Rozdział 1
Alex
Stałem przed lustrem w garderobie, w moim londyńskim apartamencie, poprawiając - i tak już profesjonalnie zawiązany - krawat, kiedy zadzwonił telefon. Rzuciłem okiem na wyświetlacz i westchnąłem, widząc nazwę kontaktu. Matka. Znaczyło to, że czytała już poranną prasę.
- Tak, mamo? - Odebrałem na głośnomówiącym i poprawiłem idealnie zaczesane przed chwilą blond włosy.
- Alexandrze, musimy porozmawiać - rzuciła standardowy tekst, którym raczyła mnie praktycznie co poniedziałek od dobrych kilku lat, kiedy to przeróżne portale rozpisywały się o weekendowych baletach Alexandra Richarda Harrisa, przyszłego prezesa najbardziej prestiżowej kancelarii adwokackiej w południowo-wschodniej Anglii. Czyli o moich.
- To musi poczekać, mamo - odparłem, dalej przeglądając się w lustrze i wygładzając garnitur. - Spieszę się do pracy.
- Tak dalej być nie może - ciągnęła swoją standardową tyradę oburzonym tonem.
Że też jej się to jeszcze nie znudziło. Ja już od dawna miałem na to wywalone. Nawet nie wchodziłem w te bzdurne, podrzędne artykuły.
- Porozmawiamy po południu, dobrze? - zapytałem spokojnie, czym zapewne jeszcze bardziej wytrąciłem ją z równowagi.
Poprawiłem mankiety koszuli.
- Alexandrze! - zagrzmiała.
- Tymczasem, mamo - pożegnałem się oschle i zakończyłem połączenie.
Jeszcze raz omiotłem szybkim spojrzeniem swoją sylwetkę w lustrze, schowałem telefon do kieszeni, chwyciłem za aktówkę i wyszedłem z apartamentu.
Po niespełna kwadransie parkowałem Demona, jak zwykłem nazywać swojego czarnego astona martina, na podziemnym parkingu biurowca, w którym dwa ostatnie piętra zajmowała kancelaria mojego ojca. Kiedy wsiadłem do windy, zauważyłem, że i on zmierza już w tym kierunku. Przytrzymałem mu drzwi. Często się tak spotkaliśmy, więc nawet mnie to nie zdziwiło. Niespodziewanym natomiast był widok mojej matki, biegnącej tuż za nim. Aż musiałem zamrugać.
- Alexandrze - zagrzmiała, wbiegając do środka.
- Matko - odpowiedziałem jej spokojnie i skinąłem kurtuazyjnie głową na powitanie.
Ojcu również, na co ten tylko odchrząknął nerwowo, ale odpowiedział tym samym.
- Musimy porozmawiać. - Matka wyglądała na bardziej wzburzoną niż zazwyczaj.
W zasadzie to sam fakt, że mimo tak wczesnej - jak dla niej - pory, była już w pełnej krasie, i to w tym miejscu, był bardzo zaskakujący.
Owszem, zdarzało jej się wpadać do firmy ojca, ale nigdy przed ósmą rano.
Poczułem, że chyba będę mieć przechlapane. Chociaż z drugiej strony co niby mogła mi zrobić poza standardową pogadanką w groźnym tonie? Miałem dwadzieścia osiem lat i byłem legalnie zatrudniony w firmie ojca. Chyba nie zamierzali zabrać mi moich dwudziestu pięciu procent udziałów? Z mieszkania raczej też by mnie nie wyrzucili, bo tylko ja widniałem w akcie notarialnym, choć to oni dali mi je w prezencie. Niby nie było czego się bać, a jednak z jakiegoś powodu czułem zimny, nieprzyjemny pot na karku.
- Alexandrze! - Matka zrobiła kolejne podejście.
- Nie tutaj - warknął ojciec. - Alex - zwrócił się do mnie - za dziesięć minut w moim gabinecie - rzekł tonem nieznoszącym sprzeciwu i gdy tylko winda się zatrzymała, trzymając rękę na dole pleców mamy, opuścił dźwig, kierując się do swojego biura.
Zrobiłem to samo, tylko ja odbiłem na lewo, do swojego gabinetu.
Dobrze wiedziałem, dlaczego to zrobił, dlaczego nie mogłem pójść od razu z nimi. Pozory. Już sama obecność matki w kancelarii tak wcześnie na pewno wzbudziła plotki, a nie daj Boże, żeby na monitoringu z korytarza uchwycono, jak wchodzimy do biura ojca razem. Na pewno wszyscy by spekulowali, co mogło się stać. Firma upada, ktoś umarł, za chwilę uderzy meteoryt. Mnie od dawna zwisało, co obcy o mnie mówią czy wypisują. Rodzicom, a w szczególności matce - nie.
Wszedłem więc do siebie, zdjąłem marynarkę i odwiesiłem ją na oparciu krzesła. Włączyłem laptop, wyjąłem akta spraw na dzisiaj, odczekałem kilka minut i opuściłem swoje biuro. Po chwili zapukałem do drzwi na drugim końcu holu.
Kiedy wszedłem, od razu poczułem na skórze chłodne spojrzenie ojca i nieme gromy ciskane oczami matki. Oboje stali ramię w ramię za biurkiem taty.
- Siadaj. - Ojciec stanowczo wskazał jedno z krzeseł dla swoich petentów.
Usiadłem.
- Rozumiem, że znowu jakiś pismak obsmarował mnie mało korzystnie? - zapytałem luźno.
- Tydzień temu mówiłem ci, że przez twoje ekscesy akcje naszej firmy spadają.
- A ja ci mówiłem, że mój czas wolny to moja prywatna sprawa.
- Nie do końca. Jesteś tak jakby osobą publiczną, a twoje zachowanie sprawia, że ludzie przestają ufać kancelarii. Uważają, że tak jak zachowujesz się wieczorami czy w weekendy, tak samo będziesz reprezentował ich za dnia. Czyli zbyt beztrosko.
- Delikatnie mówiąc - dodała mamuśka.
- Nie moja wina, że pismaki łażą za mną w czasie wolnym. Widać to, co dzieje się na sali sądowej, jest dla nich zbyt nudne. A przecież potrafię oddzielić życie prywatne od pracy! - oburzyłem się. - Żadnego klienta nie zaniedbałem. - Pochyliłem się nad jego biurkiem. - Wygrywam ponad dziewięćdziesiąt procent swoich spraw - wysyczałem.
- Tylko że z miesiąca na miesiąc tych spraw mamy coraz mniej.
- I to niby moja wina?
- A czy ty poszedłbyś do lekarza, którego co tydzień widzisz w mediach na zdjęciach z dzikich imprez? Ze skrętem w dłoni, w rozchełstanej koszuli i pijanego!?
- Jakby miał dobre opinie jako medyk, to dlaczego nie? - Wzruszyłem ramionami.
- Tylko że przez ciebie nasze opinie są coraz gorsze! - uniósł głos, co rzadko mu się zdarzało, wiec odruchowo wyprostowałem się na krześle.
- A może to przez tych dwóch nowych, których przejąłeś z Manchesteru? Zawalili ostatnio trzy sprawy.
- A wygrali dwadzieścia jeden - warknął. - To przez ciebie będę zmuszony do fuzji z Davisem.
- Nie przesadzaj, tato. Utrata kilku klientów nie spowoduje, że zbankrutujemy, a jak na razie Davis pozostaje daleko za nami.
- Depcze nam po piętach.
- Przypominam ci, że mam wgląd do danych finansowych, i mieliśmy już podobne spadki.
- Wtedy były inne czynniki. Teraz to twoje nieodpowiedzialne, gówniarskie zachowanie! - huknął.
Cholera, dawno nie widziałem go tak rozjuszonego.
Rzucił na blat gazetę. Szmatławiec, na którego pierwszej stronie było zdjęcie z imprezy. Tańczyłem z kilkoma skąpo ubranymi panienkami. I jeszcze ten jebitny tytuł na pół strony: "Tak się bawi szacowny pan adwokat".
Matka zaczęła klikać coś na laptopie i przytoczyła tytuł kolejnego artykułu z wczoraj, a ojciec obok gazety położył włączony tablet. Tak, z jeszcze innym artykułem na mój temat. Tym razem siedziałem z literatką whisky na szerokim, skórzanym fotelu, a na jego podłokietnikach ładne dziewczyny, tancerki go-go. Jedną ściskałem za tyłek. Dodatkowo trzecia pochylała się nade mną zza fotela, obejmowała mnie i całowała w policzek. Tytuł: "Syn Richarda Harrisa znowu w akcji".
Rzadko przeklinałem, ale teraz... Ja pierdolę.
Ojciec nie skończył, właśnie pokazał mi telefon z otwartym artykułem z kolejnego portalu. To było najświeższe, bo z wczoraj. Wynajęliśmy jacht z Willem, Tomem i Eliotem. Oczywiście zabraliśmy panienki i alkohol. No i jakiś dziennikarzyna wywęszył akcję i postanowił zarobić parę stówek za kilka zdjęć tego, jak się bawimy. Tutaj również tytuł podawał w wątpliwość moje umiejętności prawnicze, bazując na tym, jak relaksuję się w czasie wolnym od pracy.
- Co ty odpierdalasz, synu?!
Mój ojciec, ostoja spokoju, przeklął. Na palcach jednej ręki mógłbym policzyć, ile przekleństw wypowiedział przez całe moje życie.
Chyba właśnie tracił cierpliwość.
- Nie masz już siedemnastu lat! Skończ z tym, do cholery!
- Może mam wstąpić do klasztoru?
- Nie. Mam inny plan.
- Za pół roku połączymy firmy z Davisem - wtrąciła matka - a żeby to doszło do skutku, ty ożenisz się z jego córką.
- Co?! - Wstałem z krzesła. - Oszalałaś?!
- Nie tym tonem do matki, Alex! - huknął po raz kolejny ojciec. - Siadaj!
Usiadłem.
- Nie hajtnę się z Brittany. Proszę was, to puszczalska zdzira.
- Widzisz, ile was łączy? - Mama posłała mi krnąbrny uśmiech.
- Okay, żyjemy w Anglii, ale nowoczesnej, a nie osiemnastowiecznej! Aranżowane małżeństwa są już niemodne, matko.
- Zdarzają się częściej, niż myślisz, synu. Szczególnie w naszych sferach - odpowiedziała mi nad wyraz spokojnie. - Teraz to się nazywa biznesowe małżeństwo.
- Prosiliśmy cię z mamą, żebyś bawił się mniej ostentacyjnie. Nie posłuchałeś. Po raz kolejny. Masz dwadzieścia osiem lat, jesteś drugą osobą w największej i najbardziej prestiżowej kancelarii w tej części kraju, a zachowujesz się jak nieogarnięty gówniarz, którym rządzą hormony. Przez ciebie musiałem zatrudnić specjalistę od mediów i PR!
- Co? - zdziwiłem się. - I co ci ten spec poradził? - Nachyliłem się konspiracyjnie nad biurkiem. Ze szczerym zaciekawieniem jednak.
- Żeby dać ci czas na wyszumienie się do końca.
- O - wymsknęło mi się, bo mnie zaskoczył. Ponownie rozpostarłem się wygodniej na krześle. - To po co ta narada? - Wskazałem palcem na ojca, matkę i siebie.
- Bo masz to zrobić poza zasięgiem naszych paparazzich. Za granicą.
- Podoba mi się twój PR-owiec. - Wyszczerzyłem się w uśmiechu. - Tydzień lub dwa w Hiszpanii czy Portugalii. - Rozmarzyłem się. - Albo Madera. Południowe dziewczyny są supergorące.
- Pojedziesz na dwa lub trzy miesiące - wtrącił ojciec.
- Chętnie, tato, ale nie zostawię na tak długo firmy.
- Twoje obowiązki przejmą po trochu wszyscy pozostali, a co będziesz mógł, ogarniesz zdalnie.
- A jak wyjaśnicie moje nagłe długoterminowe zniknięcie? Wyjadę po duchową przemianę do tybetańskich mnichów czy będę miał raka i położycie mnie - zrobiłem palcami cudzysłów - na onkologii? Co też wymyślił ten wasz specjalista od wizerunku firmy?
- Jaki rak, na Boga, Alexandrze. - Matka przeżegnała się przerażona i wzniosła oczy ku niebu. Następnie kliknęła coś na laptopie.
- Teoretycznie będziesz na stażu o prawie międzynarodowym w Stanach. W razie jakby jakiś przygłup z aparatem chciał cię gonić - oznajmił ojciec.
- Dobry plan. A ja w tym czasie będę imprezował na Ibizie za wszystkie czasy. - Potarłem ręce i odchyliłem się na krześle, jakbym już przełączał je na tryb leżaka plażowego.
- Usiądź prosto, Alex. Polecisz do centrum Europy.
Wyprostowałem się, ale nie dlatego, że mi kazał, tylko że wyczułem, że coś kręci.
- Francja? - rzuciłem uradowany. - Ach, te Francuzki, mmua. - Przyłożyłem opuszki kciuka i palca wskazującego do ust i teatralnie cmoknąłem.
- Nie, synu - odparł i posłał mi takie spojrzenie, że teraz byłem już pewny, że zrzuci na mnie bombę. - Barbaro? - zwrócił się do matki.
Matka skinęła mu głową i odwróciła laptop w moją stronę. Na ekranie zobaczyłem pomarszczoną, ale szczerze uradowaną twarz mojej babki.
- Oluś, wnusiu kochany. - Usłyszałem radosny głos Danuty Ostojskiej. Matki mojej matki.
- Lecisz do Polski, Alex - wyjaśnił ojciec, jakbym jeszcze nie zrozumiał.
A mnie opadła kopara.
I w tym momencie spadłem z krzesła.