As pik - Faridah bíké-Íyímídé

Kup ebooka

37.00 zł
28.86 zł (22,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

DE­VON

Po­nie­dzia­łek

Nie da się wy­my­ślić ni­cze­go bar­dziej bez­sen­sow­ne­go niż apel w pierw­szy dzień szko­ły.

A to coś zna­czy, je­śli wzi­ąć pod uwa­gę, że Pry­wat­na Aka­de­mia Ni­veus to szko­ła zbu­do­wa­na na bez­sen­sow­nych po­my­słach.

Sie­dzi­my w Lion Hall, auli na­zwa­nej tak na cze­ść ofia­ro­daw­cy, któ­ry prze­ka­zał pie­ni­ądze pry­wat­nej szko­le, cho­ciaż ich nie po­trze­bo­wa­ła, i cze­ka­my na przy­by­cie dy­rek­to­ra, by ten wy­gło­sił prze­mó­wie­nie zgod­nie z do­sko­na­le zna­nym sche­ma­tem:

1. Wi­taj­cie w no­wym roku na­uki, cie­szę się, że wszy­scy prze­ży­li wa­ka­cje.

2. Oto wy­bra­ni star­si pre­fek­ci oraz głów­ny pre­fekt.

3. War­to­ści na­szej szko­ły.

4. Ko­niec.

I żeby nie było, też lu­bię, kie­dy wszyst­ko jest usta­lo­ne. Spy­taj­cie mo­ich przy­ja­ciół. Sor­ry - przy­ja­cie­la. Je­stem prze­ko­na­ny, że mimo spędzo­nych tu pra­wie czte­rech lat nikt poza nim nie za­uwa­żył mo­je­go ist­nie­nia. Tyl­ko Jack... choć na­wet on co pe­wien czas daje mi do zro­zu­mie­nia, że coś jest ze mną nie tak. I to bar­dzo nie tak. A jed­nak upar­cie twier­dzę, że to mój przy­ja­ciel, bo zna­my się w za­sa­dzie od za­wsze, a myśl, że bez nie­go by­łbym zu­pe­łnie sam, jest jesz­cze gor­sza.

Wra­ca­jąc do trzy­ma­nia się utar­tych za­sad. Je­stem bar­dzo za. Wy­star­czy za­py­tać Jac­ka, ile mam przy­zwy­cza­jeń, bez któ­rych nie za­si­ądę do pia­ni­na. Je­śli nie po­wtó­rzę swo­ich ry­tu­ałów, nie za­cznę grać. Na tym po­le­ga ró­żni­ca mi­ędzy mo­imi zwy­cza­ja­mi a tymi ze­bra­nia­mi - mo­gły­by się nie od­by­wać, a ży­cie w Ni­veu­sie da­lej by­ło­by nie­zmien­nie mie­sza­ni­ną plo­tek, pie­ni­ędzy i kłamstw.

Z gło­śni­ków sły­chać zgrzyt mi­kro­fo­nu, więc uno­szę wzrok. Oto za­czy­na się dwa­dzie­ścia mi­nut ży­cia bez­pow­rot­nie zmar­no­wa­ne­go na ze­bra­nie, któ­re mo­żna by za­stąpić jed­nym mej­lem.

Osu­wam się na opar­cie krze­sła, kie­dy na po­dium po­ja­wia się wy­so­ki bla­dy fa­cet o pu­stych, ciem­nych oczach i błysz­czących czar­nych wło­sach, na któ­rych za­cze­sa­nie do tyłu zu­żył, na moje oko, przy­naj­mniej jed­no opa­ko­wa­nie żelu. Ma na so­bie dłu­gą czar­ną sza­tę, któ­rą nie­mal za­mia­ta podło­gę, i spo­gląda na nas jak kot na my­szy.

- Na­zy­wam się Ward, ale pro­szę zwra­cać się do mnie pa­nie dy­rek­to­rze - oznaj­mia ko­cur płyn­nym, ośli­zgłym gło­sem. Przy­glądam mu się uwa­żnie. Co się sta­ło z dy­rek­to­rem Col­lin­sem?

W auli sły­chać pe­łne za­sko­cze­nia szep­ty, a do­oko­ła wi­dzę nie­chęt­ne miny.

- Je­stem prze­ko­na­ny, że przy­naj­mniej część z was wie, że tuż przed wa­ka­cja­mi dy­rek­tor Col­lins zło­żył re­zy­gna­cję. Dla­te­go ostat­ni rok w Pry­wat­nej Aka­de­mii Ni­veus spędzi­cie pod moją pie­czą - ko­ńczy ko­cur, wy­dy­ma­jąc usta.

- Czy­li to nie były tyl­ko plot­ki - szep­cze ktoś nie­da­le­ko.

- Na to wy­gląda... na szczęście kli­ni­ki od­wy­ko­we są te­raz bar­dzo luk­su­so­we...

Nie mia­łem po­jęcia, że co­kol­wiek jest nie tak z na­szym po­przed­nim dy­rek­to­rem, bo przed wa­ka­cja­mi wy­glądał zu­pe­łnie w po­rząd­ku. Cza­sem się boję, że je­stem tak po­grążo­ny w swo­im wła­snym świe­cie, że nie za­uwa­żam spraw, któ­re dla in­nych są oczy­wi­ste.

- Przej­dźmy da­lej - ci­ągnie dy­rek­tor Ward. - Trzy­ma­jąc się tra­dy­cji na­szej Aka­de­mii, dzi­siej­sze ze­bra­nie za­cznie­my od punk­tu do­ty­czące­go wy­bo­ru star­szych pre­fek­tów i głów­ne­go pre­fek­ta.

Roz­gląda się wy­cze­ku­jąco, na co je­den z ofi­cjal­nie ubra­nych na­uczy­cie­li ru­sza w jego stro­nę i po­da­je kre­mo­wą ko­per­tę. Dy­rek­tor Ward otwie­ra ją w mil­cze­niu, a sze­lest pa­pie­ru po­tęgo­wa­ny przez czu­ły mi­kro­fon wy­le­wa się z gło­śni­ków ogłu­sza­jącym trza­skiem. Mężczy­zna od­kła­da ko­per­tę na pul­pit. Za­czy­nam od­pły­wać my­śla­mi.

- Star­szy­mi pre­fek­ta­mi zo­sta­ją - za­czy­na i prze­ry­wa, ły­pi­ąc na wszyst­kie stro­ny, a jego czar­ne oczy po­ru­sza­ją się cha­otycz­nie jak mu­chy uwi­ęzio­ne w sło­iku - Ce­ci­lia Wri­ght, Ma­xwell Ja­cob­son, Ruby Ain­sworth i De­von Ri­chards.

Z po­cząt­ku je­stem prze­ko­na­ny, że się po­my­lił. Moje na­zwi­sko jesz­cze ni­g­dy nie pa­dło w cza­sie ogól­nych ze­brań. Głów­nie dla­te­go, że są one po­świ­ęco­ne oso­bom ko­ja­rzo­nym i lu­bia­nym przez uczniów, a ja, gdy­by Ni­veus był sce­ne­rią fil­mu, zo­sta­łbym wy­mie­nio­ny jako je­den z bez­i­mien­nych sta­ty­stów. Jack trąca mnie łok­ciem. Otrząsam się z za­sko­cze­nia i pod­no­szę z miej­sca. W ca­łej auli sły­chać skrzyp­ni­ęcie drew­nia­ne­go krze­sła i co­raz wi­ęcej twa­rzy zwra­ca się w moją stro­nę, kie­dy pró­bu­ję wy­do­stać się do prze­jścia. Mam­ro­czę prze­pro­si­ny, bo sta­nąłem ko­muś na de­si­gner­skich bu­tach - war­tych pew­nie wi­ęcej niż moja mama wy­da­je na czynsz - aż uda­je mi się do­stać do pierw­sze­go rzędu, gdzie sie­dzą na­uczy­cie­le ostat­niej kla­sy. Przy ka­żdym kro­ku po­de­szwy mo­ich bu­tów skrzy­pią gło­śno na nie­mal czar­nej drew­nia­nej podło­dze. Ser­ce mi wali, a krót­kie okla­ski gwa­łtow­nie milk­ną, za­mie­nia­jąc się w nie­zręcz­ną ci­szę.

Po­zo­sta­łą trój­kę znam tyl­ko z wi­dze­nia, bo ni­g­dy z nimi nie roz­ma­wia­łem. Max, Ruby i Ce­ci­lia to wy­so­kie, bla­de i ja­sno­wło­se klo­ny, a obok nich ja, ni­ski i z ciem­ną skó­rą, wy­ró­żniam się jak pryszcz na czo­le. To oni są głów­ny­mi bo­ha­te­ra­mi, nie ja.

Sto­ję obok dy­rek­to­ra War­da, któ­ry z bli­ska wy­da­je się jesz­cze bar­dziej prze­ra­ża­jący. Cho­ćby z tego po­wo­du, że jest nie­na­tu­ral­nie wy­so­ki, a jego nogi ko­ńczą się na wy­so­ko­ści mo­jej klat­ki pier­sio­wej. Mimo iż nie od­wra­ca gło­wy, kątem oka cały czas mnie ob­ser­wu­je.

Sta­ram się nie pa­trzeć na nie­go, tłu­ma­cząc so­bie w my­ślach, że prze­cież BFG nie miał prze­ra­ża­jące­go bra­ta bli­źnia­ka o na­zwi­sku Ward.

- Sły­sza­łem wie­le do­brych rze­czy o oso­bie, któ­ra w tym roku będzie pia­sto­wać funk­cję głów­ne­go pre­fek­ta. - Głos dy­rek­to­ra War­da opa­da, przez co zda­nie, któ­re mia­ło za­brzmieć ser­decz­nie i cie­pło, tra­ci cha­rak­ter, zmie­nia­jąc się w bez­dusz­ną lau­da­cję. - Nikt nie jest pew­nie za­sko­czo­ny, że głów­ną star­szą pre­fekt­ką zo­sta­ła Chia­ma­ka Ade­bayo.

Gło­śne wi­wa­ty od­bi­ja­ją się od wy­ło­żo­nych ciem­ną dębo­wą bo­aze­rią ścian auli, kie­dy Chia­ma­ka wsta­je i ru­sza w stro­nę dy­rek­to­ra. Pa­trzę na ar­mię jej klo­nów w przed­nich rzędach, któ­re klasz­czą prze­ra­ża­jąco rów­no i wszyst­kie są rów­nie pi­ęk­ne i nie­ska­zi­tel­ne jak ich li­der­ka. Z wy­so­ko unie­sio­ną gło­wą od­bie­ra od­zna­kę. Kie­dy do nas do­łącza, na jej twa­rzy ma­lu­ją się duma i za­do­wo­le­nie. Nie­wie­le bra­ku­je, a prze­wró­ci­łbym oczy­ma. Po­wstrzy­mu­ję się, bo Chia­ma­ka jest naj­po­pu­lar­niej­szą dziew­czy­ną w na­szej szko­le, a ja nie mam my­śli sa­mo­bój­czych.

Prze­stępu­ję nie­swo­jo z nogi na nogę. Te­raz czu­ję się tu­taj jesz­cze bar­dziej nie na miej­scu. Je­śli Max, Ruby i Ce­ci­lia są wa­żny­mi po­sta­cia­mi, to Chia­ma­ka wcie­la się w głów­ną bo­ha­ter­kę. Ich obec­no­ść tu­taj, ra­zem, ma sens. Ale ja? Czu­ję się, jak­by za­raz mie­li się po­ja­wić fa­ce­ci z ka­me­ra­mi i po­in­for­mo­wać mnie, że da­łem się na­brać. To by mia­ło wi­ęcej sen­su niż co­kol­wiek, co się wła­śnie dzie­je.

Wiem prze­cież, że wy­bór star­szych pre­fek­tów to w rze­czy­wi­sto­ści ple­bi­scyt po­pu­lar­no­ści. Na­uczy­cie­le co roku od­da­ją gło­sy na swo­ich pu­pi­li i pu­pil­ki i co roku wy­bór pada na oso­by o kon­kret­nych ce­chach. Po­pu­lar­ne. A ja nie je­stem po­pu­lar­ny. Może mój na­uczy­ciel mu­zy­ki mnie zgło­sił? To je­dy­na oso­ba z gro­na pe­da­go­gicz­ne­go, z któ­rą rze­czy­wi­ście roz­ma­wiam. Sam nie wiem.

- Pro­szę po­now­nie o okla­ski dla na­szej rady pre­fek­tów! - mówi pan Ward, bu­dząc jesz­cze gło­śniej­szy aplauz uno­szący się nad mo­rzem bie­li przed nami. Czu­ję na so­bie spoj­rze­nia, ale sta­ram się ich uni­kać i szu­kam cze­go­kol­wiek in­te­re­su­jące­go w drew­nia­nej podło­dze pod mo­imi sto­pa­mi, żeby nie my­śleć o ca­łych rzędach ob­ser­wu­jących mnie twa­rzy.

Nie­na­wi­dzę uczu­cia by­cia ob­ser­wo­wa­nym.

- Przej­dźmy te­raz do war­to­ści, ja­ki­mi kie­ru­je się na­sza szko­ła.

Wszy­scy od­wra­ca­my się i jak za­zwy­czaj spo­gląda­my na ogrom­ny ekran z przo­du auli, go­to­wi oglądać prze­su­wa­jące się war­to­ści szko­ły wy­świe­tla­ne jak na­pi­sy na za­ko­ńcze­nie fil­mu. Za ka­żdym ra­zem to­wa­rzy­szy im pły­nący z gło­śni­ków hymn na­ro­do­wy. W cza­sie zwy­kłych ape­li ślu­bu­je­my wier­no­ść fla­dze, jed­nak dzi­siej­sze ze­bra­nie jest pierw­sze w ca­łym roku szkol­nym, więc Ni­veus robi to, w czym jest do­bry: pod­kręca dra­ma­tyzm.

Po­tężny, czar­ny ekran za­kry­wa wi­ęk­szo­ść ogrom­ne­go, po­dwój­ne­go okna za sce­ną. Ni­veus to szko­ła zbu­do­wa­na z ciem­ne­go szla­chet­ne­go drew­na i szkła, jak­by zo­sta­ła za­pro­jek­to­wa­na po to, żeby ku­sić świat ze­wnętrz­ny do za­gląda­nia do środ­ka. Bu­dyn­ki są sta­re i wy­gląda­ją jak na­wie­dzo­ne za­mczy­sko, za to w środ­ku pa­nu­je no­wo­cze­sno­ść i uno­si się smród prze­sad­ne­go bo­gac­twa.

Sły­szę gło­śne trza­śni­ęcie i na ekra­nie po­ja­wia się ob­raz. Pro­sto­kąt­na kar­ta z li­te­rą A w ka­żdym z na­ro­żni­ków i sym­bo­lem pik po­środ­ku.

To coś no­we­go.

Od­wra­cam się, żeby od­szu­kać wzro­kiem Jac­ka i prze­słać mu spoj­rze­nie "co to ma być, do cho­le­ry?", ale on gapi się w ekran, jak­by na nim nie zro­bi­ło to naj­mniej­sze­go wra­że­nia. Wszy­scy po­zo­sta­li też za­cho­wu­ją się ca­łko­wi­cie na­tu­ral­nie, jak Jack. To bar­dzo dziw­ne.

- Ekhm, chy­ba mamy ja­kieś prze­jścio­we pro­ble­my tech­nicz­ne... - mówi gdzieś z tyłu pani Black­burn, star­sza na­uczy­ciel­ka fran­cu­skie­go.

Roz­le­ga się jesz­cze kil­ka trza­sków i wszyst­ko wra­ca do nor­my. Gło­śni­ki dud­nią hym­nem na­ro­do­wym, a my wtó­ru­je­my, przy­ci­ska­jąc dło­nie do serc, wo­dząc wzro­kiem za ka­żdą z prze­su­wa­jących się po ekra­nie war­to­ści.

Ge­ne­ro­si­ty, Gra­ce, De­ter­mi­na­tion, In­te­gri­ty, Ide­alism, Excel­len­ce, Re­spect­ful­ness, Elo­qu­en­ce.

Szczo­dro­ść, ła­ska­wo­ść, de­ter­mi­na­cja, uczci­wo­ść, ide­alizm, per­fek­cjo­nizm, sza­cu­nek, elo­kwen­cja.

Li­sta cnót, któ­rych wi­ęk­szo­ść osób w na­szej szko­le nie pie­lęgnu­je. Łącz­nie ze mną.

- Te­raz mamy oka­zję wy­słu­chać mowy głów­nej star­szej pre­fekt­ki Chia­ma­ki.

Na sam dźwi­ęk jej imie­nia ucznio­wie sza­le­ją. Ze­wsząd sły­chać okla­ski i wi­wa­ty, gło­śniej­sze niż wcze­śniej, jak­by była bo­gi­nią - i jest nią, przy­naj­mniej we­dług stan­dar­dów Ni­veu­su.

- Dzi­ęku­ję, pa­nie dy­rek­to­rze. - Chia­ma­ka uśmie­cha się i wcho­dzi na po­dium. - Na po­cząt­ku chcia­ła­bym po­dzi­ęko­wać na­uczy­cie­lom za wy­bra­nie mnie na głów­ną star­szą pre­fekt­kę. Na­wet nie śni­łam, że spo­tka mnie taki za­szczyt. - Chia­ma­ka była pre­fekt­ką przez wszyst­kie lata, ja­kie spędzi­ła w szko­le, więc w jej te­go­rocz­nym wy­bo­rze nie ma ab­so­lut­nie ni­cze­go za­ska­ku­jące­go. Za to ja... Chia­ma­ka spo­gląda na na­uczy­cie­li, z dło­nią wci­ąż przy­ci­śni­ętą do ser­ca i, jak co roku, uda­je za­sko­cze­nie.

Moje oczy... na­praw­dę mam ocho­tę prze­wró­cić oczy­ma.

- Jako wa­sza głów­na star­sza pre­fekt­ka do­ło­żę wszel­kich sta­rań, by nasz ostat­ni rok w szko­le był naj­lep­szy z do­tych­cza­so­wych, za­czy­na­jąc od Cha­ry­ta­tyw­ne­go Balu Śnie­ży­nek pod ko­niec mie­si­ąca. Ra­zem z radą pre­fek­tów zro­bi­my wszyst­ko, by o tym wie­czo­rze mó­wio­no jesz­cze przez wie­le lat. - Ucznio­wie za­czy­na­ją kla­skać, ale ona nie ru­sza się z miej­sca. Si­ęga za to po mi­kro­fon, bo nie sko­ńczy­ła jesz­cze mo­no­lo­gu. - A przede wszyst­kim obie­cu­ję, że za­dbam, by wi­ęk­szo­ść ze­bra­nych fun­du­szy tra­fi­ła do wła­ści­wych wy­dzia­łów. Nie znio­sła­bym mar­no­wa­nia szczo­dro­ści na­szych dar­czy­ńców, gdy­by ofia­ro­wa­ne przez nich środ­ki zo­sta­ły prze­zna­czo­ne na nie­przy­dat­ne cele, na przy­kład wy­dział mu­zycz­ny. Jako głów­na star­sza pre­fekt­ka do­pil­nu­ję, by pierw­sze­ństwo mie­li ci ucznio­wie, któ­rzy re­pre­zen­tu­ją szko­łę w olim­pia­dach ma­te­ma­tycz­nych i na tar­gach edu­ka­cyj­nych, i któ­rzy dla na­szej szko­ły są praw­dzi­wą war­to­ścią. Dzi­ęku­ję wam bar­dzo!

Chia­ma­ka ko­ńczy prze­mo­wę, uśmie­cha się, a cała aula wy­bu­cha sal­wą wi­wa­tów.

Tym ra­zem mam wszyst­ko gdzieś i prze­wra­cam oczy­ma. Je­stem pe­wien, że dziew­czy­na z rzędu przede mną, z czer­wo­ny­mi wstążka­mi we wło­sach, wła­śnie dla­te­go pa­trzy na mnie z nie­ukry­wa­ną dez­apro­ba­tą.

Pre­fek­ci zo­sta­ją po ze­bra­niu, żeby ode­brać swo­je od­zna­ki, a po­zo­sta­li ucznio­wie i uczen­ni­ce opusz­cza­ją aulę i uda­ją się na lek­cje. Przy­glądam się, jak ma­sze­ru­ją w no­wiut­kich do­pa­so­wa­nych mun­dur­kach z to­reb­ka­mi z kro­ko­dy­lej skó­ry i z twa­rza­mi jak pla­sti­ko­we ma­ski. Spusz­czam wzrok na swo­je zno­szo­ne buty i swe­ter z pru­jący­mi się nit­ka­mi, czu­jąc ukłu­cie w ser­cu.

W Ni­veu­sie nie­na­wi­dzę wie­lu rze­czy: na przy­kład tego, że nie ma tu ni­ko­go (poza Jac­kiem) z mo­jej dziel­ni­cy. Że wszy­scy miesz­ka­ją w po­tężnych re­zy­den­cjach ukry­tych za bia­ły­mi pło­ta­mi i ka­żde z nich ma ku­cha­rza, któ­ry przy­rządza im śnia­da­nia. Że wszy­scy mają szo­fe­rów od­wo­żących ich do szko­ły, a w tor­bach no­szą kar­ty kre­dy­to­we bez li­mi­tu środ­ków. Cza­sem czu­ję przez to, jak­bym za­pa­dał się w so­bie, pękał i roz­sy­py­wał. Wiem, że nic do­bre­go nie wy­ni­ka z po­rów­ny­wa­nia tego, co mam, do ich sta­nu po­sia­da­nia, ale mimo to wi­dok ich bo­gac­twa i przy­wi­le­jów przy sa­mych bra­kach z mo­jej stro­ny boli. Po­wta­rzam so­bie wte­dy, że by­cie dzie­cia­kiem ko­rzy­sta­jącym ze sty­pen­dium nie jest ni­czym złym i nie mam się cze­go wsty­dzić.

Cza­sem to dzia­ła.

Na­sze od­zna­ki mają ró­żne ko­lo­ry. Moja jest czer­wo­na i błysz­cząca, z wy­gra­we­ro­wa­nym imie­niem "De­von" umiesz­czo­nym po­ni­żej wi­ęk­sze­go na­pi­su "star­szy pre­fekt". Pre­fek­ci i pre­fekt­ki wy­bie­ra­ni w ostat­niej kla­sie au­to­ma­tycz­nie sta­ją się głów­ny­mi kan­dy­da­ta­mi do wy­gło­sze­nia prze­mo­wy po­że­gnal­nej na za­ko­ńcze­nie szko­ły. I mimo że pra­wie na pew­no tego za­szczy­tu do­stąpi Chia­ma­ka, to i tak się cie­szę, że zna­la­złem się w ta­kim gro­nie. Kto wie, sko­ro uda­ło mi się zo­stać star­szym pre­fek­tem, może wszech­świat zde­cy­du­je się spe­łnić jesz­cze jed­no z mo­ich ma­rzeń i to ja wy­gło­szę prze­mo­wę... Za­zwy­czaj nie po­zwa­lam so­bie na tak śmia­łe my­śli, bo roz­cza­ro­wa­nia ozna­cza­ją ból, a ja wolę kon­tro­lo­wać te rze­czy, któ­re są w moim za­si­ęgu, re­zy­gnu­jąc z nie­mo­żli­wych. Z dru­giej stro­ny wcze­śniej na­uczy­cie­le nie zwra­ca­li na mnie uwa­gi. W za­sa­dzie nikt nie zwra­cał na mnie uwa­gi. Osi­ągnąłem do­sko­na­ło­ść w zni­ka­niu w tłu­mie, nie­po­zor­no­ści, nie­roz­po­zna­wal­no­ści i nie­otrzy­my­wa­niu za­pro­szeń na im­pre­zy. A dziś, pro­szę, sto­ję z przo­du, spo­ty­ka mnie coś nie­wy­tłu­ma­czal­ne­go i chcę wie­rzyć, że to znak, że ten rok będzie dla mnie do­bry (a przy­naj­mniej lep­szy niż trzy wcze­śniej­sze). Znak, że do­sta­nę się do col­le­ge'u i mama będzie ze mnie dum­na.

W ko­ńcu Ward po­zwa­la nam ode­jść. Wy­bie­gam z auli i prze­ci­skam się przez grup­kę, któ­ra zo­sta­ła po ze­bra­niu. Pędzę w kie­run­ku wy­lud­nio­ne­go, wy­ło­żo­ne­go mar­mu­rem ko­ry­ta­rza, wzdłuż któ­re­go sto­ją sza­re szaf­ki. Zwal­niam, kie­dy zza za­krętu wy­cho­dzi jed­na z na­uczy­cie­lek. Spo­gląda na mnie uwa­żnie, a jej pro­sty bob spra­wia, że wy­gląda jak nie­za­do­wo­lo­na Edna Mode z In­ie­ma­moc­nych. Po chwi­li mnie mija i znów mogę nor­mal­nie ode­tchnąć.

Moją uwa­gę zwra­ca gło­śne trza­śni­ęcie drzwicz­ka­mi szaf­ki, więc roz­glądam się, żeby zna­le­źć źró­dło ha­ła­su. Na­po­ty­kam in­ten­syw­ny wzrok ciem­no­wło­se­go go­ścia z ostrym, ci­ężkim ma­ki­ja­żem wo­kół oczu i wy­ra­zem twa­rzy, jak­by chciał wy­krzy­czeć do mnie "pier­dol się!". Josh? Ja­red? Nie mogę so­bie przy­po­mnieć, ale wiem, że znam go z wi­dze­nia.

To chło­pak, któ­ry w cza­sie ze­szło­rocz­ne­go balu zro­bił co­ming out, trzy­ma­jąc part­ne­ra za rękę. Przy­sze­dł na bal z in­nym fa­ce­tem i trzy­ma­li się za ręce. I nikt nie ro­bił z tego wiel­kie­go halo. Wszy­scy się cie­szy­li. Ja pa­mi­ętam je­dy­nie, że pa­trzy­łem wte­dy na nich i czu­łem przy­tła­cza­jącą za­zdro­ść.

Ten bal to je­den z obo­wi­ąz­ko­wych i ca­łko­wi­cie bez­sen­sow­nych zwy­cza­jów pie­lęgno­wa­nych w Ni­veu­sie. Dla­te­go ni­czym ma­so­chi­sta mu­sia­łem oglądać ich przez cały wie­czór ze swo­je­go miej­sca na ław­ce, z boku sali. Pa­trzy­łem, jak ta­ńczą przy­tu­le­ni, jak­by byli tu ca­łko­wi­cie bez­piecz­ni. Jak­by nic złe­go nie mo­gło ich spo­tkać. Jak­by mie­li pew­no­ść, że ro­dzi­ce nie prze­sta­ną ich ko­chać ani nie wy­rzu­cą z do­mów. Jak­by wszyst­ko mia­ło być do­brze.

My­śląc o tym, czu­łem ucisk w pier­si, ob­raz roz­my­wał mi się przed oczy­ma, a świa­tła auli zmie­ni­ły w ja­sne mi­go­czące okręgi. Za­mru­ga­łem, żeby prze­gnać łzy, a te, któ­re zdąży­ły stur­lać się po po­licz­kach, sta­rłem ręka­wem wy­po­ży­czo­ne­go smo­kin­gu, ga­pi­ąc się na nich, tan­ce­rzy kla­sy A, jak ja­kiś zbo­cze­niec i od­wra­ca­jąc wzrok tyl­ko wte­dy, gdy pa­trze­nie sta­wa­ło się zbyt bo­le­sne.

- Cze­go? - Ze wspo­mnień wy­ry­wa mnie głębo­ki, ostry jak nóż głos. Mru­gam za­sko­czo­ny. Chło­pak przy szaf­ce da­lej na mnie pa­trzy i te­raz chy­ba jest jesz­cze bar­dziej wście­kły.

Od­wra­cam się i ru­szam w prze­ciw­ną stro­nę. Boję się obej­rzeć. Po pierw­sze dla­te­go, że - Ja­red? Jim? - ten gość - se­rio mnie prze­ra­ża, a po dru­gie, w mo­jej gło­wie znów po­ja­wia­ją się uryw­ki wspo­mnień z tam­te­go balu, ich sple­cio­ne pal­ce, uśmie­chy... Za­ci­skam po­wie­ki i pró­bu­ję sku­pić się na czy­mś in­nym. Na przy­kład na za­jęciach z mu­zy­ki.

Wcho­dzę na pierw­sze pi­ętro, gdzie znaj­du­je się sala mu­zycz­na, pa­ląc po dro­dze de­pry­mu­jące wspo­mnie­nia i oczysz­cza­jąc gło­wę z ich po­pio­łów.

Czu­ję mro­wie­nie na wi­dok drzwi z ciem­ne­go dębu z ta­blicz­ką "Pra­cow­nia mu­zycz­na". Smu­tek mo­men­tal­nie mnie opusz­cza. To moje ulu­bio­ne miej­sce tu­taj: je­dy­ne w ca­łej szko­le, gdzie czu­ję się jak w domu. Są tu jesz­cze inne pra­cow­nie mu­zycz­ne, w wi­ęk­szo­ści stu­dia na­grań albo miej­sca do ćwi­czeń in­dy­wi­du­al­nych, ale tę salę lu­bię naj­bar­dziej. Jest bar­dziej otwar­ta i mniej sa­mot­na.

- De­von! Wi­taj po prze­rwie i, przy oka­zji, gra­tu­lu­ję zo­sta­nia pre­fek­tem! - mówi pan Tay­lor, kie­dy wcho­dzę do środ­ka. Pan Tay­lor to mój ulu­bio­ny na­uczy­ciel. Od pierw­szej kla­sy uczy mnie mu­zy­ki i chy­ba tyl­ko on roz­ma­wia ze mną poza za­jęcia­mi. Jest za­wsze uśmiech­ni­ęty i za­do­wo­lo­ny. - Mo­żesz roz­po­cząć pra­ce nad pro­jek­tem za­ko­ńcze­nio­wym ra­zem z resz­tą kla­sy.

Po­zo­sta­li ucznio­wie i uczen­ni­ce w pra­cow­ni są sku­pie­ni na wła­snej mu­zy­ce. Część pra­cu­je przy kla­wia­tu­rach key­bo­ar­dów, inni z ołów­ka­mi w dło­niach za­pi­su­ją me­lo­die na pi­ęcio­li­niach. Na­sze pro­jek­ty za­ko­ńcze­nio­we mie­li­śmy za­cząć pla­no­wać pod­czas wa­ka­cji, by przed­sta­wić ich zręby za­raz po po­wro­cie do szko­ły. Ja jed­nak wi­ęk­szo­ść lata spędzi­łem, pra­cu­jąc nad swo­im utwo­rem na eg­za­min wstęp­ny do col­le­ge'u i ro­bi­ąc inne, nie tak roz­wi­ja­jące rze­czy.

Już od drzwi wi­dzę swo­je miej­sce do pra­cy z tyłu, pod oknem: stół z key­bo­ar­dem ozna­czo­ny zło­ty­mi ini­cja­ła­mi DR. Nie­wie­le osób de­cy­du­je się na mu­zy­kę, więc ka­żde z nas ma osob­ne biur­ko. Uwiel­biam tę salę rów­nież dla­te­go, że przy­po­mi­na mi aule, w któ­rych gra­ne są kon­cer­ty mu­zy­ki kla­sycz­nej on­li­ne: jest owal­na, z brązo­wy­mi pa­ne­la­mi na ścia­nach. Wcho­dząc tu, czu­ję się jak ktoś wi­ęcej niż tyl­ko dzie­ciak ze sty­pen­dium. Jak­by tu było moje miej­sce i moje ży­cie, wśród tych wła­śnie lu­dzi.

Choć wiem, oczy­wi­ście, że to nie­praw­da.

- Dzi­ęku­ję - mó­wię i ru­szam w stro­nę swo­je­go key­bo­ar­du, o któ­rym ma­rzy­łem przez całe wa­ka­cje. W domu nie mam ta­kie­go in­stru­men­tu, bo i tak nie by­ło­by na nie­go miej­sca, a poza tym one są znacz­nie dro­ższe, niż może się wy­da­wać. Mama na pew­no ku­pi­ła­by mi go, gdy­bym po­pro­sił, ale i bez tego ogrom­nie się dla mnie po­świ­ęca, więc nie chcę ob­ci­ążać jej bar­dziej, niż to ko­niecz­ne. Dla­te­go kie­dy je­stem poza szko­łą, im­pro­wi­zu­ję, nucę, za­pi­su­ję nuty, słu­cham mu­zy­ki i oglądam wszyst­ko, co mogę. Wpraw­dzie bar­dziej in­te­re­su­je mnie kom­po­zy­cja i pi­sa­nie pio­se­nek, ale nic nie za­stąpi praw­dzi­we­go in­stru­men­tu pod pal­ca­mi.

Podłączam key­bo­ard do prądu i in­stru­ment oży­wa. Włącza się pro­sto­kąt­ny wy­świe­tlacz w na­ro­żni­ku. Za­kła­dam słu­chaw­ki, prze­su­wam pal­ca­mi po czar­nych i bia­łych kla­wi­szach, gram kil­ka akor­dów, uwal­niam cha­otycz­ną me­lo­dię, po czym sia­dam, za­my­kam oczy i wy­obra­żam so­bie oce­an. Błękit­no­zie­lon­ka­we fale, ryby i ja­sne wo­do­ro­sty. Wska­ku­ję do wody i za­nu­rzam się.

Wzbie­ra we mnie zna­jo­my spo­kój, a dło­nie same si­ęga­ją do kla­wi­szy.

Do­pie­ro wte­dy za­czy­nam grać.

Za­pra­sza­my do za­ku­pu pe­łnej wer­sji ksi­ążki