As Dust Dances - Samantha Young

Kup ebooka

39.90 zł
33.47 zł (32,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

1

???

Glas­gow, Szko­cja

Moja muzyka uno­siła się w powie­trzu, ota­cza­jąc mnie niczym prze­zro­czy­sta bańka zna­jo­mych dźwię­ków w mie­ście, które na­dal wyda­wało mi się pod wie­loma wzglę­dami obce.

Dzień był pochmurny. Bijący od sza­rego nieba odblask nada­wał sre­brzy­stą barwę bla­do­żół­tym budyn­kom przy Bucha­nan Street i tłu­mił czer­wo­nawy kolor pia­skowca, tak cha­rak­te­ry­stycz­nego dla archi­tek­tury Glas­gow. Wystę­po­wa­łam przy głów­nym dep­taku han­dlo­wym mia­sta. Usta­wi­łam się w wystar­cza­ją­cej odle­gło­ści od wej­ścia domu han­dlo­wego znaj­du­ją­cego się za mną, ale nie na tyle daleko, żeby zagra­dzać drogę prze­chod­niom. Gra­łam na swo­jej uko­cha­nej gita­rze aku­stycz­nej Tay­lor i śpie­wa­łam. W prze­ci­wień­stwie do innych ulicz­nych graj­ków, z któ­rymi musia­łam kon­ku­ro­wać, nie uży­wa­łam wymyśl­nych sys­te­mów nagła­śnia­ją­cych z dro­gimi wzmac­nia­czami i mikro­fo­nami. Przy­cią­ga­łam uwagę prze­chod­niów siłą głosu i jako­ścią gry.

Gra­jąc na tutej­szych uli­cach, ni­gdy nie czu­łam się jak intruz. Wła­ści­wie tylko w takich chwi­lach Glas­gow nie wyda­wało mi się obce. Mia­łam wra­że­nie, że pasuję do tego kocha­ją­cego muzykę mia­sta. Jeśli czer­wony pia­sko­wiec two­rzył obli­cze Glas­gow, muzyka była jego ser­cem. Cho­ciaż z rezy­gna­cją uzna­łam, że życie starło mnie na proch, to świa­do­mość, że jestem jed­nym z tak­tów melo­dii tego mia­sta, doda­wała mi otu­chy.

Cza­sami, zwłasz­cza kiedy byłam w wesel­szym nastroju i decy­do­wa­łam się na wyko­na­nie wła­snej wer­sji jakiejś zna­nej pio­senki w stylu pop lub dance, przy­cią­ga­łam tłumy. Zda­rzało się to zwy­kle w soboty, tak jak dzi­siaj, kiedy ludzie przy­cho­dzili tu na leniwe zakupy i nie śpie­szyli się, żeby wró­cić do pracy przed koń­cem prze­rwy na lunch.

Na ogół jed­nak prze­chod­nie mijali mnie obo­jęt­nie lub wrzu­cali drobne do fute­rału na gitarę i szybko odcho­dzili. Mia­łam nawet kilku sta­łych klien­tów, któ­rzy za każ­dym razem rzu­cali mi kilka monet, jakby z przy­zwy­cza­je­nia. Nie prze­szka­dzało mi to. Naprawdę potrze­bo­wa­łam pie­nię­dzy, nie jak ci inni graj­ko­wie, wypo­sa­żeni w kosz­towne sys­temy nagła­śnia­jące. Nie pro­si­łam nikogo o sfil­mo­wa­nie mnie tele­fo­nem i zamiesz­cze­nie fil­miku na YouTu­bie, żeby potem ktoś mnie "odkrył".

Zosta­łam uliczną artystką, żeby zaro­bić na codzienny posi­łek. A jeśli dzień był szcze­gól­nie udany, wystar­czało mi rów­nież na bilet wstępu na basen miej­ski, gdzie mogłam sko­rzy­stać z prysz­nica i suszarki do wło­sów. W gor­sze dni musia­łam obejść się tym, co tutejsi bez­domni nazy­wali "kąpielą bie­daka". Roz­bie­ra­łam się w swoim namio­cie i wycie­ra­łam chu­s­tecz­kami do pie­lę­gna­cji nie­mow­ląt tak sta­ran­nie, jak tylko się dało.

Zer­k­nę­łam w dół, na fute­rał do gitary, i z rado­ścią stwier­dzi­łam, że dzi­siaj chyba wystar­czy mi na prysz­nic.

W podzię­ko­wa­niu ski­nę­łam głową dwóm nasto­lat­kom, które wła­śnie wrzu­ciły kilka monet. Śpie­wa­łam melan­cho­lijną pio­senkę Adele, Some­one Like You, dobraną do pogody. Ten utwór podoba się każ­demu, więc jak zwy­kle zebrała się wokół mnie spora grupa słu­cha­czy. Śpie­wa­łam go, kiedy naprawdę potrze­bo­wa­łam gotówki. Mam skalę głosu wystar­cza­jąco dobrą, żeby korzy­stać z reper­tu­aru Adele, ale żeby odpo­wied­nio sprze­dać pio­senkę, potrzebne jest coś wię­cej. Trzeba wczuć się w jej słowa tak, jakby samemu się je napi­sało. Nie wydaje się to trudne, jeśli rze­czy­wi­ście jest się auto­rem. Przez długi czas wyko­ny­wa­łam tylko wła­sne pio­senki, więc nie było to dla mnie pro­ble­mem.

Występy uliczne oka­zały się czymś zupeł­nie innym. Ludzie nie chcieli słu­chać nie­zna­nych sobie pio­se­nek. Jesz­cze kilka lat wcze­śniej byłoby to dla mnie pro­ble­mem. Nie umia­łam posta­wić się w czy­jejś sytu­acji ani odczu­wać empa­tii.

Jed­nak teraz... Cóż, teraz potra­fi­łam śpie­wać cudze smutne bal­lady, jakby naprawdę miało pęk­nąć mi serce. Kiedy roz­glą­da­łam się po ota­cza­ją­cych mnie ludziach, w nie­jed­nych oczach dostrze­ga­łam łzy. Bar­dzo mi się podo­bało, że moje uliczne gra­nie potrafi wzbu­dzać tak głę­bo­kie emo­cje. Nie zno­si­łam nato­miast wszyst­kiego innego, co się z tym wią­zało.

Kiedy śpie­wa­łam o prze­mi­ja­niu i o tym, że minione dni były naj­waż­niej­sze w naszym życiu, czu­łam, że te słowa wydo­by­wają się pro­sto z mojej duszy. Kiedy wyśpie­wy­wa­łam świa­do­mie łamią­cym się gło­sem słowo "życie", dostrze­głam w tłu­mie zna­jomą twarz.

Poczu­łam, że prze­biega mnie lekki dreszcz, ale zigno­ro­wa­łam go i wpa­tru­jąc się w męż­czy­znę, śpie­wa­łam dalej. Spoj­rze­niem mówi­łam mu, że jego obec­ność nie robi na mnie wra­że­nia. Nie był w sta­nie mnie prze­stra­szyć. Czyżby nie wie­dział, że sta­łam się nie­ustra­szona?

Nie wie­dzia­łam, jak się nazywa. Nic o nim nie wie­dzia­łam oprócz tego, że kiedy się poja­wiał, wszy­scy wokół niego zda­wali się zni­kać. Nie był prze­sad­nie wysoki, miał naj­wy­żej metr osiem­dzie­siąt i smu­kłą syl­wetkę, więc to nie impo­nu­jąca postura przy­cią­gała wzrok. Cho­dziło raczej o oso­bo­wość. Nie mogłam dostrzec, jaki ma kolor oczu, ponie­waż zawsze sta­wał dość daleko, ale wie­dzia­łam, że są ciemne i prze­ni­kliwe. Wyraz twa­rzy miał zwy­kle surowy i jakby nie­obecny, co nie paso­wało do tego, że prze­ja­wiał wyraźne zain­te­re­so­wa­nie moimi wystę­pami. Dzi­siaj stał z rękami w kie­sze­niach dżin­sów, nieco z boku, i słu­chał mnie z lekko prze­chy­loną głową, jak zwy­kle patrząc chłodno i obo­jęt­nie.

Kiedy doszłam do frag­mentu mówią­cego o tym, że chcę zna­leźć "kogoś takiego jak ty", spoj­rza­łam spod ronda kape­lu­sza na ciem­nie­jące niebo. Chmury nade mną były rów­nie cięż­kie i ponure jak brzmie­nie mojego głosu. Po ostat­nim ude­rze­niu w struny, kiedy dźwięk jesz­cze wibro­wał w powie­trzu, opu­ści­łam głowę i słu­cha­łam cichych braw publicz­no­ści.

Nie­mal natych­miast prze­szłam do następ­nej pio­senki, tym razem wła­snej, ory­gi­nal­nej. Jak już powie­dzia­łam, więk­szość ludzi chce słu­chać zna­nych sobie kawał­ków, ale ja byłam pio­sen­karką i autorką jed­no­cze­śnie, więc pra­gnę­łam cho­ciaż raz pod­czas sesji wyśpie­wać to, co naprawdę czuję. Dodat­kowo zauwa­ży­łam, że nie­zna­jomy odda­lał się dopiero po tym, kiedy wyko­na­łam wła­sną pio­senkę.

Dziwne, ale praw­dziwe.

Pra­wie wszy­scy, któ­rych przy­cią­gnęła pio­senka Adele, zostali, żeby wysłu­chać mojego ryt­micz­nego, weso­łego utworu ze smut­nym tek­stem. Gdy skoń­czy­łam, kilka osób pode­szło bli­żej, żeby rzu­cić tro­chę drob­nych. Nie­któ­rzy mnie chwa­lili, a nawet mi dzię­ko­wali. Trudno było patrzeć na ludzi, któ­rzy odcho­dzili bez słowa, więc sku­pia­łam się na tych na tyle miłych, żeby ofia­ro­wać mi pie­nią­dze.

Zebra­łam już sumę wystar­cza­jącą na posi­łek, prysz­nic i pral­nię samo­ob­słu­gową.

Gdyby ktoś spy­tał mnie o radę na temat bez­dom­no­ści, wyja­śni­ła­bym, jak bar­dzo ważne jest utrzy­ma­nie czy­stych i suchych stóp. Należy codzien­nie zmie­niać skar­pety. Od punktu, w któ­rym roz­bi­ja­łam namiot, było dwa­dzie­ścia minut pie­chotą do pralni i dzie­sięć na basen. Mogłam prać i suszyć swoje nie­liczne ciu­chy i dzięki temu co dzień wkła­dać świeże skar­pety.

Z wdzięcz­no­ścią uśmie­cha­łam się do ludzi i dzię­ko­wa­łam z uda­wa­nym angiel­skim akcen­tem. Wola­ła­bym przy­brać szkocki, ale kiedy pró­bo­wa­łam, zawsze wycho­dził irlandzki, z lekką nutą austra­lij­ską. Byłam lep­sza w symu­lo­wa­niu wymowy z połu­dnio­wej Anglii, więc na tym poprze­sta­łam. Dla­czego w ogóle sta­ra­łam się mówić z pod­ra­bia­nym akcen­tem? Cóż, nie chcia­łam zostać roz­po­znana. Gdyby ktoś sko­ja­rzył moją twarz z gło­sem i dodał do tego ame­ry­kań­ską wymowę, sprawy mogłyby się skom­pli­ko­wać.

Ludzie zaczęli się roz­cho­dzić, a ja posta­no­wi­łam zakoń­czyć pracę. Docho­dziła dopiero pięt­na­sta, ale czu­łam, że bar­dzo potrze­buję kąpieli. Na doda­tek wyglą­dało na to, że w każ­dej chwili może lunąć deszcz. Od kom­pleksu base­no­wego dzie­liła mnie nie­mal godzina drogi pie­chotą, więc cho­wa­jąc pie­nią­dze do kie­szeni, zasta­na­wia­łam się, czy postą­pię bar­dzo głu­pio, jeśli zafun­duję sobie bilet auto­bu­sowy. Gdy­bym prze­mo­kła, mogła­bym zacho­ro­wać i co bym wtedy zro­biła?

Jesz­cze raz zer­k­nę­łam na niebo i dostrze­głam wyjąt­kowo groź­nie wyglą­da­jącą chmurę, z któ­rej w każ­dej chwili mogły spaść strugi ulew­nego desz­czu. Zde­cy­do­wa­nie lepiej było poje­chać auto­bu­sem.

Po skó­rze prze­biegł mi cha­rak­te­ry­styczny dreszcz. Unio­słam wzrok i spo­strze­głam, że nie­zna­jomy facet na­dal stoi nie­opo­dal i obser­wuje mnie, skrzy­żo­waw­szy ramiona na piersi. Skrzy­wi­łam się, widząc jego sza­cu­jące spoj­rze­nie.

Zaczął się poja­wiać i słu­chać moich wystę­pów jakiś mie­siąc wcze­śniej. Przy­cho­dził w każdą sobotę i obser­wo­wał mnie z daleka. Wie­dzia­łam, że nie cho­dzi o pociąg fizyczny, ponie­waż w tym okre­sie wyglą­da­łam nie naj­le­piej. Musiało mu cho­dzić o mój głos, a to mnie prze­ra­żało. Gra­nie na ulicy sta­no­wiło dla mnie ryzyko. Wystar­czyła jedna osoba, która roz­po­zna­łaby mnie po gło­sie.

Stąd uda­wany akcent.

Czy ten facet się tego domy­ślił?

Pró­bo­wa­łam tele­pa­tycz­nie naka­zać mu, żeby spa­dał.

Nagle ruszył w moją stronę, a ja zesztyw­nia­łam, cho­wa­jąc gitarę do fute­rału. To było coś nowego.

Zatrzy­mał się kilka metrów ode mnie, a ja się wypro­sto­wa­łam. Mia­łam metr sześć­dzie­siąt osiem wzro­stu, nie byłam więc niska, ale też nie­zbyt wysoka. Poczu­łam się jed­nak lepiej, gdy sta­łam wypro­sto­wana naprze­ciw nie­zna­jo­mego.

Spoj­rza­łam na niego z wyzy­wa­jącą miną.

Jego spoj­rze­nie nie wyra­żało nic.

Wła­śnie dla­tego zdzi­wi­łam się, kiedy oznaj­mił bez wstępu:

- Umiesz śpie­wać. Umiesz kom­po­no­wać.

Zmarsz­czy­łam czoło. Prze­chy­li­łam lekko głowę i ana­li­zo­wa­łam wyraz jego twa­rzy.

- Wiem - odrze­kłam w końcu.

Jego usta lekko się roz­cią­gnęły, co chyba ozna­czało uśmiech.

- Pozwól, że zapro­szę cię na kawę.

Obu­dziła się we mnie nie­uf­ność.

Cho­ciaż dokła­da­łam wszel­kich sta­rań, żeby zacho­wać higienę oso­bi­stą, nie potra­fi­łam się wyzbyć wyglądu osoby bez­dom­nej. Wszę­dzie nosi­łam ze sobą duży ple­cak, w któ­rym krył się mój jed­no­oso­bowy namiot. Raz w tygo­dniu bra­łam prysz­nic, a w dni, w które nie mogłam tego zro­bić, spry­ski­wa­łam włosy tanim suchym szam­po­nem, któ­rego uży­wa­łam bar­dzo oszczęd­nie. Bar­dzo dba­łam o swoje nie­liczne bluzki i dwie pary dżin­sów, sta­ra­jąc się ich nie bru­dzić. Jed­nak nie potra­fi­łam się pozbyć brudu pod paznok­ciami i, co waż­niej­sze, zim­nego bły­sku trud­nej rze­czy­wi­sto­ści w spoj­rze­niu.

Byłam bez­domna i chyba więk­szość ludzi instynk­tow­nie to wyczu­wała. A to ozna­czało, że nie­raz obcy faceci skła­dali mi jed­no­znaczne pro­po­zy­cje, niczym pospo­li­tej pro­sty­tutce.

- Dla­czego? - wark­nę­łam, czu­jąc do niego żywio­łową nie­chęć, tak samo jak do innych męż­czyzn, któ­rzy chcieli mnie wyko­rzy­stać.

Odpo­wie­dział roz­ba­wio­nym spoj­rze­niem.

- Nie cho­dzi o seks. Chcę tylko poroz­ma­wiać. O two­jej muzyce.

- Dla­czego? - powtó­rzy­łam.

- Pozwól się zapro­sić na kawę, a wszystko ci wytłu­ma­czę.

- Nie pijam kawy.

Skrzy­wił się i zmie­rzył wzro­kiem moją syl­wetkę. Nie było w tym żad­nego zabar­wie­nia sek­su­al­nego, tylko obraź­liwe lek­ce­wa­że­nie.

- W takim razie pozwól, że posta­wię ci coś cie­płego do jedze­nia. Zaosz­czę­dzisz tro­chę kasy - powie­dział, kiedy nasze oczy znów się spo­tkały.

- Teraz?

- Teraz.

Zasta­no­wi­łam się nad tą zde­cy­do­wa­nie kuszącą pro­po­zy­cją. Był jasny dzień, sta­li­śmy na Bucha­nan Street. Nawet jeśli miał wobec mnie jakieś nie­go­dziwe zamiary, nie mógł mi tu wyrzą­dzić wiel­kiej krzywdy. Zer­k­nę­łam w lewo, w górę ulicy. Czer­wono-biały pasia­sty szyld restau­ra­cji TGI Fri­days przy­zy­wał mnie kusząco.

Waha­łam się jed­nak, nie mając pew­no­ści, dla­czego ten facet się mną inte­re­suje i czy przy­pad­kiem nie odkrył mojej toż­sa­mo­ści. Spu­ści­łam głowę, by scho­wać twarz pod ron­dem kape­lu­sza.

- Poszu­kaj sobie innej roz­rywki. Nie, dzię­kuję. - Ode­szłam, nie oglą­da­jąc się na niego.

Nie zawo­łał mnie, a im bar­dziej się odda­la­łam, tym więk­sza ogar­niała mnie ulga; napięte mię­śnie roz­luź­niły się i sku­lone ramiona wró­ciły do nor­mal­nej pozy­cji.

Pół­nocny kra­niec Bucha­nan Street zaczy­nał się na wzgó­rzu, przy Glas­gow Royal Con­cert Hall. Potem ulica bie­gła łagod­nie w dół, żeby wyrów­nać się mniej wię­cej w poło­wie swo­jej dłu­go­ści. Wystę­po­wa­łam wła­śnie w tej oko­licy, więc dotar­cie na przy­sta­nek auto­bu­sowy przy ruchli­wej Argyle Street zajęło mi nie­spełna pięć minut. Nie­spełna pięć minut, żeby wyrzu­cić z pamięci tego nie­zna­jo­mego faceta. W moim obec­nym życiu nie było czasu na przej­mo­wa­nie się takimi dro­bia­zgami. Na tym to wła­śnie miało pole­gać. Mia­łam czas jedy­nie na zaj­mo­wa­nie się pod­sta­wo­wymi spra­wami. Nawet się nie spo­dzie­wa­łam, że to daje takie poczu­cie wyzwo­le­nia.

- Hej, muzy­kantko! - usły­sza­łam, gdy docho­dzi­łam do przy­stanku.

Spo­strze­głam dwoje bez­dom­nych, sie­dzą­cych w śpi­wo­rach przy wej­ściu do sta­rego pasażu han­dlo­wego Argyle Street Arcade.

Ponie­waż mojego auto­busu jesz­cze nie było widać, pode­szłam do Hama i Mandy. Pozna­łam ich krótko po tym, jak przy­by­łam do Glas­gow i stwier­dzi­łam, że nie wystar­czy mi pie­nię­dzy na pobyt w hotelu. Zaczę­łam sypiać w tanim namio­cie, który kupi­łam spe­cjal­nie w tym celu, i mniej wię­cej po tygo­dniu tych dwoje pode­szło do mnie, gdy gra­łam na ulicy.

- Cześć - pozdro­wi­łam ich.

Pode­szłam bli­żej i spoj­rza­łam na nich. Współ­czu­cie chwy­ciło mnie za gar­dło. To dziwne, ale nie czu­łam, że mam z nimi cokol­wiek wspól­nego poza tym, że wszy­scy troje byli­śmy bez­domni. Po pro­stu nie wyobra­ża­łam sobie, że mogła­bym się tak zapu­ścić.

- Co u cie­bie, muzy­kantko? - zapy­tała Mandy z sze­ro­kim uśmie­chem.

Przy­zwy­cza­iłam się już do jej zepsu­tych zębów pokry­tych nalo­tem, więc nawet nie drgnę­łam na ich widok. Co pół­tora mie­siąca kupo­wa­łam nową szczo­teczkę. Tra­dy­cyjną, nie elek­tryczną, jed­nak było to lep­sze niż nic. Nie zapo­mi­na­łam o uży­wa­niu nici den­ty­stycz­nej. Bar­dzo dba­łam o dobry stan zębów i dzią­seł.

- Prze­cież ona ma imię - upo­mniał ją Ham, prze­wra­ca­jąc oczami.

Nie poda­łam im praw­dzi­wego. Powie­dzia­łam, że nazy­wam się Sarah.

- "Muzy­kantka" ma wię­cej wspól­nego z prawdą - odpa­ro­wała Mandy i uśmiech­nęła się do mnie zna­cząco.

Przej­rzała mnie. Raczej mnie nie roz­po­znała, ale wie­działa, że nie nazy­wam się Sarah. Wcale mi się nie podo­bało, że tak łatwo potrafi mnie roz­szy­fro­wać. Na­dal jed­nak ją lubi­łam, ponie­waż ni­gdy mnie o nic nie wypy­ty­wała.

- Zostaw dziew­czynę w spo­koju - upo­mniał ją towa­rzysz.

Hamil­ton, w skró­cie Ham, nie był pierw­szym hero­ini­stą, któ­rego w życiu pozna­łam. Ten jed­nak wyda­wał się zde­cy­do­wa­nie naj­tra­gicz­niej­szą posta­cią. Wysoki, szczu­pły, cały w tatu­ażach, miał piękne zie­lone oczy i twarz, która byłaby nie­zwy­kle atrak­cyjna, gdyby nie fizyczne piętno odci­śnięte na niej przez nałóg. Policzki się zapa­dły, skóra posza­rzała, a zęby znaj­do­wały się w jesz­cze gor­szym sta­nie niż u Mandy. Nie tylko żółte i popsute, lecz także na doda­tek lewy kieł był zła­many, a pra­wego sie­ka­cza bra­ko­wało. Już przy pierw­szym spo­tka­niu oboje opo­wie­dzieli mi swoje histo­rie.

Mandy ucie­kła z domu peł­nego prze­mocy. Part­ne­rzy matki sys­te­ma­tycz­nie napa­sto­wali ją sek­su­al­nie, a zazdro­sna kobieta za karę ją biła, jakby to była jej wina. Kiedy Mandy opo­wia­dała o tym bez­na­mięt­nym tonem, czu­łam bole­sny ucisk w żołądku. Brzmiało to tak, jakby te przej­ścia przy­pra­wiły ją o para­liż uczuć. Potra­fi­łam to zro­zu­mieć.

By prze­trwać na ulicy, Mandy zaczęła się pro­sty­tu­ować. Naba­wiła się cięż­kich sta­nów lęko­wych oraz depre­sji i nie­wiele bra­ko­wało, a popeł­ni­łaby samo­bój­stwo. W samą porę poznała Hama. Ona pocho­dziła spoza Glas­gow, nato­miast on z Ibrox, dziel­nicy poło­żo­nej nie­spełna pięt­na­ście minut od cen­trum mia­sta. Uza­leż­nił się od hero­iny, kiedy miał pięt­na­ście lat, i przez nałóg stra­cił rodzinę, więk­szość przy­ja­ciół i zdol­ność utrzy­ma­nia pracy.

Nałóg Hama nie prze­szka­dzał Mandy. Przy­naj­mniej tak twier­dziła. Bar­dzo mi było żal ich obojga, nie tylko dla­tego, że tak wiele prze­szli i skoń­czyli na ulicy. Było mi ich żal, ponie­waż widzia­łam, że Ham kocha Mandy. Jed­nak gdy któ­re­goś dnia odda­lił się na chwilę, żeby poroz­ma­wiać z innym bez­dom­nym, Mandy wyznała mi, że jest z nim tylko ze względu na ochronę przed innymi face­tami, którą jej zapew­nił, i dla­tego że nie zra­żają go jej nie­le­czone nawra­ca­jące stany lękowe. Zapy­ta­łam ją, czy go kocha. Stwier­dziła, że uważa go za przy­ja­ciela. Było jed­nak oczy­wi­ste, że za ochronę dawała mu nie tylko przy­jaźń. Na­dal zatem się pro­sty­tu­owała, lecz w nieco inny spo­sób.

- Co tam? - zapy­ta­łam, choć wła­ści­wie nie mia­łam ochoty z nimi roz­ma­wiać. Ich towa­rzy­stwo było zbyt przy­gnę­bia­jące.

Zanim któ­re­kol­wiek zdą­żyło odpo­wie­dzieć, spa­dła pierw­sza ciężka kro­pla desz­czu.

- Kurde! - Ham spoj­rzał w niebo. - Wie­dzia­łem.

- Poszu­ka­cie jakie­goś schro­nie­nia? - zapy­ta­łam.

- To tylko mały desz­czyk. Już dawno nie bra­łam prysz­nica, więc będzie oka­zja - odrze­kła Mandy ze śmie­chem.

- A ty dokąd się wybie­rasz? - spy­tał Ham.

Wzru­szy­łam ramio­nami. Nikomu nie powie­dzia­łam, gdzie spę­dzam noce.

- Chcę się umyć i coś zjeść.

Mandy zmie­rzyła mnie kry­tycz­nym wzro­kiem.

- Ty wciąż sama? Co ci mówi­li­śmy na ten temat? Potrze­bu­jesz faceta. Albo poszu­kaj sobie jakiejś kole­żanki.

Ham spoj­rzał na mnie z tro­ską.

- Albo zostań z nami. Będziemy cię chro­nić.

Wie­dzia­łam, że w tej pro­po­zy­cji nie ma nic dwu­znacz­nego, mimo to wzdry­gnę­łam się na samą myśl. Oboje prze­ko­ny­wali mnie, że pro­wa­dząc samotne życie, wysta­wiam się na nie­bez­pie­czeń­stwo. Prze­mie­rza­łam to mia­sto od kilku mie­sięcy i widzia­łam sporo bez­dom­nych par lub kobiet trzy­ma­ją­cych się w małych grup­kach.

Ja jed­nak byłam spryt­niej­sza niż oni wszy­scy. Sypia­łam tam, gdzie nikt się nie zapusz­czał, z dala od cen­trum mia­sta. Nie potrze­bo­wa­łam ochrony.

- Wiem, że wyglą­dam na bez­bronne chu­cherko, ale to tylko pozory. Potra­fię nie­źle przy­ło­żyć - zapew­ni­łam ich z ponu­rym uśmie­chem i cof­nę­łam się o krok. - Umiem o sie­bie zadbać. Zapew­niam.

- Któ­re­goś dnia spo­tka cię coś złego. Zoba­czysz! - zawo­łała za mną Mandy.

Jej słowa zabrzmiały tak zło­wróżb­nie, że zimny dreszcz prze­biegł mi po ple­cach.

To głu­pota, zga­ni­łam się w myślach, sta­ra­jąc się otrzą­snąć z nie­mi­łego uczu­cia. Świet­nie dawa­łam sobie radę.

Nie mia­łam takich pro­ble­mów jak oni. Byłam spryt­niej­sza. Wie­dzia­łam, jak postę­po­wać, ponie­waż mimo mło­dego wieku zdo­by­łam życiowe doświad­cze­nie i mogłam z niego czer­pać.

Teraz żyłam wła­śnie tak. I bar­dzo mi się to podo­bało. Mar­twi­łam się tylko spra­wami naj­waż­niej­szymi, pod­sta­wo­wymi, a wszystko inne prze­stało się liczyć. Naj­waż­niej­sze to nie myśleć o tym, kim byłam kie­dyś.

Rozdział 2

2

???

Jazda auto­bu­sem trwała zale­d­wie kwa­drans. Wysia­dłam na przy­stanku odda­lo­nym od kom­pleksu base­no­wego o pięć minut spa­ce­rem. Zawsze korzy­sta­łam z tego basenu, ponie­waż od pralni samo­ob­słu­go­wej dzie­liło go dzie­sięć minut drogi, a od miej­sca, w któ­rym spa­łam, dwa­dzie­ścia.

W każdą sobotę za biur­kiem sie­działa ta sama recep­cjo­nistka. Była to miła dziew­czyna, która uprzej­mie prze­cho­wy­wała moją gitarę, kiedy już zapła­ci­łam za wstęp. Wrę­cza­jąc mi bilet, uśmie­chała się smutno, więc na pewno wie­działa, że nie przy­cho­dzę tu pły­wać. Mimo to mnie wpusz­czała.

Jej dobroć nieco raniła moją dumę, ale nie mia­łam czasu na roz­trzą­sa­nie takich spraw. Szybko prze­szłam do dam­skiej szatni. Na pod­ło­dze wyło­żo­nej kaflami stały kałuże wody, ściany poły­ski­wały od osa­dza­ją­cej się na nich skro­plo­nej pary wod­nej. Wokół uno­siła się silna woń chloru, która od jakie­goś czasu dzia­łała na mnie uspo­ka­ja­jąco. Zna­la­złam wolną szafkę, wyję­łam z ple­caka tani szam­pon z odżywką, krem do gole­nia, maszynkę i żel pod prysz­nic. Ostroż­nie, żeby nie uszko­dzić namiotu, scho­wa­łam ple­cak w szafce, a następ­nie roze­bra­łam się do bie­li­zny.

Dora­sta­jąc, nie mia­łam pro­ble­mów z akcep­ta­cją swo­jego ciała. Jako nasto­latka deli­kat­nie się zaokrą­gli­łam, ale na­dal nosi­łam roz­miar S i nikt ni­gdy nie rzu­cał żad­nych komen­ta­rzy na temat mojej wagi, więc nie zwra­ca­łam na nią uwagi. Nie nale­ża­łam do naj­po­pu­lar­niej­szych dziew­czyn w szkole, ale mia­łam swój zespół, roz­ryw­kową grupę przy­ja­ciół, i wszy­scy kon­cen­tro­wa­li­śmy się na tym, jak odnieść suk­ces w prze­my­śle muzycz­nym. Nie zosta­wiało to czasu na przej­mo­wa­nie się tym, czym zwy­kle przej­mują się nasto­latki. Tak naprawdę stra­ci­łam pew­ność sie­bie w kwe­stii figury, dopiero kiedy zespół zaczął zdo­by­wać popu­lar­ność.

Kiedy zamiesz­cza­li­śmy coś na Insta­gra­mie, zawsze poja­wiały się komen­ta­rze na temat mojego wyglądu. Czy zdję­cie zro­biono pod dziw­nym kątem, czy może przy­ty­łam? Pew­nie jestem w ciąży! W takim razie z kim? Może powin­nam zafun­do­wać sobie sili­ko­nowe cycki? I wyglą­da­ła­bym tak ślicz­nie, gdy­bym tylko zope­ro­wała nos.

Nie wszyst­kie komen­ta­rze były nega­tywne. Więk­szość była pozy­tywna, ale zda­rzały się też oble­śne i agre­sywne. Zadzi­wia­jące, jak szybko zaczę­łam się sku­piać wła­śnie na nich. Pozwa­la­łam byle dup­kowi zamie­szać sobie w gło­wie, cho­ciaż przed­tem nie przej­mo­wa­łam się tym, jak wyglą­dam. Nie­przy­chylne komen­ta­rze poja­wiały się też za każ­dym razem, kiedy jakiś bru­ko­wiec zamiesz­czał moje zdję­cie z jakimś przy­stoj­nia­kiem uwiel­bia­nym przez nasto­latki i ogła­szał, że jeste­śmy parą. Zda­rzyło się to kilka razy w ciągu mojej kariery. Dziew­czyny potra­fią być okrutne, kiedy uznają, że nie zasłu­gu­jesz na faceta, który jest ich ido­lem. Smutne, ale cho­ler­nie praw­dziwe.

Teraz nie dba­łam o takie sprawy. Nie musia­łam.

Wie­dzia­łam, że aktu­al­nie jestem za chuda, ale nawet jeśli ktoś gapił się na mnie, kiedy prze­cho­dzi­łam przez szat­nię w zno­szo­nej bie­liź­nie, trzy­ma­jąc w ramio­nach tanie kosme­tyki, nie dostrze­ga­łam tego. Nic mnie to nie obcho­dziło.

Na szczę­ście zna­la­złam wolną kabinę; weszłam do środka i nie zwra­ca­jąc uwagi na włosy obcych ludzi zale­ga­jące w odpły­wie, zacią­gnę­łam mokrą zasłonę prysz­ni­cową. Ostroż­nie zdję­łam bie­li­znę, zawi­nę­łam w ręcz­nik i poło­ży­łam na zewnątrz, jak zawsze tro­chę się oba­wia­jąc, że jakaś kana­lia mi ją ukrad­nie.

Kiedy poczu­łam na ciele strugi gorą­cej wody, z roz­ko­szy przy­mknę­łam oczy. Pierw­szy roz­grze­wa­jący prysz­nic po wielu dniach prze­rwy to nie­sa­mo­wita przy­jem­ność, którą trudno do cze­goś porów­nać. Kie­dyś moż­li­wość codzien­nej kąpieli była dla mnie czymś oczy­wi­stym. Teraz, gdy nie mogłam tego robić regu­lar­nie, a co naj­wy­żej raz na tydzień, jeśli zaro­bi­łam wystar­cza­jąco dużo pie­nię­dzy, prysz­nic to była czy­sta radość. Nie­stety, nie mogłam się nim cie­szyć zbyt długo, ponie­waż zawsze ktoś cze­kał na zewnątrz, aż zwol­nię miej­sce.

Zaczę­łam więc się myć. Wyszo­ro­wa­łam całe ciało i wymy­łam włosy. Potem ogo­li­łam łydki. Mandy radziła mi, żebym nie zawra­cała sobie głowy depi­la­cją, bo włosy na nogach zapew­niają wię­cej cie­pła zimą. Żyłam bez dachu nad głową od końca kwiet­nia, a noce wio­sną są cho­ler­nie zimne. Szkoc­kie lato też nie należy do naj­cie­plej­szych, ale da się znieść. Teraz nastał wrze­sień. Za kilka krót­kich tygo­dni tem­pe­ra­tura miała znacz­nie spaść, ale sta­ra­łam się o tym nie myśleć.

Sta­ra­łam się też nie pamię­tać o tym, że wkrótce skoń­czy mi się wiza tury­styczna.

Poczu­łam skurcz w żołądku i szybko odpę­dzi­łam od sie­bie tę myśl. Zacznę się tym mar­twić, kiedy przyj­dzie odpo­wied­nia pora. Moje życie pole­gało teraz na prze­trwa­niu kolej­nego dnia. Było pro­ste. Nie­skom­pli­ko­wane.

Po prysz­nicu znów poczu­łam się jak czło­wiek. Z ulgą stwier­dzi­łam, że bie­li­zna i ręcz­nik nie znik­nęły. Owi­nę­łam się nim i wyszłam spod prysz­nica, igno­ru­jąc nabur­mu­szoną minę kobiety cze­ka­ją­cej na swoją kolej. Zamknę­łam się w naj­bliż­szej kabi­nie, żeby spo­koj­nie się osu­szyć.

Wło­ży­łam bie­li­znę i poszłam do szafki, by zabrać swoje rze­czy. Kiedy już kom­plet­nie się ubra­łam, wyję­łam szczotkę do wło­sów.

Suszy­łam włosy suszarką, sta­ra­jąc się nie patrzeć na swoje odbi­cie w lustrze, kiedy to się stało.

Czy­jeś spoj­rze­nie wwier­cało się we mnie tak natar­czy­wie, że nie mogłam tego zigno­ro­wać. Zoba­czy­łam w lustrze, że obok mnie stoi jakaś nasto­latka. Gapiła się na mnie z otwar­tymi ustami i z bły­skiem eks­cy­ta­cji w oczach, który tak dobrze zna­łam. Ogar­nął mnie strach i odwró­ci­łam wzrok, szybko poru­sza­jąc suszarką, jakby to mogło przy­śpie­szyć pro­ces susze­nia.

Kiedy ją w końcu wyłą­czy­łam, dziew­czyna na­dal się we mnie wpa­try­wała.

Cho­lera.

Zgar­nę­łam swoje rze­czy, żeby jak naj­szyb­ciej wyjść.

- Hej! - usły­sza­łam.

O Boże.

Przez ramię rzu­ci­łam jej groźne spoj­rze­nie.

Uśmiech na jej twa­rzy lekko zbladł.

- Wyglą­dasz jak Sky­lar Finch. Ktoś ci już to kie­dyś mówił?

- Nie wiem, co to za jedna - skła­ma­łam, przy­bie­ra­jąc angiel­ski akcent.

Mina dziew­czyny zrze­dła, czy to ze względu na treść mojej odpo­wie­dzi, czy z powodu braku ame­ry­kań­skiego akcentu.

- Taaa... - burk­nęła nasto­latka pod nosem. - Aku­rat Sky­lar Finch przy­szłaby tutaj popły­wać.

Ode­szłam bez słowa, sta­ra­jąc się stłu­mić emo­cje wywo­łane tym spo­tka­niem. Albo przy­naj­mniej uda­wać, że nic nie poczu­łam.

Sku­pi­łam się na następ­nym punk­cie dzi­siej­szego planu. Kolej­nym przy­stan­kiem była pral­nia samo­ob­słu­gowa. Wło­ży­łam swoje nie­liczne ubra­nia do pralki i zamiast cze­kać, poszłam do miej­sco­wego baru ze sma­żoną rybą i fryt­kami. Kupi­łam tam sobie kola­cję na wynos i dwie butelki wody. Na­dal padało, więc zja­dłam rybę w zada­szo­nym wej­ściu do pralni. Szcze­rze mówiąc, led­wie wmu­si­łam w sie­bie połowę por­cji. Resztę wyrzu­ci­łam. Ryba z fryt­kami jest tania i sycąca, ale tak długo żywi­łam się śmie­cio­wym jedze­niem, że orga­nizm chyba zaczął się bun­to­wać.

Ocze­ki­wa­nie na koniec pra­nia i susze­nia było nudne, ale nie mia­łam nic prze­ciwko temu. Pral­nia była cie­pła i sucha. Naj­wy­raź­niej Bóg ist­niał, ponie­waż deszcz ustał, gdy ruszy­łam w stronę miej­sca noc­legu. Długo nie mogłam się przy­zwy­czaić do tutej­szych jasnych nocy. W tej czę­ści kraju latem zmrok zapada dopiero około jede­na­stej. Jed­nak przez ostat­nie tygo­dnie nad­cho­dził coraz wcze­śniej i niebo ciem­niało już o siód­mej trzy­dzie­ści.

Kiedy dotar­łam do celu - do wiel­kiej bramy cmen­ta­rza, zamknię­tej na kłódkę - zapa­dła noc. Brama wycho­dziła na ruchliwą prze­lo­tową ulicę. Drogę oświe­tlały latar­nie i świa­tła czę­sto prze­jeż­dża­ją­cych samo­cho­dów.

Zacze­ka­łam, aż jezd­nia opu­sto­szeje, i sta­nę­łam na obmu­ro­wa­niu cegla­nej kolumny, do któ­rej przy­twier­dzono wrota bramy, chwy­ci­łam się żela­znych prę­tów, pod­cią­gnę­łam się wyżej i prze­szłam na drugą stronę, uwa­ża­jąc, żeby nie nadziać się na ostre końce prę­tów.

Zesko­czy­łam na zie­mię i poczu­łam wibro­wa­nie w nogach. Mię­śnie mia­łam silne, ponie­waż poru­sza­łam się głów­nie pie­chotą. Wyję­łam mini­la­tarkę, oświe­tli­łam sobie alejkę wio­dącą w głąb cmen­ta­rza i ruszy­łam przed sie­bie.

Dziwne, ale nie czu­łam stra­chu. Cmen­tarz nocą sta­wał się moim azy­lem, w któ­rym kry­łam się przed świa­tem zewnętrz­nym. Mogłam tu w spo­koju zło­żyć głowę, wyobra­ża­jąc sobie, że moi cisi sąsie­dzi dają mi ochronę.

Cmen­tarz był roz­le­gły i szłam przez dłuż­szy czas, zanim dotar­łam do swo­jego miej­sca. Pra­cow­nicy komu­nalni kosili dziś traw­niki - oprócz zna­jo­mej woni wil­got­nej ziemi i kwia­tów, które ludzie skła­dali na gro­bach krew­nych, czu­łam zapach sko­szo­nej trawy. Stał się mniej wyraźny, kiedy dotar­łam do nie­wiel­kiego zagaj­nika na tyłach cmen­ta­rza, w któ­rym roz­bi­ja­łam namiot. Pobli­skie nagrobki były tak stare, że napisy na nich stały się nie­mal nie­czy­telne.

Roz­bi­łam namiot, wyję­łam śpi­wór, poduszkę i koc kupiony na wyprze­daży. Uło­ży­łam się wygod­nie i otwo­rzy­łam jedną z dwóch ksią­żek, które nosi­łam ze sobą.

Była to Siła tru­ci­zny Marii V. Sny­der. Czy­ta­łam ją z milion razy i zawsze doda­wała mi otu­chy. Tak samo jak Wybrańcy Kri­stin Cashore. Lubi­łam lite­ra­turę fan­ta­styczną. Uwiel­bia­łam powie­ści poka­zu­jące sprytne i silne kobiety, które nie pod­da­wały się prze­ciw­no­ściom losu.

Kiedy czy­ta­łam, zapo­mi­na­łam o chło­dzie i o swoim poło­że­niu. Na chwilę zapo­mi­na­łam wręcz o całym świe­cie. Ham, Mandy i wielu zna­nych mi bez­dom­nych utrzy­my­wali kon­takt z ludźmi za pomocą komó­rek. Nie wiem, skąd brali tele­fony. Może je kra­dli lub kupo­wali za ukra­dzione pie­nią­dze. A może uda­wało im się zaosz­czę­dzić odpo­wied­nią sumę z otrzy­my­wa­nych dat­ków i za nią kupo­wali tanie komórki, żeby utrzy­my­wać kon­takt ze sobą i świa­tem zewnętrz­nym. Jak­kol­wiek było, robili to. Łado­wali swoje apa­raty i uży­wali dar­mo­wego wi-fi w kawiar­niach. Nie­któ­rzy z nich mieli nawet pro­file na Face­bo­oku. Nie mieli domu, ale mieli strony w mediach spo­łecz­no­ścio­wych.

Ja nato­miast nie chcia­łam mieć do czy­nie­nia ze świa­tem zewnętrz­nym. Był dla mnie jedy­nie odle­głym wspo­mnie­niem.

Wola­łam czy­tać o tym, jak Yelena poznaje roz­ma­ite tru­ci­zny, przy­go­to­wu­jąc się do roli testerki posił­ków. Prze­ma­wiały do mnie jej wola prze­trwa­nia i siła. Kiedy tam­tej nocy pogrą­ży­łam się we śnie na cmen­ta­rzu, który stał się moim domem, wie­dzia­łam, że mam w sobie to coś, co pozwoli mi wytrzy­mać życie, które sobie wybra­łam.

Rozdział 3

3

???

W powie­trzu wisiała meta­liczna woń desz­czu. Spa­liny samo­cho­dów, kawa i deszcz. Kolej­nej soboty, sto­jąc na Bucha­nan Street, odpę­dza­łam od sie­bie myśli o nad­cho­dzą­cej ule­wie. Wystar­czyło, że draż­nił mnie jakiś gno­jek, który roz­sta­wił się w pobliżu ze swo­imi gło­śni­kami.

Bar­dzo sta­rał się wypro­wa­dzić mnie z rów­no­wagi, co jasno dał do zro­zu­mie­nia, posy­ła­jąc mi zło­śliwy, aro­gancki uśmie­szek, kiedy zatrzy­mał się bli­żej, niż naka­zy­wała grzecz­ność. Wśród graj­ków ulicz­nych panują nie­pi­sane zasady, a on wła­śnie zła­mał naj­waż­niej­szą z nich; z roz­my­słem pró­bo­wał mnie zagłu­szyć. I robił to bar­dzo sku­tecz­nie. Ludzie zatrzy­my­wali się nie dla mnie, ale po to, żeby posłu­chać jego imi­ta­cji Shawna Men­desa.

Mimo wszystko nie prze­ry­wa­łam występu. Już dawno uzy­ska­łam mistrzo­stwo w uda­wa­niu, że mło­dzi muzycy płci męskiej mnie nie iry­tują. W końcu mia­łam trzech takich w zespole i razem jeź­dzi­li­śmy auto­bu­sem w trasy kon­cer­towe. Szcze­niak nie miał poję­cia, jak sku­tecz­nie potra­fi­łam igno­ro­wać takich dup­ków jak on.

Wie­dzia­łam też, kiedy się zemścić.

Oka­zja nada­rzyła się, kiedy ści­szył głos, żeby wyko­nać bal­ladę grupy Cold­play.

Z całą mocą wyśpie­wa­łam pio­senkę Chan­de­lier z reper­tu­aru Sii. Był to wyjąt­kowo trudny utwór i dobrze wyko­nany, robił wiel­kie wra­że­nie na słu­cha­czach. Mój głos prze­bił się przez sys­tem nagła­śnia­jący tego szcze­niaka, a ludzie zaczęli się gro­ma­dzić wokół mnie.

Nie­któ­rzy wyjęli komórki, żeby mnie sfil­mo­wać, więc spu­ści­łam głowę, by ukryć twarz pod ron­dem kape­lu­sza. Któ­re­goś dnia te cho­lerne tele­fony z kamer­kami wpa­kują mnie w kło­poty. Wystar­czy, że ktoś wrzuci fil­mik do inter­netu z komen­ta­rzem: "Czyż ona nie brzmi zupeł­nie jak Sky­lar Finch? Zaraz, zaraz... To jest Sky­lar Finch!".

Bałam się tego, tym bar­dziej że nawet bym nie wie­działa, że tak się już stało, ponie­waż nie mia­łam - i nie chcia­łam mieć -dostępu do sieci. Prze­ra­żała mnie myśl, że któ­re­goś dnia, gra­jąc na uli­cach Glas­gow, spoj­rzę na słu­cha­czy i dostrzegę wśród nich jed­nego z moich chło­pa­ków, patrzą­cego na mnie oskar­ży­ciel­sko.

Otrzą­snę­łam się z ponu­rych myśli i śpie­wa­łam dalej.

Kiedy brawa przy­ci­chły, ktoś z tłumu zawo­łał:

- Zaśpie­wasz Tita­nium?

Przez ostatni tydzień nie­ustan­nie padało, tem­pe­ra­tura w nocy spa­dała coraz bar­dziej, więc musia­łam wydać więk­szość pie­nię­dzy na płaszcz prze­ciw­desz­czowy i pola­rowe bluzy z kap­tu­rem do spa­nia. Zostało mi aku­rat tyle, żeby zapła­cić za prysz­nic i pral­nię. Potrze­bo­wa­łam pie­nię­dzy, więc zaśpie­wa­łam Tita­nium. Naj­bar­dziej ucie­szył mnie moment, kiedy szcze­niak z gło­śni­kami ryk­nął na cały regu­la­tor, a jeden z moich słu­cha­czy kazał mu się natych­miast zamknąć.

Jed­nak moja radość znik­nęła jak kam­fora, gdy z nieba spadł deszcz - nagły, gęsty, ulewny. W kilka sekund prze­mo­czył ludzi do suchej nitki, więc wszy­scy roz­bie­gli się w poszu­ki­wa­niu schro­nie­nia. Zosta­łam sama, zzięb­nięta i mokra, a w fute­rale od gitary zoba­czy­łam tylko kilka drob­nych monet, za które nie mogła­bym kupić nawet kawy. Wystar­czy­łoby ich zale­d­wie na frytki z McDo­nalda.

Wzię­łam głę­boki oddech, sta­ra­jąc się przy­zwy­czaić do myśli, że dzi­siaj pójdę spać głodna, a moje tutej­sze życie zmie­nia się na gor­sze ze względu na pogodę. Wła­ści­wie już daw­niej wie­dzia­łam, że będzie coraz trud­niej­sze, a ja będę musiała jakoś sobie pora­dzić.

Mia­łam ochotę podejść do tego szcze­niaka, który wła­śnie z pomocą zna­jo­mych w pośpie­chu pako­wał swój sprzęt, i kop­nąć go w jaja za to, że zepsuł mi dzi­siej­sze występy. Miał na sobie nowe ciu­chy, dro­gie spor­towe buty i w ogóle wyglą­dał na zadba­nego oraz dobrze odkar­mio­nego. Nie potrze­bo­wał pie­nię­dzy zaro­bio­nych na ulicy. Po pro­stu chciał zwró­cić na sie­bie uwagę. Mia­łam ochotę wywrzesz­czeć mu w twarz, że jeden Shawn Men­des już ist­nieje i nikt nie potrze­buje dru­giego. Ale byłoby to małost­kowe, a poza tym bra­ko­wało mi ener­gii na urzą­dze­nie takiej sceny.

Przy­gnę­biona i po raz pierw­szy od przy­jazdu do Szko­cji naprawdę nie­spo­kojna o swoją przy­szłość przy­kuc­nę­łam i drżą­cymi rękami pako­wa­łam gitarę. Dziś pójdę spać nie tylko głodna, lecz także doszczęt­nie prze­mo­czona. Deszcz ustał nie­mal tak nagle, jak się zaczął, ale to nie mogło ura­to­wać ani moich ubrań, ani dzi­siej­szych zarob­ków.

Ner­wowo wcią­gnę­łam powie­trze, czu­jąc skurcz w żołądku.

Wsta­łam, odwró­ci­łam się, żeby pod­nieść z chod­nika ple­cak, i nie­mal wpa­dłam na faceta wyż­szego ode mnie o kilka cen­ty­me­trów. Sta­nął tuż przy mnie, trzy­ma­jąc para­sol nad swoją i moją głową. Wzdry­gnę­łam się z obrzy­dze­niem, kiedy zmie­rzył moje ciało wzro­kiem nie­po­zo­sta­wia­ją­cym żad­nych wąt­pli­wo­ści co do jego zamia­rów. Widy­wa­łam tego gościa już wcze­śniej. Był po pięć­dzie­siątce, miał na sobie dżinsy i dobrego gatunku koszulę, opi­na­jącą się na wydat­nym, obwi­słym brzu­chu. Skó­rzana kurtka ledwo mie­ściła sze­ro­kie ramiona. Naj­bar­dziej utkwiła mi w pamięci jego twarz, z dużym kar­to­flo­wa­tym nosem i licz­nymi śla­dami po ospie.

Zapa­mię­ta­łam go rów­nież dla­tego, że pew­nego dnia, kiedy roz­ma­wia­łam z Mandy, zaczął ją zacze­piać. Na szczę­ście poja­wił się Ham i go wystra­szył.

Naj­wy­raź­niej zorien­to­wał się, że jestem bez­domna.

Wypro­sto­wa­łam się i wyszłam spod jego para­sola. Nerwy i tak już mia­łam napięte, ale teraz po pro­stu wpa­dłam w furię.

Prze­niósł oble­śne spoj­rze­nie na moją twarz, a widząc gniewną minę, uśmiech­nął się uspo­ka­ja­jąco.

- Kupię ci coś cie­płego do jedze­nia, skar­bie.

- Nie, dzięki.

- Oboje wiemy, że tego potrze­bu­jesz.

- Nie aż tak bar­dzo. Spa­daj.

Spoj­rzał na mnie twardo i zbli­żył się o krok.

- Ja się sta­ram być miły, a ty jesteś nie­grzeczna. Skar­bie, potrze­bu­jesz przy­ja­ciela, jeśli chcesz prze­trwać na uli­cach Glas­gow.

- Posłu­chaj, gościu. Nawet gdy­byś nie był ośli­zgłym kuta­fo­nem z wiel­kim piw­nym bebe­chem, i tak nie dała­bym ci się dotknąć, więc na twoim miej­scu posłu­cha­ła­bym dobrej rady i spa­dała stąd. A, i jesz­cze słówko na przy­szłość. Jeśli kie­dy­kol­wiek zoba­czę, że zacze­piasz tu jakąś dziew­czynę, to znam paru naprawdę groź­nych face­tów, któ­rzy się z tobą roz­pra­wią - skła­ma­łam zło­wro­gim tonem. - Zro­zu­mia­łeś?

Na dzio­ba­tej twa­rzy poja­wił się gniew. Facet zro­bił krok ku mnie, ale nagle jakaś silna męska dłoń chwy­ciła go za ramię i szorstko ode­pchnęła.

Kiedy zoba­czy­łam, kto wmie­szał się w tę scenę, sza­le­jąca we mnie furia wymie­szała się z podejrz­li­wo­ścią i zwąt­pie­niem. Był to ten nie­zna­jomy, który co sobota przy­cho­dził słu­chać moich pio­se­nek. Stał teraz na tyle bli­sko, że dostrze­głam w jego ciem­nych oczach praw­dziwy gniew.

- Sły­sza­łeś, co powie­działa. Spa­daj stąd.

Ku mojej nara­sta­ją­cej iry­ta­cji intruz, na któ­rym moje groźby nie zro­biły naj­mniej­szego wra­że­nia, skur­czył się ze stra­chu pod spoj­rze­niem mojego wybawcy.

- Prze­pra­szam, pomyłka - wymam­ro­tał i odda­lił się pośpiesz­nie, zasła­nia­jąc się para­so­lem niczym tar­czą.

Tchórz­liwy gno­jek.

- Czego chcesz? - wark­nę­łam do nie­pro­szo­nego wybawcy.

Patrzył za odda­la­ją­cym się oble­śnym typem, a potem wolno prze­niósł wzrok na mnie. Cho­ciaż na­dal miał gniew­nie zaci­śnięte szczęki, ciemne oczy zła­god­niały i przez chwilę nie mogłam się wyrwać spod ich uroku. Wszystko w tym czło­wieku było niczym wyryte w kamie­niu. Twarde. Zimne. Jed­nak oczy, ciem­no­brą­zowe, oto­czone dłu­gimi czar­nymi rzę­sami, spo­glą­dały cie­pło. Kryło się w nich sek­su­alne przy­cią­ga­nie, nie­pa­su­jące do cha­rak­teru ich wła­ści­ciela.

Nagle ode­zwał się i spra­wił, że czar jego spoj­rze­nia pry­snął.

- Idiotka - powie­dział szorst­kim, gniew­nym tonem.

- Ojej, dzię­kuję - odrze­kłam, zapo­mi­na­jąc o angiel­skim akcen­cie.

Odwró­ci­łam się, żeby pod­nieść ple­cak.

- Jeśli na­dal będziesz tak postę­po­wać, sta­nie ci się krzywda.

- Czy to groźba?

- Nie.

- Muszę już iść. - Pró­bo­wa­łam go wymi­nąć.

Tym razem to mnie chwy­cił za ramię.

Znów ogar­nęły mnie gniew i strach. Spoj­rza­łam groź­nie, igno­ru­jąc jego bli­skość, zapach wody koloń­skiej i żelu pod prysz­nic. Pach­niał czy­sto­ścią i biło od niego cie­pło. Pod tymi wzglę­dami byłam jego prze­ci­wień­stwem. Zazdro­ści­łam mu, a jed­no­cze­śnie go nie­na­wi­dzi­łam, zapo­mi­na­jąc na chwilę, że sama się ska­za­łam na takie życie.

Nie musia­łam nic mówić, bo sam cof­nął rękę i pod­niósł ramiona w geście pod­da­nia.

- Już ci powie­dzia­łem, że nie cho­dzi mi o seks. Chcę tylko poroz­ma­wiać. Posta­wię ci kola­cję.

Jak na zawo­ła­nie zaczęło mi bur­czeć w brzu­chu i poczu­łam, że mój opór słab­nie. Mia­łam wybór: iść spać mokra i głodna czy tylko mokra. Kuszące...

- Restau­ra­cje mają w toa­le­tach suszarki do rąk. Mogła­byś tam wysu­szyć kilka swo­ich rze­czy. - Nie dało się nie zauwa­żyć, że wyglą­dam jak zmo­kła kura.

Cho­lera.

Wie­dzia­łam, że ten facet cze­goś ode mnie chce, tylko nie byłam pewna czego.

Teraz jed­nak naj­waż­niej­sze wyda­wało mi się to, żeby coś zjeść i wyschnąć.

Docho­dziła sie­dem­na­sta, była sobota. Wkrótce ulice śród­mie­ścia zapeł­nią się bywal­cami noc­nych klu­bów, ale rów­nież poli­cją. Tutaj ten facet nic nie mógł mi zro­bić.

- Dobra. TGI Fri­days - zade­cy­do­wa­łam.

W tej restau­ra­cji poda­wano sałatki i praw­dziwe mięso, nie taki wysoko prze­two­rzony chłam, któ­rym się ostat­nio żywi­łam.

Na szczę­ście nie posłał mi trium­fu­ją­cego uśmie­chu, peł­nego samo­za­do­wo­le­nia. Wska­zał ręką w stronę restau­ra­cji.

- Idziemy - powie­dział.

Ruszy­łam przed sie­bie, on zrów­nał się ze mną, a ja poczu­łam się tro­chę skrę­po­wana. Zer­k­nę­łam na niego z ukosa. Chyba nie zła­pał go deszcz, ponie­waż ubra­nie miał suche. Gdzie więc się scho­wał? Kiedy śpie­wa­łam, nie widzia­łam go wśród słu­cha­czy.

To było dziwne.

- Może wezmę od cie­bie ple­cak?

- Nie, dzię­kuję. - Nikt oprócz mnie nie miał prawa doty­kać moich rze­czy.

Nic nie odpo­wie­dział, tylko przy­śpie­szył kroku, żeby otwo­rzyć przede mną drzwi do restau­ra­cji. Widząc to, nie­mal potknę­łam się z wra­że­nia. Już dawno nikt nie otwie­rał przede mną drzwi.

Sta­ra­łam się zigno­ro­wać miły, cie­pły dreszcz, jaki wywo­łał we mnie ten gest, tak samo jak sta­ra­łam się uda­wać, że nie bra­kuje mi niczego z daw­nego życia, zanim jesz­cze sta­łam się nie­wi­dzialna.

Hostessa przy wej­ściu unio­sła na mój widok brew, ale nie zdą­żyła nic powie­dzieć, ponie­waż nie­zna­jomy natych­miast sta­nął obok mnie.

Zda­łam sobie sprawę, że nie znam nawet jego imie­nia.

- Sto­lik dla dwóch osób - powie­dział.

- Mają pań­stwo rezer­wa­cję? - zapy­tała z uśmie­chem.

- Nie.

Prych­nę­łam, sły­sząc jego opry­skliwy ton. Praw­dziwy cza­ruś.

Uśmiech hostessy nieco zbladł.

- Cóż, ma pan szczę­ście. Jest wolny sto­lik. Pro­szę za mną. - Wzięła dwa menu i popro­wa­dziła nas przez pełną ludzi restau­ra­cję.

Zewsząd ata­ko­wały mnie zapa­chy przy­pra­wia­jące o skurcz żołądka: bur­gery, sos bar­be­cue, keczup, piwo. Wokół pano­wał hałas: gło­śne roz­mowy, śmiech, szczę­ka­nie noży i widel­ców, draż­niący brzęk tale­rzy. Tyle dźwię­ków naraz wywo­ły­wało we mnie lekką klau­stro­fo­bię. Byłam przy­zwy­cza­jona do tłu­mów, ale na otwar­tej prze­strzeni. Minęły chyba wieki, odkąd ostat­nio sie­dzia­łam w zamknię­tym pomiesz­cze­niu, oto­czona taką liczbą obcych ludzi.

Hostessa pod­pro­wa­dziła nas do małego sto­lika, przy któ­rym nie było miej­sca na moje rze­czy. Nie­zna­jomy dotknął jej ramie­nia.

- Tam­ten boks - powie­dział, wska­zu­jąc stół odse­pa­ro­wany prze­pie­rze­niem, gdzie z łatwo­ścią mogły się zmie­ścić ple­cak i gitara. I my oboje.

- Jest zare­zer­wo­wany.

Wycią­gnął rękę i dys­kret­nie wsu­nął bank­not w jej dłoń. Zer­k­nęła w dół na pie­nią­dze i uśmiech­nęła się sze­roko.

- Pro­szę tędy.

Pierw­sza wsu­nę­łam się za stół, poło­ży­łam gitarę na pod­ło­dze u swo­ich stóp, a ple­cak wci­snę­łam w róg boksu. Przez chwilę żało­wa­łam, że nie posta­wi­łam go obok sie­bie, gdzie słu­żyłby za barierę mię­dzy mną a nie­zna­jo­mym. Za późno jed­nak przy­szło mi to do głowy. Facet już sie­dział obok mnie.

Jego obec­ność zda­wała się przy­tła­czać wszystko inne, tak samo jak w chwi­lach, kiedy stał wśród słu­cha­ją­cych mojej muzyki. Sie­dział na tyle bli­sko, że czu­łam cie­pło bijące od jego ciała, co zaczy­nało mnie iry­to­wać.

Sta­ra­łam się nie­po­strze­że­nie odsu­nąć, kiedy prze­glą­dał menu, ale zauwa­żył moje manewry i spoj­rzał na mnie pyta­jąco.

Nie chcia­łam, żeby się domy­ślił, jak mnie depry­muje, więc zagłę­bi­łam się w lek­tu­rze menu i natych­miast zro­biło mi się słabo z głodu. Mia­łam ochotę zamó­wić wszystko. Dosłow­nie wszystko.

Sie­dzie­li­śmy w ciszy, a ja nie umia­łam nic wybrać z tego nad­miaru pro­po­zy­cji.

- Nie zama­wiaj za dużo - ode­zwał się nagle. - Jesteś za chuda i domy­ślam się, że nie nawy­kłaś do dużych por­cji. Możesz się pocho­ro­wać.

Nie­stety miał rację, więc kiedy zja­wił się kel­ner, zre­zy­gno­wana zamó­wi­łam tylko por­cję ryby, a nie skrzy­dełka z kur­czaka, nadzie­wane łódki ziem­nia­czane, nachos i żeberka, na które rów­nież mia­łam ochotę. Ślina napły­wała mi do ust.

- Może chcesz się wysu­szyć, zanim przy­niosą zamó­wie­nie? - zapy­tał nie­zna­jomy, kiedy kel­ner już odszedł.

Natych­miast prze­nio­słam wzrok na swoją drogą gitarę.

- Nie jestem zło­dzie­jem - burk­nął.

- A kim wła­ści­wie jesteś? Czego chcesz?

- Naj­pierw się wysusz.

Ski­nę­łam głową, ale wycho­dząc z boksu, zarzu­ci­łam ple­cak na ramię i wzię­łam gitarę. Nie ufa­łam nikomu. Zro­zu­miał, o co mi cho­dzi, i patrzył na mnie nie­mal z roz­ba­wie­niem. Teraz jesz­cze moc­niej ssało mnie w żołądku i czu­łam jesz­cze więk­szą iry­ta­cję, więc pra­wie na niego zawar­cza­łam, zanim skie­ro­wa­łam się ku toa­le­tom.

Panika wywo­łana groźbą głodu mnie opu­ściła i wresz­cie zaczę­łam myśleć jaśniej. Przy­po­mnia­łam sobie, że mam w ple­caku suche ubra­nie, które dziś rano upra­łam w pralni samo­ob­słu­go­wej. To zadzi­wia­jące, co strach potrafi zro­bić z czło­wie­kiem. Jesz­cze przed chwilą zupeł­nie o tym nie pamię­ta­łam. Czu­jąc ulgę, chwy­ci­łam plik papie­ro­wych ręcz­ni­ków i weszłam do kabiny. Zdję­łam mokre ubra­nie i osu­szy­łam się ręcz­ni­kami. Roz­ko­szu­jąc się doty­kiem suchych ubrań, wło­ży­łam świeżą bie­li­znę, dżinsy, skar­pety, T-shirt i bluzę z kap­tu­rem. Zawi­nę­łam mokre ciu­chy w płaszcz prze­ciw­desz­czowy. Nie chcia­łam wkła­dać ich do ple­caka, żeby nie zamo­czyły reszty moich skar­pe­tek i bie­li­zny oraz ksią­żek. Cho­ciaż bez kape­lu­sza czu­łam się naga, wsu­nę­łam go do kie­szeni ple­caka.

Kiedy wró­ci­łam na salę, umie­ści­łam zło­żone mokre ubra­nia obok sie­bie na ławce, uwa­ża­jąc, żeby bie­li­zna nie leżała na widoku.

Uni­ka­jąc wzroku nie­zna­jo­mego, się­gnę­łam po zamó­wioną nisko­ka­lo­ryczną colę i napa­wa­łam się jej sma­kiem. W tra­sie potrze­bo­wa­łam wiele ener­gii, więc dobrze się odży­wia­łam i piłam dużo wody. Napoje gazo­wane były nie­czę­stym przysma­kiem. Coli nie piłam od wielu mie­sięcy, więc teraz sma­ko­wała wspa­niale.

- Prze­pra­szam - usły­sza­łam głos swo­jego towa­rzy­sza i pod­nio­słam wzrok. Gestem ręki wzy­wał prze­cho­dzącą kel­nerkę. - Znaj­dzie pani może jakąś torbę?

- Torbę? - zdzi­wiła się.

- Tak. Papie­rową. Albo pla­sti­kową. Rekla­mówkę.

- Yyy... Zaraz spraw­dzę.

Teraz z kolei ja spoj­rza­łam na niego pyta­jąco, ale nie zwró­cił na to uwagi. Sączył wodę i roz­glą­dał się po restau­ra­cji, jakby ta sytu­acja nie była dziwna i nie­zręczna. Miał nie­wielki gar­bek na nosie, wyso­kie kości policz­kowe, szczękę wyraź­nie zary­so­waną i kan­cia­stą. Ogól­nie rzecz bio­rąc, z pro­filu przy­po­mi­nał jastrzę­bia, był bar­dzo męski, surowy i onie­śmie­la­jący. A ja czu­łam się jak ofiara, która w idio­tyczny spo­sób dała się upo­lo­wać.

Mimo wszystko mia­łam poczu­cie, że naprawdę nie ma wobec mnie sek­su­al­nych zamia­rów.

Spoj­rza­łam na niego śmiało, ocze­ku­jąc wyja­śnień.

Sie­dział nie­wzru­szony i mnie igno­ro­wał, dopóki kel­nerka nie przy­nio­sła nam pla­sti­ko­wej torby.

- Czy taka wystar­czy? - zapy­tała.

- Tak. Dzię­kuję - odparł.

Podał mi ją, patrząc na mnie tymi swo­imi oczami, które bar­dziej paso­wa­łyby do uro­czego uwo­dzi­ciela.

- Na twoje ubra­nia.

Aha.

To był miły gest, zupeł­nie nie­pa­su­jący do reszty jego zacho­wa­nia, więc moja podejrz­li­wość wzro­sła. Wzię­łam jed­nak torbę, wło­ży­łam do niej mokre ciu­chy i scho­wa­łam w nie­wi­doczne miej­sce.

- Czego ty, u dia­bła, chcesz? - zapy­ta­łam z rezy­gna­cją.

- Naj­pierw jedze­nie.

- Bo naje­dzona i zado­wo­lona będę bar­dziej ule­gła i zro­bię to, czego ode mnie chcesz, cokol­wiek to jest?

Spoj­rzał na mnie, tym razem naprawdę. Kącik ust lekko mu drgnął.

- Wła­śnie tak.

- Wiesz, że praw­dziwy zło­czyńca nie zdra­dza swo­ich zamia­rów?

- Nie jestem zło­czyńcą.

- A kim?

- Naj­pierw...

- Wiem, wiem. Naj­pierw jedze­nie - powie­dzia­łam zre­zy­gno­wana.

Sie­dzie­li­śmy więc w ciszy, dopóki nie przy­nie­siono nam zamó­wio­nych dań. Kiedy poczu­łam zapach mojego oko­nia mor­skiego, gło­śno zabur­czało mi w żołądku. Jakiś czas temu spa­li­ła­bym się ze wstydu. Teraz mia­łam to gdzieś. Obcho­dziła mnie tylko ta ryba na tale­rzu.

Zaczę­łam jeść, z roz­ko­szy przy­my­ka­jąc oczy.

Kiedy je otwo­rzy­łam, żeby nabrać na wide­lec tro­chę ziem­nia­cza­nego purée dopra­wio­nego masłem, poczu­łam na sobie wzrok mego towa­rzy­sza.

Zesztyw­nia­łam, widząc nie­po­kój w jego oczach i czoło zmarsz­czone w zadu­mie. Jed­nak po chwili znów przy­brał bez­na­miętną minę i wró­cił do swo­jego bur­gera, jak­bym nie ist­niała.

Roz­ko­szo­wa­łam się każ­dym kęsem tego posiłku, włącz­nie z zamó­wio­nym na deser wiel­kim kawał­kiem cze­ko­la­do­wego cia­sta na cie­pło z lodami wani­lio­wymi, pola­nego sosem cze­ko­la­dowo-kar­me­lo­wym.

Naje­dzona i usa­tys­fak­cjo­no­wana poczu­łam zmę­cze­nie i sen­ność. Powieki same mi opa­dały.

Wie­dzia­łam też, że nad­szedł czas roz­ra­chunku.

- A więc - zaczę­łam, odsu­wa­jąc od sie­bie pusty talerz dese­rowy. Z zaczepną miną usa­do­wi­łam się wygod­niej za sto­łem. - Czego, do cho­lery, ode mnie chcesz?

W odpo­wie­dzi się­gnął do port­fela, wyjął służ­bową wizy­tówkę i mi ją podał.

Kiedy na nią spoj­rza­łam, nie dowie­rza­łam wła­snym oczom.

Rozdział 4

4

???

Kil­lian O'Dea dyrek­tor arty­styczny Sky­scra­per Records 100 Stob­cross Road Glas­gow 07878568562

Zaci­snę­łam palce na ele­ganc­kiej wytła­cza­nej wizy­tówce i marsz­cząc brwi, spoj­rza­łam na pana Kil­liana O'Dea. Był dyrek­to­rem do spraw arty­stycz­nych. Kimś, kto wyszu­ki­wał nowych arty­stów i decy­do­wał o reper­tu­arze wytwórni fono­gra­ficz­nej.

- Pra­cu­jesz w wytwórni pły­to­wej? - zapy­ta­łam.

Patrzył na mnie bez­na­mięt­nie.

- Jeśli mi nie wie­rzysz, dam ci swój tele­fon, żebyś nas spraw­dziła w inter­ne­cie. - Zanim zdą­ży­łam odpo­wie­dzieć, wyre­cy­to­wał całą listę twór­ców, z któ­rymi pod­pi­sali kon­trakty. Roz­po­zna­łam kilka nazwisk zna­nych bry­tyj­skich arty­stów. - Jeste­śmy jedyną szkocką firmą muzyczną, o któ­rej warto mówić, i wkrótce przy­ćmimy topowe przed­się­bior­stwa z Anglii. Mamy oko do roz­po­zna­wa­nia świe­żych talen­tów i sprawny zespół mar­ke­tin­gowy, który wie, jak sprze­dać nowych twór­ców mło­demu poko­le­niu "cyfro­wych tubyl­ców". Dzięki temu przez ostat­nie pięć lat wyda­li­śmy cał­kiem sporą liczbę best­se­le­ro­wych albu­mów i zapew­ni­li­śmy kilku nowym wyko­naw­com świa­tową karierę.

Kiedy o tym mówił, w jego oczach poja­wił się błysk, jakieś świa­tło, któ­rego tam przed­tem nie widzia­łam. Nie byłam pewna, czy wywo­łała je pasja, czy zimna ambi­cja. Co waż­niej­sze, na­dal nie byłam pewna, czego ode mnie chce.

- Dla­czego mi to wszystko mówisz? - zapy­ta­łam.

O'Dea odwró­cił się w moją stronę i wpa­try­wał we mnie z nie­po­ko­jącą inten­syw­no­ścią.

- Nie tylko zapew­niamy arty­stom suk­ces komer­cyjny, lecz także tro­skli­wie się nimi zaj­mu­jemy. Masz dar. Czy myślisz, że zatrzy­muję się przy każ­dym ulicz­nym grajku, żeby wysłu­chać jego inter­pre­ta­cji pio­se­nek Adele? Nie. Ty po raz pierw­szy przy­cią­gnę­łaś moją uwagę, kiedy śpie­wa­łaś wła­sną pio­senkę. Zain­te­re­so­wa­łaś mnie. Chciał­bym poznać wię­cej two­ich utwo­rów, a jeśli są tak dobre, jak się spo­dzie­wam, to chcę, żebyś stwo­rzyła dla mnie cały album.

- Nie mam mene­dżera - skła­ma­łam.

- Mogę ci w tym pomóc.

Oczy­wi­ście, byłam zado­wo­lona, że ktoś doce­nia to, co robię, ale jesz­cze sil­niej­szy był strach przed tym, że ten facet do mnie pod­szedł i mógł mnie roz­po­znać. Serce waliło mi jak mło­tem na myśl o jego pro­po­zy­cji. Mia­łam wró­cić do daw­nego życia. Wystar­czyło kilka sekund, żeby wszyst­kie moje sekrety wyszły na jaw. Poczu­łam, że dło­nie mi się pocą i prze­cho­dzi mnie zimny dreszcz. Się­gnę­łam po swoje rze­czy.

- Dzię­kuję za pro­po­zy­cję, ale nie sko­rzy­stam.

- I to wszystko? - wark­nął i spoj­rzał na mnie gniew­nie.

- Wszyst­kie moje pio­senki już sły­sza­łeś. Nie mam nic wię­cej.

- Nie wie­rzę ci.

Gniew wymie­szał się ze stra­chem i policzki mi poczer­wie­niały.

- Nie obcho­dzi mnie, czy mi wie­rzysz. - Chcia­łam wyjść z boksu, ale chwy­cił mnie za łokieć.

Rzu­ci­łam mu ostrze­gaw­cze spoj­rze­nie, ale mnie nie puścił.

- Kto odrzuca atrak­cyjną pro­po­zy­cję, która może odmie­nić życie, żeby dalej tkwić na ulicy? Prze­cież to nie ma sensu.

Jego naiw­ność mnie roz­śmie­szyła.

- Wydaje ci się, że forsa i sława są takie wspa­niałe, jak się powszech­nie uważa? Takie życie jest jesz­cze bar­dziej puste niż moje.

- Skąd możesz to wie­dzieć?

- Puść mnie.

- Skąd to wiesz? - powtó­rzył.

- Wystar­czy poczy­tać życio­rysy sław­nych ludzi. Ilu z nich było tak naprawdę szczę­śli­wych?

- Tak się składa, że znam kilka takich osób.

- Pew­nie lecą na pro­chach.

- Jesteś okrop­nie cyniczna jak na młodą dziew­czynę.

Unio­słam brew.

- Wydaje ci się, że jestem taka młoda? Jeśli szu­kasz nasto­let­niej tip­siary, która będzie w miniówce pod­ska­ki­wać na sce­nie, to tra­fi­łeś pod zły adres.

- Jeśli odnio­słaś takie wra­że­nie, to zna­czy, że nie słu­cha­łaś ze zro­zu­mie­niem. A wła­ści­wie ile masz lat?

- Czy to gra w dwa­dzie­ścia pytań?

- Na razie zada­łem jedno. Nie spy­ta­łem nawet, jak się nazy­wasz. Dla­czego uni­kasz odpo­wie­dzi?

- Ponie­waż jesteś obcym face­tem, który posta­wił mi kola­cję, żeby coś ode mnie uzy­skać. Być może nie to, czego pra­gnie więk­szość męż­czyzn, ale na­dal jest to coś, czego nie zamie­rzam ci dać. Możesz sobie mówić, co chcesz, ale oboje wiemy, że masz mnie gdzieś. Cho­dzi ci tylko o pie­nią­dze, a ja nie chcę ich dla cie­bie zara­biać. Zapła­cisz za kola­cję czy zmie­ni­łeś zda­nie?

Nie­chęt­nie puścił mój łokieć.

- Zapłacę.

Poczu­łam ulgę, ale nie dałam tego po sobie poznać. Trzę­sąc się wewnętrz­nie, wyszłam z boksu i zarzu­ci­łam ple­cak na ramiona.

- Masz rację - ode­zwał się.

Zatrzy­ma­łam się i cze­ka­łam, co jesz­cze powie.

- Mam gdzieś, jak się nazy­wasz, ile masz lat i że jesteś bez­domna. Cho­dzi mi tylko o twój głos, twoje pio­senki i o to, jak wiele płyt uda ci się sprze­dać. - Wstał, wyjął z port­fela plik bank­no­tów i poło­żył na stole.

Była to o wiele więk­sza suma, niż wyno­sił rachu­nek za kola­cję. W jego ciem­nych oczach dostrze­głam chłód roz­cza­ro­wa­nia i iry­ta­cji.

- Kiedy wresz­cie się ogar­niesz i prze­sta­niesz cho­dzić z tą nie­umytą głową w chmu­rach, zadzwoń do mnie.

Ura­ził moją dumę i wpra­wił mnie we wście­kłość.

- Ty zaro­zu­miały dupku! Dziś rano myłam głowę!

Pod­szedł do mnie i spoj­rzał z góry na moją fry­zurę tak uważ­nie, że mia­łam ochotę zapaść się pod zie­mię. Kiedy nasze oczy w końcu się spo­tkały, on na­dal patrzył twardo, a ja z gnie­wem.

- Pew­nie gdzieś w publicz­nej łaźni. Niech zgadnę... Na base­nie?

Ze wstydu poczer­wie­niały mi policzki. W tej chwili po pro­stu go nie­na­wi­dzi­łam. Jak mógł tak ze mnie drwić?

- Co za czło­wiek zawsty­dza bez­domną osobę? - zapy­ta­łam.

- Sta­ram się zawsty­dzić kogoś, kto nie musi być bez­domny, w prze­ci­wień­stwie do tysięcy innych nie­szczę­śni­ków w tym kraju, któ­rzy nie mają wyboru. Wydaje ci się, że z cie­bie drwię? To ty codzien­nie drwisz z nich!

Wzdry­gnę­łam się.

- Gówno prawda.

- Czyżby? Oni nie mają wyboru. Ty masz.

- Nie mam.

- Przed chwilą dałem ci wybór. - Wci­snął mi w dłoń wizy­tówkę. - Zro­bisz z nim, co zechcesz.

Zosta­wił mnie pół­przy­tomną przy sto­liku i wyszedł z TGI Fri­days. Nogi mia­łam jak z waty, w gło­wie mi się krę­ciło. Nie chcia­łam przy­znać, że to sku­tek jego ostrych słów. Opa­dłam bez­wład­nie na ławeczkę w bok­sie. Na pewno przy­czyną były jedze­nie i prze­ży­cia minio­nego dnia. Na pewno.

Drżą­cymi pal­cami się­gnę­łam po pie­nią­dze, które zosta­wił na stole.

- Podać rachu­nek? - Głos kel­nera spra­wił, że w nie­spo­dzie­wa­nej panice zaci­snę­łam dłoń na bank­no­tach.

Ski­nę­łam głową i scho­wa­łam ręce pod sto­łem, żeby ukryć pie­nią­dze. Kiedy dosta­łam rachu­nek, odli­czy­łam należną sumę razem z pokaź­nym napiw­kiem. Gdy zorien­to­wa­łam się, ile mi zostało, poczu­łam łzy pod powie­kami.

Ten drań dał mi dwie­ście fun­tów. Dla nie­któ­rych to nie­wielka suma, ale dla mnie ozna­czała, że przez kilka tygo­dni nie będę musiała się mar­twić o to, czy zaro­bię coś gra­niem na ulicy.

Za ten życz­liwy odruch nie­na­wi­dzi­łam go jesz­cze bar­dziej. Dla­czego dał mi pie­nią­dze, skoro miał o mnie takie złe zda­nie?

Cho­ciaż bar­dzo się sta­ra­łam, jadąc auto­bu­sem w stronę cmen­ta­rza, nie mogłam się pozbyć z pamięci jego głosu. Tej nocy, kiedy już ubra­łam się cie­pło do snu i scho­wa­łam pie­nią­dze do schowka ukry­tego w fute­rale od gitary, wyję­łam notat­nik, któ­rego nie uży­wa­łam, odkąd przy­je­cha­łam do Szko­cji.

Kiedy wszystko zawa­liło mi się na głowę, ucie­kłam. Zosta­wi­łam całe swoje życie i przez ponad rok jeź­dzi­łam z ple­ca­kiem po Euro­pie. Przez cały czas pisa­łam nowe utwory, muzykę zupeł­nie inną niż ta, którą grał nasz zespół. Nie cho­dziło mi o stwo­rze­nie nowego brzmie­nia czy prze­boju. Nie chcia­łam powrotu do daw­nego życia. Jed­nak muzyka zawsze była moim spo­so­bem na wyra­że­nie samej sie­bie i two­rzy­łam pio­senki w nadziei, że w jakiś spo­sób przy­niosą mi uko­je­nie.

Tak się nie stało.

Wie­dzia­łam, że jeśli nie pomoże mi muzyka, to nie pomoże już nic.

Prze­sta­łam więc pisać, kiedy dotar­łam do Szko­cji. Wyda­łam ostat­nie pie­nią­dze na tani lot z Paryża do Glas­gow. I przez pięć mie­sięcy śpie­wa­łam, ale niczego nie napi­sa­łam.

Moja wiza miała się wkrótce skoń­czyć. Cho­ciaż O'Dea zosta­wił mi tro­chę pie­nię­dzy, nie wystar­czą na długo. Nie będę miała za co wró­cić do domu. Szcze­rze mówiąc, wcale nie chcia­łam tam wra­cać.

Patrząc na notes, na swój tekst, na pio­senkę, która była zbyt oso­bi­sta, żeby śpie­wać ją na ulicy, poczu­łam pra­gnie­nie, któ­rego od mie­sięcy nie doświad­czy­łam. Tutaj przede wszyst­kim sta­ra­łam się zapo­mnieć, wyrzu­cić z myśli wszystko, co było złe, i uda­wać, że jestem kimś zupeł­nie innym. Chcia­łam jed­nak dokoń­czyć to, co zaczę­łam.

Zna­la­złam pióro i gorącz­kowo zaczę­łam nano­sić zmiany w tek­ście. Prze­rwa­łam, kiedy pio­senka była w poło­wie gotowa, ponie­waż chcia­łam usły­szeć, jak brzmi.

Otwo­rzy­łam fute­rał i wyję­łam z niego swo­jego tay­lora.

I zaśpie­wa­łam.

Wtedy jesz­cze nie wie­dzia­łam, Że nasze dusze to jed­ność. I kiedy twoja gdzieś odpły­nęła, Moja roz­pa­dła się na k...

Głos mi się zała­mał, zanim doszłam do końca pierw­szej zwrotki. Poło­ży­łam się, obej­mu­jąc gitarę. Porzu­cony notat­nik leżał obok. Pierw­szy raz od wielu mie­sięcy zasnę­łam ze łzami na policz­kach.

Rozdział 5

5

???

W lecie mia­sto ma cha­rak­te­ry­styczny zło­żony zapach, który trudno opi­sać, dopóki nie roz­łoży się go na ele­menty. Jed­nym z nich jest woń roz­grza­nego asfaltu. Tutaj let­nie tem­pe­ra­tury nawet nie umy­wają się do tych w moich rodzin­nych stro­nach, ale pod­czas nie­licz­nych gorą­cych dni budynki, ludzie i samo­chody potę­gują upał, aż chod­niki stają się tak roz­grzane, że wydzie­lają wyraźny zapach betonu.

Teraz, kiedy tem­pe­ra­tura spa­dała, zasko­czona stwier­dzi­łam, że zewsząd docho­dzi mnie woń mokrego betonu, cho­ciaż nie padało od wielu dni. Jesie­nią w Szko­cji panuje wil­goć, nawet jeśli z cięż­kich sza­rych chmur nie leją się strugi desz­czu.

Tutej­szy wil­gotny chłód prze­nika aż do szpiku kości.

Kolej­nej soboty Kil­lian O'Dea nie zja­wił się, żeby posłu­chać mojego śpie­wa­nia. Chcia­ła­bym powie­dzieć, że mnie to nie ruszyło, ale wie­dzia­łam, że pie­nią­dze, które mi dał, musiały być powią­zane z jakimś zobo­wią­za­niem. Wzię­łam je w despe­ra­cji, ale to nie zna­czyło, że jestem naiwna. Nie poda­ro­wał mi ich z czy­stej dobroci. Nerwy mia­łam więc napięte. Cze­ka­łam. Chcia­łam znów stać się nie­wi­dzialna. A jed­nak szu­ka­łam go wzro­kiem spod ronda kape­lu­sza, a pod koniec dnia, kiedy się pako­wa­łam, ogar­nął mnie nie­przy­jemny nie­po­kój, jak dokucz­liwe mro­wie­nie w dło­niach i sto­pach.

Przy­czyną tego uczu­cia nie był jed­nak Kil­lian O'Dea. On jedy­nie dopo­mógł mu się roz­wi­nąć. Wyzwo­lił moje emo­cje, które wysko­czyły niczym wąż na sprę­ży­nie z otwar­tego pudełka. Wysko­czyły nagle i cha­otycz­nie, a ja nie wie­dzia­łam, jak upchnąć je z powro­tem. Zamiast tego zamio­tłam je pod wyima­gi­no­wany dywan. Znisz­czony, brudny dywan, który każ­dego dnia przy­po­mi­nał mi, co się pod nim kryje.

Do tego musia­łam dodać coraz wyraź­niej­szy strach przed zbli­ża­jącą się zimą.

Odczu­łam go wyraź­nie następ­nego wie­czoru.

W ponie­dzia­łek, po nie­spo­koj­nie prze­spa­nej nocy, kiedy musia­łam obej­mo­wać się ramio­nami, żeby nie szczę­kać zębami z zimna, czu­łam się fatal­nie. Cho­ciaż na­dal mia­łam pie­nią­dze od Kil­liana O'Dea, byłam głodna. Chcia­łam, żeby ta suma wystar­czyła mi na tak długo, jak się dało, więc jadłam tanio i nie­re­gu­lar­nie. W rezul­ta­cie przy­zwy­cza­iłam się do poran­nego bólu i gło­do­wych skur­czów żołądka. Jed­nak tego ranka zawroty głowy wywo­łane bra­kiem snu i prze­ni­kli­wym zim­nem po pro­stu mnie dobi­jały.

Mimo niskiej tem­pe­ra­tury słońce świe­ciło jasno. Powoli skła­da­łam namiot, słu­cha­jąc śpiewu pta­ków w gałę­ziach drzew. Zwy­kle uwiel­bia­łam ten dźwięk, ale dzi­siaj po pro­stu mnie iry­to­wał i wywo­ły­wał zazdrość. Te cho­lerne pta­szy­ska były takie szczę­śliwe, pod­czas gdy ja spa­dłam na dno roz­pa­czy.

- Musia­łam się jakoś roz­grzać, więc poszłam na basen i wzię­łam gorący prysz­nic. Czu­jąc się tylko tro­chę lepiej, zaczę­łam się ubie­rać. Wtedy zauwa­ży­łam w ple­caku tam­pony i na moment zamar­łam w bez­ru­chu.

Puls mi przy­śpie­szył, kiedy sta­ra­łam się skal­ku­lo­wać daty.

Co, do cho...

Ubra­łam się szybko, wzię­łam się w garść i w dro­dze do wyj­ścia zatrzy­ma­łam się przy recep­cji, żeby ode­brać gitarę.

Dzięki. Który dzi­siaj? - zapy­ta­łam.

- Dwu­dzie­sty czwarty.

Cho­lera.

Mie­siączka spóź­niała mi się o mie­siąc. Jak to moż­liwe, że tego nie zauwa­ży­łam?

Poczu­łam, że zaczyna mnie mdlić ze zde­ner­wo­wa­nia, ale nie dałam nic po sobie poznać.

- Czy jest tu gdzieś waga, z któ­rej mogła­bym sko­rzy­stać?

- Waga stoi w szatni, w głębi sali po pra­wej, przy ostat­nim rzę­dzie sza­fek.

Ski­nę­łam w podzię­ko­wa­niu głową i szybko wró­ci­łam do szatni. Czu­łam, jak przy­śpie­sza mi tętno. Na szczę­ście o tak wcze­snej porze nie było tu ruchu. Odsta­wi­łam swoje rze­czy, zdję­łam buty i weszłam na wagę.

Cho­ciaż byłam śred­niego wzro­stu, metr sześć­dzie­siąt osiem, zawsze wyda­wa­łam się drob­niej­sza, ponie­waż mam wąskie ramiona, szczu­płą talię i nie­wielki biust. Gdyby nie peł­niej­sze bio­dra i pośladki, czu­ła­bym się jak mała dziew­czynka.

Teraz bio­dra i pośladki zaczęły chud­nąć. Na­dal jesz­cze były widoczne, ale wyglą­dało na to, że nie­długo znikną.

Moja waga nie była taka zła, jak się oba­wia­łam. Nie zna­łam się na medy­cy­nie, ale uzna­łam, że nie mam ryzy­kow­nej nie­do­wagi. A jed­nak mie­siączka się zatrzy­mała.

Skoro nie cho­dziło o wagę - cho­ciaż nie byłam tego cał­kiem pewna - to może zawi­niło nie­do­ży­wie­nie? Może to ane­mia? Albo zbyt dużo cho­dze­nia? Nie wie­dzia­łam.

Wie­dzia­łam tylko tyle, że jeśli nie dostaję okresu, to dzieje się coś złego.

Nie­spo­dzie­wa­nie, zanim zdo­ła­łam się opa­no­wać, zaszlo­cha­łam gło­śno i spa­zma­tycz­nie. Chwy­ci­łam swoje rze­czy i poszu­ka­łam schro­nie­nia w kabi­nie prze­bie­ralni. Zasło­ni­łam dło­nią usta, żeby zagłu­szyć wła­sny głos.

Nagle przed oczami sta­nęli mi Mandy i Ham, oboje wychu­dzeni, zapusz­czeni, wyraź­nie nie­dba­jący o sie­bie. Myśla­łam, że jestem lep­sza od nich, że bez­dom­ność nie ma wpływu na stan mojego zdro­wia.

Naj­wy­raź­niej było ina­czej.

Dla­czego wyrzą­dza­łam sobie taką krzywdę?

Powin­nam z tym skoń­czyć.

Ale jak?

Nie mogłam wró­cić. Nie mogłam, nie mogłam, po pro­stu nie mogłam...

Musiał być jakiś spo­sób, żeby pro­wa­dzić taki tryb życia, ale bez szkody dla sie­bie. Bo czyż to nie było to, czego pra­gnę­łam? Chcia­łam prze­cież mar­twić się o naj­prost­sze, naj­bar­dziej przy­ziemne sprawy, zwią­zane z prze­trwa­niem.

Na tę myśl roze­śmia­łam się gorzko. O'Dea się nie mylił. Cho­dzi­łam z głową w chmu­rach. Nie byłam zdolna do trzeź­wego myśle­nia. I oka­zało się, że w rze­czy­wi­sto­ści bez­dom­ność jest prze­ra­ża­jąca, kiedy zdro­wie zaczyna się psuć.

Cho­lera.

Zabrało mi to dłuż­szą chwilę, ale w końcu doszłam do sie­bie i zebra­łam swoje rze­czy, sta­ra­jąc się nie zwra­cać uwagi na to, jak kru­cho wyglą­dają moje nad­garstki. Wszyst­kie kostki były teraz bar­dziej widoczne. Kiedy wsu­nę­łam dłoń do kie­szeni płasz­cza prze­ciw­desz­czo­wego, żeby się upew­nić, że drobne, które tam wło­ży­łam, ni­gdzie nie wypa­dły, pod pal­cami wyczu­łam jakiś sztywny kar­to­nik. Wyję­łam go nieco zdzi­wiona.

Kil­lian O'Dea dyrek­tor arty­styczny Sky­scra­per Records 100 Stob­cross Road Glas­gow 07878568562

Służ­bowa wizy­tówka zda­wała się patrzeć na mnie gniew­nie, jak to robił jej wła­ści­ciel.

- Oni nie mają wyboru. Ty masz.

- Nie mam.

- Przed chwilą dałem ci wybór.

Zro­bi­łam drżący wydech i zamiast zgnieść i wyrzu­cić wizy­tówkę, roz­pię­łam bluzę, roz­su­nę­łam suwak wewnętrz­nej kie­szeni i wsu­nę­łam kar­to­nik w to bez­pieczne miej­sce.

Nawet nie chcia­łam ana­li­zo­wać, dla­czego tak postą­pi­łam.

Tego dnia pogoda mnie zasko­czyła. Jak to moż­liwe, że noc była taka chłodna, a dzień wstał piękny, cie­pły i roz­świe­tlony wrze­śnio­wym słoń­cem - nie wie­dzia­łam. Mia­łam tylko nadzieję, że cie­pło wnik­nie w zie­mię i naj­bliż­szej nocy już tak nie zmar­znę.

Nie pozwo­li­łam, żeby tro­ska o zdro­wie wpły­nęła na jakość mojego występu na Bucha­nan Street. Ponie­waż był to dzień powsze­dni, byłam jedyną artystką w oko­licy. Pogoda, piękna jak na tę porę roku, spra­wiła, że ci, któ­rzy nie pra­co­wali, wyle­gli na ulice, a pra­cu­jący szu­kali słońca pod­czas prze­rwy na lunch. Chcąc zła­go­dzić ich tęsk­notę za latem, zaśpie­wa­łam wła­sną ener­giczną inter­pre­ta­cję Roc­ka­way Beach The Ramo­nes. Wyraź­nie przy­pa­dła ludziom do gustu i szybko przy­było monet w fute­rale na gitarę. Po The Ramo­nes zaśpie­wa­łam Sum­mer­time Elli Fit­zge­rald, a potem wszyst­kie pio­senki zwią­zane z latem, jakie tylko sobie przy­po­mnia­łam.

Zaro­bi­łam wię­cej kasy niż w prze­ciętną sobotę.

Wyko­ny­wa­łam pio­senkę za pio­senką, ale nie mogłam nie zauwa­żyć dwóch chło­pa­ków, któ­rzy nie ruszali się z miej­sca. Ludzie przy­sta­wali wokół mnie, a potem odcho­dzili, ale ci dwaj tkwili w zmie­nia­ją­cej się grupce słu­cha­czy. Było w nich coś, co przy­pra­wiało mnie o ciarki. Wyda­wali się jacyś nie­obecni, jakby nie stali tam po to, żeby słu­chać mojego śpie­wa­nia. Nie potra­fi­łam tego roz­szy­fro­wać, ale Ham kie­dyś mnie ostrzegł, żebym po szcze­gól­nie uda­nym dniu miała oczy dookoła głowy. Wystar­czyło zer­k­nąć do fute­rału, żeby zoba­czyć, ile pie­nię­dzy udało mi się zebrać.

Po Cruel Sum­mer zro­bi­łam sobie prze­rwę. Przede wszyst­kim scho­wa­łam bank­noty i monety. Dno fute­rału można było otwo­rzyć i ukryć pie­nią­dze. Zatrza­snę­łam je z powro­tem i w ten spo­sób usu­nę­łam gotówkę poza zasięg wzroku gapiów. Nie odda­la­jąc się, prze­wie­si­łam gitarę przez ramię i pocią­gnę­łam bar­dzo mi potrzebny łyk wody.

Poczu­łam, że się zbli­żają, zanim jesz­cze ich stopy poja­wiły się na frag­men­cie chod­nika, który widzia­łam spod ronda kape­lu­sza. Zde­ner­wo­wana pod­nio­słam głowę i zoba­czy­łam przed sobą dwóch mło­dych chło­pa­ków. Obaj mieli na sobie spodnie dre­sowe, T-shirty i czapki bejs­bo­lowe z dasz­kami zasła­nia­ją­cymi twa­rze.

Złe prze­czu­cie zje­żyło mi wło­ski na karku.

- To jest tay­lor? - zapy­tał wyż­szy i ruchem głowy wska­zał gitarę.

Jego pyta­nie mnie zasko­czyło.

- Znasz się na gita­rach? - zapy­ta­łam.

- Ojciec się nimi inte­re­suje. Twoja nie­źle wygląda.

Poczu­łam szybko rosnące napię­cie. Gitara była bar­dzo droga.

- Dzięki. - Odwró­ci­łam się, dając do zro­zu­mie­nia, że chcę, by ode­szli.

- To chyba typ o nazwie Dre­ad­no­ught?

Mia­łam Pre­sen­ta­tion. Nie chcia­łam jed­nak, żeby się tego dowie­dział, więc skła­ma­łam.

- Rze­czy­wi­ście znasz się na rze­czy.

- Ojciec marzy o Coco­bolo, ale stać go tylko na model Har­ley Ben­ton. Cią­gle powta­rza, że kie­dyś kupi sobie Coco­bolo. Tylko nie gra tak dobrze jak ty.

- Nie mów mu tego - prych­nął jego towa­rzysz.

Roze­śmiali się chó­rem, a ja zaczę­łam się zasta­na­wiać, czy nie jestem prze­sad­nie podejrz­liwa.

- Coco­bolo to fajna gitara - stwier­dzi­łam, patrząc na nich.

- No - potwier­dził, wpa­tru­jąc się w mojego tay­lora. Nagle kolega szturch­nął go łok­ciem, a on wzru­szył ramio­nami. - Dobra. Musimy już iść. Chcie­li­śmy ci tylko powie­dzieć, że jesteś dobra.

- To miłe, dzięki.

Poma­chali mi na poże­gna­nie i wolno ode­szli. Gdy znik­nęli w tłu­mie, spo­dzie­wa­łam się, że wraz z ich odej­ściem opu­ści mnie napię­cie, ale w tym spo­tka­niu było coś nie­po­ko­ją­cego. Ten, który mówił naj­wię­cej, sza­co­wał mnie wzro­kiem w dość nie­po­ko­jący spo­sób.

Instynkt pod­po­wia­dał mi, że powin­nam się spa­ko­wać i odejść. Zaro­bi­łam wystar­cza­jąco dużo pie­nię­dzy. Doda­łam do nich te, które dosta­łam od O'Dea, i doszłam do wnio­sku, że czas już zamie­nić płaszcz prze­ciw­desz­czowy na zimową kurtkę.

Zebra­łam swoje rze­czy i odwie­dzi­łam kilka tań­szych skle­pów z ciu­chami. W więk­szo­ści z nich trwały wyprze­daże let­nich rze­czy, co było zupeł­nie natu­ralne, ale w końcu zna­la­złam prze­ce­nioną o połowę kurtkę, która była modna rok temu. Chwilę się waha­łam, zanim za nią zapła­ci­łam, ponie­waż musia­łam wydać sporą część posia­da­nej gotówki, ale zaraz przy­po­mnia­łam sobie, jak okropna oka­zała się miniona noc.

Potrze­bo­wa­łam zimo­wego okry­cia i warto było się w nie zaopa­trzyć, dopóki mia­łam pie­nią­dze. Dorzu­ci­łam jesz­cze tanią cie­płą czapkę, sza­lik i ręka­wiczki.

Potem pozwo­li­łam sobie na małe sza­leń­stwo i kupi­łam sałatkę z kur­cza­kiem. Mia­łam już dość śmie­cio­wego jedze­nia. Uzu­peł­ni­łam też zapas wody w ple­caku. Korzy­sta­jąc z pięk­nej pogody, poszłam do parku Glas­gow Green, odle­głego od Bucha­nan Street o dwa­dzie­ścia minut pie­chotą. Roz­ło­ży­łam na tra­wie płaszcz prze­ciw­desz­czowy, usia­dłam i jedząc sałatkę, czy­ta­łam powieść, którą kupi­łam w taniej księ­garni za pięć­dzie­siąt pen­sów.

Dzięki temu zapo­mnia­łam o poranku.

Znów czu­łam się nor­mal­nie.

I zda­łam sobie sprawę, że cho­ciaż chcia­łam znik­nąć, to jed­nak od czasu do czasu potrze­bo­wa­łam poczuć się jak nor­malny czło­wiek.

Nastał pogodny wie­czór, więc posta­no­wi­łam iść na cmen­tarz pie­chotą. Szłam w kie­runku pół­noc­nym, a wyso­kie budynki cen­trum nik­nęły w oddali. Masze­ro­wa­łam chod­ni­kiem wzdłuż ruchli­wej jezdni, a wokół powoli zapa­dał zmrok. Na cmen­tarz wio­dła pro­sta droga.

Kiedy prze­ska­ki­wa­łam przez bramę, było już ciemno. Stopy w cięż­kich butach mia­łam spuch­nięte po cie­płym dniu, który nagle stał się o wiele chłod­niej­szy. Zer­k­nę­łam na torbę z zimową kurtką, zado­wo­lona, że ją kupi­łam i będę mogła dziś w niej spać.

Ruszy­łam pod górę, do swo­jej kępy drzew, i nagle wydało mi się, że sły­szę jakiś szept. Uzna­łam jed­nak, że to sze­lest opa­dłych liści na ścieżce.

Usły­sza­łam go jed­nak jesz­cze raz i zamar­łam w bez­ru­chu, jak jeleń, który wyczuł myśli­wego. Krew zaszu­miała mi w uszach, wytę­ży­łam słuch i sta­ra­łam się coś wypa­trzyć na pogrą­żo­nym w ciem­no­ści cmen­ta­rzu. Blask księ­życa oświe­tlał tylko naj­bliż­szą oko­licę. Dalej pano­wała głę­boka, nie­po­ko­jąca ciem­ność. Poświe­ci­łam wokół latarką, ale nie dostrze­głam niczego nie­zwy­kłego.

Mimo to pierw­szy raz, odkąd urzą­dzi­łam sobie tutaj dom, poczu­łam, że ogar­nia mnie strach.

Z biją­cym ser­cem poszłam dalej w kie­runku zagaj­nika, pocie­sza­jąc się, że ten szept był wytwo­rem mojej wyobraźni.

Zrzu­ci­łam z ramion ple­cak i wyję­łam namiot. Jed­nak kiedy zaczę­łam go roz­bi­jać, wyraź­nie usły­sza­łam głu­chy odgłos kro­ków. Bły­ska­wicz­nie wsta­łam i się odwró­ci­łam. Zoba­czy­łam przed sobą widzia­nych wcze­śniej dwóch mło­dych męż­czyzn i ska­mie­nia­łam z prze­ra­że­nia.

Śle­dzili mnie.

Poczu­łam ucisk w piersi, oddech stał się krótki i płytki, a przez głowę prze­mknęły mi wszyst­kie moż­liwe naj­gor­sze sce­na­riu­sze. Dla­czego tu za mną przy­szli? Choć byłam śmier­tel­nie wystra­szona, za nic nie chcia­łam się z tym zdra­dzić.

- Czego, do cho­lery, chce­cie? - spy­ta­łam gniew­nie, uno­sząc głowę.

- Gitary - odrzekł natych­miast wyż­szy z nich. - Wiemy, że jest warta kilka tau­ze­nów.

Mylili się. Mój tay­lor nie tylko był z serii Pre­sen­ta­tion, lecz także został wyko­nany spe­cjal­nie dla mnie. For­mal­nie jego war­tość wyno­siła pra­wie dzie­sięć tysięcy dola­rów, ale na aukcji dla fanów osią­gnąłby o wiele wyż­szą cenę.

Fute­rał na gitarę leżał za mną na tra­wie, kry­jąc nie tylko mojego tay­lora, lecz także pie­nią­dze, które dla bez­pie­czeń­stwa tam scho­wa­łam. Per­spek­tywa utraty gitary i pie­nię­dzy spra­wiła, że prze­sta­łam się trząść ze stra­chu i poczu­łam przy­pływ siły. Sta­nę­łam obok fute­rału, zasła­nia­jąc go przed nimi.

- Chło­paki, idź­cie do domu. Nie nara­żaj­cie się na kło­poty.

Wyż­szy uśmiech­nął się tak wred­nie, że krew zaczęła mi szyb­ciej pły­nąć w żyłach.

- A kogo to obej­dzie, że jakiejś bez­dom­nej łachu­drze ktoś ukradł gitarę? - Gestem wska­zał na ota­cza­jące nas nagrobki. - Tutaj nikt się tym nie przej­mie. A teraz oddaj nam gitarę, a my zosta­wimy cię w spo­koju.

- Posłu­chaj - zwró­ci­łam się do niż­szego z chło­pa­ków, który nie­spo­koj­nie prze­stę­po­wał z nogi na nogę, a minę miał bar­dzo nie­swoją. - Ta gitara ma dla mnie wielką war­tość sen­ty­men­talną. Pro­szę.

- Do kurwy nędzy! - wark­nął wyż­szy i ruszył w moją stronę.

Przy­go­to­wa­łam się na atak, ale on tylko pró­bo­wał mnie wymi­nąć i dostać się do gitary.

Instynk­tow­nie chwy­ci­łam go za ramię.

Póź­niej, kiedy spo­glą­da­łam wstecz, nie mogłam się nadzi­wić, że postą­pi­łam tak głu­pio.

Intruz, wyż­szy, szer­szy w ramio­nach i lepiej odży­wiony niż ja, zatrzy­mał się natych­miast. Strzą­snął moją dłoń z ramie­nia i wymie­rzył cios. Tra­fił mnie pię­ścią w poli­czek, a ja poczu­łam przej­mu­jący ból i zoba­czy­łam wszyst­kie gwiazdy.

Pół­przy­tomna i zdez­o­rien­to­wana, zorien­to­wa­łam się nagle, że pod ple­cami mam twardy grunt. Poli­czek palił mnie żywym ogniem. Kiedy cmen­tarz prze­stał wiro­wać, zro­zu­mia­łam, że napast­nik mnie zno­kau­to­wał. Leża­łam na tra­wie, a on przy­kuc­nął przy moim fute­rale. Otwo­rzył go, naj­wy­raź­niej chcąc się upew­nić, że gitara jest w środku.

Adre­na­lina roz­pa­liła we mnie furię. Sko­czy­łam na równe nogi i rzu­ci­łam się na chło­paka. Siłą ude­rze­nia ode­pchnę­łam go od gitary. Chwy­ci­łam go za włosy i pocią­gnę­łam z całej siły. Z satys­fak­cją usły­sza­łam, że krzy­czy z bólu. Udało mu się ode­pchnąć moją dłoń, a wtedy prze­je­cha­łam mu paznok­ciami po twa­rzy, dra­piąc ją do krwi.

- Kurwa! - wrza­snął z twa­rzą wykrzy­wioną z wście­kło­ści.

Chwy­cił mnie za rękę i mocno ją wykrę­cił.

Prze­szył mnie para­li­żu­jący ból i upa­dłam na kolana. Świat wokół się zako­ły­sał, a mnie samej zakrę­ciło się w gło­wie. Poczu­łam gwał­towne mdło­ści i łzy spły­nęły mi po policz­kach. Spa­zma­tycz­nie chwy­ta­łam powie­trze, czu­jąc, że nad­gar­stek pali mnie żywym ogniem.

- Johnny, co ty robisz? - zawo­łał drugi chło­pak.

- Zamknij się i bierz gitarę - wark­nął tam­ten i pchnął mnie na plecy.

- Chodźmy już! - pona­glił go kom­pan.

- Naj­pierw dam tej zdzi­rze nauczkę. - Chwy­cił mnie za oba nad­garstki i przy­parł je do ziemi nad moją głową.

Załka­łam cicho, czu­jąc, jak żołą­dek pod­cho­dzi mi do gar­dła.

Oszo­ło­miona dopiero po chwili zda­łam sobie sprawę, że chło­pak uwol­nił mój zra­niony nad­gar­stek, żeby roz­piąć spodnie.

Co?

Nie.

O nie!

- Nie! - chcia­łam krzyk­nąć, ale mia­łam wra­że­nie, że ktoś prze­ciął mi struny gło­sowe. Mój głos zabrzmiał piskli­wie i żało­śnie. - Nie!

- Johnny, daj spo­kój - pro­sił drugi chło­pak. - Chodźmy stąd.

- Zostaw mnie! - Pró­bo­wa­łam ode­pchnąć przy­trzy­mu­ją­cego mnie napast­nika.

Zim­nymi pal­cami gme­rał pod moim płasz­czem prze­ciw­desz­czo­wym, szu­ka­jąc suwaka dżin­sów. Panika dała mi siłę do dzia­ła­nia. Zaczę­łam wierz­gać nogami, sta­ra­jąc się mu wyrwać. Wtedy mnie ude­rzył.

Jesz­cze raz.

I jesz­cze.

Ciosy tak mnie zamro­czyły, że udało mu się opu­ścić mi spodnie.

- Johnny, nie! - krzy­czał drugi chło­pak.

- Prze­stań powta­rzać moje imię. Scho­waj się za drze­wem, jeśli nie potra­fisz się zacho­wać jak praw­dziwy facet! - wrza­snął napast­nik, a jego ślina opry­skała mi obo­lałą, mokrą twarz.

Wra­cała mi przy­tom­ność, a wraz z nią deter­mi­na­cja.

Kiedy krzy­czał do kum­pla, nieco lżej ści­skał mój obo­lały nad­gar­stek, więc wyko­rzy­sta­łam jego nie­uwagę, oswo­bo­dzi­łam rękę i zaata­ko­wa­łam jego twarz. Igno­ru­jąc ból prze­szy­wa­jący całe ramię, sta­ra­łam się wydra­pać mu oczy, roz­kr­wa­wić nos i wargi, aż bro­niąc się, zsu­nął się ze mnie. Prze­to­czy­łam się na bok, pod­par­łam dłońmi zaci­śnię­tymi w pię­ści i z tru­dem zaczę­łam się pod­no­sić, jak­bym wydo­by­wała się na powierzch­nię z głę­bo­kiej wody.

Prze­kleń­stwa i ordy­narne wyzwi­ska roz­nio­sły się w powie­trzu, a mnie jakoś udało się zmu­sić do posłu­szeń­stwa moje sztywne ze stra­chu ciało. Przy­klę­kłam, opie­ra­jąc jedną stopę na ziemi, i już mia­łam wstać, kiedy poczu­łam, że chwy­cił mnie za drugą nogę i pocią­gnął do sie­bie tak mocno, że upa­dłam na twarz. Ból prze­szył mi szczękę i nos, mia­łam mroczki przed oczami. Ale się nie pod­da­łam.

Odwró­ci­łam się, zamie­rza­jąc kop­nia­kami bro­nić się przed napast­ni­kiem, kiedy nagle, mimo zamglo­nego wzroku, zoba­czy­łam, jak kom­pan Johnny'ego ude­rza go kamie­niem w skroń, a ten osuwa się na zie­mię nie­przy­tomny.

Chło­pak stał z moim fute­ra­łem na gitarę w ręce i wstrzą­śnięty, z pobla­dłą twa­rzą, patrzył na kolegę. Nagle spoj­rzał na mnie.

- Ucie­kaj - powie­dział, a potem sam posłu­chał wła­snej rady.

Uciekł z moją gitarą.

Z moimi pie­niędzmi.

Popa­trzy­łam na chło­paka, który wła­śnie pró­bo­wał mnie zgwał­cić, a teraz leżał bez­władny, ze strużką krwi ście­ka­jącą po skroni. Okrop­ność i nie­do­rzecz­ność całej sytu­acji spra­wiły, że znów poczu­łam mdło­ści i zwy­mio­to­wa­łam na trawę. Zauwa­ży­łam krew, ale mia­łam nadzieję, że to z mojej roz­cię­tej wargi. Dygo­cząc nie­opa­no­wa­nie, wsta­łam i posłu­gu­jąc się prawą, nie­usz­ko­dzoną dło­nią, pod­cią­gnę­łam i zapię­łam spodnie.

Z tru­dem zarzu­ci­łam ple­cak na ramiona, przy­ci­snę­łam skrę­cony nad­gar­stek do piersi i zaczę­łam biec, zosta­wia­jąc namiot i - jak sobie póź­niej uświa­do­mi­łam - nową kurtkę.

Lewe oko spu­chło mi tak, że nie mogłam go otwo­rzyć, więc wszystko wokół widzia­łam jak za mgłą. Kilka razy się potknę­łam, a nawet upa­dłam, kiedy zoba­czy­łam cmen­tarną bramę. Jakimś cudem udało mi się przez nią przejść.

Scho­dzi­łam Glas­gow wzdłuż i wszerz, więc teraz dzia­ła­łam jak na auto­pi­lo­cie. Jakby mój mózg sam zde­cy­do­wał, co robić, zanim zdą­ży­łam się ogar­nąć. Ze schy­loną głową doszłam do budki tele­fo­nicz­nej, którą mija­łam codzien­nie, ale ni­gdy dotąd z niej nie korzy­sta­łam.

Kilka monet w kie­szeni to było wszystko, co mi zostało.

Nie mia­łam nic.

Nie mia­łam pie­nię­dzy.

Nie mia­łam gitary, żeby je zaro­bić.

Pozo­stała mi tylko jedna moż­li­wość.

Po kilku sygna­łach ode­zwał się męski głos, który wpły­nął na mnie dziw­nie kojąco. Sama nie wie­dzia­łam dla­czego.

- O'Dea? - zapy­ta­łam.

- Kto mówi?

- Muzy­kantka - odrze­kłam, uży­wa­jąc prze­zwi­ska, które nadała mi Mandy. Potem scho­wa­łam dumę do kie­szeni, a wła­ści­wie ból zro­bił to za mnie. - Potrze­buję pomocy.