Artysta. Opowieść o moim Ojcu - Wojciech Mann

Kup ebooka

42.99 zł
38.69 zł (17,20 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

II

Moje pierwsze wspomnienie o ojcu różni się nieco od standardowych migawek z przeszłości. Nie pamiętam, czy nachylał się nad moim łóżkiem i podziwiał swojego pierworodnego. Nie pamiętam, jak brał mnie na ręce, choć to dokumentuje kilka zachowanych fotografii.

Zanim zdążyłem ojca zapamiętać, zniknął gwałtownie z mojego życia. W 1951 roku, gdy miałem trzy lata, został aresztowany, osądzony i zamknięty przez władzę ludową w więzieniu. Zaprowadzający nowe radykalne porządki komuniści uznali, że skoro podczas okupacji jakieś ojca rysunki zostały wykorzystane w wydawanych przez Niemców gazetach, to ich autorowi należy się kara. Dodam, że kara najsurowsza, kara śmierci. Tej właśnie podczas procesu żądał prokurator. Szczęśliwie dla naszej rodziny sąd okazał się mniej krwiożerczy i skończyło się na więzieniu. Zamknęli ojca razem z późniejszym autorem serii niezwykle popularnych książek o przygodach Tomka Wilmowskiego, Alfredem Szklarskim. Szklarskiemu też zarzucano kolaborację, gdyż w niemieckich gadzinówkach publikowano w odcinkach powieści przygodowe jego autorstwa.

Tak więc, wracając do lat wczesnego dzieciństwa, bardziej pamiętam to, co o ojcu mówiła moja mama. Pamiętam jej troskę o jego zdrowie, tajemnicze wyprawy w nieznane mi miejsca, gdzie mama zaopatrywała się w jakieś normalnie niedostępne produkty i lekarstwa, które dostarczała w paczkach do więzienia na Gęsiówce. To stamtąd pochodzi moje pierwsze wspomnienie spotkania z ojcem. Nie wiem, czy na prośbę ojca, czy z własnej woli mama złamała zasadę trzymania mnie z dala od tamtego miejsca i pewnego dnia powiedziała, że zabierze mnie "na widzenie". Nie bardzo wiedziałem, co to oznacza, ale czułem, że to coś ważnego, gdyż zostałem szczególnie porządnie ubrany, wypucowany i uczesany. Pojechaliśmy do ponurego miejsca, w którym za ladą odgradzającą nas od wnętrza budynku pojawił się szczupły mężczyzna w burym łachu. Mama powiedziała, że to mój ojciec. Nie pamiętam ani rozmowy, ani emocji związanej z tym, że pierwszy raz świadomie go widzę. Pamiętam tylko beznadzieję tego miejsca, wielokrotnie powtarzane pytanie mojej mamy "jak się czujesz, Kaziu, jak się czujesz?" i zapewnienia, że stara się zdobyć dla niego jakiś pas. Po latach dowiedziałem się, że PAS to było lekarstwo na gruźlicę, której nabawił się w więzieniu.

Dalsza część rozdziału dostępna w pełnej wersji

I

Przed wojną we Lwowie mieszkało trzech braci Mannów: Tadeusz, Kazimierz i Roman.

Najstarszy, Tadeusz, był typem naukowca. Studiował medycynę na lwowskim Uniwersytecie Jana Kazimierza. Jeszcze przed wojną wyjechał na stypendium naukowe do Anglii. Był moim stryjem.

Najmłodszy, Roman, studiował architekturę na Politechnice Lwowskiej. Był moim stryjem.

"Środkowy", Kazimierz, podobnie jak Roman studiował architekturę na Politechnice Lwowskiej. Był moim ojcem. O nim i o jego twórczości jest ta książka.

Losy każdego z braci to osobna opowieść. Tadeusza wojna zastała poza krajem. Tam też kontynuował studia, a następnie karierę naukową. Został profesorem na uniwersytecie w Cambridge. Roman po wojnie pracował jako architekt, a także rozpoczął współpracę z filmem. Był scenografem wielu produkcji tworzących historię polskiej kinematografii.

Mój ojciec, po pobycie na Politechnice Lwowskiej, podobnie jak Roman rozpoczął studia w wiedeńskiej Kunstgewerbeschule, których ukończenie z doskonałym wynikiem potwierdza prezentowany poniżej dyplom.

Jak mogłem wywnioskować z przekazywanych w rodzinie z ust do ust informacji, bracia Mann w czasach lwowskich byli jeśli nie lwami, to lewkami salonowymi. Przystojni, wykształceni i utalentowani, byli rozchwytywani towarzysko, a wokół nich kręciło się wiele powabnych panien z dobrych domów. Moją mamę, Malwinę Niemczewską, ojciec poznał właśnie we Lwowie. Podobno flirtował też z jej siostrą Tolą, ale ostatecznie Malwina została panią Mannową, a w konsekwencji moją mamą. Rodzice wzięli ślub już w Warszawie, gdyż w wyniku różnorodnych decyzji rodzinnych mój dziadek, Władysław Niemczewski, przeniósł swoje rozliczne interesy do stolicy. Jak wynika z przekazów ustnych, dziadek Niemczewski początkowo nie uważał ojca za dobrą partię dla córki. Sam był przed wojną człowiekiem zamożnym, właścicielem okazałej willi we Lwowie, bardzo dbającym o materialne zabezpieczenie rodziny. Perspektywa wydania córki za młodego, początkującego artystę wydała się dziadkowi niezbyt obiecująca. Jednak oddany bez reszty swoim dzieciom, nie protestował gwałtownie. Podobno, chcąc zadbać o właściwą prezencję pana młodego, sprawił mu na ślub elegancki garnitur. Jest to jednak wiadomość szeptana i podaję ją bez stuprocentowej gwarancji, że jest prawdziwa. Zresztą w czasach, które już sobie mogę przypomnieć, relacje dziadka i ojca były jak najlepsze.