Artystka - Lucy Seeds

Kup ebooka

37.50 zł
30.00 zł (37,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

SAINT-AUGUSTE-DE-PROVENCE, 1920 ROK

JOSEPH

Do miasteczka przybywa nieznajomy. Idzie zakurzoną drogą, wzdłuż której po jednej stronie rozciągają się pola lawendy, po drugiej płynie spokojna, zielona rzeka. Niesie tylko zniszczony plecak. Słońce praży go w odkrytą głowę. Jest młody, ma zaledwie dwadzieścia lat, i idzie wyprostowany jak baletmistrz albo żołnierz, który nigdy nie widział wojny. Senne miasteczko leży na południu Francji. Nieznajomy nazywa się Joseph Adelaide.

W dłoni ściska list. Czytał go wielokrotnie, choć zawiera tylko jedno słowo:

Venez.

"Proszę przyjechać".

Poniżej widnieje podpis. Joseph nigdy nie spotkał nadawcy, ale podpis zna doskonale. Oglądał go często na licznych płótnach, w rogu swojego ulubionego obrazu w National Gallery, Kąpiących się w Arles. Na obrazach w pozłacanych ramach w Sotheby's i u Knoedlera. A teraz ta sama sygnatura znajduje się w zaadresowanym do Josepha liście.

Z początku obawiał się wysłać swoją prośbę. Przerabiał ją i przepisywał raz po raz, wykreślał banalne frazy i nieudolne sformułowania. Tworzył szkic za szkicem, aż pewnego dnia, po miesiącach męczących rozterek, siostra wyrwała mu list z ręki i sama zaniosła go na pocztę.

Potem nastąpiły miesiące milczenia. Joseph wyrzucił całą sprawę z pamięci - głupotą było sądzić, że dostanie odpowiedź. A nawet zuchwałością. Za każdym razem, gdy o tym myślał, chował twarz w dłoniach.

Ale potem... Na początku czerwca listonosz przyniósł zwykłą kartkę.

Joseph nie potrzebował adresu zwrotnego, by odgadnąć, kto jest nadawcą. Nie potrzebował też zagranicznych znaczków ani niebieskiego tuszu francuskiej poczty. Podpis powiedział mu wszystko. Tego samego ranka spakował się, wysłał telegram do redaktora, by go zawiadomić, że owszem, to się dzieje, tak, otrzymał odpowiedź i jedzie. Nie wiedział, kiedy wróci.

Wsiadł do zatłoczonego pociągu do Charing Cross, potem do następnego, do Dover, gdzie wyprosił u załogi wstęp na pokład parowca płynącego do Calais. Stamtąd dotarł do Paryża, gdzie przenocował w podrzędnym pensjonacie, nim ruszył porannym składem do Awinionu. Na miejsce dotarł późno - zbyt późno, by jechać dalej - więc wynajął pokój w hoteliku przy dworcu.

Następnego ranka z plecakiem na ramieniu maszerował wybrukowanymi jasnym kamieniem ulicami. Tam, dokąd musiał teraz dotrzeć, nie kursowały żadne pociągi ani środki transportu publicznego. W końcu udało mu się zatrzymać furmankę z mlekiem i zabrać się nią do Saint-Auguste, gdzie woźnica właśnie wysadził go na poboczu drogi.

Jest zakurzony, spocony i niemal oślepiony gorącym, białym blaskiem południowego słońca.

Pomarszczona kobieta w wiejskiej trafice wskazała mu drogę: idź pustą szosą, z rzeką po lewej stronie. Za ruinami kościoła znajdziesz wydeptaną ścieżkę. Jeśli zobaczysz jaskinie, znaczy, że zaszedłeś za daleko. Skręć w lewo i podążaj ścieżką. Nie spotkasz żywej duszy. Idź dalej, obok walących się zabudowań, a kiedy już pomyślisz, że pobłądziłeś, trafisz do starego gospodarstwa. Powodzenia.

Joseph rozgląda się teraz po suchych, rozświetlonych polach, po drzewach, które wznoszą się nad nimi niczym słupy dymu. Rozciera łodygę lawendy między palcem a kciukiem, aż skóra przesiąka ostrym zapachem. Nie wie, co znajdzie na końcu tej ścieżki. Jego stopy wyglądają niezgrabnie w zbyt dużych butach po bracie, więc stara się skupić na tym, by równo oddychać. Ma przy sobie list polecający: telegram od redaktora, pospiesznie wysłany do paryskiego pensjonatu, gdzie przewracał się bezsennie z boku na bok. A co najważniejsze, ma to jedno nabazgrane słowo: Venez.

Mija coś, co wygląda jak owczarnia, a za nią walącą się budowlę, która mogłaby być chatą pasterza. A może to lodownia? Joseph nie ma pojęcia o życiu na wsi. Nawykł do widoków szarego miasta, gdzie wzrok grzęźnie, zanim sięgnie horyzontu, nie do tego rozległego bezmiaru pełnego czystego powietrza i miękkiego światła. Wchodzi w przetykany jasnymi plamkami cień pod platanami o łuszczącej się korze, przeciska się przez gaj oliwny, aż wreszcie to widzi: niski, rozłożysty dom. Zbudowano go z żółtawego kamienia, który w popołudniowym słońcu nabiera złocistego odcienia. Dach porastają gęste pnącza. Okna są małe, by nie wpuszczać gorąca do wnętrza.

Joseph bierze głęboki wdech i podchodzi do drzwi wejściowych. Niebieska farba się łuszczy, klamka zbrązowiała od rdzy. Puka.

Nikt nie otwiera.

Puka ponownie, przyciskając ucho do drzwi, ale ze środka nie dochodzi żaden dźwięk.

- Dzień dobry! - woła suchym, łamiącym się głosem, ale odpowiadają mu jedynie głuche cykanie świerszczy i miarowe bicie własnego serca.

Coś ściska go w żołądku. Joseph wie, że całkiem tu nie pasuje: jest zbyt blady, zbyt obcy, by tu być. Zdejmuje okulary i wyciera je o rąbek koszuli. Może to znak. Pusta droga, opuszczony dom - może to ostrzeżenie, że powinien się wycofać, czym prędzej ruszyć znów samotną ścieżką, wrócić do domu z podwiniętym ogonem.

Ma osobliwe wrażenie, że ktoś go obserwuje.

Odsuwa się, zasłania oczy dłonią i omiata wzrokiem zamglony krajobraz. Z żółtych pól bije słoneczny blask, kurz osiadł na drzewkach oliwnych, ciemnych i wonnych, o sękatych, powykręcanych pniach. Joseph dobrze zna tę okolicę, choć nigdy wcześniej tu nie był. Rozpoznaje ją z obrazów przedstawiających stogi siana i łany pszenicy, ze szkiców zielonych, wijących się rzek i purpurowych zmierzchów nad odległymi wzgórzami.

Poprawia plecak na ramieniu i obchodzi dom, potykając się o spadłą dachówkę. Dookoła leżą rozrzucone kamienie, jakby budynek osuwał się i zanurzał po kawałku w ziemi.

Trawa, wyblakła od słońca, rośnie aż do ściany, ale Joseph dostrzega w niej wydeptane ścieżki, wijące się tam i z powrotem. Taczka rdzewieje w słońcu, lecz jej wnętrze wypełniają świeżo ścięte kwiaty.

Ktoś tu jest.

Joseph okrąża dom od tyłu i dochodzi do kamiennej werandy, za którą otwiera się długie pole. Na samym jego dole dostrzega kępę drzew i coś, co może być rzeką, sączącą się ciemnym nurtem między zielonymi krzewami.

Gdy wchodzi na werandę, serce zamiera mu na moment.

W starym wiklinowym fotelu siedzi mężczyzna. Odchyla się do tyłu - w jednej dłoni trzyma cygaro, do słoika z miodem zaś wtyka palec wskazujący drugiej. Wyjmuje go i powoli oblizuje, po czym znów zanurza w lepkiej słodyczy. Zaciąga się głęboko cygarem.

Oto człowiek, do którego Joseph jechał całymi dniami, pokonując wiele kilometrów. Człowiek, który odpowiedział na jego list jednym kategorycznym słowem. Mistrz.

Edouard Tartuffe.

Plecak Josepha upada na ziemię z głuchym łoskotem. Tartuffe podnosi wzrok. Ma około sześćdziesiątki. Jest krępy, ma pełną twarz i wystający brzuch, gęsta, siwa broda opada mu na pierś, jakby ją na siebie rozlał. Jedno oko pokrywa mętna przesłona. Drugie patrzy bystro, ale to, które teraz zwraca ku Josephowi, jest zamglone bielmem i upiorne.

Mężczyzna wyjmuje palec ze słoika.

- Kim pan jest? - pyta po francusku gardłowym, chrapliwym głosem.

Joseph robi krok do przodu, szukając po omacku w plecaku telegramu polecającego.

- Nazywam się Joseph Adelaide - mówi pospiesznie, wyciągając kartkę od redaktora. - Jestem dziennikarzem. Napisałem do pana kilka miesięcy temu, a pan był tak uprzejmy, że mi odpowiedział. - Francuski Josepha jest dobry, ale wciąż wydaje mu się obcy, jakby nosił cudze ubranie. - Zaprosił mnie pan tutaj. - Wyciąga telegram. - Zaprosił mnie pan tutaj... i oto przybyłem.

Starzec zlizuje miód z palca i wpatruje się w Josepha. Ma na sobie luźny kitel, poplamiony niczym rzeźniczy fartuch, palce oblepiają mu smugi zaschniętej farby. Z pomrukiem wyciąga rękę po telegram. Joseph podchodzi chwiejnym krokiem i mu go wręcza.

Tartuffe mruży oczy. Potem marszczy czoło.

- Nie mogę tego przeczytać - mówi oschle i ciska kartkę na ziemię.

Joseph milczy zdumiony. Potem dociera do niego, że telegram jest po angielsku.

- Ja... przepraszam - jąka się, pod pachami czuje ciepłą, kwaśną wilgoć. - To list od mojego redaktora, w którym dziękuje panu za to, że mnie pan tu zaprosił. - Pochyla się po pognieciony telegram. - Widzi pan, przyjechałem napisać o panu artykuł.

Tartuffe niczym nie okazuje, by cokolwiek pamiętał, więc Joseph znów zaczyna grzebać w plecaku po omacku.

- Przyjechałem... żeby pana sportretować dla czytelników. Proszę... - Wyciąga drugą kartkę, którą Tartuffe przyjmuje z nieufnością. To list napisany własnoręcznie przez malarza, zawierający tylko jedno słowo: Venez.

Tartuffe znów marszczy brwi, jego lepka dłoń drży, gdy ogląda papier z obu stron. Potem podnosi oczy na Josepha.

- Nie mam pojęcia, co to takiego.

- Ale... to przecież pana pismo.

Nagle wygląda to tak, jakby Tartuffe'owi pękło jakieś naczynie krwionośne. Jakby puściła tama i cierpliwość starca wyczerpała się do reszty.

- Nie mam czasu na pisanie listów! - warczy, machając cygarem w powietrzu. - Nie wiem, co to jest! Sylvette! - krzyczy. - Sylvette! - Jest poruszony, wierci się na krześle i woła przez ramię. - Sylvette! Co to za porządki, żeby we wtorek kręcili mi się po domu obcy ludzie! Nie wolno mi przeszkadzać, kiedy pracuję!

Joseph cofa się o krok, potyka się o plecak. Ostrzegano go przed tym. Słyszał te opowieści. Kobieta w trafice otworzyła szeroko oczy, gdy powiedział jej, dokąd się wybiera. Poprosiła, by powtórzył nazwisko człowieka, którego szukał, jakby dawała mu szansę na inną odpowiedź. Ale on powiedział po raz kolejny to samo, a ona zacisnęła usta. Kiedy wskazywała mu drogę, towarzyszyło temu lekkie, ostrzegawcze potrząśnięcie głową: nie budź śpiącego niedźwiedzia.

"Odludek" - tak redaktor Josepha nazwał Tartuffe'a.

"Mizantrop" - szeptano w kręgach artystycznych - "pustelnik", a nawet "tyran".

Ale równie często pojawiało się określenie "geniusz". Oto człowiek, który potrafił stworzyć piękno z niczego. Oto artysta, który jadał kolacje z Van Goghiem i kłócił się z Cézanne'em. Który poszerzył granice możliwości farby, koloru i samego światła. Joseph był więc gotów znieść ciosy, tyrady i napady furii, wybuchy gniewu i gwałtowne zmiany nastroju. Stawiłby czoła temu wszystkiemu, byle tylko poznać człowieka, który siedział teraz przed nim. Człowieka, dzięki któremu na nowo zobaczył świat.

- Sylvette! - ryczy ponownie Tartuffe. - Sylvette!

I nagle pojawia się młoda kobieta. Wyłania się z drugiego końca werandy, wycierając ręce o cienki bawełniany fartuch.

- Moja siostrzenica - mruczy Tartuffe, jakby na powitanie, nie patrząc na nią. Kobieta spogląda na gościa dużymi brązowymi oczami, jej skórę pokrywają piegi. Włosy ma obcięte krótko, zgodnie z najnowszą modą, ale tutaj wygląda to bardziej praktycznie niż szykownie. Tartuffe podaje jej list przez ramię. - Wyjaśnij.

Sylvette zerka na papier. Ma dziewczęcą twarz, ale dłonie szorstkie i spracowane. Brązowe włosy lśnią jak miedź w popołudniowym słońcu, za jednym uchem tkwi zatknięty cienki papieros.

Joseph wierci się w tej długiej, gorącej ciszy, podczas gdy Sylvette czyta jedyne słowo na kartce. Potem podnosi wzrok i mówi po prostu:

- Oto twój "młodzieniec z pomarańczą".

Joseph spogląda to na Sylvette, to na Tartuffe'a. Albo coś źle usłyszał, albo źle zrozumiał, jednak starzec nie okazuje konsternacji. Zamiast tego wpatruje się w Josepha, jakby dopiero teraz po raz pierwszy go zobaczył. Wstaje, wyciera lepki od miodu palec o spodnie i obchodzi gościa. Lustruje go wzrokiem. Wsuwa kciuk pod brodę młodego mężczyzny i obraca mu głowę to w jedną, to w drugą stronę.

- Ettie, przynieś mi pomarańczę - poleca, nie odrywając wzroku od twarzy Josepha.

Sylvette znika w domu i wraca chwilę później z małą pomarańczą. Tartuffe przykłada owoc do policzka Josepha, jakby chciał sprawdzić, czy ten kolor współgra z bladą angielską twarzą.

- Tak - mruczy. - Tak.

Kładzie pomarańczę na dłoni Josepha i cofa się o krok, by ocenić efekt: znużony, brudny od pyłu wędrowiec i jasny rozbłysk pomarańczowej skórki. Następnie zbliża się i powoli, delikatnie, obiema rękami zsuwa okulary z twarzy Josepha. Patrzy na niego przez dłuższą chwilę, po czym zakłada je z powrotem.

- W porządku. - Wyciera ręce o rąbek fartucha. - W porządku. Proszę mnie bardzo uważnie posłuchać - mówi, siadając z powrotem. - Nie interesuje mnie pańska praca, panie Adelaide. Nie chcę być tematem żadnego artykułu ani reportażu. Nie udzielam wywiadów. Nie obchodzi mnie, co pan pisze... Ale potrzebuję modela.

Cykanie świerszczy cichnie. Lekki wietrzyk, który wcześniej muskał werandę, teraz całkowicie ustaje.

- Modela? - pyta Joseph. Jego głos brzmi jak skrzek.

- Czy potrafi pan siedzieć nieruchomo? - Chce wiedzieć Tartuffe. - Czy potrafi pan zachować absolutną ciszę? Czy obieca pan, że nie będzie pan mi przerywał, niczego dotykał ani mnie rozpraszał? Czy potrafi pan żyć jak cień, poza chwilami, kiedy będę potrzebował, by wcielił się pan w "młodzieńca z pomarańczą"?

Joseph ma usta suche jak pergamin. Całe ciało mu tężeje. Nie tak miała wyglądać ta scena. Obiecał redaktorowi wywiad. Zebrał wszystkie pieniądze, jakie miał, zatrzasnął ojcu drzwi przed nosem. Podróżował wiele dni w pyle, smogu i upale. Przyjechał tu, by napisać tekst, jakiego nikt jeszcze nie zdołał stworzyć.

- Ja... nie jestem modelem - stęka. - Jestem tu, żeby o panu pisać. Żeby...

- Jeśli nie chce mi pan pozować, to niech się pan stąd zabiera - przerywa mu oschle Tartuffe i zaciąga się cygarem. - Ale jeśli pozwoli się pan namalować... to może pan zostać. Niech pan sobie pisze, co się panu podoba. Mnie to nie obchodzi, ja i tak nie będę tego czytał. Chcę tylko, żeby pan milczał i się nie ruszał. Da pan radę?

Joseph patrzy, jak końcówka cygara najpierw rozbłyska, a potem przygasa. Czuje się rozdarty, nie jest przecież modelem ani niczyją muzą. Za bardzo by go to krępowało. Ale z drugiej strony... przyjechał tutaj. Stoi przed największym malarzem epoki, znalazł się bliżej mistrza niż ktokolwiek inny od wielu, wielu lat. Podskórnie wyczuwa, że od jego odpowiedzi zależy, w którą stronę przechyli się szala. Spogląda Tartuffe'owi w oczy. Prostuje się i dźwięcznym głosem mówi:

- Tak. Dam radę.

- Dobrze. - Tartuffe klaszcze w dłonie, brodata twarz się uśmiecha. - Może pan zostać, dopóki nie ukończę obrazu. Potem pan wyjedzie.

- Tak. - Joseph kiwa głową. - Tak, dobrze, dziękuję.

Ale Tartuffe macha ręką i zwraca się do siostrzenicy.

- Ettie - mówi - znajdź chłopcu jakiś kąt do spania.

Umowa zawarta. Scena przygotowana.

Wspinają się po krętych schodach, idą przez słabo oświetlony podest, pod nisko zawieszoną belką, aż docierają do wąskich drzwi. Ettie otwiera je z trudem, mocno napierając na drewno ramieniem, i cofa się, by wpuścić Josepha. Pokój jest mały, mieści się na gorącym od całodziennego upału poddaszu.

Joseph ostrożnie odkłada plecak. Gdy oczy przyzwyczajają mu się do półmroku, widzi, że pomieszczenie wypełniają nie meble, lecz rekwizyty. W jednym rogu stoi kilka porcelanowych wazonów. Dostrzega też siatkę na motyle, zepsuty bęben, zardzewiałe widły. Metalowe czajniki, zwoje liny, starą klatkę dla ptaków. W kącie leży wyschnięty bukiet kwiatów, teraz kruchy i wyblakły, widmowa martwa natura. Pod jedną ścianą zalegają stosy pustych ram, o drugą oparto zwinięte płótno. W izbie panuje atmosfera zaniedbania, to miejsce, do którego trafiają wszystkie niechciane przedmioty.

Joseph robi krok do przodu. Buty zostawił w sieni, pod bosymi stopami czuje szorstką podłogę. Drewniane deski pokrywa kożuch kurzu. W rogu jest jedno małe okienko, okrągłe jak bulaj. Joseph podchodzi bliżej, pochylając się, by nie uderzyć głową o niski sufit. Przez szybę widzi pole za domem, w oddali błysk rzeki, czarnej i lśniącej w wieczornym świetle. Próbuje otworzyć okno, ale klamkę zamalowano. Jest szczelnie zamknięte.

Joseph odwraca się i próbuje uśmiechnąć do Ettie, która stoi w kącie, trzymając ręce za plecami, i bacznie mu się przygląda.

- Bardzo pani dziękuję - mówi do niej.

Kobieta nie odpowiada.

Pod ścianą stoi łóżko na żelaznej ramie. Materac wygląda na nierówny, pościel, niegdyś zapewne biała, teraz pożółkła. To nie jest dom człowieka, który chętnie przyjmuje gości. Poza łóżkiem jedyny mebel w izbie to biurko zastawione talerzami i półmiskami. Obok stoi duże owalne lustro.

- To... to jest lustro z obrazu! Z Pustego pokoju! - wykrzykuje Joseph. - Poznaję je!

Ettie patrzy na niego beznamiętnie.

Joseph podekscytowany podchodzi do lustra i przesuwa dłonią po drewnianej ramie. Po raz pierwszy zobaczył Pusty pokój na stronie czasopisma "Burlington Magazine". Była to kiepska, czarno-biała reprodukcja, ale obraz i tak go zahipnotyzował. Przedstawia zacienioną sypialnię: niewyraźny róg materaca, pogniecioną pościel, owalne lustro. To właśnie ono odsłania resztę pomieszczenia: nieposłane łóżko. Złotą obrączkę ślubną na toaletce. Otwarte okno i łagodnie falujące w stronę pola maków zasłony.

Joseph natychmiast wybrał się do Royal Academy, gdzie podczas zeszłorocznej Wystawy Letniej obraz wisiał na honorowym miejscu. Zachwycił się jego ogromem, energią pociągnięć pędzla i feerią barw krwistoczerwonych maków. Na zmianę to przysuwał nos niemal do płótna, to cofał się daleko. Podchodził do niego z boku, próbując oszukać umysł, zmusić, by ujrzał dzieło znów tak, jakby widział je po raz pierwszy. Stał z otwartymi ustami, chłonąc światło, fakturę i to, jak odbity świat zdawał się jaśniejszy od rzeczywistego.

Joseph wiedział, że stoi przed arcydziełem. Był to pierwszy wielki obraz poświęcony wojnie, która niedawno rozdarła kontynent. Tyle że przedstawiał wizję tego konfliktu oczami kogoś, kto pozostał w domu. Zniszczenia oglądane przez otwarte okno, widoczne w bladym odbiciu lustra. W pustej ślubnej obrączce. Efekt zapierał dech w piersiach. Porażał do głębi. Joseph nigdy wcześniej niczego podobnego nie widział.

Odwraca się teraz, by podzielić się tym wszystkim z Ettie, ale jej już nie ma.

Wieczorem jedzą kolację na werandzie, pod skrzypiącą pergolą obwieszoną winogronami. Na długim drewnianym stole Ettie ustawiła półmiski z pomidorami, karczochami i rzędami równo ułożonych białych szparagów oraz koszyk chrupiącego chleba. Do małych szklanek z zielonego szkła nalewa wino.

- A więc, Josephie - mówi Tartuffe, niezdarnie chwytając szparagi palcami. - Opowiedz mi o swoim wykształceniu.

Josephowi pochlebia uwaga artysty, jego mleczne oko zwracające się ku niemu niczym snop reflektora.

- O wykształceniu, proszę pana?

- Gdzie się uczyłeś o sztuce? Jakie masz przygotowanie? - pyta malarz.

Z głośnym mlaskaniem wysysa łodygę szparaga.

Joseph porusza się niespokojnie na krześle.

- Przez rok studiowałem na uczelni artystycznej - odpowiada. - W Slade School w Londynie.

Tartuffe mruczy coś pod nosem.

- Znam podstawy - ciągnie Joseph. - Potrafię naszkicować postać i mieszać farby. Znam się na perspektywie i wiem, jak skomponować obraz. Umiem posługiwać się pastelami, olejami i kredą. Potrafię... cóż, właściwie chyba wszystko. Po pierwszym roku rzuciłem naukę - mówi i upija pospiesznie łyk wina. - To było... ostatecznie okazało się, że to nie dla mnie. - Wzdraga się na wspomnienie cichego odejścia z tej prestiżowej szkoły. - Zamiast tego próbuję wyrobić sobie nazwisko jako krytyk sztuki.

Tartuffe siorbie wino. Krople zbierają mu się w brodzie i połyskują niczym klejnoty.

- Niedawno napisałem artykuł o akwafortach Schielego? - próbuje dalej Joseph. Nie wie, czemu wymawia to jak pytanie, zupełnie jakby szukał aprobaty starca, prosił o potwierdzenie: "Tak, napisałeś artykuł! Dobra robota!".

Ale Tartuffe tylko znowu coś burczy. Zeskrobuje miąższ z karczocha drobnymi, kanciastymi zębami.

- Nie wiem, czy czytuje pan "The Inkling"? - pyta Joseph. - To londyński magazyn, dla którego piszę. Powstał dopiero w zeszłym roku. Harry, mój redaktor, pracował kiedyś w...

- Dość! - Ruch jest tak gwałtowny, że Joseph przewraca koszyk z chlebem. Tartuffe wstał, a teraz pochyla się ciężko nad stołem. Wskazuje na talerz przed Ettie. - Dawaj to tutaj! - warczy do niej.

Kobieta w milczeniu przesuwa naczynie w jego stronę. Sos z pokrojonego pomidora wsiąka w wyrwany z bochenka kawał chleba. Tartuffe wyszarpuje jej talerz i wchodzi do środka domu. Chwilę później trzaskają drzwi wejściowe.

- Czy on... czy on dokądś poszedł? - dopytuje Joseph.

Ettie spogląda na niego, ale nie odpowiada. Zapada niezręczna cisza. Ettie patrzy w dół, na puste miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stało jej jedzenie.

Kilka minut później Tartuffe pojawia się ponownie, siada i wsuwa serwetkę za kołnierzyk.

- Przygotowuję kilka studiów - wyjaśnia oschle Josephowi, odrywając kolejne płatki karczocha. - Studiów jedzenia. Jedzenia na talerzach... jedzenia, które się spożywa. Kolory i kształty na talerzu Ettie przed chwilą... konsystencja... - Przerywa i wysysa ciemnofioletowy płatek. - Potrzebowałem tego.

Joseph kiwa głową i zerka na Ettie. Ta wpatruje się w pustą ciemność, unika jego wzroku, nie nakłada sobie świeżej porcji.

- A teraz... - Tartuffe bierze kolejny łyk wina. - ...powiedz mi, jak to się stało, że tak dobrze mówisz po francusku? Mało który Anglik to potrafi.

Joseph jak dotąd nic jeszcze nie zjadł, tak bardzo bał się, że będzie miał pełne usta, gdy Tartuffe go o coś zapyta. Teraz pochyla się do przodu i bardzo uważnie przygląda swojemu widelcowi.

- Nauczyłem się francuskiego jako dziecko - mówi. - Mój ojciec jest Anglikiem, ale matka była Szwajcarką.

- Przykro mi - rozlega się cichy głos.

Joseph podnosi wzrok. To Ettie się odezwała. Teraz wpatruje się w Josepha badawczo szeroko otwartymi oczami, jej twarz jest blada w świetle księżyca. Na chwilę zapada milczenie, po czym Tartuffe wybucha śmiechem.

- Przykro... że jesteś... Szwajcarem! - chichocze. Łzy zbierają mu się w kącikach oczu, pięść uderza w stół. - Mnie też byłoby przykro, gdybym był Szwajcarem! Ha! - Wydaje z siebie ochrypły rechot. - Ha!

- Nie, nie - prostuje szybko zarumieniona Ettie. - Powiedział pan "była Szwajcarką". Była. - Spogląda błagalnie na Josepha. - Przykro mi, że nie żyje.

Cisza świdruje w uszach. Joseph nawet o tym nie pomyślał. Powiedział to instynktownie: była Szwajcarką. Ale teraz śmierć matki dosiadła się do stołu jak nieproszony gość i pochyliła się, jakby chciała powiedzieć: "Oto jestem. Czemu mnie nie zauważasz?". Joseph odchrząkuje i bierze kawałek chleba, żeby zająć czymś ręce.

- Zmarła na hiszpankę - wyjaśnia. - Dwa lata temu.

To jego ojciec przyniósł tę wiadomość. Przywlókł ją do domu wraz z wieczorną gazetą i listem z frontu. Z początku Joseph sądził, że to wieści o jego bracie, stacjonującym daleko, w belgijskim okopie, sprawiły, że twarz ojca stężała w wyrazie żałoby. To przecież na pewno wojna przywołała tę czarną chmurę, która podążyła za ojcem do domu i przewróciła stojak na parasole. To ona musiała zatrzasnąć drzwi gabinetu i rozbić karafkę z porto.

Ale nie chodziło o Ruperta. List z frontu nie zawierał żadnych dramatycznych wieści, podobnie jak wieczorna gazeta, ciśnięta na podłogę w sieni. Nie, to krótki telegram ze szpitala sprowadził śmierć do ich domu. Matka Josepha umarła nagle, zgasła niczym zdmuchnięta świeca. W jednej chwili jeszcze tu była, a w następnej... już nie. Odeszła.

Grypa zabrała ją w ciągu trzech dni. Pomagała w miejscowym szpitalu jako wolontariuszka i stamtąd trafiła na oddział z resztą chorych: kaszlących, charczących, rozpalonych gorączką. Josephowi nie pozwolono jej odwiedzać, ale wiedział, że matka wyzdrowieje. Była krzepka i pełna wigoru, przeszła odrę, świnkę i szkarlatynę. To kobieta, która latem wędrowała po Alpach i chodziła na piesze wędrówki bez ciepłego płaszcza. Przypinała transparenty sufrażystek do drzew w parku, a raz została nawet aresztowana za kradzież policyjnego hełmu. Była pełna życia. Wróci do domu. Oczywiście, że wróci.

Telegram ze szpitala zawierał jedynie datę i godzinę jej śmierci oraz informował, że jej płuca wypełniły się płynem i najprawdopodobniej się udusiła. Za sprawą tych skąpych informacji świat Josepha zrobił się mroczniejszy i bardziej obcy niż kiedykolwiek wcześniej.

Śmierć jego matki odchyla się do tyłu i rozgląda po oświetlonym świecami stole. Proszę, zdaje się mówić. Smacznego.

Tartuffe wydmuchuje nos w serwetkę. Odsuwa krzesło i wpatruje się w dal. Noc jest czarna jak atrament. Konstelacja świetlików przemieszcza się po polu, rozpraszając się i przegrupowując niczym oddział gwiazd.

Joseph wstaje. Nagle ogarnia go zmęczenie, wyczerpanie podróżą i napięciem, które od chwili przybycia splatało mu mięśnie w twarde supły.

- Dziękuję panu za kolację - mówi, kłaniając się niezgrabnie Tartuffe'owi. - I za gościnność. Do zobaczenia rano.

Tartuffe macha ręką w jego stronę, ale na niego nie patrzy.

- A dajże spokój z tym "panowaniem" - burczy. - Skoro jesteś pod moim dachem, to mów do mnie "Tuffe".