Zbliżając się do szczytu
wyniosłości życia, zwracał jeszcze spojrzenie w stronę krainy
przebytej. Strudzone stopy ociężale dźwigały wiek jego nędzny i
ciężki, jak bryłę ołowiu, do ziemi nieznajomej, co się daleko
ukazać miała. Ostrymi łokciami wparła się w jego ramiona uporczywa
zgryzota i plecy mu w pałąk wygięła. Zelżały już rzemienne popręgi
życia wśród blasku i wówczas widoczną była każda sina blizna, którą
mocno i głęboko wypaliły. I serce, po tysiąc razy nasycone, już nie
łaknęło.
Daleko w nizinach został ów czas, kiedy tak wszystko smakowało
duszy, jak sama chciała. Skinienie ręki, na którego widok tłum
rozstępuje się i ucieka, jakby go uderzał blask grotów włóczni
schylonych i mieczów wydobytych; skinienie ręki, na którego widok
czołga się do stóp nieznany człowiek, jakby go ciągnął powróz
siepacza - znudziło się i obmierzło.
I w rzeczach wszystkich, które ujmuje posiadanie, widać było
tylko zgryzotę.
O, gdyby można było wrócić się tą samą drogą, o, gdyby można
iść wstecz i raz jeszcze ujrzeć, co się już widziało, - ku dalekim
dolinom, we mgłach tęsknicy roztopionym! Wrócić się do widzeń
serca, zobaczyć znowu świat nieprawdziwy, odbity w oczach
dziecka... Zważać w milczeniu, jak pod sercem, pełnem zdrad i
wybiegów, poczyna się tajemne, sobie tylko samemu wiadome
westchnienie i przewodniczy orszakowi myśli nowonarodzonych, które
za niem idą w stronę mądrości...
Raz jeszcze temu wzruszeniu zaufać!
Tam w tych dolinach zostało się szczęście, które nie trwało
dłużej nad czas jednej jutrzenki, a zwiędło, podobne do kwiatu
wiosny na niwie, gdy wysoko wzbije się skwarne słońce...
A kiedy na obraz ciosów dzwonu za umarłych, które rozbijają
ciszę poranka, twarda świadomość roztrącała westchnienie, głosząc,
że dni szczęścia już się nie wrócą, już się nie wrócą, jak śnieg, z
chmur spadły, na dawne miejsce w przestworzu, - wzniósł ciężką
rękę, aby zatrzasnąć drzwi miedziane. Na zawsze utracić opuszczone
już życie, rozległe siedlisko żalu. Przestać uczuwać potrzebę
rozkoszy, których liczba skąpa jest i wiecznie się powtarza,
konieczność dziwactw ciągle odmiennych, a zawsze tych samych,
świeżych, jak dopiero zerwane róże skojarzeń myśli, za któremi
nieodzowne wlecze się zdala poziewanie.
Rzucić na ziemię i stopą rozedrzeć ostatni kwiat, a duszę,
niewolnicę zmysłów, wprowadzić do okręgu, gdzie inny leci czas, nie
czekający nigdy, który śpieszy się wiecznie na wyścigi z dziką
pianą fal, z polotem wiatru i z płomienną błyskawicą. Tam ją
przeciwko samej sobie obrócić, aby się poczęła zżerać i trawić, jak
w ogniu. Aby zaczęła wadzić się z sobą i ze wszystkiemi hasłami
żywota. Zgromadzić dokoła niej jedynych sojuszników, jedynych
przyjaciół i znajomych współbraci: własne jej siły. W mocną smycz
ze skóry uchwycić namiętności, jak psy i suki. W ściśniętej dłoni
sforę ich nikczemną i szczekającą zatrzymać.
A gdy to marzył, stanęła przed nim twarda mądrość maga,
którą był ongi poznał i dla rozkoszy życia dawno odtrącił. I
widział znowu wielmożną myśl Manesa, co się w irańskich
przestworach, u jasnych ognisk dobrotliwego ojca Ahuramazdy
zapaliła, co się kochała w Baranku Bożym i ku ognistej tarczy
słonecznej leciała, wiecznie stęskniona. Wtedy własne jego uczucia
wlały się w amfory mistrza, co się zwał Parakletem. Począł dumać o
tajemnicy, o skrytym i niezbadanym duchu człowieka, o tym ogniu
niebiańskim, pełgającym nad jaskinią.
I widział, jakgdyby w sennych marzeniach, pracę, walki i
niedolę pierwszego człowieka, Adama, który po to przyszedł, aby się
w nim dokonało wyzwolenie światłości. Duch jego miał zdobyć
całkowitą wiedzę o sobie i rozwinięcie całej natury człowieczej.
Ale pan mroku, ten, co się z przedwiecznego wroga jasności, z
Angramainiu wywodzi, zły duch z czołem, zranionem od pocisku
boskich piorunów, umiał temu przeszkodzić. On to dał Adamowi
kobietę za towarzyszkę. Nim nastąpiło wyzwolenie światła, Ewa
wznieciła w duszy Adama straszliwą siłę, bezdenną, wszystko
niszczącą władzę: miłość. Pod naciskiem tej potęgi Adam rozproszył,
osłabił i utracił blask swego ducha. W miłości poczynał dzieci,
które były spadkobiercami grzechu i niedoli. A jak było z Adamem,
tak było z nim, Dioklesem, dalekim potomkiem.
Wtedy wydarł się z jego piersi głęboki jęk. Jęk żywota.
Ujrzał raz na zawsze, że miłość dla kobiety i płodzenie z nią
dzieci sprawuje zaplątanie się jasnego ducha w materję. I
potrzykroć za prawo nieodwołalne uznał wzgardę rozkoszy cielesnej:
pieczęć piersi.
Powtóre w sennem westchnieniu oglądał drugie prawo wielkiego
kacerza: oczyszczenie ducha przez wędrówkę z ciał ludzkich do ciał
zwierzęcych i roślinnych. I głęboko przejrzał, że dusza zwierzęca
jest cząstką Boga. Dlatego wyznał wobec siebie, że zabójstwo
zwierząt, zżęcie kłosa i otrząsanie owocu równa się morderstwu,
ponieważ przemocą wstrzymuje rozwój światłości, uwięzionej w
zwierzęciu i w roślinie.
I potrzykroć za prawo nieodwołalne uznał swobodę trzód, pól,
gajów, rzek i stepu: pieczęć ręki.
Odtąd utonął cały w nauce wielkiego maga.
I śnił o świętym aniele blasku, jak w postaci węża namawiał
pierwszego człowieka, aby zakaz przestąpił - i jak w nim przywiódł
rodzaj ludzki do wysokiej świadomości samego siebie;
o jasnym aniele, synu słońca, jak w postaci węża krążył
pomiędzy ludźmi, ucząc ich prawdy o naturze człowieczej;
o walce syna słońca, wszczętej przeciw królestwu ciemności,
i o zwycięstwie książąt mroku, którzy część słonecznej zbroi objęli
w posiadanie;
o tem, jak pan zesłał wówczas na ratunek człowiekowi ducha
żywota, siłę, ze siebie samej wynikającą, Egona, który do jarzma
wprzężonemu prawicę podał.
I oto duch żywota, wsparty przez inne potęgi, zwyciężył
wreszcie pana ciemności. Z cielska jego utworzył nocne niebiosa, a
z błysków światła, jakie w niem były, stworzył gwiazdy, w mroku
lśniące.
Uwierzył Diokles, że, gdy zupełne oczyszczenie nastąpi, duch
jego, jako światłość czysta, wzniesie się ku księżycowi, uleci ku
słońcu i wejdzie do królestwa wiecznego blasku. Z nim razem
oczyszczać się będą z materyi ludzie i wszystek świat, od źdźbła
chwiejnej trawy nad wodą aż do gwiazdy, żarzącej się wśród niebios,
póki nie wyłączy się światło z mroku. A gdy materya blask utraci,
zamieni się w bryłę martwą i przez ogień będzie pożarta. Dusza
każda, która dobrowolnie odda się w niewolę ciemności, karę
zasłużoną poniesie i w chwili ostatecznego rozdzielenia królestw
będzie do trupiej masy przykuta, ażeby była jej stróżem. Dusza taka
stanie się jedno z tem, co za życia kochała...
Tak uczył Manes.
Gdy słońce, gdzie Bóg mieszka w wieczności, słońce, którego
natura jest naturą Boga, szło na zachód i w czerwonych piaskach
puszczy libijskiej tonęło, Diokles uczuwał w duszy swej tęsknotę,
bardziej rozległą i nieobeszłą od pustyni. Gdy zmierzch spadał na
rozkwitłe wąwozy Egiptu, zwracał oczy i wargi szepcące ku światłu
nocnemu księżyca, co jak namiestnik pilny i dbały dalekiego władcy,
obchodził majestatyczne królestwo niebios.
Tak często spędzał noc bezsenną.
A gdy się rozpraszała i gdy brzask pasować się zaczynał z
cieniami, brał z sobą mały poczet sług i na mule wyjeżdżał.
Mijał wówczas oazę Jowisza Ammona. Nie wabiły go szumiące
jej strugi, przezroczyste jeziora, ani cień zmoczonych rosą fig i
granatów. Zagłębiał się w dzikie doliny i brnął wskróś nagich,
płonnych, niepożytecznych płaskowzgórz, zasianych ostrymi głazami.
Tam, w tej ziemi, gdzie każde źdźbło usycha, gdzie już nie może
wytrwać cedr ani sosna, między skałami szukał tajemnicy żywota.
Wchodził do jaskiń zatarasowanych, które były mogiłami ludzi
pustyni, - i długo patrzał na zwłoki leżące.
Wyschnięte ciała starców stuletnich, chrześcijan i kacerzy,
były całe, nie dotknięte przez zgniliznę. Mocno zwarte, suche
dłonie ich ściskały krzyże swe z drzewa. Palmowy liść, co im za
płaszcz służył, skruszył się i rozsypał. Leżeli nadzy. Zdawało się,
że śpią, uśmiechając się do widzeń ducha.
Trwali tam setki lat w jamach skalnych ci nieśmiertelni
ludzie. Pożywieniem ich był owoc palmowy, napojem woda. Tyle tylko
zażywali pokarmu, żeby wydatek sił równy był przychodowi, a
osiągali tę doskonałość, nie wprowadzając do swego ciała niczego,
co gnije, co jest już własnością śmierci. Nie jedli mięsa zabitych
zwierząt, nie pili sfermentowanych napojów. Wszelką zgniliznę
wydobywali z żył swoich przez mozół nieustający. I wychodziła wraz
z potem, który zlewał plecy, ręce i czoła. Siłę życia czerpali z
żywiących promieni słonecznych, z jasności powietrza, z woni ziół.
Ciało ich było taksamo czyste, jak duch. Częste, długie, z dnia na
dzień dłuższe posty uczyniły je niezależnem i nietykalnem. Dlatego
śmierci się oparło.
Diokles, opuszczając czerwony kraj pustyni, gdy wracał do
pachnących sadów Egiptu, czuł, że jest pośród nich, jak
przychodzień z ziemi cudzej...
A gdy jednego dnia sam szedł i miał przekroczyć próg domu,
zastąpił mu drogę fellah, oracz ubogi, i rzekł:
- Córka, którąś mi z chaty wziął do łoża swego, powiła
dziecię.
Diokles zatrzymał się u drzwi. W głębinie duszy swej mówił:
- Oto jest pokusa szatana...
A do chłopa rzekł:
- Nie chcę widzieć niemowlęcia. Chcę być sam, sam jeden. Ty
z niem uczyń, co chcesz. Wychowaj, albo, gdy ci zawadza, rzuć w
wodę Nilu.
Ale wewnętrzne, drżące wzruszenie ścisnęło mu gardło, gdy
miał powtórzyć słowa rozkazu. Zapytał:
- Syn?
- Tak jest, o panie.
Wtedy wymówił:
- Chcę go zobaczyć.
I wszedł do nędznej, czarnej chaty nad wodą. Tam ujrzał
leżące w łachmanach dziecko swoje. Miało zaledwie parę tygodni.
Oczy jego były jeszcze nieruchome, zimne, wrażliwe tylko na światło
i mrok. Spojrzał, jak bezradnemi rękoma przestwór chwytało, i
dziwne myśli usłyszał w głowie swej, jakby mu je szeptały do ucha
namiętne wargi:
- Może to jest ten, co będzie zastępował cały ród ludzki...
Zdeptaj go, zdeptaj!
- Może to jest ten, który z serca wyjmie iskrę prawdy i
piorunem jej ziemię czarną zapali...
Zdmuchnij ją, zdmuchnij!
Może to jest ten, co mrok rozedrze, jak Samson lwa...
Złam jego ręce, złam!
A kiedy stał pochylony i patrzał w maleńkie ciało
dziecięcia, płomienie radości z jego serca buchnęły. Znalazł już
wszystko. Odszukał samego siebie. Nie przewidywał takiego uczucia
podobnie, jak nikt nie wie pośród wesela o łzach, a dowiaduje się
całej o nich prawdy wówczas dopiero, gdy je w nieszczęściu
przyjdzie wylewać.
Szybkimi kroki udał się do swej siedziby i wrócił prędko,
dźwigając wór pieniędzy. Obsypał złotem matkę niemowlęcia i całą
jej rodzinę. Wzamian za syna darował im grunta, na które wylewają
się czarne wody. Kupił go na swoją, na niepodzielną własność.
Łkając oddawała go matka, ale złote monety, których pełne garści
jej rzucił, uciszyły jej boleść.
Diokles wrócił do swego domu z dziecięciem i drzwi
zatarasował. Czarny niewolnik jeden jedyny miał prawo wstępu do
komnaty, gdzie stała kołyska. Gotował mleko, rozcieńczone wodą,
przyrządzał kąpiel i lniane chusty. Diokles sam dawał pożywienie
synowi, sam go przewijał, kąpał i utulał w płaczu. Spędzał z nim
długie, szczęliwe godziny.
Gdy dziecię ze snu otwierało oczy i wzrokiem przygasłym
śledziło błyski słońca, ozłacające ściany, leżąc na dywanie, głowę
kładł przy niem i w małe ciałko przelewał swą wolę, swe myśli i
marzenia. Do kruchej piąstki, stulonej jak liść grabowy, co się w
dniach wiosennych z pąka wydobywa, przyciskał wargi z błaganiem:
- Synu mój, synu...
Nie chcę, żebyś był panem, którego witają poddani, zginając
grzbiety. Nie chcę, żebyś był panem, który może, gdy chce, łzy
wycisnąć i uśmiech szczęścia darować stęsknionemu tłumowi. Nie
chcę, żebyś był wodzem, którego potęga łamie góry i w skiby
urodzajne obraca. Nie chcę, żebyś był królem o prawicy,
rozciągniętej nad krajem, gdzie lata kamsin, nad wszystkiemi falami
Nilu i nad jego deltą, wiecznie kwitnącą. Nie chcę, żebyś był
królem, który może wznosić lub zwalać Diospolis, Luksor i Karnak, a
kładzie się spać na wieki, sam jeden, w czeluściach piramidy.
Synu mój, synu...
Nie chcę, żebyś posiadł mądrość, matkę niewidzialnej władzy
nad ludźmi. Nie chcę, żebyś był twórcą potężnym, którego imię
powtarzać będą ze czcią i zdumieniem dalekie, obce ludy.
Synu mój, synu...
Pragnę, żeby moje wzruszenia weszły w twe serce, jak iskra
ognia. Pragnę, żeby moje męczarnie tobie serca nie zraniły, a
innych żebyś nie poznał. Pragnę, żeby z ducha twojego wyrosło, jako
czyn, moje serce, zdławione rękoma nieszczęścia.
Synu mój!
Bądź czystym, który oburącz wynosi z mroków światło słońca.
Bądź mężnym, który śmierć przekłada nad złamanie słów,
zaprzysiężonych w obliczu swego ducha. Posiądź uśmiech szczęścia,
który warg nie odstępuje nigdy, nie odstępuje na krzyżu, gdy
gwoździe katowskie ręce przybijają do drzewa.
Synu mój!
Dam ci potęgę samotności, której nie miał Adam, pierwszy
pracownik. Dam ci potęgę najgłębszą: nie zaznasz miłości dla
kobiety. Włożę w twe oczy wyniosły wzrok zwiastuna, który widzi
wieczność i drogę idącą ku słońcu za łańcuchami gór.
Posiądź szczęście! Bądź nieśmiertelny sam w łonie swem, bądź
wieczny, tu, za życia, i niechaj wieczne będzie twe ciało!
A gdy maleńką dziecinę opanowywał płacz i gdy krzykiem
uskarżała się na ból, czy nudę swoją, wyrywał ze strun lutni
głęboką melodyę, pierwszy raz przez wzruszone palce w nich
znalezioną. Pod wpływem jej dzieciątko się uciszało. W oczach jego
ukazywała się zdumiona ciekawość, a na wargach zakwitał uśmieszek
niewysłowiony. Uśmiech do dźwięków muzyki, do owych istnień,
radosnych od blasku, albo ponurych i strasznych, jak wnętrze trumny
zbutwiałej, do rzeczy bezkształtnych, świetlistych, pachnących,
gładkich, których byt wespół z dźwiękami się oznajmiał... Pierwszy
uśmiech przychodnia do najmilszego, co ma ta czarna ziemia...
Kiedyindziej, gdy wśród nocy głębokiej siedział schylony nad
kołyską, a przed blaskiem płomienia kryły się po kątach nietoperze
cieniów, niemowlę wpatrywało się w te ruchome czarne figury.
Diokles tonął w dociekaniu, jakie uczucia przejmują wówczas
serce jego syna. Czy dlań człowiek nie jest tem samem, co cień jego
postaci... Pragnął iść za każdem z tych wrażeń, za każdem z
westchnień, jak niewidzialny świadek i modlić się z oddali w ostrem
zranieniu ducha, ażeby na wzór obłoków, wstających z ziemi i wód o
wczesnym poranku, szły do słońca.
Innego dnia siedział na rozciągniętym dywanie, gdy dziecię
spało. Zaczęła nad niem krążyć zła mucha. Siadała na małem czole,
na licu, na ustach i na zamkniętych powiekach. Wolno rozwarły się
oczy niemowlęcia. Brwi jego drgnęły i wejrzenie zgrozy pełne
ścigało muchę. Ona krążyła dokoła małej głowy, jakby szukając
miejsca, które ma zranić. I nagle zalęknienie spadło na senne oczy,
a twarz przeszyło, niby strzała ognista.
Diokles stał zdala. Splecione dłonie przycisnął do piersi i
zcicha szeptał:
- Oddal się, zła mucho, zła mucho, straszny zwiastunie. Idą
za tobą stada potworów, kryjąc się w cieniach. Przeciwko mnie zwróć
żądło twoje. Spraw, niechaj serce me zarobi się i ustanie pod
ciężarem boleści. Niech po każdej nocy poduszka moja mokrą będzie
od łez, napróżno wylewanych. Niech każda jutrznia wschodząca w dyby
smutku zawiera nogi moje, a zmierzch niech nie zdejmuje z mych rąk
- żelaznych kajdan ucisku. Niech, jak badyl sitowia pod wiatrem,
słania się dusza moja u twardych stóp niedoli, tylko od niego
odejdź, zła mucho, zła mucho...
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.