Aresztowanie Ars?ne'a Lupina
Cóż za dziwna podróż! A tak dobrze się zapowiadała! Dla mnie żadna
jeszcze nie zaczęła się pod tak dobrą gwiazdą.
"Provence" jest statkiem szybkim, wygodnym i dowodzonym przez
najuprzejmiejszego z ludzi. Zebrała się tu sama śmietanka towarzyska.
Nawiązujemy znajomości, organizujemy zabawy. Mamy cudowne uczucie,
jakbyśmy byli odcięci od świata, ograniczeni tylko do własnego
towarzystwa, niby na jakiejś nieznanej wyspie, co zmusza nas do
wzajemnego zbliżenia i lepszego poznania się.
I poznajemy się coraz bliżej...
Czy pomyśleliście kiedy, jak niezwykłe jest i ile niespodzianek zawiera
w sobie takie skupienie ludzi, wczoraj jeszcze sobie obcych, którzy
teraz w największej zażyłości mają spędzić razem parę dni między
bezgranicznym niebem a niezmierzonym morzem i wspólnie stawiać czoło
wściekłości oceanu, straszliwym atakom fal i złudnemu spokojowi uśpionej
wody?
W gruncie rzeczy jest to tak, jakby się żyło w tragicznym skrócie samego
życia, z jego burzami i wzlotami, z jego monotonią i urozmaiceniem. I dlatego być może rozkoszujemy się taką podróżą z gorączkowym pośpiechem
i tym intensywniej, że jej kres dostrzegamy, ledwie się zaczęła.
Ale od wielu lat dzieje się coś, co dodaje emocji przejazdom przez
ocean. Mała pływająca wysepka nie jest już odseparowana od świata, od
którego, jak myśleliśmy, zdołaliśmy się uwolnić. Istnieje więź, która
rozluźnia się powoli, stopniowo, na pełnym oceanie i stopniowo też, na
pełnym oceanie, nawiązuje się znowu. Telegraf bez drutu!
Telefon bez drutu! Wezwania z innego świata, skąd nadchodzą wiadomości w najbardziej tajemniczy sposób! Imaginacja nie może już odwoływać się do
drutów, po których płyną niewidzialne wieści. Tajemnica jest jeszcze
bardziej niezbadana, a także bardziej poetycka. W eterze musimy szukać
wyjaśnienia tego nowego cudu.
Tak więc przez pierwsze godziny czuliśmy, że idzie za nami, towarzyszy
nam, a nawet wyprzedza odległy głos, który - od czasu do czasu - szepcze
jednemu z nas parę słów przesłanych z daleka. Dwóch przyjaciół coś do
mnie mówiło. Dziesięciu, dwudziestu innych przesyłało nam wszystkim
poprzez bezmiar przestrzeni pożegnania zabarwione smutkiem lub
uśmiechem.
Otóż drugiego dnia podróży, o pięćset mil od brzegów Francji, w burzliwe
popołudnie odebraliśmy radiotelegram o takiej treści:
"Ars?ne Lupin na waszym pokładzie w pierwszej klasie. Blondyn, świeża
rana na prawym przedramieniu, jedzie sam, pod nazwiskiem R...".
W tej chwili grom z pochmurnego nieba wstrząsnął powietrzem. Burza
przerwała odbiór. Depesza na tym się urwała. Z nazwiska, pod którym
ukrywał się Ars?ne Lupin, znaliśmy tylko pierwszą literę.
Nie wątpię, że gdyby tu chodziło o każdą inną wiadomość,
radiotelegrafiści, kwatermistrz i kapitan pilnie strzegliby tajemnicy.
Ale ta była z tego gatunku wiadomości, które potrafią zerwać
najmocniejsze więzy milczenia. Nie wiadomo jakimi drogami, ale już tego
samego dnia wiedzieliśmy wszyscy na całym statku, że słynny Ars?ne Lupin
ukrywa się między nami.
Ars?ne Lupin między nami! Nieuchwytny włamywacz, którego bohaterskie
czyny od miesięcy nie schodziły ze stron wszystkich dzienników.
Tajemniczy osobnik, z którym stary Ganimard, nasz najlepszy detektyw,
rozpoczął pojedynek na śmierć i życie, pojedynek obfitujący w tyle
malowniczych przygód! Ars?ne Lupin, dżentelmen fantasta, który operował
tylko w starych zamkach i salonach i który, dostawszy się pewnej nocy do
siedziby barona Schormanna, wyszedł z niej z pustymi rękami, zostawiając
po sobie kartkę z tymi słowy:
"Ars?ne Lupin, dżentelmen włamywacz, wróci tu wtedy, kiedy meble będą
prawdziwymi antykami".
Ars?ne Lupin, człowiek o tysiącu twarzy: szofer, tenor operowy,
bookmacher, chłopiec z dobrego domu, młodzieniec lub starzec,
komiwojażer z Marsylii, rosyjski lekarz, hiszpański toreador, wszystko
po kolei!
Proszę się zastanowić: Ars?ne Lupin spacerujący sobie swobodnie na
stosunkowo ograniczonej przestrzeni transatlantyku... Co mówię! Po małym
skraweczku pierwszej klasy, gdzie ludzie spotykają się co chwila w tej
jadalni, w tym salonie i w tej palarni! Ars?ne Lupin to może ten pan...
albo tamten... może mój sąsiad przy stole... towarzysz z kabiny...
- I tak ma jeszcze być przez pięć dni i pięć nocy! - wykrzyknęła
nazajutrz panna Nelly Underdown. - Ależ to nie do zniesienia! Mam
nadzieję, że go niebawem aresztują.
I zwróciła się do mnie:
- Panie Andrézy, pan jest w doskonałych stosunkach z kapitanem. Czy pan
nic nie wie?
Chciałbym coś wiedzieć, by podobać się pannie Nelly. Należała ona do
tych niezwykłych istot, które zawsze i wszędzie od razu zajmują pierwsze
miejsce. Olśniewają urodą i bogactwem. Otacza je świta zapalonych
wielbicieli.
Wychowana w Paryżu przez matkę Francuzkę, Nelly jechała do ojca,
wielkiego bogacza Underdowna z Chicago, a towarzyszyła jej jedna z przyjaciółek, lady Jerland.
Od pierwszej chwili zacząłem przemyśliwać o flircie. Ale w błyskawicznej
intymności, która wiąże się z podróżą na statku, urok panny Nelly
podziałał na mnie za silnie i ilekroć jej wielkie czarne oczy spotkały
się z moimi, czułem się za bardzo podniecony jak na zwykły flirt. Nelly
przychylnie przyjmowała moje hołdy. Śmiała się z moich powiedzonek i z zaciekawieniem słuchała moich anegdot. Ledwie widoczną sympatią
odpowiadała na moje nadskakiwania.
Jedynym rywalem u jej boku, który mnie niepokoił, był dość elegancki,
trzymający się w rezerwie młodzieniec. Parę razy zauważyłem, że nawet
jakby wolała jego dość milkliwy humor od mojego swobodnego,
"nieparyskiego" sposobu bycia.
Młodzieniec ten był w grupce admiratorów panny Nelly, kiedy rzuciła mi
wspomniane pytanie. Siedzieliśmy wygodnie na leżakach na pokładzie.
Niebo przejaśniło się po wczorajszej burzy i pogoda była czarująca.
- Nie wiem nic dokładnego, proszę pani - odpowiedziałem. - Ale czy nie
moglibyśmy na własną rękę przeprowadzić śledztwa równie dobrze, jak to
robi stary Ganimard, osobisty wróg Ars?ne'a Lupina?
- Och, och, mój panie, nie brak panu śmiałości!
- Czemu? Czyż problem jest aż tak skomplikowany?
- Bardzo.
- Zapomina pani, że mamy pewne dane, które pomogą nam w rozwiązaniu
zagadki.
- Jakież to dane?
- Po pierwsze: Ars?ne Lupin przybrał nazwisko na "R"...
- Dosyć wątpliwe ogniwo.
- Po drugie: podróżuje samotnie.
- Jeśli ten szczegół panu wystarczy...!
- Po trzecie: jest blondynem.
- I co z tego?
- A więc dość tylko przejrzeć listę pasażerów i eliminować z niej ludzi
nieodpowiadających tym danym.
Tę listę miałem w kieszeni. Wyjąłem ją i zacząłem przeglądać.
- Widzę przede wszystkim, że mamy tylko trzynaście osób, których
nazwiska zaczynają się na "R" i wobec tego zasługują na naszą uwagę.
- Tylko trzynaście?
- W pierwszej klasie, oczywiście. Z tych trzynastu panów "R" dziewięciu,
jak może się pani przekonać, jedzie w towarzystwie żon, dzieci lub
służby. Pozostaje więc tylko czterech samotnych: markiz de Raverdan...
- Sekretarz ambasady - przerwała mi Nelly. - Znam go.
- Major Rawson...
- To mój wuj - odezwał się czyjś głos.
- Pan Rivolta...
- Obecny! - krzyknął ktoś z naszego towarzystwa, Włoch z kruczoczarną
brodą, która całkowicie zakrywała mu twarz.
Panna Nelly wybuchnęła śmiechem.
- Trudno byłoby nazwać pana blondynem.
- A więc musimy uważać - ciągnąłem - że podejrzanym jest ostatni z listy.
- To znaczy kto?
- To znaczy - pan Rozaine. Czy ktoś zna pana Rozaine'a?
Wszyscy siedzieli cicho, tylko panna Nelly zapytała małomównego
młodzieńca, tego, który budził moją zazdrość stałym przebywaniem u jej
boku:
- Panie Rozaine, dlaczego pan milczy?
Wszyscy spojrzeli na niego. Był blondynem.
Muszę przyznać, że coś mnie ścisnęło w sercu. A pełna zaambarasowania
cisza, która zaciążyła nad nami, wskazywała mi, że i reszta towarzystwa
doznała podobnego wstrząsu. Było to absurdalne uczucie, bo w zachowaniu
tego młodego człowieka nie było nic podejrzanego.
- Dlaczego milczę? - odpowiedział. - Dlatego, że ze względu na moje
nazwisko, samotność w podróży i kolor włosów przeprowadziłem podobne
badanie i doszedłem do analogicznego wniosku. Uważam, że trzeba mnie
aresztować.
Mówił to z dziwną miną. Jego usta, wąskie jak dwie nieporuszone kreski,
zacisnęły się jeszcze mocniej i pobladły.
Czerwone żyłki wystąpiły mu na białkach oczu.
Niewątpliwie żartował. A jednak fascynowała nas jego twarz i zachowanie.
Panna Nelly zapytała naiwnie:
- Ale pan nie ma rany?
- Racja - odparł. - Brakuje rany.
Nerwowym ruchem podciągnął mankiet koszuli i obnażył przedramię. I natychmiast coś mnie uderzyło. Zamieniłem spojrzenie z Nelly. Rozaine
obnażył lewą rękę.
Już, już chciałem to powiedzieć całkiem szczerze, kiedy nowe wydarzenie
skierowało naszą uwagę w inną stronę. Lady Jerland, przyjaciółka Nelly,
biegła do nas.
Była wzburzona. Skupiliśmy się przy niej; dopiero po chwili z wielkim
wysiłkiem zdołała wykrztusić:
- Moje kosztowności, moje perły...! Skradziono wszystkie...!
Nie, nie wszystkie, jak dowiedzieliśmy się potem. Rzecz znacznie
ciekawsza: wybrano tylko te lepsze!
Z brylantowej gwiazdy, z rubinowego medalionu, z połamanych naszyjników
i bransoletek wyłuskano wcale nie największe, ale najładniejsze,
najcenniejsze kamienie, te - można by powiedzieć - które miały
największą wartość, a zabierały najmniej miejsca. Oprawy poniewierały
się na stole. Widziałem je, widzieliśmy je wszyscy, pozbawione swych
bezcennych klejnotów - jak kwiaty, z których powyrywano płatki barwne i lśniące.
Ażeby tego dokonać, trzeba było w czasie, kiedy pani Jerland piła
herbatę, w biały dzień i w ludnym korytarzu włamać się do jej kabiny,
odnaleźć mały woreczek z rozmysłem ukryty na dnie pudła z kapeluszami,
otworzyć go i wyszukać najkosztowniejsze kamienie.
Kiedy kradzież wyszła na jaw, wszyscy pasażerowie byli tego samego
zdania: to Ars?ne Lupin. I rzeczywiście to była jego metoda -
tajemnicza, zagadkowa, niepojęta i logiczna zarazem, bo trudno było
ukryć całą masę kosztowności. O wiele mniej kłopotu sprawiały same
kamienie, niepowiązane ze sobą perły, szafiry, szmaragdy.
A przy obiedzie zobaczyliśmy, że dwa miejsca po obu stronach Rozaine'a zostały wolne. Wieczorem zaś dowiedzieliśmy się, że kapitan wezwał go do
siebie.
Jego aresztowanie, w które nikt już nie wątpił, odprężyło atmosferę.
Nareszcie oddychaliśmy spokojnie. Tego wieczoru grano w różne gry i tańczono. Zwłaszcza panna Nelly zdradzała beztroską wesołość, z czego
wnioskowałem, że jeżeli nawet zaloty Rozaine'a podobały się jej z początku, łatwo o nich zapomniała. Jej wdzięk podbił mnie do reszty.
Koło północy, przy jasnym blasku księżyca zapewniłem ją o moim
przywiązaniu do niej ze wzruszeniem, które nawet zdawało jej się
podobać.
Ale nazajutrz ku ogólnemu zdziwieniu dowiedziano się, że z braku
dostatecznych dowodów zwolniono Rozaine'a.
Był on synem bogatego kupca z Bordeaux i wylegitymował się papierami,
które nie budziły najmniejszej wątpliwości. Poza tym nie miał nawet
śladu świeżej rany na rękach.
- Papiery, metryki! - oburzali się przeciwnicy Rozaine'a. - Ars?ne Lupin
dostarczy wam ich tyle, ile tylko dusza zapragnie! A blizna... może wcale
jej nie miał albo zatarł jej ślad!
Odpowiadano im na to, że w czasie kradzieży Rozaine - jak zostało
dowiedzione - spacerował po pokładzie. Na co mówili:
- Czy człowiek tego pokroju, co Ars?ne Lupin, musi koniecznie asystować
przy swoich kradzieżach?
Ale poza innymi względami był pewien argument, na który nawet najwięksi
sceptycy nie znajdowali żadnego kontrargumentu: kto, oprócz Rozaine'a,
podróżował samotnie? Kto jeszcze był blondynem i nosił nazwisko
zaczynające się na literę "R"? O kim mówiła depesza, jeśli nie o Rozainie?
Toteż kiedy na parę minut przed obiadem Rozaine śmiało podszedł do
naszej grupy, panna Nelly i pani Jerland wstały i odeszły. Niewątpliwie
zrobiły tak z niekłamanego strachu.
W godzinę potem marynarze, służba i pasażerowie wszystkich klas podawali
sobie z rąk do rąk odręczne ogłoszenie tej treści: "Louis Rozaine
obiecuje dziesięć tysięcy franków nagrody temu, kto zdemaskuje Ars?ne'a Lupina albo wskaże osobę, u której ukryto skradzione kamienie.
- A jeśli nikt mi nie pomoże w walce z tym bandytą - oświadczył Rozaine
kapitanowi - sam się z nim rozprawię.
Rozaine przeciw Ars?ne'owi Lupinowi albo raczej - jak ludzie mówili:
Ars?ne Lupin przeciw Ars?ne'owi Lupinowi. Ciekawie zapowiadała się ta
walka!
Trwała dwa dni.
Widziano Rozaine'a myszkującego wszędzie. Kręcił się wśród służby,
rozpytywał, szukał. W nocy widywano jego cień snujący się po statku.
Kapitan ze swojej strony rozwinął jak najbardziej ożywioną działalność.
Przetrząsano "Provence" od góry do dołu, nie opuszczano żadnego zakątka.
Rewidowano wszystkie kabiny bez wyjątku, pod bardzo słusznym pretekstem,
że klejnoty mogą być ukryte wszędzie, tylko nie w kabinie podejrzanego.
- Wykryją coś wreszcie, prawda? - zapytała mnie panna Nelly. - Choć jest
prawdziwym czarodziejem, nie dokona tego, żeby perły i brylanty stały
się niewidzialne.
- Dokona - odpowiedziałem. - Bo żeby je zobaczyć, trzeba by popruć
podszewki naszych kapeluszy, naszych marynarek i wszystko, co mamy na
sobie.
I pokazując jej mego kodaka 9x12, którym fotografowałem ją przy każdej
sposobności i w różnych pozach, mówiłem dalej:
- Czy pani nie sądzi, że w aparacie nie większym od tego znajdzie się
dość miejsca na wszystkie kosztowne kamienie pani Jerland? Człowiek
udaje, że fotografuje, i nikt go nie podejrzewa.
- Jednak słyszałam, że nie ma złodzieja, który by nie zostawił jakiegoś
śladu po sobie.
- Jest jeden: Ars?ne Lupin.
- A dlaczego?
- Dlaczego? Bo on myśli o wszystkim, co mogłoby go zdradzić, nie tylko o samej kradzieży.
- Na początku miał pan więcej wiary.
- Ale później zobaczyłem Ars?ne'a Lupina przy pracy.
- Więc co pan myśli?
- Myślę, że tylko daremnie traci się czas.
I rzeczywiście poszukiwania nie przyniosły żadnych rezultatów, a te,
które z nich wynikły, nie odpowiadały wysiłkom: kapitanowi skradziono
zegarek.
Rozgniewany kapitan wpadł w jeszcze większy zapał i jeszcze baczniejszą
uwagę zwrócił na Rozaine'a, z którym odbył parę dodatkowych rozmów. Ale
nazajutrz - co za wspaniała ironia! - znaleziono zegarek kapitana między
przypinanymi kołnierzykami pierwszego oficera.
To wszystko graniczyło niemal z cudem i zdradzało humorystyczne zacięcie
Ars?ne'a Lupina, wprawdzie włamywacza, ale i amatora jednocześnie.
Działał on z powołania i kierował się zamiłowaniem - to pewne - ale
także i poczuciem humoru. Przypominał kogoś, kto wspaniale bawi się
figlem, który spłatał, i śmieje się do rozpuku za kulisami ze swych
kawałów i sytuacji, które wymyślił i stworzył.
Stanowczo Ars?ne Lupin był swojego rodzaju artystą, toteż patrząc na
Rozaine'a, posępnego i upartego, i myśląc o podwójnej roli, jaką ten
interesujący jegomość niewątpliwie odgrywa, nie mogłem mówić o nim bez
pewnego rodzaju uznania.
Przedostatniej nocy oficer wachtowy usłyszał jakiś szmer w najciemniejszym kącie pokładu. Zwabiony tym podszedł bliżej. Ujrzał
leżącego człowieka z głową owiniętą w szary, bardzo gruby szal i z rękami skrępowanymi cienkim, mocnym sznurkiem.
Rozwiązano biedaka, podniesiono i udzielono mu pierwszej pomocy. Był to
Rozaine.
Był to Rozaine, którego napadnięto podczas jego poszukiwań, powalono i obrabowano. Na bilecie wizytowym, przypiętym szpilkami do jego ubrania,
widniały słowa: "Ars?ne Lupin z podziękowaniem przyjmuje dziesięć
tysięcy franków pana Rozaine'a". W istocie, w zrabowanym portfelu było
dwadzieścia banknotów po tysiąc franków.
Oczywiście biedaka Rozaine'a posądzono o symulowany napad na samego
siebie. Ale pomijając już to, że nie mógłby sam związać się w podobny
sposób, ustalono, że charakter pisma na bilecie wizytowym zupełnie
różnił się od pisma Rozaine'a, a za to łudząco przypominał pismo
Ars?ne'a Lupina, tak jak je reprodukowała jakaś stara gazeta, znaleziona
na statku.
A więc Rozaine nie był Ars?ne'em Lupinem. Rozaine był Rozaine'em, synem
bogatego kupca z Bordeaux! A obecność Ars?ne'a Lupina na statku
potwierdziła się raz jeszcze, i to w jakim zadziwiającym czynie!
Blady strach padł na wszystkich. Ludzie bali się zostawać samotnie w swych kabinach, a jeszcze bardziej - zapuszczać się pojedynczo do
odległych części statku. Przez ostrożność zbierali się tylko w zupełnie
pewnych siebie grupkach. I co więcej - podejrzliwość dzieliła
najbardziej zażyłe towarzystwa. Niebezpieczeństwo nie zagrażało teraz ze
strony jakiegoś określonego osobnika i nie sprowadzało się do tych
samych groźnych metod. Każdy... absolutnie każdy mógł odtąd być Ars?ne'em
Lupinem. Nasza podniecona wyobraźnia nadawała mu bezgraniczną i cudowną
moc. Przypisywaliśmy mu zdolność przybrania najbardziej niespodziewanej
postaci: mógł być kolejno szanownym majorem Rawsonem albo szlachetnym
markizem de Raverdanem, albo nawet - przestaliśmy już bowiem wierzyć w obciążającą początkową literę nazwiska - tym lub tym panem, o którym
wszyscy wiedzieli, że podróżuje w towarzystwie żony, dzieci lub służby.
Pierwsze radiodepesze nie przyniosły żadnej nowej wiadomości.
Przynajmniej kapitan nic nam nie powiedział, a takie milczenie wcale nie
dodawało otuchy.
Ostatni dzień podróży ciągnął się w nieskończoność. Żyliśmy w niespokojnym oczekiwaniu nieszczęścia. Teraz nie będzie to już kradzież
czy zwykły napad, będzie to zbrodnia, morderstwo. Nikt nie wierzył, że
Ars?ne Lupin poprzestanie na tych dwóch drobnych rabunkach. Wobec
zupełnej bezsilności władz był absolutnym panem statku i mógł robić
wszystko, co chciał. Dysponował majątkiem i życiem ludzi.
Dla mnie były to najcudowniejsze godziny, bo im zawdzięczam zaufanie
okazywane mi przez Nelly. Pod wpływem tylu niezwykłych wydarzeń, z natury wrażliwa, bezwiednie szukała we mnie oparcia i obrony, a ja byłem
szczęśliwy, że mogę jej to dać.
W głębi duszy błogosławiłem Ars?ne'a Lupina. Czy to nie on nas zbliżył?
Czy to nie jemu zawdzięczałem prawo snucia najpiękniejszych marzeń?
Marzeń o miłości i marzeń bardziej realnych, przyznajmy otwarcie. Ród
Andrezy jest starym rodem z Poitou, ale złoto na jego tarczy herbowej
już trochę wyblakło; uważałem więc, że chęć przywrócenia nazwisku
utraconego blasku nie przynosi ujmy szlachcicowi.
Czułem, że te moje marzenia wcale nie oburzają Nelly. Jej roześmiane
oczy upoważniały mnie do nich, a słodycz głosu rokowała nadzieję.
Aż do ostatniej chwili staliśmy koło siebie, ramię przy ramieniu, oparci
łokciami o nadburcie, gdy brzegi Ameryki wyłaniały się przed nami.
Na statku przerwano już śledztwo. Czekano. Od pasażerów pierwszej klasy
począwszy, aż do międzypokładu, gdzie mrowili się emigranci, czekano na
tę najwyższą chwilę napięcia, kiedy wreszcie zostanie wyjaśniona
nierozwiązana dotąd zagadka. Kto jest Ars?ne'em Lupinem? Pod jakim
nazwiskiem, pod czyją postacią ukrywa się słynny Ars?ne Lupin?
I wreszcie nadeszła ta chwila największego napięcia. Gdybym nawet żył
sto lat, nie zapomnę z niej najmniejszego szczególiku.
- Jaka pani jest blada - powiedziałem do Nelly, która oparła się na mym
ramieniu bliska omdlenia.
- A pan! - odparła. - Ach, jakież wzruszenie zdradza pańska mina!
- Niech pani pomyśli...! To pasjonująca chwila. I jestem taki szczęśliwy,
że mogę ją przeżyć przy pani. Wydaje mi się, że nigdy pani nie zapomnę.
Nie słuchała mnie. Podniecona, rozgorączkowana oddychała z trudem.
Opuszczono schodnie. Ale nim pozwolono nam zejść na brzeg, na statek
weszli celnicy, ludzie w mundurach, urzędnicy pocztowi.
Nelly wyjąkała:
- Jeśli się przekonają, że Ars?ne Lupin uciekł w czasie drogi, wcale się
nie zdziwię.
- Może wolał śmierć od hańby i skoczył w wody Atlantyku, byle nie dać
się aresztować.
- Niech pan nie żartuje - powiedziała rozdrażniona.
Nagle zadrżałem, a gdy mnie zapytała o przyczynę, odpowiedziałem:
- Czy pani widzi tego małego starszego pana stojącego przy zejściu ze
schodni...
- Tego z parasolem i w oliwkowozielonym płaszczu?
- To Ganimard.
- Ganimard?
- Tak, słynny detektyw. Ten, który przysiągł, że osobiście aresztuje
Ars?ne'a Lupina. Ach, teraz rozumiem, czemu nie mieliśmy informacji z tej strony oceanu. Ganimard tam był. Nie lubi, gdy się ktoś wtrąca do
jego spraw.
- A zatem Ars?ne'a Lupina już teraz na pewno złapią?
- Kto wie? Zdaje się, że Ganimard nigdy nie widział go bez przebrania i nieucharakteryzowanego i jeżeli nie zna nazwiska, pod którym się teraz
Lupin ukrywa...
- Ach! - powiedziała na to z trochę okrutną kobiecą ciekawością. -
Gdybym mogła asystować przy jego aresztowaniu!
- Czekajmy cierpliwie. Ars?ne Lupin na pewno już dostrzegł swego wroga.
Będzie wolał zejść między ostatnimi pasażerami, kiedy oko starego już
się zmęczy.
Zaczęto schodzić na ląd. Ganimard, wsparty na parasolu z obojętną miną,
zdawał się nie zwracać uwagi na tłum cisnący się między dwiema
poręczami. Zauważyłem, że jeden z oficerów załogi stał za nim i coś mu
mówił od czasu do czasu.
Kolejno przedefilowali przed Ganimardem markiz de Raverdan, major
Rawson, Włoch Rivolta i inni, wielu innych... Zauważyłem, że teraz zbliża
się Rozaine.
Biedny Rozaine! Jeszcze nie odzyskał sił po swych przykrych przygodach!
- A może to jednak on - powiedziała Nelly. - Jak się panu zdaje?
- Mnie się zdaje, że zdjęcie Ganimarda i Rozaine'a obok siebie byłoby
bardzo ciekawe. Może pani weźmie mój aparat, bo jestem taki obładowany.
Podałem jej aparat, ale już było za późno na zdjęcie. Rozaine schodził
na brzeg, oficer pochylił się nad uchem Ganimarda, ale ten tylko lekko
wzruszył ramionami i Rozaine przeszedł.
- A więc któż, u Boga, jest Ars?ne'em Lupinem?
- Tak - głośno powiedziała Nelly. - Któż nim jest?
Na pokładzie zostało już najwyżej dwadzieścia osób. Nelly przyglądała
się im po kolei, zdjęta niejasną obawą, że może któryś z nich jest
właśnie nim.
- Nie możemy już dłużej czekać - powiedziałem do niej.
Ruszyła przodem. Poszedłem za nią. Ale nie przeszliśmy nawet dziesięciu
kroków, kiedy Ganimard zagrodził nam drogę.
- O co chodzi?! - wykrzyknąłem.
- Chwileczkę, mój panie, czego się pan tak spieszy?
- Towarzyszę tej pani.
- Chwileczkę - powtórzył z większym już naciskiem. Przyjrzał mi się
uważnie, a potem powiedział, patrząc mi w oczy: - Ars?ne Lupin, prawda?
Roześmiałem się.
- Nie. Tylko Bernard d'Andrezy.
- Bernard d'Andrezy umarł trzy lata temu w Macedonii.
- Gdyby Bernard d'Andrezy umarł, byłbym duchem. A przecież nim nie
jestem. Oto moje papiery.
- To są papiery zmarłego. Będę miał przyjemność wytłumaczyć panu, w jaki
sposób pan je zdobył.
- Ależ pan zwariował! Ars?ne Lupin wsiadł na statek pod nazwiskiem
zaczynającym się na literę "R".
- Tak. To jeszcze jedna z pańskich sztuczek. Fałszywy ślad, na który pan
ich wszystkich naprowadził tam na statku. Spryciarz z pana, mój drogi
panie. Ale tym razem fortuna się odwróciła. Chodź, Lupin, pokaż klasę.
Zawahałem się chwilę. Ganimard gwałtownym ruchem schwycił mnie za prawe
ramię. Krzyknąłem z bólu. Uraził mnie w ledwie zabliźnioną ranę, o której wspominała depesza.
Trzeba było się poddać. Odwróciłem się ku Nelly. Słuchała, chwiejąc się
na nogach, trupio blada.
Nasze spojrzenia się spotkały. Potem Nelly opuściła wzrok na kodaka,
którego jej oddałem. Zrobiła raptowny ruch i zdawało mi się... miałem
pewność, że nagle zrozumiała. Tak, to tam, między wąskimi ściankami
oklejonymi czarną skórą, w tym małym przedmiocie, który przezornie jej
powierzyłem, zanim Ganimard mnie aresztował, leżało dwadzieścia tysięcy
Rozaine'a, perły i brylanty lady Jerland.
Ach! Przysięgam, że w tej poważnej chwili, kiedy obstąpili mnie Ganimard
i jego dwaj pomocnicy, wszystko było mi obojętne - i moje aresztowanie,
i wrogość tłumu - wszystko oprócz jednego: oprócz tego, co zrobi Nelly z depozytem, który jej powierzyłem.
Nawet przez chwilę nie bałem się, że policja może zdobyć te dowody
rzeczowe i dla mnie fatalne, ale chodziło mi o to, czy Nelly zdecyduje
się im je dostarczyć!
Czy mnie zdradzi? Czy mnie zgubi? Czy postąpi jak nieubłagany wróg, czy
jak kobieta, która pamięta i u której pobłażanie i bezwiedna sympatia
złagodzą uczucie pogardy?
Nelly przeszła obok mnie. W milczeniu skłoniłem się jej głęboko. W tłumie innych podróżnych poszła w stronę trapu z moim kodakiem w ręku.
Pewnie nie odważy się na oczach wszystkich - myślałem. - Odda go za
godzinę, za chwilę.
Ale już na środku schodni z rozmyślną niezręcznością upuściła aparat w wodę między burtę statku i kamienne nabrzeże.
A później zobaczyłem, jak odchodzi.
Jej ładna sylwetka ginęła w tłumie i znów mi się ukazywała, by znowu
zginąć. Skończyło się, skończyło na zawsze.
Chwilę stałem nieruchomo, smutny i zarazem przejęty słodkim wzruszeniem.
Potem westchnąłem, co bardzo zdziwiło Ganimarda.
Jaka szkoda, mimo wszystko, że nie jestem uczciwym człowiekiem...
Taką to historię swego aresztowania opowiedział mi Ars?ne Lupin pewnego
zimowego wieczoru. Przypadek, o którym kiedyś opowiem, połączył nas
serdecznymi więzami... czy mam powiedzieć - przyjaźni? Tak, pozwalam sobie
sądzić, że Ars?ne Lupin zaszczyca mnie odrobiną przyjaźni i z przyjaźni
przychodzi czasem niespodziewanie do mnie, wnosząc w ciszę mego gabinetu
młodzieńczą wesołość, żar namiętnego życia i wspaniały humor człowieka,
dla którego przeznaczenie ma same uśmiechy i łaski.
Jego wygląd? Jakże go opiszę? Widziałem Ars?ne'a Lupina dwadzieścia
razy, i dwadzieścia razy był zupełnie inną istotą... a raczej taką samą,
tylko jakby zmienioną przez odbicie w dwudziestu lustrach. A każde z tych odbić miało jego charakterystyczne oczy i postać, jemu tylko
właściwe ruchy, jego sylwetkę i usposobienie.
- Sam nie wiem - powiedział mi - sam już nie wiem, jaki jestem. Nie
poznaję się w lustrze.
Wyskok, oczywiście, i paradoks, ale prawda dla tych, którzy go spotykają
i którzy lekceważą sobie jego niewyczerpane możliwości, jego cierpliwość
i sztukę charakteryzacji, cudowną zdolność przeistaczania się posuniętą
aż do zmiany twarzy i nawet proporcji rysów.
- Po co - powiedział jeszcze - miałbym zachowywać określony wygląd?
Czemu nie miałbym uniknąć niebezpieczeństwa ukazywania się zawsze w tej
samej postaci? Moje czyny i tak charakteryzują mnie dostatecznie. - I dodał z pewną dumą w głosie: - Jeśli nikt nie może powiedzieć z całą
pewnością: oto Ars?ne Lupin, tym lepiej. Najważniejsze jest, by mówiono
bez obawy popełnienia omyłki: to zrobił Ars?ne Lupin.
Oto parę jego czynów, parę przygód. Próbuję je opowiedzieć według jego
własnych zwierzeń, którymi łaskawie zechciał mnie zaszczycić w czasie
paru zimowych wieczorów, w ciszy mego gabinetu...