Wstęp
Drogi czytelniku, należy Ci się kilka słów wstępu i opowiedzenia o tym, co mnie zainspirowało do spisania tych wspomnień. Jest to moja, subiektywna opowieść o tym jak kiedyś wyglądało życie zborowe, jest to opowieść o tym co sprawiło, że zostałem świadkiem Jehowy i o tym co sprawiło, że przestałem nim być. Do swojej opowieści dołączyłem wywiady z moim znajomymi, którzy mieli lub dalej mają kontakt ze Świadkami Jehowy, a ich poglądy nie zawsze pokrywają się z moimi. Jestem przekonany, że oprócz oficjalnie zapisanej historii tego wyznania w Polsce, powinny pojawić się na papierze opowieści prywatne, osobiste i oczywiście takie, które nie przeszły przez proces lukrowania. Opowieści szeregowych członków tego kościoła, opowieści starszych zboru, pionierów i "betelczyków". Nawet jeśli są nacechowane emocjami, to mogą wnieść wartość poznawczą. Czytelnik znający tę religię będzie doskonale wiedział, jak rozróżnić co jest jedynie subiektywnym punktem widzenia, a co jest obiektywnym opisem rzeczywistości. Tej rzeczywistości o której osoby stojące na czele Świadków Jehowy w Polsce chcą pamiętać jak najdłużej i tej rzeczywistości, o której chcieliby zapomnieć.
Zaczęło się od tego, że chciałem się rozliczyć z moją przeszłością, poukładać sobie coś tam w głowie, słowem... taka forma autoterapii. Z czasem zrodził się pomysł, że może ktoś postronny by chciał to przeczytać. Przeredagowałem więc tekst, jakby to było do kogoś adresowane.
Chciałem ująć i dobre strony bycia Świadkiem Jehowy, jak również nie sposób pominąć rzeczy o wydźwięku negatywnym. Których jest więcej? Trudno powiedzieć. Sami ocenicie. Życie nie jest czarno - białe. Pomiędzy tymi dwoma kolorami jest milion odcieni szarości. Tak samo jest w ocenie organizacji religijnej, jaką są Świadkowie Jehowy. Pewne rzeczy były bardzo pozytywne, inne mniej. W każdym aspekcie można znaleźć i blaski i cienie. Trzeba przyznać też, że czasem w moich ocenach stawiam dość ostre stwierdzenia. Jak na przykład: "psychomanipulacja", czy "pranie mózgu". Pewien wydawca miał nawet obawy przed wydaniem moich wspomnień, ponieważ obawiał się ewentualnych procesów sądowych z Towarzystwem Strażnica. Pragnę więc z całą stanowczością podkreślić, że nawet jak o czymś piszę ostro, jest to po prostu tylko moja ocena. Ocena, do której mam prawo w ramach wolnej woli i wolności wypowiedzi. Nie ma potrzeby zgadzać się z moją oceną. Nie widzę też powodu z drugiej strony, aby komuś ją narzucać.
Spotkałem się w pewnym momencie pisania tych wspomnień z sugestią, aby napisać do Biura Oddziału Świadków Jehowy w Nadarzynie z prośbą o ustosunkowanie się do mojego tekstu. Argumentem była dziennikarska uczciwość, według której należy dać się wypowiedzieć i drugiej stronie. Po namyśle jednak uznałem, że nie ma to sensu. Po pierwsze podkreślę, że są to moje subiektywne wspomnienia. A po drugie wszyscy znający organizację Świadków, wiedzą, że takiej odpowiedzi nigdy bym się nie doczekał. Przecież wiele osób, nawet będących Świadkami, zgłaszając swoje sprawy i wątpliwości, nigdy się takiej odpowiedzi nie dostały, nawet jeśli napisali co ich bardzo bolało. Co najwyżej trafiały na dywanik Starszych miejscowego zboru. Więc taka prośba o ustosunkowanie się nie ma najmniejszego sensu.
Opisuję tu prawdziwe wydarzenia i te pozytywne i te negatywne. Jednak żadne z imion, czy danych personalnych nie pozostało w formie niezmienionej. Jestem pewien, że część z osób, które tu opisałem nie miałyby nic przeciwko temu, by podać ich prawdziwe dane. Inne jednak mogłyby mieć do mnie żal. Nie robię więc żadnego wyjątku i wszelkie imiona i nazwiska są zmienione. Nie wykluczam jednak możliwości, że osoby, które były uczestnikami opisanych wydarzeń odnajdą tam siebie i zidentyfikują innych. Nie będzie też trudno im zidentyfikować pewnych nadzorców w zborze. Mam nadzieję, że tylko to przyda kolorytu tej książce.
Jakiś czas temu ukazał się na portalu WP.pl artykuł o mojej skromnej osobie i okresie gdy byłem Świadkiem Jehowy. W tekście było zaledwie kilka szczegółów szerzej opisanych w tych wspomnieniach, jakie masz teraz przed sobą. Artykuł przeczytało około 400 000 osób. Taka liczba bardzo mnie zaskoczyła i pokazała jednocześnie, że warto aby te wspomnienia ujrzały tak zwane światło dzienne. Pod artykułem było prawie pięćset komentarzy. Jak się nietrudno domyślić, jedne były dla mnie bardzo pozytywne inne bardzo krytyczne. Nie uniknąłem też wylanych na mnie pomyj. Liczyłem się z tym.
Pozytywne komentarze były o tym jaką mam silną psychikę i potwierdzały, że każde moje słowo jest prawdą. Te negatywne wynikały jednak z wrogości obecnych Świadków w stosunku takich odstępców jak ja, albo wynikały też z braku znajomości tematu, niezrozumienia, czy też zbyt wąskiego omówienia. W moich wspomnieniach dla przykładu opowiadam o negatywnym stosunku Świadków w czasach mojej młodości, do zdobywania wyższego wykształcenia. Kilku komentatorów stwierdziło, że to bzdury, ponieważ znają Świadków, którzy posiadają wyższe wykształcenie. Owszem, jest to prawda. Niemniej na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, pójście na studia było bardzo faux pa. Kto wtedy był Świadkiem, to wie, że tak było i tyle. Nie wykluczano wtedy takich osób, ale było bardzo trudno dostąpić przywileju np. Sługi Pomocniczego. W książce tej znajdziesz też czytelniku wspomnienia innych byłych lub obecnych Świadków, którzy zdecydowali się opowiedzieć o sobie. Ich relacje są zbieżne z moimi osądami i przytaczanym stosunkiem na przykład do wyższego wykształcenia.
Pojawiły się też głosy, że się użalam nad sobą i próbuję obwinić Świadków o swoje niepowodzenia. W żadnym wypadku nie było to moją intencją. Każdy jest odpowiedzialny za swoje osobiste wybory, jednak uznałem, że nie sposób pominąć wpływu czynników zewnętrznych na takie właśnie wybory. Kto z Was powie, że jest inaczej? Otoczenie kształtuje nas i pod jego wpływem podejmujemy i dobre i złe decyzje. Bądźmy szczerzy, tak po prostu jest i już...
Zapraszam więc w moich wspomnieniach do lat minionych i do mojej subiektywnej oceny Świadków Jehowy w tamtych latach.
Nadzorcy obwodu
W organizacji Świadków Jehowy funkcjonuje przywilej, czyli funkcja człowieka, który jest nazywany Nadzorcą Obwodu. Wynika to ze struktury całej organizacji. Poszczególne lokalne zbory połączone są w większe obszary zwane obwodami. Stad też funkcja Nadzorcy Obwodu. Zborów w jednym obwodzie jest od kilkunastu do około dwudziestu. Z kolei obwody połączone są w okręgi wraz ze stojącym na czele Nadzorcy Okręgu. W naszym kraju funkcjonuje kilka okręgów. Obwodów jest ponad sto. Oczywiście moje dane mogą odbiegać od danych obecnych, ponieważ upłynęło kilka lat od czasu, kiedy opuściłem organizację. Z drugiej strony z pewnością te dane radykalnie nie uległy zmianie, jeśli w ogóle uległy, ponieważ liczba wyznawców w naszym kraju nie zmieniła się znacznie od czasów, gdy przestałem być Świadkiem Jehowy. Z ostatnich wieści jakie do mnie docierają, a nie jest to szczególnie wielka tajemnica, wynika, że liczba Świadków w Polsce zmniejsza się. Mimo wielkich kampanii promocyjnych i agresywnemu prozelityzmowi, mimo, że każdego roku Świadkowie chrzczą nowych członków, jednak więcej osób przestaje należeć do organizacji, niż do niej przychodzi. Taki znak czasów...
Wracając do tematu Nadzorców Obwodu, w ich szeregi werbowane są wyróżniające się osoby z grona Pionierów Specjalnych, czyli Świadków, którzy każdego miesiąca spędzają w służbie głoszenia nie mniej niż 140 godzin w miesiącu. Oczywiście zagadnienie Pionierów Specjalnych a z nimi Pionierów Stałych i Pomocniczych omówię przy innej okazji.
Zadaniem Nadzorcy Obwodu jest monitorowanie pracy podległych mu zborów. W tym celu nadzorca taki cyklicznie odwiedza wszystkie zbory. Taka wizyta odbywa się dwa razy do roku. Każda z takich wizyt trwa od wtorku do niedzieli w danym tygodniu wizyty. Podczas tego tygodnia zbór jest bardziej mobilizowany do pracy. Odbywa się zazwyczaj większa liczba zbiórek do służby polowej. Nadzorca Obwodu wygłasza też przemówienia "extra", skupiając się na szczególnych potrzebach danego zboru. Pozostałe punkty cotygodniowych zebrań są skrócone. A przynajmniej tak bywało za czasów mojej działalności.
Podczas takiej wizyty starsi zboru zgłaszają też kandydatury mężczyzn, których chcieliby zamianować na "przywileje" takie jak Sług Pomocniczych oraz innych Starszych. Nadzorca akceptuje takie propozycje albo je też odrzuca.
Nadzorca Obwodu ma też wiele do powiedzenia w kwestii organizacji zgromadzeń Obwodowych i Okręgowych. W szczególności, jeśli chodzi o przydział punktów na zgromadzeniu, czyli wyznaczenie osób, które będą wygłaszały przemówienia na takim zgromadzeniu. W praktyce oznaczało to, że Starsi, którzy cieszyli się uznaniem takiego nadzorcy, innymi słowy "dobrze z nim żyli", częściej na zgromadzeniach wygłaszali przemówienia. A to z kolei podnosiło ich prestiż w organizacji. Byli bardziej widoczni na świeczniku. Zatem jeśli chciałeś być widoczny, trzeba było "dobrze żyć" z Nadzorcą Obwodu. Była to świetna okazja do symonii. Czyli sprzedawania "przywilejów". Właśnie przed organizacją jednego z takich zgromadzeń obwodowych spotkałem się z propozycją (nie do odrzucenia, jak się później okazało) wygłoszenia przemówienia na zgromadzeniu w zamian za zasponsorowanie wyjazdu do Francji dla obecnego Nadzorcy Obwodu. Szerzej opiszę to za chwilę.
W mojej karierze Świadka spotkałem wielu Nadzorców Obwodu. Ludzi o różnym temperamencie i różnych zdolnościach. Niektórzy z nich byli bardzo dobrymi mówcami. Inni kiepskimi. Niektórzy byli bardzo "ciepli" i serdeczni, inni srodzy i z bardzo służbowym stosunkiem do wszystkiego. Jedni z dużym poczuciem humoru, inni całkowicie go pozbawieni. Choć nadzorcy tacy są osobami publicznymi i chyba mógłbym bez problemu posługiwać się ich nazwiskami to jednak nie będę przytaczał ich personaliów. Części z nich nawet już nie pamiętam, a część z nich nie jest już Nadzorcami Obwodu. Niektórzy nie są już nawet Świadkami Jehowy i być może nie życzyliby sobie, aby ktoś wspominał ich nazwiska, jako stojących na świeczniku w zborze.
Przypominam sobie pewnego obwodowego (czyli w żargonie Świadków, Nadzorcę Obwodu) z Zakopanego, który był porywającym mówcą. Zawsze dbał, aby jego przemówienia były pełne soczystych przykładów i ciekawych porównań. Doskonale się go słuchało i zebrania się nie dłużyły a wręcz były bardziej ekscytujące. Kolejny obwodowy, który po nim nastał (nadzorcom takim, co pewien czas, najczęściej co dwa lata zmieniano obwód) nie dość, że nie był dobrym mówcą, to strasznie kaleczył język polski i przekręcał wyrazy. Do smaczków w jego wykonaniu należały wyrażenia: "zwrok duchowy", "kubieta", "kunkretnie", "kozirodztwo" itp. Jak na ironię właśnie ten nadzorca potrafił publicznie wytykać innym mówcom (Starszym w naszym zborze) ich przejęzyczenia. A nawiasem mówiąc przejęzyczenia czasem się zdarzały podczas wykładów i nie ma w tym niczego złego. Jednym z takich było odesłanie do "bilijnego listu do galotów", które do dziś wzbudza uśmiech na twarzy.
Jeden z takich nadzorców osiedlił się w moim mieście po zakończeniu służby w obwodzie. Był znany z tego, że "żywemu nie przepuści", na pewno wiecie co oznacza to stwierdzenie. Właśnie z jego udziałem doszło do wykluczenia pewnej dziewczyny, której z definicji nie powinno się wykluczyć, mimo, że dopuściła się pewnego czynu podlegającego komitetowi sądowniczemu. O tym również opowiem więcej przy okazji tematu "wykluczeń".
Byli tacy nadzorcy obwodu, których odejście witaliśmy (nawet, jako Starsi) z westchnieniem ulgi, byli też i tacy, których żegnaliśmy prawie ze łzami.
Byli też nadzorcy ze swoimi manierami, albo też tacy, którzy nie liczyli się z uczuciami innych. Gdzieś w tym kontekście mieści się groteskowe zdarzenie z jednej z wizyt Nadzorcy Obwodu w naszym zborze. Pewna starsza wiekiem "siostra" miała podjąć obiadem tegoż nadzorcę. Była oczywiście bardzo tym przejęta. Zasięgała rady innych rodzin, co ugotować mu na obiad? Z czego będzie bardziej zadowolony? Co będzie mu smakowało? No, słowem chciała jak najlepiej! W końcu zdecydowała, że najbardziej odpowiednie będzie na pierwsze danie rosół z kury. Taki prawdziwy wiejski rosół! Włożyła serce w przygotowanie. Z uśmiechem na ustach postawiła przed Nadzorcą Obwodu parujący talerz rosołu posypanego natką zielonej pietruszki. Z całą pewnością zaparło jej dech, gdy jej znamienity gość podszedł w kuchni do zlewu z talerzem. Widelcem przytrzymał makaron a smakowity, wypieszczony rosół wylał do zlewu ze słowami: "rosół to śmierć!!!" I bądź tu mądry i dogódź facetowi! Nikt nigdy nie mówił, że nadzorca ten jest wegetarianinem. Zresztą chyba nim nie był. Chyba po prostu nie lubił rosołu.
Wracając do zagadnienia symonii, czyli kupczenia przywilejami. To spotkał mnie kiedyś, że tak powiem, klasyczny przykład. Wręcz książkowy.
Podczas obiadu w moim domu, gdy byliśmy sam na sam, Nadzorca Obwodu dał mi jednoznacznie do zrozumienia, że mogę na najbliższym zgromadzeniu otrzymać punkt. W tym kontekście "punkt" oznaczał wygłoszenie przemówienia czy poprowadzenie wywiadów. Innymi słowy, punkt w programie. Coś takiego bardzo nobilitowało i stawiało jeszcze wyżej na świeczniku w hierarchii Świadków. Warunkiem jednak otrzymania takiego punktu we wspomnianej rozmowie z Nadzorcą Obwodu, było zasponsorowanie wyjazdu na inne zgromadzenie połączone ze zwiedzaniem, do Francji dla tegoż nadzorcy. Prawdę powiedziawszy byłem w szoku! Nie wierzyłem własnym uszom! Wcześniej nie przyszło mi do głowy, że mógłbym taką korupcyjną propozycję otrzymać tak wprost. Tak bez owijania w bawełnę. Ale jednak usłyszałem...
Niestety dla mnie odmówiłem.
Od tamtej pory, nadzorca ten zaczął się na mnie w pewien sposób mścić. Nasza rozmowa odbyła się w cztery oczy i w żaden sposób nie mógłbym na niego donieść "wyżej". Gdybym to zrobił, byłoby moje słowo, przeciwko jego słowu. Wiadomo, że w takiej konfrontacji Starszy nie miałby szans przeciwko Nadzorcy Obwodu. Nie ta ranga. Nie ta liga. Czy też nie ta półka. Gdybym chciał sprawę zgłosić np. do Biura Oddziału w Nadarzynie potrzebowałbym dwóch świadków, którzy mogliby poświadczyć, że taka rozmowa w ogóle się odbyła. Takie były "prawne" zasady w organizacji. Oczywistym jest, że takich świadków nie było. Jednak mimo wszystko nadzorca ów chciał mnie na wszelki wypadek zdyskredytować. Mimo, iż przed wspomnianą rozmową nie miał do mnie żadnych zastrzeżeń, to po niej już w jego mniemaniu wszystko robiłem źle. Oczywiście nie omieszkał o tym publicznie mówić! Zbór był chyba serdecznie zdziwiony, gdy usłyszał podczas najbliższej wizyty, że źle prowadzę Szkołę Teokratyczną. Ponieważ w powszechnej opinii robiłem to bardzo dobrze. Oczywiście ktoś mógłby powiedzieć, że przebija przeze mnie pycha, ale po wspomnianej krytyce rozmawiałem z wieloma zarówno głosicielami jak też innymi Starszymi i mówili mi, że wyczuwają iż coś jest nie tak. I, że właściwie... o co chodzi? Czemu ten nadzorca tak o mnie mówił? No, a co ja miałem powiedzieć? Gdybym powiedział prawdę, byłbym oskarżony o pomówienie i dopiero wtedy miałbym nie lada kłopoty. Mogło to się skończyć nawet wykluczeniem mnie z organizacji. Milczałem więc, bo miałem zrobić?
Innym razem, nadzorca ten zorganizował spotkanie dla Starszych i Sług Pomocniczych. Wszystkich poinformował o godzinie spotkania wcześniejszej a mnie podał godzinę późniejszą. Zrobił to z premedytacją, by mnie zdyskredytować w oczach innych. Przyszedłem na spotkanie o ustalonej przez Nadzorcę Obwodu godzinie i co? W efekcie, w oczach pozostałych uczestników tego spotkania, na którym oni byli już od godziny, ja się spóźniłem i z ust Nadzorcy Obwodu odebrałem ostrą reprymendę, że nie doceniam wspólnych spotkań. Dacie wiarę, kochani?
Niby nic wielkiego. Niby nie ma czym się przejmować... Ale zabolało! Oj, jeszcze jak! Zwłaszcza, że wiedziałem, co jest prawdziwą genezą takiego postępowania wobec mnie.
Gdy teraz wracam pamięcią do tamtych chwil, to myślę, że chyba gdzieś w okolicy tamtych wydarzeń coś się we mnie przełamało. Od wtedy chyba na poważnie zaczęły się moje wątpliwości, co do kierowania zborem Świadków Jehowy przez bożego ducha świętego. Zrozumiałem, że nadzorca ten od lat mógł praktykować tego typu "sprzedaż" przywilejów, a mimo to cieszył się szacunkiem w organizacji świadków. Gdyby naprawdę duch boży kierował, czy też wpływał na zbór, to proceder ten nie mógłby trwać tak długo. Kierujący zborem "duch święty" rozwiązałby ten problem niewłaściwego zachowania. Tak mnie przynajmniej od lat uczono. A jednak latami nic się nie zmieniało. Gmach idealnej organizacji bożej zaczął się sypać.
Skąd twierdzenie, że tego typu symonia trwała od lat? Musiałbym wejść chyba niepotrzebnie w zbyt dokładne szczegóły. Dla rozważań tych niech starczy informacja, że od lat znałem żonę tego nadzorcy. Zdarzało się, że wielekroć kobieta ta oferowała na sprzedaż różnego rodzaju dobra. Pochodziły one z "prezentów", jakie otrzymywał jej mąż goszcząc w rożnych zborach. Wtedy, gdy sam otrzymałem taką propozycję dodałem sobie dwa do dwóch, no i mi wyszło, że nadzorca ten nie za darmo, czy ze szczerego serca ofiarodawców, otrzymywał rozliczne prezenty.
Ktoś mógłby powiedzieć, że cóż wielkiego się stało. Owszem w wielu religiach i związkach wyznaniowych tego typu proceder jest powszechny. Ale ja wtedy na serio wierzyłem, że Świadkowie Jehowy są inni. Wierzyłem, że nad wszystkim czuwa Bóg! Okazało się to też złudzeniem. Wróćmy do przykładu, jakim się często posługują Świadkowie: czy wypiłbyś szklankę wody, wiedząc, że jest w niej tylko trochę trucizny? Wtedy w moich oczach okazało się, że tu też jest "trochę" trucizny! Co raz mniej smakowała mi ta "woda prawdy".
Na koniec tych rozważań kilka słów o Nadzorcach Okręgów.
Jak już wspomniałem, są to nadzorcy grup obwodów połączonych w tzw. okręgi. Na dobrą sprawę nie wielu z nich znałem osobiście. Większość widziałem z daleka podczas dużych zgromadzeń jak wygłaszali przemówienia. Niemniej z kilkoma z nich miałem bliższy kontakt. Postanowiłem w tym wypadku odstąpić od zasady nieużywania personaliów. Choćby z tego powodu, że z tego, co mi wiadomo, żaden z nich nie przestał być świadkiem. Drugi powód jest związany z ich statusem osoby "publicznej". A trzeci, to taki, że nie zamierzam opisywać nieprawidłowości, w których by uczestniczyli. Nie znaczy, że takich nie było. Po prostu, nie znam wielu szczegółów, dzięki którym moja relacja mogłaby być wiarygodna.
Zatem chcę przytoczyć postać Nadzorcy Okręgu, jakim był Janusz Piątek. Zdarzyło mi się pewnego razu współpracować z nim w służbie od drzwi do drzwi. Udaliśmy się do malowniczej miejscowości nieopodal Białegostoku, jaką jest Supraśl. Tam zaprosił nas do swego mieszkania emerytowany nauczyciel z miejscowego technikum ( czy też innej szkoły średniej, ale to nie jest istotne). Okazało się, że nasz rozmówca i Janusz Piątek są w jednym wieku. A był to już wiek panów już około 82. lat.
Jako człowiek o wiele od nich młodszy, nie za wiele zabierałem głos. Ale dzięki temu mogłem być obserwatorem w tej rozmowie. Refleksja, jaka mi się wtedy nasunęła i zresztą trwa do dziś, była intelektualna przepaść pomiędzy Nadzorcą Okręgu a tym nauczycielem. Podobno narząd nieużywany zanika. Nie wiem, czy to jest do końca prawda, ale w przypadku umysłu to na pewno twierdzenie takie jest prawdziwe! Janusz Piątek intelektualnie błyszczał. Jego umysł był jasny i lotny. Prowadził ciekawą rozmowę a jego argumenty dawały wiele do myślenia. Jego współrozmówca charakteryzował się nieporównywalnie mniejszą sprawnością intelektualną. A przecież też był to człowiek niegłupi. Oczytany i odpowiedzialny za kształtowanie, czy wychowywanie w pewien sposób młodzieży.
Oczywiście nie pamiętam wszystkich szczegółów rozmowy. Zapamiętałem z tego spotkania, że warto zawsze zajmować się myśleniem, bez względu na wiek. Jestem pewien, że działalność w organizacji Świadków Jehowy a szczególnie, jako Nadzorca Okręgu nie pozwoliła, temu nadzorcy zapaść w umysłową degenerację czy stagnację. Ciągłe studium Biblii czy publikacji wydawanych przez Towarzystwo Strażnica, ciągłe sprawy do załatwienia, problemy zborowe do rozwiązania ćwiczyły umysł Janusza Piątka.
Inny Nadzorca Okręgu, który cieszył się moim szacunkiem to Janusz Paliwoda (prawda, że też oryginalne nazwisko?) Zawsze ceniłem jego zaangażowanie, a także serdeczność i ciepło, jakiego od niego doświadczyłem. Miło było z nim współpracować czy też rozmawiać.
Personalnie chcę wymienić jeszcze jednego nadzorcę. Był nim Klaudiusz Skowron. Miałem okazję wysłuchać kilka wykładów w jego wykonaniu. Stał się dla mnie wzorem mówcy do naśladowania! Po prostu mistrz! Doskonale posługiwał się modulacją głosu, gestami i innymi niezbędnymi elementami, dzięki, którym jego przemówień słuchało się z otwartymi ustami. Pamiętam jeden z jego wykładów: "Walka o Prawdę przez wieki". Byłem zafascynowany wywodem Klaudiusza! Co prawda, później, gdy przeanalizowałem dokładnie treść tego wykładu okazało się, że pewne fakty jakie podawał Klaudiusz, były przekombinowane. Pewne informacje były dostosowane do tego co nam chciał przekazać mówca, a nie koniecznie były zgodne z prawdą historyczną. Wśród grona osób czy też grup religijnych na przestrzeni wieków "walczących o Prawdę", które według wykładu mieli praktyki podobne do dzisiejszych Świadków Jehowy, znalazły się religie np. gnozy, które nie miały wiele wspólnego z Biblią. Niemniej szacunku dla mówcy to nigdy we mnie nie osłabiło! Po za tym jest jeszcze jeden szczegół, o którym dla uczciwości trzeba wspomnieć. Jak już gdzieś wspomniałem, kolekcjonowałem starą literaturę Świadków i byłem pilnym studentem tych publikacji. Chciałem aby moja wiedza była jak najszersza. Pewnego razu znalazłem artykuł w jednej ze Strażnic z lat siedemdziesiątych o podobnym tytule i podobnej argumentacji. Prawdopodobnie materiał ten był kanwą wykładu Klaudiusza. Artykuł powstał oczywiście gdzieś w Stanach Zjednoczonych i odpowiedzialnością za przekręcenie faktów historycznych należy obarczyć tamtejszego autora, czy też ogólnie Niewolnika Wiernego i Rozumnego.
Na koniec tego rozdziału wspomnę jeszcze tylko o pewnym niedoszłym Nadzorcy Okręgu. Człowieka, dla którego zawsze będę miał ogromny szacunek. W tym wypadku nie podaję jego prawdziwego imienia czy nazwiska. Nazwijmy go bratem Kazimierzem. Postać ta dla jednych jest tylko znana ze słyszenia, dla innych bardzo kontrowersyjna. Dla mnie natomiast był prawie przyjacielem. Piszę "prawie", bo oczywiście kontaktu z tym człowiekiem nie mam. Jako osoba, która odeszła od zboru Świadków Jehowy jestem "persona non grata" i za utrzymywanie ze mną kontaktów grozi też wykluczenie ze zboru. Wracając więc do brata Kazimierza, jest to jedna z niewielu osób, dla których mam ogromny szacunek w organizacji Świadków. Jego rady udzielane bezinteresownie były bezcenne, a trzeba przyznać, że choć w chwili mego odejścia ze zboru nie piastował żadnych istotnych funkcji to jednak poziomem duchowym i doświadczeniem bił na głowę wszystkich nadzorców w mieście. To właśnie jest ciekawy paradoks! Ktoś bez "przywileju" potrafi w bardzo skomplikowanych sprawach wykazać się trzeźwością umysłu i udzielić bezcennej rady, podczas gdy ludzie tkwiący "na świeczniku" zamiast przykładem, błyszczą często tylko obłudą i niekompetencją. Napisałem przed chwilą, że Kazimierz był niedoszłym Nadzorcą Okręgu. I to jest prawda. Kilka dni przed tym jak miał objąć obowiązki takiego nadzorcy, oskarżono go o niemoralność. Został nawet wykluczony ze zboru Świadków. Po kilku latach wrócił z powrotem, ale już bez przywilejów. Wielokrotnie zastanawiałem się czy nie padł ofiarą jakiejś niecnej intrygi. On sam kiedyś trochę mi o tej sytuacji opowiadał, że w życiu, nie popełnił żadnej niemoralności. Ja mu wierzyłem i wierzę. Niestety chyba jako jeden z nielicznych w Białymstoku...
Tu na chwilkę odskoczymy od tematu Nadzorców Obwodu, ale jest to odpowiednie miejsce na taką dygresję. Ktoś ze Świadków czytając te moje wspomnienia mógłby powiedzieć, że rysuję obraz idealnego samego siebie. Wszyscy byli źli dookoła, a ja kryształowy, "cały ubrany na biało". Bez dwóch zdań nie jest to prawda. Prywatnie popełniłem sporo błędów. Nigdy jednak tymi błędami nie zaszkodziłem nikomu. Do takich błędów możemy zaliczyć przedwczesny ślub i okoliczności temu towarzyszące. Otrzymałem odpowiednią karę, poniosłem konsekwencje i nie ma o czym opowiadać. Podkreślam więc jeszcze raz, że nikomu to nie zaszkodziło. Dziś jednak po latach, ktoś powie, że Artur wiesza psy na Świadkach Jehowy, a sam święty nie był. Prawdopodobnie przez lata moja osoba obrosła w Białymstoku wieloma legendami, bo tak działa i niesie się plotka. Gdzieś na podłożu prawdziwych informacji dobudowały się bzdury i dziś już trudno odróżnić jedne od drugiego. Dlaczego piszę o tym wszystkim w dygresji od wspomnianego brata Kazimierza? Kazimierz miał zostać Nadzorcą Obwodu, ale krótki czas przed wyjazdem w teren, coś się wydarzyło i został nie tylko skreślony z przywileju, ale też wykluczony. Może komuś podpadł? Może, parafrazując moje doświadczenia, nie zasponsorował komuś wycieczki do Francji? Może się wydarzyło coś innego? Nie wiem. Jednak wierzyłem mu zawsze, że nie popełnił zarzucanych mu czynów. Jestem przekonany, że przylepiły się do niego jakieś plotki i jak to się mówi: trudno było udowodnić, że nie jesteś wielbłądem. Dziś pewnie i ja gdybym chciał wrócić do zboru, musiałbym tak samo udowadniać.
No cóż, koniec końców Nadzorcy Obwodów czy też Nadzorcy Okręgów, to tacy sami ludzie jak my. Ze swoimi wadami i zaletami. Podatni na korupcję, jak inne osoby, które piastują jakieś znaczne stanowiska. Bywały też sytuacje, gdy problemy w zborach przerastały tych nadzorców. Przecież nawet jeśli byli bardzo aktywni w służbie i bardzo gorliwi, to jednak nie mieli żadnego fachowego przygotowania od strony psychologicznej czy terapeutycznej dla trudnych przypadków. Przykładem dobrego samokrytycyzmu może być pewien Nadzorca Obwodu, który będąc sam na sam z jednym Starszym, wypił z nim może o jeden kieliszek za dużo i szczerze wyznał: "przecież ja jestem tylko zwykłym górnikiem, który jeszcze kilka lat temu pracował na przodku, skąd ja mam wiedzieć jak im pomóc..."
Te słowa będą chyba najlepszym sposobem na zakończenie tego rozdziału.
Świadkowie i wykształcenie
Kwestia wykształcenia jest szczególnie drażliwa nie tylko dla mnie, ale też dla wielu osób, które utrzymywały kontakt ze zborem przez wiele, wiele lat. Ostatnimi czasy podejście Towarzystwa Strażnica uległo pewnej liberalizacji. Na szczęście! Ale co się już stało to się nie odstanie.
Omówmy, więc sprawę "jak to było kiedyś". W latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku Świadkowie uważali jakiekolwiek wykształcenie ponadpodstawowe, za korzeń wszelkiego zła (jak miłość pieniędzy). O ile wykształcenie na poziomie szkoły średniej traktowano, jako zło konieczne, to już na poziomie szkolnictwa wyższego było już uważane za działanie na granicy grzechu. Podobno we wcześniejszym okresie zdarzały się nawet wykluczenia młodych ludzi, którzy podjęli naukę na wyższych uczelniach.
Skąd taka niechęć do wykształcenia?
Uważano i takie było oficjalne stanowisko Towarzystwa Strażnica, że nauka odciąga młodych ludzi od Boga. Zdobywana wiedza na uczelni wprowadza rzekomo niepotrzebne zamieszanie i wpływa na umysł, którego więź z Bogiem ulega osłabieniu. Poza tym drugi dodatkowy czynnik, to wpływ towarzystwa osób świeckich tzn. takich, które nie są Świadkami. W założeniu, więc postawa Towarzystwa miała chronić przed "studenckim życiem", alkoholem, papierosami i narkotykami, które według Świadków dominowały na studiach. Miała chronić przed pokusami i wpływem grzechu. W wypowiedziach wielu Świadków, na młodych studentów czyhały też inne pokusy, takie jak groźba niemoralności ze strony rozbuchanych erotycznie studentek!
Pozostawiam czytelnikowi ocenę takiego stanowiska. Ktoś może zadać pytanie, jak można było przyjąć taki sposób myślenia? Odpowiadam też pytaniem: "a jak można wierzyć w odpusty, trójcę, limbus (piekło dla dzieci) i mniej lub bardziej barwne dogmaty kościołów"? Jak można przyjmować taki sposób myślenia, że śmierć męczeńska polegająca na obwieszeniu się dynamitem i zdetonowaniu tego w tłumie ludzi jest miła Bogu i zapewnia zbawienie? To proste: trzeba przejść odpowiednie pranie mózgu i obracać się w gronie ludzi, którzy są podobnie zmanipulowani. W takim kontekście piętnowanie wyższego wykształcenia to jak to się mówi, to był "mały pikuś".
Z drugiej strony, ten "pikuś" wpłynął na życie wielu ludzi. Znam sporo osób, które były bardzo mądre i zdolne. Mogły wiele osiągnąć w życiu, ale dzięki stanowisku Towarzystwa Strażnica zostały stolarzami, hydraulikami, sprzątaczami, itd. Można oczywiście powiedzieć językiem Świadków, że uniknęły w ten sposób "kariery w świecie", zdemoralizowanym i podległym władzy Szatana, ale zostały też w ten sposób pozbawione możliwości utrzymania się (w niektórych przypadkach), bądź też zdobycia dobrej pracy.
Trochę mam żal, że taki sposób myślenia dominował w latach osiemdziesiątych w zborze. Odbiło się to bezpośrednio na mnie. Pewien mój przyjaciel mówił, że żal to powinienem mieć sam do siebie, bo z własnej woli przyjąłem taki sposób myślenia i argumentację Świadków w kwestii wykształcenia. Ale czy tak naprawdę sam o tym zdecydowałem? Dobra, moi drodzy. Chętnie poddałem się naukom Świadków, chciałem żyć w raju na ziemi po Armagedonie. Niemniej przy okazji zostałem zmanipulowany. W pakiecie, oprócz wiedzy z Biblii otrzymałem masę poglądów i nauk, niemających z Biblią wiele wspólnego, ale przyjąłem je za dobrą monetę. Czyż w prawodawstwie, karze nie podlegają osoby, które zmanipulowały innych, żeby osiągnąć dla siebie korzyści? Przynajmniej z moralnego punktu widzenia takiej karze powinno podlegać Towarzystwo Strażnica. Zresztą nie tylko z powodu stosunku do wykształcenia, ale też z wielu innych powodów.
Wróćmy do tematu, dlaczego ja osobiście mam żal.
Otóż, gdy "poznawałem Prawdę", czyli zostawałem Świadkiem Jehowy, uczyłem się w szkole średniej, w technikum budowlanym. Byłem dobrym uczniem i wiedza stosunkowo łatwo "wchodziła" mi do głowy. Wiosną roku 1989 przyszedł czas matur i wyboru dalszej drogi życiowej. Wielu z moich kolegów szkolnych chciało się nadal kształcić. A ja deklarowałem wszem i wobec, że nie pójdę na studia. Ba! Nawet nie chciałem podchodzić do matury! Bo i po co? Pamiętam rozmowę z moją szkolną wychowawczynią. Prosiła mnie, abym zmienił zdanie. Argumentowała, że dzięki studiom będę mógł znaleźć dobrą pracę na przykład w biurze projektowym. Powiedziała, że zaprzepaszczam dużą szansę. Niestety ja wiedziałem swoje... Udało się jej osiągnąć tyle, że postanowiłem podejść do egzaminu maturalnego. Przecież nic na tym nie traciłem. A samo zdanie matury, nie czyniło mnie "czarną owcą" w zborze. Egzamin oczywiście zdałem i to bez większych emocji, ponieważ byłem nawet zwolniony z ustnych egzaminów z powodu dobrych ocen końcowych ukończenia szkoły oraz bardzo dobrych ocen z części pisemnej egzaminu maturalnego. W efekcie na świadectwie maturalnym miałem najwyższe oceny.
Moje pisanie matury i szałowy skórzany krawacik. Takie były wtedy modne.
Ktoś mógłby powiedzieć, że studia nie gwarantują wysokich zarobków i dobrej pracy. To prawda. W owych czasach pieniądze zarabiało się pracując na własny rachunek. Prowadząc własną firmę będąc tak zwanym "prywaciarzem". Ale czy też wszyscy, którzy otworzyli własną działalność osiągnęli sukces? Oczywiście, że nie! Poza tym własna firma mocno absorbuje...
A ja chciałem przecież swój czas poświęcać na sprawy związane ze służbą dla Boga!
W ten sposób, kochani, tuż po skończeniu nauki w technikum, podjąłem pracę. Ach cóż to była za wspaniała robota! Piszę to oczywiście z przekąsem. Moja praca polegała na sprzątaniu przystanków autobusowych. Zatrudniłem się w MPK (Miejskie Przedsiębiorstwo Komunikacyjne) w Białymstoku. Olbrzymim atutem tej pracy były pory jej wykonywania. Przystanki sprzątało się późnym wieczorem. A cały dzień można było przecież spędzić w służbie dla Boga. Pamiętam trochę zabawne zdarzenie związane z moim zatrudnianiem się. Gdy przyniosłem dokumenty potrzebne do wypisania angażu, mój kierownik zobaczył oceny na świadectwie maturalnym. Powiedział, że z takim świadectwem to on nie może mnie zatrudnić "na przystankach". Powiedział, że zatrudni mnie w biurze. Musiałem go prosić abym mógł sprzątać przystanki! No i jakoś się dał ugadać, a ja miałem wymarzoną pracę w godzinach wieczornych! Wszystko do góry nogami! Potraficie to sobie wyobrazić? Zabiegałem z całych sił o posadę sprzątacza autobusowych przystanków. Cóż za społeczny awans!
Nawiasem mówiąc, cóż to było za ekscytujące zajęcie! Już w pierwszym miesiącu zostałem pobity przez kiboli w nocy podczas wykonywania mojej pracy.
Dzięki takiemu zajęciu mogłem jednak zostać Pionierem Stałym i to się tak naprawdę liczyło. Chciałem być w tzw Służbie Pełno czasowej. W ten sposób dzięki naukom Świadków, ani nie zdobyłem wykształcenia, ani też nie zarobiłem worka pieniędzy na drodze prywatnej działalności. Osiągnąłem tyle, że goniłem za ideami nie oglądając się na sprawy materialne.
Idee w życiu są ważne, ale z nich wyżyć się nie da.
Pozostał więc tylko żal za utraconymi możliwościami...
Przez pewien czas rozważałem nawet możliwość podania do sądu Towarzystwo Strażnica właśnie w kwestii zakazu zdobywania wyższego wykształcenia. Zastanawiałem się nawet czy nie było by zasadne wystąpić o odszkodowanie od Organizacji Świadków za utracone możliwości. Jednak pomysłu tego nigdy nie zrealizowałem. Może i szkoda.
A może ktoś jeszcze podejmie ten temat? Znajdzie dobrego adwokata i przetrzepie skórę "wujkom" z Nadarzyna?
Muszę Wam jeszcze o czymś powiedzieć. Na wstępie tego rozdzialiku wspomniałem, że obecnie postawa Towarzystwa Strażnica uległa liberalizacji. Stało się to kilka, kilkanaście lat po tym jak ja ukończyłem szkołę średnią. Oczywiście nie odbyło się to w taki sposób, że przyszła nowa Strażnica z artykułem: "Drodzy bracia i siostry - już możecie iść na studia". Wszystko odbyło się po cichutku. Bez rozgłosu. Możemy nawet śmiało powiedzieć, że doszło do kuriozalnej sytuacji, gdy części młodych ludzi wmawiano iż służba pełno czasowa jest najważniejsza i powinni być pionierami, ale inna część młodych ludzi już nie była poddawana takiej presji. W tej drugiej grupie znajdowały się najczęściej dzieci Starszych. Oni lepiej wyczuwali nastroje panujące w Towarzystwie i nowe łagodne wiatry. Stąd do dziś czasem słychać głosy, że jednym młodym ludziom wybijano wszelkie studia z głowy, natomiast młodzież z domów ludzi "na przywilejach" szła na studia a potem podejmowała pracę zgodnie ze swoim wyższym wykształceniem. Młodzież z pierwszej grupy z biegiem czasu zaprzestawała służby pełno czasowej, zakładała rodziny i... No właśnie... i co? Musiała się imać gorzej płatnych zajęć, bo przecież nie posiadała żadnego wykształcenia. Znam wiele przykładów braci i sióstr, którzy musieli się zadowolić pracą woźnych, sprzątaczek, konserwatorów i tak dalej. Nie chodzi o to, że zawody te są bardziej poślednie. Chodzi o to, że są niskopłatne. Są te zawody potrzebne i nie ma nic uwłaczającego w ich wykonywaniu, wiem co mówię, ale problem się rodzi z powodu pewnej manipulacji. Jeśli ktoś nie zdobywa wykształcenia, bo w pewnym sensie zabroniła mu tego religia, to co na to powiecie? Czasem bywało niefajnie, jak w okresie zwiększonego bezrobocia, osoby takie nie mogły znaleźć jakiejkolwiek pracy.
Winien Wam drodzy jestem kilka słów o moich losach w pryzmacie wykształcenia. Przed chwilą powiedziałem Wam, że w czasach, gdy kończyłem szkołę średnią i nie chciałem nawet podchodzić do egzaminu maturalnego, moja wychowawczyni prosiła mnie bym jednak spróbował zdać egzamin maturalny.
- Artur - mówiła mi - ja cię proszę, podejdź do tego egzaminu. Przecież masz takie dobre oceny. A nie wiadomo kiedy w życiu ci się matura przyda.
Co było robić? Dla świętego spokoju zdałem tę maturę. W życiu bym nie pomyślał, że słowa mojej wychowawczyni okażą się prorocze. Po wielu latach, gdy już wyprowadziłem się z mojego rodzinnego miasta, i gdy przestałem też być Świadkiem Jehowy, podjąłem pracę w pewnym dużym zakładzie przemysłowym. Tam zaproponowano mi abym poszedł na studia, za które firma zapłaci. W ten sposób spełniły się słowa nauczycielki z technikum. Świadectwo maturalne przydało się, jak znalazł!
Najpierw w Kaliszu ukończyłem studia inżynierskie, później w Poznaniu na politechnice, studia magisterskie. Mam całkiem fajną pracę, dzięki wykształceniu, które zdobyłem.
Mało tego, ostatnimi czasy również udaje mi się być wykładowcą na wyższych studiach, ucząc przedmiotów zawodowych. Potraficie sobie to wyobrazić? Ja, niegdyś przeciwnik wyższego wykształcenia... Dziś sam uczę na uczelni! Życie jest naprawdę przewrotne. Przydała się wiedza i doświadczenie z Teokratycznej Szkoły Służby Kaznodziejskiej, gdzie kiedyś w zborze uczyłem innych na podstawie podręcznika Towarzystwa jak przemawiać publicznie. Przydały się godziny spędzone podczas niezliczonych wykładów biblijnych.
Powtórzę to jeszcze raz, życie jest naprawdę przewrotne!
W obecnych czasach pozostaje się cieszyć, że podejście Świadków do wyższego wykształcenia się zmieniło. Ale kto odda wielu młodym ludziom te możliwości, te szanse, które utracili?
Ostatek i namaszczeni
Świadkowie Jehowy mają ciekawe podejście do tematu życia po śmierci. Według ich interpretacji Biblii, miejscem życia człowieka jest Ziemia. Wobec tego nie istnieje coś takiego jak życie po śmierci. Człowiek rodzi się, żyje a potem umiera. Według nich człowiek nie posiada duszy, która po śmierci ciała gdzieś ulatuje, ale raczej jest duszą. Szczegółowo postaram się ten temat omówić w rozdziale poświęconym kwestiom doktrynalnym, ale teraz już sygnalizuję temat, by lepiej naświetlić zagadnienie pewnej grupy ludzi, którzy "wybierają się" do Nieba. Przez Niebo rozumiemy w tym wypadku, wyższą sferę duchową, gdzie przebywa Bóg i aniołowie. W ich pojęciu Bóg wybrał pewną grupę ludzi, aby mogli tam przebywać, jako współrządzący wraz z Jezusem. Na podstawie wersetu z Księgi Objawienia określają liczbę tych ludzi na 144 000. Jest to według Świadków grupa (dość liczna) z "nadzieją niebiańską". W skład tej grupy ludzi mieli wchodzić apostołowie oraz wszyscy pierwsi chrześcijanie. Ale to nie koniec! Z powodów do końca niezrozumiałych (być może nie udało się uzbierać odpowiednich ludzi w I wieku n.e.) niewielka część takich ludzi żyje do dziś. Oczywiście są to ludzie ściśle związani z organizacją Świadków Jehowy oraz piastujący w niej stanowiska "kierownicze". W terminologii Świadków jest to klasa "Ostatka" 144000. Ostatka grupy namaszczonych, by współkrólować z Chrystusem w Niebie. Gdy przestałem być Świadkiem, szacowano liczbę takich ludzi na około 8 tysięcy. Tylko członkowie Ostatka mają prawo spożywać emblematy (chleb i wino) podczas uroczystości obchodów Wieczerzy Pańskiej, czyli pamiątki ostatniej wieczerzy Jezusa z uczniami. Większość takich osób żyje oczywiście w Stanach Zjednoczonych i związana jest z centralnym biurem, ale nie brakuje też takich osób w innych krajach, w tym w Polsce.
W świadomości zwykłych szeregowych Świadków, członkowie Ostatka są prawie nadludźmi. Bardzo rzadko mają możliwość zetknąć się osobiście z takimi osobami, więc wydaje im się, że są to ludzie jakoś szczególnie uduchowieni. Ba! Obdarzeni wręcz nadludzką mocą! Żartobliwie mówiąc, wydaje się, że gdyby zgasić światło w pokoju gdzie przebywa taka osoba to z całą pewnością byłaby widoczna aureola świętości wokół głowy... Słyszałem relacje Świadków, którzy opowiadali, że podczas podawania ręki osobie z Ostatka to przechodził ich elektryzujący dreszcz po całym ciele. Wcale nie żartuję w tym momencie. Naprawdę takie legendy słyszałem. Oczywiście w żadnej publikacji Świadków, nie było mowy o takiej szczególnej świętości tych namaszczonych. Taki mir i hołubienie zrodziło się samoistnie w wielu umysłach zwykłych Świadków.
Podczas mojej bytności w zborze miałem okazję zetknąć się z kilkoma takimi osobami "namaszczonymi". Pierwszy raz nastąpiło to w miejscowości Marki pod Warszawą. Znajdowało się tam swego czasu, Biuro Oddziału w Polsce. Oczywiście jeszcze nielegalne, ponieważ było to przed zalegalizowaniem działalności Świadków Jehowy w naszym kraju. Człowiekiem tym był Edward Kwiatosz. W osobistej rozmowie bardzo mnie zachęcał do podjęcia Służby Pionierskiej. Co zresztą z wielką ochotą uczyniłem. Ale dreszcz po całym ciele mnie nie przeszedł podczas podawanie ręki... Widocznie nie jestem aż tak sensytywny jak wspomniani wcześniej Świadkowie.
Niedługo później po mojej pierwszej wizycie Markach, rozpoczęto w Nadarzynie pod Warszawą budowę nowego Biura Oddziału, czyli "Domu Betel". Jako ochotnik miałem możliwość brać udział w budowie tego obiektu przez pewien czas. Tam też miałem okazję poznać kilku "namaszczonych", między innymi Zygfryda Adacha i Haralda Abta. Wszystkie te osoby już nie żyją. Być może są już w niebie z Bogiem i Jezusem, jeśli wierzyć Świadkom. Dlatego podaję ich nazwiska, bo jakby nie patrzyć, były to osoby bardzo publiczne. Stojące na świeczniku organizacji Świadków.
Jednego nazwiska jednak nie podam, bo raczej jest to osoba jeszcze żyjąca. Właśnie z tym człowiekiem miałem największy kontakt, jeśli chodzi o klasę ludzi z "nadzieją niebiańską". Nazwijmy go imieniem Zebedeusz.
Zebedeusz był Pionierem Specjalnym, który został wydelegowany do zboru, jakiego byłem wtedy członkiem. Wydelegowany został aby pomóc w służbie na terenie oddalonym. Konkretnie była to miejscowość Mońki znana z produkowanych tam serów. Właśnie w Mońkach zbór posiadał nieduży drewniany dom gdzie mogli mieszkać pionierzy oraz gdzie odbywały się zebrania. Tam właśnie zamieszkał Zebedeusz wraz ze swoją żoną. Dla informacji dodam, że żona ta nie posiadała takowej niebiańskiej nadziej. Była członkiem klasy przeznaczonej do życia na Ziemi. Pewnego rodzaju ciekawostką jest informacja, że kobietę tę poznałem, gdy była jeszcze młodą dziewczyną. Poznałem ją podczas mego pierwszego zebrania w zborze Świadków. Była wtedy lektorem, czyli osobą czytającą na głos tekst studiowanej publikacji. Ale wróćmy do postaci Zebedeusza. Pamiętam go, jako osobę bardzo ciepłą i serdeczną. Podczas obecności w naszym zborze a trwało to około 2 lat (mogę się mylić, bo dokładnie nie pamiętam) piastował też przywilej Starszego. Właśnie wtedy od Zebedeusza nabyłem wiele umiejętności związanych z empatią i współczuciem dla innych. Może właśnie pod jego wpływem nie przyłożyłem ręki do tego, aby kogoś wykluczyć? A może po prostu sprawy sądownicze, w jakich miałem udział nie wymagały takiego wykluczenia? W każdym bądź razie Zebedeusz by człowiekiem niesłychanie serdecznym. Nie popisywał się na każdym kroku ani wiedzą biblijną, ani swoją niebiańską nadzieją. Może nawet w pewnym stopniu był nią zakłopotany.
Pewnego razu grono Starszych z naszego zboru zostało zaproszone na specjalne szkolenie dla usługujących. Szkolenie to odbyło się w Olsztynie. Oczywiście pojechaliśmy wszyscy z naszego zboru, wszyscy Starsi.
Samo szkolenie, jak szkolenie. Dużo przykładów, dużo opowieści i takie tam. Ale ciekawy był fakt naszego zakwaterowania. Wspominam tu o tych wydarzeniach właśnie w kontekście Zebedeusza, ponieważ zakwaterowano nas razem. W tamtych czasach był zwyczaj kwaterowania gości wszelkiego rodzaju zgromadzeń Świadków w domach prywatnych innych wyznawców. Również w przypadku szkolenia, o którym wspominam, przyjęła nas jakaś rodzina Świadków u siebie w domu. Był to bardzo ciepły zwyczaj. Pozwalał na bliższe poznanie nowych braci i wymianę tak zwanych doświadczeń. Dla goszczących był to przywilej okazać gościnność, a dla przyjezdnych oprócz wspomnianych aspektów dodatkowym plusem był brak kosztów noclegu. Zasadnicza reguła mówiła, że przyjmujący gości powinni zapewnić miejsce do spania oraz gorącą wodę. W praktyce jednak nie spotkałem się, aby gospodarze zapewniali tylko owe minimum. Przeważnie oprócz gorącej wody były jeszcze posiłki i to z tego, co kto miał najlepsze. Choć czasy bywały ciężkie. Ot, takie skrzyżowanie polskiej gościnności z chrześcijańskim braterstwem. Świadkowie na każdego współwyznawcę mówią "brat" lub "siostra". W tym wypadku omawianego zwyczaju, nie były to tylko zwykłe słowa, ale braterstwo w fizycznym wydaniu. Sam oczywiście też wiele razy gościłem różnych "braci i siostry" u siebie w domu. Dla kogoś postronnego może się to wydawać dziwne zaprosić obcych ludzi do swego domu dać im "wikt i opierunek" bez obawy, że coś ukradną, ale w przypadku Świadków takich obaw nie było. Niestety w późniejszych czasach przed moim odejściem ze zboru zwyczaj takiej serdecznej gościnności zanikał. Nie było już tylu chętnych do przyjmowania gości i wyjazdy na większe zgromadzenia związane były raczej z nocowaniem w hotelach, bursach szkolnych, schroniskach a nawet na salach gimnastycznych w szkołach.
Proszę o wybaczenie tej małej dygresji o gościnności. Wracam więc do tematu Zebedeusza i jego "niebiańskiej nadziei".
Zakwaterowano, więc nas razem z Zebedeuszem. Ugoszczono kolacją. Po kolacji nawet poczęstowano piwem. Świadkowie oczywiście piją alkohol w umiarkowanych ilościach. A potem się okazało, że pokój, w którym mamy spać zawiera tylko jedno łóżko! Wersalkę! Co prawda dwuosobową, ale i tak czułem się skrępowany. Nigdy nie spałem z innym facetem pod tą samą kołdrą. Nie mam tu na myśli żadnych podtestów homoseksualnych. Raczej chodzi mi o dyskomfort zwyczajowy. Jak zwał tak zwał, ale skrępowany byłem. Dobrze, że wypiliśmy wcześniej po piwie to trochę się rozluźniłem. Przed zaśnięciem, gdy tak sobie leżeliśmy, spytałem Zebedeusza jak to w końcu jest z tą jego niebiańską nadzieją? Jak to odczuwa? Odpowiedział, że do końca nie jest to łatwo wytłumaczyć. On tak po prostu czuje i już. W oficjalnej literaturze przy okazji tematu powołania ludzi do Nieba cytowano werset biblijny, w którym mowa o duchu bożym "świadczącym wespół z duchem człowieka". Ewentualnie używano przykładu płci. Każdy człowiek ma wewnętrzne przekonanie, że jest albo mężczyzną, albo kobietą. Tak samo miało być z nadzieją życia w Niebie lub na Ziemi. Prawdą jest, że do mnie też bardziej przemawiała wizja życia na Ziemi, w dodatku rajskiej niż życia gdzieś w nieznanych, niewiadomych zaświatach.
Zebedeusz opowiedział mi też, że jest to też w pewnej mierze nie zrozumiałe dla niego samego, ponieważ zdawał sobie sprawę, że jest zbyt młodym człowiekiem. Miał wtedy trochę ponad 30 lat. Natomiast w myśl doktryny Świadków w klasie "ostatka" powinni być ludzie zdecydowanie starsi wiekiem. Ludzie, którzy zostali Świadkami w pierwszych dziesięcioleciach działalności Towarzystwa Strażnica. Osoby z "nadzieją niebiańską", które wcześniej wymieniłem: Abt, Kwiatosz, Adach wpisywały się w ten schemat. Natomiast Zebedeusz nijak do tego schematu nie pasował. Było to dla niego również kłopotliwe. Powiedział mi, że jednak skoro Bóg tak wybrał, to on z tym nie będzie dyskutował i przyjmuje to tak jak jest.
Potem zasnęliśmy.
Rano okazało się, że na szczęście "nadzieja niebiańska" nie przeniosła się na mnie. Nie zaraziłem się nią w żaden sposób. Wszystko było po staremu. Oczywiście piszę te zdania z przymrużeniem oka.
Wydawać by się mogło, że naturalnym miejscem służby Zebedeusza powinien być Dom Betel, czyli Biuro Oddziału w Nadarzynie. Podobno miał taką propozycję, aby być osobistym sekretarzem żyjącego wówczas Zygfryda Adacha niemniej z propozycji tej Zebedeusz nie skorzystał. Wolał być Pionierem Specjalnym i służyć "w terenie".
Być może kulisy były też inne. Poza podeszłym wiekiem Adachem, pozostali członkowie Komitetu Biura Oddziału nie podawali się za członków Ostatka. Zgodnie, więc z doktryną Zebedeusz, jako członek klasy Niewolnika Wiernego i Rozumnego po śmierci Adacha musiałby stanąć na czele tego komitetu. Znając empatię Zebedeusza i jego serdeczność mogło być to dla "wierchuszki" organizacji w Polsce niewygodne. Ale są to oczywiście moje osobiste dywagacje. Niepoparte żadnymi dowodami a tylko domysłami.
Po kilkuletnim pobycie w zborze, w jakim wtedy byłem Zebedeusz został przeniesiony na inny teren. Podobno była to Litwa lub Rosja, dokładnie nie wiem. W każdym bądź razie słuch o Zebedeuszu zaginął. Więcej go nie spotkałem.
Jakiś czas temu, gdzieś przypadkiem na internetowym forum byłych Świadków ktoś również wspominał tego człowieka i dodał informację, że Zebedeusz już nie spożywa chleba i wina podczas Pamiątki ostatniej wieczerzy. Oznaczałoby to, że przestał już się identyfikować z klasą Ostatka. Niemniej nie była to informacja w stu procentach sprawdzona i potwierdzona.
Teraz z pewnej perspektywy lat, zastanawiam się jak to w końcu jest z tą nadzieją pójścia do nieba? Gdyby przyjąć założenie, że faktycznie ludzie tacy jak Zebedeusz odczuwają taką nadzieję w nadnaturalny sposób oznaczałoby to, że istotnie Świadkowie wraz ze swoimi naukami są wybrańcami Boga i mają "monopol na Prawdę". Z drugiej strony jednak, zdaję sobie sprawę, że jest wiele czynników świadczących przeciw takiemu stwierdzeniu. Nie dość, że nie mają "monopolu na Prawdę", to jeszcze niektóre z wierzeń Świadków, czy może kwestii doktrynalnych oraz niektóre postanowienia organizacyjne są po prostu szkodliwe. Szkodliwe dla życia społecznego. Szkodliwe dla relacji międzyludzkich, np. w rodzinie. Szkodliwe dla zdrowia i nawet życia.
Jak zatem podejść do "namaszczenia" tych wybrańców, o których mowa w tym rozdziale?
Warto jeszcze raz przytoczyć regułę spożywania emblematów podczas Pamiątki śmierci Jezusa. Według Świadków podczas ostatniej wieczerzy Jezus podając symbole swego ciała i krwi, chleb i wino dawał je do spożywania apostołom, to znaczy ludziom, którzy taką "niebiańską" nadzieję otrzymali. Zresztą, pozostałe wypowiedzi o pójściu do Nieba zawarte w Nowym Testamencie, też były adresowane do takiej klasy ludzi. Zatem podczas uroczystości Pamiątki śmierci Jezusa, obchodzonej raz w roku, tylko "pomazańcy" mają prawo spożywać te symbole. Reszta obecnych, nazwanych "drugimi owcami" są obserwatorami. W praktyce wygląda to tak, że gdy podawane są chleb i wino wszyscy podają je sobie z rąk do rąk, ale nie spożywają. Przez wiele lat tak to dla mnie też wyglądało dopóki nie pojawił się Zebedeusz. Na własne oczy widziałem jak tylko on skosztował nieco wina i zjadł kawałek niekwaszonego chleba. Było to dla mnie bardzo poruszające. Choć ani niebo się wtedy nie otworzyło, ani gołębica się nie pojawiła, ani ogień nie zstąpił ani nawet piorun nie trzasnął. Cóż, było to dla mnie coś zjawiskowego, bo tak wtedy była ukształtowana moja świadomość...
Świadkowie podczas takich uroczystości skrupulatnie liczą wszystkich obserwatorów i ewentualnych uczestników. Raz w roku te dane są podawane do publicznej wiadomości i stąd wiemy, że uczestników, czyli członków Ostatka jest około 8 tysięcy. Zdarza się jednak, że symbole te spożywają osoby, które przyszły do Świadków z religii bardziej "uduchowionych" niż te powszechne. Pisząc "uduchowionych" mam na myśli wyznania, gdzie dużą wagę się przywiązuje do darów ducha świętego, religijnych uniesień, wzruszeń czy spektakularnych uzdrowień. W takich religiach dużo się mówi o Niebie i bliskiej obecności Boga czy też Chrystusa. Zatem osoby zostające Świadkami z bagażem tego typu uczuć deklarują należność do klasy "pomazańców". Czasem też tak niestety bywa, że niektórym wydaje się, iż klasa Ostatka, jest rodzajem chrześcijan pierwszego gatunku a reszta drugiego. Chcą, więc podnieść swój prestiż, mniej lub bardziej świadomie deklarują swoją należność do klasy "niebiańskiej".
W świetle przytoczonych wyżej faktów łatwiej jest zrozumieć pochodzenie odczuwania "nadziei niebiańskiej". Uczucia i serce wielu szczerych osób przepełnione są chęcią bezpośredniego obcowania z Bogiem stąd ta szczególna deklaracja przynależności do Ostatka.
Nie wiem jak innym ludziom, ale według mnie okoliczność występowania "nadziei niebiańskiej" nie jest dowodem prawdziwości religii Świadków Jehowy. Uczucia pewnych osób kierujących się mniej lub bardziej szczerymi pobudkami nie są tego dowodem. Za taką argumentacją przemawia też fakt odchodzenia od Świadków osób z taką nadzieją. Chyba najbardziej znany przykład to postać Raymonda Franza byłego członka Ciała Kierowniczego, naczelnego organu kierującego organizacją Świadków. Człowiek ten jest bez wątpienia "pomazańcem" w opinii Świadków. Swojej nadziei nie przestał odczuwać nawet po tym, gdy już przestał być Świadkiem Jehowy i stał się w pewnym stopniu "niezależnym chrześcijaninem".