Dziesięć
KIEDY WRÓCILIŚMY Z KINA, RODZICE DANTEGO siedzieli na werandzie przed domem. Weszliśmy z Dantem po schodkach.
- Gdzie twoje buty, Dante?
- Nie powinniście siedzieć przed domem i czekać, aż wrócę. To się nazywa nękanie.
Pan Quintana pokręcił głową.
- Może powinieneś zrezygnować z tej całej sztuki i zostać prawnikiem. A jeśli liczysz, że zapomniałem o pytaniu, na które mi nie odpowiedziałeś, to się grubo mylisz.
- Czemu lubisz mówić "grubo się mylisz"?
Pani Quintana posłała mi spojrzenie.
- Zdjąłem je w kinie. I zapomniałem.
Pan Quintana się nie roześmiał, ale widziałem, że ma ochotę.
- Nie robimy w tej kwestii postępów, co, Dante?
- Tato, kto definiuje "postępy"?
- Ja. Ja jestem tatą.
- Wiesz, tato, kiedy machasz mi przed nosem swoją dorosłością, to mi się wcale nie podoba.
Pani Quintana nie zamierzała się śmiać.
A potem Dante musiał mówić dalej. Nie potrafił się powstrzymać.
- Popatrz na to w ten sposób. Ktoś je znajdzie, spodobają mu się i zabierze je do domu. I będzie miał nową parę tenisówek. A może jego rodziców nie stać na kupienie mu nowej pary tenisówek. Więc wszystko się ułoży.
Naprawdę chciałem pocałować tego chłopaka. Dante nie wiedział, że jest zabawny. Nie mówił tego, żeby kogoś rozśmieszyć. Był na to zbyt cholernie szczery.
Ojciec Dantego pokręcił tylko głową.
- Dante? Naprawdę wierzysz we wszystko, co mówisz?
- Chyba tak. Tak.
- Tego się obawiałem.
Pan Quintana i Dante ciągnęli te swoje werbalne szachy, a ja tylko stałem i ich obserwowałem. Trudno było nie zauważyć, że pani Quintana jest coraz bardziej w ciąży. No, może nie coraz bardziej. Ale wiecie, w ciąży. Co za dziwne słowo. Może powinno istnieć piękniejsze określenie na kobietę, która ma urodzić dziecko.
Kiedy skończyli, pani Quintana spojrzała na mnie i spytała:
- Jak film?
- Bardzo dobry. Chyba by się pani spodobał.
Pan Quintana ścisnął żonę za rękę.
- Soledad nie lubi chodzić do kina. Woli pracować.
Posłała mężowi jeden z tych swoich ironicznych uśmieszków.
- To nieprawda - odparła. - Po prostu wolę przeczytać książkę.
- Tak. Najlepiej taką o najnowszych teoriach z dziedziny rozwoju psychicznego człowieka. A już na pewno o nowinkach na temat zachodzących w nas zmian behawioralnych.
Roześmiała się.
- Czy ja krytykuję twój gust do poezji postmodernistycznej?
Podobało mi się, że tak się dogadywali. Żartowali ze sobą w taki przyjemny, swobodny sposób, który był zwyczajnie uroczy. W domu Dantego było tyle czułości... Może pani Quintana była bardziej surowa od pana Quintany. Ale była miła. Była twarda i miła.
Dante spojrzał na matkę.
- Wybrałaś już imię?
- Jeszcze nie, Dante. - Powiedziała to tak, jakby czuła się jednocześnie zirytowana i rozbawiona nowym hobby Dantego. - Mamy na tę decyzję cztery miesiące.
- To będzie chłopiec.
- Nieważne. Chłopiec. Dziewczynka. - Popatrzyła na pana Quintanę. - Bez urazy, ale mam nadzieję, że to maleństwo będzie przypominało swoją mamę.
Pan Quintana odwzajemnił spojrzenie.
- Doprawdy?
- Nie rzucaj tego swojego "doprawdy?", Sam. Jestem w mniejszości. Dante jest podobny do ciebie. Mieszkam z dwoma chłopcami. Brakuje nam drugiej dorosłej osoby w rodzinie.
Uśmiechnąłem się na te słowa. I to szeroko.
- - -
- Chcesz posłuchać listy, którą zrobiłem?
- Listy?
- No wiesz, imion, które wybrałem dla mojego braciszka. - Leżał na łóżku, a ja siedziałem na jego krześle. Przyglądał mi się badawczo. - Śmiejesz się ze mnie.
- Nie, ani trochę. Słyszysz, żebym się śmiał?
- Śmiejesz się w duchu. Widzę to.
- Tak, śmieję się w duchu. Jesteś nieustępliwy.
- Sam nauczyłem cię tego słowa.
- Owszem, nauczyłeś.
- A teraz używasz go przeciwko mnie.
- Na to wygląda. - Spojrzałem na niego znacząco. - Czy rodzice nie mają w tej sprawie nic do powiedzenia?
- Po moim trupie.
Podszedł do biurka i wyjął żółty notes. Rzucił się z powrotem na łóżko.
- To imiona, jakie zebrałem do tej pory: Rafael...
- Ładne.
- Michał Anioł.
- Odbiło ci!
- I to mówi chłopak o imieniu Arystoteles.
- Cicho siedź.
- Nigdy nie siedzę cicho.
- Jakbym nie zauważył.
- Ari, wysłuchasz mnie? Czy będziesz komentował?
- Sądziłem, że prowadzimy rozmowę. Zawsze powtarzasz, że nie umiem rozmawiać. Więc rozmawiam. Ale się zamknę. W odróżnieniu od ciebie wiem, jak to się robi.
- Taa, taa - odparł.
- Taa, taa - powtórzyłem.
- Po prostu posłuchaj listy, a potem, jak już skończę, możesz zaserwować swoją ironię i sarkazm.
- Nie używam ironii.
- Ani odrobinę.
Boże, chciałem go pocałować. I całować, i całować, i całować. Kompletnie mi odwalało. Czy można stracić zmysły, kiedy się kogoś kocha? Kim ja byłem? Nie poznawałem samego siebie. Cholera.
- W porządku - powiedziałem. - Zamknę się. Czytaj listę.
- Octavio. Javier. Juan Carlos. Oliver. Felipe lub Philip. Constantine. Cesar. Nicholas. Benjamin. Nie Ben, tylko Benjamin. Adam. Santiago. Joaquin. Francis. Noel. Edgar. To wszystko, co spisałem do tej pory. Wyeliminowałem wszystkie zwyczajne imiona.
- Zwyczajne imiona?
- John, Joe, Michael, Edward i tak dalej. Co myślisz?
- Wiesz, że wiele z tych imion brzmi bardzo meksykańsko?
- Co chcesz przez to powiedzieć?
- Tak tylko mówię.
- Słuchaj, Ari, chcę, żeby był Meksykaninem. Chcę, żeby był tym wszystkim, czym ja nie jestem. Chcę, żeby znał hiszpański. Chcę, żeby był dobry z matmy.
- I chcesz, żeby był hetero.
- Tak - wyszeptał. Nie mogłem znieść patrzenia na łzy płynące po jego twarzy. - Tak, Ari, chcę, żeby był hetero.
Usiadł na łóżku, ukrył twarz w dłoniach i się rozpłakał. Dante i łzy.
Usiadłem obok niego i przytuliłem go do siebie. Nie odezwałem się ani słowem.
Pozwoliłem mu wyszlochać mi się w ramię.