Artefakt umysłu - Marian A. Nocoń

-
Proszę czekać

Rozdział 1. Druga wojna perska

Irak, 2003 rok

Drobinki piasku pokrywały ceglanym kurzem okoliczny teren. Jedynie skorpiony mogły się tutaj czuć bezpiecznie, ale tylko nocą.

Ciężki wojskowy but zatopił się w pyle uniesionym przez liczny oddział. Tuż obok kropla potu spadła z twarzy mężczyzny skupionego na muszce karabinu. Amerykański żołnierz celował w stronę ocienionego zaułka obok niskiej chałupy. W tej zagubionej nad granicą, pozornie opustoszałej wiosce Mandali zapanowała dramatyczna cisza.

Wraz z kolegami ze specjalnego patrolu przeszukiwał sektor, czyhając na lokalnego dowódcę rebeliantów, który miał się tu ponoć schować. Obchodząc chałupę, zauważył mężczyznę przypominającego mułłę, jednak jego nerwowe ruchy kłóciły się ze spokojem, jaki powinien towarzyszyć modłom. Dostrzegłszy celującego weń żołnierza, zaczął nagle nerwowo się rozglądać, jak gdyby zamierzał uciec. Z bliska przypominał bardziej szmuglera antyków niż duchownego. A ci działali zwykle w kilkuosobowych grupach, zdeterminowani i nieprzewidywalni.

Usłyszawszy donośny głos kaprala, mułła znieruchomiał. Trzeci z podchodzących żołnierzy, nie czekając na obrót spraw, poprosił natychmiast o wsparcie chłopaków z Rangers.

Ich kilkuosobowy oddział przybył szybko, jednak mieszkańcy małej społeczności zdążyli już powychodzić z chałup. Gromadzili się w grupki, jakby zamierzali coś uzgadniać. Uczony duchowny wykrzyczał kilka słów, zwracając na siebie uwagę wszystkich. Mieszkańcy ruszyli w jego kierunku, grożąc przy tym pięściami przybyłym żołnierzom - najwyraźniej chcieli wziąć Araba w obronę. Coraz to nowi wyrastali jak grzyby po deszczu, przybliżali się do swego pobratymca. Na widok nadjeżdżających kolejnych żołnierzy przyśpieszyli. Mijały minuty wzajemnych obserwacji. Zgromadzeni w słońcu ludzie zaczęli się burzyć, a atmosferę podgrzewał dodatkowo mułła. Gęstniejący tłum pokrzykiwał coraz groźniej, wygrażając energicznie pięściami w kierunku obserwujących ich Amerykanów. Dopiero przyjazne gesty armijnych kolegów pozwoliły uspokoić drżący na spuście karabinu palec kaprala stojącego najbliżej zgromadzonych.

- Co tu robisz?! - zapytał mułłę po arabsku sierżant, przybyły z oddziałem komandosów.

Tamten odpowiedział w jakimś rzadkim dialekcie. Kolejna próba nawiązania dialogu także nie przyniosła rezultatu.

- Zabierzmy go do bazy! - zaproponował żołnierz stojący obok kaprala, rozglądający się uważnie po tłumie rosnącym w siłę.

- Zawołajcie tłumacza! - rozkazał kapral podkomendnemu. - Mam wrażenie, że to Mad?n.

- Kto taki? - spytał szeregowy.

- Arab Błotny! - krzyknął sierżant.

Obserwujący zachowanie żołnierzy mułła sięgnął nieoczekiwanie do kieszeni diszdaszy z białego lnu i zaczął coś głośno wykrzykiwać, gestykulując drugą ręką.

- Uwaga! Granat! - wrzasnął któryś z szeregowych.

Zanim zdążyli cokolwiek zrobić, tamten odepchnął się od ściany stojącego tuż przy nim domu i nabrawszy rozpędu, pobiegł wąskim przejściem w kierunku szerszej uliczki, rozpychając po drodze tłum gapiów. Zadziwiająco łatwo przedarł się przez kordon zaskoczonych jego determinacją rangersów. Patrzący na to zajście sierżant przełknął ślinę w wyschniętym gardle, a potem krzyknął:

- Zatrzymać mułłę!

W tym momencie tamten lekko niczym nastolatek wskoczył na maskę stojącego obok wozu patrolowego. Odbił się jedną nogą od pokrywy silnika i przeleciał nad szybą aż na tył pojazdu. Wszyscy umilkli, wpatrując się w mułłę z niedowierzaniem. Łatwość, z jaką poradził sobie z odgradzającym go kordonem naszpikowanym lufami, wymagała sportowych zdolności i sporej odwagi. Duchowny uciekinier zwolnił, mając przed sobą otwartą drogę. Wyciągnął z rozmachem spod okrycia jakiś przedmiot.

- Padnij! - krzyknął ktoś.

Terkot serii karabinowej ugiął większość nóg. Na oczach wpatrzonych w mułłę ludzi dosięgła go jedna z kul. Jego twarz zamarła w niemym krzyku, wyrażając coś pomiędzy bólem a oburzeniem. Wyjęty przedmiot wyleciał z ręki, a postać straciła impet i upadła na gliniastą ziemię. Po chwili sierżant machnął ręką, nakazując bocznemu podejść do leżącego. Podkomendny wstał i nisko pochylony spojrzał z daleka na ciało i okoliczny teren. Wypalił w kierunku mułły. Kula, trafiając w piasek, odrzuciła leżący obok przedmiot. Boczny odczekał moment. Kiedy odgłos wystrzału ucichł, żołnierz zaczął powoli podchodzić. Przy nieszczęśniku niczego niebezpiecznego nie znalazł. Jedynie ów przedmiot, który okazał się starym notesem z wytartymi okładkami. Zwiadowca rzucił go sierżantowi.

Bez sensu! - pomyślał wkurzony sierżant, wertując pożółkłe kartki.

Notes zawierał jakiś banalny plan codziennych zajęć oraz archaiczne zapiski. Sierżant spojrzał na swojego żołnierza, który dotykał szyi ofiary. Jego poziomy ruch ręką na wysokości gardła sprawił, że leżący na ziemi ludzie zaczęli wstawać i coś wykrzykiwać.

- Obróćcie go, ale ostrożnie! - rozkazał sierżant. - Może mieć granat pod sobą!

Żołnierz, położywszy się wzdłuż trupa, sięgnął ręką za jego przeciwne ramię, jakby chciał się do niego przytulić. Silne szarpnięcie obróciło zwłoki w jego stronę, tworząc z nich tarczę. Na chwilę zrobiło się cicho. Minęło kilka długich sekund, po których szeregowy, głęboko oddychając, opuścił zwłoki. Rozbita twarz zabitego ponownie uderzyła o krwawy grunt, co jeszcze bardziej rozjuszyło miejscowych. Momentalnie poderwali się i zaczęli coś wykrzykiwać, zacieśniając krąg wokół patrolu. Stojący nieopodal major, dowodzący oddziałem komandosów, rozkazał sierżantowi wycofać patrol zwiadowców, a ciało mułły położyć na ziemi. Sierżant, złożywszy ręce jak do modlitwy, skierował je ku napierającemu tłumowi i kilkakrotnie nisko się ukłonił.

Pomogło. Motłoch nieco ostygł w swej zapalczywości, jednak co bardziej krewcy mieszkańcy zaczęli pokrzykiwać na cześć poległego bohatera. Dowódca machnął ręką na podoficera, nakazując ewakua­cję. Tamten skinął głową i przekazał rozkaz pozostałym rangersom.

W parę chwil został po nich jedynie kurz ciągnący się za transporterem mknącym w kolumnie w kierunku amerykańskiej bazy.

- Po co strzelałeś?! - Major potrząsnął ręką. - Tyle razy mówiłem, że macie trzymać nerwy na wodzy! - ganił ludzi sierżanta.

- To ten z piechoty rąbnął tego tubylca - tłumaczył podoficer, wskazując na oddaloną grupkę żołnierzy.

- Peter. - Major popatrzył na niego z politowaniem. - Nie umiesz tych łapciarzy trzymać na wodzy? A gdyby posłali do Allacha kogoś ważnego, to co? Byłoby na nich czy na nas? - spytał retorycznie.

Pojazd podskoczył na wyboju, co przywróciło rezon strofowanemu sierżantowi.

- Myślałem, że jak wysyłają kogoś na taki patrol, to już ma jakieś doświadczenie, a nie robi w gacie przy byle ruchu warg.

Śmiech pozostałych rozładował napięcie. Major popatrzył na ubawionych żołnierzy już bez irytacji.

- Na drugi raz mniej zakładaj, a więcej rób - spokojniej instruo­wał sierżanta. - Wtedy będzie mniej kłopotów. A tak prawdę mówiąc, nie miał chłop szczęścia.

- Tak jest - skwitował smutno podoficer.

Victor Moss, stosunkowo młody, ale doświadczony dowódca, znał żołnierską psychikę na wylot. Wprawdzie na otwartej wojnie był po raz pierwszy, jednak wcześniejsze misje specjalne wyrobiły w nim wilczy instynkt, który był teraz bardzo przydatny w przeprowadzaniu dalekich zwiadów niewielkimi siłami. Przy tym żołnierze ufali mu, widząc w majorze nie tylko komandosa zaprawionego w boju, ale też dowódcę potrafiącego wyratować ludzi z opresji. On sam czuł się z nimi silnie związany i nie nawykł ich narażać czy też pozostawiać na pastwę losu. Jego owdowiała matka mogła być z niego dumna, podobnie jak dalecy polscy krewni.

Oddział umilkł, przegryzając wszędobylski kurz i trawiąc ostatnie słowa dowódcy. Wstrząsani wybojami wiejskiej drogi, odpalali sobie wzajemnie papierosy.

- Peter, co właściwie powiedział ten pechowiec? - Moss wrócił do tamtej sytuacji.

Podkomendny na moment zmarszczył brwi.

- Coś o jakimś przesłaniu z Mezopotamii - odparł po namyśle.

- To przecież te tereny - stwierdził mało odkrywczo major. - I sądzisz, że z tego powodu mógłby być taki nerwowy? - powątpiewał.

Zastanawiając się, spojrzał na swego sierżanta z uwagą, prowokując go niejako do refleksji. Znali się bowiem jak łyse konie, uczestniczyli przez lata w wielu wspólnych akcjach oraz bijatykach, i wiedział, że Peter Novak ponownie analizuje teraz dzisiejsze wydarzenia. Podobnie jak major, pomimo stosunkowo młodego wieku, także był doświadczonym żołnierzem i posiadał przydatną tutaj odwagę oraz przenikliwość.

- W końcu był to mułła czy zwykły Arab? - spróbował dociec sierżant, rozglądając się po pozostałych.

Paru żołnierzy wzruszyło ramionami, reszta utkwiła wzrok w wizjerach. Brak odpowiedzi skłonił Mossa do ponownego przejrzenia notesu zabitego. Szukał w nim czegoś, co mogłoby usprawiedliwić brak reakcji jego chłopaków, a być może wyjaśnić także powód zachowania tamtego Araba. Miał też jeszcze przed sobą raport do sporządzenia i nie mógł w nim pominąć przykrego incydentu. Przewaga pustych kartek notesu, przedzielonych nielicznymi notatkami, wydała mu się podejrzana wobec determinacji byłego właściciela.

Jeśli tamten pomyślał, że przyszliśmy po jego notes, to by pasowało, analizował Moss. Więc dlaczego mógł tak pomyśleć?

Przekładając strony kartka po kartce, wyczuł większą sztywność jednej z nich. Były to bardzo starannie sklejone ze sobą dwie sąsiadujące karty, których komandoski nóż nie zdołał od razu rozwarstwić, czym zainteresował się nie tylko sierżant, ale też pozostali. Z ciekawością zaczęli przyglądać się, jak ich dowódca próbuje zabawiać się w chirurga, usiłując nieporadnie rozciąć złączone strony sfatygowanego notesu. Przy każdym podskoku auta ostry jak brzytwa koniec stali odskakiwał od krawędzi pożółkłego papieru, po czym powoli wracał do grzbietu notatnika, gdzie kartki były przytwierdzone. Po trzecim razie siedzący naprzeciwko siebie komandosi zaczęli pokazywać palce, zawierając milcząco zakłady. Nie musieli zbyt długo czekać, major znalazł w końcu rozwiązanie i przyklejone do siebie kartki pod wpływem silnego dmuchania w ich krawędź rozeszły się, ukazując rząd różnorakich znaczków w niczym nieprzypominających arabskiego pisma. Tak samo mężczyzna poradził sobie z kolejnymi sklejonymi kartkami, które znalazł w dalszej części notatnika. Potem przez moment zmęczony umysł dowódcy zastanawiał się, z czym właściwie ma do czynienia. Po jednym z kolejnych uderzeń opadających pośladków w twarde siedzisko majorowi wypadł z ręki notes.

Novak uprzedził swego dowódcę, podnosząc z podłogi notatnik. Zamierzał od razu go oddać, jednak po strzepnięciu piasku z kart zatrzymał wzrok na otwartych stronach.

- O, pismo klinowe. - Nie krył zaskoczenia i z zaciekawieniem zaczął wertować notes. - W zwykłym kajecie takie zapisy? Po co?

- Może żeby zapisać coś, co autor zobaczył na glinianych tabliczkach - zasugerował major.

Na twarzy sierżanta pojawił się lekki uśmiech, ale zaraz zgasł i przez kolejne chwile Novak uważnie wczytywał się kartka po kartce, obserwując zapisy z żyrokompasową umiejętnością neutralizowania nierówności drogi.

Zignorowany Victor, przywykły do bycia autorytetem wśród swoich żołnierzy, poczuł się nieswojo i tylko dlatego pozostawił to bez riposty, że miał dla Petera duży szacunek jako do sprawdzonego w boju żołnierza i przyjaciela. Chcąc wyjść z tego bez problemów, zasiadł na stanowisku dowódczym, lustrując przez peryskop okoliczny teren. Intuicja kazała mu cofnąć przyrząd, gdy wprawnym okiem wyłowił na jednym ze wzgórz ruch punktu wielkości łepka od szpilki. Wykrzyknął od razu przez laryngofon do dowódców pozostałych pojazdów rozkazy potwierdzenia swoich obserwacji z zachowaniem pełnej gotowości oraz zwiększenia odstępów pomiędzy transporterami. Schylił głowę do przedziału, gdzie jedynie wciąż przykuty do notesu Novak nie był jeszcze pod bronią.

- Sierżancie! Ogłuchliście?!

Novak podniósł nieśpiesznie wzrok, jakby był w innym świecie, i dopiero widząc irytację dowódcy, odłożył powoli notes do bocznego schowka. Potem, nadrabiając poprzednią opieszałość, w błyskawicznym tempie minął bez słowa majora i wślizgnął się do wieżyczki obserwacyjnej, pozostawiając Mossa na tyłach. Ten, zaskoczony, obrócił się na pięcie i przywarł znowu do peryskopu. Przez długie minuty wszyscy trwali na swoich stanowiskach, wypatrując ruchomych kamyków na zboczu lub rozbłysków ognia, nasłuchując pyknięcia moździerza. Nagle z przeciwnej strony doszedł ich dźwięk uderzania grochu o pancerz i kiedy odruchowo przesunęli się do wizjerów, aby zlokalizować przeciwnika, transporterem wstrząsnęło od bliskiego wybuchu.

- Z prawej ognia we wzgórza, z lewej zaporowym po pustyni! - wrzasnął major.

Rozległa się gwałtowna kanonada, zmieszana z rykiem silników na pełnym gazie, których spaliny wnikały w gęstniejącą zasłonę dymną pchaną sprzyjającym wiatrem, skrywającą kolejne pojazdy kolumny. Po pancerzu transportera przeleciało kilka kul, wywołując silny niepokój u schowanej pod nim drużyny. Sierżant skierował z pewną bezwładnością ciężki karabin maszynowy w stronę coraz liczniejszych ogników na wzgórzu, przeciągnął po nich długą serią. Po trzech minutach lufy działek umieszczonych nad górnymi pancerzami transporterów zaczęły wolno stygnąć, omiatane ciepłym powietrzem pustyni.

- Co ty wyprawiasz?! - Krzyk majora zadudnił wewnątrz pojazdu.

Peter milczał, zsuwając się na podłogę.

- Oberwałeś?! - zaniepokoił się Moss.

- Nie. Wszystko w porządku - wymamrotał.

- Brałeś coś?!

- Daj spokój. Przepraszam za rozkojarzenie - odparł Novak, nie ukrywając irytacji. Powrócił na wcześniejsze miejsce, wdrapując się tam z gorącej podłogi.

Przez chwilę jechali w milczeniu, wpatrzeni w czubki swoich butów. Reszta drużyny spoglądała na nich, zaintrygowana tą ciszą nieprzystającą do napięcia, jakie przed chwilą narastało w pojeździe. W końcu Peter sięgnął po odłożony przed atakiem notes, by kontynuować odczytywanie starożytnych zapisów.

- Znalazłeś cokolwiek?! - nie wytrzymał Victor.

Peter oderwał niechętnie wzrok od sfatygowanego notatnika i zamykając go, podał z namaszczeniem Victorowi, który pomimo unoszącego się w pojeździe kurzu widział, gdzie utknął jego kompan, i otworzył notes dokładnie na tej samej stronie. Novak spojrzał badawczo, wychylił się i wskazał palcem:

- Na przykład te dwa kliny to "Zet", a te cztery pionowe to "A".

- A co znaczą?

- Wraz z innymi beru.

- Beru? - powtórzył zdziwiony Victor.

- To miara kosmicznej odległości - wyjaśnił Peter. - Coś ponad kilometr. I opisuje jakieś miejsce, ale nie wiem, czy na Ziemi, czy też w Kosmosie. W każdym razie jego nazwa brzmi "ryba".

- Jesteś tego pewien?

- Tak - odparł z przekonaniem. - Ojciec był w Polsce archeo­logiem i dopiero po przyjeździe do Stanów został historykiem, aby dostać jakąś robotę w szkole.

- Dobra. - Major spróbował trochę wyprostować przygarbione w tej ciasnocie plecy. - Sprawdziłeś, czy nie ma w tym jakichś informacji o szabrowaniu broni?

- Zapisanych pismem klinowym? - kpiąco zareagował sierżant, ale szybko dodał: - Poszukam we współczesnych zapiskach.

Major włożył notes do schowka i bez słowa wrócił do obserwacji terenu.

- Kapralu! Do dechy! Gnamy do swoich! - rozkazał kierowcy i klepnął go w ramię.

Ten nacisnął gaz, zostawiając za pojazdem jeszcze większy tuman kurzu, zasłaniający transportery ciągnące z tyłu.

Po półgodzinnej jeździe dotarli do małej bazy polowej, ochraniającej prowizoryczne awaryjne lądowisko helikopterowe na wypadek ataku Irakijczyków. Kiedy major Moss wręczał pułkownikowi Johnsonowi raport z akcji wspierającej, spodziewał się ostrej reprymendy od przełożonego. Był niemal pewny, że złe wieści zdążyły dotrzeć do Johnsona przed nim.

- Majorze, przekażcie raport adiutantowi - usłyszał na wstępie od pułkownika. - Jutro się tym zajmę.

Johnson nie odrywał wzroku od pliku dokumentów spoczywających na łóżku polowym.

- Czy mogę się odmeldować?

Pułkownik skinął głową, wciąż tkwiąc w papierzyskach. Major zasalutował sprężyście i zrobił energiczny zwrot w tył ku wyjściu z namiotu. Zanim zdołał do niego dotrzeć, Johnson odezwał się:

- Słyszałem, że dałeś chłopakom za dużo swobody.

Moss, lekko pochylony pod stelażem namiotu, odwrócił się z wolna.

- To przypadkowa ofiara. Jeden z piechociarzy... - próbował tłumaczyć.

- Victorze - przerwał mu Johnson, wciąż tkwiący nad papierzyskami. - Nie wiem, jak było, ale za całość zawsze odpowiada dowódca. Czyż nie?

Major spuścił w milczeniu wzrok.

- To tak między nami. - Pułkownik nagle wstał energicznie z łóżka i podszedł do majora. - Podobno zabraliście mu jakiś modlitewnik. Czy coś takiego.

- Modlitewnik? - powtórzył zaskoczony Victor.

Tamten spojrzał na niego uważnie, po czym spytał:

- Gdzie go masz?

- To był raczej jakiś notes z planami zakupów, a nie modlitewnik. - Moss próbował jeszcze wyjaśniać, jednak wyciągnięta niczym taca dłoń pułkownika nie pozostawiała wątpliwości.

- Dobra. - Pułkownik potrząsnął ręką.

Victor zawahał się. Nie miał notatnika. Przygotował raport pod presją czasu i nie zdążył jeszcze zapytać Petera, czy to on zabrał notes ze schowka.

- Ma go Peter, to jest sierżant Novak. Dałem mu go, aby spróbował coś interesującego wyłapać i przetłumaczyć - wyjaśnił. - On studiował historię starożytną i arabistykę.

Twarz Johnsona stężała.

- Majorze, chcecie mi powiedzieć, że wasz sierżant będzie wam wyjaśniał listę zakupów jakiegoś bogatego Sumera?

- Nie rozumiem.

- Wiecie, że wszystkie takie zapiski trzeba od razu przekazać wywiadowi?

Victor znał rozkazy i domyślił się od razu, że musiał wdepnąć na jakąś minę.

- Panie pułkowniku - zaczął oficjalnie - taki miałem zamiar, ale zaintrygowało mnie pismo klinowe na jednej z kartek, a ponieważ Novak coś o tym wie, to postanowiłem najpierw to odszyfrować, powierzając mu zeszyt.

Johnson spuścił wzrok, ważąc jego słowa. Po chwili odrzekł tonem belfra:

- W porządku. Ale na drugi raz nie baw się w odkrywcę, Victor. Rozumiesz?

Podniesiony do góry palec wskazujący pułkownika Moss potraktował poważnie. Odkąd zaczął służyć pod dowództwem John­sona, nie miał z nim zatargów i chciał, aby tak pozostało. Uznał więc, że jakiś tam notes wobec wojennej zawieruchy nie powinien być powodem do napięć, dlatego zaproponował:

- Pułkowniku, zaraz poproszę sierżanta Novaka, by przekazał mi ten notatnik. Przyniosę go za chwilę.

- Za pięć minut chcę mieć tu ich obu - rozkazał zniecierpliwiony Johnson.

Wychodząc z namiotu, major poprawił beret. Rozejrzał się i zauważył jakieś zamieszanie. Intensywność zmian zachodzących na okolicznych odcinkach frontu sprawiała, że wszystkiego można się było spodziewać i tych kilka minut u pułkownika wystarczyło, aby na plac apelowy Victor wkroczył lekko zdezorientowany. Dopiero od napotkanego porucznika dowiedział się, że Johnson rozkazał pobrać broń ciężką.

Upłynął kwadrans zmitrężony na bezowocnych poszukiwaniach sierżanta, gdy ogłoszono alarm bojowy i okazało się, że pułkownik bez informowania majora rozkazał wyjechać batalionowi w pościg za jakimś doborowym oddziałem irackim - nie wyciągając tego dnia konsekwencji wobec Victora. Moss ostał się w bazie sam wraz ze swoimi zmęczonymi ludźmi oraz oddziałem wartowniczym. Wykorzystał to, przeczesując niewielki w końcu obóz. Podejrzewał, że Peter mógł się gdzieś zaszyć, aby przetłumaczyć tekst lub zwyczajnie zdrzemnąć się po wielogodzinnym patrolu. Kiedy minął kolejny kwadrans i Moss nie znalazł podoficera, podzielił się problemem ze swym porucznikiem, któremu sierżant Novak bezpośrednio podlegał, ale tamten zmieszany otwarcie przyznał, że dopóki nie będzie nowych rozkazów, pozwolił żołnierzom odpoczywać i nie wydawał nikomu żadnych dodatkowych poleceń. Wyznał też szczerze, że myślał, iż Novak jest u majora, bo powszechnie wiedziano o ich braterstwie broni. Moss uśmiechnął się krzywo, zastanawiając się, co z tym fantem zrobić. Przecież pułkownik mu nie podaruje.

Dziwne, pomyślał, wciąż stojąc przed wyczekującym porucznikiem. Zawsze mi zgłaszał oddalenia. Zapomniał?

Daleka salwa oraz świst przelatujących tuż obok kul przerwały dalsze rozważania. Kto żyw złapał za broń i zaczęła się walka. Major Victor Moss jako najwyższy stopniem oficer objął dowodzenie obroną obozu, mając ledwie jeden pluton wobec dużej siły ognia Irakijczyków. W pierwszym momencie odparli atak, jednak zastosowanie przez wrogów ostrzału czołgowego nie pozostawiało Amerykanom dużego pola manewru, tym bardziej że pułkownik Johnson mógł nadejść z odsieczą dopiero za parę godzin, a śmigłowce były wciąż zaangażowane w bitwie pod Nadżafem. Wymiana ognia trwała dość długo i prawdopodobnie obóz zostałby zdobyty, gdyby nie stojące w odwodzie trzy gąsienicowe wyrzutnie rakiet MLRS, które zasypały gradem pocisków napastliwe towarzystwo. Gdy opadł pył, po żywych Irakijczykach nie było już śladu. Na piasku pozostało kilkunastu poległych w otoczeniu kilkudziesięciu wraków ciężarówek i czołgów oraz wielu lejów, niektórych oddalonych od pobojowiska. Atakujący równie szybko się rozpłynęli, jak pojawili, choć teraz kurzyło się za nimi tak bardzo, że nie musieli stosować nawet zasłony dymnej.

Moss odetchnął z ulgą, obserwując przez lornetkę ich odwrót, jednak miał wrażenie, że był to dobrze przeprowadzony atak wyćwiczonej w boju jednostki i pomimo dużej siły broni odwetowej Amerykanów Irakijczycy uniknęli poważniejszych strat. Opadający tuman odsłonił dalekie leje po szeregu zbyt niecelnych strzałów rakiet, co mogło świadczyć o zakłócaniu przez atakujących sygnału GPS nakierowującego pociski.

Co tu, u licha, robili i czego chcieli? - zastanawiał się Victor, odprowadzając wzrokiem tyły irackich ciężarówek.

Pytanie pozostało bez odpowiedzi, jako że wywiad wojskowy także nic nie wiedział o tej jednostce. Przypuszczano, że był to rozbity oddział chcący uzupełnić zapasy paliwa. Jednak majorowi Mossowi nie przypadło do gustu takie wytłumaczenie. Straty amerykańskie były niewielkie, biorąc pod uwagę zaskoczenie oraz sporą przewagę w ludziach i dobrze skoordynowany atak przeciwnika z trzech stron. Pochylony nad mapą sztabową, Victor wciąż zastanawiał się nad powodem tego ataku. W dodatku tamci zdołali się tutaj niepostrzeżenie przedostać mimo wcześniejszego oczyszczania terenu z rozbitych jednostek irackich.

- Przecież nie ma tutaj niczego ważnego - Moss próbował doszukać się logiki u przeciwnika. - Przebijali się do Bagdadu? Chcieli podnieść morale dzięki zwycięstwu przez zaskoczenie?

Gdy wydał stosowne rozkazy mające zachować gotowość bojową na wypadek kolejnego ataku, zdołał nieco ochłonąć. Przypomniał sobie o Peterze.

- Dyżurny! - zawołał podkomendnego.

- Tak jest, majorze!

- Wezwijcie sierżanta Novaka!

- Rozkaz! - Żołnierz odwrócił się na pięcie i zniknął za drzwiami jadalni.

Moss zdążył osuszyć kubek kawy, nim w drzwiach pojawił się ponownie dyżurny.

- Majorze, nigdzie go nie ma!

- Jak to nie ma? - udał zaskoczenie Victor.

- Przeszukałem pół obozu i nic.

- To przeszukaj drugie pół!

- Tak jest!

Po trzeciej kawie usłyszał niechciany meldunek, że sierżant jest nieosiągalny, ponieważ pojechał z grupą stabilizacyjną pułkownika. Victor uzmysłowił sobie, że to pierwsze naruszenie dyscypliny przez wypróbowanego w boju druha. To wystawienie ich wojennej przyjaźni na próbę niesubordynacji mocno go zaniepokoiło i dało do myślenia.

O poranku obudził go warkot motorów. Kiedy spotkał się z pułkownikiem, dowiedział się, że sierżant Novak zaginął w akcji, a wraz z nim notes. Z wyjaśnień Johnsona wynikało, że zgodził się wziąć sierżanta na ochotnika z uwagi na jego ponoć dobrą znajomość okolicznego terenu.

- Dlaczego mnie o tym nikt nie poinformował? - Major szukał odpowiedzi u pułkownika.

- Nie było na to zbytnio czasu. Ponieważ mój adiutant nie mógł pana znaleźć, a ja chciałem porozmawiać z Novakiem, zabrałem go ze sobą - odrzekł Johnson.

- Jest pan, pułkowniku, zadowolony?

Dowódca spojrzał lodowato i odpowiedział szorstko:

- Rozumiem pana, majorze, ale niech pan nie zapomina, do kogo mówi.

Po twarzy niższego stopniem żołnierza przemknął grymas niezadowolenia.

- Dobrze sobie pan poradził z tym irackim atakiem - zmienił ton Johnson. - A sierżanta odnajdziemy. Proszę się nie martwić.

Wezwany do poszukiwań helikopter nic jednak nie znalazł, dlatego Victor Moss postanowił sam pojechać na rekonesans. Johnson nie wyraził zgody, tłumacząc, że jest to zbyt niebezpieczne i on nie może pozwolić na taką brawurę.

Wyglądało więc na to, że major będzie musiał biernie czekać na wieści o Peterze. Minął cały dzień, jednak ani Novaka, ani notesu nie odnaleziono.

- Czy wie pan, po co Irakijczycy mieliby brać sierżanta do niewoli? - spytał majora pułkownik.

- Nie mam pojęcia. Skąd takie podejrzenie?

- Nie ma ciała ani żadnego sygnału - wyjaśnił dowódca obozu i dodał: - A może zdezerterował?

- Panie pułkowniku! - oburzył się natychmiast Victor. - Novak?! Nigdy!

Johnson bacznie przyglądał się swemu zastępcy, wypuszczając z ust papierosowy dym.

- Taki pan jest pewny, majorze?

- Tak - odparł bez zastanowienia Moss.

- Dobra, wrócimy jeszcze do tego, a teraz jest pan wolny - oznajmił krótko pułkownik.

Nazajutrz o sytuacji powiadomiono kontrwywiad, a sierżanta uznano za zaginionego.

Jednak nie dano za wygraną. Ważniaki z kontrwywiadu zaczęły patrzeć na Mossa z lekka podejrzliwie. Sprawa przybrała niekorzystny obrót, gdy ujawniono podczas przesłuchania, że porucznik majora Mossa zezwolił sierżantowi Novakowi zabrać ze sobą dodatkowy prowiant oraz odbiornik lokalizacji w terenie - GPS. Kiedy Victor dowiedział się o tym, od razu chciał to wyjaśnić ze swoim oficerem, jednak tamten dostał wcześniej rozkaz od Johnsona i pojechał z misją poszukiwawczą. Moss najpierw zbaraniał, ale gdy jego sierżanci zaczęli mu donosić, że nie mogą dalej kryć swego kolegi, wyczuł, że sprawa zaczęła śmierdzieć. Gdy wieczorem pułkownik Johnson odsunął go niespodziewanie od dowodzenia, zrozumiał, że sytuacja jest poważna.

Major poczuł się dotknięty takim traktowaniem. Sam miał za sobą nienaganną służbę i wierzył, że podejrzenia dotyczące sierżanta Novaka były nie na miejscu. Peter służył u jego boku, będąc jednocześnie przyjacielem, uratował mu kiedyś życie. Znając determinację i spryt druha, Victor nie mógł po prostu uwierzyć w jego zaginięcie. Dezercji nie przyjmował nawet do wiadomości. To sprawiło, że nie potrafił bezczynnie czekać, aż ktoś odnajdzie podwładnego. Czuł się za niego odpowiedzialny i miał dług wdzięczności. Wziął więc ze sobą sekcję: sześciu najlepszych zabijaków i psa tropiciela. Urobienie dowódcy warty graniczyło z cudem, ale głos oficera martwiącego się o swojego żołnierza zrobił silne wrażenie. Major miał czas do świtu. Wskoczył z sekcją do opancerzonego samochodu i pod osłoną nocy wyjechali w górzysty teren. Tam, gdzie po raz ostatni widziano sierżanta.

Noktowizor nie ujawnił żadnego życia w zasięgu wzroku. Wysiedli i wzajemnie się ubezpieczając, poszli za podjętym przez psa tropem.

- Dziwne - szepnął przewodnik.

- Co takiego? - spytał major.

Przewodnik jednak milczał, obserwując zachowanie czworonoga kręcącego się w kółko.

- Wykrztuś to wreszcie z siebie! - rozkazał zniecierpliwiony major.

- Wygląda tak, jakby tutaj wrócił - tłumaczył przewodnik, kręcąc głową.

- Jak to wrócił? - Moss również był zaskoczony.

Wilczur stanął, wyczuwając ludzkie emocje.

- Pies od razu podjął trop, nawet bez powąchania rzeczy Petera, co jest dość dziwne, zwłaszcza na ruchomych piaskach, gdzie wiatr zasypuje ślady w ciągu godzin - wyjaśnił przewodnik. - Wygląda to tak, jakby sierżant wrócił po coś, co wcześniej zakopał.

Mówiąc to, pokazał dołek na piasku. Pies jakby chciał potwierdzić słowa swego pana, zaszczekał parę razy, kiedy ten skończył. Moss podszedł ostrożnie do tego miejsca, przyświecając sobie latarką, ale niczego nie zdołał dostrzec.

- Majorze, lepiej w tym nie grzebać. Nie wiadomo, co jest tam zakopane - ostrzegł jeden z żołnierzy. - Równie dobrze może to być mina.

Kiepska widoczność stwarzała jeszcze dodatkowe ryzyko. Victor spojrzał więc przed siebie na rozległą, szarą pustynię i przyłożył do oczu lornetkę. Inni nie poszli w jego ślady. Stali tak przez chwilę. W końcu Moss opuścił przedmiot, spoglądając w siną dal.

- Daj mu jeszcze raz czapkę - rozkazał zdeterminowany.

- Majorze, chce pan tam teraz iść? - zapytał zaniepokojony podporucznik.

- Możemy jeszcze go dogonić! - żywiołowo zareagował Moss. - Może nas potrzebuje?

- Panie majorze, niech pan spojrzy za siebie.

Nadchodził świt i trzeba było się zwijać. Victor oprzytomniał, widząc słabe światło nad horyzontem - wiedział, że w ciągu dnia są łatwym celem. Spojrzał raz jeszcze przed siebie, na szarą pustynię. Jednak poruszał się tam tylko piasek, unoszony przez pierwsze powiewy rozgrzanego powietrza. Musieli wracać, by wejść do bazy bez rozgłosu.

Dochodzenie w sprawie zaginięcia sierżanta już biegło. Jedynie nienaganna dotąd służba i świetna reputacja Mossa jako oficera liniowego uchroniły go od aresztu.

Moss wrócił do namiotu wkurzony. Nie umiał ukryć złości również przez następne dni. Topił gniew w szklanicy i przesiadywał godzinami u łącznościowców lub nad mapą w swoim namiocie. Teraz już nie przypominał tego nieco rubasznego na co dzień dowódcy, który umiał rozmawiać z żołnierzami i dowodzić trudnymi akcjami. Chodził struty, zdawkowo odpowiadając na pytania swoich żołnierzy. Nie mógł sobie znaleźć miejsca. Męczony przesłuchaniami kontrwywiadu i brakiem zajęcia czuł, jak topnieje jego zaangażowanie, a zarazem gotowość bojowa. Bezczynność spalała Victora nie mniej niż tutejsze słońce. Mając za dużo wolnego czasu, coraz częściej rozmyślał nad prawdopodobnymi scenariuszami zaginięcia kolegi oraz o swojej drodze. Zwykle kiedy śledztwo grzęzło, a tak najwyraźniej się stało, bowiem nie tylko zaprzestano przesłuchań, ale także wyjechał ostatni z oficerów kontrwywiadu, przywracano oficera do służby lub go przenoszono. Majora Mossa jednak nietypowo pozostawiono w zawieszeniu na frontowym odcinku. Parokrotnie prosił Johnsona o przywrócenie do służby, ale tamten zasłaniał się decyzjami generalicji. Minął tydzień, po którym pułkownik pozwolił majorowi dowodzić plutonem wartowniczym, wyciszając sprawę. Moss miał duże doświadczenie w likwidacji strażników przeciwnika, toteż przydzielony mu pluton szybko ochrzczono "sowami". Victor nie czerpał z tego powodu specjalnej satysfakcji, a wręcz przeciwnie: traktował swą funkcję jako tymczasowe zajęcie. Kolejny tydzień upłynął na rutynowych zajęciach wartowniczych, bez wieści o zaginionym sierżancie. Moss coraz bardziej przyzwyczajał się do zmiany swego położenia.

Tymczasem w skutek decyzji politycznych obóz został przekazany Polakom i majora przeniesiono do Bagdadu, przydzielając mu drużynę żołnierzy świeżo sprowadzoną ze Stanów. Formalnie powinien nimi dowodzić podporucznik, a nie major, jednak Johnson uznał przydział za odpowiedni do skali zagrożenia. Moss miał tu niewiele do powiedzenia. Od teraz miał się zająć stabilizowaniem sytuacji w irackiej stolicy. Kontakt z pułkownikiem także osłabł, a kiedy major starał się z nim spotkać, tamten był stale zajęty. Victor zaczął więc nabierać podejrzeń, że Johnson chce się go pozbyć, i to bynajmniej nie w zwykły sposób. Mógł przecież znaleźć pretekst i przenieść go do innego pułku lub odesłać do kraju, a nie przydzielać do patrolowania miasta z kilkudziesięcioma żołnierzami ledwie przygotowanymi do takich zadań. Postanowił więc na siebie uważać i włożyć więcej wysiłku w dalsze szkolenia podległych mu żołnierzy. Kilkakrotnie ocaliło to życie patrolującym, a raz jemu samemu, gdy niespodziewanie zostali zaatakowani koło szpitala nad Tygrysem przez niewielki oddział iracki.

Ale prawdziwy strach poczuł podczas jednego z południowych patroli, którym dowodził, wykonując rozkaz pułkownika, by dotrzeć do mostu Shuhada nad Tygrysem, gdzie miało się kręcić koło przęsła kilkudziesięciu cywili podejrzanych o zamiar jego wysadzenia. Gdy przybył na miejsce z plutonem, wokół nic się nie działo. Sprawdzili most, przeszukali teren i nie znaleźli niczego podejrzanego, nawet pudła lub podobnej pułapki. Odwołał więc większość ze swoich żołnierzy, pozostawiając zaledwie kilku na moście, tak na wszelki wypadek. Kiedy ostatni raz upewniał się, czy wszystko jest w porządku, zauważył grupkę kobiet szybko idących wzdłuż bazaru. Zawołał do nich, żeby się zatrzymały, jednak one szły dalej. Wtedy rozkazał swojemu bocznemu wystrzelić w powietrze. Kobiety stanęły a jedna z nich odwróciła się i ruszyła w ich kierunku. Wtedy major podniósł do góry rękę, pokazując, by stanęła. Nie zareagowała. Kiedy zarepetowali broń, zwolniła, wyciągając dłoń w powitalnym geście. Znajdujący się obok sierżant stanął na drodze kobiety z zamiarem jej zatrzymania. Ona jednak zdołała zgrabnie go ominąć i, bę­dąc już blisko majora, wyciągnęła coś z kieszeni i rzuciła wprost pod jego nogi. Upadła, a za nią niemal wszyscy. Moss, widząc odbezpieczony granat, złapał go i wrzucił do Tygrysu. Detonacja wyrzuciła nad wodę odłamki, które nie robiąc nikomu krzywdy, spadły z powrotem. Irakijka od razu została aresztowana. Z przesłuchania wynikało, że chciała się zemścić za zabitych braci. Po zapoznaniu się ze złożonym przez majora Mossa raportem pułkownik Johnson w jego obecności wkurzył się i zadzwonił do wywiadu, opieprzając oficera odbierającego telefon. Przez kilka następnych dni Moss zakładał cięższą kamizelkę kuloodporną.

Pewnego ranka wyszedł na rutynowy obchód straży. Kiedy dochodził do najbardziej wysuniętego posterunku dzielnicy, zauważył dwóch mężczyzn wychodzących z pobliskiej bramy domu. Jego uwagę zwrócił jeden z nich, którego chód i gestykulacja przypominały mu jako żywo zachowanie Petera.

- Sierżancie! - Nie mógł się powstrzymać.

Jeden z nich nawet zwolnił na moment, lekko skręcając głowę, jednak już po chwili powiedział coś do towarzyszącego mu mężczyzny i przyśpieszyli kroku.

- Peter! Nie poznajesz mnie?!

Jednak tamci nie zareagowali. Zaraz zniknęli w najbliższej bramie przeciwległego domu.

- Żołnierze, osłaniajcie mnie! - krzyknął Moss do wartowników i pobiegł w tamtym kierunku.

Zatrzymał się u progu i spojrzał w głąb niedużego tunelu. Nikogo jednak tam nie było. Wycofał się natychmiast. Zdał sobie sprawę, że to, co zrobił, było głupie, bo gdyby tamci byli przebierańcami z armii irackiej, to już na pewno by nie żył.

Co się ze mną dzieje? - zezłościł się na siebie. Miał dotychczas o sobie lepsze mniemanie.

- Chyba się starzeję - skomentował na gorąco do osłaniających. - Zdawało mi się, że zobaczyłem kumpla.

Żołnierze wymienili porozumiewawcze spojrzenia, przyjmując wyjaśnienia bez komentarza.

Od tego momentu wątpliwości Victora zaczęły narastać. Rozkojarzony, parę dni później został ranny w jednym z incydentów ulicznych i trafił do szpitala polowego. Na szczęście rana ramienia była powierzchowna, ale zamiast wrócić na pole walki, Moss trafił prosto do garnizonu we Włoszech, a później przerzucono go do spokojnej jednostki w Niemczech. Tam miał dużo czasu, znowu za dużo, jak na kogoś, kto był potrzebny armii.

Przechadzał się w cywilnym ubraniu po niemieckim Ramstein-­Miesenbach, stanął, żeby zapalić papierosa. Po pierwszym wdechu wypełniającym płuca spojrzał mimochodem na witrynę małego sklepu. Jeszcze wczoraj miał pewność, że rzucił palenie. Dzisiaj niczego nie był pewien. Patrzył na swoje odbicie palacza i zastanawiał się, jak długo będzie znowu musiał walczyć z tym nałogiem?

Z wolna, przez szklany obraz samego siebie, przeniknął wzrokiem w głąb sklepu. Jego uwagę przykuło kilka wystawionych książek. Wśród nich jedna szczególnie go zainteresowała. Na okładce widniał tytuł w języku arabskim, z którym miał okazję obcować w Iraku. Victor wszedł do środka w nadziei, że przywiezie sobie może jakąś pamiątkę z tej wojny. Słabo świecąca żarówka lampy stojącej na biurku nie mogła rozproszyć mroków pomieszczenia. Było pusto. Drewniana lada, sterty starych książek, bibelotów, posążków i wszechobecny smród stęchlizny odstręczały zapewne poten­cjalnych klientów. Minęło kilka minut, a jeszcze nikt nie wyszedł z zaplecza.

- Jest tu kto?! - zawołał i zniecierpliwiony zlustrował zaniedbane wnętrze antykwariatu.

Nikt jednak nie odpowiedział. Obrócił się na pięcie, zamierzając wyjść. Kątem oka znowu dostrzegł tę książkę. Zmienił zamiar. Zainteresowała go tak bardzo, że chciał ją wziąć do ręki. Gdyby nie ona, już by wyszedł.

- Czy ktoś tu obsługuje?! - zapytał donośniej.

Omal nie podskoczył z wrażenia, kiedy spod lady wychylił się tuż obok niego stary antykwariusz.

- W czym mogę pomóc, oficerze? - zapytał z kamienną powagą.

- Co pan! W chowanego się pan bawisz?! - odreagował Victor.

- Widziałem, że patrzył pan na książki na wystawie. Podać którąś?

Zanim Moss zdążył poprosić o wypatrzony wolumen, poczuł miły zapach wanilii, zupełnie niepasujący do tego miejsca.

- Chciałbym zobaczyć tę. - Wskazał palcem na arabską książkę.

- Proszę bardzo.

Sprzedawca, nie śpiesząc się, otworzył witrynę i wyjął wskazany egzemplarz. Położył go na blacie z wyraźnym dostojeństwem.

- Interesuje się pan orientem? - spytał z zainteresowaniem, obserwując uważnie reakcję klienta, jakby chciał oszacować jego zamożność.

- Trochę.

- Studiował pan orientalistykę lub arabistykę?

- Nie.

- A był pan w Iraku? - dociekał sprzedawca.

- Dlaczego akurat tam?

- Mam nosa i znam się na ludziach - odparł starzec.

Victor wziął książkę do ręki, przerzucił kilkanaście kartek. Mig­nął mu jakiś akapit na przypadkowej stronie. Jednak wzrok powędrował wyżej, ponad książkę. Na półce, na ciemnym tle Moss dostrzegł kontury jakby znajomego przedmiotu. Przyjrzał się zaintrygowany. Zauważył coś, co przypominało pamiętny notes.

To ten? Serce zabiło mu mocniej.

Przyjrzał się mu. Był podobny do tego, który dał Novakowi.

- Czy mogę zobaczyć ten notes?

- Jaki notes? - Antykwariusz nawet nie próbował śledzić spojrzenia klienta.

- Ten leżący po prawej stronie na półce. - Victor pokazał palcem.

- Niestety nie - odparł zdecydowanie starzec.

- Dlaczego? Może go kupię.

- Nie jest na sprzedaż - stanowczo oświadczył antykwariusz.

- Jak mnie zainteresuje, to dobrze zapłacę - naciskał Moss.

- Nie jest mój - wyjaśnił sprzedawca i zasłoniwszy go sobą, dodał: - Zapomniał go jakiś klient.

- Rozumiem. - Moss próbował ukryć niecierpliwość.

Ciarki przeszły mu po plecach na samą myśl, że notatnik może być tym samym, który...

Czuł, jak sprawa notesu wciąga go niczym bagno i coraz trudniej mu się temu przeciwstawić.

- A jak wyglądał jego właściciel i kiedy tu był?

Posiwiały antykwariusz spojrzał na niego uważnie spod grubych szkieł.

- A pan z policji? Bo myślałem, że wojskowy.

Zbity z stropu Victor zawahał się na moment. Skąd to wie? Przecież nigdy tu nie byłem, przemknęło mu przez myśl.

- To był... to jest mój... - szukał odpowiedniego słowa.

- Pan wybaczy, ale nie interesują mnie pana prywatne sprawy. Kupuje pan tę książkę?

- Jaka jest jej cena?

- To stosunkowo nowa pozycja. Pięćset euro - wycenił sprzedawca.

- A ma pan coś starszego?

- Co pan przez to rozumie?

- Z czasów perskich - sprecyzował Amerykanin.

- Potrzebuje pan dla siebie czy na prezent?

- Dla siebie.

Antykwariusz opuścił wzrok na trzymaną przez Victora książkę i wyjaśnił:

- Proszę mnie źle nie zrozumieć, ale mam wrażenie, że sam pan nie wie, czego szuka.

- Tak, ma pan rację - odparł zmieszany Victor. - Szukam prezentu dla mojego znajomego, który jest znawcą tej literatury.

- To proszę spytać go dokładnie, czego poszukuje, a ja postaram się spełnić jego oczekiwania.

- Jasne - skwitował Victor. - A dla siebie poproszę coś z XVIII wieku.

Sprzedawca, o dziwo, nie starał się wepchnąć mu towaru, wręcz przeciwnie. Moss odnosił wrażenie, że starzec odracza moment sprzedaży. Tak jakby zbyt mocno przywiązał się do zgromadzonego księgozbioru. Ponownie zaczął się bacznie przyglądać klientowi. Nie ufał mu.

- A coś bliżej?

- Kroniki morskie.

Antykwariusz chwilkę się zastanawiał, po czym równie cicho, jak się pojawił, zniknął na zapleczu.

Victor wyszedł zapalić. Niedopałek porzucony przez niego na ulicy zdążył spopielić się do reszty. Moss wrócił do antykwariatu i zniecierpliwiony dłuższym oczekiwaniem na właściciela, spytał:

- Czy ma pan już coś dla mnie?

- Jeszcze chwilkę cierpliwości. - Usłyszał głos dochodzący gdzieś z głębi pomieszczenia, zza brązowej kotary. - Szukam dla pana podobnego artefaktu jak ten notes. Zagubionej i odnalezionej książki, bo tego chyba pan tak naprawdę szuka. Prawda?

- W pewnym sensie.

- W pewnym sensie, mówi pan - odpowiedział z zaplecza antykwariusz. Dodał jakby do siebie, ściszonym głosem: - Taak. Nad nim może się pochylać tylko tęgi umysł.

Victor znów spojrzał na notes, sięgnął po niego. Chciał przewertować choć kilka stron, lecz szuranie nóg starego antykwariusza tuż za kotarą spłoszyło go i notatnik wylądował w kieszeni spodni.

- Nie mogę dłużej czekać - rzucił, odchodząc. - Proszę nie szukać!

Energicznym ruchem godnym pantery skoczył do wyjścia. Złapał za klamkę, ta nie ustąpiła. Spróbował ponownie, z tym samym efektem, i uznał, że najwidoczniej została zablokowana.

A to spryciarz ze starego! - przemknęło mu przez myśl.

Wtedy usłyszał za plecami spokojny głos:

- Proszę silniej nacisnąć. To stary zamek i lubi się zacinać.

Moss chwycił oburącz za klamkę i ponownie silnie ją nacisnął. O mały włos nie upadł, gdy klamka tym razem łatwo się poddała, otwierając drzwi.

Zrobił ze mnie bałwana! - pomyślał w złości, stojąc na progu.

Z trudem uśmiechnął się na pożegnanie i sięgnął do drugiej kieszeni. Wyciągnął zwitek dolarów i nie przeliczając, położył na parapecie okna wystawowego tuż przy wyjściu.

- To zaliczka - bąknął, wbijając wzrok w podłogę.

Wyszedł. Z każdym krokiem uświadamiał sobie, jak głupio postąpił.

Jutro oddam - z tym postanowieniem przyspieszył, kierując się w stronę jednostki.

Po wieczornym capstrzyku usiadł wygodnie za biurkiem w pokoju oficera dyżurnego. Wyciągnął nogi na blat i trzymając papierosa, położył notes na nogach. Okadził go wielokrotnie dymem, odwlekając zajrzenie do środka, jakby z obawy znalezienia czegoś niewygodnego. Kiedy żar papierosa dosięgnął filtra, Victor zgasił go na podeszwie, rzucając peta niedbale na podłogę. Wziął notes i zaczął się mu przyglądać. Był bardzo podobny do tamtego. Miał równie podniszczoną skórzaną okładkę pamiętającą jeszcze początki minionego wieku. Z ciemnobrązowego lica z zagiętymi rogami wyzierało kilka jaśniejszych rys ukazujących solidną grubość skórzanej oprawy. Na kartkach drobne arabskie pismo przysłaniały ciemne plamy powstałe na pierwszy rzut oka z wysokiej temperatury. Po następnych, już wolnych od skazy zorientował się, że przegląda notes od końca. Odwrócił go i zobaczył zapisane jakieś zdania, terminy i godziny. Pamiętał to pismo z misji arabskich.

Na marginesie jednej z kart zanotowane były w nietypowy sposób wyrazy, tworzące pomiędzy sobą luki, a przecież miejsca tam było niewiele i taki styl zapisu stanowił swoistą rozrzutność. Na kilku innych stronach było podobnie. Przełknął ślinę.

W takim razie po co te luki? - pomyślał, sięgając z wyczuciem po szklankę whisky. Nie odrywając wzroku od zapisków, przybliżył jednocześnie notes pod lampę turystyczną oświetlającą pokój. Kiedy przełknął alkohol, zobaczył, jak ogrzana kartka ujawnia w owych lukach brakujące wyrazy kreślone innym arabskim pismem. Po kilku minutach zaczęły blednąć, aż znowu całkiem znikły. Że też się chciało komuś zadawać sobie taki trud, pomyślał, sprawdzając kolejnych kilkanaście kartek z podobnym sposobem zapisu marginalizowanych pozornie adnotacji.

Victor przyśpieszył wertowanie notesu, szukając wśród notatek pisanych tym samym charakterem tych dwóch, które być może wpłynęły na ostatnie wydarzenia, a może na coś jeszcze. Bez trudu natrafił na zapiski pismem klinowym, gdyż karty, na których się znajdowały, wyróżniały się na tle innych grubością i zostały wszyte w samym środku tak, jakby od samego początku przeznaczono dla nich to miejsce. Dzięki grubszym kartom pismo wyglądało bardzo plastycznie, jakby ryte na glinianej tabliczce, tak że można było zobaczyć kreski z wgłębieniami tworzącymi kliny w różnych układach, ale pisane wzdłuż poprzecznych linii.

Lepsze od zdjęcia - trafnie ujął to w myślach. Zaschło mu w gard­le. Położył notes otwartymi stronami na blacie stolika i wyszedł na korytarz. Nalał sobie czarnej lury zwanej tutaj kawą i znów sięg­nął po notes. Za plecami usłyszał delikatne drganie drzwi pokojowych. Spojrzał w tym kierunku, lecz nikt się nie pojawił.

- Wejść! - rzucił po wojskowemu.

Ale nikt się nie odezwał ani nie wszedł. Nastała cisza. Victor odczekał chwilę, nasłuchując, i wtedy obok przejechała jakaś ciężarówka, wywołując ponowne drżenie drzwi. Rozluźnił się i wrócił do czytania. Kilkanaście kartek w środku było pustych. Podłożył notes pod lampę, bacznie obserwując płaszczyznę jednej z nich. Jak na marginesach innych, na tej też zaczęły się pojawiać pojedyncze litery łączące się z następnymi tak, że tworzyły ostatecznie zdania oraz całe wersy. Najwidoczniej temperatura żarówki ujawniła kolejną tajemnicę notesu.

- O nie... - Zaintrygowanie zmieszało się z wizją ogromu czekającej go pracy.

Drobne, ciasne pismo wymagało wielu żmudnych godzin. Chcąc nie chcąc, wziął kartkę papieru i zaczął spisywać literę po literze. Przerwało mu gwałtowne otwarcie drzwi i meldunek podoficera:

- Panie majorze! Trzecia i czwarta drużyna zostały postawione w stan alarmu! Wyjazd za pięć minut!

Moss mocno zniekształcił stawianą właśnie literę. Szybko zbierał myśli.

- Co jest, kapralu?

- Pułkownik zwołuje wszystkich oficerów na odprawę i prosi też pana o natychmiastowe zameldowanie się u niego.

- Zrozumiałem. Możecie odmaszerować.

Jeszcze drzwi się domykały, a on już stał na równych nogach. Dopiął oraz obciągnął bluzę, potem założył beret i pobiegł do dowódcy.

Był to tylko próbny alarm. Kiedy wrócił po kwadransie do siebie, od razu zauważył, że notes z biurka zniknął! Stojąc jeszcze w drzwiach, błyskawicznie zlustrował pokój - szukając śladów obecności złodzieja. Puścił klamkę i podbiegł do okna. Było zamknięte, podobnie jak zamek w drzwiach. Zawołał dyżurnego.

- Czy ktoś wchodził do mojego pokoju?

- Tak.

- Kto?

- Tłumacz Rahman.

- Co to za jeden?

- Pracuje przy misjach bliskowschodnich. Powiedział, że pilnie potrzebuje pan jakiegoś notesu. Wpuściłem go. Poszedł z nim do sztabu wraz z eskortującym żołnierzem. Nie pozwoliłbym sobie na brak nadzoru - usprawiedliwiał swoje postępowanie dyżurny, widząc zdenerwowanie oficera.

Moss zaczął sobie przypominać sytuację w baraku sztabowym, kiedy wszedł tam jakiś cywil o arabskich rysach. Zerknął na zebranych i spytał, czy był wzywany. Przeczące ruchy głów oficerów wypchnęły go za drzwi.

- Psiakrew! - wrzasnął. - Tyle razy mówiłem, żeby nie wpuszczać nikogo do pokoju podczas mojej nieobecności!

Tamten odruchowo mrugnął powiekami i milcząc, odczekał chwilę.

- Mówił, że to ważne i że o wszystkim pan wie, majorze.

- Szukaj go, choćbyś miał przeszukać cały garnizon!

- Rozkaz!

Obawy potwierdziły się. Tłumacz wyparował i nikt nie potrafił tego wyjaśnić. Jedynie próba opuszczenia koszar przez Rahmana stanowiła jakiś trop.

Nazajutrz Moss spotkał się przypadkowo z pułkownikiem Coshem na korytarzu kwatermistrzostwa.

- To już pan wie? - zagadnął zaskoczony Cosh.

- Co takiego?

Pułkownik, widząc reakcję majora, spojrzał w kierunku obserwujących ich ukradkiem żołnierzy.

- Proszę przyjść do mnie za kwadrans - oznajmił krótko, nie patrząc Mossowi w oczy.

Kiedy Victor przyszedł o czasie do sekretariatu pułkownika, jego samego jeszcze nie było. Niezorientowana sierżantka poprosiła go o chwilę cierpliwości, którą zabrało mu przyglądanie się nie tylko jej zgrabnym palcom stukającym na komputerowej klawiaturze. Wchodzący nagle Cosh musiał to wychwycić, bo uśmiechnął się lekko i od razu poprosił sekretarkę o kawę, idąc do swego pokoju. Pytanie o liczbę filiżanek zbył milczeniem, machnąwszy do majora zapraszającym gestem.

- Majorze, po co panu ten notes? - zapytał na wejściu.

- Mam nadzieję dzięki niemu odnaleźć sierżanta Novaka.

Badawcze spojrzenie Cosha nie zdradzało zaskoczenia. Siadając niedbale na biurku, sięgnął po teczkę z rozkazami do podpisu i przeglądając je, powiedział:

- Powiem panu wprost.

Po tych słowach odłożył teczkę, ścierając z twarzy resztki uprzejmości.

- Nie życzę sobie prywatnego śledztwa w mojej jednostce, a tym bardziej robienia zamieszania z powodu jakiegoś dezertera. Zrozumiano?!

- Panie pułkowniku...

- To rozkaz - uciął Cosh. - Rozumiemy się?

- Tak jest. - I Moss od razu przeszedł do obrony: - Mogę odejść?

- Możecie.

Wzburzony zrobił zwrot i usłyszał zza swoich pleców:

- Rozumiem pana, ale są od tego procedury i stosowne służby.

Victor, nie odwracając się, kiwnął energicznie głową i wyszedł bez słowa.

Kiedy ochłonął, postanowił pomimo wszystko odwiedzić ponownie antykwariusza.

Po dłuższym kluczeniu uliczkami starej dzielnicy odnalazł swój cel, ale antykwariat był zamknięty. Na drzwiach wisiała tabliczka: Nieczynne z powodu choroby.

Gdyby nie poczucie winy, zapewne dałby sobie z tym spokój, mając w tych okolicznościach wygodne usprawiedliwienie, jednak potrzeba zwrócenia notesu zmusiła Victora do dołożenia starań o znalezienie mieszkania starca. Niestety, sąsiadujący z antykwariatem sklepikarze wzruszali bezradnie ramionami, podobnie urzędnicy ratusza, zasłaniający się zachowaniem poufności danych osobowych. Traf sprawił, że idąc ulicą, Moss dostrzegł listonosza wręczającego komuś paczkę. Zastosowany argument zwrotu ważnego notesu i zakładka w postaci banknotu zdołały przekonać doręczyciela poczty do ujawnienia miejsca zamieszkania antykwariusza. Niestety, drzwi domu były zam­knięte na głucho. Zrezygnowany Victor wrócił więc do jednostki, rozważając po drodze konieczność pogodzenia się z losem.

- Ktoś o pana pytał, majorze - przywitał go oficer dyżurny.

- Dziewczyna? - spytał zaczepnie Moss z szelmowskim uśmiechem.

- Przeciwnie. Jakiś starzec. Powiedział, że jest mu pan coś winien.

- Coś winien? Psiakość! Dopiero co go szukałem! - skomentował niepocieszony Victor i dopytał: - Zostawił coś? Telefon, adres?

Jak wynikało z meldunku dyżurnego, starzec najpierw wypytywał o to, kim mógł być jego klient, a gdy nie otrzymał odpowiedzi, opisał pożyczony przedmiot i zażądał, aby go jak najszybciej zwrócono na adres antykwariatu.

Victor miał złe przeczucia.

Podziękował za meldunek i zaciskając zęby, poszedł do siebie. Kolejne dni upłynęły mu na intensywnych ćwiczeniach poligonowych. Gdy wrócił do jednostki, dowiedział się podczas przesłuchania, że antykwariusza znaleziono zastrzelonego z pistoletu. Zginął akurat wtedy, kiedy Moss był pod jego domem. Victorowi od razu przypomniała się inna ofiara notesu. Tłumaczył, że nie ma nic wspólnego ze śmiercią starca, a jedyną pobudką, jaką się kierował, idąc do antykwariusza, był zamiar zwrócenia mu notesu. Wyjaśnił, że nieszczęsnego dnia nawet go nie widział. Na poparcie swych słów położył przed przesłuchującym go żandarmem zwykły notes, który przygotował sobie wcześniej. Aby wyglądało to jeszcze dobitniej, położył także swój pistolet. Tylko amerykański status uchronił go przed aresztowaniem, jednak dostał znowu rozkaz pozostawania w jednostce do czasu dalszych rozstrzygnięć. Leżąc na łóżku, nie mógł doszukać się jakiegoś głębszego związku pomiędzy nim, notesem a śmiercią starca. Sama myśl, że antykwariusz mógłby ponieść karę za utratę notatnika, wywołała w nim wyrzuty sumienia.

Kilka następnych dni upłynęło na przesłuchaniach, które męczyły Victora w dwójnasób. Na szczęście nikt nie widział jego i anty­kwariusza razem w feralną godzinę, a co lepsze, jeden ze sklepikarzy wyznał, że zobaczył Mossa, jak szedł samotnie oddaloną ulicą prowadzącą do jednostki. Ostatecznie badania balistyczne wykluczyły z podejrzeń jego broń, co pozwoliło na zwolnienie go z aresztu garnizonowego.

Nie był to jednak koniec sprawy. Jeszcze tego samego dnia pułkownik poprosił go do siebie, oznajmiając:

- Cenię sobie pana kwalifikacje jako żołnierza, ale nie chcę mieć dalszych kłopotów. - Dowódca spojrzał na Mossa, dodając: - Wprawdzie my nie podlegamy jurysdykcji władz niemieckich, ale nie możemy sobie pozwolić nawet na cień podejrzeń i tworzenia dyplomatycznych problemów.

Skąd to nagłe przeczulenie? - pomyślał major. Milczał jednak, czekając na dalszy ciąg.

- Wysyłamy pana do domu - usłyszał wyrok. - Ma pan jakieś pytania?

- Tak, panie pułkowniku.

- Słucham, tylko krótko.

- Czy mogę się czuć w pełni oczyszczony? I kiedy nastąpi wyjazd?

- Tak. Kartotekę masz czystą, ale ostatnie teorie, które wokół ciebie krążą, zaczynają żyć własnym życiem. Wylatujesz dzisiaj w nocy.

- Czy mogę poprosić o dwa, trzy dni zwłoki?

- Chcesz się jeszcze bardziej pogrążyć?! Wykluczam taką możliwość.

Major wstał i zasalutował.

- Mogę odmaszerować?

- Nie wolno ci opuszczać koszar, majorze, i proszę czekać w swoim pokoju.

Nagle surowa twarz dowódcy złagodniała.

- Postaraj się przez jakiś czas unikać smrodu. Powodzenia - rzucił na pożegnanie.

Moss wszedł do swojego pokoju wściekły. Czuł, że w Stanach dostanie w najlepszym razie biurową pracę w sztabie za marny żołd, i to nie wiadomo na jak długo, a miał do spłaty kredyt za dom na Florydzie, w którym mieszkała matka.

- Niech to szlag trafi! - wycedził przez zęby.

Ochłonął w drodze do kasyna. Szukał towarzystwa, a szczególnie jednego z zaprzyjaźnionych oficerów, aby rozładować emocje.

- Coś się stało? - spytał kompan z korpusu oficerskiego, widząc jego posępną minę.

- Przekazuję ci obowiązki.

- Dlaczego?

- Lecę do domu. Nie chce mi się długo o tym mówić, ale to tak dla ciebie: coś plącze się za mną i nie wiem co.

- Możesz odwołać się do generała - doradzał kolega. - Znam jego adiutanta.

Major przetrawił propozycję, przełykając drinka, i w końcu z oporami na nią przystał. Pożegnali się, wierząc, że sprawa zostanie odkręcona. Po sporządzeniu raportu Victor przekazał go wskazanemu oficerowi. Rozpoczął pakowanie swoich rzeczy tak na wszelki wypadek, bo dopóki odwołanie nie zostanie uznane, miał wracać do Stanów. Było tego zresztą niewiele, więc po pięciu minutach worek był gotowy. Moss położył się na łóżku, nerwowo podkładając dłonie pod kark.

Wzorowa, piętnastoletnia służba, odznaczenia... - szacował swe atuty. Czyżby jakiś rzekomy incydent ze starym "molem książkowym" miałby przekreślić moje dokonania? - dumał, błądząc wzrokiem po suficie.

Chodziła po nim mucha. Po chwili sfrunęła prawie pionowo na podłogę. Z ciekawości Moss powędrował za nią wzrokiem i zauważył coś białego leżącego tuż przy dolnej krawędzi szafki. Ze szczeliny pomiędzy meblem a podłogą wystawał niewielki róg papieru. Victor usiadł na łóżku i pomyślał, że to kopia jego ostatniego raportu. Papier jednak był pożółkły.

- Nie. To nie może być mój raport.

Klęknął przy skrawku. Paznokciem wysunął kartkę zapisaną odręcznym arabskim pismem.

- Skąd się tu, do licha, wzięły te zapiski?

Kilkanaście słów opisywało jakieś miejsce. Słysząc odgłos zbliżających się kroków, szybko włożył kartkę do górnej kieszeni munduru.

Dopinał guzik, gdy ktoś energicznie otworzył drzwi. Victor spojrzał w tamtym kierunku: w pokoju pojawił się Cosh i patrzył na tapczan. Widząc puste miejsce, zamierzał wyjść, jednak coś go tknęło i zajrzał za drzwi.

- A, tu pan jest! - zauważył ironicznie. - Chowa się pan przede mną?

- Sznurowadło - wyjaśnił major, klepnąwszy but.

- Co to ma znaczyć? - Pułkownik wyciągnął raport, którego kartka lekko drgała w jego ręku.

Moss domyślił się, że zapewne chodzi o odwołanie do generała.

- Zależy mi na służbie liniowej, a nie biurowej - odparł, wstając.

Najwidoczniej trafił w czuły punkt Cosha, bo ten zmienił ton na mniej szorstki.

- Nie lubię, jak podlegli mi oficerowie działają za moimi plecami, ale tym razem zrobię wyjątek i zapomnę o sprawie.

- Czy mogę zatem liczyć na zmianę rozkazu?

Pułkownik położył dłoń na jego ramieniu i zagryzł wargę.

- Zobaczymy - wymówił prawie szeptem, jakby się bał, że go ktoś usłyszy.

Wyszedł. Pozostawiony samemu sobie Victor zaczął szacować swoje szanse.

Rozdział 2. Pozory normalności

Płytki sen został przerwany szarpnięciem dowódcy żandarmerii i krótko po północy Victor leciał z powrotem do domu. Uczucie zawodu towarzyszyło mu przez cały czas. Wciąż nie mógł uwierzyć, że wszystko skończyło się tak szybko. Po przylocie do Nowego Jorku dowiedział się o swoim przymusowym zakwaterowaniu z zakazem opuszczania jednostki. I choć oficjalnie nie postawiono mu żadnych zarzutów, to jednak sprawa nie była zamknięta. W macierzystym garnizonie nikt nie miał dla niego czasu. On posiadał go znowu za dużo. Czekając bezczynnie, czuł się zlekceważoną ofiarą niedomówień. Przez kilka dni bawił kolegów opowiadaniami z Iraku, ale po tygodniu zaczęli pytać o jego nowe zadania. Wycofał się więc do przydzielonego mu pokoju i zaczął pomieszkiwać w nim niczym mnich, czekając na dalsze rozkazy, które wciąż nie nadchodziły. Zmagał się sam ze sobą i myślał o odejściu z ukochanego wojska, czując, że musi się zająć czymś innym, aby nie popaść w nerwicę lub, co gorsza, w apatię. Odkąd pamiętał, był zawsze aktywny, pełny temperamentu - teraz te cechy, pomagające w osiąganiu coraz ambitniejszych celów, i to, co zaczęło go spotykać, odkąd zniknął Peter, stawały się pasmem udręk, które w jego odczuciu można by przyrównać do traktowania jeńca.

Po śniadaniu, wpatrzony w sufit, słuchał przez słuchawki kolejnych wiadomości płynących z radia i rozmyślał nad swoją przyszłością, rozważając przy tym warianty własnych planów. Jednak wszystkie one - zakotwiczone w cywilnym świecie - pozbawione były ryzyka wyzwalającego adrenalinę, od której zdążył się już uzależnić. Sięgnął po smartfon z zamiarem przejrzenia innych stacji radiowych, ale natknął się na plik ze zdjęciami zapisków ze starego notesu. Chwycił leżący nieopodal mapnik, niemal stale mu towarzyszący, i wydobył z niego odręczne notatki oraz odpisy, które zrobił. Ponownie porównał je z notesem. Poza kilkoma błędami wszystko się zgadzało.

Poprawiając notatki, wszedł do internetu w poszukiwaniu miejsc, gdzie mógłby je przetłumaczyć. Uznał, że najlepszy będzie Instytut Badań nad Światem Starożytnym na Uniwersytecie Nowojorskim. Pozostało jeszcze obmyślenie planu dostania się tam.

Trochę czasu zajęło mu wyjechanie z garnizonu, ale furgon ze śmieciami okazał się strzałem w dziesiątkę, choć do kosztów Victor musiał dopisać rachunek z łaźni. Na uniwersytecie wytłumaczono mu, że tutejsi badacze zajmują się głównie etruskim okresem Italii, od VIII do III wieku przed naszą erą, w którym Etruskowie przeżywali okres rozkwitu. Natomiast zapis, który Moss przyniósł na kartkach jest sumeryjski i pochodzi z terenu dzisiejszego Iraku, a powstał prawdopodobnie w II tysiącleciu przed naszą erą. W międzyczasie do Victora i jego rozmówcy podszedł zaintrygowany mężczyzna i zaczął się przysłuchiwać. Po chwili oświadczył, że notatki arabskie też są niedzisiejsze i on, jako arabista, bardzo chętnie je obejrzy. Wyjawił też, że ma znajomego badacza - znawcę kultury Mezopotamii, który może przetłumaczyć pismo klinowe. Obiecał zająć się przekładem zapisków z notatnika oraz skontaktować Mossa ze swoim znajomym, który w tej chwili nadzorował wykopaliska w Syrii. Umówił się z Victorem na następny dzień. Wojskowy poczuł, że znowu coś się dzieje i może działać. To lubił najbardziej.

Zostawił kopię notatek u speca od starożytnego świata Bliskiego Wschodu, który w ciągu tygodnia miał przetłumaczyć pismo staroarabskie oraz dostać od kolegi przekład pisma klinowego. Moss wrócił do garnizonu, stosując wypróbowane w akcjach sztuczki, dzięki którym wszedł do swej kwatery przez nikogo niezatrzymywany.

Miał nadzieję, że do tego czasu nie odeślą go na jakąś misję, której pragnął mimo wszystko jak ryba wody. Jednak ciekawość rozwikłania zagadki była coraz silniejsza. Kiedy minął tydzień, a arabista się nie odezwał, poczuł lekki niepokój. Wracał myślami do rozmowy, jaką z nim przeprowadził, umawiając się na warunki przetłumaczenia. Odczekał jeszcze dzień i sam zadzwonił, ale tłumacz nie odebrał tego i kilku następnych telefonów, więc Moss zaczął już obmyślać plan dotarcia do niego. W końcu arabista oddzwonił, prosząc o jeszcze kilka dni zwłoki, gdyż teksty były w języku protoarabskim datowanym na VI wiek przed naszą erą. Zapytał Victora, skąd pochodzą te zapisy, bo nikt już nie posługuje się tym językiem, a dawniej nie używano takich nazw przedmiotów jak chociażby samochód. To zaciekawiło Mossa, spodziewającego się jakiegoś planu działań odwetowych Irakijczyków. Na spotkaniu z arabistą dowiedział się, że zapis wygląda raczej na szyfrowanie w starożytnym piśmie opisu wyprawy w jakieś trudne do ustalenia miejsce. Specjalista zwrócił też uwagę na fragment opisujący drogę rozpoczynającą się we współczesnym mieście, nieistniejącym w starożytności, a kończącą w dawnej Mezopotamii. Także czas tej podróży określił jako zbyt krótki jak na ówczesne możliwości transportowe. Zamiast potrzebnych na jazdę końmi dziesięciu dni opis sugeruje pokonanie jej w jeden dzień - jak to określono: "płynąc". W dalszej części tekst wielokrotnie mieszał starożytność ze współczesnością, stając się coraz bardziej zawiłym i niezrozumiałym. Na kolejne pytanie specjalisty o źródło pochodzenia tekstu Victor wymyślił naprędce bajeczkę o swych nowych zainteresowaniach arabistycznych i spisaniu tego tekstu z jednej z muzealnych książek, z wtrąceniem własnych notatek. Zdziwienie na twarzy specjalisty sugerowało, że Moss nie był przekonywający, ale za bardzo się tym nie przejął. Przetłumaczenie drogo go kosztowało, choć cena mogła być jeszcze wyższa, bo po wyjściu z nowojorskiego uniwersytetu zauważył idący za nim "cień". Zgubił go po pewnym czasie, ale wolał nie wracać do akademickiego ośrodka. Dało mu to do myślenia. Sam przekład był jednak dla niego mało zrozumiały, bo mówił zawile coś o liście księdza imieniem Jan, jakiejś fontannie młodości, Sumerce z Etiopii oraz Edenie.

Bez ładu i składu, ocenił Victor. Jedynie kilka notatek napisanych współcześnie uznał za bardziej treściwe, aczkolwiek przypominały raczej antyczne wiersze niż prozę.

"Nie wymawiaj imion, a szukaj w myślach", czytał. Co to za bzdury? - pytał sam siebie.

Zamyślony pocierał czoło, czytając na głos: "Chcąc znaleźć, szukaj nad zatoką", a potem: "Teraz woda jest słona, ale była słodka. Tam, gdzie się mieszają, jest źródło życia".

Oderwał wzrok od papieru i spojrzał przez okno.

- Wyglądają na metafory, albo raczej na klucze do nieistniejących zamków.

Podszedł do okna, chcąc zdystansować się na chwilę od tekstu, i zatrzymał wzrok na przechodzących żołnierzach, co z kolei przywołało myśli o Peterze. Zaczął się tym razem zastanawiać, jak ten doświadczony komandos mógł tak lekkomyślnie poświęcić swoją reputację i karierę dla takich metafor? Nie mógł się z tym pogodzić, był przekonany, że jest w tym drugie dno, którego sam nie mógł jeszcze odkryć. Kiedy pod wieczór minęły rozczarowanie i irytacja brakiem jasnych tropów, zaczął patrzeć na to z innej strony - jeśli teksty byłyby banialukami, to skąd tyle zamieszania wokół nich? - zastanawiał się nad przebiegiem ostatnich tygodni swej służby.

Siedząc w garnizonowym pokoiku nad przetłumaczonym tekstem, po raz setny czytał słowa układające się w zdania, szukał wskazówek. Skojarzenia rozmywały mu się w narastających wątpliwościach, a męcząca bezczynność tylko te wątpliwości podsycała. Z każdym dniem trzymania go na smyczy narastała u Victora potrzeba wyrwania się stąd, jak u więzionego w klatce sokoła. Chciał coś robić, wyjaśniać, znaleźć odpowiedzi na nurtujące go pytania, rozwiać wątpliwości, a nie biernie czekać, marnując bezcenny czas. Lecz dopóki nosił mundur, był pod rozkazami dowództwa i tego się trzymał jak dziecko matki. Jednak ostatnie postępowanie wobec niego nadwątliło wiarę w żelazną dyscyplinę. Wiedział, że to może doprowadzić go do rozluźnienia, osłabnie jego przekonanie co do zasadności rozkazów i ostatecznie skończy się na niesubordynacji. Wolał tego nie sprawdzać. Rzucenie się w wir spraw bieżących pomogłoby zapewne o wszystkim zapomnieć.

Nazajutrz dzięki wstawiennictwu byłych dowódców przywrócono go warunkowo do służby operacyjnej. Od tego momentu znowu musiał, i jeszcze bardziej chciał, poświęcać czas na przygotowanie się do jakiejś nowej misji.

Nie musiał długo czekać. Kilka dni później na łóżku znalazł kartkę z napisem: "Proszę się u mnie niezwłocznie zameldować. B".

Rozkazy były jasne: za cztery dni Victor wylatuje do Kolumbii wesprzeć miejscowych dowódców w kierowaniu akcjami przeciw baronom narkotykowym. Jednak na dzień przed wylotem nastąpiła zmiana rozkazów i w miejsce bojowego zadania przydzielono mu zastępstwo koordynatora ochrony jednego z amerykańskich generałów podczas rozmów kolegium Paktu Północnoatlantyckiego.

- Co to za cyrk? - spytał oficera łącznikowego, ale ten dyplomatycznie milczał, podsuwając mu pakiet nowych instrukcji.

Kraj, do którego miał lecieć, położony był w Europie Środkowej, jego sytuacja polityczna była stabilna, więc zapowiadał się spokojny przebieg zadania, co kłóciło się z jego wyszkoleniem, doświadczeniem i specjalizacją.

Lepsze to niż tkwienie tutaj za biurkiem, pomyślał, pakując plecak. Na wierzch dorzucił mały słownik angielsko-polski.

Rozdział 3. Dziwna misja

Leżał w pokoju Ambasady Amerykańskiej w Warszawie i analizował kolejny raz plan najbliższego spotkania dowódców Paktu. Pomimo dopięcia wszystkiego na ostatni guzik majora Mossa nie opuszczało podenerwowanie z powodu roli "generalskiej tarczy", jaką mu przydzielono. Znowu jego organizm pracował jak dobrze naoliwiona maszyna, czego brakowało mu od dłuższego czasu. Dopiero na miejscu, po zapoznaniu się ze szczegółami przekonał się, że przydzielone zadanie wcale nie jest tak banalne, jak przypuszczał przed wyjazdem.

Gdy wskazówki zegara pokazały pierwszą trzydzieści w nocy, zasnął. Tuż po piątej obudził go sygnał budzika, co postawiło go od razu na równe nogi zupełnie tak samo, jak gdyby nadlatywał nad strefę zrzutu i miał za chwilę skakać z samolotu w zupełnych ciemnościach. Nie wyczuwając na sobie uprzęży spadochronowej, oprzytomniał na tyle, że bezbłędnie trafił do łazienki. Dziesięć minut później był gotowy do objęcia służby, a ostatnie pięć pozostałe do przejęcia ochrony postanowił wykorzystać na relaks. Dla uspokojenia podszedł do okna, stanął za firaną. Przez chwilę był nieobecny duchem, błądził gdzieś myślami pomiędzy wspomnieniami a planami. Do rzeczywistości przywrócił go żołnierski instynkt: pierwszym, na co spojrzał, był przypadkowy przechodzień otulony w jesienną kurtkę z czapką mogącą równie dobrze być kominiarką.

- Panie majorze!

Wzdrygnął się, usłyszawszy czyjś głos.

- Co? - spytał półgłosem.

- Majorze! Generał prosi - padło ponownie zza drzwi.

- Tak, tak. Już idę.

- Tak jest! - doleciało z korytarzyka.

Kroki żołnierskich butów oddaliły się.

Jego wzrok powędrował na moment w kierunku drzwi, jednak wcześniejszy widok przyciągał do okna jak magnes. Spacerowicz szedł, lekko się kołysząc, a jego wyprostowane plecy i podniesiona głowa wskazywały na sportowca lub wojskowego.

Peter! - pomyślał, wbijając wzrok w plecy oddalającego się przechodnia.

Dźwięk telefonu wstrząsnął nim bardziej niż wybuch.

- Tak?

- Co tak? - usłyszał poirytowany głos generała. - Długo mam czekać?

Odkładając słuchawkę, poczuł uderzenie gorąca. Po przechodniu nie było już śladu. Victor wybiegł na korytarz, ale spojrzenia zaskoczonych pracowników wyhamowały jego pośpiech. Zapukał delikatnie do pokoju ambasadora, jakby miał przynieść drinki, a nie decydować o poważnych sprawach. Oczekiwanie na zezwolenie wydało się wiecznością.

- Wejść! - padło wreszcie z wnętrza gabinetu.

Wyprostowany jak struna zameldował się przed starszym stopniem oficerem, czekając na gromy.

- Spocznijcie, majorze. Zamknijcie drzwi.

Zrobił to tak szybko, jakby chciał nadrobić spóźnienie. Nowy dowódca zlustrował go od stóp do głów, po czym wstał i poprawiając mundur, podszedł bliżej majora.

- Jeszcze żyjecie? - spytał.

- Tak jest!

- Przez dwie minuty spóźnienia można stracić nie tylko generała, ale cały oddział.

- Rozumiem, panie generale!

- Pana zadaniem jest być koło mnie bliżej niż adiutant - ciąg­nął zwierzchnik.

- Tak jest, panie generale.

- Pozostawmy regulamin - zmienił nagle ton dowódca. - Czy mogę na was polegać, skoro się spóźniacie?

Moss poczuł, jak płoną mu policzki. Ostatni raz rumienił się, gdy prosił koleżankę z college'u, aby poszła z nim na zabawę. Próbował przedstawić przyczynę spóźnienia, jednak generał spoglądał już na wchodzących do pokoju. Do grona dołączyło jeszcze dwóch starszych stopniem oficerów i zaczęto omawiać plan wizyty. Najbliższym zadaniem majora miała być lustracja sali obrad.

Spotkanie było krótkie oraz rzeczowe. Zadowolony z nabierającej tempa służby Moss przebrał się w cywilne ubranie, zasiadł za kierownicą czarnego chryslera i otworzył bramę garażu prowadzącą wprost na ulicę miasta. Znajome korki pozwalały na obserwację śpieszących się ludzi. Wśród tłumu jeden z mężczyzn ponownie wywołał u niego skojarzenia z Novakiem, na tyle absorbujące, że dopiero klakson uzmysłowił mu, że stoi na zielonym świetle na skrzyżowaniu.

Zdał sobie sprawę ze swojego rozkojarzenia. Muszę coś z tym zrobić, zanim będzie za późno, uznał.

Na miejscu sprawnie przeprowadził lustrację, omówił kilka szczegółów z polskim koordynatorem i mógł wracać. Po przyjeździe do ambasady przekazał wszystkie swoje spostrzeżenia dowódcy ochrony oraz regionalnemu biuru bezpieczeństwa, które przyjęło je bez komentarza. Dzięki temu miał więcej czasu na dopasowanie nowego munduru adiutanta generała, którego miał chronić w razie konieczności.

Nadszedł zmierzch i rozbłysły uliczne lampy. Przyglądał się przechodniom mijającym jedną z nich. Zimny kubek z wypitą kawą przestał ogrzewać ręce. Wtedy przyszło mu do głowy, żeby skorzystać z okazji i poszukać informacji w ewidencji ambasady.

Gdy wszedł do pokoju Sekcji Zarządzania, zastał tam dwóch ludzi pracujących przy komputerach. Podszedł do starszego z nich i poprosił o aktualne dane dotyczące Novaka. Tamten chętnie przyjął prośbę majora, dopytał o kilka szczegółów identyfikacyjnych, a potem, nie odrywając oczu od ekranu monitora, wszedł na portal i wpisał złożone hasło, po czym przekierowało go na stronę internetową w niczym nieprzypominającą poprzedniej. Kiedy Victor lekko się pochylił, operator przestał cokolwiek robić. Major cofnął się więc do poprzedniej pozycji, a pracownik wrócił do logowania. Wypełniona formatka została zastąpiona komunikatem, po przeczytaniu którego mężczyzna poinformował Mossa o zastrzeżeniu dostępu do danych tej osoby. Patrzył na niego już bez sympatii, jego chłodne spojrzenie nie wróżyło przyjaźni. Zakłopotany major wyszedł na korytarz, zdając sobie sprawę, że chciał wiedzieć za dużo. Nurtujące go coraz bardziej wątpliwości wzmogły się w dwójnasób wraz z obawą przed utratą zaufania, bowiem gdyby operator zameldował o incydencie generałowi, to wszystko mogłoby się zmienić dla Victora na gorsze. Opanowującą go gorączkę myśli postanowił ostudzić jakimś zajęciem i pierwsze, co przyszło mu do głowy, to wyjście na zewnątrz. Nie zastanawiając się, skierował się do adiutanta. Bez zastrzeżeń otrzymał zgodę na wymyślone przez siebie naprędce zadanie zlustrowania drogi ewakuacyjnej w nocy na wypadek przedłużających się rozmów generalicji NATO. Jednak pod jednym wa­run­kiem: miał wrócić przed dziesiątą wieczorem.

Poczuł się jak uczeń i przez moment bawiło go to ograniczenie, ale zaraz zgasił swój uśmieszek i przywołał na twarz maskę profesjonalisty. Pojechał w kierunku polskiego Ministerstwa Obrony, uspokajając się jazdą samochodem po oświetlonych ulicach Warszawy przy łagodnych taktach muzyki płynącej z radia. Prowadzony przez pokładowego nawigatora bezbłędnie dojechał do punktu startowego. Nastawił cel jazdy na swoją ambasadę, a potem włączył stoper przed ruszeniem w drogę powrotną. Jechał powoli, lustrując po drodze otoczenie, i wkrótce wypatrzył zjazd do podziemnego parkingu jakiegoś większego hotelu, na którym w jego ocenie można by się skryć przed potencjalnym dronem latającym nad budynkiem obrad. Mając jeszcze sporo czasu, zatrzymał się, by rozeznać w rozkładzie parkingu, a tak naprawdę szukał kolejnego pretekstu, żeby jeszcze nie wracać. Przez opuszczoną szybę napłynął ciekawy zapach potraw. Po latach pobytu w tropikalnych lasach, pustyniach i górach nagle poczuł potrzebę zasmakowania w rozrywkowym życiu, w którym dawno nie uczestniczył. Traktował to jako bonus relaksacyjny. Wszedł do windy i przycisnął guzik parteru, gdzie mieścił się bar. Przez chwilę pomiędzy zamknięciem a otwarciem się drzwi walczył z myślami, mając świadomość, że oto idzie na wagary. Kiedy zobaczył w rozszerzającej się szczelinie miły, kolorowy światek i kilka ciekawskich spojrzeń, ruszył bojowo w stronę wyjścia. Na drodze stanęły mu dwie interesujące kobiety, zamierzające wejść do windy. Wycofał się spontanicznie w głąb, zapraszając je tym samym do środka. Popatrzyły na siebie z figlarnymi uśmieszkami i wsunęły się do kabiny. Ich urok przykleił jego podeszwy do podłogi.

Co mi tam, usprawiedliwiał kolejną zmianę swych planów, zaskoczony samym sobą. Jedna z kobiet wcisnęła przycisk windy, po czym rzucając Victorowi przelotne spojrzenie, zaczęła rozmawiać z koleżanką. Jedyne, na co go było stać, to utrzymanie służbowego dystansu, pozwalającego jednak na zachowanie interesujących widoków. Winda wjechała na ostatnie piętro. Za otwartymi drzwiami zobaczył jakąś parę w szlafrokach i klapkach kąpielowych. Wyszedł zaciekawiony, ale chwila nieuwagi wystarczyła, aby nieznajome zniknęły, a kabina pojechała w dół. Ruszył więc korytarzem, czując ciepłe, wilgotne powietrze. Spojrzał nerwowo na zegarek, ale mógł odetchnąć - miał jeszcze niespełna dwie godziny.

W końcu skoro dał mi tyle czasu, to wiedział, co mówi - w myślach z rzadką łatwością przerzucił odpowiedzialność na adiutanta.

Eteryczne zapachy wciągały go coraz bardziej i coraz mniej rozumiał, dlaczego tak naprawdę to robi. Wszystko, czego potrzebował nieprzygotowany gość, otrzymał w recepcji SPA.

Co za rozkosz, pomyślał, pławiąc się w ciepłej wodzie, otoczony kąpiącymi się ludźmi.

Po raz pierwszy od dłuższego czasu poczuł błogi spokój. Z prawej strony świeciła czerwona tarcza zachodzącego słońca, z lewej ciemniało jakieś gmaszysko podobne do nowojorskich budynków z lat pięćdziesiątych. Na jego zegarze widniała dwudziesta czterdzieści, gdy ktoś opryskał Mossowi twarz, zalewając oczy. Nieprzyjemnie zaszczypało. Na chwilę zamknął powieki, a gdy je otworzył, ujrzał brunetkę z windy. Oparta o krawędź basenu patrzyła w dal nad widocznymi przez szklany taras dachami. Wykonując niewielkie ruchy rękami, zaczął podpływać w jej kierunku, lecz czyjś skok pomiędzy nimi wprowadził niepokój do jego podświadomości, przypominając mu od razu o obowiązkach. Walcząc z sobą, w końcu zmienił kierunek i podpłynął do małej drabinki basenowej, chwycił ją silnymi dłońmi. Wychodząc, pokazał dobrze zbudowane, zwracające uwagę muskularne ciało. Szybko się wytarł i przebrawszy w wojskowym tempie, wyszedł na hotelowy korytarz. Musiał jednak zaczekać przy drzwiach wind, bowiem wszystkie zjeżdżały akurat w dół. Zniecierpliwiony dojrzał strzałkę kierującą do wyjścia awaryjnego. Pchnął silnie drzwi i zaczął zbiegać po schodach, przytomniejąc z każdym piętrem. Rzut oka na zegarek wytrącił go z równowagi, którą się tak szczycił. Wbiegł na korytarz przypadkowego piętra, zamierzając dalszą podróż w kierunku ziemi odbyć jednak windą. Tym razem naciśnięcie przycisku od razu otworzyło drzwi. W środku były już dwie osoby.

A niech to, pomyślał i musiał zrobić przy tym dziwną minę, bo jedna z rozpoznanych pań spytała:

- Nie lubi pan kobiet?

Ubrane w szlafroki znajome pasażerki wessały go, wbijając pomiędzy siebie. Zamilkły na chwilę, po czym akurat ta, którą lepiej zapamiętał, zapytała miłym głosem:

- Czy mógłbyś stanąć z drugiej strony?

Uśmiechnął się półgębkiem i utkwił wzrok w drzwiach windy. Zauważył, że pytająca zrobiła krok do przodu, wysunęła się przed niego i spojrzała przez ramię na współtowarzyszkę.

- Brak kultury - usłyszał szorstki ton.

Victor starał się przypomnieć sobie naukę matki pochodzącej z Polski, ale było to zbyt odległe, aby zrozumieć sens wypowiedzi. Jego uśmiech zmieszał się z eterycznością kobiecych perfum i ulotnością spojrzeń, tworząc wrażenie przygodnej znajomości. Kobiety coraz śmielej mu się przyglądały. Nic dziwnego. Był wysokim, przystojnym brunetem, a oczy schowane pod ciemnymi okularami nadawały mu powabnej tajemniczości. Pozwalały mu także zachować pozory braku większego zainteresowania Polkami, kiedy stał niczym posąg, wpatrzony w windziarskie wrota, które miały się otworzyć lada moment. Sporo go to kosztowało, ale pamiętał o priorytetach i trzymał emocje na wodzy. Kiedy kabina zwolniła, Victor rzucił okiem na wyświetlacz wskazujący jej pozycję. Potem zerknął na dziewczyny i na zegarek. Było już późno. Musiał wracać. Obraz odpytującego go adiutanta zadziałał jak zimny prysznic. Moss zaczął układać sobie dalsze plany, co sprawiało wrażenie, że jest nieobecny duchem, i wzbudzało tym większą ciekawość kobiet. Winda nagle zatrzymała się, a wnętrze nabrało pomarańczowej barwy.

Wycedził coś przez zęby po angielsku. Brunetka, usłyszawszy te słowa, w mig udzieliła krótkiego wyjaśnienia koleżance w ich rodzimym języku.

- Proszę się nie bać. Zaraz wezwę pomoc - odezwała się do niego po angielsku.

Spojrzał zdziwiony na drobną, zgrabną brunetkę starającą się go uspokoić. Rozbawiony odrzekł:

- Jestem spokojny, bez obaw.

Sztuczny uśmiech znikł z jego twarzy, co zostało natychmiast dostrzeżone.

- Halo! Halo! - zaczęła krzyczeć do kabinowego interkomu brunetka.

- Słucham. - Usłyszeli spokojny głos z głośnika.

- Proszę uruchomić windę, bardzo nam się spieszy! - ponaglała blondynka.

- Mamy chwilową awarię prądu. Proszę o cierpliwość. Winda zaraz ruszy.

Komunikat przetłumaczyła Victorowi brunetka i pocieszyła go przemijalnością każdej awarii. Oczy kobiety figlarnie przyglądały się wyrazowi twarzy mimowolnego więźnia zawodnej techniki. Trzymając nerwy na wodzy, skłonił głowę z aprobatą i ponownie popatrzył na zegarek.

- Na spotkanie? - zapytała brunetka.

- Tak - palnął Moss.

- Może na randkę? - wtrąciła kokieteryjnie druga.

Wzruszenie ramion z gwałtownym rozchyleniem rąk w geście powstrzymania tylko na chwilę ostudziło figlarność pytających. Sytuacja stawała się dla niego niezręczna, gdyż im bardziej starał się być nieprzystępny, tym śmielej zachowywały się dziewczyny, a niewielka rezerwa czasu topniała w oczach. Coś musiał z tym zrobić. Oczekiwanie przedłużało się. Spojrzał na sufit, gdzie znajdowała się klapa wyjścia awaryjnego. Stanął na palcach, podniósł ją i łapiąc za krawędzie otworu, odbił się od podłogi. Podciągnął na dach kabiny i ujrzał zamknięte drzwi, których połowa wystawała nad sufit windy. W słabym świetle lamp awaryjnych dostrzegł korbę przytwierdzoną do ściany. Szybkim, silnym szarpnięciem wyciągnął ją z zatrzasków, wsadził do kwadratowego otworu i nałożył na sworzeń. Potem już tylko przekręcił, uruchamiając ręczne otwieranie obu drzwi. Gdy szczeliny były wystarczająco szerokie, komandos zeskoczył z dachu wprost na marmurową posadzkę parteru, ale stracił na moment równowagę. Przed upadkiem odruchowo podparł się dłonią, gubiąc przy tym swoje ciemne okulary. Dziewczyny przyglądające się przez uchylone drzwi windy lądowaniu potencjonalnego wyzwoliciela pisnęły, ale ten zgrabnie wyszedł z opresji, więc umilkły, spoglądając w jego niebieskie oczy.

- Wow! - krzyknęły prawie jednocześnie, a potem zaczęły się śmiać ze swojej reakcji.

W odpowiedzi jego uśmiech odsłonił panoramę ładnego uzębienia. Szybko nałożył z powrotem okulary. Zrobiło się wesoło, i rzucił na odchodne:

- Bye.

Po chwili biegł już w poprzek parkingu. Wskazówki samochodowego zegara nieubłaganie skracały czas do wyznaczonej pory.

- Niech to szlag trafi! - krzyknął gniewnie.

Przycisnął mocniej pedał gazu, gorączkowo spoglądając na czasomierz. Upływały kolejne minuty. Na skrzyżowaniu ktoś mu zajechał drogę.

- Cholera! - Popisał się refleksem, odbijając kierownicą i jednocześnie, delikatnie naciskając hamulec.

Gdy jego auto, jadące już i tak zbyt szybko, zaczęło skręcać i zarzucać tyłem, wcisnął lekko pedał gazu, jednocześnie podciągając hamulec ręczny. Pojazd zniosło na inny i gdy zaczął stawać w poprzek ulicy, zbliżając się bokiem, tamten zdołał w ostatniej chwili odbić, a koła samochodu Mossa nabrały obrotów. To wystarczyło, by auto w sposób kontrolowany wyszło z poślizgu, unikając niemal pewnego wypadku. Przydał się tutaj trening wojskowy, w którym odruchy zastąpiły myślenie. Po chwili Victor ponownie rozpędzał wóz. Mijane w szybkim tempie lampy uliczne uświadomiły mu nadmierną prędkość. Zwolnił i dopiero teraz zaczął sprawdzać, czy jedzie w dobrym kierunku. Rozglądał się na boki, ale niewiele mu to dało. Nie znał tego miasta. Musiał polegać na swojej intui­cji i orientacji w terenie. Skręcił zgodnie z nimi w pierwszą przecznicę i znowu dodał gazu, chcąc nadrobić stracony czas. Pozostała mu dosłownie minuta. Dojechał do następnej krzyżówki, skręcił, ścinając zakręt, i wcisnął ponownie gaz do dechy. Wpadł na skrzyżowanie z piskiem hamulców, pomknął w prawo. Po stu metrach poznał znajomy zarys budynku ambasady.

- Tak! - powiedział z ulgą, uderzając w kierownicę.

Zredukował biegami prędkość, lekko nacisnął pedał hamulca. Samochód prawie stanął i wtedy Moss skręcił w bramę wjazdową.

Z budki wartowniczej wyskoczył amerykański żołnierz, który zaskoczony sięgnął od razu do kabury.

- Czekaj, czekaj! - zawołał Victor przez opuszczoną szybę. - Jes­tem major Moss!

Z przeciwnej strony mierzył już do niego drugi z wartowników.

Zdjął nogę z gazu, naciskając hamulec, i podniósł ręce znad kierownicy. Znał ogólną nerwowość w tej służbie.

- Wychodzić z wozu! - rozkazał po angielsku zdezorientowany żołnierz.

Choć mijał wyznaczony czas, major trzymał nerwy na wodzy, spokojnie wysiadając z auta.

- Dokumenty!

Gdy je powoli pokazał, strażnik najpierw poprawił daszek czapki, a potem, czujnie spoglądając majorowi w oczy, wyciągnął po nie rękę. Moss czuł napięcie, jakie się wszystkim udzieliło, dlatego szczególnie ważne było wykonywanie czytelnych, spokojnych ruchów, aby przypadkowo nie sprowokować mierzącego w niego żołnierza.

Kontrolujący flegmatycznie spojrzał na dokument, a potem na palce przybysza nerwowo poklepujące spodnie.

- Jakiś problem? - zapytał wartownik.

Moss gotów był wybuchnąć, jednak świadomość powagi sytua­cji mroziła gorącą krew.

- Jeśli za minutę nie zamelduję się u generała, to będę miał przechlapane - wyjaśnił bez ogródek.

Amerykański kapral spojrzał na zegarek, następnie na majora, po czym zwrócił mu paszport.

- Okay. Ale na drugi raz proszę, majorze, o spokojniejszy podjazd.

Po kilku minutach Victor dotarł do adiutanta i zameldował swoje przybycie.

- Proszę wejść - usłyszał z głębi gabinetu.

Wkroczył do środka.

- Oto i on! - sucho zakomunikował generał pozostałym dwóm wojskowym. - Spocznij, majorze. Przedstawiam pana oficerom kontr­wywiadu.

Moss bez salutowania skinął głową w ich kierunku, zastanawiając się nad dalszym przebiegiem tego spotkania.

- Proszę usiąść, majorze - zaproponował przyjaźnie nowo poznany podpułkownik.

- Dziękuję - odparł i opadł na wygodną sofę.

Goście poszli w jego ślady, rozsiadając się wygodnie w fotelach.

- Czego się pan napije? - zapytał generał trzymający w ręku szklaneczkę whisky.

- Herbaty.

Generał skinął głową i po chwili filiżanka została napełniona czerwonawą cieczą przez gospodarza spotkania. W międzyczasie adiutant podszedł do sofy, na której siedział Moss, i wręczył mu dwie zalakowane koperty. Komandos spojrzał na nie, potem na generała. Ten jednak zastygł niczym pomnik.

- Interesujemy się panem, majorze - zaczął gość.

- Mam to uznać za komplement?

- Wokół pana narasta aura tajemniczości. - Podpułkownik zripostował ironię.

- Nie rozumiem?

- Dlaczego tak bardzo interesuje się pan staroarabskimi przedmiotami?

Moss spodziewał się omówienia zagrożeń w związku z nadchodzącymi rozmowami NATO, ale szybko dostosował się do narzuconego stylu retoryki.

- A co to ma wspólnego z moim zadaniem?

Podpułkownik, nie spuszczając z niego wzroku, sięgnął po filiżankę i trzymając ją w ręku, wyjaśnił:

- W zasadzie nic, ale niepokoją nas pańskie dociekania.

- Dociekania? - Major zareagował spokojnie, gotowy dalej udawać, jednak uważne spojrzenia wyhamowały jego zapędy. - Szukam swojego sierżanta, który zaginął w Iraku.

- W Polsce pan szuka? - zapytał podpułkownik z lekką ironią w głosie.

Moss, wyłapując tę nutę, na moment wstrzymał oddech.

- Powiem otwarcie, dzisiaj miałem wrażenie, że widziałem kogoś, kto jest do niego podobny. Chciałem to sprawdzić - wyjaśnił z przekonaniem, starając się znaleźć wytłumaczenie. - Może szukał pomocy w naszej placówce?

Przesłuchujący oficer rzucił krótkie spojrzenie towarzyszącemu mu kapitanowi. Po chwili zastanowienia odparł:

- Wierzę. A czy wie pan, majorze, że sierżant pojawił się w Stanach na krótko przed pana przyjazdem do ojczyzny?

- Doprawdy? - Victor spojrzał na niego z niedowierzaniem. Serce zabiło mu mocniej, ale głos osłabł. - Zostało to potwierdzone?

- Przecież słyszał pan, co powiedział podpułkownik - odezwał się drugi z kontrwywiadowców. - Wcale nie jest wykluczone, że Novak przebywa właśnie teraz w Europie. Nic pan o tym nie wie?

Moss poczuł ulgę, robiąc głębszy wydech.

- Nie. Nie mam z nim niestety żadnego kontaktu, ale są to dla mnie zaskakująco dobre informacje. - Spojrzał na stygnącą filiżankę herbaty i dodał: - Ale bardzo się cieszę, że żyje. Czy powiadomiliście rodzinę sierżanta? - zapytał z troską.

Prowadzący rozmowę pomasował z wolna podbródek, bacznie obserwując reakcję majora. Po krótkiej pauzie odpowiedział:

- Rodzina nic nie wie. Aż dziwne, że pan, będąc niedawno w ojczyźnie, nie próbował się z nią skontaktować.

Po tych słowach utkwił wzrok w twarzy majora, ponownie go lustrując. Atmosfera zrobiła się napięta.

- Co pan sugeruje, podpułkowniku? Czy jestem o coś posądzany? - nie wytrzymał Moss.

- Jeszcze nie. Musimy jednak wykluczyć nieścisłości.

- Jakie?

- Skoro nic pan nie wiedział o Novaku, to dlaczego trafił pan w to samo miejsce, które on wcześniej odwiedził?

- W jakie do cholery miejsce?!

Podniesiony ton majora nie zrobił na podpułkowniku większego wrażenia.

- Na Uniwersytecie Nowojorskim obaj tłumaczyliście ten sam tekst. Po co?

Moss oparł łokcie na stoliku i na moment dotknął kciukami nasady swojego nosa, po czym odrywając dłonie, wspomógł się nimi, gestykulując.

- Skoro tłumaczyliśmy ten sam tekst, to chyba jasne, że nie miałem z nim kontaktu, bo po co płacić podwójnie?

Wywód przyjęli bez komentarza.

Zapadła krótka cisza, po której podpułkownik pochylił się do podległego kolegi i coś szepnął mu na ucho.

- Jestem jeszcze do czegoś potrzebny? - zapytał Victor, spoglądając na generała. - Muszę objąć zaraz służbę.

- Na razie to wszystko - odezwał się podpułkownik i spojrzał również na generała.

- Może się pan odmeldować - zwolnił Mossa tamten.

Major wyprężył się na baczność, pozostawiwszy nietkniętą filiżankę herbaty.

- Odmeldowuję się, generale!

Przełożony zasalutował na odchodne, a Moss odwrócił się ku wyjściu. Kiedy jednak doszedł do drzwi i przekręcił gałkę, usłyszał służbowy ton dowódcy:

- Majorze!

- Słucham, panie generale?

Moss odwrócił się powoli, zastanawiając się, czy jego nowy dowódca zajmie wyraźne stanowisko w sprawie. Tymczasem generał, marszcząc lekko czoło, gestem dłoni rozkazał mu zamknąć drzwi.

- Byłbym zapomniał. Mam dla pana nową misję. - Poczekał, aż Moss wykona polecenie. - Poufną - dodał.

Po twarzy Victora, stojącego plecami do siedzących, przemknął grymas niezadowolenia, ale kiedy zrobił regulaminowy zwrot w tył, na jego obliczu malowało się zaskoczenie.

- Tak?

- Jutro zawiezie pan, majorze, te dwie koperty do Krakowa. W tamtejszym konsulacie wręczy je pan osobiście wicekonsulowi Wilsonowi. Po wykonaniu zadania złoży pan meldunek.

- A co z moim dotychczasowym zadaniem?

- Są ważniejsze sprawy, a pan jest ponoć dobry, więc to zadanie jest dla pana. Zresztą nie mam nikogo lepszego.

Generał wstał i spojrzał na koperty trzymane przez majora, a następnie sięgnął po teczkę, z której wyjął kluczyki z dokumentami oraz pistolet.

- Do pana dyspozycji będzie samochód służbowy - mówiąc to, wręczył wszystko Mossowi. - W przypadku zagrożenia przejęciem dokumentów przez osoby niepowołane trzeba złamać lakowe pieczęcie. Uruchomi to proces samozniszczenia, ale proszę się nie obawiać. To nie są ładunki wybuchowe, tylko chemiczne. Może pan użyć broni służbowej dla ochrony dokumentów oraz siebie. Czy są jakieś pytania?

Victora omal nie trafił szlag. Pretensjonalność oraz błyskawiczność zmiany decyzji tymczasowego zwierzchnika sprawiły, że poczuł się jak marionetka przestawiana z kąta w kąt przez zręcznego animatora.

- A kto wykona dotychczasowe zadania, panie generale?

- Słyszał pan, nastąpiła zmiana i to już nie pańskie zmartwienie - wtrącił się podpułkownik.

Major spojrzał badawczo na generała, a ten zmieszał się trochę, chowając za sztucznym uśmieszkiem i zachowując bierność, usiadł bez słowa na swoje miejsce. W żyłach Mossa zawrzało. Choć na jego twarzy nie drgnął żaden mięsień, palce mocniej ścisnęły koperty, wyginając je nieco.

- Rozumiem. - Victor przyjął to wyjaśnienie do wiadomości i zadał jeszcze jedno pytanie, patrząc na generała: - Po wykonaniu rozkazu, co dalej?

- Powrót, a potem usłyszy pan dalsze polecenia. Proszę koniecznie te dokumenty dostarczyć jutro, do godziny ósmej rano. To jest na tyle.

- Tak jest - odparł bez entuzjazmu.

- To wszystko. - Niespokojne spojrzenie generała, cyniczne podpułkownika i aroganckie kapitana nie tworzyły u Mossa ani więzi szacunku, ani zaufania. Victor nie pamiętał takiej odprawy.

Zegarek obudził go o trzeciej nad ranem. Tuż przed siódmą podjechał pod krakowski konsulat. Szef Sekcji Obrony Jeffrey Wilson przyjął go od razu. Odebrał koperty i bezceremonialnie podziękował. Herbatę oraz śniadanie zaoferowano mu dopiero podczas odmeldowywania u attaché wojskowego. Puste kiszki domagające się treści przyjęły tę propozycję toastem kwasu w sali żołądkowej. W jadalni siedział sam. Nawet gdy szedł korytarzem, nikt go nie zagadnął choćby tylko zwyczajowym: "jak tam w kraju?". Poczuł się obco wśród swoich. Myślał przygnębiony, że potraktowano go jak pospolitego kuriera.

- Banalna misja - ocenił z wyrzutem.

Po śniadaniu wrócił do garażu, aby przygotować samochód do drogi powrotnej. Sprawdził kopniakiem stan opon i przecierając lusterko, zauważył oficera idącego w jego kierunku.

- Major Victor Moss? - spytał mężczyzna, podchodząc pod drzwi osobówki.

- Tak.

- Generał życzy sobie, aby wziął pan przesyłkę zwrotną.

- Dlaczego mi o tym od razu nie powiedział?

- Nie wiem.

- Gdzie ona jest?

- Będzie gotowa na wieczór.

Nie zachwyciła go perspektywa zmitrężenia kolejnego dnia.

- Co pan proponuje, kapitanie?

- Czekać.

- Więc mam nadzieję, że macie wygodne kanapy i dużo prasy ze Stanów - zażartował dla rozładowania ciężkiej atmosfery.

- Mamy jedno i drugie. Proszę za mną, majorze.

Oficer wprowadził go do pokoju na pierwszym piętrze i objaśnił dowcipnie:

- Nie mamy wprawdzie łóżek polowych, ale sądzę, że na sofie też pan wypocznie. To najwygodniejszy pokój, jaki mamy.

Victor, przyzwyczajony do surowych warunków, był tym luksusem onieśmielony, jednak postawa lalusiowatego kapitana wkurzała go.

- Prześpię się w samochodzie - odparł spokojnie, rozglądając się po dwupokojowym apartamencie z kosztownym wyposażeniem.

- Wszystkie inne pomieszczenia mamy zajęte. Zwalili się do nas koledzy z czeskiej Pragi - wyjaśnił natychmiast laluś, nie przyjmując jego decyzji do wiadomości, i wskazał na stojący przy ścianie mebel. - Ta kozetka będzie wystarczająca na kilkugodzinny sen.

Moss spojrzał na jego pyszałkowaty wyraz twarzy i nienagannie wyprasowany mundur.

- Coś nie gra? - spytał oficer, nie rozumiejąc przyczyn tego przenikliwego wzroku.

Victor nie wytrzymał. Złapał gogusia za klapy marynarki i podniósł lekko do góry.

- Idę do auta. Zrozumiałeś?

Ten chyba nigdy nie był w takiej sytuacji, bo mina mu zrzedła. Chcąc jednak uratować resztki godności, wymamrotał:

- Proszę nie stosować siły, bo...

Komandos postawił go na nogi, przyklepał klapy jego munduru i skierował się w stronę garażu.

- Proszę zaczekać - prawie błagalnym głosem zawołał tamten.

Victor, który nie szukał zatargów, przystanął.

- Jest dyspozycja, aby zakwaterować pana majora w tym apartamencie. Proszę nie utrudniać mi wykonania tego rozkazu.

- A co, kiedy przyjdzie konsul? Mam opuścić natychmiast kwaterę?

- Proszę się nie martwić. Jest na jakimś spotkaniu i przyjedzie dopiero wieczorem.

Powrócili do apartamentu razem. Tamten nacisnął przycisk kontaktu i ciężkie rolety odcięły dopływ światła z zewnątrz, a jednocześnie zapaliły się nocne lampki.

- Proszę czuć się swobodnie. - Towarzyszący Victorowi oficer starał się być miły, dodał uprzejmie: - Z naszej restauracji można korzystać cały dzień. Do wieczora proponuję pozwiedzać stary Kraków, nazywany "Miastem Królów".

Mrugnął zawadiacko i wyszedł, zamykając cicho drzwi. Moss rozejrzał się ponownie po pokoju, zatrzymał wzrok na kozetce. Już na oko była zbyt mała, jak na jego wzrost. Przysunął więc dwa pufy i położył się w poprzek. Rozmyślając o mało klarownej sytuacji, w jakiej się znalazł, zgadywał, że jego potyczki się jeszcze nie skończyły. Przez ten numer z rozglądaniem się za Peterem chyba straciłem zaufanie generała, uznał, szukając przyczyny nagłej zmiany zadania. Muszą wiedzieć coś więcej, skoro tak mi się przyglądali.

Poczuł na piersiach ciężar, którego sobie wcześniej nie uświadamiał. Wstał i odsunął rolety. Do sypialni zajrzało słońce, odsłaniając na powrót wiele szczegółów pomieszczenia. Spojrzał na przyciągnięte pufy i postanowił przesunąć je na bok. Pod drugim z nich zobaczył leżącą na podłodze zgiętą karteczkę. Sięgnął po nią z zamiarem odłożenia na stolik, lecz widoczne słowa same go prowokowały. "Szesnasta na wawelskim dziedzińcu" - przeczytał po angielsku i odłożył.

Wawelskim? Co to może być? - zastanawiał się, porządkując swoje rzeczy.

Wystukał na klawiaturze wyrazy "wawelski dziedziniec" i wyczytał z internetu, że jest to miejsce w pobliżu zamku królewskiego na wzgórzu Wawel w Krakowie.

Może być ciekawie, pomyślał.

Spojrzał na zegarek, który wskazywał dziewiątą rano. W kieszeni poczuł ucisk i wtedy wrócił pamięcią do momentu, gdy układał w niej odpisy tłumaczeń notatek ze starego notesu. Wyciągnął je z kieszeni zmiętoszone i od razu zaczął wygładzać dłonią, wspominając, ile za nie zapłacił. Nie mając nic lepszego do roboty, postanowił jeszcze raz się im przyjrzeć.

Wśród wielu zapisów wyłapał słowa i zdania: "ksiądz Jan", "fontanna młodości", "Etiopia", "Eden". Odczytywał je po kolei, szukając w nich podpowiedzi, wspólnego mianownika, jakiejś wskazówki. "Nie wymawiaj imion, a szukaj w myślach", "Chcąc znaleźć, szukaj nad zatoką" oraz "Teraz woda jest słona, ale kiedyś była słodka. Tam, gdzie się miesza, jest źródło życia". I na koniec kilkadziesiąt arabskich zdań, z których tylko trzy ostatnie pochodziły z niewidocznych zapisków: "To, co widzisz, początek ma w niewidzialnym. Wir jak serce otwiera oczy na inne światy. Obie siły się ścierają, ale kto przejdzie obok nich, dotrze tam".

Victor przerzucił kartki na przedostatnią stronę, szukając miejsca, w którym zapamiętał inny wpis z notesu: "Dziwna burza bez deszczu i ciemnych chmur wywołała w moim ciele oraz u współbraci dreszcze, ale nie strachu, a raczej jakiejś mocy. Kiedy dotarliśmy do miejsca upadków ogni, znaleźliśmy tam jakby pierścień, który jednego uniósł w niebiosa, a drugiego wcisnął pod ziemię niczym proca olbrzyma. Takiego oręża jeszcze nikt nie widział. Uciekliśmy, ale wrócimy".

Z marginesu został przepisany rząd cyfr arabskich. Moss przeleciał po nich wzrokiem kilka razy, aż dostrzegł pomiędzy nimi jeden minimalnie większy odstęp.

- Że też tego od razu nie zauważyłem - wymamrotał pod nosem, zaskoczony własnym odkryciem.

Natychmiast siadł przy komputerze i wstukał je do lokalizatora: 135519181 i 3921452248. Program zawiesił się. Kiedy go zresetował i ponownie wprowadził cyfry, przez chwilę nic się nie działo, po czym wyskoczyły słowa "maryam" i "etiopia". Prześledził uważniej kilka stron zapisów, wyłapując spomiędzy wyrazów inne cyfry. Osiemnaście. Przedzielił je w połowie po dziewięć i wprowadził do komputera. Nagle uchyliły się drzwi i zobaczył twarz attaché.

- Przepraszam. Mógłby się pan, majorze, stąd ewakuować? Za niedługo wraca konsul.

Moss kiwnął głową ze zrozumieniem, choć wcale nie zamierzał tak wcześnie wychodzić, ale nie dał po sobie tego poznać. Odczuwał jednak dyskomfort przeganianego z kąta w kąt psa. Nie wyłączywszy laptopa, włożył go zaraz do żołnierskiego worka, który zarzucił na plecy. Wychodząc, uśmiechnął się kwaśno do oficera i zapytał:

- Kiedy go poznam?

- Prawdopodobnie wieczorem.

- Okay.

Minął go i udał się do samochodu, pogwizdując cicho. Kiedy zamknął bagażnik, odniósł wrażenie, że jest obserwowany, i postanowił pójść do konsulatowej restauracji zjeść śniadanie, a potem wyjść na miasto. Jak zaplanował, tak zrobił.

Szedł wąską uliczką wśród starych, niewysokich kamieniczek. Po drodze mijał tłumy turystów. Uliczka zaprowadziła go na krakowski Stary Rynek z dwuwieżowym kościołem i podłużnym, parterowym budynkiem kupieckim. Miło zaskoczony stylową zabudową, poczuł klimat zamierzchłych czasów, a swoista staromodność tego miejsca w porównaniu z wielkomiejskością Nowego Jorku sprawiła, że po raz pierwszy żywo stanęły mu przed oczyma obrazy ze starych filmów, które oglądał w dzieciństwie. W godzinę obszedł zabytkowe centrum i postanowił poszukać następnego celu, jaki sobie wyznaczył. Wszedł do pierwszego lepszego sklepu i przez chwilę wyczekiwał, obserwując ukradkiem wejście. Zauważony przez ekspedientkę, został obdarzony na powitanie miłym uśmiechem.

- W czym mogę pomóc?

- Thank you - odpowiedział, nie zrozumiawszy polskiego.

- Okay - odparła przyjaźnie sprzedawczyni, ale nie rezygnując, podeszła bliżej.

Kiedy dzielił ich krok, spytał:

- Excuse me, how can I get to Wawel?

Kobieta wytłumaczyła mu drogę, wychodząc na koniec przed sklep i pokazując palcem wzgórze.

Akurat takiego wskazywania na ulicy chciał uniknąć, ale energiczna pani przejęła inicjatywę i w końcu jej uległ, by nie zwracać na siebie uwagi. Podziękował pośpiesznie i szybko podążył wskazaną drogą. Obszedł zamkowy teren, rozmyślając nad miejscem przeprowadzenia obserwacji. Po drodze przyglądał się mijanym ludziom, próbując zawczasu wyłapać tych, którzy udawaliby turystów, jednak nikogo takiego nie dostrzegł. Z biegiem czasu rozluźnił się i zaczął dostrzegać więcej szczegółów w oryginalnej zabudowie zamkowej.

Wracając z dziedzińca zamkowego tą samą drogą, przy której stała wąska brama prowadząca do katedry, poczuł mrowienie w całym ciele. Przystanął i rozejrzał się dookoła, ale nikt nie zwrócił jego uwagi. Ostatni raz tak się poczuł, gdy miał przed sobą pierwszy skok spadochronowy. Zszedł pod ścianę i jeszcze raz obejrzał się do tyłu, jednak i tym razem nikt nie zachowywał się podejrzanie, a mrowienie wciąż trwało. Złapał się za ramiona, pocierając je, tak jak robił to, gdy marzł, i ruszył dalej. Ustąpiło. Doszedł do kościoła i przyśpieszył, kierując się traktem w dół, aż do murów obronnych. Stamtąd rozpościerała się panorama zakola szerokiej rzeki. Nasyciwszy wzrok, zszedł niżej do baszty zamkowej, a potem do sporej bramy i wrócił brukowaną drogą w dół do ulicy miejskiej. W końcu, nie mając nic lepszego do roboty i będąc grubo przed czasem określonym na karteczce, postanowił zaczekać w widocznej z daleka kawiarence. Usiadł z filiżanką aromatycznej kawy przy stoliku na wprost głównej drogi prowadzącej na wawelskie wzgórze, co ułatwiało jej obserwowanie. Przez pierwsze chwile z zaciekawieniem spoglądał na spacerujących nią ludzi, ale wraz z upływem czasu i pod wpływem monotonii coraz częściej sprawdzał porę na zegarku, poświęcając dodatkowo uwagę na lustrację ludzi przewijających się przez środek kawiarni. Nie najlepiej znosił to czekanie w nowej roli, jaką sobie przypisał dla zabicia czasu. Z nudów sięgnął po serwetkę, na której wypisał zapamiętane cyfry: 39214522 i 13551918. Innych nie był pewien. Wpatrzony w nie zastanawiał się przez chwilę, jakby szukał hasła do krzyżówki, i od niechcenia podzielił je w połowie pionową kreską, przyglądając się powstałym czwórkom.

Lata? - pomyślał w pierwszej chwili, patrząc na drugą serię cyfr.

Pierwsza jednak to komplikowała. Podzielił je więc na kolejne pary i ponownie przypatrując się im, szukał jakiejś analogii. Najpierw przypomniały mu cyfry z pozycjonera, jakim się posługiwał w Iraku. Tam były to akurat 48 i 30, ale nic nie stało na przeszkodzie, aby sprawdzić dla zabicia czasu, gdzie przecinałyby się hipotetyczne współrzędne 39 i 13 lub 13 i 39.

Afryka albo...? - zastanawiał się, szukając w myślach. Sycylia?

W tym momencie zatęsknił za swoim laptopem pozostawionym w samochodzie, ale nie miał zamiaru wracać przedwcześnie. Zgniótł serwetkę do wielkości małej kulki i włożył ją do kieszeni.

- Oh shit! - wyrwało mu się, gdy spojrzał na zegarek.

Zaledwie dziesięć minut przed czwartą. Od razu wstał od stolika, rzucając banknot dziesięciodolarowy. Szybko wyszedł, pędząc w kierunku dużej bramy wjazdowej prowadzącej na zamek. Kiedy ją przekroczył, nieco zwolnił, zaczął bardziej zwracać uwagę na ludzi niż na średniowieczną architekturę. Minąwszy po drodze podłużny budynek byłego szpitala wojskowego, doszedł do małej baszty, koło której stała jakaś wycieczka zapatrzona na panoramę miasta. Spojrzał na nieubłaganie zbliżającą się ku dwunastce wskazówkę.

Nie mam szans, pomyślał gorączkowo na widok rzeszy zwiedzających, kierując się w stronę zamkowego dziedzińca.

Już nie mógł sobie pozwolić na spokojną obserwację ludzi na drodze, a co dopiero pałacowych komnat, korytarzyków czy kaplic. Choć tę "misję" wyznaczył sobie sam, to poczuł w tym momencie dreszczyk emocji, który towarzyszył mu zwykle podczas operacji wojskowych. Dochodząc do kościoła, wszedł przez marmurowy portal do barokowego wnętrza kaplicy Królewskiej. Kilkoro ludzi oglądało stare rzeźby w nabożnej ciszy godnej tego miejsca. Wtem rozległ się dźwięk czterech gongów. Victor zlustrował szybko pomieszczenie i wyszedł pośpiesznie, nie widząc nikogo, kto pasowałby do jego wyobrażenia osób mających się spotkać. Zegar na wieży wskazywał kilka minut po czasie, gdy on rozglądał się, idąc w kierunku bramy prowadzącej na dziedziniec zamkowy. Zmęczony słońcem tłum zwiedzających odpoczywał leniwie w cieniu i sączył napoje. Podchodząc pod bramę w tym samym miejscu, Moss poczuł mrowienie i w tym samym momencie usłyszał zza pleców płacz. Obrócił się, dostrzegając zalewającą się łzami małą dziewczynkę z dużą raną na kolanie. Do zapłakanego dziecka podszedł mężczyzna i wyciągnąwszy chusteczkę, zaczął wycierać mu policzek, co było wzruszającym widokiem. W tle, za ich kucającymi postaciami, Victor zobaczył dwie sylwetki mężczyzn. Jeden z brodą i w dżinsowym komplecie, drugi w sutannie. Żywo o czymś dyskutowali, a gestykulacja "cywila" mogła wskazywać, że chciał przekonać do czegoś swego towarzysza albo przynajmniej coś ważnego mu wytłumaczyć. Obaj byli poważni i bardzo skupieni na swojej rozmowie, zupełnie nie zwracali uwagi na otoczenie. Szli chodnikiem opadającym ze wzgórza, oddalając się od obserwatora. Coś jeszcze zwróciło uwagę Mossa: ten lekko kolebiący chód "cywila".

Czyżby to był on?! - zastanawiał się, nie dowierzając własnym oczom. Założył ciemne okulary i napinając mięśnie do pierwszego ruchu, spostrzegł mężczyznę szybko podążającego za tamtymi sprężystym krokiem, z wyprostowaną sylwetką. Zamarł na moment, obserwując przez chwilę jegomościa, a potem zlustrował ponownie otoczenie. Wyglądało na czyste. Ruszył więc, ale po sekundzie niespuszczania oka z rozmówców oraz ich cienia wyczuł na sobie czyjś wzrok. Wyhamował, sprawdził łokciem kaburę ukrytą pod kurtką i przykucnął, markując wiązanie sznurówki. Obserwował przy okazji teren za sobą. Podejrzany mężczyzna zatrzymał się, sprawiając wrażenie, jakby zapomniał kartki z listą zakupów. Udając grzebanie po kieszeniach, dyskretnie obserwował Mossa. Victor zauważył z lewej strony małą kamienną wieżyczkę, do której wchodzili akurat ludzie. Wstał i ruszył ku niej wolnym krokiem, choć najchętniej przyłożyłby tamtemu i pobiegł za straconą z oczu parą mężczyzn. Tuż obok wieżyczki przystanął, spoglądając na rozległy widok okolic miasta, i gdy tamten wyciągnął z kieszeni marynarki coś, co przypominało mapę, Moss chwycił klamkę drzwiczek prowadzących do środka okrągłego budynku i w kilku susach znalazł się na kamiennych, krętych schodach. Zbiegł nimi kilka pięter. Wyskoczył na zatłoczony deptak przy szerokiej rzece. Rozejrzał się szybko i pobiegł między klombami wzdłuż wysokiego muru zamkowego. Gdy dotarł do pierwszej uliczki, spojrzał za siebie, ale jego prześladowcy nie było. Pomknął dalej, ile miał sił w nogach, wypatrując bezskutecznie tajemniczej dwójki. Dobiegając do uliczki przecinającej tą, którą schodzili tamci mężczyźni, skręcił i zobaczył ich idących jakby nigdy nic. Poczuł ulgę i stanął, łapiąc oddech.

Zaraz, zaraz. A gdzie ten cień? - zaświtało mu w głowie.

Wtem usłyszał świst głębokiego oddechu. Natychmiast wyćwiczonym ruchem ręki zatoczył ćwierć łuku, podbijając cios wymierzony w jego głowę. Zanim napastnik zdążył się zorientować, sam otrzymał uderzenie w bok. Najpierw zgiął się wpół, a chwilę później upadł. Major podniósł wzrok. Uliczką prowadzącą z zamku zbiegał drugi ze szpiclów, sięgając pod kurtkę. Moss natychmiast ruszył w jego kierunku. Mężczyzna pośpiesznie wyszarpnął pistolet, odbezpieczając go w biegu, i kiedy jego uzbrojone przedramię opadało, aby wycelować w kierunku Victora, zostało w porę uderzone, co wybiło broń z ręki. Ciosy z łokcia w nos oraz w kark chwilowo pozbawiły szpicla świadomości. Major rzucił okiem za siebie. Nadbiegała odsiecz w osobie cienia. Wyciągnął zatem pistolet i wycelował w niego. Na ten widok obcy zatrzymał się natychmiast. Dzielące ich kilkanaście metrów Moss pokonał, krzycząc po angielsku. Zamiast zdecydować się na naciśnięcie spustu, major podciął mu nogę i uderzył łokciem. Tamten zdążył tylko jęknąć, przewracając się. Victor, ledwie łapiąc równowagę, rzucił się pędem za parą wciąż gadających mężczyzn, którzy za moment ponownie zniknęli mu z oczu. Gdy dobiegł do końca uliczki, spojrzał w obie strony, poszukując wśród wielu przechodniów zapamiętanych sylwetek.

- A niech to! - krzyknął na tyle głośno, że kilka osób spojrzało na niego z zaniepokojeniem.

Ledwie łapał oddech, a pomimo tego gaduły zdążyły się rozpłynąć w tłumie. Poszedł bardziej w głąb placu, skąd mógł się lepiej przyjrzeć idącym ludziom, oglądając ich z profilu, ale i to nie pomagało. Zrobił zatem kilka kolejnych kroków, wytężając wzrok, lecz wciąż nie mógł wyłuskać mężczyzn.

Przecież nie mogli tak szybko iść, szacował z niepokojem.

Rozejrzał się wokoło, zamierzając obejść Stary Rynek z nadzieją, że może przypadkiem odnajdzie Novaka. Zlustrował wzrokiem kawałek chodnika prowadzącego wzdłuż kamienic i dojrzał ich, gdy wychodzili z jakiegoś sklepiku. Zrobiło mu się ciepło. Wciąż rozmawiali. Z ulgą przełknął ślinę. Obejrzał się za siebie, na szczęście żadnego z prześladowców nie zobaczył, mógł więc podejść do mężczyzn. Oni tymczasem znowu ruszyli w drogę i kiedy powrócił wzrokiem w tamto miejsce, ich już nie zobaczył.

Nawet na moment nie mogę ich stracić z oczu, ganił się w myślach.

Zaczął iść w kierunku, w którym zniknęli, szukając ich od nowa. W końcu wyłuskał mężczyzn z gęstego tłumu zwiedzającego zabytkowy rynek. Dochodzili właśnie do jakiegoś budynku w głębi uliczki. Podążył za nimi, nie biegł, aby nie dostrzegli go mogący gdzieś tutaj przebywać agenci. Wpatrzony w mężczyzn ponad głowami przechodniów jak lampart w swe ofiary zobaczył, że w pewnym momencie stanęli. Brodaty w dżinsach rozejrzał się dookoła, a potem kiwnął do duchownego i obaj weszli do środka gmachu. Victor nie wytrzymał i z chodziarza zmienił się w biegacza.

Z zawieszonej tablicy wynikało, że była to biblioteka Uniwersytetu Jagiellońskiego. Podbiegł za mężczyznami do drzwi i energicznie je otworzył. Wchodząc, zdążył zobaczyć jedynie nogawkę i but "Novaka" - znikające w kolejnym przejściu. Kiedy stanął przy nim, usłyszał zbliżające się szybko kroki damskich obcasów. Ledwie zdążył się cofnąć, kiedy ktoś otworzył drzwi.

- Excuse me - zaczepił uprzejmie. - Where can I find a libra... - Urwał pytanie o bibliotekę na widok pięknej brunetki z windy, której oczy wcześniej zapamiętał jako szare.

- Co pan tu robi?! - zareagowała po angielsku, także zaskoczona.

- Szukam biblioteki.

- Właśnie ją pan znalazł.

- Bardzo się cieszę.

- Nie stójmy tak w progu - zaproponowała.

Wszedł za nią do holu i na wszelki wypadek zamknął drzwi. Sylwia, bo tak się przedstawiła brunetka, uznała tę czynność za próbę zatrzymania jej.

- Czy mam jakieś wyjście? - żartobliwie skomentowała sytuację.

- Nie zatrzymuję pani - powiedział wbrew sobie, cofając się.

- Boi się pan kobiet? - powtórzyła zadane wczoraj pytanie.

Choć głos doszedł go już zza pleców, stanął i obrócił się.

- Dobrze. Mogę dostać pani numer telefonu?

Młoda kobieta uśmiechnęła się, ukazując lekki dołeczek na policzku, sięgnęła po zakładkę do książki i zapisała ciąg cyfr.

- Proszę - usłyszał wpatrzony w jej ładne oczy.

Wziął kartonik, jakby zapomniał, o co prosił, ale nadrobił zwłokę, szybko wsuwając zakładkę do kieszeni kurtki, bez odrywania oczu od kobiety. Uśmiechnęła się zalotnie. Kiedy chciała odejść, delikatnie pocałował ją w ten dołeczek. Sam nie wiedział, dlaczego to zrobił. Wystarczyło przecież wziąć numer i rozpłynąć się w chaosie tego świata.

- Cześć. Śpieszę się - rzucił, odchodząc jako pierwszy.

Dziewczyna stała, patrząc w milczeniu na mężczyznę, dołeczek w jej policzku na powrót się skrył.

Kiedy Victor przyszedł do czytelni, przy stolikach siedziało sporo osób, ale wśród nich nie było tych, których szukał.

- Excuse me, have two men entered here just a second ago? - spytał po angielsku bibliotekarki siedzące za kontuarem.

- Słucham? - zareagowała jedna z nich.

- Do you speak English?

- Chwileczkę, poproszę koleżankę.

- O co chodzi? - zapytała po angielsku druga z bibliotekarek.

- Czy wie pani, dokąd udali się dwaj mężczyźni, którzy przyszli tu przede mną?

- Jacy mężczyźni?

- Jeden w dżinsowym ubraniu, z brodą, i ksiądz.

- Aaa... ksiądz Jakub, tak?

- Właśnie - odparł niepewnie.

- Udali się do sali mikrofilmów. To te drzwi po prawej stronie, za schodkami.

- Dziękuję. Mam jeszcze małą prośbę. - Zrobił przy tym błagalną minę.

- Tak? - spytała z zaciekawieniem.

- Chcemy poświęcić się analizie starodruków, więc chciałbym, aby nikt nam nie przeszkadzał.

- Rozumiem. - Sięgnęła pod kontuar i wyciągnęła coś błyszczącego. - Proszę wziąć ten kluczyk i przejść do bocznego pokoiku.

- Bardzo dziękuję. - Ujmującym uśmiechem amanta wyraził swą wdzięczność, po czym udał się do wskazanego pomieszczenia.

Tymczasem przez te kilka minut Sylwia z zainteresowaniem obserwowała mężczyznę, który intrygował ją swoim postępowaniem. Wyczuwała, że ma w sobie coś, co ją zaczęło pociągać. Nie podobało jej się jednak zbyt swobodne zachowanie cudzoziemca, wskazujące na dużą pewność siebie i łatwe nawiązywanie kontaktów z kobietami. Zmąciło to jej klarujące się zauroczenie i wkurzona sama na siebie odwróciła się na pięcie.

Ale ze mnie idiotka! - pomyślała. Po co mu dałam ten numer?

Drzwi trzasnęły za nią z hukiem, strasząc czytelników na sali. On jednak tego już nie usłyszał, zamykał inne drzwi prowadzące do małego, pustego pomieszczenia z przeglądarkami mikrofilmów.

Ale zabytki tutaj mają, pomyślał, widząc przestarzały sprzęt biblioteczny.

Omiótł wzrokiem pokój, gdzie poza stanowiskami była jeszcze para drzwi oznaczonych literami A i B. Na kluczu miał zawieszkę z literą A. Nacisnął klamkę właściwego pokoju i przez szczelinę zobaczył małą, korpulentną blondynkę w grubych szkłach. Pokój B był zamknięty od środka. Zapukał, lecz nikt się nie odezwał, spróbował jeszcze raz, ale z tym samym skutkiem.

- Peter! Jesteś tam? - nie wytrzymał.

Coś stuknęło, więc nie dał za wygraną:

- Peter! To ja, Victor! Jestem sam.

Zza drzwi usłyszał jakiś szmer przypominający szuranie krzes­ła. Moss wyprostował się, skupiając na dochodzących dźwiękach, a chwilę później poczuł na swoim ramieniu czyjąś rękę.

- Pan pozwoli z nami! - Usłyszał głos nietolerujący sprzeciwu.

Odwrócił się powoli, nagłym chwytem za przedramię wykręcił prześladowcy rękę, aż tamten jęknął i przyklęknął. Drugi z wrażenia cofnął się, ale nie zauważywszy stojącego za nim krzesła, stracił równowagę i uderzył głową o podłogę, tracąc przytomność. Moss wybiegł na salę, hamując niczym bohater kreskówki: sunął nogami po śliskiej podłodze. Zwolnił, widząc na sobie skupiony wzrok czytelników. Nie chciał wzbudzać dalszego zainteresowania, więc ukłonił się i przeprosił za zakłócenie ciszy. Idąc w stronę wyjścia, musiał przejść obok kontuaru. Jedna z siedzących tam bibliotekarek pojawiła się tuż przed nim. Ledwie powstrzymał wyćwiczony w takich sytuacjach cios. Przywołał na twarz sztuczny uśmiech mający rozładować napięcie.

- Przepraszam, że pana zatrzymuję. - Wyraźnie speszona, starała się jednak zająć gościa.

- Śpieszę się - rzucił niemal w pędzie.

- Proszę wypełnić kartę czytelnika - poprosiła, niemal błagając.

- Następnym razem.

- A klucz?

- A rzeczywiście! - Uświadomił sobie, że ma go w kieszeni.

Zawrócił i oddał go.

- Moi znajomi pilnie mnie potrzebują - rzekł. - Obiecuję, że jak wrócę, to wszystko nadrobię. Teraz muszę biec na spotkanie.

- Dziewczyna? - zapytała, widząc, że nic nie wskóra.

- No cóż. Lecę.

Wyszedł bezceremonialnie z sali, przez nikogo niezatrzymywany, choć z oddali doszedł do niego stłumiony dźwięk jakiegoś dzwonka. Przyśpieszył kroku, dochodząc do drzwi. Pchnął je mocno i te na szczęście otwarły się. Wypuścił powietrze, ostrożnie wyglądając na zewnątrz. W jego stronę zmierzało kilka młodych kobiet, które zaraz minęły go, łypiąc oczami, i zniknęły w gmachu biblioteki. Szybko oddalał się, rozglądając gorączkowo. Dłuższą chwilę kluczył wąskimi uliczkami Starego Miasta, zanim upewnił się, że nikt go nie śledzi. Ochłonąwszy, spojrzał na zegarek.

Uff. Zostało mi jeszcze trochę czasu, ocenił.

Do konsulatu jechał taksówką zatrzymaną po drodze, w napięciu obserwując boczne lusterko. Rozluźnił się dopiero, gdy przekroczył próg placówki.

Z głową pełną pytań, zapomniał wziąć laptopa z samochodu i od razu wbiegł na korytarz, zamierzając się odświeżyć przed przybyciem konsula. Przekręcając gałkę w drzwiach, usłyszał znajomy głos oficera.

- Majorze!

- Tak?

- Ten Kraków to ciekawe miasto, prawda?

- Owszem. Wiele można zobaczyć - odparł zdawkowo Moss.

- A nie mówiłem? - Dyżurny oficer się uśmiechnął. - A teraz proszę zameldować się u wicekonsula.

- Tak od razu!

Dyżurny skinął twierdząco głową.

Major puścił gałkę i niechętnie skierował się w stronę wojskowego.

- Ma dla mnie te przesyłki?

- Nie jestem o tym poinformowany. Proszę spytać pana konsula - odparł wymijająco oficer.

Komandos skinął głową i skierował kroki w stronę gabinetu. Dyżurny jednak stanął mu na drodze z wyciągniętą ręką i poprosił o pozostawienie broni w depozycie.

Nie lubił rozstawać się ze swoją bronią, ale procedury nie uwzględniały wyjątków, więc pistolet przeszedł z ręki do ręki. Victor zapukał.

- Wejść! - usłyszał szorstki ton.

Spojrzał na dyżurnego, ale ten jedynie zmarszczył czoło. Moss wszedł i nie zdążył zamknąć drzwi, bo barczysty agent stojący za nimi zrobił to szybciej. Dwaj inni siedzieli przy stoliku. Na widok Victora powstali, spięci, jakby brali pod uwagę jego niedawne wyczyny.

- Oho! - wyrwało się majorowi na ich reakcję.

- Panowie, spokojnie. - Wilson łagodził rosnące emocje. - Usiądźcie.

Victor wyprostował się powoli, uzmysławiając agentom, jak blisko było do awantury. Odczekał, aż tamci ponownie usiądą, i dopiero sam zajął miejsce naprzeciwko wicekonsula, aby mieć ich na oku.

- Majorze. Chciałbym coś wyjaśnić - zaczął dyplomata.

Sięgnął wolno po filiżankę kawy i ostentacyjnie upił łyk, nie spuszczając jednocześnie wzroku z Mossa.

- Chodzi o przesyłkę? - chciał się upewnić major.

- Myślałem, że nie będzie pan kręcił - odparł Wilson.

- Nie rozumiem?

- Czyżby?

- Jestem prostym żołnierzem i nie znam się na dyplomatycznych protokołach. Proszę powiedzieć mi wprost, o co chodzi.

- Dobrze - przystał niechętnie wicekonsul. - Z własnej inicjatywy prowadzi pan, majorze, prywatne śledztwo i wpieprza się pan w nie swoje sprawy, wdając się przy tym w konflikt z miejscową siatką wywiadu.

Moss odłożył filiżankę i wyprostował się. Spojrzał z wyrzutem na dyplomatę, ignorując agentów. Nabrał powierza, otwierając usta, jednak Wilson uprzedził go.

- Nie ma pan, majorze, nic na swoją obronę?

Na twarzach agentów zagościło zadowolenie.

- Panie konsulu. Jestem zaskoczony, że oficer armii ma składać wyjaśnienia pracownikowi cywilnemu administracji - odparował Moss.

- Zatem potwierdza pan, majorze, moją wersję.

- Niczego nie muszę komentować.

Jeden z agentów chciał zaoponować, ale stanowczy ton i podniesiona dłoń Mossa - powstrzymująca tę próbę zabrania głosu - ostudziła na chwilę jego zapał.

- Po drugie - kontynuował spokojnie Victor - sam zostałem zaatakowany, i to parokrotnie, bez ostrzeżenia. Więc to raczej mnie należą się jakieś wyjaśnienia, skoro coś pan wie na ten temat - skontrował.

Konsul poczerwieniał, a agenci spojrzeli na niego wyczekująco.

- Nie wiem, do czego pan zmierza, majorze, ale z naszych informacji wynika, że to jednak pan zaatakował pierwszy - wyrzucił i dodał stanowczo: - Będę musiał powiadomić pana przełożonych oraz odpowiednie służby nie tylko o odmowie współpracy, lecz także o utrudnianiu prowadzenia czynności operacyjnych.

- Bzdura. Pańscy ludzie kłamią.

- Tak pan myśli? - Wilson odzyskiwał pewność siebie. - Pana słowo przeciwko czterem? - Tu zrobił krótką pauzę, mierząc się wzrokiem ze spojrzeniem oficera. - A jak pan wytłumaczy fakt znalezienia się dokładnie tam, gdzie wyznaczyli sobie spotkanie podejrzani? I dokładnie o tym samym czasie? Mało tego, ostrzegł ich pan!

- Nie wiem, o czym pan mówi, konsulu?! - podniósł głos Moss.

- Nie tylko się tam pan znalazł, ale do tego uniemożliwił dalsze śledzenie naszym ludziom, używając siły! - wtrącił się jeden z agentów.

- Pracowaliśmy nad tym od roku - włączył się do rozmowy dojrzalszy wiekiem agent, masując nadwyrężony nadgarstek.

- Ale przecież Novak nie przebywa tutaj tak długo! - próbował zrozumieć Moss.

- Słucham? - natychmiast zareagował starszy agent.

Victor zreflektował się, że palnął gafę. Pochylił na bok głowę, przygryzając wargę.

- Szukam zaginionego sierżanta Petera Novaka. Byłem jego dowódcą - wyjawił z oporem.

Agent wymienił spojrzenia z dyplomatą.

- Chce pan nam coś wyjaśnić?

Powiało chłodem. Zanim Moss zdążył otworzyć usta, agent zmienił temat:

- Czy ktoś, oprócz pana, był w posiadaniu kopert, które zostały wręczone wicekonsulowi?

- Nie! Cały czas miałem je przy sobie! Dlaczego pan o to pyta? - zaczął się niepokoić Victor.

- Chcemy to wiedzieć i tyle - skwitował irytująco młodszy agent.

Victor wstał energicznie, spoglądając z góry na Wilsona. Wszyscy zamarli.

- A w sumie to dlaczego jestem przesłuchiwany? - zaatakował. - Jako żołnierz podlegam jedynie dowództwu wojskowemu.

- Nikt pana nie przesłuchuje - uspokajał dyplomata. - Chcemy jedynie poznać wyjaśnienie pańskich zachowań, które zapewne nie spodobają się pana przełożonemu. - Opanowany głos wicekonsula odzwierciedlał to, co mężczyzna myślał. Major nie zdążył jeszcze ochłonąć, gdy Wilson, odstawiając filiżankę, również wstał i obciągnął nienagannie skrojoną marynarkę. - Skoro już pan stoi, majorze, przygotowałem przesyłkę zwrotną dla ambasadora, którą zawiezie pan niezwłocznie do Warszawy.

Badawcze spojrzenie drążyło przez moment oczy Mossa, a później padło retoryczne:

- Nie wiem, czy dobrze robię.

Wyciągnął z szuflady sekretarzyka opieczętowaną w dwóch miejscach kopertę i wręczył ją majorowi, patrząc mu w oczy z wyższością. Victor zerknął na nią, zastanawiając się nad czymś.

- To noty dyplomatyczne? - spytał po chwili.

- Nie pański interes.

Szczęka komandosa poruszyła się, ale zasalutował i wyszedł bez słowa. Od dyżurnego otrzymał teczkę zamykaną szyfrowo, do której schował kopertę. Odbierając broń, Victor próbował robić dobrą minę do złej gry. Kiedy szedł w kierunku schodów prowadzących do garażu, był wzburzony i miał zamiar jak najszybciej stąd odjechać.

Skąd o tym zatargu tak szybko się dowiedzieli? Przecież byłem w cywilnym ubraniu? - zbierał myśli po drodze.

Ledwie doszedł do pierwszego stopnia, gdy usłyszał:

- Panie majorze Moss!

Odwrócił się i zobaczył spokojnie idącego w jego stronę attaché obrony.

- Już pan nas opuszcza? - zapytał wesołkowato oficer.

Moss spojrzał na niego, sprawdzając, czy sobie nie kpi, ale tamten sprawiał wrażenie szczerego.

- Takie rozkazy - odparł Victor, wzruszając ramionami. - Nawet nie zdążyłem wziąć worka z pokoju - przypomniał sobie.

- Proszę się nie martwić, kolego, wrzuciłem go do pańskiego bagażnika.

Moss ucieszył się, lecz szybko zgasił uśmiech, kiedy pomyślał, że nie sprawdził swych rzeczy. Pożegnał się i pośpiesznie oddalił w kierunki garażu.

- Dopiero teraz pan wyjeżdża? - spytał szorstko Wilson, wychodząc niespodziewanie z garażu.

- Właśnie to robię.

- Rozumiem. - Ustąpił z drogi.

Moss spojrzał chłodno i ominął dyplomatę, uważając, aby czasem go nie trącić w wąskim przejściu. Po chwili jednak usłyszał:

- Po której pan stronie stoi?

Victora zmroziło na moment, ale odparł pewnie:

- Jeśli mundur nie wystarcza, to wyjaśniam, że jestem zdecydowanie po stronie Wuja Sama.

- Czyżby?

- Nie rozumiem?

- Jak na majora, mało rozumiesz, Moss - skwitował na pożegnanie Wilson i odszedł z miną szydercy.

- Podważa moją lojalność! - burknął oburzony major. - Jak śmie!

W drodze do garażu jego kciuk pocierał utwardzony skraj powierzonej mu teczki i zapewne zostawiłby wyraźny ślad, gdyby marsz trwał dłużej. Victor otworzył drzwiczki wozu ze złością. Ważna teczka odbiła się od siedzenia, potem od drzwiczek i trafiła na powrót w pasażerski fotel. Moss zasiadł za kierownicą, kładąc ciężko dłonie na obręczy. Spojrzał w lusterko, w którym zobaczył przyglądającego się mu podoficera ochrony. Wrzucił kopertę do schowka, zamknął go i wysiadł.

- Sierżancie, prowadźcie do centrali.

Zaskoczony podoficer, widząc wyraz twarzy majora, nie zapytał, po co, tylko posłusznie powiódł Mossa do salki łączności, gdzie prowadzono rozmowy specjalnymi łączami dyplomatycznymi.

- Połączcie mnie z generałem - poprosił Victor porucznika będącego na służbie.

Żołnierz skinął aprobująco głową, jednak najpierw poprosił o identyfikację majora, potem generała, a na koniec o zgodę pułkownika. Kiedy wszystko przebiegło pomyślnie, Moss usłyszał krótkie:

- Zaczekajcie.

Po chwili ciszy coś zachrobotało na łączach i zaświeciła się zielona kontrolka. Rozległ się głos dowódcy:

- Mówcie, majorze.

Komandos przełknął ślinę.

- Melduję z Krakowa, gdzie byłem śledzony, a także zaatakowany.

- Wszystko z panem jest w porządku?

Cokolwiek miał na myśli, major zakładał jego troskę. Odparł zgodnie z prawdą, że tak, jednak nie doczekał się dalszego zainteresowania przełożonego. Podkreślił więc:

- Byli to agenci Wilsona.

- Pana konsula Wilsona - sprostował generał.

Victor odczekał chwilkę w nadziei, że usłyszy oburzenie lub co najmniej zaciekawienie, tymczasem sam musiał przerwać głuchą ciszę.

- Złożę raport w tej sprawie.

- Porozmawiamy o tym w Warszawie. Czy jeszcze coś, majorze?

- To wszystko, panie generale.

- Więc życzę szerokiej drogi, Moss.

W słuchawce usłyszał przeciągły sygnał.

- Cholera jasna! - podsumował, trzaskając słuchawką.

Wsiadł do auta i bijąc się z myślami, powoli opuszczał zakorkowane miasto. W drodze powrotnej miał się nad czym zastanawiać. Kiedy mignęła mu tablica drogowa informująca o opuszczaniu granicy Krakowa, przypomniał sobie o Sylwii. Zwolnił, wyczekując okazji do postoju, która nadarzyła się wraz z widocznym przed nim dalekim światłem zapowiadającym stację paliw. Zjechał do niej i korzystając z automatu telefonicznego, wykręcił zapisany numer, jednak nikt nie odbierał. Nie chciał korzystać z telefonu satelitarnego, aby nie pozostawiać śladu i w ten sposób uniknąć ewentualnego podejrzenia o współpracę z kimkolwiek. Nie spuszczając z oczu zaparkowanego wozu, wykręcił numer raz jeszcze, ale z tym samym skutkiem. Spojrzał na zegarek, upewniając się, że spokojnie zdoła nadrobić ten postój. Wyszedł wolnym krokiem ze sklepiku. Na zewnątrz było już ciemno, a chłód i wiatr przenikały do kości. Zamierający ruch na stacji wzbudził w nim poczucie osamotnienia, z którym jak dotąd świetnie sobie radził nawet na misjach wykonywanych w pojedynkę. Wsiadł do wozu i z worka wyciągnął laptop. Niestety, nie mógł sprawdzić tych współrzędnych z notatnika, ponieważ bateria zdołała się już rozładować, więc schował komputer z powrotem, rozglądając się uważnie po terenie. Uruchomił silnik, a w słuchawce telefonu satelitarnego usłyszał jakieś krótkotrwałe trzaski. Ruszył, wjeżdżając na przepełnioną ciężarówkami dwupasmówkę, prowadzącą z powrotem do Warszawy.

Motor pracował miarowo, z radia płynęła jakaś żywa muzyka. Reflektory oświetlały drogę. Jedynie częste łuki i zakręty uatrakcyjniały podróż. Przy spokojniejszej muzyce Moss zwrócił uwagę na regularnie powtarzające się zakłócenia radiowe. Mniej więcej co pięć minut w głośnikach można było usłyszeć sekundowy stukot, podobny do pukania paznokciem w kawałek blachy. Po którymś razie major spojrzał na leżący obok telefon. Już kiedyś miał taki przypadek - telefon generował zakłócenia. Na próbę włączył go i nasłuchiwał przez jakiś czas. W tle muzyki wciąż jednak pojawiały się zakłócenia.

- Co jest? - zaczął się zastanawiać.

Kilkakrotnie postukał ręką w odbiornik oraz telefon. Bez efektu. W końcu przełączył radio na inną stację i problem sam zniknął.

Tak. Najprostsze rozwiązania są najlepsze, zadowolony podsumował w myślach techniczny epizod.

W miarę jak malał dystans dzielący go od Warszawy, topniała jego pewność, czy rzeczywiście słyszał te zakłócenia, a narastające zmęczenie pozwalało zaledwie na trzymanie się białej linii wyznaczającej pobocze. Kiedy przejechał ją po raz trzeci, zatrzymał się na chwilę, obiegł samochód kilka razy i ponownie zasiadł za kółkiem. Ledwie ruszył, gdy z boku wyskoczył na drogę uzbrojony żołnierz i Victor nie zdążył go ominąć. Krzyknął przerażony, a potem ze zdumieniem zrozumiał, że był to tylko senny koszmar trwający kwadrans.

Do ambasady przyjechał przed świtem, ledwie trzymając się na nogach. Zameldował się u dyżurnego i poprosił o spotkanie z generałem.

Na widok zmęczonego Mossa oficer przekonał go, aby odpoczął w pokoju obok, zapewniając przy tym, że jak tylko generał się obudzi, on zaraz go zawoła.

Zmęczony Victor wszedł do małego pomieszczenia i usiadł przy stoliku. Minuty zaczęły urastać do godzin. Nagła bezczynność sprawiła, że powieki zaczęły opadać niczym kurtyna po spektaklu. Nie lubił tej słabości. Miał na to różne sposoby, ale teraz kawa wydała mu się najprostszym rozwiązaniem.

Włączył ekspres. Czarna ciecz wypłynęła z wąskiej rurki, napełniając filiżankę. Pierwszy łyk był wspaniały. Następne smakowały jak lura.

Usiadł, kładąc ciężkie dłonie na blat. Czekał nieruchomo, wpatrzony w okno.

- Majorze. Majorze!

Poczuł lekkie drżenie ramienia. Natychmiast wyciągnął pistolet, celując w budzącego - jak się okazało, asystenta dowódcy.

- Trudno było pana obudzić - usprawiedliwił się tamten. - Generał poprosił mnie, abym odebrał od was przesyłkę z Krakowa. Macie ją przy sobie?

- Tak, ale mam przekazać ją na ręce dowódcy.

- Proszę mi ją wydać. To rozkaz.

Adiutant też był majorem i jako równy stopniem, mógł zmienić rozkazy za dyspozycją swojego zwierzchnika. Komandos chwilę się wahał. W końcu wyciągnął teczkę i podał ją, nie kryjąc irytacji.

- Czy coś jest nie tak? - spytał tamten.

- Jestem trochę zdezorientowany - wyznał Moss.

- Wiecie, jak to jest z dyspozycyjnością generałów. Zawsze są zajęci. - Adiutant próbował zmienić nastawienie rozmówcy.

- Uzgodniłem kilkanaście godzin temu, że złożę mu bezpośrednio meldunek. Czy mogę się z nim spotkać? - nalegał Victor.

- Porozmawiam z nim i dam znać. - Usłyszał.

Widząc, że nic nie osiągnie, wyciągnął z raportówki notes, w którym napisał parę zdań.

- Poproszę o pokwitowanie odbioru dokumentów - oznajmił.

Na twarzy przejmującego teczkę adiutanta pojawiła się irytacja, której nie próbował ukryć. Jego lekko zwężone oczy wyrażały krytykę. Prawie wyrwał długopis z ręki komandosa. Wypuszczając powietrze nosem, złożył podpis.

- Możecie odmaszerować. - Bez cienia wątpliwości pokazał, kto tu dowodzi.

- Kiedy otrzymam wiadomość?

- W swoim czasie. To na razie wszystko - odparł tamten szorstko.

Beznamiętna twarz generalskiego adiutanta była odpychająca, więc Victor wstał, oddał honory i zły poszedł do przydzielonego pokoju. Czuł się nieswojo. Powoli zaczynał mieć dosyć tych sztabowych gierek. Po raz pierwszy nie otrzymywał wsparcia od swojego przełożonego.

Pomimo zmęczenia nie mógł spać. Rozmyślając, leżał jeszcze przez jakiś czas. Dopiero późnym rankiem zasnął płytkim snem, przygnieciony domysłami. Zbudziło go energiczne pukanie.

- Majorze! Proszę wstać. Jest pan proszony do generała.

- Proszę zameldować, że za chwilę będę. - I pomyślał: wreszcie.

- Nie ma czasu. Proszę od razu pójść ze mną.

Spojrzał zaspany na zegarek. Było tuż po dziesiątej. Zarzucił kurtkę i poszedł za żołnierzem.

Tym razem spotkanie miało się odbyć nie w pokoju gościnnym, a w jednym z pokoi rozmów - usytuowanym poniżej poziomu zero. Pomieszczenia te były zabezpieczone przed podsłuchem. Moss tylko o nich słyszał, ale nigdy nie miał okazji w nich przebywać.

Tuż przed wejściem dyżurny spojrzał na niego i wyciągnął rękę:

- Proszę zdać broń.

Z wewnętrznej kabury schowanej pod kurtką Victor wyciągnął swojego ulubionego glocka siedemnastkę i położył go na wyciąg­niętej dłoni.

- Poproszę także o dodatkową broń.

Moss uśmiechnął się, próbując przekonać żołnierza, że nie ma więcej broni, jednak po stanowczym pukaniu palca w blat biurka schylił się do prawego buta, podciągnął lekko nogawkę spodni i wydobył sporej długości nóż. Chwycił za ostrze i podał rękojeścią do przodu. Bardzo nie lubił być bezbronny. Czuł się wtedy nago.

Dyżurny pokręcił głową, zdegustowany postawą majora, wywracając przy tym oczy. Wyszedł zza biurka i obmacał kilka miejsc jego ubioru.

- Może pan wejść. - Wskazał ręką na drzwi.

Gdy drzwi zamknęły się za nim, na progu stanęli dwaj sierżanci, odcinając drogę z zewnątrz. Ale o tym wchodzący nie mógł wiedzieć.

W dużym pokoju, spartańsko wyposażonym, siedziało czterech wojskowych i jeden cywil. Adiutant pozostał przy drzwiach, a prowadzący dotąd żywe dyskusje oficerowie umilkli na widok wchodzącego Mossa. Cisza spotęgowała ciężar spojrzeń. Victor przeleciał po nich szybko wzrokiem niczym serią karabinową i od razu przeszedł do kontrataku:

- Major...

- Dzień dobry - przerwał mu oficer w stopniu generała. - Niech pan spocznie, majorze.

- Victor Moss, komandos...

- Wiemy - ponownie przerwał generał. - Proszę usiąść. - Wskazał na przygotowane krzesło.

Usiadł, skrzyżował ręce na piersiach i w bojowym nastroju obserwował zachowanie pozostałych, zastanawiając się nad dalszym biegiem wydarzeń. Najstarszy rangą kiwnął głową i Victor usłyszał szmer za swoimi plecami. Obserwując oczy zebranych, rozluźnił założone ręce, a zarazem napiął bicepsy. Nastąpiła krótka pauza i wtedy zerwał się z krzesła. Jeden z siedzących kontrwywiadowców wyciąg­nął równie błyskawicznie spod uda pistolet i wycelował natychmiast w jego twarz. Moss zaskoczony zastygł w bezruchu, wyglądając jak kobra hipnotyzująca swoim spokojem. Czas dla niego się zatrzymał, ale umysł pracował na najwyższych obrotach. Major rzucił okiem na nieodciągnięty kurek pistoletu, co go trochę uspokoiło. Miał większe szanse, choć nadal nie rozumiał, skąd taka nerwowa reakcja, i przypomniał sobie podobne zachowanie kontrwywiadowcy w Krakowie.

Skoncentrowany wyczekiwał momentu nieuwagi "rewolwerowca", sprawiając jednocześnie wrażenie okiełznanego. Stał w lekkim rozkroku i wciągał głęboko powietrze nosem. Wypiąwszy przy tym brzuch, rozłożył lekko ręce na boki i ściągnął łopatki. Jak go wyszkolono. Choć nie było tego widać, był gotowy do ataku niczym puma.

- Przepraszam. Czy możemy usiąść? - zaczął powoli, nie widząc pozytywnej reakcji pozostałych. - Po prostu nie lubię, jak ktoś skrada się za moimi plecami - tłumaczył najspokojniej, jak umiał.

Mierzący z pistoletu zamrugał nerwowo, nie opuszczając broni.

- Dlaczego nas zdradziłeś? - zapytał.

- O czym ty mówisz? - Victor zmarszczył czoło, wciąż stojąc.

- O czym? Przecież wiesz.

- Co mam wiedzieć?

Moss spojrzał na generała, licząc, że ten wreszcie zareaguje i załagodzi incydent, ale on tymczasem zwlekał z zajęciem jakiegokolwiek stanowiska.

- Współpracujesz ze zdrajcą - wtrącił stojący obok cywil.

- Zdrajcą?! - powtórzył echem major, nie udając zaskoczenia.

Wziął kolejny wdech. Z wolna wypuszczając powietrze, szukał na twarzach obserwatorów cienia podpowiedzi. Na próżno. Zimne spojrzenia wyrażały co najwyżej niechęć.

- Z kim to niby ja mam współpracować, co? - odezwał się Victor.

- Ty to nam wyjaśnij!

- Wiecie co? Nie wiem, do czego ten jeden z was zmierza - major spojrzał na kontrwywiadowcę, ignorując pozornie niebezpieczeństwo - ale celujesz w amerykańskiego oficera i nie wiem, czy ujdzie ci to płazem.

- A może już wcale nie mierzę do oficera USA - odparł ironicznie tamten.

- Nie ma podstaw do takiego stwierdzenia - zaoponował Moss. - Generale, jak może pan pozwalać, by znieważano pańskie­go oficera?

- Niech pan odpowiada na pytania, Moss - zareagował wreszcie dowódca.

- Mogę? - zapytał go major, wskazując na puste krzesło.

Celujący kontrwywiadowca kiwnął aprobująco i kiedy wydawało się, że Victor usiądzie, on złapał błyskawicznie pistolet, wykręcając boleśnie rękę przesłuchującemu.

Pozostali nawet nie zdążyli zareagować. Major położył zabezpieczoną broń na stole, a potem usiadł jak gdyby nic, spoglądając na zaskoczonych mężczyzn pewnym wzrokiem.

- Siadajcie, panowie. Teraz możemy porozmawiać.

Tamci wyraźnie stracili animusz. Major obejrzał się za siebie, rozpoznając w skradającym się - adiutanta generała.

- Witam. - Moss pozdrowił go ironicznie.

Jednak pod płaszczykiem sarkazmu wewnątrz dygotał z irytacji. Skupił uwagę na generale, wyczekując od niego wyjaśnień. Kiedy opadły silne emocje, najwyższy stopniem żołnierz pochylił się w jego stronę.

- Odpowiedzcie, majorze, jak długo współpracujecie z obcym wywiadem?

- Proszę???

- Nie udawajcie, Moss. Mamy na to twarde dowody.

Victor zmrużył oczy, lustrując generała od stóp do głów, a później ostentacyjnie omiótł wzrokiem siedzących obok.

- Nie ma takich, bo być nie może. To po pierwsze. Po drugie z nikim nie współpracuję i żądam natychmiastowego wycofania tych oszczerstw, bo będę musiał domagać się wyjaśnienia sprawy przez prokuratora wojskowego! - odparł stanowczo.

- Niech pan, majorze, uważa, do kogo mówi! - zareagował generał. Wymienił spojrzenia z oficerami kontrwywiadu i przez chwilę badawczo obserwował swego podkomendnego. - Przyjmijmy, że jesteśmy w stanie panu uwierzyć, ale jak pan tego dowiedzie?

- Nie muszę nikogo przekonywać. Takie są fakty. A jeśli ktoś uważa, że jest inaczej, to właśnie mi musi to udowodnić.

- Gadanie - skomentował oficer masujący swój nadgarstek.

Drugi, starszy stopniem kontrwywiadowca, spojrzał ponad głową majora, na co adiutant wyszedł. Generał wyprostował się, nabierając dystansu do podwładnego.

- W jakim celu zboczył pan dwukrotnie z trasy, wracając tutaj z Krakowa?

Moss zrozumiał, skąd jego dowódca mógł mieć tak dokładne informacje, i wyjaśnił przyczyny zgodnie z prawdą, lekko modyfikując jeden fakt: zamieniając adresatkę telefonu na swego dowódcę. Tłumaczył, że próbował raz jeszcze rozmawiać z nim, by zameldować o śledzeniu. Nie chciał wplątywać w to dziewczyny. Po chwili uświadomił sobie, że taka nieścisłość może go drogo kosztować, i chciał nawet zmienić swoje wyjaśnienie, ale w tej samej chwili otworzyły się drzwi i usłyszał za sobą kroki ludzi.

- Znasz tego oficera? - spytał młodszy stopniem kontrwywiadowca, patrząc w kierunku nowo przybyłych.

- Tak.

- Skąd?

- Z Iraku.

Major gdzieś już słyszał ten głos i musiał się odwrócić. Zaskoczony zobaczył osobę o indoeuropejskich rysach.

- Jak mógł mnie teraz rozpoznać, nie widząc twarzy? - wtrącił się.

Jednak nikt się tym pytaniem nie przejął i generał zadał kolejne:

- Co o nim wiesz?

Świadek przez chwilę zastanawiał się i odpowiedział, jakby nie rozumiejąc po angielsku:

- Ukradł mi notes z cennymi informacjami w... - Niespodziewanie przerwał na widok podniesionej dłoni cywila.

- Co jeszcze? - kontynuował generał.

Po chwili padło ze strony świadka stwierdzenie, że major zbiera informacje.

- Jakie informacje? - drążył prowadzący przesłuchanie.

- Na ten temat - brzmiała odpowiedź. Świadek po chwili dopowiedział: - W Iraku, Nowym Jorku, tutaj też.

- Tak. - Cywil westchnął. - My też widzieliśmy, jak zadziałał w Krakowie. I te akta... - Spojrzał porozumiewawczo na generała. Ten jednak najwidoczniej nie podzielał jego opinii, bo zamiast przytaknąć, zachował dystans.

Moss tymczasem szukał w zakamarkach pamięci odpowiedzi na pytanie: skąd znam ten głos? Rahman?! - zaczął kojarzyć mgliście.

W słabym świetle, bez gęstej brody i w staromodnych okularach trudno było w nim rozpoznać tłumacza z bazy w Niemczech.

- Rahman? Tak się nazywasz, prawda? - zapytał niepewnym tonem.

- O co ci chodzi, człowieku?! - zareagował nerwowo tamten.

Zaskoczony zdradził się z akcentem typowym dla nowoperskiego bachtiarskiego.

- Tak, to ten Pers! - odkrył Victor i zapytał: - Jaka kara grozi w Iranie za kradzież?

Zanim siedzący najbliżej generała oficer zdążył zaprotestować, świadek odpowiedział bez namysłu:

- Amputacja ręki.

- Amputacja ręki? - powtórzył major.

Pytany zmieszał się i umilkł.

Kontrwywiadowca poprosił adiutanta od razu o wyprowadzenie świadka, ale major spytał go raz jeszcze:

- Dlaczego tobie jej nie obcięto, Rahman?

Mężczyzna spuścił głowę. Poczuwszy uścisk dłoni generalskiego asystenta na ramieniu, spojrzał na niego przepraszająco i karnie zawrócił ku wyjściu.

- Zaraz! - zaprotestował major.

Generał jednym gestem wstrzymał wyprowadzanie Irańczyka.

- O co chodzi, majorze Moss? - zainteresował się.

- Jak można powoływać się na tak niewiarygodnego świadka? To jest przecież złodziej, który uciekł z obozu w Dahuk na północy Iraku - wyjaśnił, energicznie przy tym gestykulując.

- To prawda? - spytał Persa dowódca.

Świadek, milcząc, najpierw pokręcił przecząco głową, a gdy major wstał, odwrócił się, skrywając twarz.

- To jest zastraszanie świadka! - Cywil podniósł głos.

Zdeprymowany Irańczyk skierował się ku wyjściu, jednak generał rozkazał mu odpowiedzieć na ostatnie pytanie. Mężczyzna nie wytrzymał i ruszył w stronę wyjścia.

- Aresztować go! - rozkazał generał.

Zebrani popadli w lekką konsternację. Moss badawcze spojrzenie zatrzymał na oskarżycielu, który uprzednio tak szybko wymierzył w niego broń, i zadał sobie pytanie: dlaczego zareagował w ten sposób? Jego starszy kolega wyszeptał coś do prowadzącego spotkanie generała, na co ten kiwnął aprobująco głową.

W progu pojawili się adiutant z Rahmanem.

- Zaczekajcie! - rozkazał generał.

Kiedy drzwi się zamknęły, prowadzący przesłuchanie dał znak i starszy kontrwywiadowca zadał pytanie:

- Poszukuje pan, majorze, Novaka czy notesu?

- Notesu? - Moss przez chwilę się zastanawiał. - Notes mnie nie interesuje. Chciałbym odnaleźć swego przyjaciela i dowiedzieć się, dlaczego tak postąpił. Aczkolwiek mam wrażenie, że ten notes miał na to wpływ. - Przeniósł wzrok na "rewolwerowca" i kontynuował: - Potraktował mnie pan, kapitanie, jak groźnego przestępcę. Dlaczego?

Jego kolega splótł ręce i położył je na stoliku.

- Było to zapewne niepotrzebne, jednak spotykaliśmy się z różnymi przypadkami - wyjaśnił. Od razu przeszedł do kolejnego pytania: - Dlaczego tego notesu od razu nie przekazał pan dowództwu?

- Nie pamiętam tego dokładnie, ale Peter, to jest sierżant...

- Były sierżant - wtrącił rozmówca.

- ...Novak - kontynuował Moss - był nim zaintrygowany, zwłaszcza etruskimi, czy sumerskimi zapiskami i poprosił mnie o jeden dzień na ich przepisanie.

- Naiwne - skomentował kąśliwie cywil.

- Może dla pana, ale po wyczerpujących akcjach czy patrolach człowiek szuka odskoczni - odciął się major.

- Mnie to nie przekonuje - poparł cywila starszy kontrwywiadowca. - Zbyt dużo wysiłku włożyłeś, Moss, w tłumaczenia i poszukiwania, aby można uznać to za normalne. Po drugie... - zerknął na cywila - mamy uzasadnione podejrzenia, że współpracujesz z obcym wywiadem.

- Co?! - wykrzyknął Victor. - Chyba oszaleliście! - parsknął, niedowierzając.

Przyglądający się im generał sięgnął po słuchawkę, wezwał do wejścia adiutanta z Persem.

- Proszę się nie odzywać. - Wskazujący palec starszego kontr­wywiadowcy wzmacniał przekaz polecenia skierowanego do komandosa.

Gdy adiutant i Irańczyk stanęli ponownie przed przesłuchującymi, zapadła cisza, którą przerwał dopiero generał.

- Kto cię przygotowywał do zeznania?

- Nikt. Siedzący tu kapitan przyleciał ze mną z Iranu, aby świadczyć w ważnej sprawie.

- To skąd wiesz, co robił major w Nowym Jorku?

Pers przez moment milczał, a potem wyjawił, że podsłuchał rozmowę telefoniczną kapitana. Mówiąc to, nie patrzył na generała, tylko na młodszego kontrwywiadowcę, jakby sprawdzał, czy znajdzie u niego poparcie. Najwyższy stopniem od razu zagadnął o to kapitana i ten bez wahania potwierdził taką możliwość. Prowadzący zadał Persowi jeszcze kilka pytań na temat samej kradzieży oraz dalszych losów notesu, ale Rahman najwyraźniej nie miał zapału do zwierzeń, zasłaniał się niepamięcią. Cywil usiadł i coś odnotował. Obaj wojskowi, prawie szepcąc, nerwowo wymieniali ze sobą zdania. Po wyprowadzeniu Persa generał oddał głos kontrwywiadowi. Ponad godzinne maglowanie majora nie wniosło niczego nowego. Oddalenie zarzutu kolaboracji zdawało się jedynie kwestią czasu. Victor jednak wciąż nie był pewien dalszego przebiegu sprawy i jawnych intencji wojskowych służb specjalnych. Na koniec powracający sekretarz generała usłyszał w progu:

- Proszę zaprowadzić pana majora do jego pokoju. A pana, panie Moss, proszę o pozostanie w nim.

- Czy to jest areszt?

- Proszę tego tak nie traktować. Muszę jeszcze coś wyjaśnić - uspokajał.

Kiedy wychodzili, Victor słyszał, jak generał wyładowuje swoją irytację.

Jeszcze tego samego dnia dowódca zawiesił dalsze dochodzenie, a nazajutrz ostatecznie je zamknął po otrzymaniu pilnego raportu służb specjalnych. Całą sprawę potraktował jako nieporozumienie. Pod koniec drugiego dnia generał przyszedł do pokoju Victora, który cały ten czas spędził na rozmyślaniach.

- Majorze, czy możemy zapomnieć o całej tej sprawie? Chcę pana osobiście przeprosić za to, co się tutaj stało, ale ten kontrwywiad i... Wilson... to znaczy wicekonsul... byli bardzo przekonywający. Nie wiem, komu się pan tak naraził, ale chcę, żeby było jas­ne, że nie miałem z tym nic wspólnego.

Victor przyjął to oświadczenie w milczeniu. Miał do niego żal o to, że nie wysłuchał go wcześniej, tylko przyjął od początku bezkrytyczne stanowisko tamtych.

Generał, widząc reakcję Mossa, zamilkł. Obserwował swe splecione palce, które wyginał przez chwilę w różne strony. Nabrał głębokiego wdechu i łagodnie zakomunikował:

- Leci pan dziś w nocy do Stanów.

- Jestem odsyłany? Są jakieś zastrzeżenia do mojej służby?

- Nie. Proszę przyjąć to jako nagrodę.

- Pomimo wszystko coraz mniej zrozumiałe są dla mnie rozkazy dowództwa. Przecież miałem pokierować ochroną pana generała.

- Wszyscy się starzejemy. - Przełożony poklepał go przyjacielsko po ramieniu. - Spotkanie NATO zostało przeniesione do Holandii. Odbędzie się dopiero za dwa tygodnie. - I dodał: - Szkoda waszego czasu. Ktoś z naszej bazy w Niemczech zajmie się tym.

- Czy to wszystko, generale? - Victor odetchnął.

- Jeszcze nie.

Przełożony sięgnął do kieszeni i wyciągnął notes. Przez ciało Victora przeszedł dreszcz.

- Czy to nie ten notes panu skradziono?

- Tak. To ten.

- Zatem jest znowu twój. - Mówiąc to, generał wręczył mu notatnik i podał rękę. - Aha! Jeszcze jedno - rzekł. - Przesyłka z Krakowa była otwierana.

- Nie była - odparł pewny swego major.

Dowódca spoważniał, obserwując podkomendnego.

- Tak zameldował nam Wilson.

- Skoro tak, to dlaczego wręcza mi pan ten notes?

- Bo mam nosa do ludzi. Powodzenia.

Klepnął majora w ramię, po czym zostawił go samego. Moss odprowadził generała wzrokiem do drzwi. Poczuł lepkość palców. Przekartkował notes, upewniając się, że jest tym samym, który ukradł Rahman, i rzucił go z ciężkim sercem na stolik. Wybiegł za generałem, jednak według adiutanta zdążył on już wyjechać na jakieś ważne spotkanie. Pytanie o Novaka pozostało więc tylko w jego głowie.

Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej książki nie może być reprodukowana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób bez pisemnej zgody wydawcy.

Projekt okładki i stron tytułowych

Mariusz Banachowicz

Redakcja

Maria Brzyska / wschod-studio.pl

Korekta

Mateusz Tutka / wschod-studio.pl

Skład i łamanie

Krzysztof Abramowski / wschod-studio.pl

Grafiki na początkach rozdziałów

Mateusz Kaczoruk / wschod-studio.pl

Zdjęcie na okładce

? De Visu/Shutterstock

Niniejsza powieść to fikcja literacka. Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń rzeczywistych jest w tej książce niezamierzone i przypadkowe.

Wydanie I, Katowice 2017

Wydawnictwo Szara Godzina s.c.

biuro@szaragodzina.pl

www.szaragodzina.pl

Dystrybucja: DICTUM Sp. z o.o.

ul. Kabaretowa 21, 01-942 Warszawa

tel. 22 663 98 13, fax 22 663 98 12

dystrybucja@dictum.pl

www.dictum.pl

? Copyright by Wydawnictwo Szara Godzina, Katowice 2017

tekst ? Copyright by Marian Andrzej Nocoń

ISBN 978-83-65684-61-5

Łatwiej jest znaleźć strumień aniżeli jego źródło.

Książkę dedykuję Krystynie Gieroskiej

Od Autora

Do napisania tej powieści skłoniła mnie pewna historia. Kilka lat temu na korytarzu miejskiej instytucji poznałem nieprzeciętnego człowieka. Od razu znaleźliśmy wspólny język. Gdy się dowiedział, że wydałem książkę, opowiedział kilka epizodów ze swojego żołnierskiego życia. Utrwalałem je sobie podczas licznych spotkań.

W międzyczasie zapoznałem się z najnowszymi wynikami badań archeologicznych, które mnie zafascynowały.

Obie historie miały wspólne mianowniki. Połączyłem je, dodając szereg innych poznanych faktów i wymyślonych zdarzeń, ale nie oderwanych od rzeczywistości.

Pierwotnie tytułem książki był jedynie Seton. Później pod wpływem kilku zaprzyjaźnionych czytelniczek napisałem kolejne dwie części. W ten sposób powstała trylogia: Artefakt umysłu, Niezabliźniona nić i Zatokowa dewiacja, spięta wspólną historią i bohaterami.

Dlatego nie wszystkie wątki są zakończone czy do końca wyjaśnione w I tomie. Pozostawiłem trochę na później, bez szkody, jak myślę, dla biegu tej powieści.

Jak zawsze starałem się, aby dociekliwość czytającego została zaspokojona. Ale ocena należy do Ciebie.

W tym miejscu dziękuję OIG OPOKA z Pińczowa oraz MILAGO Sp. z o.o. z Chorzowa za pomocny patronat nad książką.

Specjalne podziękowanie składam również Iwonie Kurzeli oraz Ryszardowi Mikołajczykowi za zaangażowanie.

Prolog

Zanim Victor Moss, bo o nim mowa, jako major amerykańskich komandosów wpadł w wir II Wojny w Zatoce Perskiej, doświadczenie zdobywał w licznych misjach specjalnych. Wystarczało mu ono do prowadzenia wojaczki, jednak już nie w zmaganiach z przeciwnościami, jakie wywołało pojawienie się notesu.

Ze swoimi zapisami był on jak artefakt przywołany do rzeczywistości. Pobudzający umysł. Do tego stopnia, że zmienił losy Mossa i wielu ludzi. Zmienił i skonfrontował. Wciągnął swoją łamigłówką, robiąc z twardziela ofiarę.

Victor mógł odnieść wrażenie, wczytując się w niezrozumiałe treści, że ma do czynienia z anagramami. "Seton" to anagram notesu. I podobnie jak długi opatrunek o tej samej nazwie, splata ich historie na o wiele dłużej, niż by chciał tego Victor.

Przesuwając palcem po zapisie klinowym, Moss odrabiał lekcję mezopotamskiej historii ze współczesnym przesłaniem. W ważnym momencie otworzyły się drzwi i oficer dyżurny poprosił go o pójś­cie za sobą. Kiedy Moss wrócił z narady, po notesie nie było śladu, ale znalazły się inne poszlaki, które poprowadziły go ku zmianom. Czy lepszym?