PROLOG
Czas żałoby
Londyn,
11 lutego 1639 roku
Dziób galery rozcina gęstą mgłę nad Tamizą. Statek z głuchym łomotem
przybija do nabrzeża. Ponury chór mnichów w kapucyńskich habitach
monotonnie recytuje pieśń za duszę umarłych. Wśród dogasających w gęstej
mżawce płomieni setek świec czerni się ogromny katafalk. Za balustradą
nabrzeża zgromadził się tłum. Gapie tłoczą się również wzdłuż dywanu, po
którym aż do Somerset House, siedziby Stuartów, stąpać będzie kondukt
pogrzebowy. Sześciu gwardzistów wchodzi na trap z trumną na ramionach.
Z mgły wyłania się sylwetka kobiety. W obszernym kapturze zasłaniającym
ją przed ciekawskimi spojrzeniami kobieta podąża samotnie za konduktem.
Kim był dla niej zmarły? Mężem? Kochankiem? Ta kobieta opłakuje własne
życie i człowieka, który dał mu początek: swojego ojca.
"Cztery dni temu zmarł słynny malarz Gentileschi, Jego Królewska Mość
wielce nad tym ubolewa, ubolewają też wszyscy miłośnicy sztuki,
wielbiciele jego talentu". Tak napisał do swego mocodawcy agent
wielkiego księcia Toskanii w raporcie o wydarzeniach na dworze króla
Karola I.
W samej rzeczy - artysta, którego chowają w Londynie tego mglistego
poranka, znany jest w całej Europie. Filip IV, król Hiszpanii; Ludwik
XIII, król Francji; papież Urban VIII... Ci wszyscy potężni władcy oddają
się modlitwom w kaplicach ozdobionych jego malowidłami. Pracował w bazylice Świętego Piotra i pałacu Kwirynalskim w Rzymie, w pałacu
Luksemburskim w Paryżu i w Hampton Court. Od Pizy po Florencję, od Genui
do Turynu, od Paryża do Londynu pozostawił po sobie dzieła na najwyższym
poziomie. Porównywano go z Rubensem i van Dyckiem; słynni rywale
przeżyją go zaledwie o parę lat. Jako katolik i "papista" włoski malarz
nie mógł liczyć na godny swej sławy pomnik nagrobny na heretyckiej
ziemi. Wojna domowa - między innymi na tle religijnym - która wkrótce
doprowadzi do upadku monarchii Stuartów i ścięcia Karola I, już się
rozpoczęła. W Londynie słychać głosy potępienia monarchy okazującego
zbyt wiele sympatii katolickiemu otoczeniu swej małżonki, która ponoć
poprzysięgła, że doprowadzi do jego nawrócenia.
Tego ponurego zimowego poranka mężczyźni niosący trumnę ze zwłokami
Orazia Gentileschiego z trudem przedzierają się przez wrogi tłum
purytan. Kondukt przypomina procesje odbywające się w Rzymie: srebrne
świeczniki, krucyfiksy, monstrancje, relikwiarze. Cały ten przepych na
cześć "bałwochwalcy", twórcy obrazów, który ośmielił się malować rzeczy
święte, a przecież ich podobieństw czynić nie wolno... cała ta uroczystość
wywołuje gniew protestantów i obrazoburców.
Czarna kolumna mnichów sunie przez park wśród fontann, pomiędzy statuami
nagich kobiet, bogiń czy nimf, które król sprowadził z Italii.
Krocząc z wolna za nimi, córka malarza przechodzi pod usytuowanym na
zachód od pałacu gipsowo-kartonowym łukiem triumfalnym. Od niego zaczyna
się uroczysty przemarsz żałobny przez dziedziniec Somerset House.
Gawiedź podążająca za procesją depcze gazony i gromadzi się pod
arkadami: chcą zobaczyć ceremonię, choć ją potępiają. Wieść głosi, że
Gentileschi ma dostąpić niezwykłego zaszczytu - zostanie pochowany pod
ołtarzem w kaplicy królowej. Henrietta Maria Francuska przez dziesięć
lat nie ustawała w wysiłkach, aż zdołała wymóc na swym małżonku zgodę na
postawienie tej świątyni. Było to jej zwycięstwo jako kobiety, jako
królowej i katoliczki. Teraz miał tam spocząć nadworny malarz, katolik.
Jego śmierć zapowiadała koniec pewnej epoki; wzburzenie ludu, które
wkrótce miało doprowadzić do królobójstwa, do odejścia w niepamięć
Europy pierwszej połowy XVII wieku, Europy monarchów opróżniających
państwowy skarbiec dla zaspokojenia swych wybujałych upodobań
estetycznych.
Królowie, ministrowie i papieże z maniakalnym niemal zapałem
kolekcjonowali dzieła sztuki. Sztuka zawsze była zewnętrzną oznaką
potęgi i bogactwa, jednak w rękach siedemnastowiecznych mecenasów
malarze i rzeźbiarze stali się monetą przetargową i narzędziami
propagandy. Bernini we Włoszech, Velázquez w Hiszpanii, Rubens we
Flandrii. Ceną za odstąpienie tego czy innego geniusza mogły być tytuły
i prowincje, nawet wojna lub pokój. Krótko mówiąc, w roku 1639 sztuka
stała się kamieniem węgielnym władzy, artysta zaś jej narzędziem. Któż
bowiem inny mógł przebywać tak blisko monarchy jak malarz tworzący jego
portret? Jaki ambasador, jaki dyplomata, jaki szpieg dostąpić mógł
poufałej bliskości towarzyszącej artyście i jego modelowi? Któż tak jak
artysta mógł podczas długich godzin pozowania swobodnie gawędzić z królem i mieć w ten sposób możność wpłynięcia na jego opinie, a kto wie,
może nawet decyzje? Któż wreszcie łatwiej mógł się wmieszać we wszelakie
intrygi zagranicznego dworu? Zarówno Rubens, jak i Velázquez pełnili
misje dyplomatyczne. Podobnie Orazio Gentileschi. W służbie swego kraju
lub na żołdzie potężnego zleceniodawcy - wszyscy oni miewali w swych
rękach losy całej Europy. Lecz tak naprawdę posłuszni byli i wierni
tylko swemu powołaniu: sztuce. To było wielkie i jedyne przedsięwzięcie
ich życia. Rubens w jednym z listów nazwał malarstwo "największą z przygód".
Malarz Orazio Gentileschi umierał w roku 1639 pogrążony w rozpaczy, gdyż
nie zdołał zakończyć swej misji. Muzy, które naszkicował na plafonie
wielkiego westybulu siedziby królowej w Greenwich, nie ożyją inaczej,
jak tylko w jego wyobraźni. Jego największe dzieło, ukoronowanie i dowód
geniuszu, pozostanie nieukończone. Niedoskonałość przedsięwzięcia, które
miało być uwieńczeniem i apoteozą jego sztuki, zniweczy pracę całego
życia i skaże go na zapomnienie. Tak się stanie, jeśli wyzwania nie
podejmie istota, którą począł i ukształtował, nękał zazdrością i złamał
- jego córka Artemisia.
Kiedy umierał, Artemisia Gentileschi była jeszcze sławniejsza niż on
sam. Pracowała dla Filipa IV, króla Hiszpanii, i wielu innych
koronowanych głów Europy. Była piękna, otaczała ją atmosfera skandalu. W wieku siedemnastu lat, w roku 1611, została zgwałcona przez najbliższego
współpracownika ojca i miała śmiałość oskarżyć winnego przed trybunałem.
Wynikiem tego był głośny proces, po którym pozostały setki stron zeznań
świadków; pierwszy wielki proces o gwałt w tamtym stuleciu.
Dwadzieścia pięć lat później poeci umieszczą ją pośród cudów świata i będą opiewać doskonałość jej malarstwa. W oczach współczesnych uchodzi
za jedną z największych malarek w historii, być może najwybitniejszą.
"Odnaleźć we mnie można duszę Cezara zamkniętą w sercu kobiety", pisze
sama o sobie w liście do jednego z mecenasów.
Królewscy gwardziści pospiesznie zamykają bramę Somerset Chapel. Trumna
spoczywa pod ozdobionym srebrnymi frędzlami baldachimem z czarnego
weluru.
Od czasu pogrzebu Rafaela w Rzymie i Michała Anioła we Florencji żadnego
artysty nie żegnano tak uroczyście jak Włocha Gentileschiego w Anglii.
Ale nawa jest pusta, a nastrój daleki od wzniosłości. W kaplicy królowej
nie widać ani kawałka kamienia, metalu czy drewna. Geometryczny rysunek
kamiennej posadzki i plafon - cała harmonia i doskonałość proporcji,
wszystko ukryte zostało pod zasłoną czarnej krepy. Widać tylko draperie
i plisy, fałdy, węzły i girlandy, a spośród nich w cieniu czarnej
materii biel trupich czaszek. Niewidzialni muzycy intonują skargę Dies
irae. Ich oddech wywołuje falowanie tkaniny: to śpiewają umarli.
U stóp katafalku, zwrócone ku wnętrzu kościoła, siedzą dwie upiorne
stiukowe postaci; jedna z nich dzierży kosę, a druga klepsydrę, jakby
pozdrawiając nimi żałobników. Na trybunie widoczny jest ogromny
skrzydlaty szkielet rozchylający zasłonę, za którą kryje się podobna do
cienia sylwetka córki Orazia.
Artemisia słyszy odległe okrzyki tłumu wznoszone w nieznanym jej języku
i przygląda się doczesnym szczątkom człowieka, który był najważniejszym
mężczyzną w jej życiu.
Przybyła z Italii, odpowiadając na wezwanie starca, aby dokończyć jego
dzieło. Dzieło, które sygnowane będzie: "Gentileschi ojciec i córka".
Ojciec czy córka? Które z nich było mistrzem, a które uczniem? Oboje
oddali sobie wszystko i wszystko sobie odebrali. A teraz zapanował
pomiędzy nimi pokój, który przyniosła śmierć. Artemisia wyraziła zgodę.
Orazio nauczył ją wszystkiego, a ona przybyła, by wszystkie swe
umiejętności oddać w służbę jego zamierzenia.
W tamtych czasach córki stanowiły własność swych ojców; sztuka była
sprawą życia lub śmierci; pędzel i sztylet na przemian znajdowały się w tych samych dłoniach... Oboje gotowi byli na wszystko, by dowieść
wyższości swego talentu. Oboje z całej duszy pragnęli wzajemnie swego
końca. Ojcobójstwo? Kazirodztwo?
Odprowadzając ojca na miejsce wiecznego spoczynku, kończąc jego dzieło,
Artemisia zamyka pętlę przeznaczenia. Będzie dalej malować, ale sztuka i życie są już za nią. Jej "największa z przygód" kończy się tutaj, w Londynie, w lutym 1639 roku.
1.
Plac przy moście Świętego Anioła
11 września 1599 roku
Jaskrawe światło słoneczne oślepiało zgromadzone tysiące gapiów, w tumanach kurzu rozchodził się kwaśny zapach potu. Wszyscy jednak chcieli
zobaczyć jak najwięcej! Naprzeciwko szafotu słońce rozpalało do białości
kopułę watykańskiej bazyliki; w jego świetle marmur wielkich posągów
apostołów Piotra i Pawła wydawał się jeszcze bielszy. Jeden święty
dzierżył w dłoni miecz męczeństwa, drugi zaś klucze do raju.
Rozgorączkowana, podniecona gawiedź stłoczyła się na nabrzeżach Tybru,
zapełniła też barki chyboczące się niebezpiecznie u błotnistych brzegów
rzeki. Dachy domów czarne od tłumu gapiów groziły w każdej chwili
zawaleniem. Nie zważając na nieznośny upał, dzieci i kobiety przepychały
się przy oknach, na tarasach i loggiach. Nawet korytarze więzienne,
strzelnice Tor di Nona i blanki zamku Świętego Anioła aż roiły się od
więźniów, którym pozwolono uczestniczyć w tym spettacolo edificante.
Pojazdy arystokracji zablokowały ulice i place całej dzielnicy; aż do
bazyliki Świętego Jana na Lateranie. Było to przecież przedstawienie
odgrywane specjalnie z myślą o niej...
Właśnie bowiem miało nastąpić unicestwienie jednej z największych
rzymskich rodzin, familii Cencich, której wszyscy żyjący przedstawiciele
zostali skazani za zabójstwo: troje dzieci i druga żona patrycjusza
Francesca Cenciego dopuścili się morderstwa, uderzając go wielokrotnie
młotkiem w głowę. Zbrodni dokonali z inicjatywy rodzonej córki ofiary -
Beatrice Cenci. Ojcobójstwo popełnione przez osiemnastoletnią
dziewczynę.
Co prawda szlachetne pochodzenie dawało im prawo do niejako "prywatnego"
wykonania wyroku, czyli dekapitacji w zaciszu więziennego dziedzińca,
ale zarządzając egzekucję publiczną wszystkich członków rodziny i poddając wszystkich - także kobiety - najokrutniejszym torturom, papież
przekazywał możnym pewne przesłanie...
W związku ze zbliżającym się jubileuszem roku 1600, który - jak się
spodziewano - miał przyciągnąć do Wiecznego Miasta pół miliona
pielgrzymów, papież Klemens VIII pragnął, by Rzym stał się przykładem
nowego porządku, by w oczach całego świata objawił się jako
ucieleśnienie wzorca rządów sprawowanych zgodnie z pewną myślą
polityczną. Papież nie był bowiem wyłącznie duchowym przywódcą
chrześcijaństwa: był także całkowicie doczesnym suwerenem i monarchą
absolutnym, zarządzającym rozległymi domenami kościelnymi położonymi w środkowych Włoszech, od Adriatyku po Morze Śródziemne. Musiał więc na
podobieństwo innych władców - a może nawet z jeszcze większym
zdecydowaniem - przełamać tradycję samowoli, gwałtu i okrucieństwa
potężnych feudałów panoszących się w podległych mu państwach. Zbrodnia
popełniona przez Beatrice Cenci dostarczyła po temu odpowiedniej okazji.
Po soborze trydenckim pojawił się nowy rodzaj wymiaru sprawiedliwości,
mający nie tylko wymierzać karę za popełnione zło, ale również mu
zapobiegać; nie miało to jednak zbyt wiele wspólnego z samą
sprawiedliwością.
Nikt z widzów tłumnie zgromadzonych w ten upalny dzień na moście
Świętego Anioła nie miał wątpliwości co do tego, że markiz Cenci -
ofiara zbrodni, którą papież dziś właśnie miał napiętnować, przykładnie
karząc zabójców - otóż że markiz należał właśnie do tej kasty
arystokratów, zwyrodniałych i krwiożerczych tyranów, których swobody
Klemens VIII chciał ukrócić. W wieku szesnastu lat Beatrice została
uwięziona w fortecy, była bita i gwałcona przez własnego ojca. Zabijając
go, dziewczyna po prostu pomściła utratę swojego honoru. Taka
przynajmniej panowała powszechna opinia. Ojciec Kościoła jednak
spoglądał wyżej i dalej. Potrzebował głowy tej dziewczyny dla dobra
Wiecznego Miasta. Odmówił więc wysłuchania jej adwokatów, a nawet zelżył
ich grubiańsko dlatego tylko, że zechcieli podjąć się jej obrony. Cóż,
zakrojone na wielką skalę przedsięwzięcie, jakim było ukończenie
dekoracji bazyliki Świętego Piotra, pociągało za sobą ogromne koszty.
Był rok 1599, zbliżał się Jubileusz, a skarbiec świecił pustkami...
Konfiskując dobra Cencich, Klemens VIII zamierzał ukończyć kaplicę
Klementyńską, w której spoczywały doczesne szczątki jego świętego
patrona. W pendentywach jednej z małych kopuł bazyliki, o kilka metrów
od bezcennych relikwii najbliższego towarzysza Chrystusa, pierwszego
Ojca Kościoła, najpóźniej pod koniec roku 1600 zalśnią mozaiki, nad
którymi trudziło się już ponad pięćdziesięciu artystów.
Cały ten zespół, podobnie jak wszyscy malarze z dzielnicy artystów,
tłoczył się na moście. Co więcej, przepychali się, by dotrzeć jak
najbliżej szafotu, z taką niecierpliwością i gorliwością, że pomyśleć by
można, iż całą tę konfraternię cechuje szczególne okrucieństwo. W rzeczywistości powodował nimi po prostu dobrze pojęty obowiązek
zawodowy:
"Aby przedstawiać męczenników, bądźcie obecni przy wykonaniu kary
śmierci. Aby oddać cierpienia pierwszych chrześcijan, przyglądajcie się
gestom skazanych na śmierć. Notujcie w pamięci wyraz ich twarzy, kiedy
wstępują na szafot, ich bladość, przewracanie oczyma, a nawet
marszczenie brwi..." - tego właśnie nauczały ówczesne traktaty o malarstwie.
Artyści, którzy opłacili roczną składkę w Accademia di San Luca,
Akademii Świętego Łukasza, siedzibie stowarzyszenia malarzy, otrzymali
specjalne zezwolenie, które okazywali teraz - pojedynczo lub całymi
grupami - strażnikom pilnującym porządku, a ci prowadzili ich na
najlepsze miejsca. I tak w pierwszym rzędzie ujrzeć można było faworyta
kardynała del Monte, krępego i niewysokiego młodzieńca o ciemnych
włosach, Michelangela Merisiego da Caravaggio. Jego mecenas właśnie
uzyskał dlań wspaniałe zamówienie: Powołanie Świętego Mateusza oraz
Męczeństwo Świętego Mateusza dla jednej z kaplic kościoła San Luigi
dei Francesi. Rywale Caravaggia zżymali się i szeptali między sobą, że
malarz odwiedzał lochy Corte Savella w minionym tygodniu... i to przez
protekcję! Aby móc spokojnie naszkicować rysy Beatrice, otrzymał
pozwolenie, by malować ją w jej celi jako Judytę czy też Świętą
Katarzynę. Pozostali zaś mają zadowolić się tym, co wkrótce uda im się
dojrzeć. Będą musieli uchwycić w pospiesznie narysowanym szkicu jej
twarz, jej cierpienie - i to w tym upale, w tym smrodzie! Na to właśnie
uskarżał się głośno dawny nauczyciel Caravaggia, znany z elegancji
Cavaliere d'Arpino, który wciąż nie mógł przeboleć, że genialny uczeń
tak dalece go prześcignął... Bądź co bądź przewodził zespołowi artystów
ozdabiających transept Świętego Jana na Lateranie, pierwszej bazyliki
rzymskiej i osobistej diecezji papieża. To jemu należało się prawo
wykonania portretu Beatrice Cenci!
Obok tej słynnej postaci, u samych stóp szafotu, stał mężczyzna w średnim wieku, również znany w Rzymie: malarz Orazio Gentileschi. Był on
jednym z protegowanych monsignore Pietra Aldobrandiniego,
najpotężniejszego z prałatów kurii rzymskiej. Odróżniał się od
konfratrów prostym ubiorem; poza tym widać go było z daleka, ponieważ na
jego szczupłych ramionach siedziało dziecko. Była to sześcioletnia
dziewczynka, której malarz właśnie objaśniał program owego "budującego
widowiska". Podczas gdy opowiadał jej o szczegółach procesu i przewidywanych torturach, które czekają skazańców, przez tłum przeciskał
się pewien młody, nikomu nieznany mężczyzna; przemykał się na tyle
zręcznie, że wkrótce zdołał się wmieszać w grupkę najsłynniejszych
artystów, zwracając się do nich jak do starych znajomych. Przedstawił
się jako Agostino Tassi, malarz. Mówił, że on także mógłby namalować
Beatrice Cenci w więzieniu, spędził tam bowiem krótki czas w marcu. Miał
wówczas dwadzieścia jeden lat i powrócił właśnie z Florencji. Został
aresztowany w dzielnicy artystów tuż po powrocie do Rzymu, który był
jego miastem rodzinnym. Oskarżono go o obrazę, pobicie i zranienie
pewnej kurtyzany, która odmówiła mu swych wdzięków. Śmiejąc się,
opowiadał, jak to jej "dogodził". Sprawy posunęły się dość daleko, jako
że próbował kilkakrotnie ugodzić kobietę nożem, ubliżając jej przy tym
okropnie. Sąsiedzi w zeznaniach z lubością powtarzali jego słowa:
"Dziwko, zdziro, wywłoko, wyleję rondel pełen łajna na twój pysk!
Niechże cię bat katowski wydupczy! Już ja cię nadzieję na mój pędzel!".
W dzielnicy artystów nie było to niczym nadzwyczajnym. Pontyfikalny
wymiar sprawiedliwości traktował podobne bezeceństwa dość pobłażliwie;
akta procesów, protokoły przesłuchań i raporty policyjne dostarczają nam
rozlicznych przykładów podobnych scen. W XVII wieku wyrażano się w sposób dosadny i soczysty.
Dużo poważniejszą sprawą w wypadku młodego Agostina Tassiego,
aresztowanego w marcu roku 1599, był nóż, naszkicowany zresztą na
marginesie raportu przez któregoś z urzędników prowadzących śledztwo. W Rzymie noszenie broni było zakazane. Niemniej uliczki dzielnicy artystów
należały do najniebezpieczniejszych miejsc ówczesnej Europy. Noce zaś w Wiecznym Mieście były najgwałtowniejsze i najbardziej gorączkowe w świecie chrześcijańskim. Natłok mężczyzn różnych narodowości grupujących
się w bandy prowadził do wszelakiego rodzaju zamieszek. Burzliwe
przemiany zachodzące w polityce europejskiej znajdowały tu swoje odbicie
w bójkach pomiędzy klanami, a emocje wzmagała ponadto zawodowa zawiść.
Każdego wieczoru malarze z rywalizujących ugrupowań Francuzów i Hiszpanów krzyżowali ze sobą szpady ku uciesze miejscowych - Włochów,
którzy z kolei mordowali się nawzajem bez litości: Toskańczycy przeciwko
Bolończykom, Neapolitańczycy przeciwko mieszkańcom Rzymu. Oficjalnie
jednak nikomu, kto nie był szlachcicem, nie wolno było przechadzać się
ze szpadą u boku, z wyjątkiem osób mających specjalne zezwolenie
opieczętowane stemplem prefektury. Biada temu, kogo pachołkowie
pochwyciliby ze sztyletem w kieszeni...
Ponadto Agostino Tassi miał pecha, gdyż został schwytany na gorącym
uczynku w nocy i w towarzystwie prostytutki. Było ich w ówczesnym Rzymie
tak wiele, że papieże próbowali ograniczyć ich działalność do
zamkniętej, położonej nad Tybrem dzielnicy Ortaccio di Ripetta. Miejsce
to znajdowało się o kilkaset metrów od dzielnicy artystów i rzecz jasna
swawolne niewiasty wymykały się ze swego getta, by krążyć po okolicznych
uliczkach. O ile jednak ich obecność w dzień była tolerowana, o tyle po
zachodzie słońca obowiązywał je surowy zakaz pojawiania się poza
wyznaczonym kwartałem. Dzwony na Ave Maria wybijały godzinę, po której
na miasto wychodziły groźne oddziały pachołków kryjących twarze pod
kapturami brązowych płaszczy. Mimo to malarze, prostytutki i zabijaki
snuli się zbrojnymi bandami po mieście, od oberży do burdelu, od
pracowni do tawerny. Miasto liczyło niespełna sto tysięcy mieszkańców,
ale znaczną ich część stanowili młodzi, nieżonaci mężczyźni obcego
pochodzenia, wojowniczy i pełni ambicji... Jak w takich warunkach utrzymać
spokój i porządek? Wzrostowi przestępczości przysłużyła się też wielka
liczba "stref bezkarności", czyli miejsc, do których straż miejska nie
miała prawa wstępu. Tak więc zbrodniarze przede wszystkim szukali
schronienia w kościołach - a było ich ponad czterysta - i złodzieje czy
zabójcy często w razie konieczności korzystali z nietykalności któregoś
ze świętych przybytków. Do tego dochodziły szpitale, hospicja, klasztory
i terytoria wszystkich pałaców kardynalskich. Ponadto ucieczki można
było szukać u niektórych rodzin szlacheckich, a także w obrębie murów
ambasad, gdzie przedstawiciele każdego z krajów rządzili się swymi
prawami, zgodnie z własną jurysdykcją i pod strażą sobie tylko
podległych zbrojnych. Papiescy pachołkowie musieli więc chwytać winnych
na gorącym uczynku, co usprawiedliwia niejako ich strategię prędkiego
przemieszczania się, pochopnego dokonywania aresztowań, a także noszenie
specyficznych uniformów i obszernych płaszczy w kolorze mroku...
W marcu poprzedniego roku zdarzył się cud i papieski wymiar
sprawiedliwości puścił wolno Agostina Tassiego, nie skazując go nawet na
banicję z Rzymu! Wymierzono tylko karę tortury sznura: został zawieszony
za ręce związane na plecach kilka metrów nad ziemią. Wisiał tak przez
pół godziny na rogu via del Corso i via dei Greci, w samym sercu
dzielnicy artystów. Była to zwykła kara dla mącicieli porządku
publicznego; powodowała zwichnięcie stawów barkowych, nie wywołując
jednak trwałego okaleczenia. Klemens VIII bardzo troszczył się o porządek w mieście, podległy mu wymiar sprawiedliwości niezwykle surowo
traktował podejrzanych i okrutnie rozprawiał się z winnymi. Właśnie
proces rodziny Cencich, którym zaabsorbowani byli wszyscy
przedstawiciele wymiaru sprawiedliwości, spowodował, że w wypadku
Agostina zapadł stosunkowo łagodny wyrok. Nie mówiono o niczym innym,
jak tylko o kaźni patrycjuszowskiej familii: obu synów, córki, macochy -
podejrzanych o zamordowanie ojca i męża. Najwięcej zaś mówiono o Beatrice, kazirodczej ojcobójczyni...
Rozpychając się łokciami, Agostino Tassi przedarł się aż do stopni, po
których wstąpić miała skazana. Znalazł się u stóp szafotu tuż obok
malarza Orazia Gentileschiego, który właśnie próbował postawić córeczkę
na ziemi, ponieważ - jak mówił - była za ciężka. Dziewczynka jednak
opierała się zawzięcie. Trzymała się z całych sił, błagając ojca, by
pozwolił jej zostać jeszcze przez chwilę na jego ramionach.
- Mała ma rację - zauważył Agostino. - Z dołu nic nie zobaczy... Chcesz,
to ja cię podniosę?
Dziecko odwróciło się od niego bez słowa.
Orazio pochylił się, chwycił ją obiema rękami wpół i postawił stanowczo
na ziemi.
Z nagła tłum zgromadzony nad Tybrem poruszył się, zafalował, barki na
rzece zakołysały się, ciżba naparła na balustrady balkonów, nabrzeży i mostu; ci, którzy stali z przodu - pierwsze dziesięć rzędów - zostali
pchnięci na kordon żołnierzy.
O kilka metrów od szafotu ujrzano czterech mnichów z bractwa zajmującego
kościół San Giovanni Decollato, odzianych w czarne habity pokutnicze z grubej wełny i kaptury zasłaniające twarze. Wlekli ze sobą z kaplicy
Skazańców małżonkę ojca Beatrice, wspólniczkę ojcobójstwa i świadka
kazirodztwa. Miała umrzeć pierwsza. Niewiasta szła, zataczając się
między dwoma szeregami pachołków; pewnie by upadła, gdyby dwaj mnisi nie
chwycili jej pod ramiona. Trzeci szeptał jej na ucho, napominając, by
godnie podążała na spotkanie swego losu. Czwarty trzymał przed jej
twarzą, tak jakby pokazywał jej lustro, drewnianą tabliczkę zasłaniającą
szafot. Na tabliczce namalowany był wizerunek obciętej głowy Świętego
Jana Chrzciciela na srebrnej tacy. Wszystko to na próżno jednak: na
widok topora i kata oczekującego na podwyższeniu skazana zemdlała. Na
szafot wciągnięto ją nieprzytomną, a gdy mnisi odstąpili, kobieta padła
bez czucia. Nici z widowiska, zwyczajna rzeź. Prawdziwy dramat miał się
dopiero odegrać: z wrót kaplicy wyłoniła się teraz sylwetka Beatrice;
dziewczyna szła szybkim krokiem, niepodtrzymywana przez nikogo. Całe
miasto zawrzało. Litość, podziw, gniew - zdawało się, że cały Rzym,
począwszy od pałaców, skończywszy na więzieniach, podziela te same
uczucia.
Te same - może tylko z wyjątkiem grupy zgromadzonych pod szafotem
malarzy, którzy zachowali milczenie. Szkicowali pośpiesznie i lękali się
jedynie, że nie zdołają uchwycić rysów skazanej. Choć bowiem egzekucje
zdarzały się często - trzy, cztery, a nawet pięć tygodniowo w roku
poprzedzającym Jubileusz - nieczęsto zdarzało się oglądać wykonanie
wyroku śmierci na kobiecie tak szlachetnego urodzenia, tak pięknej i młodej... Była właściwie jeszcze dzieckiem, a mówiono, że niezwykle
dzielnie zniosła dziewięciogodzinne tortury. Wszyscy obecni uważali ją
za niewinną. W tej dziewczynie, która tak śmiało szła na spotkanie
śmierci, wyprostowana i pewna siebie, modląc się do Boga i przeklinając
papieża, lud rzymski dopatrywał się odwagi, z jaką umarły Święta
Katarzyna, Święta Urszula, Święta Cecylia - wszystkie te męczennice,
które kontrreformacja polecała pamięci katolików poprzez pędzle
chrześcijańskich malarzy...
Zapadła cisza. Dziewczyna położyła głowę na pieńku. Ujrzano, jak kat
wznosi ramiona, i ostrze topora zalśniło w słońcu. Wszystkie spojrzenia
zwrócone były w tym samym kierunku: słońce, topór i kopuła Świętego
Piotra. Topór opadł. Dał się słyszeć głuchy dźwięk ostrza uderzającego o pieniek.
Coś potoczyło się aż do skraju podwyższenia. Długie czarne włosy, spięte
chustą, rozsypały się zalane krwią... Tłum poruszył się, z ust widzów
dobył się krzyk przerażenia, krzyk litości i nienawiści na widok uciętej
głowy dziewczyny, ofiary ojcowskiej tyranii, męczennicy papieskiej
nieprawości.
Pośród malarzy z bliska napawających się widowiskiem znajdowały się dwie
osoby, które nie zamarły w osłupieniu: ojciec i córka. Orazio
Gentileschi i mała Artemisia.
Nie czekając końca kaźni - a miano jeszcze uśmiercić starszego brata
Beatrice, poćwiartować jego zwłoki i wystawić szczątki na cztery wiatry
- Orazio przepychał się przez tłum, ciągnąc dziecko za sobą.
Miał wówczas trzydzieści pięć lat, żonę i czworo małych dzieci;
najmłodsze właśnie przyszło na świat. Sześć gąb do wyżywienia.
Gentileschi opuścił Pizę jako najmłodsze dziecko rodziny złotników i udał się do Rzymu. Już od niemal ćwierć wieku pracował tu jako
miniaturzysta i medalier. Brał co prawda udział we wszystkich wielkich
artystycznych przedsięwzięciach, teraz także należał do zespołu
kierowanego przez d'Arpina w bazylice Świętego Jana na Lateranie, nie
powodziło mu się jednak najlepiej - aż do września roku 1599. Dzięki
pośrednictwu niejakiego Cosima Quorlego - jednego z papieskich
intendentów i dalekiego krewnego, Toskańczyka, podobnie jak Klemens VIII
i Orazio Gentileschi - malarz otrzymał zamówienie na ozdobienie galerii
kościoła San Nicola in carcere; świątynią opiekował się kardynał Pietro
Aldobrandini, bratanek i najbliższy współpracownik papieża.
Pietro Aldobrandini był także krewnym skazanej Beatrice Cenci, jej
opiekunem; to on miał się zwrócić do papieża z ostatnią prośbą o jej
ułaskawienie. Nie sposób stwierdzić, czy kardynał wstawił się w jej
sprawie z takim zapałem, jak utrzymywał. Był papieskim faworytem, a Klemens VIII zamierzał uczynić go jednym z głównych beneficjantów
egzekucji rodziny Cencich. Kilka należących do Cencich zamków i niektóre
ich ziemie były przewidziane dla niego...
Był to być może akt skruchy, gest żalu - a może kardynał uczynił to z jakiegoś innego powodu, w każdym razie kościelny dostojnik zlecił
malarzowi, który miał pracować w San Nicola, stworzenie fresku na nowej
galerii, przedstawiającego świętą o rysach tej, której głowa spadła tego
ranka. Otóż pod głównym ołtarzem starego kościoła, którym opiekował się
Pietro Aldobrandini, spoczywał prawdziwy skarb: relikwie trojga
męczenników, dwóch braci i siostry, umęczonych w Rzymie za czasów
Dioklecjana. Bracia zostali ścięci, siostra uduszona. Tą świętą - palec
boży, ironia losu, zbieg okoliczności? - była Święta Beatrycze! Malarzem
zaś - Orazio Gentileschi.
2.
Więzienie Corte Savella, sala kancelarii
cztery lata później, 12 września 1603 roku
Orazio, synu Giovana Battisty, rodem z Pizy... Zechciejcie powiedzieć nam,
w jaki sposób i z jakiej przyczyny znaleźliście się w więzieniu.
Orazio Gentileschi, niski, wysuszony mężczyzna o mocnych nogach,
postąpił krok ku długiemu stołowi, za którym siedzieli zastępca sędziego
kurii rzymskiej oraz zastępca prokuratora Państwa Kościelnego.
- Aresztowano mnie dziś rano w moim domu z nieznanej mi przyczyny.
Miał na sobie prosty brązowy kaftan i bawełniane pończochy w tym samym
kolorze. Mroczna, anonimowa sylwetka tych wszystkich nocnych wędrowców
Rzymu, którzy chcieli się skryć w ciemnościach przed papieskimi
pachołkami.
- Czy umiecie pisać?
- Umiem, lecz nie za dobrze.
Mówił najczystszym dialektem toskańskim, który stał się oficjalnym
językiem w Rzymie. Pospólstwo mieszało ów język z rodzimą gwarą,
tymczasem jego akcent, sposób bycia i maniery mogły stwarzać wrażenie,
że człowiek ten otarł się o wyższe sfery. Nic jednak podobnego: żył z pracy własnych rąk. Końce palców miał zażółcone od olejów, resztki
pigmentów za paznokciami nie pozostawiały żadnych wątpliwości co do jego
profesji. Miał jednak w sobie coś władczego, mściwego, w jego twarzy
malował się jakby niepokój czy wzburzenie, co nadawało jego spojrzeniu
pewną ciężkość i wywoływało mimowolny szacunek.
Gdy tego ranka przyprowadzono go do Corte Savella, soldano od razu
przydzielił go do kwatery więźniów zamożniejszych. W rzymskich
więzieniach zatrzymanych nie rozmieszczano według wagi dokonanych
przestępstw ani ciężaru rzucanych na nich oskarżeń, lecz wedle statusu
społecznego. Dzielili się więc na poveri, non poveri i vecchi -
biednych, zamożnych oraz starych.
W praktyce oznaczało to, że przez cały okres uwięzienia Orazio
Gentileschi musiał sam pokrywać koszty swego utrzymania. Płacił więc za
wyżywienie, bieliznę, usługi balwierza oraz pralnię. Sam też musiał
zapewnić sobie materac i pościel. Gdyby nie miał rodziny - żony, która
mogła dostarczać posiłki do kancelarii, i dzieci, które mogły przynieść
mu łóżko - wówczas koszty jego zatrzymania obciążyłyby oskarżycieli.
Jednak w jego wypadku najwyraźniej kwestia taka nie powstała.
Pachołkowie zaprowadzili go prosto z domostwa na via del Babuino do
jednej z cel położonych na niższym piętrze więzienia, gdzie znajdowały
się odcięte od świata ciemnice przeznaczone dla osób oczekujących
procesu.
Jedynym urozmaiceniem jego samotności były przesłuchania odbywające się
w małej, bielonej wapnem sali z krucyfiksem na ścianie i długim stołem.
Stąd słychać było głosy rozlegające się na dziedzińcu, dzwon więziennej
kaplicy, hałasy dobiegające z jadalni - odgłosy kwatery pośredniej,
zamieszkanej przez więźniów przygotowujących swą obronę. Orazio
spodziewał się, że przesłuchanie pozwoli mu wreszcie się dowiedzieć, z jakiego powodu spadło nań to nieszczęście.
- Gdybyście zobaczyli swoje pismo, rozpoznalibyście je?
- Sądzę, że tak.
Trzymał się prosto, ramiona skrzyżował na wątłej piersi i śmiało
spoglądał na swych sędziów. Jednak drżenie długiego pióra zdobiącego
trzymany przezeń w ręce beret zdradzało najwyższe wzburzenie.
- Czy widzieliście już kiedy ten list?
Rzucił niespokojnie okiem na kawałek papieru. Jego zbyt wąskie i zbyt
wykrzywione usta pozostały ściśnięte. Mógł mieć czterdzieści lat... Orazio
Gentileschi należał do tego rodzaju mężczyzn, którzy wydają się
przedwcześnie postarzali, ich rysy zmieniają się niepostrzeżenie.
Przycięta ciemna bródka ledwie skrywała blade policzki i mocno zbudowaną
szczękę znamionującą silną wolę. W suchości tej twarzy był jakiś ogień,
w całej sylwetce gorączkowe napięcie. Mężczyzna jednak pilnował się
bacznie, a miał ku temu ważkie powody! Nie skłamał, mówiąc przed chwilą,
że nieznane mu są podstawy jego uwięzienia. Była to wówczas jedna z najważniejszych zasad prowadzenia śledztwa: oskarżony miał nie wiedzieć,
o co go oskarżano. Gentileschi był zaś tym bardziej nieufny, że jak
dotąd nie miał jeszcze do czynienia z rzymskimi więzieniami.
Prawdę mówiąc, jest to dość niezwykłe. Jak to się stało, że aż do
czterdziestego roku życia Orazio Gentileschi nie miał nic wspólnego z wymiarem sprawiedliwości? Ani jednego aresztowania? Nie wniesiono
przeciw niemu żadnej skargi? Nie było żadnego procesu?
Oczywiście pobyty w Tor di Nona, Corte Savella lub w zamku Świętego
Anioła nie były czymś nieodwołalnym, ale mało któremu malarzowi udawało
się uniknąć więzienia lub choćby drobnych zatargów z wymiarem
sprawiedliwości. Wygląda na to, że mieszkańcy dzielnicy artystów byli
środowiskiem wyjątkowo skłonnym do pieniactwa i zarazem kryminogennym.
Długi i uznanie długów, najmy i podnajmy, zakupy, wymiany, donacje,
oprotestowania, odwołania - najbłahsze z podejmowanych przez nich
działań obwarowywane były kontraktem podpisywanym w obecności
przedstawicieli prawa. Spędzali więc mnóstwo czasu u notariuszy, a przy
pierwszym lepszym sporze natychmiast wnosili skargę, po której
nieuchronnie następował proces.
Niemniej w aktach nie znajdujemy nawet wzmianki o Oraziu Gentileschim.
Ani u notariuszy, ani w raportach policyjnych, ani nawet w spisywanych
przez medyków protokołach dotyczących rannych, którzy zgłosili się do
szpitala w nocy. A więc ani jednej bójki? Żadnej pijatyki? Czyżby Orazio
Gentileschi był osobnikiem tak łagodnym i pobożnym? Przedstawiciele
wymiaru sprawiedliwości wątpili w to.
Przyjrzawszy się uważnie arkuszowi papieru, który mu podano, Orazio
wyprostował się i odparł:
- Ten list został zajęty przez notariusza dziś rano w moim domu.
- A więc potwierdzacie, że to wasz list?
Twarz oskarżonego na ułamek sekundy się rozjaśniła. Orazio Gentileschi
właśnie zrozumiał, czego od niego chcą. Zawahał się.
- Widziałem ten list, ale już go nie pamiętam.
- Czy widzieliście sonet napisany po drugiej stronie?
- Widziałem, ale już go nie pamiętam.
- Czy ten sonet i ten list napisane są waszym pismem?
- Może tak, może nie. Piszę na różne sposoby. Czasami atramentem, a czasami ołówkiem. To, co tu widzę, to może być atrament. A może co
innego...
Urzędnik machnął ręką ze zniecierpliwieniem, poprawił się na krześle i niespodzianie zmienił temat:
- Czy znacie malarza nazwiskiem Giovanni Baglione?
Nie było sensu zaprzeczać. Giovanni Baglione i Orazio Gentileschi razem
uczestniczyli we wszystkich wielkich przedsięwzięciach w Rzymie. Obaj
trzynaście lat wcześniej pracowali przy realizacji fresków Biblioteki
Watykańskiej. Później zaś - przy obramowaniach okien nawy bazyliki Santa
Maria Maggiore, w bazylice Świętego Jana na Lateranie pod przewodnictwem
d'Arpina, a przede wszystkim w roku 1599 w San Nicola in carcere dla
kardynała nepota. Gentileschi i jego pomocnicy mieli udekorować galerię,
a Baglione wraz z uczniami przyozdobili resztę kaplicy.
- Wasza Wielmożność, znam dobrze wszystkich malarzy w Rzymie, i to od
dawna. Znaczy to, że znam najwybitniejszych...
- A jacy, według was, malarze są najwybitniejsi w Rzymie?
- D'Arpino, Caravaggio, bracia Carracci, Giovanni Baglione oraz inni,
których imiona nie przychodzą mi teraz na myśl, ale którzy również są
znaczni.
- A którzy z tych malarzy są waszymi przyjaciółmi? Wymieńcie też swych
nieprzyjaciół.
- Jestem przyjacielem ich wszystkich... chociaż, rzecz jasna, poniekąd
współzawodniczymy ze sobą...
Znamienny eufemizm! Stosunki wielkodusznie określone przez Orazia jako
"współzawodnictwo" w wypadku jego i Baglionego były zaiste pechowym
zbiegiem okoliczności, prześladującym go przez długie lata. Jeszcze
przez następne trzydzieści lat, od Rzymu po Mantuę, od Paryża po Londyn,
obaj malarze mieli zbierać zamówienia od tych samych mecenasów, pokrywać
freskami te same ściany, spierać się o te same honoraria.
- Jako żywo, wielmożny panie, weźmy na przykład Giovanniego Baglionego...
namalowałem dla kościoła San Giovanni dei Fiorentini obraz
przedstawiający Świętego Michała Archanioła, a on wkręcił się tuż obok
mnie ze swą Miłością niebiańską. Namalował ten obraz po to jedynie, by
się zmierzyć z Caravaggiem, który to wówczas ukończył dla kardynała
Giustinianiego Miłość ziemską. Obraz Baglionego mniej się spodobał
kardynałowi niż Miłość ziemska Caravaggia, jednakowoż za swe dzieło
Baglione otrzymał złoty łańcuch. Ja z kolei powiedziałem mu, że obraz
jego wydaje mi się bardzo niedoskonały. Ta Miłość niebiańska, która
odgrywa anioła, mogłaby być wdzięcznym chłopcem bez odzienia: on zaś
uczynił z niej tłuściocha przebranego za wojaka...
- Od jak dawna nie rozmawiacie ze sobą, to jest z Baglionem i z Caravaggiem?
- Od czasów tej sprawy z aniołem przestałem rozmawiać z Baglionem. Nawet
wcześniej. A to dlatego, że gdy się spotykamy w Rzymie, Baglione sądzi,
że to ja powinienem kłaniać mu się pierwszy i zdejmować kapelusz. Ja zaś
uważam, że to on winien pozdrowić mnie najpierw. Jeśli chodzi o Caravaggia, to rzecz ma się podobnie. Jesteśmy co prawda w przyjaźni,
ale Caravaggio spodziewa się, że to ja będę mu się pierwszy kłaniał, a o tym nie może być mowy... To już będzie sześć albo osiem miesięcy, jak z nim nie rozmawiałem. Przysłał jednak do mnie po kaptur kapucyński i skrzydła anielskie, które pożyczyłem mu jako wzór do obrazu. Kaptur ten
odesłał mi jakieś dziesięć dni temu...
- Rozpoznajecie wasze pismo w tym poemacie?
Obmierzły nam łajna twoje
Giovanni, papierku do sracza!
Zawieśże sobie łańcuch dyndający
Na jajcach śledziem cuchnących
Z dala obnoś parchy swoje
Plugawa odmiano rogacza
Od nas, którzy mniej niż bździny
Cenimy twe wypociny...
Trudno było orzec, czy grymas, malujący się na i tak z natury
wykrzywionej twarzy Gentileschiego, wywołany był formą, czy też treścią
wierszyka. W jego twarzy widać było napięcie, wiedział już, co mu grozi
i że przestępstwo, o które go podejrzewają, nieomal równa się
morderstwu, a pontyfikalna sprawiedliwość szczególnie dbała o ukaranie
sprawców tego rodzaju zbrodni. Brało się to stąd, że obowiązywał
szczególnie surowy edykt przeciwko "oszczercom", a pośrednio było to
konsekwencją egzekucji Beatrice Cenci.
Wkrótce po wykonaniu wyroku na mieście pojawiła się cała masa złośliwych
paszkwili, w których oskarżano papieża o skazanie na śmierć świętej - i to z chciwości. Przypuszczalni autorzy tych pamfletów zostali
natychmiast uśmierceni, a 12 stycznia 1601 roku Klemens VIII wydał edykt
przeciwko tym, którzy nie lękając się Boga ani sprawiedliwości,
"rozpuszczają swe nieczyste języki", pisząc listy, poematy, fabrykując
fałszywe wieści, oczerniając bliźniego i niszcząc jego honor i reputację. Odtąd "oszczercy" byli ścigani przez inkwizycję; wystarczył
anonimowy list lub publiczne doniesienie złożone w sądzie kryminalnym.
28 sierpnia tegoż roku skargę przeciw oszczercom wniósł jeden z najsławniejszych malarzy, osobistość wpływowa, która wkrótce miała
uzyskać zaszczytny tytuł "księcia Akademii Świętego Łukasza", czyli
oficjalnego przewodniczącego cechu malarzy: Giovanni Baglione.
Od wielu miesięcy Caravaggio wraz z przyjaciółmi, którymi są architekt
Onorio Longhi, malarze Filippo Trisegni i Orazio Gentileschi, zawistni o moje dzieła, rozpowiadają oszczerstwa o mojej osobie i mych pracach.
Napisali też oszczercze poemata obrażające mój honor. Przepisali
następnie te utwory w dziesiątkach egzemplarzy i rozdali pośród
przedstawicieli naszego zawodu. W załączeniu jeden z tych wierszy:
"Obmierzły nam łajna twoje...".
Dla Caravaggia, którego również uwięziono, sprawa przedstawiała się
niedobrze. Sprawa Gentileschiego wyglądała jednak o wiele gorzej. Nikt
spośród artystów nie mógł wątpić, że jego stosunki z Baglionem miały
znacznie bardziej wrogi charakter, niż Gentileschi twierdził, zeznając
przed urzędnikami. Najdrobniejszy pretekst mógł spowodować, że
rywalizacja przekształci się w otwarty konflikt - co też nastąpiło w listopadzie roku 1602.
Baglione, osobnik dość konwencjonalny, przywiózł z pielgrzymki do Loreto
medaliki z wizerunkiem Matki Boskiej. Artyści przypinali je sobie do
kapeluszy. Najcenniejsze - złote, srebrne - Baglione ofiarował wielkim
malarzom Rzymu, przede wszystkim d'Arpinowi oraz tym, na których liczył
podczas wyborów do Akademii Świętego Łukasza. Inni zaś, między innymi
Orazio Gentileschi, otrzymali medaliki ołowiane.
Urażony w przyjaźni i dotknięty w miłości własnej Gentileschi wystosował
do ofiarodawcy list pełen obelg. List nie był podpisany, ale nie mogło
być wątpliwości co do jego autorstwa. Była w nim mowa o skąpstwie,
próżności, nieudaczności: innymi słowy, Baglione dostał za swoje.
Giovanni Baglione zachował ten list i teraz właśnie przekazał go jako
dowód w śledztwie. Dowód winy, list bowiem zawierał zdanie brzmiące
niemal tak samo jak fragment poematu: "Zawieszę sobie ten złoty łańcuch
na swych cuchnących jajcach". Subtelna aluzja do klejnotu podarowanego
malarzowi przez kardynała Giustinianiego w charakterze nagrody za
Miłość niebiańską, której powodzenia Gentileschi zazdrościł i którą
szczerze gardził jako dziełem sztuki.
A teraz niech tylko przyjdzie do głowy zastępcy prokuratora przyjrzeć
się uważniej papierom zgromadzonym na stole, niech tylko zabawi się w porównanie charakteru pisma po jednej i drugiej stronie listu - listu
skądinąd zupełnie niewinnego - z pismem autora anonimu i kaligrafią
oszczerczego poematu, a sprawa będzie przesądzona. Malarza czeka pięć
lat wiosłowania na papieskich galerach.
Z akt procesu nie wynika, w jaki sposób Gentileschi zdołał uniknąć kary.
Wiadomo natomiast, że Caravaggia ze szponów Klemensa VIII uratowała
osobista interwencja ambasadora Francji. 25 września 1603 roku
Caravaggio wyszedł na wolność. Czy należy przypuszczać, że razem z nim
uwolniono wspólników? Czy też Gentileschi zawdzięczał swe cudowne
uwolnienie protekcji osoby z kręgów zbliżonych do Izby Apostolskiej, a więc poparciu Cosima Quorlego - tego samego urzędnika, który ongiś
załatwił mu pierwsze ważne zlecenie w jego karierze, freski na galerii
San Nicola in carcere? Z całą pewnością jednak żadne wpływy papieskiego
intendenta nie mogły zmienić konsekwencji, jakie dla dalszych losów
Orazia miała "sprawa Baglionego". Choć oskarżenie o oszczerstwo wydaje
się błahe w zestawieniu ze zbrodniami zarzucanymi Caravaggiowi,
Gentileschi przypłacić je miał swą pośmiertną reputacją.
Otóż czterdzieści lat później ten sam Giovanni Baglione ujął w dłoń
pióro. Jako biograf i kronikarz epoki spisał własną wersję obyczajów i dokonań swych współczesnych. Rozdział poświęcony Oraziowi Gentileschiemu
był jego zemstą: Vite dei pittori, scultori ed architetti są po dziś
dzień jednym z najcenniejszych źródeł informacji o życiu i pracy
siedemnastowiecznych włoskich artystów. Najobszerniejsza analiza dzieł
Gentileschiego i zarazem najpełniejsza z krytyk mu poświęconych jest
stronnicza i morderczo zjadliwa, a wyszła spod pióra jego najgorszego
wroga, malarza, którego pewnej nocy roku 1603 Orazio Gentileschi
zapragnął ośmieszyć.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki