witorzeńć atakuje niemiecki szyk z prawej stro­ny. Ja ze swoim kluczem atakuję z przodu. Jestem w nie­dobrej pozycji, w czasie ataku przelecę tuż nad bombow­cami, będą mieli okazję skoncentrowania ognia na moim kluczu. Wyboru jednak nie mam. Nasze samoloty są dużo wolniejsze nawet od bombowców niemiec­kich, w tych wa­runkach nie ma mowy ani o pościgu, ani też o pełniejszym repertuarze manewrów. Liczę, że klucz Witorzeńcia odcią­gnie część ognia. Ustaliliśmy przed startem, że chodzi o rozproszenie ich ognia, rozbicie szyków, atak "z obskokiem", niedopuszczenie wyprawy do celów.

W pierwszym momencie nie mogłem rozpoznać typu sa­molotów. Potem widzę charakterystyczne wygięcie płatów przy kadłubach: heinkle He-111. Nagle z przestrzeni nur­kują na nas inne samoloty. Smukłe sylwetki, również dwu­silnikowe. Jest ich osiem, atakują nas w szyku dwójek. Rozpoznaję: to Me-110, dwusilnikowy myśliwiec. Ma szyb­kość ponad 500 km/h i uzbrojenie z dwóch dzia­łek i trzech kaemów. Nasze P-7 wyciągają zaledwie 325 km/h i mają po dwa karabiny maszynowe. Jednego tylko jestem pewny: że nasze siódemki mają o wiele lepszą zwrotność.

Messerschmitty otwierają ogień, na szczęście niecelny, i śmigają obok nas jak bolidy. W moment później wszystko zamienia się w opętaną kotłowaninę. Na dobrą sprawę niczego nie można zaobserwować. Widzę tylko, że po pierwszym ataku naszych kluczy niemiecki szyk bombowy rozluźnił się, trzy heinkle odłączyły w bok i zostały nieco z tyłu. Stefan Witorzeńć w ataku przeleciał o parę metrów od jednego z bombowców. O jakichkolwiek klasycznych manewrach w ogóle mowy nie ma. Heinkle, messerschmitty i nasze wyjące na pełnym gazie siódemki tworzą jeden kłąb. Samoloty przelatują blisko siebie. Powietrze pełne wirów i smug; nie zdawałem sobie dotąd sprawy, że smugi po zapalających i świetlnych pociskach utrzymują się tak długo w powietrzu. Kilkakrotnie napływa do kabiny za­pach prochu. Niewiele można zrobić­ Niemcom. Z jakie­goś przewrotu dostaję na celownik heinkla, sieję swoimi pociskami po kadłubie i skrzydłach, strzelam do kabiny - i nic. Tyle, że strzelec chyba dostał, bo zwisł na własnych kaemach. Słońce hula po niebie, ziemia rozkręciła się jak karuzela - raz jest z boku, raz pode mną, to znowu zawisa nad głową. Gorąco mi jest, czuję to w całym ciele.­ I znowu widzę w lusterku oszklony, wąski pysk messer­schmitta i ogniki skierowane w mój ogon. Ściągam gwałtownie sa­molot w ostrym podciąganym zakręcie, moja siódemka za­drżała i zwaliła się na łeb, messerschmitt szura jak rekin tuż koło mnie. Odruchowo przymknąłem oczy i czekałem na trzask. Tak sobie wtedy wyobrażałem zderzenie w po­wietrzu; nie wiedziałem jeszcze, że najprawdopodobniej nie usłyszałbym w ogóle nic, to byłaby kwestia ułamka sekundy.

Straciłem kilkaset metrów. Dzięki temu widzę całe przed­stawienie na tle nieba. Siódemki są w komplecie, sześć, wszyscy jeszcze żyją, chwała Bogu.

Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że to zaangażowanie niemieckiej wyprawy w walce jest tylko wynikiem determi­nacji i świetnego wyszkolenia naszych myśliwców. Me-110 mają przewagę szybkości, ale słabszą zwrotność od na­szych siódemek, dlatego też mają trudności w pojedyn­kach z nami. Słabą stroną naszych myśliwców jest uzbro­jenie; nie posiadamy też płyt pancernych w kabinie za pilotem, to są samoloty szkolne. Każdy z naszych instruk­torów, zanim przyszedł do Wyższej Szkoły Myśliwskiej jako instruktor, przeszedł doskonałe wyszkolenie taktyczne w po­wietrzu i w walce z lotnikami niemieckimi nie mieliś­my żadnych trudności; jeżeli nie przewyższaliśmy pod tym względem Niemców, to byliśmy na tym samym poziomie.

Na pełnym gazie ciągnę w górę, moja siódemka jest na granicy utraty szybkości. Atakują mnie trzy messerschmitty. W instynktownym odruchu samoobrony ściągam drążek sterowy, przechodzę na plecy. Tamci rozchodzą się pięk­nym wachlarzem, atakują znowu z obskokiem, z trzech stron. Dzięki zwrotności mojej siódemki stać mnie na luk­sus przedłużenia życia jeszcze na moment. Jak długo to potrwa? Niemcy przelatują tuż koło mnie. Szczegóły i ko­lor ich samolotów pozostają przez moment gdzieś na siatce oczu, tak jak gdyby bez szybkości te samoloty atakujące mnie zatrzymały się przede mną. Ściągnąłem mój samolot w półpętli, na kilka sekund znalazłem się w ogonie całej trójki. Naciskam spust, sieję ze swoich kaemów. I znowu nic. Moje pociski nie czynią widocznej krzywdy. Może narobiłem im dziur w samolotach, ale nie widzę, ażeby się któryś z nich zapalił, czego oczekiwałem.

Już od pierwszego momentu związania się w walce z niemieckimi lotnikami stwierdziłem, że najsilniejszym instynktem, który spotęgował się w niebezpiecznych mo­mentach, było utrzymanie się przy życiu za wszelką cenę. Zestrzelenie przeciwnika było na drugim miejscu. Nie wiem, czy to samo wystąpiło u moich przeciwników, raczej chyba nie, bo walczyli z nami jak wściekli, wyczuwałem ich nienawiść do nas.

Bombowce na pełnym gazie wycofują się z walki, szare smugi spalin snują się im z silników. Messerschmitty trzy­mają się heinkli, rezygnują z walki. A raczej: nie uważają za celowe przedłużania jej. Ścigamy ich, ale jest to beznadziejne. Nie dysponujemy wystarczającą szybkością; bombowy heinkel­ na pełnym gazie ma chyba 400 km/h Widzimy jeszcze, jak po drodze zrzucają bomby na przy­godne osiedla. Powoli nikną na horyzoncie. A jednak - nie dopuściliśmy ich do Dęblina. Satysfakcja? Dość mar­na. Tyle że tym razem nie dotarli do celu, my zaś widzie­liśmy, jak się wycofują.

Witorzeńć zbiera swoją trójkę, ja również nawołuję swo­ich pilotów, kołysząc skrzydłami. Bez amunicji i na ostat­kach benzyny wracamy do Ułęża. Obserwujemy powietrze, aby nie paść ofiarą ponownego ataku. Ścieśniliśmy szyki, Witorzeńcia mam w odległości 20 metrów i widzę, że jego opalona twarz jest poważna. Stefan wygląda na mocno niezadowolonego. Ja chyba wyglądam podobnie. Piloci w kluczu także się nie uśmiechają.

Na Ułężu zastajemy wyłożone płachty sygnalizacyjne: "wyprawa bombowa od południa, wysokość 4000 metrów". Niestety musimy lądować, aby załadować amunicję i na­pełnić zbiorniki. Po wylądowaniu kołujemy pod hangar. Mechanicy biegną do samolotów. Wyskakujemy z kabin. Szef mechaników liczy dziury w samolotach.

- Jak było w powietrzu? - pyta kapitan Brzezina.

- Szkoda gadać - odpowiedział Witorzeńć. - Są dużo szybsi, o wiele lepiej uzbrojeni i cholernie opancerzeni. Można grzać, wystrzelać całą amunicję i niewiele z tego wyniknie.

- No, kilku Niemców w bombowcach chyba ustrzelili­śmy - wtrącił któryś z pilotów - a maszyny także wrócą nie bez dziur.

Czy byliśmy zniechęceni? Na pewno nie. Ale było już jasne, że walka jest mocno nierówna; jeśli Niemcy nikogo z naszych nie zdołali zestrzelić, było to kwestią tylko świet­nego wyszkolenia i na pewno dużego szczęścia.

Mechanicy sprawili się piorunem. Widzieliśmy, że na po­łudnie od Dęblina, wysoko, rozgrywa się walka. Było wi­dać smugi i czasem błyski samolotów w słońcu, słychać było wyraźnie głos silników i grzechot karabinów maszynowych. Tam walczyły dwa nasze myśliwskie klucze, sześć maszyn.

- Polecimy w jednym kluczu - zwrócił się Brzezina do Witorzeńcia i do mnie.

Wystartowaliśmy i po półgodzinie wróciliśmy; tam już było po wszystkim.

Na Ułężu mieliśmy pilotów o wiele więcej niż samolo­tów, przynajmniej sześciokrotnie. Ci, którzy nie byli w stanie alarmu, siedzieli na trawie przed hangarem, gwarzyli, grali w karty. A mechanicy obok nich. Wydało mi się to trochę niebezpieczne; Niemcy na pewno byli poinformo­wani o naszej Szkole i było pewne, że nie zostawią nas w spokoju.

- Stefan - zwróciłem się do Witorzeńcia - Brzezinę odwołali do Dęblina na odprawę, jesteś tu teraz najstar­szy. Wydaj rozkaz, żeby cały personel przeniósł się bodaj na drugą stronę lotniska, tam pod olszyny. I samoloty też trzeba przesunąć, ustawimy je pod drzewami, nie będzie ich widać z powietrza.

Nie wiem: może byłem zdenerwowany, a może przemógł instynkt. Nie czekając, zapuściłem silnik w swojej siódemce i pokołowałem na drugą stronę lotniska. Reszta pilotów - myśląc, że jest rozkaz przesunięcia - także pokołowała­ za mną. I cały personel korowodem jak w procesji ciągnie za nami. Ukryliśmy samoloty pod rozłożystymi koronami olszyn i piloci wygodnie rozsiedli się w cieniu. Kilka minut potem chłopi przynieśli nam kosze jabłek i gruszek. Papa rozdał je "sprawiedliwie": dwa kosze pilotom i po dwie gruszki mechanikom. Wyjaśnił: chłopaki, kiedy zerżniemy pierwszego Niemca, dostaniecie wy dwa kosze, a na razie piloci muszą mieć większy gaz. Poker znowu odchodził, tym razem leżały w banku jabłka i gruszki.

Dokładnie w dwadzieścia minut po naszym przesunię­ciu wypadły zza lasu dorniery Do-215. Atak był tak nagły, że nawet nie zdołaliśmy się podnieść z ziemi. Łoskot był okropny.­ Widzieliśmy, jak jedna z bomb rozwala hangar, zaś namiot fruwa w powietrzu jak szmatka. Bomby rozło­żono idealnie w miejscach, gdzie przedtem stały maszyny i wypoczywał personel; Niemcy musieli obfotografować lotnisko, teraz walili na podstawie zdjęć. Witorzeńć, który aż do tego momentu siedział naburmuszony i milczący - błysnął teraz złotym zębem w uśmiechu:

- Byłem trochę zły na ciebie za to przesunięcie. Taka niesubordynacja, i to jeszcze w czasie wojny...

Wieczorem słuchaliśmy radia. Warszawa donosiła o ciężkich walkach obronnych na całej granicy zachodniej. Berlin o sparaliżowaniu całego przemysłu, zbombardo­waniu wszystkich lotnisk i całkowitym zniszczeniu na ziemi całego lotnic­twa polskiego. W to ostatnie nie wierzyliśmy, bo było już wiadome, że pomiędzy 26 i 30 sierpnia we wszystkich pułkach lotniczych nastąpiła ewakuacja sprzętu i personelu na lotniska polowe, poza bazą. Przemysł mógł oberwać, stałe lotniska także, ale nic poza tym.

O pilotów, o siebie samych byliśmy najzupełniej spo­kojni, że będziemy robili swoje do końca. Trudno jednak powiedzieć, abyśmy byli spokojni o sytuację. Nie było ta­jemnicą, że już od wiosny Niemcy latali nad Polską, pro­wadząc wywiad lotniczy. Z lotnisk położonych na północy i na zachodzie Polski wielokrotnie podrywano nasze klucze myśliwskie; wychodziły wówczas nie tylko braki sieci dozo­rowania i alarmu, ale także i niedomogi sprzętu; nasi myśliwcy nie mogli wydrapać się na pułap, na którym ope­rowały niemieckie samoloty­ rozpoznawcze. Słyszeliśmy o prototypach nowych myśliwców; czy uruchomiono pro­dukcję seryjną? Kiedy je otrzymamy? Konieczne były od­ciążające działania naszych aliantów. Kiedy nastąpią? Chodziły także słuchy o zakupach lotniczego sprzętu. Był bardzo potrzebny. Powinien dojść jak najszybciej. Ale i w tym zakresie nie mieliśmy żadnych wiadomości.

Duchy Dęblina

Kiedy zastanawiałem się nad tym później - trzeźwo i na zimno - trudno było mi odpowiedzieć na zapytanie, jakim cudem właściwie nasza Grupa Dęblińska mogła stawiać czoło niemieckim wyprawom. Wszystkie bez wyjątku nie­mieckie samoloty bojowe miały większą szybkość i pułap od naszych P-7. W chwili wybuchu wojny nasze siódemki miały już za sobą sześcio- lub siedmioletni, niektóre nawet nieco dłuższy staż w eskadrach. Dzięki złotym rękom me­chaników wciąż by­ły sprawne technicznie - ale (powta­rzam to) w tej chwili były to już tylko maszyny do szkole­nia. Bardzo dobre maszyny do szkolenia w akrobacji i wal­ce. Ale nie do walki z nowocześnie wyposażonymi eskad­rami niemieckimi.

A jednak - stawialiśmy czoło. Jednak udawało się nam nawet rozbijać wyprawy niemieckie. Może dlatego, że w tych wysłużonych siódemkach siedzieli instruktorzy, stare wygi,­ zrośnięte z maszyną; tak bardzo zgrani w powietrzu, że i bez radia wystarczył ruch dłonią czy kiwnięcie skrzyd­łem, aby było wiadomo, o co chodzi. Znaliśmy też rozkaz Göringa, wydany­ Luftwaffe; ów sławetny rozkaz, który nakazywał niemiec­kim lotnikom "niszczenie bez litości". Ten rozkaz był wykonywany w sposób, który nie miał nic wspólnego z honorem wojskowym. Niemieccy piloci palili bezbronne wsie, bombardowali dzielnice mieszkalne, ostrzeliwali uchodźców, polowali­ na byle samotnego chłopa z pługiem, jeśli tylko zdarzyła się ku temu okazja. Na Polskę zwaliła się jakaś obłąkana nawała nienawiści - i myśmy sobie z tego zdawali sprawę. Biliśmy się z zajadłą determinacją, w sposób zupełnie straceńczy, dając wszystko z siebie i biednych maszyn.

To nie mogło potrwać długo. Ale na razie trwało. Podry­wano nas z lotniska niemal bez przerwy, chwile wypoczynku były krótkie i zawsze niepewne. Już w parę tygodni potem, gdy usiłowałem sobie przypomnieć szczegóły po­szczególnych alarmów, lotów i walk - okazywało się to mało realne; w pamięci pozostały nieskoordynowane mi­gawki, pełne rozkrzyżowanych sylwetek naszych siódemek, obłych kadłubów heinkli, czarnych krzyży, smug, huku sil­ników, wąskich pysków Me-110, dymów, zziajanych twa­rzy, pościeranych do krwi palców mechaników, którzy tyrali w dzień i w nocy, łatając postrzelone samoloty. Ale z pa­mięcią bywa tak, że czasem ocali jakiś pełniejszy fra­gment. Pamiętam moją ostatnią walkę z Dęblina.

Na wysokości 3000 metrów przyłapaliśmy nad Kazimie­rzem niemiecką wyprawę, trzy piątki dornierów Do-17, idące w szyku żurawia na Dęblin. Dorniery miały wąski, wydłużony kadłub, zdwojone stery kierunkowe i obficie oszkloną kabinę; zapadły mi w pamięć błyski słońca na tych kabinach i jasnoniebieskie brzuchy niemieckich ma­szyn. Było nas dwa klucze, razem sześć maszyn, pozycję mieliśmy niewygodną, a należało się spieszyć, bo z Kazi­mierza do Dęblina było tylko 30 kilometrów w linii powietrznej. Miałem w kluczu Arentowicza i Stęborowskiego. Drugi klucz prowadził Witorzeńć. Zwalił się na niemiecki szyk od strony Wisły - nieco z ukosa po kursie spotkaniowym. Zaatakowałem swoim kluczem z drugiej strony. Niemiec­kim pilotom trochę nerwy nawaliły - widzieliśmy, że dwa dorniery odłączają trochę od szyku. Wtedy ze znacznej wysokości zwaliła się na nas eskorta Me-110. Smugi po­cisków przeszły jak naciągnięte struny pomiędzy naszymi­ samolotami, potem błysnęły czarne krzyże na kadłubach. Rozprysnęliśmy się i po chwili znowu zwarliśmy w szyku. Bło­gosławiliśmy zwrotność naszych siódemek; niemieckim my­śliwcom o wiele trudniej było zawrócić. Ale oczywiście wróciły i zaczęły nas ostrzeliwać. Tego, cośmy wtedy wy­czyniali w powietrzu - nie podejmuję się opisać; był to wyjątkowy­ chaos. Po wylądowaniu pamiętałem tylko opę­taną karuzelę nieba, ziemi i maszyn. W rzadkich sekun­dach względnego spokoju - to znaczy w momentach, gdy aku­rat nikt nie siedział mi na ogonie - zdołałem zauważyć, że Witorzeńciowi ze swoim kluczem udało się dokonać niewiary­godnego wyczynu: dorniery zwarły się nad Wisłą w obron­ne koło i waliły do nas ze wszystkiej broni pokładowej. Nie mieliśmy innego wyjścia z tej sytuacji, jak tylko zaata­kować te kręcące się "twierdze". Co też uczynił Stefan, na pełnej szybkości z nurkowania. Po ataku Witorzeńcia koło rozłamało się na dwie części. Wykorzystałem ten mo­ment i znurkowałem ze swoim kluczem, ostrzeliwując bom­bowce. Kiedy robiłem zakręt do ponownego ataku, widzia­łem klucz Stefana nurkujący znowu na połamane karuzele bombowców. Dorniery dodały gazu i na pełnej szybkości wycofywały się na zachód.

Nie mogliśmy ścigać wycofujących się dornierów, bo uciekali na pełnym gazie. Poza tym kończyła się nam ben­zyna.

Zwołujemy ze Stefanem swoje klucze, kołyszemy skrzy­dłami. Arentowicz natychmiast dołącza do mnie. Widzę jego poczerwieniałą twarz, natomiast Michał Stęborowski usiłował nadal ścigać bombowce. Krążę, czekam, naresz­cie dołącza Michał do nas. Pokazałem palcem na benzynomierz w swojej kabinie. Michał był jednak tak pod­ekscytowany walką, że nie zrozumiał, robi ręką gest zapy­tania. Rysuję mu w powietrzu duże zero i znowu pokazuję na benzynomierz. Znowu nie rozumie. Zakołysałem lekko skrzydłami i robię skręt na lotnisko, decyduję się lądować w Dęblinie, bo do Ułęża już nie dociągniemy. Nareszcie zrozumiał, kiwnął głową i zajrzał na tablicę instrumentów w swojej kabinie.

Cała ziemia dymi. Pali się Sandomierz, Puławy, Kazi­mierz, Bobrowniki, palą się wsie. Zabudowania lotniska dęblińskiego także są spowite w czarny dym, podszyty rdza­wymi językami ognia. Pali się również Irena przyległa tuż do lotniska.

Wytracając szybkość na zredukowanym gazie - przy­glądam się lotnisku w Dęblinie. Jest całe nakrapiane ja­snymi lejami po bombach. Nie ma gdzie lądować. Ale mu­simy tu wylądować.

Pierwszy Arentowicz odłącza od szyku; nie ma już benzyny, śmigło stanęło. Dużą spiralą schodzi do lądowania. Potem odłącza Michał, także ze stojącą dechą. Mój silnik zaczyna prychać, tracę wysokość.

Arentowicz szczęśliwie ląduje na skrawku lotniska od strony palącej się Ireny. Michał pcha się na środek - akurat tam, gdzie jest największa ilość lejów; widocznie jest wyczerpany nerwowo po walce i za wszelką cenę chce jak najszybciej dotknąć ziemi. Jego samolot wybiega, pod­skakuje, natrafia na lej, "stawia popa", zapala się. Nie widzę, żeby Michał wybiegł z płonącej maszyny.

Wybrałem sobie pas zielonej trawy tuż na skraju lotni­ska od strony Bobrownik. Ląduję wzdłuż szeregu spalo­nych maszyn szkolnych, po prawej mam regularnie rozło­żone leje po bombach, robi mi się trochę gorąco, gdy widzę, że prawe koło przetoczyło się zaledwie o metr od jednego z nich.

I nagle potężne wybuchy, jakby cały świat pękał. Nie widzę samolotów niemieckich, muszą lecieć na znacznej wysokości; natomiast słyszę wizg lecących bomb i serie wybuchów. Szybko odpinam pasy, wyskakuję z kabiny. W tym samym momencie podmuch wybuchającej bomby rzuca mną jak piłką do pustego leja. Przysypany lekko zie­mią słyszę, jak kamienie walą w moją poczciwą siódemkę. Wytknąwszy głowę widzę, że śmigło zmieniło się w coś dziwnego i prawe skrzydło jest okaleczone.

Bomby przestają lecieć. Dopiero teraz słychać charakte­rystyczne dudnienie silników niemieckich bombowców gdzieś wysoko. Ruszam w stronę płonącej maszyny Micha­ła. Widzę Arentowicza, jak skacze pomiędzy lejami. Rów­nież biegnie na pomoc Michałowi. I nagle znowu... To messerschmitty Me-110 zaatakowały lotnisko z lotu koszą­cego, walą z broni pokładowej; paskudnie nieprzyjemny klekot. Widzę, że dookoła mnie ziemia pryska, wpadam do pierwszego napotkanego leja, tulę się do ziemi. Niemcy atakują trzema nawrotami, potem odlatują.

Dobiegaliśmy do płonącego samolotu, gdy z leja obok wystawił głowę Michał Stęborowski. W grubych wargach trzymał palącego się papierosa.

- Widzieliście? Chwili spokoju człowiek nie ma, coś takiego!

Odetchnęliśmy z ulgą.

- Le Kuto - roześmiał się Arentowicz - wyleciałeś w powietrze jak piłka. Ale cokolwiek byłeś rozczapierzony. Jak twoja maszyna?

- Szpak - przerwał mu Michał - nie wygłupiaj się w tak poważnych chwilach. Masz tu papierosa, zapal so­bie. I postaw, bracie, metrową świecę w kaplicy, że nas szlag nie trafił.

Poszliśmy w trójkę w stronę budynku portowego.

- Popatrz, wszystko się pali dookoła.

- Aha. Susza.

- Nic się nie bój, jeszcze się doczekamy, że Niemcy będą się tak paliły.

- Przecież nie o to chodzi, żeby się gdziekolwiek coś tam paliło.

Byliśmy wszyscy w złych humorach; nie mieliśmy ochoty ani do żartów, ani do dyskusji. Każdy z nas w domu i w szkole nabrał zaufania do podstawowych zasad etycz­nych; także i w walce. Wiary w konieczność ich zachowy­wania, w ich nienaruszalność. W końcu: wiary w człowie­ka. Ale to, co się działo - pachniało barbarzyństwem. To ładowanie lotniczych bomb w osiedla, to ostrzeliwanie bez­bronnych...

Na płaskim dachu głównego budynku leżał motocykl, wyrzucony tam wybuchem bomby. Z lewej strony dopalały się hangary; wyglądające z płomieni łuki kratownic po­dobne były do żeber powalonego zwierzęcia. Wydarte z ziemi drzewa leżały w poprzek drogi; jakieś pokiereszo­wane samochody, jakieś wraki.

O gaszeniu pożarów mowy nie było. Trzeba by chyba pościągać z okolicy wszystkie straże pożarne; ale cała okolica była w ogniu. Zresztą Niemcy walili także i do strażaków.

Piękna żelazna brama do parku koło pałacu Jabłonowskich, gdzie mieściło się nasze kasyno - leżała na ziemi, poskręcana jak abstrakcyjna rzeźba. Aleje były podziurawione lejami. Przed tarasem kasyna świeżo usypana mo­giłka, na niej prowizoryczny krzyż z desek, na krzyżu lotni­cza czapka z gwiazdkami porucznika. Klękliśmy w trójkę, pomodliliśmy się. Jesienne liście spadały, balansując w powietrzu; te żółte i te poskręcane pożarem także.

- Ciekawym, kto tu pogrzebany - mruczy Michał.

Dach kasyna poszarpany. W prawym skrzydle - tam gdzie była sala balowa - wywalona ściana. Ani jednego okna w budynku. Wchodzimy na taras. Piękne kolumny pokaleczone i obryzgane błotem, pod stopami trzeszczy szkło.

W holu zastajemy starego portiera, Antoniego. Kłania się w milczeniu, bierze nasze hauby, kładzie je - jak daw­niej - przed dużym kryształowym lustrem, teraz potrza­skanym. Potem wiesza nasze kurtki.

- Cóż Antoni tu jeszcze robi? - pyta Arentowicz. - Prze­cież lotnisko zostało ewakuowane.

Antoni patrzy z powagą, trochę bezradnie, trochę roz­paczliwie:

- A gdzież ja pójdę, panie poruczniku? I po co?

A po chwili dodaje:

- Panowie potrzebują przecież obsługi po lotach.

Mówi to jak zaklęcie, jak magiczną formułę, która ma moc niweczenia rzeczywistości. Mówi to tak, jakby się nic nie stało.­ Rozumiemy go i milczymy. W bibliotece szafy z książkami rozbite; piękne, w skórę oprawne tomy leżą na podłodze. Sala bilardowa zrujnowana. Wychodzimy na ta­ras od strony parku. Stoją tu fotele trzcinowe, troskliwie wytarte z kurzu. To Antoni tak je tu ustawił - "żeby piloci po lotach...". Siadamy w milczeniu. Mamy przed sobą ba­jeczny dywan z kolorowych astrów, tyle kwiatów. Po pra­wej stronie stoi kaplica rozłupana przez bombę, odbija się w nieruchomej wodzie stawu. Pomiędzy starymi kaszta­nami leje od bomb, wszędzie leje od bomb. Ponad drze­wami wloką się dymy. Słońce schodzi coraz niżej.

Przesiedzieliśmy tam chyba z godzinę - aż słońce skryło się zupełnie za parkiem i woda stawu zmieniła się z różo­wej na szaroniebieską, jak hartowana stal.

Wracamy do kasyna. Antoni tkwi na posterunku.

- Panie poruczniku - zwraca się do mnie - Janowa przyszła, czeka w holu.

Była to kobieta w średnim wieku; mąż pijak ją rzucił, na utrzymaniu miała sześcioro dzieci, zaangażowaliśmy ją, aby nam sprzątała pokoje, prała bieliznę, odnosiła mun­dury do czyszczenia. Mieszkała w Irenie. Z czasem bardzo się do nas przywiązała; była bardzo poczciwa i traktowała nas trochę jak ciotka. Teraz rozpłakała się na nasz widok.

- Panie poruczniku kochany, ja już myślałam, że nie żyjecie. Tyle bomb i takie straszne. Niemcy wszystko nisz­czą, wszystko palą. Mój dom też spalony. Panie porucz­niku, co z nami będzie?

- Nic, nic, Janowa. Jakoś sobie pomożemy w biedzie.

Otarła oczy wierzchem ręki:

- A ja panu porucznikowi posprzątałam na górze.

Mieszkałem nad kasynem, miałem tam dwa pokoje i ła­zienkę; na lotnisku w Ułężu miałem poza tym pokój.

Szedłem powoli na piętro - szerokimi, pięknymi scho­dami. Pod butami chrzęściło szkło, na dywanie leżały od­pryski tynku. Janowa dreptała za mną.

Otwarłem drzwi. Trochę się tu zmieniło. Okna wyleciały od podmuchu. Ściany popękane, sufit też, kryształowy ży­randol wisi na jednym drucie. Ale Buchara po dawnemu wisi na ścianie. I zamiecione.

Przystanęliśmy na chwilę.

- No, żeby Janowa tak nie płakała. Przede wszystkim proszę wziąć to radio (było nowiutkie i bardzo je lubiłem; tyle już godzin wieczornych i nocnych przesiedziałem przy nim, słuchając muzyki).

Wysunąłem szuflady:

- A tu ma Janowa jedwabne koszule do cywilnego garnituru, jeszcze nierozpakowane, może się przydadzą, mnie one nie będą potrzebne. Aha - jeszcze te dwa garnitury. Proszę je także wziąć.

Radio i koszule wsunąłem jej pod jedno ramie, garni­tury pod drugie. Rozpłakała się znowu.

- Co też pan porucznik robi? Pan porucznik to tak, jakby już miał iść, wszystko rozdaje.

- Nie wszystko. Ten mundur, który jest u krawca, pro­szę mi schować i zachować. A jeżeli się nie da, to przy­najmniej odznakę pilota, bardzo mi na niej zależy, bo do­stałem ją po pierwszym samodzielnym locie. Dobrze? Niechże Janowa tak nie płacze.

Otwarłem drugą szafę. Na pierwszym miejscu wisiał tam mój nowiutki frak, miałem go na sobie tylko dwa razy. Przewiesiłem go przez rękę i zeszedłem na dół. W holu, przy oknie stał Antoni, trochę pochylony, patrzył w park. Odwrócił się, usłyszawszy kroki.

- To dla Antoniego.

Wziął nabożnie, przewiesił sobie przez rękę, ukłonił się poważnie, potem popatrzył mi w oczy, pokiwał głową.

- Tak, panie poruczniku. Taak... Nieprędko będzie taka okazja, żeby we fraku... I w ogóle...

Twarz mu się trochę skurczyła, ale natychmiast się opa­nował, wyprostował:

- Dziękuję, panie poruczniku, pięknie. Ja będę pa­miętał.

I tak mi został w pamięci: stary i zawsze opanowany, wyprostowany z tym frakiem na ręku. Zapalił świecę w ocalałym srebrnym lichtarzu.

- Panowie są głodni. Niedużo jest w kasynie, ale mam jeszcze wędliny i węgierski tokaj. Kiedyś schowałem parę skrzynek na wszelki wypadek. Zaraz podam.

Do holu weszli Michał z Tadeuszem. Oni także likwido­wali swoje mieszkanie w budynku przy kasynie. Przeszli­śmy do sali jadalnej: na dużym stole, przykrytym białym obrusem, stały nakrycia i srebro.

- Le Kuto - odezwał się Stęborowski - weźże jakąś świecę i zanim Antoni da nam te wędliny, przejdźmy się jeszcze trochę po kasynie.

Dziwnie wyglądała sala balowa przy pełgającym świetle tej świecy. Jedwabne, kremowe firanki pozwijane leżały na podłodze; tylko parę pozostało w oknach - czarnych teraz od nocy - i wiatr nimi poruszał.

- Widzisz, stary, te jeszcze żyją.

- Pamiętasz, jakeś tu wziął pierwszą nagrodę za walca z Petrażycką?

- Cóż, nie zapomnisz odwiedzić Dęblina, kiedy będziesz miał siwą brodę?

- Zawsze trzymały się ciebie głupie dowcipy. Chodźmy stąd.

Głosy dudniły w opustoszałej sali jak w grobowcu. Wró­ciliśmy do sali jadalnej, Antoni z Janową już podawali do stołu. Były rzeczywiście wędliny, pomidory i razowy chleb. Przed każdym nakryciem stał kryształowy kieliszek. Antoni otworzył kilka butelek złotawego tokaju. Potem zaczęli się schodzić inni oficerowie - wszyscy, którzy byli w Dęblinie i Ułężu.­ Każdy przy wejściu oddawał czapkę czy haubę Antoniemu i zajmował swoje miejsce. Fotel komendanta Centrum był wolny; Rastawiecki poleciał do Radomia. Przyszedł natomiast kapitan Stanisław Brzezina, komen­dant Szkoły Myśliwskiej.

- Po kolacji mam ci coś do zakomunikowania - zwrócił się do mnie.

Pytaliśmy o wiadomości, zwłaszcza o działania aliantów. Brzezina uśmiechnął się trochę krzywo:

- Lotnictwo brytyjskie bombarduje Niemcy ulotkami, zaś Francuzi czekają, nie bardzo wiadomo na co. Na razie wygląda na to, że pozostawiono Polskę samej sobie, przy­najmniej w tej fazie. Jeszcze zobaczycie, ile będzie gada­nia, że byliśmy nieprzygotowani do wojny; a obawiam się, że nikt nie jest przygotowany do wojny poza Niemcami.

Pod koniec kolacji zjawił się jeszcze porucznik Roman Staniewicz; był umorusany i polowy mundur miał miej­scami popalony. Usprawiedliwiał się, że wygląda jak podskubana kura i wielkim głosem wołał o jedzenie i picie.

Staniewicz studiował kiedyś prawo w Wilnie, ale pod koniec studiów nagle zrezygnował i wstąpił do lotnictwa; jako mały chłopak przyglądał się lotom myśliwców z Pułku Lotniczego w Lidzie - i tak go potem "przycisnęło". Marzył o karierze myśliwca. I został, ale obserwatorem i nawigatorem; inna rzecz, że chyba najlepszym w polskim lotnictwie, ale nie myśliwcem. Miał kwalifikacje na myśliwca, ale jego dowódcy nie chcieli nawet słyszeć o po­zbyciu się tak dobrego nawigatora; mówiono o nim, że nie zgubi się w powietrzu nawet wtedy, gdy mu się za­wiąże oczy czarnym ręcznikiem. Razem z Romkiem byłem w Szkole Podchorążych Lotnictwa, nawet w tej samej dru­żynie; drażniła mnie nieraz jego służbistość, której nie­stety nie miałem w tym stopniu rozwiniętej. Romek dostał się potem do 5. Pułku Lotniczego w Lidzie, ja poszedłem do Pierwszego w Warszawie - ale w kilka lat później spotkaliśmy się w Dęblinie. Był wybitnie zdolny i inteligentny, miał dużo odwagi cywilnej i dużo szczęścia, gdy ze służbistą miną krytykował przełożonych. Poza tym lubił życie towa­rzyskie, świetnie tańczył i pełnił rolę wodzireja. A mnie, niestety, spławiał do "Piekiełka"; była to piwnica pod pa­łacem Jabłonowskich,­którą artyści malarze pięknie przyzdobili, zamieniając na coś w rodzaju sali tanecznej; od­chodziły tam mniej oficjalne szaleństwa, a Romek wywoły­wał mnie na górę, do nobliwej sali balowej tylko wtedy, gdy trzeba było tańczyć mazura. Z chwilą wybuchu wojny Staniewicz latał na rozpoznanie na szkolnym, nieuzbro­jonym samolocie, co zresztą wymagało więcej odwagi niż loty na samolocie bojowym. Jak dotąd - miał szczęście. Jeśli zaś zdarzyło się z Romkiem jakieś spięcie - wystar­czało mruknąć półgębkiem o karpiu w śmietanie. Z tym karpiem to była zupełnie specjalna historia. Mianowicie kiedyś po balu szliśmy sporą grupką na jajecznicę i czarną kawę do jednego z oficerów; przechodziliśmy właśnie koło stawu, gdy jedna z pań wyraziła ochotę na karpia w śmie­tanie. Romek - tak jak stał, w szaserach i wizytowym mun­durze - wlazł do stawu i rzeczywiście wytaszczył jakiegoś zaspanego karpia. Nie wiadomo, jak się mu to udało. Gdy potem wsadził głowę pod prysznic - udowadnialiśmy mu, że najwidoczniej musiał temu karpiowi dmuchnąć w nos, co zupełnie wystarczyło, aby biedna ryba odurzyła się opa­rami alkoholu. Romek odebrał wówczas od wszystkich obe­cnych przysięgę, że nikomu nie powiemy o tym jego wy­czynie z zalanym karpiem.

Siedząc teraz przy stole, obserwowałem poszczególnych oficerów. Była to wspaniała galeria i o każdym można by dużo opowiedzieć.

Po kolacji Brzezina odwołał mnie na bok i pokazał za­pieczętowany list.

- Jutro polecisz do Warszawy. Ten list jest od komen­danta Centrum, pułkownika Rastawieckiego, do dowódcy Warszawskiej Brygady Pościgowej, pułkownika Stefana Pawlikowskiego. Przed startem podam ci jego miejsce po­stoju i zapoznam z treścią listu; jeżeli zajdzie potrzeba, masz zniszczyć list, a jego treść przekazać Pawlikowskiemu ustnie. Wystartujesz o świcie na P-11.

Przerwał na chwilę, potem dodał:

- I jeszcze jedno: nie daj się ustrzelić i wracaj szybko. Mam dobrą wiadomość: Anglicy wysłali samoloty myśliw­skie dla nas. Idą do Konstancy. Po powrocie z Brygady odjedziesz do Rumunii, zabierzesz podchorążych myśliw­ców, przeszkolicie się tam na tych samolotach i wrócicie. Jesteś przewidziany na dowódcę eskadry myśliwskiej, a twoi podchorążacy będą pilotami w tej eskadrze. Te wiadomości traktuj jako ściśle tajne. No, trzymaj się.

Z trudem powstrzymałem się, aby nie zrobić jakiegoś niezbyt skoordynowanego gestu radości. Nareszcie dosta­niemy samoloty!

Po rozmowie z Brzeziną powiedziałem tylko kolegom, że lecę do Warszawy o świcie; jeśli kto ma listy albo jakieś polecenia dla bliskich - chętnie przekażę. Prawie każdy miał coś do przesłania. Także i Romek Staniewicz. Wy­szedłem z nim do parku. Wciąż nieodmiennie czuć było dymem i spalenizną, niebo było czerwone od poża­rów. Rozmawialiśmy o wojnie, Romkowi marzyły się jakieś "Stany Zjednoczone Świata". Ja nie miałem wówczas tak dalekosiężnych marzeń, tłukła mi się w głowie inna myśl:

- Romek, jak sądzisz: czy my tu rzeczywiście wrócimy?

Staniewicz przystanął. Przy pełgającym świetle płoną­cych jeszcze hangarów zobaczyłem, że jest smutny. Pokrę­cił wolno głową.

- Może ty. Ja - nie.

Widzieliśmy, że przed budynek zajechał jakiś samochód. Romek miał dobre oczy i znał ten wóz.

- Popatrz, Krystyna przyjechała. Chodźmy.

Była to nasza dobra znajoma z majątku pod Dęblinem, stały gość naszych imprez, u której poza tym często jeździ­liśmy konno, objadaliśmy się owocami i hulali po polach. Podeszliśmy. Była z gołą głową, już trochę wymizerowana.

- Okropny tłok na drogach, jechałam tu parę godzin. W niektórych miejscach przejazd zupełnie zablokowany wozami­ i końmi, masa uchodźców. Dużo zabitych, bo Niemcy bombardują i ostrzeliwują. Popalone samochody, pobite konie. Straszne. Ale wszystko jeszcze będzie do­brze, prawda? Powiedzcie?

Ani nie pocieszaliśmy, ani nie zaprzeczaliśmy. Cóż mogli­śmy wiedzieć? Dołączył do nas jeszcze porucznik Henneberg, także instruktor ze Szkoły Myśliwskiej. Przyjechał sa­mochodem z Ułęża po Arentowicza i Stęborowskiego.

- Wam, myśliwcom, zawsze dobrze się dzieje. Wygodne macie życie - orzekł Romek. - Samochodem przywożą, sa­mochodem odwożą, samochodem odwiedzają.

Coś z prawdy w tym było: nie leżeliśmy w okopach, nie walczyliśmy na bagnety, w powietrzu nie odczuwało się bezpośrednio brzydoty zadawanej śmierci.

- Co dobrego mogę dla was zrobić? - zapytała Kry­styna.

- Najlepsze już pani zrobiła: przyjechała pani z wi­zytą. A jeśli już koniecznie coś ekstra, to może pani łaska­wie zabierze z sobą nasze drobiazgi na przechowanie. Dobrze? A poza tym proszę się z nami napić starki.

Krystyna była smutna i zamyślona. Rozglądała się po parku, jakby czegoś tam szukała wzrokiem i pamięcią. Patrzyła na kolorowy dywan kwiatów przed kasynem, na kolumny pałacu. Henneberg zwykle mało mówił, a teraz nic zupełnie. Stał z haubą w ręku; odniosłem wrażenie, że jego myśli także błądzą po parku.

Romkowa starka była po prostu nalewką na suszonych owocach; jeśli przestała bodaj dobę - to już była uro­czyście nazywana "starką". Romek nigdy nie zamykał swego mieszkania, zaś owa "starka" zawsze stała tam na podorędziu. Jeśli ktokolwiek miał na nią ochotę, zachodził tam bez ceregieli­ i wypijał z gąsiorka kielich albo i dwa. Taka już była utwierdzona tradycja, której święcie prze­strzegano.

Więc zaszliśmy do Romka; miał w pokoju meble z bia­łej brzozy, góralskie kilimy i duży krzyż z jesionu. Romek był bardzo religijny. Napiliśmy się po kieliszku "starki", zakąsiliśmy węgorzem, którego Romek skądeś wyciągnął.

- Czy ta rybka także ze stawu dęblińskiego? - zapy­tała niewinnie Krystyna.

Romek trochę zesztywniał:

- Le Kuto, wsypałeś mnie?...

- Le Kuto okropnie się pana boi i mówił mi o panu same tylko najlepsze rzeczy - łagodziła. - Ale a propos: skąd to przezwisko?

- On ma je wypisane na gębie - mruczał Romek - nie widzi pani?

Przegadaliśmy godzinę, broniąc się żartami przed po­ważniejszą tematyką. Henneberg od czasu do czasu zer­kał dyskretnie na zegarek. Wreszcie wyprawiliśmy oboje: Henneberg zabrał Stęborowskiego i Arentowicza, zaś pani Krystyna nasze walizki i drobiazgi. Wracaliśmy z Romkiem aleją obok stawu do kasyna. Przypomnieli mi się wtedy ko­ledzy i przyjaciele, których już nie było między nami. Tam niedaleko zabił się kapitan Karol Orłoś. Tuż za parkanem, w alei topolowej, spalił się porucznik Kłosowski. Koło twierdzy niedaleko Wis­ły zginął porucznik Walery Kulbicki...

Pożegnaliśmy się z Romkiem na tarasie, umówiliśmy się, że się koniecznie musimy jakoś spotkać po moim powro­cie z Warszawy. Już nigdy go nie zobaczyłem.

Kasyno było zupełnie opustoszałe i ciemne. W czer­wo­nawej poświacie szedłem na piętro do swego mieszkania. Nie położyłem się spać, było zbyt późno. Przez wybite szyby szedł przyjemny chłód, pachniało dziwacznie kwiatami i spalenizną. Usiadłem na fotelu przed oknem. Nad stawem, w parku, daleko nad łąką wisiała mgła. Czerwonawe niebo pulsowało łunami; przygasały i znów jaśniały mocniej. We mgle brodziły sylwetki ludzkie. Wi­docznie inni także nie spali. Gdzieś wysoko od zachodu zbliżał się pojedynczy samolot. Po graniu silników zorien­towałem się, że niemiecki. Pewnie­ rozpoznawał wyniki bombardowania. Okazało się jednak, że nie tylko to: w pewnej chwili gang silników przycichł, potem nastąpił daleki łomot. "Zadanie wykonano". Patrzyłem wciąż na niebo, na pulsującą czerwień, w nocny mrok, na brodzące we mgle sylwetki. Wydawały mi się coraz bardziej odre­alnione. Aż wreszcie i one zniknęły: poranna mgła gę­stniała, jak zwykle przed pogodnym dniem.

O świcie przyszedł mechanik z meldunkiem, że moja je­denastka gotowa. Antoni przyniósł mi jeszcze filiżankę gorącej herbaty. Na lotnisku zastałem już kapitana Brze­zinę. Był zmęczony, ale jak zwykle spokojny i w dobrym nastroju. Zapoznał mnie z treścią listu (był to szczegółowy raport o sytuacji w Dęblinie). Kazał przekazać pozdrowie­nia pułkownikowi Pawlikowskiemu i całej Brygadzie Po­ścigowej. Śmigło jedenastki cięło powietrze na małych obrotach. Mgła ustępowała, już tylko pojedyncze jej pa­sma włóczyły się między drzewami.

Wystartowałem i tuż po starcie położyłem maszynę w wiraż, biorąc kurs na Warszawę. Dla pewności leciałem lotem koszącym, na wysokości kilkunastu metrów nad zie­mią. Był to mój przedostatni start z Dęblina.

Kiedyś potem robiłem bilans tamtych ostatnich godzin spędzonych w Dęblinie; i ludzi, z którymi rozmawiałem. Bilans wypadł smutno. Komendant Centrum, pułkownik Modest Rastawiecki - ten, którego fotel w ów wieczór był pusty - został później zamordowany. Romek Staniewicz także zginął. Arentowicz nad zachodnią Europą, Stęborowski w bit­wie o Wielką Brytanię, Henneberg nad kana­łem La Manche - zginęli zestrzeleni. Brzezina w wypadku lotniczym już po wojnie - także zginął.

Z latającego personelu lotnictwa polskiego w latach wojny ocalał za­ledwie jeden na pięciu.

Brygada Pościgowa

Postanowiłem lecieć lotem koszącym, ale potem wy­szedłem nieco wyżej; niebo było czyste. Leciałem na wy­sokości kilkuset metrów. Było jeszcze chłodno, silnik grał świetnie, jedenastka była nowa, lepsza niż nasze dęblińskie siódemki. Może udałoby mi się zostać w Brygadzie Pościgowej razem z tą jedenastką?

Szosa Dęblin-Warszawa była zupełnie zapchana uciekinierami, wszystko waliło na południe: samochody, wozy drabiniaste, wózki dziecięce, tłumy pieszych. Szosa była obłożona dołami po bombach i sama także miejsca­mi podziurawiona. Ludzie unosili głowy na widok samo­lotu, czasem powiewali chusteczkami albo czynili gest po­witania rękoma; ale często też wybuchała panika, choć na tej wysokości biało-czerwone szachownice musiały być dobrze widoczne.

Horyzont był obłożony dymami. Garwolin zrąbany bez litości, paliły się wioski, chałupy, stogi. Nie minęło wiele czasu, gdy daleko na horyzoncie zobaczyłem potężne słu­py dymu nad Warszawą - niektóre czarne, inne żółtawobure. W spokojnym, porannym powietrzu szły pionowo ku niebu. W miarę przybliżania się zobaczyłem także i pożary. Było już blisko.

Pod lewe skrzydło wchodzi mi lotnisko Okęcie. Rozglą­dam się - jest podziurawione. Palą się zakłady Škody. Hale Państwowych Zakładów Lotniczych mocno oberwały. Niektóre­ budynki 1. Pułku Lotniczego także zwa­lone, przed kasynem oficerskim na jezdni potężny lej po bombie, hangar eskadr myśliwskich ma dziurę w przybu­dówce. Zataczam koło, biorę kurs wprost na Zielonkę, na polowe lotnisko Brygady. Znam te okolice doskonale, la­tałem tu prawie codziennie przez trzy lata. Pole wzlotów w Zielonce jest jednak puste. Ki czort? Gdzie się podziała Brygada? Przecież kapitan Brzezina wyraźnie mi mówił, że mam lądować w Zielonce. Zaczynam się trochę dener­wować, rozglądam się po okolicy, ale nic nie widzę; z da­leka zauważam tylko parę sylwetek naszych pezeteli, pną­cych się ku górze - pewnie je poderwali. Może lotnisko w Zielonce­ zostało rozpoznane przez Niemców i Brygada odskoczyła na nowe? Wracam na Okęcie; zapamiętałem, że przed jednym z hangarów na Okęciu stał szkolny erwudziak, tam jednak ktoś musi być jeszcze. Dolatuję - RWD-8 stoi nadal, nie wystartował. Przepatruję pohara­tane lotnisko, czy możliwe jest lądowanie. Z trudem, ale może się uda. Podchodzę głębokimi­ ślizgami, ląduję - widzę, że ktoś wyszedł z hangaru. Podkołowuje do erwudziaka, silnika na wszelki wypadek nie wyłączam. Pod­biega jeden z mechaników, znam go ze 111. Eskadry My­śliwskiej, kiedy byłem w niej zastępcą dowódcy. Silnik pracuje na minimalnych obrotach, krzyczę:

- Gdzie są nasi myśliwcy?

- Zmienili lotnisko! Są teraz na polach majątku w Zaborowie! Ale jest tutaj na Okęciu pan major Wyrwicki!

- Wyrwicki?!

Nie czekając już na nic, wyłączam silnik i wyskakuję z kabiny. Oddaję spadochron mechanikowi.

- Pan porucznik wraca do Brygady?

- Na razie przyprowadziłem wam samolot. A co wy tu robicie na Okęciu?

- Przylecieliśmy, żeby się zorientować, czy są jakieś części zapasowe do samolotów. A pan major leci na Mo­kotów, na odprawę do dowództwa.

W moment później zobaczyłem szczupłą sylwetkę Wyrwickiego; poznał mnie także z daleka i szybko podszedł.

- Urban! My tu szukamy części zapasowych, a ty nam całą maszynę przyprowadziłeś?

- To jedna z ostatnich jedenastek, panie majorze. Jest nieuzbrojona.

- Z tym nie będzie kłopotu. Szefie, natychmiast zaj­mijcie się jedenastką. Pozostawimy ją na razie na Okęciu. Schowajcie ją tylko dobrze, bo Niemcy nam ją zbombardują. Jak tam u was w Dęblinie?

- Bijemy się, ale bez wielkich rezultatów. Czasem uda się rozbić wyprawę i zmusić do zrzucenia bomb w polu albo do zawrócenia. Ale z zestrzałami jest bardzo kiepsko; z tych dwóch starych sikawek na siódemce nic się nie ustrzeli.

- Cudów się nie wymaga. Macie jakieś straty?

- Jak dotąd nikt nie zginął w powietrzu. Natomiast dużo ludzi zginęło podczas bombardowań, większość cy­wilów. I dużo rannych. Zerżnęli nam Niemcy hangary, składnica lotnicza się pali, Dęblin także. Wszystkie oko­liczne osady i wioski były bombardowane.

Wyrwicki spoważniał.

- Führer zalecił odłożenie na bok wszelkich względów ludzkich, Luftwaffe wykonuje.

- Panie majorze, jak w Brygadzie?

- Normalnie, rąbiemy się; pióra lecą z Niemców i z nas. Zastępcę dowódcy Brygady, pułkownika Pamułę, spuścili Niemcy. Strzelali do niego, kiedy wisiał na spadochronie. To samo było z Felkiem Szyszką, messerschmitty go po­strzelały, kiedy ratował się na spadochronie. Dowódca trzeciego dywizjonu Zdzich Krasnodębski został zestrze­lony, dowódca 111. eskadry Gutek Sidorowicz także. Leżą w Szpitalu Okręgowym w Warszawie. Za chwilę lecę na odprawę do Dowództwa Lotnictwa, to przy okazji może skoczę do nich. Pogadamy obszerniej, kiedy wrócę. Jeżeli będzie czas.

- Proszę ich pozdrowić ode mnie, ja także będę się starał ich odwiedzić. Ale, panie majorze...

- No?

- Jakie są możliwości powrotu do Brygady? Bo ja bym chciał wrócić. Jest wojna i nie ma sensu pozostawać w szkolnictwie.

Pokręcił głową.

- I tak będziesz się widział z pułkownikiem Pawilkowskim, spróbuj pogadać. Ale to nie będzie łatwa sprawa. Brak samolotów. Mamy o wiele więcej pilotów niż maszyn. A uzupełnień nie widać.

Wyrwicki poleciał na Mokotów, a ja zostałem sam. Zastanawiałem się nad powrotem do Brygady. Rozglądałem się po lotnisku, tak znajomym mi i bliskim; dopiero teraz zreflektowałem się, że przecież przed odlotem z Dęblina Brzezina mówił­ mi o odkomenderowaniu do Rumunii po odbiór samolotów angielskich... W zasadzie nie miałem prawa występować tu z taką inicjatywą. Ale te myśliwce angielskie wydawały się takie mało realne w tej chwili... Szef mechaników gdzieś znikł; grzebał w hangarach i składnicy za częściami zamiennymi i ogniwkami do kaemów. Na lotnisku była zupełna pustka, poczułem się ja­koś dziwnie; tutaj zawsze było przecież tak gwarno. Na wieży nad kasynem oficerskim wisiała smętnie poharatana tarcza zegara. Okna bez szyb. I swąd spalenizny. Nad Warszawą unosiły się dymy. Gdzieś wysoko widać było smugi walczących samolotów, słychać było klekot kara­binów maszynowych.

Bardzo prędko, bo już po jakiejś godzinie, wrócił Wyr­wicki. Był jeszcze bardziej poważny, miał ściągnięte brwi i pionową bruzdę na czole.

- Jak tam panie majorze?

Popatrzył na mnie uważnie.

- Urban, znasz mnie już dobre parę lat. Nie będę ukry­wał. Sytuacja na froncie wydaje się grobowa. Chodź.

Idziemy do hangaru myśliwców. Pokój taktyczny jest zrujnowany bombą. Przechodzimy do gabinetu dowódcy Brygady; i tu ściany są popękane, okna bez szyb, na ja­snym, jesionowym biurku kawały tynku. Przypomniała mi się jego pierwsza odprawa - w tym samym gabinecie - gdy tuż po ukończeniu Wyższej Szkoły Wojennej (był wte­dy kapitanem) przyszedł, aby objąć dowództwo 113. eska­dry. Była to najkrótsza odprawa, jaką słyszałem w życiu: "Panowie, jeżeli któryś z was nie czuje się w stu procen­tach myśliwcem, proszę przenieść się do innej formacji. Jest nieprzyzwoitością w stosunku do społeczeństwa zaj­mowanie stanowiska, na które nie ma się powołania i kwalifikacji. Przeprowadzę z poszczególnymi pilotami walki powietrzne. Dziękuję". Kiedy potem wyczytał moje nazwisko jako pierwsze - dostałem gęsiej skórki na ca­łym ciele i postanowiłem sobie w duchu, że nie dam się za żadną cenę. Rzeczywiście udało mi się wtedy, bo wy­grałem wszystkie trzy walki - ale to tylko dlatego, że Wyrwicki był cokolwiek starszy ode mnie, zaś podczas po­bytu w Wyższej Szkole Wojennej pozbawiony był treningu; a może też miałem trochę szczęścia. Innym różnie się po­wiodło, bo Wyrwicki istotnie był ostrym myśliwcem. Michał Stęborowski przegrał wszystkie trzy walki i mówił mi potem w sekrecie: "Właściwie zrezygnowałem z miejsca. Ten cholerny Szmonc tak się przyczepił do mego ogona, że bałem się zderzenia" (Wyrwickiego­ nazywano "Szmonc", bo często używał tego słowa, gdy mu się coś nie podo­bało - był to skrót od słowa "szmonces", tandeta). Osta­tnią walkę przeprowadził wtedy Wyrwicki z młodym po­rucznikiem Adamskim. Pogoda była pochmurna, walczyli nad chmurami; w pewnym momencie jedna z maszyn wy­padła z chmur w korkociągu - pilot już nie zdążył wypro­wadzić, maszyna rąbnęła w lotnisko. Zabił się porucznik Adamski. W moment później wyskoczył z chmur samolot Wyrwickiego - okrążył szczątki i wylądował. Przez dłuższy czas Wyrwicki chodził potem przygnębiony i smutny, choć do wypadku doszło oczywiście nie z jego winy; po prostu Adamski był bardzo ambitny i zacięty, chciał wygrać za wszelką cenę i za bardzo się zapalił w walce.

Teraz Wyrwicki miał podobną minę jak po tamtym wy­padku. Podniósł mapę z ziemi, otarł ją z kurzu rękawem skórzanej kurtki, rozłożył na biurku.

- Linia obrony na północy jest przełamana, wygląda na to, że Niemcy klinami pancernymi zaczną od wschodu obchodzić Warszawę. W każdym razie widziano już ich koło Rożan. Armia "Pomorze" także jest w odwrocie. Na południu koncepcja obrony linii Nidy i Dunajca jest już nieaktualna. I wiesz - jeszcze nie padł taki rozkaz, ale rzucało się półsłówka na temat pchnięcia Brygady na rozpoznanie gdzieś w kierunku Kielc, Łodzi, Tomaszowa. To pachnie zerwaniem łączności; a jeżeli łączność zerwa­na, to musiało się tam stać coś paskudnego. Łódź to już przedpole Warszawy. W ogóle wygląda na to, że front się pruje. Niedobrze jest.

- Panie majorze, czy nie ma żadnych nadziei na in­terwencję aliantów?

- Urban, co się z tobą dzieje, na jakim świecie żyjesz? Wed­le naszej umowy wojskowej z Francją mieli nam tu przysłać eskadry bombowych amiotów, już nawet lotniska szykowaliśmy, teraz już możesz o tym wiedzieć. Ale nic nie przyleciało. Mieliśmy zamówione większe ilości myśliwskich moranów.­ Prawda, termin dostaw był od września; ale gdyby im zależało i gdyby mieli rozeznanie sytuacji, przy­słaliby wcześniej. Nie przysłali. Człowieku, oni do ostatniej chwili mieli nadzieję, że się to wszystko rozlezie po ko­ściach i nie trzeba będzie się ruszać. Oni nie są przygo­towani do wojny, im teraz chodzi tylko o wygranie czasu. Anglicy muszą mieć czas na rozkręcenie swojej machiny, a Francuzi chowają głowę w piasek. No cóż, będziemy się tu bili, dopóki się da. Ale swoją drogą szlag człowieka trafia, kiedy pomyśli o tym ich kiwaniu palcem w bucie. Chodźmy.

Widziałem, że jest mocno wyczerpany nerwowo i nie­spokojny. Na lotnisku złapał nas szef mechaników, mel­dując, że znalazł rzeczywiście trochę części zamiennych i ogniwek do kaemów. Wyrwicki spieszył się, kazał mu zostać i czekać na samochód. Wpakowaliśmy się do erwudziaka, wystartowaliśmy; lecieliśmy nisko, kilkanaście metrów nad ziemią - całkowicie bezbronny RWD-8 był na­der łatwym łupem, lepiej było trzymać się ziemi. Wreszcie widzę Zaborów; pole wzlotów jest dość duże i wygląda nieźle. Podchodzimy od strony małej doliny, lądujemy co­kolwiek pod górkę, przed nami trzy duże stogi, za nami unosi się puszysty ogon brunatnego kurzu. Jest susza i można łatwo spostrzec z powietrza startujące i lądujące samoloty; widziany z góry ten ogon kurzu jest kilkadzie­siąt razy większy od maszyny. Mechanicy zaopiekowali się erwudziakiem, a my jedziemy samochodem do dowództwa Brygady. Mieści się ono w ładnym budynku Centrum Ba­dań Balistycznych koło Rembertowa. Wchodzimy, spoty­kam z miejsca swego kolegę, porucznika Zbyszka Kustrzyńskiego, jest tu oficerem taktycznym. W głównej sali mapy, tablice, kolekcja trofeów po zestrzelonych Niemcach. Py­tam o pułkownika­ Pawlikowskiego - ale Pawlikowski wła­śnie wychodzi z sąsiedniego pokoju, jak zwykle ze swoją nieodłączną fajką w zębach. Jest opalony, zmizerowany i może trochę przygaszony; to już nie jest ta sama po­godna twarz jak za dawnych czasów. Melduję się, podaje mi rękę. Przywitanie jest raczej oficjalne; przecież trzy lata temu wyleciałem ze 111. eskadry i ze stanowiska za­stępcy dowódcy za krytykę jednego z wyższych oficerów administracyjnych. Jeszcze tego nie przebolałem, byłem serdecznie związany z Warszawą i pułkiem; ostatecznie tutaj stawiałem swoje pierwsze samodzielne kroki myśliwca pod świetnym dowództwem kapitana Stefana Kołodyńskiego i wielu wspaniałych zasad życiowych nauczyłem się od niego. Dęblin był dla mnie cokolwiek za spokojny, cho­ciaż go potem polubiłem.

- Panie pułkowniku, przyprowadziłem P-11c z Dęblina i mam list do pana pułkownika, proszę.

- No, bon - uśmiechnął się wreszcie Pawlikowski (to "bon" było charakterystyczne dla Pawlikowskiego, który w czasie pierwszej wojny światowej był myśliwcem w lot­nictwie francuskim). - Jak Dęblin?

- Robimy, co możemy. Ale ja bym wolał być tutaj. Nie­wiele można zrobić na naszych szkolnych siódemkach.

- Wiem. Ja także mam tutaj trochę siódemek.

W sąsiednim pokoju zadzwonił telefon i ktoś wytknął głowę przez drzwi.

- Niech pan tu poczeka.

Na ścianie wisiał imienny spis sztabu Brygady i do­wód­ców:

Dowódca - płk pil. Stefan Pawlikowski

Zastępca dowódcy - ppłk pil. Leopold Pamuła

Szef sztabu - mjr dypl. pil. Eugeniusz Wyrwicki

Oficerowie sztabu - kpt. dypl. pil. Stefan Łaszkiewicz

kpt. pil. Stefan Kołodyński

kpt. pil. Tadeusz Grzmilas

Po tym szły nazwiska dowódców dywizjonów i eskadr: kpt. pil. Zdzisław Krasnodębski, kpt. pil. Gustaw Sidorowicz, kpt. pil. Tadeusz Opulski, kpt. pil. Adam Kowalczyk, por. pil. Wieńczysław Barański, kpt. pil. Julian Frey, kpt. pil. Mieczysław Olszewski.

Znałem ich wszystkich osobiście, z niektórymi wylatałem wiele godzin w powietrzu. I pomyśleć, że gdyby nie ta awantura trzy lata temu - "wisiałbym" może też na tej tablicy.

Nie mogła mi jakoś zejść sprzed oczu nasępiona twarz Wyr­wickiego. To on był tutaj duszą sztabu i Brygady. Był to na pewno wyjątkowy człowiek. Pracowity, solidny i wy­trwały. Wyrwicki miał też polot. Poza tym był bardzo inte­ligentny, energiczny i fanatycznie wprost zakochany w lot­nictwie. To on, jeszcze przed wojną, wypracował system przechwytywania nieprzyjacielskich wypraw i naprowadza­nia na nie własnych myśliwców. System był w zasadzie prosty, ale wymagał idealnego zgrania wszystkich elemen­tów. Cały teren podzielono na sektory, w których dyżuro­wały posterunki obserwacyjne, meldujące o zaobserwo­wanych wyprawach: liczba samolotów, typ, wysokość i kie­runek lotu etc. Wszystkie te meldunki spływały do zbior­nicy przy sztabie - tak że dowódca jednostki myśliwskiej miał przed sobą kompletny obraz sytuacji na długo przed dotarciem wypraw do celu. Dowództwo podrywało my­śliwców i kierowało nimi w locie za pomocą radiotele­fonu, naprowadzając na nieprzyjacielskie samoloty. Pa­miętam, jak jeszcze w czasie mojej służby w 1. pułku - Wyrwicki zatrzymywał mnie po lotach w swoim gabinecie, rysował, objaśniał, entuzjazmował się. Zrobił mnie nawet swoim asystentem do przygotowywania wykładów, na co okropnie wówczas psioczyłem; Wyr­wicki był bowiem sta­tecznym mężem i ojcem, a mnie się bardzo spieszyło "do miasta". Jego system wypróbowano praktycznie jeszcze przed wojną, potem stosowano podczas wojny właśnie w warszawskiej Brygadzie Pościgowej; dawał on bardzo dobre rezultaty, chociaż nasze możliwości techniczne byty wówczas dość ograniczone, bo praktyczny zasięg radio­telefonu był początkowo nieduży, do 20 kilometrów - tak że mu­siano uzupełniać go w razie potrzeby systemem sygnali­zowania za pomocą kodu rozkładanych płacht. System Wyr­wickiego rozwinęli potem i doprowadzili do perfekcji Anglicy, dysponujący już podówczas urządzeniami rada­rowymi, sięgającymi oczywiście o wiele dalej niż oczy ziemnych obserwatorów. Kiedy przed wojną w hangarze myśliwskim na Okęciu dyskutowaliśmy z Wyrwickim o tych sprawach - nie miałem jeszcze zielonego pojęcia, że tym właśnie systemem będę naprowadzany na niemieckie wy­prawy bombowe w bitwie o Wielką Brytanię.

Niewysoki, uparty i rzutki major Wyrwicki - jeden ze stosunkowo niewielu ludzi, którzy potrafili połączyć kwa­lifikacje utalentowanego myśliwca z umysłowością taktyka na większą skalę - był też w sporej mierze "ojcem" Bry­gady Pościgowej. Przed wojną sytuacja organizacyjna lotnictwa była dość niesprecyzowana, w zasadzie pułki lotnicze dysponowały róż­nymi rodzajami lotnictwa i były "przypisane" do poszczegól­nych armii. Wyrwickiemu się to bardzo nie podobało, był zwolennikiem nowoczesnej koncepcji lotnictwa, pojętego jako samodzielna siła ude­rzeniowa, której działanie synchronizuje się wprawdzie ściśle z działaniem innych rodzajów broni, ale która sku­piona jest w jednym ośrodku dowodzenia i dysponuje o wiele większą swobodą działania. Z tych właśnie ten­dencji narodziła się warszawska Brygada Pościgowa. Już w maju 1939 przystąpiono do jej organizacji; weszły w jej skład III i IV dywizjon (podówczas mówiło się "dyon") myśliwski (czyli 111., 112., 113. i 114. eskadra), ściągnięta z Krakowa, z 2. pułku 123. eskadra i służby pomocnicze - pluton łącznikowy, łącznościowcy z ośmioma radiostacjami etc. Dawało to w sumie 54 samoloty myśliwskie (plus trzy łącznikowe RWD-8). Specjalnie troskliwie dobrano perso­nel - stanowili go w części wytrawni piloci z dużym doświadczeniem, częściowo zaś świeży absolwenci Szkoły Podchorążych Lotnictwa w Dęblinie, mający za sobą twar­dy kurs szkoleniowy w Wyższej Szkole Myśliwskiej i Strze­lania Powietrznego w Ułężu. Przez całe lato 1939 cały ten zespół odbywał bardzo intensywne loty i doprowadzony został do idealnego zgrania. Na wyposażeniu miała Brygada samoloty PZL P-11 a i c, także i niewielką stosunkowo liczbę P-7. Przeznaczona była w zasadzie do obrony wę­zła warszawskiego, pozostawiono jej samodzielność; sprę­żyście dowodzona - została postawiona "na nogi" już 24, a przeszła na lotniska polowe już 26 sierpnia. Był czas na sprawdzenie sieci dozorowania, centrali dowodzenia etc. - tak że wybuch wojny zastał Brygadę w pełnej go­towości.

Miałem nieograniczone zaufanie do Wyrwickiego - i tym bardziej przejąłem się jego pesymistyczną oceną sy­tuacji. Wyr­wicki nie miał skłonności do popłochu - ale zawsze był rzeczowy i trzeźwy. Musi być naprawdę niedo­brze, jeżeli Wyrwic­ki mówi, że jest niedobrze.

Nie mogłem usiedzieć na miejscu, a Pawlikowski nie wychodził ze swego pokoju. Przysiadł się natomiast Kustrzyński; zacząłem go z miejsca wypytywać o wiadomości z ubiegłych dni i aktualne. Bardzo byłem ciekawy, jak się sprawy miały.

Niemcy przekroczyli granicę 1 września o godzinie 4.45, a już o 5.00 sztab Brygady zaczął odbierać pierwsze meldunki ze swojej sieci dozorowania. O 6.35 postawiono dywizjo­ny w stan alarmu, o 6.50 poderwano je. Centrala dowo­dzenia naprowadziła pewnie i bezbłędnie, podając kursy i wysokości (można było rozmawiać na czterech kana­łach); o 7.00 nastąpiło spotkanie z wyprawą niemiecką: oko­ło osiemdziesiąt heinkli He-111 i dornierów Do-17, osłanianych przez dwadzieścia Me-110. Pierwszy atakował klucz ze 114. eskadry, za nim poszła cała Brygada. Siła uderzenia zwartej for­macji była tak duża, że potężna niemiecka wyprawa ule­gła rozproszeniu i w panice zaczęła zrzucać bomby; z tej wyprawy ani jeden samolot nie dotarł nad Warszawę. Niemców ratowała tylko zbyt mała szybkość i zbyt szczu­pła siła ognia polskich myśliwców. Walka trwała prawie godzinę w rejonie Jabłonny, Zegrza i Radzymina. O 7.40 zaczęły lądować pierwsze samoloty, wiele z nich było ciężko postrzelanych. Zginął Olewiński ze 114. eskadry, zgi­nęli kapitan Olszewski i porucznik Szymański ze 123., obaj ostatni na P-7. A meldunki napływały bez przerwy. O 12.00 przedo­stało się w rejon Warszawy kilka dornierów Do-17; po­derwano wówczas 112. eskadrę. Porucznik Okrzeja zestrzelił wtedy jednego dorniera; znałem Okrzeję, wyjątkowo miły i kulturalny, był dobrym pilotem. Dorniery nie do­leciały nad Warszawę. Po południu zasygnalizowano dru­gą olbrzymią wyprawę: cztery eskadry bombowców Do-17 i He-111, jedną eskadrę stukasów Ju-87, dwie eskadry myśliwców w osłonie. Poderwano wtedy całą Brygadę, na­prowadzał osobiście Wyrwicki. Polski atak, choć przepro­wadzony już mniejszymi siłami (około 30 maszyn) był równie impetyczny jak rano i zdołał rozproszyć wyprawę - tylko pojedyncze klucze niemieckie przedostały się nad War­szawę, reszta zrzuciła bomby na pola.

Zestrzelono porucznika Szyszkę. Kapitan Sidorowicz, do­wódca 111. eskadry - ranny. Już pod wieczór na lotnisko IV dyonu przyleciał pułkownik Pamuła, zastępca Pawlikowskiego; wziął samolot od jednego z lądujących pilotów, wy­startował. Niebo było wciąż jeszcze pełne Niemców - Pamuła­ został zestrzelony przez Me-109 i wyskoczył ze spadochronem. W tym pierwszym dniu Brygada miała dwóch zabitych i ośmiu rannych. Czwarty dywizjon sto­czył około 150 walk, trzeci - około 80. Niepokojące były straty w sprzęcie - 10 samolotów zostało całkowicie znisz­czonych, 24 tak uszkodzone, że nie mogły brać udziału w walce. O zmroku tylko 20 maszyn było zdolnych do lotu. Cała Brygada - z wyjątkiem pilotów dyżurujących w alarmie - tyrała razem z mechanikami, aby możliwie największą liczbę maszyn doprowadzić do ładu, bo uzu­pełnień nie było.

2 września był jednak stosunkowo spokojniejszym dniem; nie było większych nalotów na obszar Warszawy, Brygada wykonała tylko 39 lotów - bez strat, ale i bez zwycięstw. Za to pod wieczór liczba maszyn zdolnych do lotu wynosiła już czterdzieści. Zauważono też nową taktykę niemieckich wypraw; zgrupowania niemieckie - dostrzegłszy polskich myśliw­ców - rozdzielały się na dwa skrzydła i korzystając ze swej szybkości, starały się obejść polską obronę. Trzeciego dnia Niemcy byli coraz bardziej "wynalazczy": wyprawy szły z różnych kierunków i na różnych wysokościach, czę­sto zmieniały kurs. W tym dniu zostali zestrzeleni i ciężko ranni kpt. Krasnodębski, dowódcy III Dywizjonu i kapral Horn ze 113. eskadry; ten ostatni, lądując na straszliwie poharatanym samolocie, sam ciężko postrzelany - pozwo­lił sobie na luksus zemdlenia dopiero na ziemi. W tych trzech dniach Brygada zestrzeliła 14 niemiec­kich samo­lotów na pewno, 5 prawdopodobnie, 10 uszkodziła. 4 wrze­śnia Brygadę przebazowano na inne lotnisko. Niemcy znowu zastosowali inną taktykę: przez cały dzień szły z różnych kierunków i na różnych wysokościach drobne formacje niemieckie, wyraźnie obliczone na "wypompo­wanie" ustawicznie podrywanych z ziemi polskich myśliw­ców. Była to istotnie chytra taktyka - bo gdy przed go­dziną 16.00 zameldowano dużą wyprawę niemiecką z Prus Wschodnich, do natychmiastowego startu była gotowa tylko 112. eskadra, potem poszła w powietrze 111., ale cały IV dywizjon był w trakcie tankowania paliwa i uzupełnia­nia amunicji, nie mógł startować. Wyprawę przechwycono, ale polskie siły były zbyt szczupłe, aby ją w pełni rozpro­szyć, większość niemieckich bombowców przedarła się nad Warszawę.

A teraz był 5 września. Lotnisko nieco opustoszało, bo w związku z doświadczeniami z zeszłego dnia dowództwo Brygady przerzuciło się na patrolowanie obszaru po­wie­trz­nego, prawie połowa maszyn była w powietrzu. Tego dnia zginął porucznik Stefan Okrzeja - czytałem potem ra­port porucznika Wacława Łapkowskiego: "...Wystartowało sześć maszyn, klucz porucznika Okrzei i mój. Po starcie w słu­chawkach odezwał się szum. Aha - pomyślałem - radio ma głos. Rzeczywiście po chwili posypały się rozkazy ośrod­ka naprowadzania, bardzo często zmieniano kierunek, miejsce oczekiwania, wysokość lotu, relację o liczbie nieprzyjaciela. Po kilku minutach krążenia znaleźliśmy się nad linią kolejową Warszawa-Wołomin, na wysokości 3000 metrów. Tymczasem głos w radiu ochrypł zupełnie, w koń­cu padło tylko słowo "czekać" i zostawiono nas w spo­koju. Odetchnąłem, ale po kilku dalszych minutach oka­zało się, że naprowadzanie było dobre, zobaczyłem na północnym wschodzie kilka "linijek" ostro rysujących się na horyzoncie. Była to eskadra dornierów Do-215. Stefan Okrzeja zobaczył Niemców również i powiedział przez ra­dio: "popatrz w prawo". Odpowiedziałem: "widzę". Pełny gaz, boost, knypel­ na siebie. Przecięliśmy im drogę. Dorniery zwiększyły­ gaz i skierowały się na północ, ale było już za późno. Atakowaliśmy. Ja z moim kluczem - jeden klucz dornierów, Stefan drugi klucz. Nie wiem dokład­nie, co się ze Stefanem działo. Nas dorniery przywitały ogniem, odpowiedzieliśmy im również nielicho. Niestety, walka nie dała rezultatu, gdyż po pierwszym naszym ataku dorniery przypikowały i uciekły. Powróciłem i wyładowa­łem. Okrzeja był zabity, Nowakowski ranny, zderzyli się przy atakowaniu, Nowakowski przypuszcza, że Stefan mu­siał już być ciężko ranny i nieprzytomny, gdy się zderzyli. To było koło Wyszkowa"...

Doczekałem się wreszcie Pawlikowskiego, ale z mojego powrotu do Brygady nic nie wyszło, choć widać było, że Pawlikowski nie miałby personalnie nic przeciwko temu. Ale Brygada miała już tylko 25 maszyn na chodzie, zaś na każdą maszynę 2-3 pilotów czekających niecierpliwie na swoją kolejkę. Nie było sensu zwiększać niepotrzebnie rezerwy.

Późnym popołudniem Wacek Łapkowski przerzucił mnie erwudziakiem na lotnisko Mokotów. Czekał tam już na mnie szkolny PWS, którym miałem powrócić do Dęblina. Postanowiłem odlecieć nocą, bo chciałem jeszcze odwie­dzić Warszawę.

Poszedłem najpierw pieszo do szpitala okręgowego. Był przepełniony rannymi, ciężki od zapachu karbolu i le­karstw. Mój lotniczy mundur bardzo mi ułatwił dostęp do rannych pilotów z Brygady. Unieszkodliwieni to oni byli, ale nie dla lekarzy i personelu szpitalnego, bo niemiło­siernie nudzili, kiedy będą mogli wreszcie wyjść. Gdy wchodziłem na salę nr 8, akurat syreny zaczęły wyć, ogła­szając alarm - niemieckie stukasy atakowały mosty na Wiśle, zresztą bezskutecznie. Ranny pułkownik Pamuła stał przy oknie i straszliwie wymyślał Niemcom - aż się zdziwiłem, bo Pamuła - wielki myśliwiec i jeszcze większy dziwak - był z natury raczej opanowany. Pamiętam, jak pewnego razu w Toruniu, jako dowódca dywizjonu, wysłał jednego z pilotów w chmury celem trenowania lotu na ślepo, a za­raz za nim drugiego. "Panie majorze - zwrócił się wtedy do niego dowódca eskadry - piloci mogą się zderzyć". A Pamuła na to spokojnie: "No, to jakby co, będą mieli lot z pieprzykiem. Jakby kiedy była wojna, to im się nawet taki masaż przyda". Teraz ten sam Pamuła, okutany w bandaże, ciskał się przy oknie... Na sali było wielu zna­jomych. Był jeden z czołowych polskich pilotów, pułkownik Jerzy Bajan, ciężko ranny w rękę w czasie bombardowania Dęblina. Był kapitan Gutek Sidorowicz; też klął. Był mil­czący porucznik Feliks Szyszka z ciężko postrzelonymi no­gami. I Krasnodębski poparzony. I tylu innych...

Zapadał już wieczór, gdy wychodziłem ze szpitala. Przy wyjściu spotkałem przypadkiem znajomą studentkę z me­dycyny, odbywającą tu swoją pierwszą praktykę. Dostała zwolnienie na parę godzin, wobec czego zaprosiłem ją na kawę i wino. Była wielką entuzjastką lotnictwa i miała za sobą kurs szybowcowy, była miła, ale dotąd patrzyłem na nią tylko tak, jak patrzy się na piękną dziewczynę. Beata pochodziła z dobrze sytuowanych sfer ziemiańskich, była jedynaczką i nie miała pojęcia o twardym życiu; zawsze mi się zdawało, że się przewróci, jeżeli się mocniej dmuch­nie. Tymczasem teraz ta dziewczyna harowała przy ran­nych po 18 godzin na dobę (a ranni nie zawsze są przy­jemni), zmieniała pokrwawione i zaropiałe bandaże, asy­stowała przy operacjach - i trzymała się doskonale. Tylko niebiesko-zielone oczy miała podkrążone.­

Warszawa była zaciemniona - jedynie tam było jaśniej, gdzie tliły się pożary. Szliśmy właśnie koło kawiarni Lardellego, gdy nagle gdzieś znad chodnika gwizdnęło i odezwał się głos:

- Panie poruczniku, jak pragnę zdrowia, oczom wła­snym nie wierzę, że to pan jesteś we własnej swojej oso­bie i pani kochana hrabini.

Zaświeciłem latarką. Była to znana figura, "Gwizdalski", beznogi żebrak, urzędujący na małej platforemce, do której były przymocowane kółka od wrotek. Miał zawsze szampański humor, dzieci go bardzo lubiły, a on miał słabość do lotników. "Panie pilot - mawiał - jak mi nogi odrosną, to ja tylko do lotnic­twa". Dostawał od nas masę papierosów, które częściowo wypalał, a częściowo opylał. Miał świetny słuch i gwizdał rzeczywiście artystycz­nie na dłoniach złożonych w muszlę. To była jego spe­cjalność, której zawdzięczał przezwisko. W kawiarni go tolerowano. Teraz także zaproponował:

- Pani kochana i przepiękna jak zorza poranna hrabinio, a może by tak tango podciągnąć? Ot, na przykład "ach, nie odchodź ode mnie", albo to filozoficzne "nasza jest noc i oprócz niej nie mamy nic"?...

- Niech już będzie to filozoficzne - zgodziła się Beata, wysypując mu z torebki wszystkie papierosy. Pięknie gwi­zdał.

Po wojnie dopytywałem się, co się stało z Gwizdalskim, ale nikt, niestety, nic o nim nie wiedział.

Po kawie i kieliszku wina Beata odżyła, poszliśmy na spacer; chciałem zobaczyć "wojenną Warszawę". Ulice były pełne, ludzie poważni, ale wcale nie spanikowani - przeciwnie, nastroje były o wiele lepsze niż obiektywna sytuacja. Na skwerach kopano rowy przeciwodłamkowe. Lokale i kawiarnie były pełne.

Tuż przed świtem Beata odprowadziła mnie na Moko­tów. Mechanicy czekali, podali mi spadochron. Niebo było czerwonawe od łun, na wschodzie już jaśniało powoli. Wy­startowałem wprost na kościół Zbawiciela, wieże przeszły mi pod lewym skrzydłem i spłoszone gołębie przeleciały na sąsiednie dachy. Warszawa paliła się. Na ziemi nie zda­wałem sobie sprawy, że jest tyle pożarów, dopiero z powietrza było je wszystkie widać. Natychmiast wziąłem kurs na Dęblin, nie chciałem się długo kręcić nad Warszawą, aby niepotrzebnie nie alarmować obrony przeciwlotniczej. Nawigację miałem ułatwioną, bo i tu - poza Warszawą - paliły się znajome osiedla i miasteczka. Noc powoli ustę­powała, nad Wisłą wstawała puszysta mgła. Na wysoko­ści Góry Kalwarii ostrzelano mnie z karabinów maszyno­wych - przez pomyłkę i "na wszelki wypadek", ale na szczęście niecelnie. Daleko na zachodzie był jeszcze mrok, pulsujący na skrajach horyzontu jasnymi, czerwo­nymi plamami. To waliła artyleria. Ilu ludzi ginie przy jednym takim błysku? Kiedy było już zupełnie jasno - sięgnąłem ręką do kieszeni kurtki, gdzie Beata w wielkim pośpiechu, tuż przed startem, kiedy silnik już pracował, wcisnęła mi jakiś karteluszek. Miałem niejaką nadzieję, że znajdę tam parę miłych słów, ale znalazłem cytat z mo­dlitewnika żołnierskiego: "Nie będziesz miał innych ce­lów na ziemi, dopóki twój kraj wolny nie będzie". Nie wiedziałem, że Beata jest taka romantyczna. Kartkę wiatr mi wyrwał z ręki, ale słowa zapamiętałem. I chyba już będę pamiętał.

Potem nie miałem już jakichś całościowych i bardziej kompletnych wiadomości o losach Brygady; dowiedzia­łem się o nich grubo później. Nie są to rzeczy tak zupeł­nie nieznane, ale myślę, że dla całości obrazu warto je w skrócie przytoczyć.

6 września Brygada rzeczywiście otrzymała rozkaz wy­konania rozpoznania na rzecz Naczelnego Wodza w kie­runku na Końskie, Kielce, Tomaszów Mazowiec­ki, Łódź. Piloci zorientowali się z miejsca, że coś musi być grubo nie w porządku, skoro otrzymują tego rodzaju zadanie. Złe przeczucia sprawdziły się; front był praktycznie prze­łamany, koło Łodzi byli już Niemcy. Ten dzień miał w Bry­gadzie wyraźny już posmak dramatu, w ludzi wstąpiła zimna determinacja. Mieli rano 21 zdolnych do lotu sa­molotów, z czego większość - łatana pospiesznie - trzy­mała się raczej "na słowo honoru". Na tym rozpaczliwym sprzęcie startują kilkakrotnie podrywani na olbrzymie ilościowo wyprawy niemieckie. Podobnie jak rankiem po raz pierwszy wysłano Brygadę na rozpoznanie - wczesnym popołudniem 19 ocalałych jeszcze maszyn startuje na swoje pierwsze zadanie frontowe: wymiatanie w obszarze­ Łodzi, Uniejowa, Koła. Ale nad Kutnem radio alarmuje o dużej ilości niemieckich samolotów: leci kilkadziesiąt bombowców z osłoną myśliwską. I oto w trójkącie Łowicz - Kutno - Sochaczew ta dziewiętnastka polskich myśliwców w trwającej ponad godzinę walce rozbija niemieckie for­macje. Piloci tylko wtedy wycofują się z walki, gdy zmusza ich do tego wyczerpanie się benzyny; ich ataki są tak za­ciekłe, że w tym oszalałym kłębie maszyn dwa niemieckie bombowce zderzają się i eksplodują w powietrzu. Ani jedna niemiecka maszyna nie przedostała się w rejon Warszawy; Niemcy zawrócili na zachód i zrzucili ładunek w pola. Ale nie wszyscy zawrócili; w tym dramatycznym dniu Brygada osiąga swój rekord zestrzeleń, największą liczbę zestrzelonych samolotów niemieckich od początku kampanii: 12 pewnych i kilka prawdopodobnych. Łącznie z zestrzelonymi rano trzema niemieckimi samolotami daje to 15 pewnych zestrzeleń. Piloci są tak rozżarci, że już powracając na ostatnich kroplach benzyny i często z pu­stymi taśmami kaemów - rzucają się na 30 napotkanych stukasów, które również zostają rozpędzone na cztery wiatry. Nie wraca trzech polskich pilotów.

Wieczorem zaś przychodzi rozkaz ewakuacji Brygady na węzeł lubelski. Brygada podsumowuje swoją sześciodnio­wą batalię w obronie Warszawy: razem 43 zestrzelenia pewne, 9 prawdopodobnych, 20 niemieckich samolotów uszkodzonych - wszystko to kosztem dwóch zabitych, dwóch zaginio­nych i siedemnastu rannych. Ale Brygada straciła przez te dni 38 maszyn i nie otrzymała żadnych uzupełnień. Brygada zrobiła więcej, niż ktokolwiek przytomny mógłby od niej wymagać; latali, nie śpiąc i często nie jedząc.

W węźle lubelskim - na lotnisku Kierz i Rudawiec - Brygada zostaje połączona z niedobitkami armijnego lot­nictwa myśliwskiego: z armii "Toruń", z armii "Modlin", z armii "Łódź". Pawlikowski ma w ręku znowu 40 maszyn, ale nie ma sieci dozorowania; próbuje ją improwizować na wzór warszawski, ale oczywiście jest to niemożliwe. Nie ma stałej łączności z dowództwem. Z materiałami pędnymi jest tak źle, że wysyła się patrole lotnicze celem wyszuki­wania na torach kolejowych cystern; potem sprawdza się, czy jest w nich benzyna, na koniec wysyła się po nią samo­chody z beczkami. Rzuty kołowe nie nadążają za eskadra­mi i grzęzną w powiększającym się chaosie na drogach ustawicznie bombardowanych.

8 września tylko 16 samolotów jest gotowych do lotu, reszta - unieruchomiona z powodu braku benzyny. Pawlikowski dostaje rozkaz wysłania jednego dywizjonu z po­wrotem na węzeł warszawski do obrony mostów na Wiśle; wysyła 6 maszyn. Warszawa w tym czasie nie ma już obrony lotniczej, ale rezerwiści, dla których brakło już przydziału, podchorążacy ze Szkoły Technicznej, zabłąkany personel jednostek armijnych - razem 2000 ludzi - bije się na pie­chotę. Latają także bojowo samoloty aeroklubu, na Mo­kotowie montuje się z pozbieranych części samoloty, lata się na nich, gdy Warszawa jest już oblężona. Jacy to byli ludzie? Mały przykład: gdy zapadła decyzja kapitulacji - z Mokotowa odleciało jeszcze 11 samolotów, z których dwa holowały szybowce. Lecieli bez map. Kiedy jednemu z pi­lotów skończyła się benzyna koło Gór Świętokrzyskich - a leciał na erwudziaku - wymontował busolę i "trzymając kurs na południe", poszedł na Węgry piechotą.

Tymczasem pod Lublinem Pawlikowski robi, co może: patroluje, przeprowadza rozpoznanie. 8 września Brygada zestrzeliwuje jeszcze 2 samoloty niemieckie. 9 września przechodzi na węzeł wołyński, zaś dziesiątego otrzymuje rozkaz powrotu pod Lublin; równocześnie przychodzi wia­domość, że wysłana do Warszawy eskadra - na mocy de­cyzji dowództwa - została już ewakuowana do Brześcia. Przychodzi także wiadomość o bitwie nad Bzurą; być może Brygada zostanie użyta do wzmocnienia armii "Poznań". Wyrwicki leci na P-11­ do Warszawy, aby stamtąd nawiązać łączność z armią "Poznań"; w War­szawie dają mu potężny i ciężki rulon map terenów położonych na wschód od Kutna, bo dowództwo armii "Po­znań" nie posiada tych map. Wyrwicki zrzuca spadochron, z trudem pakuje w jedenastce ów ładunek i lotem koszą­cym leci do generała Kutrzeby - w sytuacji iście grobo­wej, bo niemal na całej linii wiszą mu nad głową patrole niemieckich messerschmittów. Wyrwicki wrócił potem do Warszawy i został tam już aż do końca. Gdy przyszedł dzień kapitulacji - zapakował do ciasnej kabiny swojej jedenastki pułkownika pilota Iżyckiego, późniejszego dowódcę lot­nictwa polskiego w Wielkiej Brytanii, i pod ostrzałem nie­mieckiej piechoty wystartował na południe. Oczywiście obaj lecieli bez spadochronów - i tak nie bardzo wia­domo, jak się w tej kabinie zmieścili.

A Brygada wykruszała się. Przerzucano ją z lotniska na lotnisko, kontakt z dowództwem ustawicznie rwał się, z tru­dem zdobywano mizerne litry benzyny. Ale jeszcze latano i wykonywano te zadania, które mogły być wykonane. Jesz­cze 14 września porucznik Sawicz ląduje w oblężonej Warszawie na Mokotowie, także pod silnym ostrzałem Niemców, przy­wożąc rozkazy od Naczelnego Wodza dla generała Rómmla. 15 września Brygada jest bez materiałów pędnych, bez wyżywienia i bez łączności; parę maszyn leci na rozpozna­nie. 16 września przychodzi rozkaz o jej reorganizacji i po­dziale na Dywizjon Warszawski i Krakowski; latają na roz­poznanie, zestrzeliwują jeszcze dwa samoloty niemieckie. 17 września zestrzeliwują ostatni samolot niemiecki. Po­tem przychodzi rozkaz ewakuacji na terytorium Rumunii. W rejonie Czerniowiec lądują 43 samoloty.

Po zakończeniu kampanii wrześniowej marszałek Göring, przemawiając do swojej Luftwaffe, orzekł, że "już nigdy polski samolot nie ukaże się na niebie". Nie minęło pół roku, gdy samolot z biało-czerwoną szachownicą jednak ukazał się na niebie. I to na niebie nad Niemcami.

Jeszcze Dęblin

Po przylocie z Warszawy zrobiłem okrążenie nad Dębli­nem na wysokości 200 metrów. Czuć było spaleniznę. Irena, małe miasteczko tuż przy lotnisku, było spalone, z wysokości dokładnie widać było dymiące gruzy. Tam, gdzie stały hangary - jeszcze się żarzyło, składnica dopalała się.

Lądowałem na Ułężu. Przyczajona trójka myśliwskich maszyn stała w cieniu rozłożystych olch, piloci w alarmie siedzieli w kabinach, mechanicy stali pod skrzydłami samo­lotów. Nigdy nie miałem smykałki technicznej ani też am­bicji literackich - teraz jednak, już na ziemi, patrzyłem na te trzy maszyny z dużą sympatią; na pewno były piękne z tymi wygiętym­ jak u mewy skrzydłami. Podkołowałem do nich, wyłączyłem kontakt. Mechanicy już podbiegli.

- Jak w Warszawie, panie poruczniku?

- Ciężko, bo bombardują. Buduje się już okopy i za­sieki dla obrony przed spodziewanymi atakami niemieckiej armii lądowej. Ale "spirit walczących Polaków jest bardzo wysoki", jak mówi angielskie radio. Spirit spiritem, ja bym wolał, żeby mniej gadali. W gazetach piszą, że Anglicy bombardują Niemcy. Może to i prawda. Gdzie reszta?

Powiedzieli, że w koszarach. Zapuściłem silnik i pokołowałem w stronę koszar. Ustawiłem samolot pod sosnami. Obiegli mnie z miejsca mechanicy, też pytali o to samo: jak w Warszawie? Wszyscy byli ciekawi wieści ze stolicy.

Kasyno oficerskie było puste, był zaledwie świt, oficero­wie jeszcze spali. Poszedłem ścieżką między sosnami, wszedłem do budynku oficerskiego. Drzwi mojego pokoju były otwarte, mój współlokator Michał Stęborowski już nie spał. Podałem list od jego znajomej w Warszawie.

- Warszawa mocno zniszczona?

- Poważnie. Byłoby jeszcze gorzej, gdyby nie obrona przeciwlotnicza. Brygada Pościgowa pracuje jak diabli, ma duże straty w personelu i maszyny się jej kończą. Ale Niemców sporo zrębała i - co ważniejsze - zmusiła do lata­nia na dużych wysokościach; to utrudnia celne bombardo­wanie.

Michał podrapał się po nosie trzymanym w ręku listem i spojrzał na mnie z ukosa:

- Myślisz, że Niemcom zależy na precyzyjnym bombar­dowaniu celów wyłącznie wojskowych? Te bidne Żydki w Irenie to pewnie także cel wyłącznie wojskowy, twier­dza, co? A te wsie dookoła Dęblina, które się wciąż jesz­cze palą, to może także jakieś cytadele, co? Nonsens.

Siadłem na łóżku, zdjąłem hełm, nic nie odpowiedzia­łem; Michał miał rację.

- Znasz instrukcję naszego Generalnego Inspektora Sił Zbrojnych? Naprawdę sądzisz, że Luftwaffe ma taką samą?

Dalsza część książki dostępna w wersjipełnej

Zamiast wstępu

W  roku 1963 dzięki staraniom Wydawnictwa Znak prze­kazałem do rąk polskiego czytelnika pierwszą moją książkę, Ogień nad Chinami; był to zbiór wspomnień głównie z okresu moich lotów na froncie chińsko-japońskim w roku 1943, choć znalazły się tam także i dość obszerne fragmenty innych etapów mego nie nazbyt spokojnego życia. Książka - sądząc z recenzji oraz listów, które otrzymałem od czytelników - została w kraju (a także i poza krajem) przyjęta z dużą życzliwością. Dla autora jest to niewątpliwie zachętą. Wolno mi także przypuszczać, że - odłożywszy na bok owe subiektywne względy - przychylne przyjęcie owej książki świadczyć może także i o obiektywnej potrzebie oraz aktualności podejmowania tego rodzaju tematyki; tej tematyki, której osnową są indywidualne polskie losy żołnierskie w drugiej wojnie światowej, ukazujące przez swój pryzmat panoramiczny­ teatr­ zmagań ludzkich mas. Mimo to, przekazując dziś polskiemu czytelnikowi ten drugi z kolei zbiór swoich wspomnień, czuję się w obowiązku pewne rzeczy dopowiedzieć zaraz na wstępie i wyjaśnić.

Książka obejmuje tematycznie kampanię polską we wrześniu 1939 roku oraz to, co z owej kampanii dla mnie (i nie tylko dla mnie) bezpośrednio wynikło. Wynikła Rumunia, potem Francja, w dalszym zaś etapie - lotnicze bazy brytyjskie, gdzie odwołano mnie bardzo wcześnie, bo już w styczniu 1940. Sądzę, że ów etap angielski - to sprawa zupełnie osobna, o której będę może mógł osobno też opowiedzieć. Pozostaje, jako "główny bohater opowie­ści" - polski Wrzesień; rumuńskie drogi i Francja były tylko jego bezpośrednią kontynuacją.

Dzieje lotniczych działań, jako część kampanii wrze­śniowej, były tematem wielu już opracowań w kraju i zagranicą; w kraju - poza licznymi i często wartościowymi pozycjami wspomnieniowymi - poświecił im relację wysoce dokumentalną pułkownik Adam Kurowski (Lotnictwo pol­skie w 1939 roku, Warszawa 1962, Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej). Wiele też interesujących stro­nic poświęcono tułaczym odysejom polskiego żołnierza na drogach, wiodących po wrześniowej klęsce do polskich formacji lotniczych na Zachodzie.

We wrześniu 1939 byłem instruktorem i wychowawcą w dęblińskim centrum szkoleniowym i chociaż latałem bo­jowo w składzie tamtejszej Grupy Myśliwskiej - nie mia­łem okazji do tak eksponowanych lotów, jak moi przyja­ciele i koledzy z formacji armijnych czy warszawskiej Bry­gady Pościgowej. Zaś moje osobiste perypetie w pierw­szym etapie po opuszczeniu kraju były podobne (niekiedy wprost bliźniaczo) do przejść setek innych lotników; moim tytułem do osobistej satysfakcji może być tylko to, że by­łem jedynym dowódcą, który podległych sobie podchorążych osobiście i w komplecie doprowadził aż do Francji. Czytelnicy, a także recenzenci pisali o literackich i hu­manistycznych walorach mojej pierwszej książki. Jeżeli na­wet (co trudno mi osądzać bez groźby przykrego krygowa­nia się) opinie te wynikają nie tylko z życzliwości­ - w moim pojęciu nie są one jeszcze wystarczającym powodem, aby publikować drugi tom wspomnień. Sądzę natomiast, że ty­tuł obiektywny i legitymację daje sam temat: polski Wrze­sień. I już teraz chciałbym sprawę bliżej wyjaśnić.

Kampania wrześniowa zakończyła się klęską, po klęsce przyszła makabryczna noc okupacji, stojąca pod znakiem planowej i wszechstronnej eksterminacji. Dla społeczeństwa, łudzonego gwarancjami politycznych i militarnych so­juszów z aliantami - był to potężny szok. Ani we Wrześniu, ani też długo po nim nie dysponowaliśmy ani syntetycznym tłem, ani konieczną perspektywą czasu, ani też wystarczającymi danymi rzeczowymi, aby spokojnie i chłodno ocenić, czym w istocie i naprawdę był polski Wrzesień. Widzieliśmy cofające się oddziały naszej armii i szpitale zatłoczone rannymi i umierającymi. Widzieliśmy dramatyczne odosobnienie bohaterskiej załogi Westerplatte; płonącą i wciąż broniącą się Warszawę; palone bezkarnie wsie, miasteczka i osady, drogi zawalone przewalającym się tłumem uchodźców, całą makabrę nowoczesnej wojny. Wi­dzieliśmy ludzką ofiarność i bohaterstwo, które zdawało się być próżne. Patrzyliśmy na Wrzesień oczyma rozpaczy. Żołnierz, dla którego zabrakło zaopatrzenia i broni - miał prawo nie rozumieć. Miał prawo także i do pośpiesznych wniosków, subiektywne prawo.

Nieprędko ujawniono archiwa sztabów, nie od razu do­brali się do nich historycy. I musiał minąć czas, aby pojawiła się - poprzez zestawienia najróżniejszych faktów - także i konieczna perspektywa. Kiedy zaś tajemnice prze­stały być tajemnicami i kiedy mozaika odosobnio­nych faktów zaczęła się łączyć w spójny obraz - okazało się, że polska prawda o Wrześniu nie jest prawdą zupełną. Był to tylko zbiór półprawd i ćwierćprawd - na tyle nie­zupełny w wyniku braku szerszego tła faktów i omyłek doraźnej perspektywy, że nieodpowiadający rzeczywistości. Czy ci, których los nie był związany z Polską - wiedzą o tym? I - co stokroć ważniejsze: czy wiedzą o tym ci młodzi w Polsce, którzy urodzili się po Wrześniu?

Kiedy po zakończonej wojnie (zresztą nie z polskiej ini­cjatywy) zaczęto badać stany osobowe - okazało się, że w stosunku do zaangażowanych w walce mas żołnierskich, także i w stosunku do liczby poległych żołnierzy, armia polska w kampanii wrześniowej - spośród wszystkich kam­panii drugiej wojny światowej - legitymuje się najwyższą cyfrą poległych i rannych w bezpośredniej walce generałów i wyższych dowódców. Ten fakt nie obala obserwacji "szarego człowieka" z dni Września. Daje im jednak zupełnie inną perspektywę, chyba bardziej sprawiedliwą.

Mówiono wiele o zacofaniu ówczesnej polskiej doktryny wojennej. Jest w tym wiele prawdy, myliłby się jednak gru­bo ten, kto chciałby patrzeć na ów fakt jako na odosobnione kuriozum: takim samym faktem bowiem jest także i to, że z doświadczeń kampanii wrześniowej sztaby alianckie nie wyciągnęły kompletnie żadnych wniosków (co okazało się dowodnie i nader szybko), chociaż dyspono­wały pełnym materiałem bezpośrednich obserwacji. Zaś z własnego lotniczego podwórka mógłbym przytoczyć wiele faktów świadczących o tym, że wielu pożytecznych w tym zakresie rzeczy, na przykład dowódcy angielscy nauczyli się od Polaków, kiedy sytuacja była groźna.

Mówiono o rażących brakach zaopatrzenia. Słusznie. Nawiasem rzekłszy, byłoby raczej dziwne, gdyby armia ubogiego kraju, który po pierwszej wojnie światowej wy­startował niemal od punktu zerowego (na co także są do­wody cyfrowe) - braków takich we Wrześniu nie miała. Od roku 1935 wydawaliśmy na cele obronne 50 procent swego budżetu; kraje zachodnie tylko kilkanaście procent, ale ich budżety ogólne były wielokrotnie większe. Więc były braki w Polsce. Ale dopiero po wojnie w dokumentach wybitnego niemieckiego sztabowca, gen. Haldera, ujaw­niono raport generalnego kwatermistrza Wehrmachtu, który po kampanii wrześniowej meldował, iż stan zapasów i bieżącej produkcji amuni­c­ji starcza akurat dla jednej trzeciej niemieckich jednostek bojowych. Dopiero po woj­nie kompetentni i niepodejrzani w tym zakresie o stron­niczość dowódcy niemieccy z czasów wojny przyznali, że wrześniowa wojna z ubogą Polską nie była dla bogatych Niemiec imprezą tanią: rozbicie jednej polskiej dywizji we wrześniu 1939 roku - dywizji cierpiącej na chroniczny niedo­statek broni maszynowej, wsparcia pancernego, wsparcia lotniczego - wymagało od niemiec­kich sił zbroj­nych wysiłku przeciętnie trzykrotnie większego aniżeli roz­bicie dywizji alianckiej w roku 1940 na zachodzie; wysiłku liczonego konkretnie wagą pocisków, czasem trwania ope­racji i cyframi strat. Kto o tym mógł wiedzieć we Wrześniu, kto o tym wie nawet­ dziś? Niemieckie straty w ludziach poniesione w kampanii wrześniowej były - jak okazało się po wojnie ze skrupulatnych wyliczeń - równe łącznym ich stratom poniesionym aż do dnia najazdu na ZSRR, a więc na polach bitew w Norwegii, Belgii, Holandii i Fran­cji, w Jugosławii i Grecji, na Krecie i w czasie pierw­szej afrykańskiej ofensywy Rommla. Po polskiej kampanii wrześniowej, kiedy alianci na zachodzie uprawiali nadal to, co Niemcy nazywają pogardliwie "Sitzkrieg" ("siedzącą wojną") - niemiec­kie siły zbrojne potrzebowały ośmiu miesięcy, aby swoje lotnictwo i wojska pancerne dopro­wadzić do liczebności zbliżonej do stanu z dnia ataku na Polskę. Luft­waffe 1 września 1939 miała w pierwszej linii 2433 samoloty bojowe; wojska pancerne - 3195 czołgów. We wrześniu i po wrześniu niemiecki przemysł zbro­jeniowy pracował. I oto 30 marca 1940 roku Luftwaffe ma w pierwszej linii tylko 2509 maszyn, zaś wojska pancerne w dniu 1 kwietnia 1940 - tylko 3380 czołgów. Te cyfry także zmieniają perspektywę.

Nasz opór we Wrześniu trwał 35 dni. Wydawało się to nam wówczas klęską bez precedensu. Ale potem poszło niemieckie uderzenie na zachodzie. Dwa niewielkie, ale jakże bogate kraje: Holandia i Belgia. Dwa mocarstwa na skalę podówczas światową: Francja i Anglia ze swoim korpusem kontynentalnym. Koalicja czterech bogatych państw. W Polsce 64 niemieckie dywizje walczyły z 48 polskimi, dysponując przygniatającą­ przewagą wyposaże­nia. Teraz na zachodzie 143 niemiec­kie związki taktyczne miały naprzeciw siebie 157 taktycznych związków alianckich, przy czym w skali ogólnej siły alianckie były trzykrotnie liczebniejsze (w stanie liczbowym żołnierzy) od nie­mieckich. Równorzędne lotnictwo i co najmniej równo­rzędna broń pancerna. Opór aliancki trwał w sumie 38 dni. To zestawienie także zmienia perspektywę oceny pol­skiego Września. Nie na mocy jakichkolwiek narodowych sentymentów, lecz na podstawie suchych cyfr możemy po­wiedzieć, że polski opór we Wrześniu był zjawiskiem bez precedensu.

A nie należy zapominać także i o sprawach, które nie dadzą się ująć w cyfry. Po obaleniu zobowiązań traktatu wersalskiego przez Niemcy, po zupełnie jawnym zainicjo­waniu "programu siły i ekspansji", po remilitaryzacji Nad­renii, zajęciu Kłajpedy, aneksji Austrii, po Monachium - polski Wrzesień był pierwszym aktem, który obudził świat. Opinia publiczna Zachodu długo dawała się mamić mirażami pokoju za cenę ustawicznych ustępstw, nie zdając sobie sprawy, czym grozi ekspansja hitlerowskich Niemiec. Po polskim Wrześniu było­ to już niepodobieństwem. Mie­sięczna kampania polska była zbyt głośna. Obserwatorzy zachodni mają w tym zakresie taką właśnie opinię: nawet jeszcze po bezkrwawym zajęciu Czechosłowacji można było udawać, że "nic się nie stało" - ale po kampa­nii polskiej było to już niepodobieństwem. Kampania polska została przegrana, ale od niej zaczęła się droga do złamania śmiertelnego zagrożenia świata przez tota­litarne barbarzyństwo hitlerowskich Niemiec. Przyszedł po­tem czas, kiedy Roosevelt mówił o "Polsce, natchnieniu narodów". Osobiście nie mam skłonności do uprawiania ideologii ofiarnic­twa i wolałbym, aby nie zaistniała sytu­acja, w której mój kraj miałby koniecznie pełnić rolę ofia­ry, choćby nawet wynikało z tego przebudzenie świata. Nie jestem też na tyle naiwny, aby nie podejrzewać, że w tamtych pieniach na cześć Polski było sporo obłudy. Sadzę jednakże, że było w nich także i coś z prawdy. Bo istotnie droga do klęski hitlerowskiego barbarzyństwa za­częła się w momencie, gdy padły świtem 1 września 1939 pierwsze obronne strzały polskie. Sądzę, że i to ma swoją wagę.

Wreszcie sprawa najbliższa mi: lotnictwo. We Wrześniu okazało się, że nie jesteśmy w stanie osłonić miast, osie­dli i wsi, płonących pod razami niemiec­kiej Luftwaffe. Znamy dobrze liczne niedomagania i braki naszego ówczesnego lotnic­twa; zostały one z sutym nawet nadmiarem wyliczone w szeregu publikacji, nie bez potępieńczych swarów i wzajemnego przerzucania oskarżeń. Po wojnie opublikowano jednak także i oficjalne dokumenty naczel­nego dowództwa Luftwaffe. Według raportu kwatermi­strzostwa z dnia 5 października 1939 okazało się, że w czasie kampanii wrześniowej Luftwaffe straciła 285 zestrzelonych maszyn plus dalsze 279, które z powodu znacznych uszko­dzeń musiano skreślić ze stanu. Łącznie 564 samoloty. Te dane nie były przeznaczone do publikacji i na pewno nie są fałszywe. Część tego trofeum wypada odstąpić jakże nielicznej (i jakże celnie bijącej - także i w opinii nie­mieckiej) polskiej artylerii przeciwlotniczej. Część mogła się wykruszyć w warunkach eksploatacji polowej. Reszta jest nasza. To nie zmienia faktu klęski. To tylko znowu zmienia perspektywę, czyni ją bardziej obiektywną i spra­wiedliwą. Naszej, polskiej skóry nie oddaliśmy wrogowi darmo. Możemy uczciwie powiedzieć, że w konkretnych warunkach - przy przygniatającej przewadze niemieckiej, nie mówiąc już o technicznej nierówności sprzętu - zro­biliśmy więcej, niż ktokolwiek przytomny miałby prawo wymagać. I nie tylko to: możemy także parę słów powie­dzieć niektórym zachodnioniemieckim asom lotniczym, pu­blikującym dziś swoje wypracowania historyczne, z których wynika, że we wrześniu 1939 roku niemiecka Luft­waffe albo nie widziała w ogóle polskich samolotów, albo też zawsze wracała bez strat własnych. Czyżby te 564 maszyny rozsy­pały się same we Wrześniu?

Potem - w trakcie wojny - widzieliśmy wiele rzeczy, które także zmieniają perspektywy. Myśliwcy polscy, któ­rzy po klęsce opuścili kraj ze świadomością, że Polska weszła do wojny z paroletnim opóźnieniem w produkcji nowoczesnych samolotów myśliwskich - z niejakim zdziwie­niem dowiadywali się potem, że np. w pierwszej fazie dzia­łań na Zachodzie, Malta, arcyważna baza potężnego Im­perium Brytyjskiego, broniona była w powietrzu przez... trzy przestarzałe dwupłaty typu Gloster "Gladiator"; a i te znaleziono na Malcie tylko przypadkiem, w porcie, w pa­kach. I rzecz niezmiernie charakterystyczna: na Maltę przyszły potem nowoczesne myśliwce angielskie, ale osta­tniego, postrzelonego do niemożliwości "Gladiatora" An­glicy do dziś dnia przechowują jak relikwię, nie wstydząc się grata i ceniąc raczej odwagę i poświęcenie tych, któ­rzy na owych trzech samolotach (nazwanych w owych dniach imionami "Wiara", "Nadzieja" i "Miłość") bronili Malty. Tak postępują Ang­licy, którym nie bez powodu przypisuje się trzeźwość i wyrachowanie. Jest dla mnie rzeczą ciekawą, czy moi Rodacy - którym przypisuje się romantyzm i sentymentalizm - uczcili w podobny sposób bodaj jeden polski myśliwiec P-11c, na którym - w po­dobnie "maltańskich" warunkach - polscy lotnicy walczyli we Wrześniu?...

Piszę o najróżniejszych sprawach związanych z Wrze­ś­niem, podaję tu cyf­ry - dla ważnych powodów. W dalszych rozdziałach tej książki czytelnik raczej nie znajdzie już tego rodzaju danych i rozważań. Znajdzie tylko polski Wrzesień w takiej postaci, w jakiej oglądałem go wów­czas, także bez dystansu czasu, bez perspektywy. Chcę jednakże, aby w trakcie lektury czytelnik - bodaj w mi­nimalnym stopniu - rozporządzał owym "szerszym odde­chem", jaki daje porównawcza znajomość faktów ogól­niejszych i niekoniecznie z własnego podwórka; perspek­tywą bardziej obiektywną, bo dysponującą dystansem.

Czy to istotnie ważne? I dlaczego?

Po wojnie starałem się śledzić pilnie polską literaturę o tematyce wojennej. Czytałem opracowania i publikacje polskie. Zapoznałem się także ze studiami historyków za­chodnioeuropejskich. Zauważyłem rzecz nieco absurdalną: oto np. angielscy historycy wojskowości, w ramach właściwych­ swej nacji obyczajów doprawdy niezbyt skłonni do przeceniania cudzych zasług - niejednokrotnie oce­niali wagę polskiego Września w drugiej wojnie światowej w sposób nieporównanie bardziej pozytywny aniżeli wielu polskich autorów. Jest to zjawisko, które skłania tu wielu ludzi do podejrzewania Polaków o zupełnie niezrozumiałe tendencje do samoopluwania się. Tego tu doprawdy nikt nie jest w stanie pojąć. Interesujący się nowszą historią krajów środkowej i wschodniej Europy przeciętny Amery­kanin np. powiada tak:

- Jeśli oceny i osądy ludzi nieżyczliwych Polsce mogę podejrzewać o stronniczość in minus, to naturalną koleją rzeczy relacje i oceny polskie dotyczące waszej własnej historii lat przedwojennych i wojennych mógłbym, co naj­wyżej, podejrzewać o stronniczość in plus, która skądinąd byłaby zrozumiała. Kiedy jednak otrzymuję streszczenia wielu polskich pozycji publicystycznych i historycz­nych, omawiających ten okres - pojawia się nader często przerysowana chyba wizja kraju, który przez dwadzie­ścia międzywojennych lat rządzony był przez ludzi co naj­mniej niekompetentnych, który niczego nie zrobił, niczego nie dokonał, prawie nic nie zbudował i przy pierwszym uderzeniu rozsypał się, nie zadawszy wrogowi poważniej­szych strat; w latach pokoju obywatele tego kraju zajmo­wali się głównie kłótniami, zaś w czasie wojny bezproduk­tywnym i niecelowym umieraniem. Dla mnie istnieją tu dwie ewentualne możliwości: albo owe superkrytyczne publikacje polskie nie mówią prawdy, wobec czego na­leżałoby się zastanowić nad tym problemem, gdyż w inte­resie żadnego normalnego społeczeństwa i żadnego normalnie myślącego historyka nie leży bezprzedmiotowa nadgorliwość w zniekształcaniu własnej historii: albo też - taka jest druga możliwość - owi superkrytyczni publicyści i historycy polscy piszą prawdę, wobec czego - pro­szę mi wybaczyć - należałoby zadać sobie trzeźwe pytanie, czy przypadkiem Niemcy, abstrahując od stosowanych niedopuszczalnych me­tod, nie mieli przypadkiem za­sadniczej racji w swym dążeniu do likwidacji państwa pol­skiego, czy w ogóle państw słowiańskich?

Temu sprymitywizowanemu nieco rozumowaniu nie spo­sób odmówić pewnej brutalnej słuszności. I dlatego są­dzę, że także i o polskim Wrześniu należy pisać prawdę, niczego nie ukrywając, ale też bez zbytecznego w świetle obiektywnych faktów samobiczowania się. To ostatnie nie jest nigdzie ani rozumiane, ani podziwiane. A wybitnie szkodzi interesom Polski i jej imieniu. Ostatecznie nie dla każdego Chopin, Szymanowski czy Penderecki, polski teatr czy film są zjawiskami motywującymi dorzeczność istnienia polskiego organizmu państwowego.

Wiem dobrze, że mnie - przedwojennego oficera i ak­tu­alnego emigranta - nader łatwo jest posądzić o "trwanie w przed­wojennym świecie", o "sympatie dla sanacji" czy inne­ niepopularne w Polsce rzeczy. Tym, którzy chcieliby to czynić, pragnąłbym zakomunikować, że tuż przed wojną - ciesząc się doskonałym zdrowiem i dobrą opinią zawodową - byłem jednak przewidziany do listy emerytalnej, a to w wyniku krytyki pewnych posunięć ówcze­snych władz. Jeśli zaś chodzi o mój "przedwojenny świat", to istotnie zachowuję zeń wiele dobrych i miłych wspo­mnień; cóż, ostatecznie było się wtedy bardzo młodym i żyło się we własnym kraju. W przeciwieństwie jednak do wielu moich rodaków na obczyźnie, świetnie zdaję sobie sprawę z tego, że do tego świata nie ma powrotu, tak jak nigdy nie ma powrotu do przeszłości. Wolność od niewol­niczego związania z przeszłością bywa smutną wolnością, jednakże wolę ją od złudzeń. Że zaś nie są to puste słowa, świadczy chyba to, że swoje wspomnienia publikuję w kra­ju, nie zaś na obczyźnie. Więc tamte strzały będą chybione.

Mój Wrzesień, Rumunia, Francja - jest w tej książce taki, jakim był dla bardzo wielu innych polskich lotników. Bez szminki. Tak starałem się uchwycić moje przeżycia. Decyduję się oddać je do druku w przekonaniu, że jest to potrzebne, choć - rzecz jasna - jest to tylko garść wspomnień, rzecz fragmentaryczna. Myślę także, że warte są upamiętnienia sylwety ludzi, z którymi się wówczas sty­kałem, którzy byli moimi kolegami i przyjaciółmi. Bardzo wielu z nich zginęło i nie przemówi.

Niech mi będzie wolno poruszyć jedną jeszcze sprawę, równie szczerze i otwarcie.

Gdy agresywne cele polityki niemieckiej stały się już dowodnie jasne i oczywiste, miały miejsce przed wojną pewne próby montowania koalicji antyniemieckiej z udzia­łem ZSRR. Jest rzeczą powszechnie wiadomą, omawianą także i w aktualnej publicystyce krajowej, że ZSRR wa­runkował swe przystąpienie do koalicji udzieleniem przez rząd polski zgody na przemarsz swych wojsk przez teryto­rium polskie. Zgody takiej ze strony polskiej nie udzielono, w związku z czym koncepcja ta upadła. W sytuacji na­brzmiewającej groźbą bliskiego­ konfliktu rząd ZSRR za­warł natomiast porozumienie z rządem niemieckim. Inten­cją tego porozumienia - wedle źródeł rosyjskich - było opóźnienie terminu ewentualnego starcia zbrojnego z Niemcami. Na mocy niektórych klauzuli porozumienia Ribbentrop-Mołotow, zorientowanych z kolei na możli­we odsunięcie wojsk niemiec­kich od ówczesnego teryto­rium ZSRR - Armia Czerwona w dniu 17 września 1939 wkroczyła na wschodnie obszary ówczesnego państwa polskiego. Z punktu widzenia interesów ZSRR był to krok celowy. Należy sobie jednak zdawać sprawę z tego, i na­leży to trzeźwo powiedzieć, że dla żołnierza polskiego, przez 17 dni spychanego na wschód przez walec nie­mieckiej machiny wojennej - było to wydarzenie bardzo szokujące. I to także jest zrozumiałe.

Jak wielu innych, otarłem się o te sprawy osobiście, bezpośrednio i w sposób raczej nieprzyjemny, co opisuję w jednym z rozdziałów tej książki. Myślę, że i to jest po­trzebne. Chciałbym wyjaśnić, dlaczego tak sądzę.

Mieszkam na obczyźnie. W tamtym czasie zabrakło dla mnie miejsca w Polsce. Dziś już za późno na powroty. Nie zamierzam też taić, że nie ze wszystkim w owej nowej Polsce umiałbym się pogodzić; z upływem lat i utrwale­niem pewnych nawyków ludzkie możliwości adaptacyjne stają się ograniczone. Jednakże jestem Polakiem. I wiem, że jest tylko jedna­ Polska: ta konkretna. Innej nie ma. Moje losy są moimi losami i nikogo nie muszą przejmo­wać. Losy mojego kraju są jego losami i obchodzą mnie jak najbardziej.

Widziałem dużo i wielu rzeczy się nauczyłem. Widziałem Francję w niewiele tygodni po polskiej jesieni: kraj po­czątku wojny, w którym nie tak dawno 99 dywizji i 40 ba­talionów nowoczesnych czołgów stało bezczynnie naprze­ciwko 35 dywizji niemieckich (w tym 12 małowartościowych, tzw. drugiego rzutu), niedysponujących podów­czas wsparciem pancernym - w momencie, kiedy ginął polski sojusznik, wobec którego podjęło się nader kon­kretne zobowiązania. Kiedy przybyłem do Francji, były to czasy bardzo nieodległe, ale wtedy się jeszcze o tych sprawach bliżej nie wiedziało. Widziało się natomiast ów uporczywie uprawiany "Sitzkrieg". Biłem się w powietrzu nad Anglią wraz z wieloma moimi kolegami i przyjaciółmi. Było nas wówczas tylko 138, zginęło w bit­wie 36, zestrzeliliśmy na pewno 203 samoloty niemieckie, 35 prawdopo­dobnie, w wielu okresach Battle of Britain mieliśmy naj­lepsze konto w RAF-ie. Byliśmy lojalnymi, nieoszczędza­jącymi się i cenionymi sojusznikami, obowiązek spełnili­śmy uczciwie. Spotkałem w Anglii wielu życzliwych ludzi, towarzyszy broni. Jednakże nauczyłem się także wielu przy­krych prawd. W tamtym czasie biliśmy się - my, polscy lotnicy - nie tylko o drogę do wolności swego kraju i nie tylko o powrót dla siebie. Biliśmy się także o wolność dla Anglii i wiele innych rzeczy, nie zawsze identycznych z na­szym partykularnym, polskim interesem. Jak słyszałem ze źródeł krajowych, po zakończeniu wojny nasz brytyjski so­jusznik skrupulatnie kazał zapłacić sobie złotem z polskie­go skarbu państwa należność za każdy samolot, na któ­rym lataliśmy nad Anglią. Za każdy samolot, w którym gi­nęli moi przyjaciele i koledzy - w końcu nie tylko za swój kraj. Wiele rzeczy zrozumiałem, gdy tuż po wojnie zabra­kło dla Polaków miejsca nawet w tak marginesowej w koń­cu i symbolicznej historii, jak aliancka "defilada zwycię­stwa". Obserwowałem ją, stojąc na chodniku, jako cy­wil. Stara historia o "murzynie, który zrobił swoje i może już odejść". Głupstwo. Nie chciałbym jednak, aby kiedykolwiek mój kraj był takim murzynem.

Dziś mieszkam w Stanach. Ten kraj przyjął mnie. Po­nieważ przyjął mnie, nie czynię nic, co byłoby nielojalnością wobec gospodarzy. Ale to nie jest mój kraj. W wy­niku wojny Polska znalazła się w tzw. bloku wschodnim, w politycznym i militarnym sojuszu z ZSRR. Wierzę, że kie­dyś w dalekiej przyszłości nadejdzie zjednoczenie globu; jest to obiektywna konieczność. Jestem na tyle trzeźwy, aby rozumieć, że do tego odległego celu Polsce wypadła droga właśnie poprzez ów "blok". To także jest proces obiektywny. Dlatego szczerze chciałbym, aby istniała przyjaźń polsko-rosyjska i aby była ona przyjaźnią. Leży to w polskim i nie tylko zresztą polskim interesie. Na to zaś, aby ów proces przebiegał korzystnie, trzeba mówić prawdę.

Przyjaźnie bywają różne. Nie zdarzyło mi się jednak spotkać przyjaźni opar­tej na przemilczaniu drażliwych faktów, które w przeszłości dzieliły. Dlatego właśnie zde­cydowałem się włączyć do tej książki ów rozdział. Nie napisałem w nim niczego, co nie byłoby zgodne z praw­dą - tą sprzed ćwierć wieku. I jestem głęboko przekona­ny, że służy to zarówno interesom mego kraju, jak i spra­wie rzetelności jego stosunków ze wschodnim sąsiadem. Wiele wrogich Polsce ośrodków na Zachodzie życzy sobie, aby przyjaźń rosyjsko-polska była pozorna; przemilcza­nie faktów z przeszłości służy propagandzie, nic wspólnego niemającej z interesami Polski.

Liczę, że moje intencje, wyjawione tu szczerze, tak samo zostaną zrozumiane i przyjęte.

To byłoby wszystko, co chciałem powiedzieć w tym moc­no przydługim wstępie.

Pozostaje mi tylko jeszcze podziękować Wydawnictwu Znak, patronującemu tej drugiej już mojej książce. Także wszystkim tym ludziom w kraju, którzy w ten czy inny sposób przyczynili się do jej opublikowania, zwłaszcza zaś jej redaktorowi p. Tadeuszowi Żychiewiczowi. Wreszcie - wszystkim czytelnikom, o których wiem, że mimo dzielą­cych nas odleg­łości są mi bliscy.

[1966]