Artyleria, jaka była, jaka jest i jaka powinna być - Frédéric-Georges Herr

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (32,76 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
?
Tytuł oryginału:L'Artillerie, ce qu'elle a été, ce qu'elle est, ce qu'elle doit étre
Reedycja wydania polskiego z 1926 r.
Tłumaczenie:Włodzimierz O'Nacewicz
Redakcja:Jolanta Wierzchowska
Korekta:Jolanta Wierzchowska
Projekt graficzny serii i okładki:Teresa Oleszczuk
DTP:Piotr Hibner, Tadeusz Zawadzki
Copyright ? 2013 by Tetragon sp. z o.o.
Fotografia na okładce i na stronie tytułowej:bateria szybkostrzelnych armat kal. 75 mm wz. 1897 w akcji, 1914 r.(Biblioth?que nationale de France)
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.
Wydawca: Wydawnictwo Tetragon Sp. z o.o. 00-836 Warszawa, ul. Żelazna 41 lok. 21 e-mail: kontakt@tetragon.com.pl
Książki można zamówić na:www.tetragon.com.pl
ISBN 978-83-63374-73-0
Konwersja: eLitera s.c.
.

Książki Wydawnictwa Tetragon

Seria "Monografie":

Jarosław Centek, Reichsheer ery Seeckta (1921-1926)

Jarosław Centek, Korpus Gwardii w bitwie pod Gorlicami

Waldemar Rezmer, Operacyjna służba sztabów Wojska Polskiego w 1939 roku

Robert Citino, Ewolucja taktyki Blitzkriegu. Niemcy bronią się przed Polską 1918-1939

Przemysław Benken, Ap Bac 1963

Przemysław Benken, Hamburger Hill 1969

Emile Allehaut, Walka piechoty. Studium ilustrowane konkretnymi wypadkami z wojny 1914-1918 roku

William Balck, Rozwój taktyki w ciągu Wielkiej Wojny

Frédéric-Georges Herr, Artyleria. jaka była, jaka jest i jaka powinna być

Pascal-Marie-Henri Lucas, Rozwój myśli taktycznej we Francji i w Niemczech podczas wojny 1914-1918 r.

Giulio Douhet, Panowanie w powietrzu. Przypuszczalne formy przyszłej wojny oraz ostatnie artykuły

Kamil Anduła, 1. Warszawska Brygada Pancerna im. Bohaterów Westerplatte

Klemens Nussbaum, Historia złudzenia. Żydzi w Armii Polskiej w ZSRR 1943-1945

Juliusz S. Tym, Pancerni i ułani generała Andersa. Broń pancerna i kawaleria pancerna Polskich Sił Zbrojnych na Środkowym Wschodzie i we Włoszech 1941-1946

Juliusz S. Tym, Szkolić..., Doskonalić..., Być w gotowości do...

Juliusz S. Tym, Wielkopolska Brygada Kawalerii w kampanii 1939 roku

Juliusz S. Tym, Najnowocześniejsza armia II Rzeczypospolitej. Rzecz o motoryzacji wojska Polskich Sił Zbrojnych

Łukasz Przybyło, Doktryny wojnne. Historia i ocena

Seria "Morska":

Michał Glock, Flota Czerwona na Morzu Czarnym, t. 1: Wielka improwizacja 1941-1942

Michał Glock, Flota Czerwona na Morzu Czarnym, t. 2: Wymęczone zwycięstwo 1943-1944

Michał Glock, Flotylla Kaspijska 1722-1945. Zarys dziejów

Krzysztof Kubiak, Rajd na St. Nazaire. Między strategią a taktyką

Krzysztof Kubiak, W rytmie monsunu. Indyjsko-pakistańska rywalizacja na morzu 1947-1971

Ziw Almog, 13 Flotylla. Komandosi izraelskiej marynarki wojennej na Morzu Czerwonym 1967-1973

Seria "Żołnierze":

Piotr Jaźwiński, Koń, koniak i kobiety. Tradycje i zwyczaje oficerów kawalerii II Rzeczpospolitej

Erich Ludendorff, Moje wojenne wspomnienia, cz. 1: 1914-1916

Erich Ludendorff, Moje wojenne wspomnienia, cz. 2: sierpień 1916-1917

Erich Ludendorff, Moje wojenne wspomnienia, cz. 3: sierpień 1917-październik 1918

Teodor Cetys, Z Warszawy do Warszawy. Zapiski cichociemnego

Paweł Sztama, Generał August Emil Fieldorf - biografia wojskowa

Awigdor Kahalani, Wyżyny odwagi

Seria "Dokumenty i Relacje":

Andrzej Wesołowski (red.), Obrona Lwowa. Tom 1: Dokumenty 1-16 września

Andrzej Wesołowski (red.), Obrona Lwowa. Tom 2: Dokumenty 17-22 września

Andrzej Wesołowski (red.), 14. Wielkopolska Dywizja Piechoty. Relacje i wspomnienia

?

Przypisy

[1] Artilleristische Monatshefte, r. 1923, str. 157.

[2] Praca Heinza Guderiana Achtung Panzer! wydana została przez Wydawnictwo Tetragon i IW Erica w 2012 r.

[3] W powojennej polskiej literaturze tematu ukazało się niewiele prac dotyczących wykorzystania artylerii i poza monografiami poszczególnych pułków i brygad artylerii oraz wspomnieniami czy wydawnictwami albumowymi, jedynymi szerszymi opracowaniami poświęconymi artylerii są: Igor Błagowieszczański, Artyleria w II wojnie światowej", Warszawa 1983; Roman Łoś, Artyleria Polska 1914-1939, Warszawa 1991; Antoni Przeniczny, Rozwój Artylerii Przeciwlotniczej, Warszawa 1973; Polska artyleria przeciwlotnicza 1939, Wojskowe Teki Archiwalne CAW t. 3, cz. 1 i 2, Wydawnictwo Tetragon, Warszawa 2012.

Poza tym odniesienia do tematu artylerii można znaleźć w pracach poświęconych innym rodzajom wojsk. Na szczególną uwagę zasługują tu: Tadeusz Rawski, Piechota w II wojnie światowej", Warszawa 1984; oraz Eike Middeldorf, Taktyka w kampanii rosyjskiej, Warszawa 1961.

[4] Kilka ważnych pozycji z literatury anglojęzycznej dotyczącej I wojny światowej, które ukazały się w ostatniej dekadzie to: Bruce Gudmundsson, On artillery, Westport 1993; Sanders Marble, Infantry cannot do with a gun less, http://www.gutenberg-e.org/mas01/; C. Gray, Strategy for Chaos, Portland 2002, w szczególności rozdział o rewolucji w sprawach wojskowych w czasie I wojny światowej; J.B.A. Bailey, Field Artillery and firepower, Annapolis 2004; J.B.A. Bailey, "First World War and birth of modern warfare", [w:] M. Knox, W. Murray (red.), Dynamics of military revolution 1300-2050, Cambridge 2001.

[5] K. Nowicki, "Artyleria polska oczami jej dowódcy", Poligon 2/2013.

[6] Marcin Bryja, "Artyleria niemiecka w Normandii", Poligon nr 3/2012 i 4/2012.

[7] Marcin Bryja, seria artykułów dotyczących ofensywy "Bagration" na Białorusi latem 1944, Poligon nr 2/2011, 1/2012 i 6/2012.

[8] Marcin Bryja, "Artyleria niemiecka w Ardenach", Poligon nr 2/2012.

?

Przedmowa tłumacza

Dzieło generała Herra ukazało się już w piątym wydaniu we Francji, rozeszło się szeroko zagranicą, tłumaczone na obce języki, omawiane w fachowych czasopismach i polecane przez wybitnych artylerzystów jako niezwykle cenne studium doświadczeń ostatniej wojny. Powodzenie swe książka zawdzięcza zarówno chlubnie znanemu nazwisku autora, jak swej niezmiernie bogatej treści, która nie pozostawia bez oświetlenia żadnego większego zagadnienia artyleryjskiego, wysuniętego przez ostatnią wojnę.

Generał Herr był, podczas wielkiej wojny, kolejno dowódcą artylerii korpusu (6.), dowódcą dywizji, korpusu, oddziału wydzielonego armii, wreszcie od stycznia 1918 r. i do dzisiaj generalnym inspektorem artylerii; na tym ostatnim stanowisku kierował on technicznym i taktycznym wyszkoleniem całej francuskiej artylerii i był, według słusznych słów generała wojska niemieckiego Rohne, w tym szczęśliwym położeniu, iż mógł nie tylko zebrać bogate własne doświadczenia, lecz również poznać i zużytkować doświadczenia innych. Wobec tak wyjątkowej kompetencji[1] autora zapatrywania jego na zagadnienia artylerii i wysnute z wojny wnioski nabierają szczególnej wagi.

Lecz autor, który był jednym z twórców nowej doktryny użycia artylerii, który jednocześnie stał na czele organizacji nowej, potężnej francuskiej artylerii ciężkiej i przeżywał osobiście wszystkie piętrzące się na tej drodze trudności, nie ograniczył się do specjalnej dziedziny artylerii, a potraktował zagadnienie w całej jego rozciągłości, łącząc je z powojennymi zagadnieniami innych broni, wreszcie z całokształtem życia gospodarczego, przemysłowego i skarbowego kraju. Tak szeroko zakreślona praca staje się ciekawą już nie tylko dla wojskowych wszystkich broni, lecz również dla każdego, kto w ten czy inny sposób styka się z obroną państwową lub nią się interesuje.

Wychodząc z założenia, że książkę tę powinien znać każdy oficer naszej artylerii i Sztabu Generalnego oraz że oficerowie wszystkich broni przeczytają ją z największą dla siebie korzyścią, tłumacz starał się za pomocą licznych przypisów objaśniających usunąć wszystko to, co mogłoby utrudnić jej czytanie nieartylerzystom. Przypisy te zawierają przede wszystkim niezbędne dane o licznym sprzęcie, który odegrał tak ważną rolę na zachodnim froncie i jest dobrze znany we Francji, lecz oczywiście zupełnie nieznany większości nawet naszych artylerzystów; objaśnienia tyczące się starego sprzętu, który już prawdopodobnie nie ukaże się na polach bitwy, zostały umieszczone w tekście; dane o nowoczesnym sprzęcie francuskim są zestawione w osobnej tablicy na końcu książki. Zostały również przytoczone niektóre późniejsze dane o artylerii niemieckiej wzięte ze źródeł niemieckich, niektóre opinie niemieckich artylerzystów itp.

Włodzimierz O'Nacewicz

major Sztabu Generalnego

?

Wstęp do wydania polskiego 2013 r.

Artyleria nie cieszy się obecnie takim zainteresowaniem jak nowe rewolucyjne środki walki, które pojawiły się trakcie I wojny światowej, takie jak lotnictwo czy czołgi. Ma to swoje odzwierciedlenie w literaturze przedmiotu i opracowań dotyczących zastosowania artylerii powstaje bardzo mało. Tym cenniejsze jest wznowienie pracy generała Herra, która była kamieniem milowym dla artylerii, tak jak prace Eimannsbergera, czy Guderiana[2] dla wojsk pancernych. To mniejsze zainteresowanie artylerią jest o tyle zrozumiałe, że artyleria nie miała tej świeżości co nowe środki walki i zaznaczyła już swoją obecność na polach bitew już w średniowieczu[3]. Zwykle nie pamięta o tym, jaką drogę przebyła ona w trakcie I wojny światowej pod względem wzrostu ilościowego, rozwoju technicznego i zasad użycia, a przecież kończyła ona wojnę w zupełnie innym punkcie niż zaczynała i w trakcie czterech lat walk, jej znaczenie urosło z roli broni pomocniczej dla piechoty do rodzaju wojsk, który mógł rozstrzygać o wyniku bitew i kampanii.

Chyba każdy, kto choć trochę interesuje się I wojną światową wie o wielkich bitwach artyleryjskich, które trwały całymi tygodniami zmieniając pola walk w usiany kraterami księżycowy krajobraz. Myliłby się jednak ten, kto by myślał, że ktokolwiek przed wojną tak właśnie wyobrażał sobie przebieg walk, a co za tym idzie żadna ze stron nie była do tego rodzaju walk przygotowana. Niniejsza książka ukazuje tytaniczny wysiłek jaką musiały wykonać sztaby walczących wojsk i przemysł zaangażowanych w wojnie krajów, aby przekonstruować i rozwinąć swoje związki artylerii. Oczywiście autor będący podczas Wielkiej Wojny dowódcą artylerii francuskiej skupia się głównie na omówieniu zmian zachodzących w tej właśnie armii, ale też wszystkie te dokonania odnoszone są do osiągnięć strony przeciwnej, a przedstawiona przez generała Herra analiza przewag i słabości artylerii wrogich sobie armii, zarówno pod względem organizacyjnym, jak i czysto technicznym, jest niezwykle ciekawa. Nie jest tu celem omawianie treści książki, ale w celu podkreślenia znaczenia zmian jakie zaszły wystarczy wspomnieć, że na początku wojny armia francuska widziała w lekkiej 75-milimetrowej armacie polowej sprzęt uniwersalny wystarczający do wypełnienia wszystkich zadań jakie tylko można postawić przed artylerią. Co więcej, w armii francuskiej ciężka artyleria rozwijała się powoli i przy znacznym oporze większości środowisk wojskowych. Problem polegał na tym, że artylerzyści z artylerii polowej potrzebowali innego szkolenia niż artylerzyści obsługujący lżejsze działa i zajmujący się bezpośrednim wspieraniem piechoty. Dopiero w trakcie pierwszych walk okazało się, że bez wsparcia artylerii nie ma szans atak nawet najlepszej piechoty, a armata nadająca się do prowadzenia właściwie tylko ognia obserwowanego nie jest panaceum na wszystkie sytuacje na polu bitwy. Uświadomienie sobie tego faktu, było początkiem drogi dla rozwoju nowoczesnej artylerii. Konieczne okazało się prowadzenie ognia do celów zakrytych (ognia pośredniego), do czego potrzebowano nowego sprzętu oraz jak wspomniano, także i odpowiedniego przeszkolenia. Rozwój sytuacji na froncie wymusił więc wprowadzenie nowych typów dział mogących niszczyć coraz silniejsze umocnienia, prowadzących ogień do baterii przeciwnika. Potem wymagania stopniowo rosły i szybko okazało się, że nowych zadań, do których można było wykorzystywać artylerię przybywało[4].

Z punktu widzenia niniejszej pracy najważniejsze jest jednak przesłanie z części drugiej zatytułowanej "Artyleria potrzebna do wojny", w którym autor zawarł rekomendacje dotyczące sprzętu dla artylerii oraz organizacji jej związków niezbędnych do osiągnięcia jak największej skuteczności na polu walki. Należy zaznaczyć z góry, że nie sposób jest wskazać armii, która w całości przyjęłaby rozwiązania proponowane przez autora. Nie może to dziwić o tyle, że praca generała Herra powstała zaledwie w 4 lata po Wielkiej Wojnie, a więc momencie, kiedy ewentualny kolejny konflikt zbrojny w Europie wyobrażano sobie bardzo podobnie do właśnie zakończonej wojny. Późniejszy rozwój techniczny i wzrost roli samolotów i czołgów na polach bitew musiał spowodować modyfikacje wizji autora, ale też znaczna część założeń dotyczących użycia artylerii przetrwała bez większej zmiany.

Podstawowe zadania jakie stawia przed artylerią autor, to w kolejności:

- towarzyszenie piechocie,

- bezpośrednie wsparcie piechoty,

- niszczenie sił nieprzyjaciela,

- burzenie przeszkód,

- zwalczanie artylerii,

- prowadzenie ognia wzbraniającego,

- zwalczanie czołgów i celów powietrznych.

Warto zatrzymać się tu na chwilę i odnieść do najważniejszych tez autora oraz pokazać w skrócie, na ile znalazły one potem odzwierciedlenie w uzbrojeniu i organizacji armii poszczególnych krajów.

Autor za jeden z podstawowych problemów armii francuskiej na początku Wielkiej Wojny uważał brak lekkiej haubicy i postulował masowe zastosowanie tej broni w pułkach artylerii dywizyjnej w połączeniu z ulepszonymi 75-milimetrowymi armatami o zwiększonej donośności. Słusznie zauważał, że haubica dawała możliwość ostrzeliwania celów ukrytych za przeszkodami terenowymi czy umocnieniami i była po prostu nieodzowną bronią w momencie przejścia do działań zaczepnych. I właśnie po odrzuceniu ograniczeń narzuconych Traktatem Wersalskim na przezbrojenie swojej artylerii w haubice postawił najsilniej niemiecki Wehrmacht. Z armii tej niemal zupełnie zniknęły armaty polowe i zdecydowano się na wyposażenie pułków artylerii dywizyjnej wyłącznie w haubice lekkie i ciężkie. Te same wzory haubic, aczkolwiek początkowo tylko ciężkich, wchodziły też w skład artylerii odwodowej (tzw. Heeresartillerie). Niemcy skorzystali z faktu, że zgodnie z postanowieniami traktatu wersalskiego 100-tysięczna Reichsheer w zasadzie nie dysponowała artylerią, w związku z tym musieli niemal w całości odtworzyć swój park artyleryjski, gdy rozpoczęli odbudowę swojej armii po 1933 roku. Zwolniło ich to z szukania kompromisów dla zastosowania dział pozostałych po I wojnie światowej, dla których w koncepcji prowadzenia wojny ofensywnej, zwanej potocznie Blitzkriegiem, nie było miejsca. Co ciekawe częściowy powrót do armat polowych nastąpił w armii niemieckiej w 1944 roku, kiedy ostatecznie została ona zepchnięta do defensywy.

W zupełnie innej sytuacji była armia francuska, która dźwigała nadal brzemię wielkich ilości sprzętu artyleryjskiego skonstruowanego w latach Wielkiej Wojny. W efekcie nawet ta potęga gospodarcza nie była w stanie wymienić swoich dział na nowsze modele i paradoksalnie wprowadziła najmniej zmian w tym zakresie. Teoretycznie mając dwa pułki artylerii (pułk ciężkich haubic 155 mm i pułk lekkich armat 75 mm) francuskie dywizje piechoty były najsilniejszymi pod tym względem ze wszystkich armii, ale ich możliwości obniżał fakt, że zasięg ognia tych dział zdecydowanie odbiegał od zasięgu dział ich potencjalnego przeciwnika - Niemiec. Metodę "złotego środka" wybrali natomiast Brytyjczycy, którzy na uzbrojeniu swoich dywizji utrzymywali lżejsze działa 83,8 mm (18-funtowe) oraz później armatohaubice 87,6 mm (25-funtowe). Zastosowany kaliber gwarantował stosunkowo niedużą masę działa i poprawiał mobilność, ale z drugiej strony uzależniał dywizję od wsparcia ciężkiej artylerii pozadywizyjnej. Rozwiązanie przedstawione przez generała Herra ma natomiast swoje wyraźne odbicie w organizacji artylerii dywizji Armii Czerwonej. Pułki artylerii w dywizjach strzeleckich RKKA miały zarówno armaty polowe 76,2 mm o znakomitych parametrach (F-22 a potem ZiS-3), jak i haubice 122 mm łączące w sobie zalety lekkich i ciężkich haubic. Poza wymienionymi wyżej mocarstwami, które stać było na kreowanie własnych wzorów dział i koncepcji ich wykorzystania, większość nawet średnich państw, takich jak na przykład Polska, przystąpiło do przyszłej wojny ze starymi wzorami dział, głównie produkcji francuskiej i chociaż planowano przezbrojenie pułków artylerii dywizyjnej w znacznie większą ilość haubic, to nie udało się tego procesu dokończyć i nie osiągnięto nawet zakładanego parytetu haubic do armat polowych 50/50[5].

Za jedno z najważniejszych zadań dla artylerii autor wskazuje też towarzyszenie piechocie. Pomimo że sam wyraźnie pozostaje pod wrażeniem skuteczności polowych armat francuskich z poprzedniej wojny, to jednak słusznie zauważa, że działa wspierające piechotę w jeszcze większym stopniu niż artyleria muszą mieć możność prowadzenia ognia stromotorowego. Sam jednak nie daje jasnego wskazania, czy działa wspierające piechotę powinny do niej należeć na stałe, czy też być elementem wydzielonym z dywizyjnego pułku artylerii. Armią, która bardzo poważnie podeszła do zapewnienia wsparcia piechoty był niemiecki Wehrmacht. Teoretycznie każdy niemiecki pułk piechoty dysponował kompanią dział należącą organizacyjnie właśnie do piechoty. W kompanii takiej było 6 dział 75-milimetrowych oraz 2 ciężkie działa 150-milimetrowe, które miały wprawdzie ograniczony zasięg, ale za to były stosunkowo lekkie i przystosowane prowadzenia ognia stromotorowego aż do 75° a więc więcej niż umożliwiały to haubice polowe. Zwłaszcza zastosowanie ciężkich dział dawało Niemcom istotną przewagę nad piechotą innych krajów. Pozostałe armie na ogół nie miały dział wsparcia piechoty albo rolę tę pełniły lekkie działa polowe. Ciekawe są rozważania autora na temat mobilności tego rodzaju dział. Herr za idealne rozwiązanie uważa osadzenie działa piechoty na gąsienicach, po to aby mogło bezpośrednio podążać z piechotą, ale też sam stawia w wątpliwość to rozwiązanie ze względu na, jak uważa, zbyt wysoki koszt produkcji takich dział. Naturalnie, skoro w momencie powstawania książki koncepcje użycia wojsk pancerno-zmechanizowanych nie istniały, nie może dziwić, że autor w żaden sposób nie odnosi się do działań artylerii we współdziałaniu z tego rodzaju związkami. Jak powszechnie wiadomo pojawienie się na scenie walk wojsk szybkich wymusiło pojawienie się artylerii samobieżnej. Warto też dodać, że powszechną praktyką na początku wojny było zastosowanie do wsparcia piechoty lekkich armat przeciwpancernych, które stosunkowo łatwo mogły być przetaczane na polu walki siłami obsługi. Oczywiście z bezpośredniego wsparcia walczącej piechoty w późniejszym okresie wojny odciążyły artylerię wydzielone oddziały pancerne, czy jak w armii niemieckiej działa szturmowe, bez których niemal niemożliwe było przeprowadzenie skutecznego natarcia. Herr nie wziął też pod uwagę innej nowinki technicznej, która okazała się jedną z najgroźniejszych broni zastosowanych w czasie kolejnej wojny, czyli moździerzy. Organizacyjnie (z drobnymi wyjątkami) nie należały one wprawdzie do artylerii, ale de facto stały się "podręczną artylerią" każdej piechoty zarówno w ataku, jak i w obronie.

Autor postuluje także rozwój artylerii dalekonośnej mającej zakłócić manewr przeciwnika na zapleczu frontu. Co najciekawsze za tymi wskazówkami poszli ci, którzy jako pierwsi zastosowali w walce zmasowane związki pancerne współdziałające ściśle z lotnictwem, czyli Niemcy. To właśnie oni jako jedyni wprowadzili do użycia armaty holowane o kalibrze 240 mm i zasięgu 37,5 kilometra oraz kilka wzorów armat kolejowych, w tym także o zasięgu 60 kilometrów, przy czym najbardziej liczne w szeregach nienieckiej armii armaty 28 cm K5(E) powstały niemal dokładnie z wytycznymi przedstawionymi przez autora "Artylerii". Wbrew najczęściej spotykanym w literaturze przedmiotu opiniom nie były to działa, które miały służyć do niszczenia fortyfikacji, ale właśnie do prowadzenia ognia wzbraniającego i do zwalczania artylerii przeciwnika. Poza Niemcami artylerię kolejową właściwie jako jedyni zachowali Francuzi, przy czym w przeciwieństwie do Niemców planowali wykorzystać ten rodzaj artylerii jako artylerię oblężniczą. W efekcie na lawetach kolejowych zamontowano przede wszystkim haubice o najcięższych kalibrach (400, a nawet 520 mm). Pozostałe kraje jak ZSRS, czy Wielka Brytania nie przykładały zbyt dużej wagi do artylerii kolejowej - chociaż i one utrzymywały ten rodzaj artylerii, to raczej z myślą o obronie wybrzeży. Powyższe nie oznacza, że Niemcy nie przykładali dużej wagi do posiadania artylerii oblężniczej w tym moździerzy kalibru 615 mm, co było zresztą sygnalizowane przez Herra, który zwracał uwagę, że kaliber 420 mm po I wojnie światowej armia niemiecka uznawała za niewystarczający. Inne państwa praktycznie nie inwestowały w kalibry powyżej 240 mm (armia amerykańska), czy 280 mm (jak w armii sowieckiej).

Co znamienne - zwalczaniu lotnictwa i czołgów przeciwnika autor poświęcił bardzo mało miejsca, chociaż i tu można znaleźć kilka wskazówek, które znalazły swoje odbicie w działaniach wszystkich armii. Generał Herr stawiał tu przede wszystkim na mobilność i istotnie wszystkie strony starały się o ile to możliwe wykorzystywać jako lawety dla dział przeciwpancernych i przeciwlotniczych samobieżne podwozia gąsienicowe lub kołowe. Nie podaje jednak żadnych wskazówek na temat dalszego jej rozwoju. Chyba rzeczywiście na tym etapie nikt nie mógł przewidzieć, do jakich rozmiarów rozrosną się te rodzaje artylerii. Tymczasem Niemcy już miesiąc po rozpoczęciu wojny zorganizowali pierwsze korpusy artylerii przeciwlotniczej, a ilość ciężkich dział przeciwlotniczych dorównała ilości podstawowych typów haubic używanych na froncie. Oczekiwania generała Herra przerósł też rozwój artylerii przeciwpancernej i na przykład przeciętna niemiecka dywizja piechoty przystępowała do wojny z niemal dwukrotnie większą ilością armat przeciwpancernych niż dział polowych.

Poza samymi wskazówkami co do zadań, zasad użycia i rekomendacji co do typów sprzętu Herr zwraca uwagę na znaczenie manewru artylerią w przyszłej wojnie, przy czym chodzi tu zarówno o manewr w skali strategicznej, jak i taktycznej. W manewrze w skali strategicznej miała znaczenie zarówno jej mobilność, jak i odpowiednia organizacja. Na pomysły autora rzutuje tu ewidentnie słaba jeszcze motoryzacja ówczesnych armii i obawa o dostępność paliw. I chociaż za podstawowy uważa transport konny, to zwraca uwagę na ciągniki półgąsienicowe, jako pojazdy najlepiej rokujące na przyszłość dla transportu artylerii. Próby tego typu ciągników dopiero trwały, ale i tak celne są założenia autora, że nie można będzie w przyszłości liczyć na holowanie przy ich użyciu dział cięższych niż 15-18 ton. Istotnie takie właśnie miały parametry stosowane później ciągniki i w następnych latach działa holowane na ogół nie przekraczały tej masy, a jeśli się to zdarzało, to do transportu dzielone je na części. Najlepszym przykładem takiego rozwiązania były tu wprowadzone na uzbrojenie już w trakcie trwania wojny niemieckie armaty 172 mm 17 cm K18 i moździerze (według polskiej nomenklatury haubice) 21 cm M18. Poza transportem samych dział równie istotny był transport amunicji i zwłaszcza w warunkach wojny manewrowej i szybko zmieniającej się sytuacji na froncie, to właśnie on decydował o mobilności artylerii w niemniejszym stopniu niż mobilność samych dział. Transport konny był tu absolutnie niewystarczający i takie tabory nie były na ogół w stanie zapewnić bateriom odpowiedniej ilości pocisków. Z tym problemem na przykład borykały się niemieckie dywizje piechoty, do końca wojny zależne od transportu konnego.

Kolejną, wspomnianą już, kwestią, od której zależała mobilność i zdolność koncentracji artylerii była jej organizacja. Zasadą było, że w każdej z armii część dywizjonów artylerii pozostawała samodzielna, poza dywizjami, po to, by można je było skierować na decydujący odcinek. Nagromadzenie w jednym miejscu wielu dywizjonów wymagało z kolei zapewnienia im dowództwa, które koordynowałoby ich działania w taki sposób, żeby zapewnić jak największe zmasowanie prowadzonego ognia oraz takie rozlokowanie poszczególnych baterii i dywizjonów, aby możliwe było udzielania wsparcia także w miarę zmieniającej się sytuacji na froncie na różnych głębokościach ataku i obrony. Poszczególne armie podeszły do tego zagadnienia w różny sposób i w czasie drugiej wojny światowej najczęściej starano się utrzymywać cięższe typy dział (zależnie od armii były to na ogół haubice kalibrów około 150 mm) poza dywizjami, pozostawiając w nich tylko haubice lekkie i czasem lekkie armaty polowe. Od tego schematu odbiegały dywizje francuskie oraz niemieckie, w których pozostawiono ciężkie haubice. Z drugiej jednak strony korpuśne dowództwa artylerii przejmowały na ogół dowodzenie także i nad artylerią dywizyjną włączając ją do ogólnego systemu kierowania ogniem, co pozwalało na dość wydajne jej wykorzystanie zgodnie z zasadą jak największej koncentracji i masowości użycia.

Autor stosunkowo niewiele miejsca poświęca natomiast oddziałom rozpoznania artyleryjskiego, które nabierały stopniowo coraz większego znaczenia. Wspomina on wprawdzie, że już w trakcie I wojny światowej w niemieckiej armii jedną baterię obserwacyjną ceniono na równi z trzema bojowymi, ale późniejsza praktyka wykazała, że znaczenie obserwatorów było zdecydowanie większe. Było jasne, że aby móc uzyskać postulowane przez generała Herra zaskoczenie konieczne było skrócenie przygotowania artyleryjskiego do minimum przy równoczesnym zapewnieniu jak największej jego intensywności. Można to było osiągnąć tylko dzięki pracy obserwatorów, którzy mogli wywołać ześrodkowanie zmasowanego ognia na konkretnie wybrane punkty. To właśnie taki ogień artylerii dawać miał najlepsze efekty. Dzięki właściwej pracy oddziałów rozpoznania artyleryjskiego można było zrezygnować z bardzo długotrwałego, pochłaniającego olbrzymie ilości amunicji, a zarazem mało efektywnego ognia powierzchniowego. Do właściwego prowadzenia ognia wszystkie armie korzystały początkowo z baterii obserwacji wzrokowej oraz nasłuchowych. Pierwsze z nich mogły działać tylko w dogodnym płaskim terenie i przy stosunkowo dobrej pogodzie. Baterie te prowadziły też wstrzeliwanie własnej artylerii. Baterie rozpoznania dźwiękowego miały za zadanie dzięki specjalnym odbiornikom dźwięku namierzyć strzelające baterie przeciwnika oraz prowadzić wstrzeliwanie własnych baterii. Precyzja działania tych jednostek była na tyle wysoka, że na przykład w armii niemieckiej przedkładano wyniki ich pomiarów nad rozpoznanie lotnicze. Baterie rozpoznania dźwiękowego nie tylko pozwalały namierzyć bardzo dokładnie wszystkie aktywne baterie artylerii przeciwnika odległych nawet o kilkanaście kilometrów, ale także określić kaliber ich dział oraz umożliwić wstrzelanie się w cel. Oczywiście baterie rozpoznania dźwiękowego mogły kierować ogniem do dowolnych zakrytych celów, ale największe znaczenie miały w zwalczaniu artylerii przeciwnika. Naturalnie bardzo pomocne, zwłaszcza na większych dystansach, było też kierowanie ogniem przez samoloty obserwacyjne. Stosunkowo mało znany jest też fakt, że w trakcie II wojny światowej, podobnie jak i w trakcie Wielkiej Wojny wciąż jeszcze używano balonów obserwacyjnych, które czasem również wchodziły w skład oddziałów rozpoznania artyleryjskiego. Oczywiście sam problem "rozpoznania artyleryjskiego" okazał się o wiele głębszy i nie sprowadzał do samych tylko obserwatorów, którzy dla należytego wykonania swojej pracy musieli posługiwać się odpowiednimi mapami. Poza tym stopniowo okazywało się konieczne powstawanie oddziałów kalibracyjnych i meteorologicznych, które odpowiadały za uwzględnienie na przykład poprawek w prowadzeniu ognia zależnych od stopnia zużycia luf, wilgotności powietrza czy prędkości i kierunku wiatru.

Niezwykle istotna była łączność, dzięki której można było utrzymywać kontakt nie tyle z samymi bateriami, czy dywizjonami artylerii, ale odpowiednio przygotowanymi dowództwami, które decydowały o tym gdzie zostanie skierowany ogień, przy użyciu ilu dział oraz o jakiej intensywności. To właśnie właściwie działająca łączność była warunkiem koniecznym dla jak najbardziej wydajnego użycia artylerii i uzyskania odpowiednio dużego efektu.

Wnioski na przyszłość generała Herra są jasne. Wynika z nich, że artyleria w kolejnej wojnie pomimo pojawienia się nowych środków walki zyska na znaczeniu. Wizja autora walki o przełamanie kolejnych linii obrony najeżonych karabinami maszynowymi jest oczywistym pokłosiem poprzedniej wojny i nie mogła jeszcze siłą rzeczy uwzględniać zmian, jakie zajdą na polu bitew, na których pojawić się miały czołgi i piechota zmotoryzowana wsparte lotnictwem. Z drugiej strony jednak, szybko okazało się, że to właśnie artyleria najskuteczniej może utorować drogę przez przygotowane do obrony umocnienia i że to ona będzie niezastąpiona w obronie, kiedy to od jej ognia miało zależeć czy piechota przeciwnika wsparta czołgami osiągnie linie obrony, czy też atak zostanie skutecznie powstrzymany jeszcze na przedpolu. Znaczenia artylerii dowiodły takie bitwy jak na przykład uznawana za największą bitwę pancerną bitwa na Łuku Kurskim, w której obie strony uzyskały nie spotykane do tej pory nagromadzenie artylerii i intensywność prowadzonego ognia. Jeszcze większą rolę artyleria odegrała latem 1944 roku w Normandii. Artyleria aliantów potrafiła skutecznie zdusić niemal w zarodku każdy kontratak przeciwnika nie dopuszczając go nawet w pobliże własnych linii obronnych. Grenadierzy niemieccy walczący na pierwszej linii frontu to właśnie ogień artylerii wspominają jako najbardziej mordercze narzędzie w rękach aliantów. Wystarczy zresztą wspomnieć, że aż 40% żołnierzy brytyjskich walczących latem 1944 roku we Francji było artylerzystami. Z drugiej strony można zaryzykować twierdzenie, że bitwę w Normandii przegrała dla Niemców ich własna artyleria, która pozbawiona amunicji przez panujące w powietrzu lotnictwo przeciwnika odegrała w tej bitwie tylko marginalną rolę[6]. Także Armia Czerwona w trakcie późniejszych ofensyw dokonywała niespodziewanych manewrów swoimi wielkimi odwodami artyleryjskimi, które potrafiły skutecznie sparaliżować obronę niemiecką w ciągu pierwszych kilku godzin natarcia[7]. Wreszcie, to właśnie związki niemieckiej artylerii zostały bardzo poważnie zreformowane przed ostatnią próbą przejęcia inicjatywy przez atak w Ardenach w grudniu 1944 roku[8]. To właśnie w innej organizacji artylerii skupionej w korpusach artylerii i brygadach moździerzy rakietowych, upatrywano szansy na szybkie przełamanie obrony przeciwnika.

Rola artylerii choć niedoceniana przez literaturę tematu, jest jednak nie do przecenienia i tym bardziej cieszy wznowienie po wielu latach tak fundamentalnej pracy dla jej rozwoju jak L'Artillerie Frédérica-Georgesa Herra. Warto pamiętać, że przecież - jak zwraca uwagę autor - sam "Bóg Wojny" Napoleon I, był przecież artylerzystą.

Marcin Bryja

Armata 75 mm francuskiej artylerii kolonialnej w trzeciej bitwie pod Krithia na półwyspie Gallipoli. Sedd el Bahr, 4 VII 1915(http://commons.wikimedia.org)

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki