Ścieżki Mistrza
Jest filarem świata kultury. Ma ogromny talent, który zaprowadził go na
szczyt. Osiągnął wszystko, o czym może marzyć artysta: sławę i ogromne
uwielbienie publiczności. A jednak powodzenie i sukces go nie zepsuły.
Wciąż pozostaje niezwykle skromnym, uroczym, radosnym człowiekiem,
uwielbiającym się śmiać - także z siebie. Wiesław Ochman, nazywany
księciem tenorów, dziś odgrywa jeszcze jedną ważną rolę: dziadka
słynnego wnuka - Krystiana Ochmana, tenora, piosenkarza, kompozytora,
osobowości telewizyjnej.
Życie Wiesława Ochmana to niemal gotowy scenariusz filmowy. Przez niemal
sześćdziesiąt sześć lat intensywnej działalności artystycznej wystąpił
mniej więcej w tysiącu ośmiuset spektaklach operowych na czterech
kontynentach. W sumie dał się poznać słuchaczom trzydziestu krajów,
śpiewając dla publiczności ponad siedemdziesięciu miast.
Występował w najważniejszych teatrach świata, takich jak Metropolitan
Opera w Nowym Jorku i La Scala w Mediolanie, oraz na scenach Barcelony,
Berlina, Buenos Aires, Chicago, Hamburga, Madrytu, Moskwy, Paryża,
Rzymu, Salzburga, San Francisco, Sewilli, Wiednia i wielu innych miast.
Ma na swoim koncie kilkadziesiąt partii operowych, a do tego jeszcze
klasykę pieśniarską i wiele muzyki oratoryjno-kantatowej - od Bacha po
Pendereckiego.
Nagrał ponad pięćdziesiąt płyt dla renomowanych wytwórni, z muzyką
Richarda Straussa, Mozarta, Dvořáka, Beethovena, Janáčka, Prokofiewa,
Moniuszki i innych wielkich kompozytorów, pod dyrekcją Karla Böhma,
Herberta von Karajana, Leonarda Bernsteina, Rafaela Kubelíka, Claudia
Abbado, Charlesa Mackerrasa czy Mścisława Rostropowicza. Występował pod
batutą znakomitych polskich dyrygentów.
Pamiętamy jego największe kreacje, choćby Jontka w Halce Moniuszki -
tą rolą podbijał publiczność Teatru Wielkiego w Warszawie - czy Dymitra
Samozwańca w Borysie Godunowie Musorgskiego, wystawianym na wielu
scenach. Już na początku kariery fascynował słuchaczy w rolach Młodego
Króla w Hagith Karola Szymanowskiego oraz Cavaradossiego w Tosce
Giacoma Pucciniego. Dał się też poznać w Marcie Friedricha von
Flotowa, w Strasznym dworze Stanisława Moniuszki, w Poławiaczach
pereł Georges'a Bizeta, w Wolnym strzelcu Carla Marii von Webera.
Wiesław Ochman
Wiele partii przyniosło mu sławę: Leński w Eugeniuszu Onieginie
Czajkowskiego, Edgar z Łucji z Lammermooru Donizettiego, Borys z Katii Kabanowej Janáčka, Neron z Koronacji Poppei Monteverdiego, Don
Ottavio z Don Giovanniego i Tamino z Czarodziejskiego fletu Mozarta,
Rudolf z Cyganerii Pucciniego, Herod z Salome Straussa czy Sternik i Eryk z Holendra tułacza Wagnera. Bardzo wiele osiągnął na scenie jako
śpiewak, ale też przez lata z powodzeniem zajmował się reżyserią.
Otrzymał wiele odznaczeń, a także tytuł doktora honoris causa Akademii
Górniczo-Hutniczej w Krakowie i Akademii Muzycznej w Poznaniu.
Pamiętam, że kiedy prawie trzydzieści lat temu pierwszy raz rozmawiałam
z Wiesławem Ochmanem, miałam tremę. Zupełnie niepotrzebnie, bo Mistrz
okazał się cudownym, empatycznym człowiekiem, który oczarował mnie
dowcipami, opowiadanymi z wielką swadą. Zresztą dowcipy potrafi
opowiadać godzinami. Uwielbiają go za to artyści - bo wiedzą, że praca z nim jest zawsze ciekawa i zabawna, uwielbia go też publiczność.
Pamiętam, że kiedy prowadziłam z nim spotkanie na scenie krakowskiego
teatru Groteska, Wiesław Ochman czuł się jak ryba w wodzie. On
publiczność uwodził, czarował i unosił się na falach śmiechu i euforii.
Przekonałam się wtedy, że scena to jego żywioł. Jednak humor nigdy nie
przykrywa u niego tego, co jest najważniejsze - pracy. Bo Wiesław Ochman
jest perfekcjonistą i dlatego pewnie przylgnęła do niego łatka
"trudnego" śpiewaka.
Choć artysta zakończył już regularną działalność operową, cały czas
koncertuje. Można go spotkać na wielu polskich scenach i estradach,
gdzie śpiewa, prowadzi konferansjerkę koncertów i promuje młodych
artystów. Dzięki wnukowi Krystianowi przeżywa teraz drugą młodość,
występując z nim na scenie lub towarzysząc mu na koncertach. A za sprawą
wielkiej popularności Krystiana jego osiągnięcia na scenie operowej
stają się znane także młodemu pokoleniu miłośników muzyki pop.
Książka Artysta życia. Wiesław Ochman jest zapisem rozmów, które
powstawały przez ostatnie dwa lata. To opowieść o życiu, zawodowym i prywatnym, o dokonanych wyborach, o przygodach śmiesznych i tragicznych
na największych scenach świata i wreszcie o artystach znanych z pierwszych stron gazet. Wiesław Ochman opowiada o kulisach powstawania
najsłynniejszych spektakli, tłumaczy, jak funkcjonuje opera, zdradzając
jednocześnie sekrety teatru. Zaglądamy do teatralnych pracowni,
poznajemy największych mistrzów kostiumografów czy scenografów, a także
wybitnych reżyserów, dyrygentów i dyrektorów teatrów. Nie brakuje tu
także opowieści o rodzinie, wspomnień z wojennej i powojennej Warszawy,
a także rozmów o pasjach Mistrza, takich jak malarstwo, którym fascynuje
się od zawsze.
Wiesław Ochman ma w sobie radość życia i ciekawość świata. Nie czuje się
gwiazdą. Mawia, że gwiazdą można być jedynie na scenie, a w życiu trzeba
być zwykłym człowiekiem. Mimo że kilkadziesiąt lat spędził w świetle
reflektorów, w głębi duszy czuje się zawsze chłopakiem z warszawskiej
Pragi, miejsca, gdzie się urodził i wychował. Podkreśla, że choć bywał
na najwspanialszych bankietach i przyjęciach, gdzie stoły zastawione
bywały misami z kawiorem i najlepszymi szampanami, ten wielki świat go
nie uwiódł. Nadal - jak mawia - smakuje mu kaszanka z cebulą.
Agnieszka Malatyńska-Stankiewicz
W jak Warszawa
Kochał pan Baśkę?
Tę z Pragi?
Tak. Z warszawskiej Pragi, z kamienicy przy ulicy Ząbkowskiej.
Bardzo. To była moja pierwsza, dziecięca miłość. Mieszkała w suterenie,
w tej samej kamienicy. Dziś już nie umiem powiedzieć, jak Baśka
wyglądała, ale wiem, że była piękna. Nie zwracała na mnie uwagi, a ja
marzyłem, by choć na mnie popatrzyła.
To dlatego na drewnianych parapetach w kamienicy, w której
mieszkaliście, wyrył pan napis: "kocham Baśkę"?
Wydawało mi się to najlepszym sposobem na zwrócenie na siebie uwagi.
Udało się?
Nie bardzo. Potem się przeprowadziłem i wielka miłość zmieniła się we
wspomnienie z dzieciństwa. Dziś nasza kamienica przy ulicy Ząbkowskiej
już od kilkudziesięciu lat nie istnieje. Przetrwała wojnę, miała wiele
śladów od kul. Ale w latach sześćdziesiątych wysadzono ją w powietrze,
zlikwidowano ogród i postawiono blok z wielkiej płyty. Gdy kamienicę
zburzono, pojechałem tam z bratem i na gruzach szukaliśmy właśnie tych
parapetów. Chciałem sobie wziąć na pamiątkę. Ale zjawiła się milicja,
zaczęła nas legitymować. Jeden z milicjantów skojarzył moje nazwisko, bo
już śpiewałem w Teatrze Wielkim, trochę pogadaliśmy i tak skończyła się
ta historia. Pozostały już tylko wspomnienia.
Urodził się pan w Warszawie i mieszka pan w Warszawie, ale uczył się pan
i pracował w wielu miastach polskich i zagranicznych, choćby w Nowym
Jorku, gdzie przez piętnaście sezonów był pan solistą Metropolitan
Opera. Jakie znaczenie ma dla pana Warszawa?
Warszawa to najważniejsze miasto w moim życiu. I muszę przyznać, że
właśnie to miasto towarzyszy mi wszędzie, gdziekolwiek byłem i gdziekolwiek jestem. Kiedy śpiewałem w Metropolitan Opera w Nieszporach
sycylijskich Verdiego...
...dodam, że był to rok 1975 i pański debiut na tej scenie.
Właśnie. Zazwyczaj w Nowym Jorku do debiutanta przychodzi dziennikarz,
aby przeprowadzić wywiad, który pozwoli publiczności poznać nowego
artystę. Śpiewałem wówczas partię Arriga. Dziennikarz przyszedł bardzo
dobrze przygotowany, wiedział, gdzie wcześniej pracowałem, w jakich
miastach, w jakich teatrach. I zaczął mówić tak: "Słuchaj, przejechałeś
już cały świat, byłeś w Paryżu, San Francisco, Rzymie, Berlinie,
Hongkongu i tak dalej, która ulica z tych miast jest twoją ulubioną?". I wymienia mi najbardziej znane i najpiękniejsze ulice z różnych miast. A ja słucham i mówię: "Ząbkowska...". Cisza. Zdumienie. Konsternacja. Po
chwili pyta: "A gdzie to jest?". W Warszawie. Oczywiście natychmiast
zadał kolejne pytanie, czy ta Ząbkowska jest większa niż Broadway, więc
ja skromnie przyznałem, że trochę jednak mniejsza i trochę węższa.
Niemniej jednak jest ona bliższa memu sercu niż Broadway razem z całym
Manhattanem. Po prostu zawsze Warszawa jest dla mnie najważniejsza. A właściwie Praga.
Mimo takiej miłości do Pragi mieszka pan na Mokotowie.
To prawda. Powód był taki, że gdy mieszkaliśmy w tak zwanym "kołchozie
operowym" przy ulicy Moliera, mój kolega baryton z żoną i dzieckiem
mieszkał tam w małym pokoju. I zapytał mnie kiedyś po przedstawieniu
Fausta, w którym śpiewaliśmy, czy nie mógłbym sobie kupić domu, bo
wtedy nastąpi roszada w mieszkaniach i on otrzyma trzypokojowe. Tak się
też stało. Niemniej w pewnym sensie z Pragi nie wyjechałem i cały czas
tam jestem, choć objechałem świat dookoła. Do dziś w głębi duszy czuję
się chłopakiem z Pragi, a dzięki ludziom z mojej dzielnicy wiedziałem,
jak żyć. Artystą jest się tylko na scenie, a w życiu trzeba się
zachowywać jak zwykły człowiek. To trudne, ale jak ktoś codziennie rano,
patrząc w lustro, powtarza sobie: "Jestem wybitnym artystą", to zaczyna
mu się ciężki dzień. A jak się jest zwykłym człowiekiem, łatwiej żyć.
Warszawa ma dla mnie ogromne znaczenie nie tylko dlatego, że się tu
urodziłem. Ale także z tego powodu, że to stąd, z Teatru Wielkiego,
ruszyłem w świat. Bo kiedy po odbudowie teatru nastąpiło otwarcie sceny,
to przyjechali na tę uroczystość do Warszawy znawcy opery z całego
świata, impresariowie, dyrektorzy teatrów. I jakoś tak szczęśliwie się
złożyło, że mnie zauważyli.
Bronisława Ochman, matka
Jan Ochman, ojciec
To było 21 listopada 1965 roku, śpiewał pan Jontka w Halce Moniuszki. Recenzent londyńskiego
"Timesa" nie tylko pana zauważył, ale i napisał o panu prorocze zdanie,
że Ochman to "śpiewak, który może zająć miejsce na każdej scenie
operowej świata".
Widzi pani, a mój serdeczny przyjaciel mówił, że zauważono mnie tylko
dlatego, że śpiewałem najgłośniej.
Lubi pan żartować.
Bo życie jest wtedy lepsze. Nauczyłem się śmiać od mojej mamy, w dzieciństwie. To były cudowne lata dla mnie, dziecka, mimo że był to
straszny czas. Wojna, okupacja, niepewność, lęk. A jednak dzieciństwo na
Pradze wspominam z wielką nostalgią. Dzięki zapobiegliwości mojej mamy
Bronisławy potrafiliśmy to w jakiś sposób przetrwać. Mama była
bibliotekarką, pracowała w technikum przy ulicy Wiśniowej. Wychowywała
nas sama, mnie i mojego brata Andrzeja, bo naszego ojca Niemcy zabrali
zaraz po powstaniu warszawskim i już nigdy nie wrócił. Przez lata
żyliśmy nadzieją, że wróci, szukaliśmy przez Czerwony Krzyż,
sprawdzaliśmy każdy trop. Kiedyś przyszedł do nas człowiek, który
twierdził, że ojciec żyje, że z nim rozmawiał, że go spotkał. Po latach
dopiero przyznał, że nie ma pewności, że był to Ochman. Kilkanaście lat
temu ktoś się do mnie zgłosił, bo jego wuj w Austrii nazywa się Jan
Ochmann. Tak napisał, przez dwa "n". Zainteresowałem się, bo data
dzienna urodzenia zgadzała się z datą urodzenia ojca. Poprosiłem, aby
przysłał zdjęcie. Już więcej się nie odezwał. Nie znamy losów mojego
ojca. Nawet nie wiemy, gdzie zginął. Przypuszczamy, że w Auschwitz. Moja
mama nigdy się nie poddawała. Dzięki jej determinacji przebrnęliśmy w miarę bezpiecznie przez ten cały trudny okres, mając jednocześnie jako
dzieci dobre - jak na tamte wojenne i powojenne czasy - warunki do
życia.
Te warunki to społeczność kamienicy przy ulicy Ząbkowskiej 48?
Właśnie. Dla mnie to był cały świat, piękny świat. To była typowa,
trzypiętrowa kamienica czynszowa z dwiema klatkami schodowymi;
mieszkaliśmy w drugiej klatce na trzecim piętrze. Kamienica stała bokiem
do ulicy Ząbkowskiej i Dworca Wschodniego. Miała drewnianą klatkę
schodową. Przed kamienicą był kran, z którego brało się wodę. Taki sam
był w naszej klatce, nad naszym mieszkaniem. W kamienicy był jeszcze
strych, gdzie można było wywiesić pranie. Lubiłem tam siedzieć i rozmyślać. Patrzyłem też przez okienko, jak jeżdżą pociągi na Dworcu
Wschodnim. Była to okolica robotnicza, więc przy tej ulicy i przy
sąsiednich znajdowało się wiele małych zakładów rzemieślniczych. Ale
była też na przykład fabryka chemiczna, był tartak. Był również ceglany
budynek Monopolu Spirytusowego, w którym pracował sąsiad. Po pracy
przywoził w ramie roweru spirytus z zakładu. Pamiętam wozaków, którzy
jeździli i rozwozili węgiel i kartofle. Zapamiętałem też Genia, który
trudnił się złodziejstwem. Miał do tego ogromny talent. W czasie wojny
zachowywał się bardzo przyzwoicie, pomagając okolicznym mieszkańcom. Na
przykład okradał fabryki pod niemieckim nadzorem i przekazywał zdobycze
tym, którzy ich potrzebowali. Bo choć był złodziejem, to jednak miał
swój kodeks honorowy i wiedział, kto przyjaciel, kto wróg i kogo można
okradać. Poczucie honoru i godności w przyszłości go jednak zgubiły.
Wiesław Ochman na warszawskiej Pradze, 1942
Co się stało?
Historię Genia opowiedział mi mój podwórkowy kolega. To już były późne
lata siedemdziesiąte. Firma, która przebudowywała nasz dom na Mokotowie,
rekrutowała swoich pracowników z giełdy. Przyjechał z nimi taki pan, coś
kopał w ogrodzie. Żona zwróciła na niego uwagę, bo na plecach miał
wytatuowanego kowboja i gdy się schylał, kowboj ciągnął panienkę za
majteczki, a gdy się prostował, to puszczał. Wyjeżdżałem samochodem z garażu, a pan stoi, pali papierosa i mówi: "Nie poznajesz mnie?".
Przedstawił się i okazało się, że to jest Rysiek, który mieszkał u nas w kamienicy, w suterenie. Po wymianie różnych informacji zapytałem go o Genia. Po wojnie nikt go nie chciał przyjąć na mieszkanie, więc koledzy
w ogrodzie z kradzionych desek zbudowali baraczek. Mieszkał tam, dobrze
się czuł, był szczęśliwy, od czasu do czasu coś ukradł. Świetnie mu szła
gra w karty. Był królem karcianym. Nigdy nie oszukiwał. I właśnie
podczas gry w karty posądzono go o oszustwo. Zaklinał się, że nie
oszukiwał, i z desperacji wbił sobie nóż w wątrobę. Nim przyjechała
karetka, już nie żył. Wykrwawił się. Paradoksalnie złodziej Genio był
uczciwy.
Kamienica miała ogród.
Wspaniały. Przed naszą kamienicą stał rząd drewnianych komórek.
Mieszkańcy chowali tam różne sprzęty, trzymali narzędzia, mieli małe
warsztaty. Ale za tymi komórkami rozciągał się naprawdę duży ogród, w którym przepięknie kwitły bzy, kasztany, jaśminy i dzikie róże, które do
dziś są moimi ulubionymi kwiatami. Mieliśmy tam sporo możliwości do
zabawy. Był to bardzo sympatyczny okres, bo nie było zazdrości między
nami. Mieliśmy wszyscy po równo, czyli nic, a naszym całym światem było
to podwórko z ogrodem. Było nas tam pięciu przyjaciół i szaleliśmy
całymi dniami.
Żadnych zabawek?
Mieliśmy jedną łyżwę. Tata zrobił nam sanki z dwóch teowników i deski.
Jeździłem na nich z bratem Andrzejem i dość szybko staliśmy się
ulubionymi kolegami ulicznej dzieciarni. Wszyscy się z nami przyjaźnili
i wszyscy od nas sanki pożyczali. Zimy wtedy były srogie, dużo śniegu.
Szybko ustalaliśmy kolejność, kto zjeżdża, i wszyscy zjeżdżali po tyle
samo razy. Musiało być sprawiedliwie. Pilnowaliśmy tego bardzo.
Jeździliśmy głównie po ulicy Nieporęckiej. Zresztą nie tak dawno na
Pradze spotkałem kolegę, który mi przypomniał, jak to było dokładnie.
Dwóch chłopaków stało na straży i sprawdzało, czy nie jedzie samochód. A samochody tam prawie w ogóle nie jeździły, no, może raz na tydzień.
Bawiliśmy się do zmroku. Mama zawsze powtarzała: "Wracajcie, jak się
ściemni". No, ale myśmy się bawili jeszcze dłużej, jak już nie było
prawie nic widać, bo tam nie było oświetlenia.
Mieliśmy jeszcze rower bez pedałów. Hamowało się, wkładając but między
widełki, które trzymają koło, a oponę. Wywrotek było wiele. To
nieuniknione, zwłaszcza że dość mocno rozpędzaliśmy się na tym rowerze.
Po wojnie bawiliśmy się także wielkimi drewnianymi beczkami, które
suszyły się w naszym ogrodzie. Bo w naszym domu od ulicy Ząbkowskiej
miał swoją pracownię pan bednarz, który był niezwykle pracowitym
człowiekiem. Robił beczki i zostawiał w ogrodzie, aby wyschły. A my
jeździliśmy na tych beczkach. Kładło się beczkę na boku i jak się
turlała, to biegło się po jej powierzchni. Panu bednarzowi to się nie
podobało, upominał, prosił, w końcu przyszedł do mamy i powiedział, że
ja z bratem i z kolegami niszczymy jego pracę. Nie krzyczał na nas, że
mali chuligani, co byłoby zresztą zgodne z prawdą, tylko zaprosił nas,
abyśmy zobaczyli, jak się robi beczki. Poszliśmy i od tego czasu daliśmy
sobie spokój z beczkami. Ale ponieważ życie nie znosi pustki, w zamian
zaczęliśmy zbierać broń. To znaczy różnego rodzaju odłamki, a także
naboje do karabinów i gilzy z prochem.
Wiesław Ochman, Warszawa, 1945
I pewnie wrzucaliście do ogniska?
Oczywiście. Była to nasza ulubiona zabawa. Trzeba było wrzucić do ognia
i szybko uciec jak najdalej, by z bezpiecznej odległości usłyszeć
wybuch. Ale zdarzało się, że nic nie wybuchło, wtedy trzeba było podejść
do ogniska i sprawdzić, co się stało. Mój kolega podszedł i stracił dwa
palce. Ja miałem więcej szczęścia, też podszedłem do ogniska sprawdzić,
dlaczego nic się nie dzieje, i gdy zbliżyłem się do płomieni, nastąpił
wybuch. Proch powbijał mi się w całe ciało. Byliśmy bez koszul, bo było
lato. Mama wezwała lekarza, który wydłubywał mi proch spod skóry. Miałem
gorączkę przez kilka dni, a pamiątki po tej zabawie mam jeszcze do dziś.
Szczęśliwie uniknęliśmy potężnej eksplozji i udało nam się przetrwać
dzieciństwo. Mieliśmy jeszcze w czasie wojny psa.
Jakiego?
Kundelka. Przyplątał się do nas. Bardzo lubię psy i gdybym miał
możliwości, to miałbym parę psów. Pies wprawia mnie w bardzo dobry
nastrój. Ale w tamtych czasach mimo kłopotów zaopatrzeniowych mieliśmy
psa. Był chory, ale udało nam się go wyleczyć i zamieszkał w naszej
komórce. Pewnego razu, jak sytuacja była już naprawdę bardzo ciężka i nie mieliśmy co jeść - i pies także - zdecydowaliśmy się, ze łzami w oczach, że musimy go gdzieś zostawić, aby znalazł sobie lepsze miejsce
do życia. Wsiedliśmy z psem do tramwaju i wywieźliśmy go daleko, na
koniec ulicy Radzymińskiej. Dziś jest tam teren zabudowany, ale wtedy
były pola. Postanowiliśmy go tam wypuścić, bo w pobliżu jest wieś, a na
wsi życie było łatwiejsze. Zostawiliśmy psa, wskoczyliśmy do tramwaju i wróciliśmy do domu. Wchodzimy na podwórko, a przy naszej klatce czeka na
nas pies i macha ogonem. Bardzo się ucieszyliśmy. Niestety, później ten
piesek gdzieś zaginął. Poza tym mieliśmy wspaniałego koguta.
Dlaczego wspaniałego?
Bo doskonale dogadywał się z mamą. Żył sobie wolny na podwórku i zawsze
chciał z tego podwórka uciec, bo za wysokim płotem były kury. Ale ile
razy postanowił to zrobić, to się nadymał i wydawał z siebie straszliwe
odgłosy. Wtedy mama wychylała się z okna trzeciego piętra i wołała do
niego: "A ty gdzie się wybierasz?". Kogut wtedy się zatrzymywał,
trzepotał skrzydłami, spoglądał w górę na mamę i zawracał.
Co się z nim stało?
Niestety, także pewnego dnia znikł. Na pewno komuś się spodobał. Zresztą
przez tego koguta mogliśmy mieć ogromne kłopoty.
Dlaczego?
Była wojna. Mama zdobywała w Warszawie różnego rodzaju środki czystości,
mydła, płatki mydlane, jakieś proszki - i wywoziła to na wieś, skąd
pochodziła. Tam mieliśmy rodzinę i tam spędzałem wakacje. Stamtąd
przywoziła kaszę, mąkę, olej. Ta wieś leży w lubelskim i nazywa się
Wilków. Najczęściej płynęliśmy statkiem "Bajka", który czasem osiadał na
mieliźnie. Wtedy musieliśmy wszyscy zejść ze statku i po wodzie iść do
brzegu. Później statek ściągali z mielizny i mogliśmy płynąć dalej. I właśnie raz przewoziłem za pazuchą koguta. W czasie kontroli kogut
zapiał i sprawdzający nas Niemiec popatrzył na mnie. Zamarłem. Może
myślał, że to ja to piałem, i pogroził mi palcem. No, ale tak
utalentowany - aby udawać koguta - to nie byłem. Gdy wracaliśmy do domu,
moja mama rozdawała zapasy sąsiadom i nie brała za to żadnych pieniędzy.
Byłem przekonany, że tak wygląda rzeczywistość na świecie, że ludzie się
wymieniają, a pieniądz to jest jedynie jakaś umowna sprawa. I trochę mi
to zostało na całe życie. Lubię komuś pomagać i nie oczekuję, żeby mi
się odwzajemniał.
Widać, że mama była zaradna.
O tak, bardzo. I wszystkim pomagała. Pamiętam ją pochyloną nad robótką,
bo naprawdę mistrzowsko robiła na drutach. Potrafiła zrobić absolutnie
wszystko i to było coś niezwykłego. A najważniejsze, że to lubiła. Ja
też miałem wtedy różne zadania do wykonania, ale traktowałem je jak
roboty przymusowe. Najtrudniejsze dla mnie, pięcioletniego dziecka, było
robienie papierosów. Nabijałem tytoń specjalnym aparatem i formowałem
papieros w gilzie. Było to bardzo skomplikowane, wymagało uwagi i precyzji. Potem tymi papierosami trzeba było handlować.
Harcerz
Kto handlował? Mama?
Nie, przychodził do nas pośrednik i odbierał papierosy. Ja natomiast
próbowałem handlować lemoniadą. Był to bardzo popularny sposób na
zarabianie pieniędzy. Napój łatwo było zorganizować, zresztą był
pośrednik, który dostarczał lemoniadę. A ja miałem - tak jak inni
chłopcy - na Dworcu Wileńskim wejść do pociągu i przechodzić szybko
przez wagony, wołając: "Lemoniada, lemoniada". I sprzedawać. Tam
chłopaki działali w ten sposób i ja też. Dwoiłem się i troiłem, ale nikt
ode mnie nie kupił, a ja ledwo zdążyłem wyskoczyć z ruszającego pociągu.
Nawet nie wiem, dokąd on jechał i skąd musiałbym wracać. Rodzina uznała,
że nie umiem handlować, co było zresztą zgodne z prawdą, bo nie umiem
tego do dziś. Zostałem więc domowym wytwórcą papierosów. Do tego się
nadawałem. Tak mi upływała młodość. Po pracy mogłem pograć w piłkę
nożną, puszką po konserwach. Jak pojawił się jakiś chłopak na ulicy z prawdziwą piłką, to był królem. Wszyscy mu się kłaniali. Jak się udało
kopnąć taką piłkę, to człowiek był niezwykle szczęśliwy. A dzisiaj?
Dzieci mają tyle zabawek, że nie pamiętają, co mają. Tamte czasy uczyły
pokory wobec życia. Dziś ważne jest, jaki masz telefon i samochód, a przecież przedmiot nie decyduje o tym, jakim się jest człowiekiem.
W jednym z wywiadów powiedział pan, że pana tata, Jan Ochman miał wielki
talent do majsterkowania, był tak zwaną złotą rączką. Był znany i lubiany w okolicy.
To prawda. Tata, urodzony jeszcze w XIX wieku, dokładnie w 1895 roku,
miał warsztacik przy ulicy Ząbkowskiej w naszej komórce i zajmował się
ślusarstwem. Był bardzo dobrym i uczynnym człowiekiem. Jak się coś
zepsuło, to pomagał naprawić. Z zawodu był mechanikiem i przed wojną
pracował w fabryce Lilpopa, zajmując się - dziś byśmy powiedzieli -
serwisowaniem silników. W trakcie wojny dostał nakaz pracy w fabryce
Avia, przy produkcji obrabiarek. Stryj pracował w Miejskich Tramwajach i był jednym z niewielu mężczyzn, który - zabrany po powstaniu warszawskim
przez Niemców - wrócił po wojnie. Wydaje mi się, że po tacie
odziedziczyliśmy trochę smykałki do majsterkowania. Mój brat, starszy
ode mnie o cztery lata, skończył po wojnie technikum łączności i pracował w różnych instytucjach jako radiotechnik. Ja się tylko
wyłamałem, ale też wiele naprawiam. Przed rozmową z panią wylałem na
ścieżce przy domu wylewkę betonową, a parę dni temu naprawiłem sąsiadowi
antenę satelitarną.
I pewnie zrobił to pan śpiewająco.
Pewnie tak, bo działa.
Warszawska Praga lat wojennych miała swój klimat. Podwórka tętniły
życiem, muzykowano. Jakie było pańskie podwórko pod względem muzycznym?
Właściwie wszyscy śpiewali. Co jakiś czas przychodziły kapele
podwórkowe. Płynęła wtedy muzyka, głównie piosenki z tkliwymi tekstami o miłości. Ale zdarzały się też bardziej patriotyczne utwory, które - jak
wiadomo - były wówczas zakazane. Piękny był ten folklor miejski. Muzycy
w ten sposób zarabiali na życie. Mama owijała kamyczek banknotem i przez
okno wyrzucała dla muzyków. Taki był zwyczaj. Przychodził też pan, który
podawał się za Kiepurę i za każdym razem śpiewał tę samą piosenkę: "Ebo,
ebo, Ebolinko, tyś piękna, ty dziewczynko, ja pan, a ty pani, pójdziem
sobie razem w tany". Widocznie uważał, że prawdziwy artysta powinien
znać tylko jeden utwór. Ja też śpiewałem na podwórku regularnie od
czwartego roku życia. Dozorca przynosił krzesełko, stawiano mnie na nim
i zawsze o godzinie osiemnastej śpiewałem Chryzantemy złociste.
Słuchały mnie głównie sąsiadki, bo ich mężowie czy synowie byli albo na
wojnie, albo w obozach.
Po latach, gdy przyjechałem na ulicę Ząbkowską, spotkałem mojego
dozorcę, pana Brzoska. Przywitałem się, a on mówi, że bardzo się cieszy,
że wyrosłem na ludzi, że taką karierę robię, że jestem solistą Teatru
Wielkiego. Podkreśla też, że ostatnio słuchał z całą rodziną transmisji
z mojego koncertu z orkiestrą Stefana Rachonia: "No wspaniale, wspaniale
- mówi - ale wiesz co, jak ty, Wiesiu, śpiewałeś pięknie wtedy
Chryzantemy złociste! Wtedy na podwórku". Nie porównywał, ale
stwierdził. Okazuje się, że pierwsze występy mogą być dużo bardziej
wartościowe niż te związane z wykonywaniem zawodu.
Debiut miałem w bazylice przy ulicy Kawęczyńskiej, gdzie chodziliśmy z mamą na msze. Kościół zawsze był pełen, ludzie rozmodleni, z nadzieją na
zakończenie wojny. Zawsze mnie fascynowały organy, do dzisiaj tak jest,
więc uwielbiałem słuchać śpiewów do akompaniamentu organowego. W tamtym
czasie głównie wykonywano pieśń, której refren brzmiał: "Wygnańcy Ewy,
do Ciebie wołamy. Zlituj się, zlituj, niech się nie tułamy". Jak
wiadomo, w śpiewaniu z dykcją bywają trudności, a jeśli do tego dodamy
jeszcze brak znajomości niektórych słów u czterolatka, no to problem
gotowy. Ksiądz podchodzi i pyta: "A ty, chłopczyku, też śpiewasz?" "Tak"
- odpowiedziałem. "To zaśpiewaj nam". I zaśpiewałem: "Wygnańcy Ewy, do
Ciebie wołamy. Zlituj się, zlituj nad tymi wołami". Ksiądz powiedział,
że wół to boskie stworzenie i trzeba się litować. Ludzie się śmiali, a ja nie wiedziałem, o co chodzi.
Pierwsza komunia
Pańskie pierwsze zetknięcie z operą, z arią...
...zawdzięczam mamie. Dzięki niej poznałem Straszny dwór Moniuszki. Mama
znała tę operę, opowiadała nam całą historię i śpiewała arie, także z basową arią Skołuby.
"Ten zegar stary gdyby świat kuranty ciął jak z nut".
Tak... pamiętam, jak śpiewała te słowa. Miała ładny głos. Właściwie to nie
wiem, skąd znała tę operę. Nie zapytałem jej o to. Może przed wojną
bywała na przedstawieniach? Tego nie wiem, ale dzięki mamie znałem tę
historię, te czary, obrazy, zegar, miłość itd. Pierwszy raz na scenie
zobaczyłem Straszny dwór, jak miałem szesnaście lat, może mniej, ale
już po wojnie. Poszedłem z mamą i z bratem na przedstawienie do Teatru
Roma. Ten spektakl zrobił na mnie ogromne wrażenie. Jedno nazwisko
pamiętam z tamtej obsady, to Ryszard Małożewski, który bardzo dobrze
śpiewał partię Stefana. Później spotkałem go w Filharmonii Berlińskiej,
w której śpiewałem. Odwiedził mnie po koncercie, a ja przypomniałem mu
tamto przedstawienie. Bardzo się ucieszył. To był artysta, który
postanowił zostać za granicą, wybrał wolność i liczył, że tam zrobi
karierę, bo śpiewał naprawdę dobrze. No, ale się nie udało. Niemniej
Straszny dwór w wykonaniach mamy, w czasie okupacji, u nas w mieszkaniu, zawsze mam w pamięci. I ten pierwszy powojenny spektakl.
Kiedy rozpoczęła się wojna, miał pan dwa lata. Co pamięta pan z działań
wojennych w Warszawie?
Pamiętam dzień, kiedy już wiedzieliśmy, że idzie wyzwolenie, że
niedaleko nas są wojska polskie i radzieckie. Wtedy na naszej ulicy
Ząbkowskiej, także obok naszej bramy, okopywali się Niemcy i ustawiali
działa przeciwpancerne. Utkwiły mi w pamięci dyskusje polityczne
sąsiadów. Byli w podeszłym wieku i mieli doświadczenie z pierwszej wojny
światowej. Przysłuchiwałem się i byłem przerażony, bo mówili, że tu
będzie masakra, zastanawiali się, czy Niemców wszystkich zastrzelą. Ze
względów bezpieczeństwa mieszkaliśmy wtedy w piwnicy, bo nasze
mieszkanie na trzecim piętrze było zbyt niebezpieczne. Cały czas trwał
ostrzał i nasz dom później wyglądał tak, jakby miał sto tysięcy piegów.
Kule dziurawiły tynk i powstawała mozaika dziur. Okna piwnicy były
zasłonięte wielkimi pakami z piachem, żeby było bezpiecznie. Później
sprawdziłem, że w tym piachu rzeczywiście były pociski. Czyli zapora
działała. Przespałem wejście armii polskiej i radzieckiej, a Niemcy
wycofali się bez jednego strzału. Obudziły mnie jakieś okrzyki, więc
wyszedłem i patrzę, a tu wzdłuż ulicy Ząbkowskiej stoją ludzie i wiwatują. Ale żołnierze inni, bo takich nigdy nie widziałem. Znałem
jedynie armię niemiecką, jak maszerowali czwórkami lub gonili rzesze
ludzi do obozów. Brat mi wyjaśnił, co to za żołnierze. Zresztą Andrzej,
niezwykle odważny człowiek, od razu pomógł żołnierzowi ciągnąć karabin
maszynowy na kółkach aż za Monopol Spirytusowy i ulicę Brzeską.
Myśleliśmy, że to już koniec wojny, ale ona się jeszcze nie skończyła,
bo przecież dopiero 17 stycznia 1945 roku Warszawa została wyzwolona.
Jeszcze wam przyszło parę miesięcy spędzić z armią sowiecką u boku.
U nas w mieszkaniu zostali zakwaterowani żołnierze radzieccy.
Mieszkaliśmy w kuchni, a oni w pokoju. To było mieszkanie naszej
stryjenki, która wyjechała na wieś i zaproponowała, że tu będzie nam
wygodniej, na pierwszym piętrze w tej samej kamienicy. Zamieszkali z nami żołnierze z oddziału zaopatrzeniowego. Pana sierżanta poznaliśmy
wcześniej, bo nie mógł ciężarówką wjechać na podwórko od ulicy
Ząbkowskiej, ze względu na ograniczniki w bramie. I myśmy mu z bratem
pokazali, jak można wjechać od innej strony. Tylko że tam był płot. Jemu
to nie przeszkadzało i bez niczego huknął w ten płot i wjechał na
podwórko. Byliśmy zdumieni takim rozwojem wypadków. No, ale polubiliśmy
tego sierżanta, bo był bardzo sympatyczny. Kiedyś zauważył, że moja mama
się modli. Powiedział wówczas, że jego matka też coś takiego robi,
jakieś znaki wykonuje, ale on tego nie potrzebuje, bo musi się sam
uratować na wojnie. Nie wiem, czy to mu się udało. Pamiętam też takie
spięcie u nas w domu, gdy wpadli z NKWD, stanęli w drzwiach z wymierzonymi pistoletami, a ja z kuchni wyglądałem zza drzwi. Sierżant
też wyciągnął pistolet i zaczęli się strasznie kłócić. Myślałem, że
dojdzie do strzelaniny, ale w końcu ten z NKWD odszedł i sierżant
opowiedział mamie, że oni chcieli wszystkich wyrzucić i zorganizować
sobie tu biuro, ale on się na to nie zgodził. Jak potem nam mama
powiedziała, ten "nasz" sierżant to był kapitan zdegradowany do stopnia
sierżanta, bo dostał się do niewoli niemieckiej, uciekł i wrócił do
armii.
A jak było z jedzeniem? Żołnierze radzieccy mieli przydziały żywności.
Dzielili się z wami?
Mama im gotowała. A gotowała to, co było, czyli kartofle. Mieli trochę
słoniny, to topiła i polewała tym tłuszczem. Ale kartofle szybko się
skończyły i wtedy żołnierze pojechali na Dworzec Wschodni. Zabrali mnie
ze sobą. A tam stał olbrzymi transport z żywnością, którego pilnowały
kobiety. Cały oddział kobiet! Wśród żołnierzy, którzy mieszkali u nas,
był chłopak świetnie grający na akordeonie. I on zaczął tym kobietom
grać znane melodie. Dobrze to robił, bo razem z nim śpiewały, a pozostali ładowali worki na ciężarówkę. Zapakowali cały samochód, muzyka
umilkła i wróciliśmy. Do dziś nie rozumiem, dlaczego w workach były
wymieszane kartofle z węglem. Wrzucili to wszystko do naszej komórki, a potem z bratem biegaliśmy tam po wiaderka kartofli. Codziennie
sortowaliśmy: węgiel układaliśmy po jednej stronie, kartofle po drugiej.
Jak już po jakimś czasie żołnierze radzieccy wyjeżdżali, bardzo nam
dziękowali. Mam jeszcze jeden obraz w pamięci, ale to było, zanim
pojawiła się armia sowiecka. Bawiliśmy się w chowanego w ogrodzie, gdzie
wyrosły duże krzewy. Chciałem się schować z kolegą za drzewo. Patrzymy,
a tam siedzi człowiek, który ma mundur, ale dziwny, bardziej szary,
niepasujący do mundurów niemieckich, które dobrze znaliśmy. Na uszach ma
słuchawki, na piersi lornetkę, w rękach trzyma takie coś, z czego
wystaje antena. Pokazał nam palcem, żebyśmy siedzieli cicho, i dosłownie
za minutę huknął pocisk w odległości chyba jakichś dwustu metrów od nas.
Później następny pocisk trafił prościutko w czołg niemiecki, który stał
na ulicy Nieporęckiej. Żołnierze z tego czołgu zostali później pochowani
właśnie w naszym ogrodzie.
Widział pan z Pragi powstanie warszawskie? Wiedział pan, co się tam
dzieje, na drugim brzegu Wisły?
Wszyscy o tym mówili. Wiem też, że zbierano amunicję, aby dostarczyć ją
powstańcom. Wiedzieliśmy, co się dzieje, widzieliśmy łunę nad Warszawą,
ale u nas na Pradze nie było żadnych bojowych zdarzeń - poza tym, że
pocisk trafił w narożną kamienicę przy Ząbkowskiej i Nieporęckiej. Po
wojnie tę kamienicę pięknie odbudowano.
Wraca pan dziś na ulicę Ząbkowską?
Chętnie, choć jest to już inny świat. Przez jakiś czas utrzymywałem
kontakt z kolegą, który był kierowcą autobusu. Trochę mu pomagałem, bo
miał dużą rodzinę. Teraz zrobiło się tam luksusowo, ekskluzywnie. Ale
jest jeszcze trochę klimatu. Nie dość, że nie ma mojej kamienicy, to
nawet numer mojego domu - 48 - znajduje się na innym bloku. A dom
stojący w miejscu mojej kamienicy ma jeszcze inny numer. Znalazłem tylko
trzepak z podwórka pod numerem 50, zaniedbany, stary. Myśmy na tym
trzepaku wykonywali różne akrobacje. Bardzo lubiłem także jeździć na
Bazar Różyckiego, bo tam można było wszystko kupić. Najbardziej
fascynowały mnie obrazy. Wtedy uważałem, że są piękne, dziś pewnie
miałbym inne zdanie. Pamiętam pana Władzia, który sprzedawał obrazy i miał też kwiaty. Bardzo podobał mi się obraz Pogrzeb leśniczego, na
którym cztery niedźwiedzie niosły trumnę, zając grał na trąbce, a lis na
puzonie. Był to uroczy obraz, podpisany: Jan Matejko. Byłem wtedy w szkole w Bolkowie...
...czyli w szkole plastycznej...
...więc mówię: "To nie jest Matejko". A na to pan Władzio: "Matejko, od
niego to wziąłem". Ja na to: "Ale Matejko nie żyje". A pan Władzio:
"Rany boskie, co ty mówisz, przecież jeszcze wczoraj z nim piwo piłem,
mieszka tu na Brzeskiej, pod szesnastką". Lubiłem zawsze chodzić na
Pragę i obserwować. Była tam kostka na jezdni. Zaczęła znikać, bo
postanowiono zalać ją asfaltem. Prażanie i nie tylko oni nie mogli się z tym pogodzić i tak powstał Komitet Ochrony Ulicy Ząbkowskiej. Tam
działaliśmy z Olgierdem Budrewiczem. Udało się, wydzielony został
odcinek na ulicy Ząbkowskiej ze starą kostką. Ślad po dawnej nawierzchni
pozostał.
Wiele się zmienia. Sporo jest zachowanych pięknych i zrewitalizowanych
miejsc na Pradze. Wprowadzają się nowi mieszkańcy. Ale dawniej ta
dzielnica była szemrana, miała dość kiepską sławę. Dochodziło do bójek.
Jak się tam żyło po wojnie?
Bójki były, to normalne, ale ja się nigdy tam nie bałem. Czułem się
pewniej na Pradze niż gdzie indziej. Może dlatego, że tam swoich nikt
nie ruszał. To była pierwsza zasada kodeksu honorowego, który jest może
gdzie indziej niespotykany. Kilkanaście lat temu pojechał na Ząbkowską
mój znajomy profesor. Zaparkował na ulicy samochód, a na tylnym
siedzeniu pozostawił teczkę. Jak wrócił, to teczki już nie było.
Zadzwonił do mnie z prośbą o pomoc. To nie o teczkę chodziło, tylko o jej zawartość. Była tam praca doktorska lekarza ginekologa, telefon z kontaktami i jakieś tam istotne do pracy drobiazgi. Pojechałem tam, bo
mam na ulicy Ząbkowskiej fajnego kumpla. Powiedziałem, co i jak. Na
drugi dzień dzwoni telefon: "Wiesiek, przyjeżdżaj". I odebrałem teczkę z zawartością. A profesorowi, który chciał się rewanżować, powiedziałem:
"Jak będziesz przyjeżdżał innym razem na Pragę i chcesz panów wspomóc,
to zostaw na siedzeniu w samochodzie jakieś alkohole, zagrychy i nie
zamykaj auta. W ten sposób się zrewanżujesz". Przyrzekł, że następnym
razem tak postąpi. Praga jest dziwna, ale honorowa.
I jak intuicja
Czy w pana życiu zawodowym intuicja ma znaczenie?
A jak pani w tym kontekście rozumie intuicję?
Jako wewnętrzną podpowiedź, takie poczucie, że coś powinniśmy zrobić lub
że z czegoś powinniśmy zrezygnować, mimo że bardzo tego chcemy.
W zawodzie, który wykonuję, intuicję nie bardzo jest gdzie
przyporządkować. Dlatego że u podstaw leżą zawsze możliwości człowieka,
jego umiejętności, czyli technika, talent czy wyjątkowy głos.
Niezależnie od rodzaju głosu, czy to jest sopran, mezzosopran, alt,
tenor, baryton, bas czy kontratenor, śpiewak musi mieć wokalną naturalną
bazę. Przydaje się też odrobina szczęścia...
...no tak, znaleźć się we właściwym miejscu we właściwym czasie i z odpowiednimi partnerami scenicznymi...
Tak, to ważne, ale najważniejsze jest mieć odpowiedni materiał głosowy.
Artysta operowy musi mieć niezawodną technikę. W piosenkarskiej
działalności estradowej mikrofon jest wielkim udogodnieniem. Nawet
niezbyt nośny głos dotrze do widza.
W klasyce niezbędna jest technika.
Tak. Artysta operowy musi zrealizować materiał skomponowany przez
twórcę, zapisany na pięciolinii. Kiedyś mój znajomy zajrzał mi w partyturę i powiedział: "Po diabła tyle tych kropek". A może wolno nam
połowę skreślić? Nie. Nie wolno. Partytura to jest wysiłek twórczy
zapisany graficznie. Aby ten zapis zrealizować, trzeba mieć wokalną
technikę. I tu dochodzimy do momentu, kiedy technika wkracza w talent.
Bo już nie wystarczy to, że ktoś ma ładny głos i śpiewa nieźle, ale on
tego nie wyśpiewa, bo na przykład jego skala głosu jest ograniczona.
Każdy artysta ma limit. Niestety tak jest, ale nad skalą też można
pracować i ją rozszerzyć. Trzeba przejść pewien etap przygotowania, czy
to w szkole muzycznej, czy to na Akademii Muzycznej, czy prywatnie, ale
trzeba. Tutaj intuicja nam nie pomoże. Wszystko trzeba wypracować.
Intuicyjnie można przeczuwać, że powinienem dojść do takiego tonu - i dojdę, jeżeli będę pracował. I tak naprawdę mnie intuicja nigdy w sposób
definitywny nie pomogła.
Sztuka wokalna, operowa to jest sztuka ulotna, to jest pewien rodzaj
umowy między widzami a wykonawcami. Oni słuchają, artyści śpiewają.
Przeciętny człowiek śpiewa na weselach, w kościele, czasem na domowych
imprezach. Ale porozumiewa się z drugim jednak przez mowę. Dlatego
bliższy widzowi może być teatr dramatyczny niż opera. Spektakl operowy
musi być perfekcyjnie wykonany, tak aby widz w pewnym sensie zapomniał,
że bohaterowie na scenie porozumiewają się, śpiewając, aby nie było
widać tak zwanych szwów, "roboty wokalnej". Jeżeli ktoś śpiewając, przy
tej okazji informuje widza mimiką, że ten śpiew to strasznie ciężka
praca, albo ma kłopot z intonacją, to publiczność, te dwa tysiące osób
na widowni, to widzi i słyszy. Śpiewak operowy ma za zadanie pamiętać
tekst, melodię, trafiać w tonację, pilnować rytmu, zapamiętać ruch
sceniczny związany z reżyserią, nosić zgodnie z tradycją kostium,
współpracować z solistami i chórem na scenie, a śpiewać tak, aby
publiczność w ostatnim rzędzie słyszała to samo co ta w pierwszym. Aktor
może "pobawić się" tekstem, poczekać, zrobić większą pauzę, powiedzieć
coś wolniej, szybciej, a śpiewak nie. Podstawowa różnica między operą a dramatem polega też na tym, że aktor jest panem czasu na scenie, a śpiewak nie, bo jest związany tempem, który ustala dyrygent. I w ścisłym
kontakcie z dyrygentem i muzykami musi realizować to, co zostało
zapisane w partyturze. Zaryzykuję obrazoburcze stwierdzenie: śpiewak w ogóle nie musi wiedzieć, w jakiej tonacji śpiewa. On musi wiedzieć, co
śpiewa i dlaczego. I to jest najważniejsze. Powinien jeszcze wiedzieć,
jak to zaśpiewać. Bo jeżeli wychodzi na scenę i śpiewa "kocham cię", to
brzmienie jego głosu powinno być inne, niż kiedy informuje, że pali się
dwór. Śpiewak operowy musi mieć możliwości operowania głosem w zależności od zapisu nutowego i jednocześnie od narracji
dramaturgicznej. Bo tylko wtedy jest to czytelne dla widza. Może by tu
pomogła niektórym intuicja - czyli jaki rodzaj głosu wybrać w danym
fragmencie, czy bardziej liryczny, czy bardziej dramatyczny - ale to
jest możliwe tylko wtedy, gdy śpiewak ma technikę, całkowicie panuje nad
głosem i zna charakter postaci, którą kreuje.
Pan w takich momentach korzystał z intuicji?
Nie, ja rozpracowywałem mojego bohatera i wiedziałem, kiedy na scenie
mam kochać, a kiedy nienawidzić.
Niektórzy mówią, że doświadczenie życiowe pomaga przekazać emocje na
scenie.
Oczywiście, doświadczenie pomaga. Ale nie do końca jest to prawdziwe. W librettach operowych są przypadki, kiedy giną bohaterowie, i nie sądzę,
aby wykonawcy tych wyroków mieli jakiekolwiek doświadczenie w tym
względzie. Trzeba takie zdarzenie rozegrać aktorsko i dlatego śpiewacy
muszą też być aktorami.
Trudny zawód.
I w dodatku natychmiast obnaża wszystkie braki techniczne. Dlatego kiedy
pojawi się śpiewak, który jest świadomym artystą, to może zrobić dużą
karierę. Choć przyznam się, że poznałem wielu śpiewaków, którzy nie
mieli żadnego problemu wokalnego, a jednak nie stworzyli wybitnych
kreacji.
Dlaczego?
Bo skupiali się tylko na produkcji dźwięku, idealnego, ale tylko
dźwięku. Zapominali o emocjach, o informacji, jaką niosą swoją arią, o interpretacji. Rozkoszowali się swoim głosem i swoimi możliwościami
wokalnymi niezależnie od partii, jaką realizowali. I zawsze ten głos
brzmiał tak samo. I wracamy do tego, co najważniejsze: trzeba wiedzieć,
co się śpiewa. Jeżeli wszystko od początku wykonywane jest fortissimo,
to po paru minutach widz kojarzy jedynie, że jest głośno. Nie czuje
żadnego napięcia dramaturgicznego, tylko to, że ten artysta głośno
śpiewa. Kiedy byłem w Metropolitan Opera, udzielałem wywiadu
dziennikarzowi. Spytał, co myślę o operach Wagnera. Powiedziałem mu, że
śpiewałem jedynie Holendra tułacza Wagnera, że to wspaniała opera i że
ostatnią cavatinę, która jest trudna, wykonywałem mezza voce,
rozwijając aż do końcowego forte.
Dodam tylko, że mezza voce znaczy
"półgłosem".
A na to dziennikarz: "Rzeczywiście, byłem w San Francisco, jak
śpiewałeś, i faktycznie to było zupełnie inne. Dlaczego tak to
wykonałeś?". Otóż powód jest prosty: jest to romantyczna opera i Eryk,
czyli postać, którą grałem, jest zakochany. A zakochany mężczyzna
zupełnie inaczej postępuje niż na przykład rozbójnik. W związku z tym
musi trochę inaczej śpiewać. Powiedziałem mu - o co pytał zresztą - że
nie wykonywałem innych oper Wagnera, ponieważ nie rozumiem filozofii
dramaturgicznej dzieł tego kompozytora. To są przekazy, które nie są dla
mnie jasne. Herbert von Karajan proponował, abyśmy razem wykonali
Wagnera, bo pewnie się zorientował, że ja mam dosyć nośne i dźwięczne
mezza voce i że śpiewam też piano, co byłoby dość przydatne. I faktycznie, w Holendrze tułaczu, nawet śpiewając w plenerze, w Orange,
starałem się przeżyć na scenie z moim bohaterem jego historię,
różnicując dynamikę głosu. Chciałem pokazać, że Eryk był wzruszającą
postacią, starałem się go wymalować głosem. A na to dziennikarz mi
powiedział, że przeprowadzili ankietę wśród widzów i osiemdziesiąt
cztery procent odpowiedziało, że Wagnera trzeba śpiewać głośno i że
orkiestra zbyt hałasuje. Ale to nie jest tak! Bo może właśnie tutaj
potrzeba trochę intuicji dyrygenta, który wie, że partytura jest gęsta,
i powinien zastanowić się, kogo ma na scenie. Czy te głosy przebiją się
przez ścianę dźwięku płynącą z orkiestronu, czy też nie? I właśnie ten
dyrygent, opierając się na słuchu i doświadczeniu, intuicyjnie powinien
sobie na to pytanie odpowiedzieć. Intuicyjnie wyczuć, jakie powinny być
proporcje między głosem a orkiestrą. A później sprawdzić na scenie, czy
intuicja go nie zawiodła. Ale w śpiewie operowym za bardzo nie widzę
intuicyjnych możliwości interpretacyjnych. Bo tu trzeba wszystko
przemyśleć. Powiedziałbym nawet, że trzeba być pewnego rodzaju
komputerem artystycznym. Bo jeżeli się śpiewa partię Cavaradossiego...
Cavaradossi to malarz, główny bohater z opery Tosca Pucciniego, zakochany w śpiewaczce.
Zarówno on, jak i jego ukochana zostają wplątani w konflikt polityczny,
co doprowadza do tragedii.
Pierwsza fraza Cavaradossiego musi być spokojna, później trzeba
przekazać zachwyt nad obrazem. Bo w arii Recondita armonia malarz
porównuje swoją ukochaną Toscę do namalowanego przez siebie portretu
Marii Magdaleny. I dalej trzeba prowadzić widza do tragedii, napięcie
musi narastać. Nie można śpiewać w trzecim akcie O dolci mani, czyli
cudowne, słodkie ręce, i ryczeć jak zarzynany bawół, bo to się mija z celem. Nie zawaham się powiedzieć, że w tym utworze, pełnym miłości,
trzeba wypieścić wszystkie nuty. Wtedy widz rozumie, że coś się dzieje
na scenie, coś się przeżywa. Dlatego intuicja jest dobra, jak się błądzi
w lesie, a na scenie potrzebna jest wiedza.
Jeśli się wiedzę ma. Ale mówiąc o intuicji, miałam na myśli nie
technikę, nie emocje, nie stylistykę wykonania, bo inaczej będzie to
brzmiało u Mozarta, a inaczej u Wagnera czy Pendereckiego. Bardziej
myślałam o tym, że intuicja może być pomocna w planowaniu własnej drogi
artystycznej. Aby przeczuwać, po które partie w danym momencie sięgać, a na które się jeszcze nie decydować. Czy głos jest już gotowy do
cięższych partii? To kluczowe pytanie, jakie stawiają sobie artyści.
Każdy rozwija się inaczej. Weźmy przykład Jana Kiepury, który śpiewał
niewiele partii, bo raptem kilkanaście. Nie chciał niczego więcej
wykonywać, bo uważał, że w tych partiach jego głos brzmi najlepiej. I nie chciał eksperymentować. Czyli miał intuicję, która mu podpowiadała,
że skoro ten głos brzmi w tych partiach bardzo dobrze, to po co to
zmieniać.
Można tu mówić o intuicji, ale u niego to chyba była bardziej rozwaga.
Debiutowałem w operze w Hamburgu w Tosce i trafiłem do superobsady.
Śpiewała wtedy Edith Lang, świetny sopran, Amerykanka, i wielki Tito
Gobbi, legenda opery. Poszliśmy do restauracji Stefanskeller, gdzie
zawsze jadaliśmy po przedstawieniach i gdzie do chwili obecnej wiszą
nasze zdjęcia na ścianie, o czym powiedział mi Andrzej Dobber, który
występuje w operze w Hamburgu. I Tito Gobbi zwrócił mi wtedy uwagę na
ważną rzecz: musisz nauczyć się mówić "nie". Tłumaczył, że kontrakty i pieniądze przyciągają, a to nie jest najważniejsze. Bo najważniejszy
jest twój rozwój artystyczny. I być może w takim przypadku działa
intuicja, bo ja odmawiałem śpiewania trudnych partii Wagnera czy też
takich partii, które mi nie pasowały. Nie dlatego, że nie dałbym rady,
tylko dlatego, że uważałem, że zawiodę słuchaczy, zawiodę publiczność. I to pewnie była intuicja, ten wewnętrzny głos: nie rób tego.
Czyli jednak.
Do tego dochodzi pokora dotycząca zawodu i uświadomienie sobie, że
istnieje pewien limit możliwości śpiewaka. Tenor, który śpiewa na
przykład w Córce pułku Donizettiego bardzo trudne arie, na pewno
intuicyjnie odmówi śpiewania partii Otella. Bo Otello ogromnie go
zmęczy. Odmówi też śpiewania Zygfryda. Może jest to intuicyjne, ale ja
uważam, że jednak większą rolę w śpiewie operowym i w karierze odgrywają
rozwaga i pokora. Wiele razy dostawałem różne propozycje ról. Brałem
wtedy nuty, siadałem do fortepianu, sprawdzałem, co to jest. Jak się
okazało, że to mi nie pasuje głosowo, to odmawiałem. Mówiłem; "Dziękuję,
to nie dla mnie".
Często pan to robił?
Nie tak wiele razy, ale jednak odmawiałem. Może mógłbym to zaśpiewać,
ale uważałem, że to powinno być inaczej wykonane, niż ja bym potrafił. I według mnie jest to uczciwe. Każdy śpiewak powinien w taki sposób
postępować. Trzeba mieć świadomość własnych możliwości, jeśli chodzi o repertuar. A jednocześnie pamiętać, aby nie niszczyć sobie głosu.
Wiesław Ochman jako solista Opery Śląskiej w Bytomiu
Czym można niszczyć głos?
Choćby zbyt częstym śpiewaniem. Mam wiele przykładów artystów, którzy
fenomenalnie śpiewali, ale szybko skończyli karierę, bo głos nie
wytrzymał. Pamiętam tenora z Rumunii, śpiewał w operze w Hamburgu.
Słuchałem go za kulisami i byłem zachwycony. Spytałem go, co robi jutro.
"Śpiewam w Wiedniu" - odpowiedział. "No to pewnie odpoczniesz sobie w sobotę". "Nie" - mówi - "w sobotę jestem w Stuttgarcie". Okazało się, że
śpiewa po cztery, pięć przedstawień z rzędu w każdym tygodniu. Gdy kilka
lat później spotkałem go znów w operze w Hamburgu, śpiewał już w chórze.
Zniszczył sobie głos taką liczbą przedstawień. Bo głos ludzki to jest
bardzo delikatny instrument i trzeba - może tu właśnie - intuicyjnie
wyczuwać, jakie ma się możliwości.
Nie jest to łatwe, bo jak młody śpiewak zaczyna odnosić sukcesy,
pojawiają się menedżerowie, wiele propozycji, dobre kontrakty, często
role marzeń. Kuszą. I jak tu słuchać intuicji, jak wykazać się
mądrością? Agenci będą pewnie zawsze parli do tego, by śpiewać jak
najwięcej, bo to dla nich pieniądze. Jak zachowywać się w takim świecie?
W tej chwili czasy się zmieniły i to nie są te teatry, które były
kiedyś, to nie są ci dyrektorzy, którzy byli kiedyś. Dawniej dyrektorzy
kochali teatr, kochali artystów i dbali o ich rozwój. To była podstawowa
sprawa. Dziś to już tak nie działa, choć oczywiście są wyjątki. Mną
zainteresował się znakomity impresario Robert Schulz, który mniej dbał o pieniądze, a bardziej o mój rozwój artystyczny. Jak mnie pierwszy raz
usłyszał, to mi powiedział, że chce się mną zająć, podpisać ze mną
umowę.
Niestety w tej chwili w Polsce nie ma teatru, który by dbał o rozwój
młodego artysty. Mówię to ze smutkiem. Nie ma czegoś takiego, że
przychodzi młody człowiek po szkole z pięknym głosem i ktoś się o niego
troszczy. Funkcjonują studia operowe, ale żadne lekcje wokalistyki nie
zastąpią chodzenia po scenie. A w Polsce istnieją piękne głosy, wiem o tym, bo zasiadam w jury wielu konkursów. Gdzie młodzi mają się rozwijać?
W tej chwili teatry są prowadzone na zasadzie impresaryjnej. Nie ma
tytułów planowanych z rozmysłem, tylko to, co dyrygent zaproponuje.
Śpiewacy wybrani w castingu są zatrudniani do konkretnego tytułu. I zjeżdżają już ukształtowani artyści z całej Polski i z zagranicy do
danej produkcji. A ci, którzy powinni się uczyć, jak się poruszać po
scenie, jak pracować z dyrygentem, jak odpowiadać partnerowi, nie mogą
dostać się do teatru, więc ich zapraszam na różnego rodzaju koncerty,
aby mogli stanąć na scenie czy estradzie, usłyszeć orkiestrę i zaprezentować się publiczności. Na ogół wyjeżdżają za granicę, angażują
się łatwo do chórów, a niektórzy zostają solistami i odnoszą tam
sukcesy. Gdy zasiadałem w jury konkursów, zawsze mnie zastanawiało,
dlaczego na koncertach galowych laureatów prawie nigdy nie spotkałem ani
dyrektora opery, ani dyrygenta, ani nawet kierownika muzycznego. Ich to
kompletnie nie interesuje. Oni mają swoją koncepcję - teatr
impresaryjny. Tylko że na takim castingu nawet najzdolniejszy student
wypadnie gorzej od przeciętnego śpiewaka, który już pracował na scenie.
To przykre, co pan mówi. Bo to znaczy, że skończyła się rola teatru w kształtowaniu młodego śpiewaka na wielkiego artystę.
Niestety. Niektórzy sobie sami poradzą, a inni nie.
Szkoły też tego nie uczą, więc jeżeli młody artysta staje przed wielką
szansą, bo wygrywa konkurs, na przykład Moniuszkowski, Ady Sarii czy
Didura, i dostaje liczne propozycje, to nie wie, co przyjąć, a co
odrzucić. A może wszystkie przyjąć? I jeżeli się upieram przy słowie
"intuicja", to właśnie w tym momencie widzę dla niej szansę.
Ale intuicja może nam źle podpowiadać. I straty są poważne. Potem często
spotykam takich zmarnowanych śpiewaków, którzy proszą mnie o pomoc. I czasem udaje nam się wejść na właściwą drogą wokalną.
Czym zatem zastąpić intuicję?
Teraz, kiedy pani zapytała, zdałem sobie sprawę, że to raczej sugestia
może czasem być pomocna. Pewnego razu byłem w Teatrze Wielkim na
przedstawieniu mojego kolegi tenora i usłyszałem, że nie śpiewa tak jak
zawsze. Powiedzmy: śpiewał średnio dobrze. Poszedłem w przerwie do
niego, a on pyta: "Wiesiek, jak tam słychać na sali?". "Świetnie,
płyniesz nad orkiestrą, aż radość słuchać" - odrzekłem. Drugi akt i trzeci zaśpiewał znakomicie. Nie wiem dlaczego. Podobnie nie wiem, jak
można uzasadnić zdarzenia, które przeżyłem. Bo nie bardzo można je
wytłumaczyć fizyką, chemią czy logiką. Zaznaczam, że nie wierzę w gusła,
zabobony, nie zawracam, jak czarny kot przebiegnie mi drogę. Ale... w Buenos Aires, trzy dni przed premierą Króla Rogera, zaplanowana była
próba generalna. Wyszliśmy z hotelu, moja żona Krystyna, Andrzej Hiolski
i ja. Bolało mnie gardło i byłem niezbyt dobrze dysponowany. Pod murem,
przy najszerszej ulicy na świecie, czyli Avenida 9 De Julio, przy której
stoi Teatro Colón, siedział mężczyzna o śniadej cerze, z włosami
czarnogranatowymi, które spadały mu przez ramiona aż do pasa. Miał
przenikliwe spojrzenie. Kiedy przechodziliśmy obok niego, nagle podniósł
głowę i zawołał: E, tu! Czyli: "Ej, ty!". Zatrzymaliśmy się, a on
wskazał na mnie i powiedział: Amigo, tu se sientes mal. "Przyjacielu,
źle się czujesz". I skinął, abym się zbliżył. Wstał, dłońmi objął moją
szyję, popatrzył w górę, a potem intensywnie w moje oczy. Opuścił ręce i powiedział: Ahora, bueno. "Teraz dobrze". Dejame algo para el pan,
czyli "zostaw mi coś na chleb". W drodze do teatru gardło przestało
boleć. I próbę, i premierę zaśpiewałem bez problemów. Do dziś to
pamiętam i nie mogę sobie wytłumaczyć, co to było: czy sugestia, czy
tajna moc, w którą nie wierzę. Wiem, co prawda, że istnieją bioprądy, bo
sam doznałem na sobie ich działania. Kiedyś nagrywałem płytę Bisy z Filharmonią Częstochowską pod dyrekcją Jerzego Koska. Dwa dni przed
nagraniem - angina i chrypa. Na miejscu muzyk z orkiestry, znany ze
zdolności leczniczych, przed każdą sesją nagraniową kładł mi swoje
dłonie na szyi i klatce piersiowej. Czułem ciepło. Płytę nagraliśmy.
Notabene takie wyjątkowe zdolności miał też słynny szablista Jerzy
Pawłowski.
Jako Tamino w operze Czarodziejski flet Amadeusza Wolfganga Mozarta na
festiwalu w Orange
Zadziwiające historie. No dobrze... Nie kierował się pan w pracy
instynktem, miał pan bardzo trzeźwe podejście do kariery, jak więc dziś
z perspektywy czasu odbiera pan swoje wybory dokonywane z rozwagą?
Zawsze były słuszne? Czy może jednak pan czegoś żałuje?
Raczej nie żałuję. Choć może trochę mi żal, że nie zaufałem Karajanowi i nie zrobiłem z nim tych Wagnerowskich przedstawień, a potem nagrań. Choć
wtedy, realnie myśląc, wiedziałem, że nie mogę tego zrobić dobrze, bo
tematyka tych dzieł była dla mnie niejasna. A jak się czegoś nie
rozumie, to nie można się za to brać. Później nagrałem dwie arie Wagnera
z orkiestrą Radia Berlińskiego, wypadły bardzo dobrze, miały świetny
odbiór. Trochę inaczej je zinterpretowałem, zastosowałem to, co zresztą
było w nutach - o czym już mówiłem - czyli piano i mezza voce, choć
nikt tego tak nie realizuje, bo tam orkiestra jest dość mocna.
Prawdopodobnie nie miałbym problemu z propozycją Karajana, z operą
Lohengrin czy innymi. Problem nie polegał na technice, ja po prostu
nie czułem tej muzyki. Słucham chętnie Wagnera, ale to mnie nie porywa
tak, jak na przykład Verdi. U Wagnera bardziej mnie pociąga brzmienie i wyraz niż sama treść.
Kazimierz Kord i Wiesław Ochman przed Metropolitan Opera w Nowym Jorku
Czego pan jeszcze żałuje?
Może żal mi do dziś, że odmówiono mi kiedyś występów w Izraelu, że nie
mogłem też polecieć do Australii.
Dlaczego?
Bo to były takie czasy, gdzie o wyjazdach decydowała jakaś komisja w Pagarcie.
Pagart to Przedsiębiorstwo Państwowe Polska Agencja Artystyczna. W PRL-u tylko przez nią artyści mogli legalnie wyjeżdżać na kontrakty.
Zazwyczaj z tą komisją nie miałem żadnych kłopotów. Po powrocie trzeba
było oddać paszport, bo nie wolno nam było mieć paszportu w domu, i zapłacić Pagartowi prowizję od honorariów. Było to zazwyczaj dziesięć
lub dwadzieścia procent gaży. Byłbym niesprawiedliwy, gdybym na Pagart
narzekał. Agencja ta "robiła" dużo dobrej roboty. Do każdego kraju
trzeba było mieć wizę. Istniało coś takiego jak dwudziestoczterogodzinne
wizy tranzytowe, aby przejechać tylko przez jakiś kraj. Na pobyt powyżej
trzech miesięcy trzeba było mieć specjalne zezwolenie, a teatry
zagraniczne też czasem żądały, aby być u nich dłużej. Do krajów z obozu
wschodniego jeździło się na tak zwaną wkładkę paszportową. Nie narzekam,
takie wtedy były warunki, choć jak opowiadam to młodym, to nie są w stanie zrozumieć. I porównywanie karier obecnych z karierami w tamtych
czasach nie ma sensu. Dziś są kompletnie inne czasy.
A z Izraelem o co chodziło?
Miałem zaproszenie na koncerty, ale wtedy Polska była w konflikcie z Izraelem, bo lubiliśmy Arabów. I z tego powodu komisja mnie nie puściła,
nie dali mi paszportu, chociaż inni wyjeżdżali do Izraela. Bernard
Ładysz opowiadał, że też miał zaproszenie do Izraela, ale nie pojechał,
bo za niego pojechał Bogdan Paprocki.
To dziwne, bo Paprocki to tenor, a Ładysz to bas.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki