Armadale - Wilkie Collins

-
Proszę czekać

OPOWIEŚĆ KSIĘGA PIERWSZA

I. TAJEMNICA OZIASA MIDWINTERA

Kiedy w ciepły majowy wieczór 1851 roku wielebny Decimus Brock przebywający z wizytą na Wyspie Man udawał się na spoczynek w swojej sypialni w Castletown, nie towarzyszył mu bynajmniej błogi spokój. Ciążyło na nim poważne osobiste zobowiązanie, a nie miał sprecyzowanego pomysłu na to, jak mógłby wybrnąć z obecnej trudnej sytuacji.

Pastor osiągnął już ten dojrzały wiek, w którym człowiek rozsądny potrafi wystrzegać się (na tyle, na ile pozwala mu nastrój) wszelkich bezsensownych zmagań z tyranią własnych trosk. Porzucając dalsze wysiłki zmierzające do podjęcia decyzji w obliczu sytuacji kryzysowej, w jakiej się znalazł, pan Brock, rozebrany do koszuli, usiadł spokojnie na brzegu łóżka i zaczął się zastanawiać, czy sama sytuacja była aż tak poważna, jak mu się dotąd wydawało. Szukając wyjścia z labiryntu dylematów, przyłapał się na tym, że niespodziewanie odbywa najmniej zachęcającą ze wszystkich ludzkich wędrówek - wędrówkę przez ostatnie lata swego życia.

Jeden za drugim powracały kolejno wydarzenia tego okresu, wszystkie powiązane z tą samą garstką postaci i wszystkie mniej lub bardziej odpowiedzialne za niepokój, który zakłócał obecnie nocny wypoczynek pastora. Wspomnienie pierwszego z wydarzeń przeniosło go czternaście lat wstecz do własnej plebanii położonej na brzegu Kanału Bristolskiego w hrabstwie Somerset, gdzie odbył prywatną rozmowę z pewną damą - która złożyła mu wizytę - zupełnie nieznaną zarówno pastorowi, jak i w najbliższej okolicy.

Kobieta miała jasną cerę i dobrze zachowaną figurę. Wciąż była młoda, a wyglądała na jeszcze młodszą. W jej wyrazie twarzy malował się odcień melancholii, a w głosie pobrzmiewał smutek na tyle wyraźnie, by dać do zrozumienia, że wiedziała, co to zgryzota, ale nie na tyle, by narzucać swe troski cudzej uwadze. Przyprowadziła z sobą ładnego, jasnowłosego chłopca w wieku lat ośmiu, którego przedstawiła jako swego syna i który został na początku rozmowy odesłany, aby pobawić się w ogrodzie należącym do plebanii. Bilet wizytowy zapowiedział ją jako "panią Armadale". Wzbudziła zainteresowanie pana Brocka, zanim jeszcze zdążyła otworzyć usta i kiedy odesłała syna, czekał w niejakim napięciu, co też ma mu do powiedzenia.

Pani Armadale zaczęła od informacji, że jest wdową. Jej mąż zginął w katastrofie morskiej wkrótce po ślubie, podczas podróży z Madery do Lizbony. Doznawszy tej straty, przybyła pod opieką ojca do Anglii i w rodzinnej posiadłości w hrabstwie Norfolk urodziła syna pogrobowca. Wkrótce potem śmierć zabrała jej ojca, pozbawiając ją tym samym jedynego żyjącego rodzica i narażając na zaniedbanie oraz niezrozumienie ze strony pozostałych krewnych (dwóch braci), które, jak się obawiała, rozdzieliło ich na całe życie. Przez jakiś czas mieszkała w sąsiednim hrabstwie Devon, poświęcając się edukacji syna. Ten właśnie osiągnął wiek, w którym potrzebował innego nauczyciela niż matka. Jej osobista niechęć do rozstania z dzieckiem w obliczu samotności nie stanowiła problemu, ale bardzo zależało jej na tym, aby chłopiec przy okazji pójścia do szkoły nie trafił pomiędzy obcych. Wymarzyła sobie, że jej syn będzie pobierał prywatne lekcje w domu i w ten sposób w okresie dorastania pozostanie poza zasięgiem pokus i niebezpieczeństw tego świata.

Mając to na uwadze, zdecydowała, że jej pobyt w dotychczasowym miejscu zamieszkania (gdzie usługi pastora w charakterze prywatnego nauczyciela nie były dostępne) musi się zakończyć. Zasięgnęła języka i dowiedziała się, że w sąsiedztwie pana Brocka znajduje się odpowiedni dla niej dom i że sam pan Brock w przeszłości miał zwyczaj brać uczniów. Mając te informacje, postanowiła się przedstawić, wyposażona w referencje zaświadczające o jej dobrej reputacji. Przybyła, aby zapytać, czy (w razie gdyby osiedliła się w tej okolicy) warunki, które była w stanie zaoferować, skłoniłyby pana Brocka, aby raz jeszcze otworzył swoje drzwi przed uczniem i aby tym uczniem był jej syn.

Gdyby pani Armadale była kobietą pozbawioną przymiotów osobistych albo gdyby pan Brock miał do dyspozycji okopy w postaci żony, zza których mógłby się bronić, możliwe, że podróż wdowy byłaby nadaremna. W zaistniałych okolicznościach proboszcz przejrzał referencje, które mu przedstawiono, i poprosił o czas do namysłu. Kiedy minął wyznaczony termin, zrobił to, o co prosiła pani Armadale - nadstawił barki na przyjęcie brzemienia i pozwolił matce obarczyć się odpowiedzialnością za jej syna.

Było to pierwsze z ciągu wydarzeń, a miało miejsce w roku 1837. Pan Brock powędrował pamięcią wprzód, wychwycił drugie z kolei wydarzenie i zatrzymał się w roku 1845.

Miejscem akcji nadal była wioska rybacka na wybrzeżu w hrabstwie Somerset, a bohaterami znów te same osoby - pani Armadale i jej syn.

W ciągu minionych ośmiu lat odpowiedzialność spoczywająca na panu Brocku nie ciążyła mu zbytnio. Chłopiec nie przysparzał ani matce, ani nauczycielowi wielu problemów. Wiedzę książkową przyswajał powoli, bardziej jednak ze względu na wrodzoną niezdolność do skupienia uwagi niż z powodu tępoty. Nie da się zaprzeczyć, że jego temperament był w najwyższym stopniu płochy: działał chaotycznie pod wpływem pierwszego lepszego impulsu i na oślep wyciągał pochopne wnioski. Z drugiej strony trzeba przyznać, że usposobienie miał prostoduszne jak mało kto: trudno było o bardziej życzliwego, uczuciowego i miłego chłopca. Pewna osobliwa oryginalność charakteru i zdrowe upodobania, jakie przejawiał, sprawiły, że nie padł ofiarą większości zagrożeń, na które nieuchronnie narażał go system edukacyjny matki. Odznaczał się na wskroś angielskim zamiłowaniem do morza i wszystkiego, co się z nim wiąże. W miarę jak dorastał, nie można go było odciągnąć od wody i utrzymać z dala od warsztatu szkutnika. Pewnego dnia ku swemu najwyższemu zdziwieniu i złości matka przyłapała go tam, jak pracował jako ochotnik. Wyznał, że jego największym marzeniem na przyszłość jest posiadać własny warsztat i że obecnie jego jedynym celem było zbudowanie łodzi. Słusznie przewidując, że podobne zajęcie w czasie wolnym pozwoli chłopakowi łatwiej pogodzić się z brakiem towarzystwa rówieśników, pan Brock nie bez trudu zdołał przekonać panią Armadale, aby pozwoliła synowi postawić na swoim. W chwili, gdy w życiu pastora miało miejsce drugie wydarzenie mające związek z jego uczniem, a które teraz zostanie przytoczone, młody Armadale już tak długo praktykował w warsztacie szkutnika, by własnoręcznie położyć kil pod własną łódź i tym samym spełnić marzenia.

Pewnego letniego dnia pod wieczór, niedługo po tym, jak Allan skończył szesnaście lat, pan Brock zostawił ucznia pochłoniętego pracą w warsztacie, a sam poszedł złożyć wizytę pani Armadale, zabierając ze sobą ostatni numer dziennika "The Times".

Lata, jakie minęły od ich pierwszego spotkania, zdołały już uregulować stosunki duchownego i jego sąsiadki. Początkowe awanse, które wiedziony rosnącym uwielbieniem dla wdowy pastor próbował czynić w pierwszych dniach znajomości, spotkały się z jej strony z prośbą o wyrozumiałość, która zamknęła mu usta na przyszłość. Raz na zawsze przekonała go, że jedynym miejscem, jakie może mieć nadzieję zajmować w jej sercu, jest miejsce zarezerwowane dla przyjaciela. Kochał ją na tyle mocno, by przyjąć to, co dawała: zostali przyjaciółmi i na tym poprzestali. Na dobrych relacjach z ukochaną kobietą nie kładła się cieniem żadna obawa o to, że innemu mężczyźnie może się udać coś, co nie powiodło się jemu. Spośród kilku mieszkających w okolicy dżentelmenów żaden nie został przez panią Armadale dopuszczony do większej zażyłości niż tylko powierzchowna znajomość. Szczęśliwa w swoim wiejskim ustroniu, była obojętna na wszelkie atrakcje towarzyskie, które skusiłyby inne kobiety jej pokroju i w jej wieku. Pan Brock i jego gazeta, którzy z do bólu przewidywalną regularnością pojawiali się u niej na herbatce trzy razy w tygodniu, mówili jej wszystko, co chciała wiedzieć o wielkim świecie, ten zaś obracał się z dala od ciasnych i niezmiennych granic jej codziennego życia.

Tego wieczoru pan Brock zajął fotel, w którym zawsze zasiadał, przyjął filiżankę herbaty, którą zawsze wypijał, i otworzył gazetę, którą zawsze odczytywał na głos pani Armadale. Ona z kolei niezmiennie słuchała go, odpoczywając na tej samej kanapie z nieodłączną robótką w dłoni.

- Wielkie nieba! - zawołał proboszcz zmienionym głosem, z pełnym zdumienia wzrokiem utkwionym w pierwszej stronie gazety.

Pani Armadale nigdy dotąd nie była świadkiem podobnego wstępu do wieczornej lektury. Podniosła zaciekawiony wzrok i poprosiła czcigodnego przyjaciela, aby raczył wyjaśnić przyczynę swojego zdziwienia.

- Nie mogę uwierzyć własnym oczom - powiedział pan Brock. - W gazecie jest ogłoszenie skierowane do pani syna.

Bez dalszych wstępów przeczytał, co następuje:

"Jeśli niniejsze ogłoszenie trafi do rąk ALLANA ARMADALE'A, ten proszony jest o osobisty lub listowny kontakt z panami Hammickiem i Ridge'em (Lincoln's Inn Fields, Londyn) w ważnej sprawie, która bezpośrednio go dotyczy. Ktokolwiek, kto mógłby poinformować panów H. i R., gdzie można znaleźć wymienioną wyżej osobę, wyświadczy im przysługę, robiąc to niezwłocznie. Aby uniknąć błędów, podaje się do wiadomości, że poszukiwany Allan Armadale jest młodzieńcem piętnastoletnim, a niniejsze ogłoszenie zamieszcza się na prośbę jego rodziny i przyjaciół".

- Innej rodziny i innych przyjaciół - odezwała się pani Armadale. - Osoba, której nazwisko pojawia się w ogłoszeniu, nie jest moim synem.

Ton jej głosu wprawił pana Brocka w osłupienie. Zmiana w jej twarzy, którą dostrzegł, podniósłszy wzrok, wstrząsnęła nim. Delikatny odcień jej cery zastąpiła trupia bladość, oczy odwróciła od gościa z dziwnym wyrazem - na poły zmieszaniem, na poły przestrachem. Wyglądała na przynajmniej dziesięć lat starszą.

- Nazwisko jest takie niespotykane - rzekł pan Brock, myśląc, że ją uraził, i próbując się usprawiedliwić. - Naprawdę wydaje się niemożliwe, by były dwie osoby...

- Są dwie - przerwała pani Armadale. - Jak wiesz, Allan ma szesnaście lat. Jeśli wrócisz do ogłoszenia, zobaczysz, że osoba, której poszukują, ma piętnaście. Pomimo że nosi to samo imię i nazwisko co mój syn, nie jest z nim, dzięki Bogu, w żaden sposób spokrewniona. Jak długo żyję, będę się modlić o to, żeby Allan nigdy jej nie spotkał ani nigdy nawet się o niej nie dowiedział. Drogi przyjacielu, widzę, że jesteś zaskoczony: czy pozwolisz, że nie będę wyjaśniać tej dziwnej sytuacji? W młodości doświadczyłam nieszczęścia zbyt bolesnego, by o nim mówić nawet tobie. Czy pomożesz mi znosić wspomnienie o nim, nigdy już do tego nie wracając? Czy zrobisz coś więcej - obiecasz, że nie powiesz o tym Allanowi, i nie pozwolisz, aby ta gazeta wpadła mu w ręce?

Pan Brock złożył zobowiązanie, o jakie go poproszono, i taktownie zostawił ją samą.

Proboszcz zbyt długo znał panią Armadale i był do niej zbyt przywiązany, by żywić wobec niej niegodną podejrzliwość. Nie da się jednak zaprzeczyć, iż czuł się zawiedziony tym, że nie chciała mu się zwierzyć, i wracając do domu raz po raz zerkał z zaciekawieniem na ogłoszenie.

Wreszcie stało się jasne, dlaczego pani Armadale zaszyła się wraz z synem w odległej wiosce. Chodziło nie tyle o to, by mieć chłopca na oku, ale by nie odkrył go jego imiennik. Dlaczego bała się ich spotkania? Jaka groźba wisi nad nią lub jej synem? Ufna wiara pana Brocka w przyjaciółkę nie pozwalała mu przypuszczać, że kluczem do zagadki mogło być złe prowadzenie się pani Armadale w przeszłości. Tego wieczoru własnoręcznie zniszczył ogłoszenie i postanowił, że nigdy więcej nie wróci myślami do tego tematu. Na świecie był drugi Allan Armadale, niespokrewniony z jego uczniem włóczęga, dla którego zamieszcza się ogłoszenia w publicznych gazetach. Tyle dowiedział się przez przypadek. Dla dobra pani Armadale nie chciał wiedzieć nic więcej i nigdy nie będzie się próbował dowiedzieć.

Było to drugie z serii wydarzeń mających związek ze znajomością proboszcza z panią Armadale i jej synem. Wędrując w czasie, pamięć pana Brocka zbliżała się coraz bardziej do chwili obecnej i osiągnąwszy trzeci etap podróży, zatrzymała się na roku 1850.

Minione pięć lat nie wpłynęły znacząco, o ile w ogóle, na charakter Allana. Po prostu wyrósł (wedle słów nauczyciela) z chłopaka szesnastoletniego na chłopaka dwudziestojednoletniego. Był równie miły i szczery co zawsze, równie osobliwie i niezmiennie dobroduszny, równie ślepo podążający za swoimi impulsami. Słabość do morza rosła u niego wraz z wiekiem. Od budowy łodzi przeszedł teraz - mając pod sobą dwóch czeladników - do konstruowania krytego jachtu o wyporności trzydziestu pięciu ton. Pan Brock niestrudzenie podejmował próby rozbudzenia w nim wyższych aspiracji. Zabrał go do Oxfordu, aby pokazać mu życie studenckie, do Londynu, aby poszerzyć horyzonty chłopca poprzez zetknięcie z wielką metropolią. Odmiana zaciekawiła Allana, ale nie zmieniła go ani trochę. Był równie ponad wszelkie światowe ambicje jak sam Diogenes. "Co jest lepsze", pytał filozof, "samemu znaleźć drogę do szczęścia czy pozwolić innym próbować ją znaleźć zamiast siebie?" Od tej chwili pan Brock pozwolił osobowości chłopca rozwijać się swoim trybem, Allan zaś bez przeszkód powrócił do pracy nad swoim jachtem.

Czas, który w tak niewielkim stopniu zmienił syna, nie był łaskawy dla matki.

Zdrowie pani Armadale gwałtownie podupadało. W miarę jak opuszczały ją siły, jej usposobienie stawało się coraz gorsze: była coraz bardziej rozdrażniona, coraz bardziej skłonna do chorobliwych obaw i złudzeń, coraz mniej chętnie opuszczała własny pokój. Od czasu ukazania się ogłoszenia pięć lat wcześniej nie wydarzyło się nic, co kazałoby jej wrócić do bolesnych wspomnień związanych z młodością. Między nią a proboszczem nie padło ani jedno słowo nawiązujące do zakazanego tematu, w umyśle Allana nie zostało wzbudzone najmniejsze podejrzenie co do istnienia jego imiennika, a jednak nie mając żadnych podstaw do obaw, pani Armadale stała się w ostatnich latach niespokojna o syna. Nie raz, nie dwa pan Brock obawiał się, że wybuchnie między nimi poważna kłótnia, jednak wrodzone miłe usposobienie Allana wspomagane miłością do matki pozwoliło mu zwycięsko przejść przez wszystkie próby. W obecności proboszcza nigdy nie wyrwało mu się szorstkie słowo czy gniewne spojrzenie, do samego końca był w stosunku do matki niezmiennie kochający i wyrozumiały.

Tak się sprawy miały z synem, matką i przyjacielem rodziny w chwili, gdy w życiu całej trójki zaszło kolejne istotne wydarzenie. W pewne ponure popołudnie na początku listopada pracę nad kazaniem przerwała panu Brockowi wizyta właściciela wiejskiej gospody.

Po wstępnych przeprosinach właściciel przedstawił pilną sprawę, z którą przybył na plebanię.

Kilka godzin wcześniej parobcy przyprowadzili do gospody młodzieńca znalezionego, gdy błąkał się po jednym z pól należących do ich pracodawcy w stanie pomieszania umysłowego, które na ich oko wyglądało na czysty obłęd. Gospodarz udzielił biedakowi schronienia, w międzyczasie posyłając po lekarza, ten zaś widząc go, orzekł, że cierpi z powodu rozstroju umysłowego i że przeniesienie go do najbliższego szpitala lub lecznicy przy przytułku najprawdopodobniej przekreśliłoby jego szanse na wyzdrowienie. Słysząc to i widząc, że cały bagaż nieznajomego stanowi kuferek, który znaleziono przy nim w polu, gospodarz z miejsca zdecydował, że poradzi się proboszcza, co dalej robić w tak poważnej i nagłej sytuacji.

Pan Brock, który pełnił w okręgu nie tylko funkcję pastora, ale i sędziego pokoju, od początku miał zupełną jasność tego, jak należy postąpić. Włożył kapelusz i ruszył wraz z właścicielem do gospody.

W drzwiach gospody dołączył do nich Allan, który usłyszał już nowiny z innych źródeł i czekał na przybycie pana Brocka, aby podążyć za sędzią i zobaczyć nieznajomego. W tej samej chwili dołączył do nich miejscowy felczer i cała czwórka weszła do środka.

Zastali syna gospodarza i chłopca stajennego po dwóch stronach krzesła, na którym próbowali utrzymać przybysza. Młody, szczupły i niskiego wzrostu, był na tyle silny, że z trudem dawał się opanować dwojgu ludziom. Jego śniada cera, duże, jasnobrązowe oczy i czarna broda sprawiały, że wyglądem przypominał nieco cudzoziemca. Ubranie miał znoszone, ale bieliznę czystą. Jego śniade ręce były żylaste i niespokojne i w wielu miejscach miały sinawe przebarwienia - ślad po dawnych skaleczeniach. Palcami jednej ze stóp, z której zrzucił but, wczepił się przez pończochę w poręcz krzesła z siłą, do jakiej zdolny jest tylko człowiek nawykły do chodzenia boso. W szale, który go ogarniał, trudno było dostrzec cokolwiek więcej, co miałoby jakąś wartość praktyczną. Po wyrażonej szeptem naradzie z panem Brockiem felczer osobiście doglądał przeniesienia pacjenta do zacisznej sypialni na tyłach budynku. Wkrótce potem zniesiono na dół jego ubrania i kuferek, które następnie zostały przeszukane w obecności sędziego pokoju. Miano nadzieję, że dostarczą wskazówek, które pozwolą na skontaktowanie się z jego znajomymi.

Kuferek nie zawierał nic prócz ubrań na zmianę i dwóch książek - dramatów Sofoklesa w greckim oryginale oraz Fausta Goethego po niemiecku. Oba tomy były mocno zniszczone od wielokrotnego czytania, a na wklejce każdego z nich widniały inicjały: O. M. Tyle ujawnił kuferek i nic więcej.

W następnej kolejności przeszukano ubrania, które nieznajomy miał na sobie, kiedy znaleziono go w polu. Światło dzienne ujrzały kolejno portmonetka (zawierająca jednego suwerena i kilka szylingów), fajka, kapciuch, chusteczka do nosa oraz rogowy kubek. Kolejny i ostatni przedmiot znaleziono niedbale zmięty w kieszeni na piersi płaszcza. Była to opinia na piśmie na temat charakteru, opatrzona datą i podpisem, ale bez adresu.

Z dokumentu wynikało, że historia nieznajomego była doprawdy nie do pozazdroszczenia. Najwyraźniej pracował krótko w szkole jako woźny, kiedy zaś zaczął chorować, przepędzono go na cztery wiatry w obawie, że jego rozstrój może być zaraźliwy i że w następstwie może to zaszkodzić dobru placówki. Nie ciążył na nim najmniejszy zarzut złego zachowania. Wręcz przeciwnie, dyrektor z największym zaangażowaniem poświadczał jego kompetencje i przymioty charakteru oraz wyrażał żywą nadzieję, że chłopak zdoła (z pomocą Opatrzności) wrócić do zdrowia pod dachem kogoś innego. Pisemna opinia, która dawała wgląd w historię nieznajomego, miała jeszcze jeden skutek: łączyła go z inicjałami w książkach i pozwalała ustalić, że nazywa się brzydko jak mało kto - Ozias Midwinter.

Pan Brock odłożył opinię, podejrzewając, że dyrektor celowo nie podał swojego adresu, aby uchylić się od odpowiedzialności w przypadku śmierci woźnego. Tak czy owak, w obecnej sytuacji jawnie bezcelowe było szukanie znajomych biedaka, o ile w ogóle takowi istnieli. Został przyprowadzony do gospody i zwykła ludzka uczciwość nakazywała, aby w niej na razie pozostał. Gdyby przyszło do najgorszego, problem kosztów można by rozwiązać za pomocą wolnych datków od sąsiadów albo zbiórki pieniędzy po kazaniu w kościele. Upewniając gospodarza, że nie musi się o nic martwić i że da mu znać, co postanowi, pan Brock opuścił gospodę, nie zauważając, kiedy zostawił za sobą Allana.

Nie zdążył ujść więcej niż pięćdziesiąt jardów1, gdy uczeń go dogonił. W gospodzie Allan był przez cały czas niespotykanie milczący i poważny, ale teraz odzyskał swój zwykły pogodny nastrój. Ktoś, kto go nie znał, mógłby pomyśleć, że brakuje mu empatii.

- To smutna sprawa - powiedział proboszcz. - Naprawdę nie wiem, co możemy zrobić dla tego biedaka.

- Może się pan nie martwić - odrzekł młody Armadale, jak zwykle bezceremonialnie - minutę temu wszystko załatwiłem z gospodarzem.

- Ty!? - wykrzyknął pan Brock w najwyższym zdumieniu.

- Udzieliłem tylko kilku prostych wskazówek - ciągnął Allan. - Nasz przyjaciel woźny ma mieć wszystko, czego zażąda, i ma być traktowany jak książę, a kiedy lekarz i gospodarz będą chcieli zapłaty, mają przyjść do mnie.

- Drogi Allanie - łagodnie upomniał go pan Brock - kiedy wreszcie nauczysz się myśleć, zanim dasz się ponieść tym swoim wielkodusznym zapędom? Już teraz wydajesz na budowę jachtu więcej, niż możesz sobie pozwolić...

- Proszę tylko pomyśleć! Przedwczoraj położyliśmy pierwsze deski pokładu - rzekł Allan, jak zwykle przeskakując beztrosko na inny temat. - Wystarczy w sam raz, żeby się po nim przejść, o ile ktoś nie cierpi na zawroty głowy. Pomogę panu wejść na drabinę, panie Brock, jeśli tylko przyjdzie pan i spróbuje.

- Posłuchaj mnie - nie odpuszczał proboszcz. - Nie mówię teraz o jachcie. Chodzi o to, że przytaczam jacht tylko jako przykład.

- I to bardzo ładny przykład - odparł niepoprawny Allan. - Pokaż mi pan bardziej elegancką jednostkę tej wielkości w Anglii, a jeszcze jutro porzucę budowę jachtów. Na czym skończyliśmy naszą rozmowę, szanowny panie? Obawiam się, że się zgubiliśmy.

- A ja obawiam się, że jeden z nas ma w zwyczaju gubić się za każdym razem, gdy otwiera usta - zaripostował pan Brock. - Chodź, Allanie, to poważna sprawa. Narażasz się na wydatki, których możesz nie być w stanie pokryć. Pamiętaj, że jestem daleki od wypominania ci dobrego serca, jakie okazałeś temu samotnemu biedakowi.

- Niech się pan o niego nie martwi. Wyjdzie z tego - za jakiś tydzień będzie zdrów jak ryba. To kapitalny gość, nie mam co do tego cienia wątpliwości! - ciągnął Allan, który miał w zwyczaju wierzyć w każdego i nigdy nie tracić nadziei. - Może zaprosi go pan na obiad, kiedy wyzdrowieje? Chętnie bym się dowiedział (kiedy już wszyscy trzej siądziemy sobie wygodnie w dobrej komitywie przy szklaneczce wina), skąd wytrzasnął to swoje niezwykłe imię i nazwisko. Ozias Midwinter! Mój Boże, jego ojciec powinien się wstydzić.

- Czy możesz powiedzieć mi jedną rzecz, zanim wejdę? - rzekł proboszcz, przystając z rezygnacją przy swojej furtce. - Nim ten człowiek wyzdrowieje, rachunek za jego noclegi i opiekę medyczną może wzrosnąć do dwudziestu lub trzydziestu funtów, o ile w ogóle wyzdrowieje. Jak masz zamiar za to zapłacić?

- Co mówi minister skarbu, gdy nie zgadzają mu się rachunki i nie wie, co dalej robić? - zapytał Allan. - Zawsze mówi swojemu szanownemu przyjacielowi, że jest skłonny zostawić ten tego...

- Margines? - podsunął pan Brock.

- Właśnie! - powiedział Allan. - Jestem jak minister skarbu. Jestem skłonny zostawić margines. Jacht (chwała mu za to) nie pożera wszystkich pieniędzy. Jeśli zabraknie mi funta lub dwóch, niech się pan nie boi. Nie jestem dumny. Przejdę się po okolicy z kapeluszem i zdobędę różnicę. Do diabła z funtami, szylingami i pensami! Chciałbym, żeby wszystkie pozbyły się same siebie jak na pokazie. Pamięta pan braci Beduinów? "Ali weźmie zapaloną pochodnię i wskoczy do gardła swojego brata Mulego; Muli weźmie zapaloną pochodnię i wskoczy do gardła swojego brata Hassana; Hassan, biorąc trzecią zapaloną pochodnię, zakończy występ, wskakując do własnego gardła, i zostawi widzów w egipskich ciemnościach". Cudowne, to się nazywa dowcip. Chwileczkę! Na czym to skończyliśmy? Znów się zgubiliśmy. A tak... pieniądze. Nie mogę sobie wbić do łba jednej rzeczy - zakończył Allan, nieświadomy, że głosi pastorowi socjalistyczne doktryny - po co te wszystkie ceregiele z wydawaniem pieniędzy. Dlaczego ludzie, którzy mają nadmiar, nie dadzą pieniędzy tym, którym ich nie starcza? Świat byłby w ten sposób dużo przyjemniejszy i wygodniejszy do życia. Zawsze powtarzał pan, żebym pielęgnował pomysły. Oto jest pomysł i, jak Boga kocham, myślę, że nie jest zły.

Pan Brock pobłażliwie trącił ucznia końcem laski.

- Wracaj do swojego jachtu - powiedział. - W skrzynce narzędziowej na pokładzie zostawiłeś cały swój mizerny rozsądek, który nosisz w tej roztrzepanej głowie. Jak skończy się sprawa tego chłopaka - ciągnął proboszcz, kiedy znalazł się już sam - nie wie nikt. Niemal żałuję, że w ogóle brałem na siebie odpowiedzialność za niego.

Po trzech tygodniach stwierdzono, że nieznajomy o dziwnym imieniu i nazwisku wreszcie wraca do zdrowia.

W tym czasie Allan regularnie przychodził do gospody zasięgać informacji i gdy tylko chory mógł przyjmować gości, ten jako pierwszy zjawił się u jego łóżka. Dotąd wychowanek pana Brocka objawiał jedynie zwykłe zainteresowanie jedną z niewielu romantycznych historii, które urozmaiciły monotonię wiejskiego życia. Nie zachował się nieroztropnie i nie naraził na naganę. W miarę jednak upływu dni wizyty młodego Armadale'a w gospodzie zaczęły się coraz to bardziej wydłużać i felczer (przytomny starszy człowiek) dyskretnie dał proboszczowi do zrozumienia, że czas wkroczyć do akcji. Panu Brockowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Odkrył, że Allan swoim zwyczajem poszedł ślepo za głosem impulsu. Zapałał do odrzuconego woźnego żywą sympatią i zaprosił Oziasa Midwintera, by ten na stałe zamieszkał w okolicy jako jego serdeczny przyjaciel.

Zanim Pan Brock namyślił się, co robić w tej nowej sytuacji, otrzymał wiadomość od matki Allana, która błagała go, by skorzystał z przywileju starego przyjaciela i złożył wizytę w jej pokoju.

Zastał panią Armadale cierpiącą z powodu gwałtownego pobudzenia nerwowego, którego jedynym źródłem była niedawna rozmowa z synem. Allan był z nią cały ranek i nie mówił o niczym innym, tylko o swoim nowym przyjacielu. Ten człowiek o okropnym nazwisku (jak określiła go biedna pani Armadale) niezwykle szczegółowo wypytywał Allana o jego rodzinę, ale milczał na temat własnej przeszłości. Dawniej nawykły był do morza i żeglarstwa. Allan na nieszczęście dowiedział się o tym i natychmiast zadzierzgnęła się między nimi silna więź. Okazując bezlitosną nieufność wobec nieznajomego - tylko dlatego, że był nieznajomym - co wydało się panu Brockowi nieco nierozsądne, pani Armadale błagała proboszcza, by nie tracąc ani chwili, udał się do gospody i nie ustał, dopóki nie wyciągnie od tamtego rzetelnego sprawozdania na swój temat.

- Dowiedz się wszystkiego o jego ojcu i matce! - powiedziała z kobiecą zawziętością. - Zanim wyjdziesz, upewnij się, że nie jest włóczęgą wałęsającym się po kraju pod przybranym nazwiskiem.

- Moja droga - zaprotestował proboszcz, posłusznie sięgając po kapelusz - możemy kwestionować wszystko, ale jestem przekonany, że jego imienia i nazwiska możemy być pewni. Są tak szpetne, że muszą być prawdziwe. Nikt przy zdrowych zmysłach nie zgodziłby się z własnej woli nazywać Ozias Midwinter.

- Możesz mieć zupełną rację, a ja mogę całkowicie się mylić, ale błagam, idź do niego - nalegała pani Armadale. - Idź i przyciśnij go. Skąd możemy wiedzieć, czy ta jego choroba nie została celowo zainscenizowana?

Nie było sensu się z nią spierać. Całe kolegium lekarzy mogło potwierdzić chorobę nieznajomego, a w obecnym stanie ducha pani Armadale i tak żadnemu z nich by nie uwierzyła, z przewodniczącym na czele. Pan Brock wybrnął zgodnie ze zdrowym rozsądkiem - nic już nie powiedział i natychmiast wyruszył do gospody.

Wracający do zdrowia Ozias Midwinter przedstawiał zadziwiający widok. Ogolona, zawinięta w starą, żółtą, jedwabną chustkę głowa, śniade, zapadnięte policzki, nienaturalnie duże i dzikie jasnobrązowe oczy, czarna zmierzwiona broda, długie, zręczne, kościste palce wycieńczone chorobą tak, że przypominały szpony - wszystko to sprawiło, że na początku rozmowy proboszcz poczuł się nieswojo. Kiedy minęło pierwsze uczucie zdziwienia, dalsze wrażenie nie było miłe. Pan Brock nie mógł pozbyć się wrażenia, że nieznajomy był nastawiony przeciwko niemu. Zgodnie z ogólnie przyjętym przekonaniem jeśli ktoś jest szczery, patrzy swoim bliźnim prosto w oczy, gdy z nimi rozmawia. Jeśli ten człowiek był szczery, jego wzrok wykazywał niezwykłą przekorę, uciekając w bok i przecząc temu przekonaniu. Być może do pewnego stopnia wzrok znajdował się pod wpływem nerwowego wzburzenia organizmu, które zdawało się przenikać każde włókno szczupłego, zwinnego ciała młodzieńca. Każde przypadkowe drgnienie zręcznych, brązowych palców woźnego, każdy przelotny grymas jego wynędzniałej, żółtej twarzy sprawiał, że przez zdrowe anglosaskie ciało proboszcza przechodziły ciarki. "Niech Bóg mi wybaczy!", pomyślał pan Brock, biegnąc myślami do Allana i jego matki, "chciałbym znaleźć sposób, aby przepędzić Oziasa Midwintera na cztery wiatry!"

Rozmowa, która się następnie wywiązała, była bardzo powściągliwa. Pan Brock ostrożnie sondował nieznajomego, ale gdziekolwiek by się nie zwrócił, wszędzie napotykał na uprzejmy opór.

Od początku do końca prawdziwa natura młodzieńca wymykała się proboszczowi z płochliwością dzikiego zwierzęcia. Zaczął od stwierdzenia, któremu, patrząc na niego, trudno było dać wiarę - że liczy sobie zaledwie dwadzieścia lat. Wszystko, co udało się z niego wydobyć na temat szkoły, to to, że samo wspomnienie o niej było dla niego koszmarem. Zajmował posadę woźnego jedynie przez dziesięć dni, po czym pierwsze symptomy choroby spowodowały jego zwolnienie. Nie potrafił wyjaśnić, jak dotarł na pole, gdzie go znaleziono. Pamiętał, że długo jechał pociągiem, mając na uwadze cel (jeśli w ogóle był jakiś cel), którego teraz nie mógł sobie przypomnieć. Potem przez cały dzień lub całą noc, teraz już nie był pewien, szedł pieszo w stronę wybrzeża. Kiedy wróciła mu przytomność umysłu, zaczęło pojawiać się wspomnienie morza. Był zatrudniony na okręcie jako majtek. Rzucił pracę i objął posadę w małomiasteczkowej księgarni. Rzucił księgarnię i przeniósł się do szkoły. Teraz gdy zwolniono go ze szkoły, musi spróbować szczęścia gdzie indziej. Nie miało większego znaczenia, gdzie się zaczepi, i tak wcześniej czy później skończy się to porażką (za którą nie można winić nikogo prócz jego samego). Co do przyjaciół, nie miał się do kogo zwrócić. Co zaś do krewnych, wolał o nich nie mówić. Z tego, co wiedział, mogli już nie żyć, a z tego, co oni wiedzieli, on mógł nie żyć. Jak na człowieka w tym wieku, było to niezaprzeczalnie przygnębiające wyznanie. W oczach innych mogłoby świadczyć o nim źle i bez wątpienia świadczyło o nim źle w oczach dżentelmena, który właśnie z nim rozmawiał.

Te dziwne odpowiedzi zostały wypowiedziane tonem, który z jednej strony daleki był od goryczy, a z drugiej od obojętności. Mając lat dwadzieścia, Ozias Midwinter mówił o swoim życiu tak, jak mógłby mówić o nim Ozias Midwinter siedemdziesięcioletni, dźwigający na barkach ciężar długich lat, który nauczył się cierpliwie znosić.

Dwie okoliczności mocno przemawiały przeciwko nieufności, którą z powodu czystej konsternacji ślepo żywił wobec niego pan Brock. Otóż Midwinter zwrócił się listownie do banku oszczędnościowego w odległym zakątku Anglii, wyciągnął pieniądze i zapłacił lekarzowi oraz właścicielowi gospody. Człowiek prostacki lekce by sobie ważył powinność uregulowania rachunków. Ozias Midwinter mówił też o swoich zobowiązaniach, zwłaszcza wobec Allana, z gorącą wdzięcznością, na którą patrzyło się nie tylko ze zdumieniem, ale i prawdziwym bólem serca. Objawiał szczere zaskoczenie faktem, że w chrześcijańskim kraju otoczono go zwykłą chrześcijańską życzliwością. O tym, że Allan wziął na siebie odpowiedzialność za wszystkie wydatki związane z jego zakwaterowaniem, opieką i leczeniem, wypowiadał się z gwałtownym entuzjazmem pełnym wdzięczności i zaskoczenia, który bił od niego z piorunującą siłą.

- Na Boga! - zawołał były woźny. - Nigdy nie spotkałem się z kimś takim, nigdy wcześniej nie słyszałem o kimś takim!

W następnej chwili jedyne nikłe światełko, któremu mężczyzna pozwolił paść na swoją ognistą naturę, na powrót zgasło w ciemnościach. Rozbiegane oczy wróciły do swojej starej sztuczki i nerwowo odwróciły się od rozmówcy, podczas gdy ton głosu na powrót stał się miarowy i przytłumiony.

- Proszę, niech pan mi wybaczy - rzekł. - Przywykłem do tego, że się mnie ściga, oszukuje i głodzi. Wszystko inne jest mi obce.

Wstając, aby wyjść, pan Brock, który czuł do nieznajomego na wpół pociąg, na wpół odrazę, odruchowo wyciągnął rękę, a potem, ogarnięty nagłą obawą, cofnął ją zmieszany.

- Zrobił pan to w dobrej wierze - powiedział Ozias Midwinter, z determinacją trzymając własne ręce skrzyżowane za sobą. - Nie mam panu za złe, że się rozmyślił. Ktoś, kto nie potrafi zdać relacji na swój temat, nie jest osobą, której dżentelmen pana pokroju podaje dłoń.

Pan Brock opuścił gospodę mocno zdezorientowany. Zanim powrócił do pani Armadale, posłał po jej syna. Istniała nadzieja, że w rozmowie z Allanem nieznajomemu rozwiązał się język, a przy szczerości Allana nie było obaw, że ten zatai przed proboszczem coś, co padło między nimi.

I tu także dyplomacja pana Brocka nie przyniosła oczekiwanych rezultatów.

Zagadnięty o Oziasa Midwintera, Allan zaczął w swój zwykły, lekki i beztroski sposób trajkotać na temat nowego przyjaciela. Nie miał jednak nic ważnego do powiedzenia, bo też nie wyjawiono mu nic ważnego. Podczas każdej spędzonej wspólnie godziny rozmawiali o budowie łodzi i żeglowaniu, przy czym Allan otrzymał kilka cennych wskazówek. Roztrząsali (z pomocą rysunków, dzięki którym Allan otrzymał kolejne cenne wskazówki) ważną i wielkimi krokami zbliżającą się kwestię wodowania jachtu. Przy innych okazjach rozmowa schodziła na tematy zbyt liczne, by wszystkie je sobie naraz przypomnieć. Czy podczas przyjacielskiej rozmowy Midwinter nie wspominał nic o swoich krewnych? Nic, z wyjątkiem tego, że nie potraktowali go dobrze - do diabła z takimi krewnymi! Czy był wrażliwy na punkcie swojego dziwacznego nazwiska? Ani trochę. Okazał się sensownym gościem i dał dobry przykład, sam się z niego śmiejąc.

Pan Brock nie ustępował. Zapytał następnie, co Allan widział w nieznajomym, że obdarzył go tak wielką sympatią. Allan widział w nim to, czego nie widział w większości ludzi. Ozias nie przypominał innych chłopaków z sąsiedztwa. Wszyscy oni byli jak spod jednej sztancy. Każdy z nich tak samo zdrowy, umięśniony, głośny, nieczuły, schludny i szorstki; każdy jeden pił te same ilości piwa, palił przez cały dzień tę samą krótką fajkę, dosiadał najlepszego konia, polował z najlepszym psem, a wieczorem stawiał na stole najlepszą flaszkę wina w Anglii; każdy zanurzał się co rano w balii zimnej wody, a potem przechwalał się tym w mroźny dzień w ten sam sposób; każdy uważał, że zadłużanie się to przedni dowcip, a obstawianie w wyścigach konnych to jeden z najbardziej chwalebnych czynów, do jakich zdolna jest istota ludzka. Bez wątpienia byli to na swój sposób świetni kompani, ale najgorsze w nich było to, że wszyscy byli tacy sami. Spotkanie kogoś takiego jak Midwinter wydawało mu się prawdziwym darem niebios - był to ktoś, kto wymykał się miejscowemu schematowi i którego sposób życia na tym świecie miał tę wielką zaletę, że był jego własnym.

Zostawiając sobie protesty na lepszą okazję, proboszcz udał się z powrotem do pani Armadale. Nie miał złudzeń, że osobą odpowiedzialną za obecny brak rozwagi Allana była jego matka. Gdyby chłopak miał trochę mniej kontaktu z okoliczną drobną szlachtą, a trochę więcej z wielkim światem w kraju i za granicą, towarzystwo Oziasa Midwintera nie wydawałoby mu się tak pociągające.

Pan Brock zdawał sobie sprawę, że jego wizyta w gospodzie nie przyniosła zadowalających efektów i miał pewne obawy, jak jego relacja zostanie przyjęta, kiedy znowu znajdzie się w towarzystwie pani Armadale. Jego złe przeczucia wkrótce się ziściły. Mimo że robił wszystko, żeby przedstawić sytuację w jak najlepszym świetle, pani Armadale uczepiła się jednej podejrzanej rzeczy, jaką było milczenie woźnego na własny temat, i uznała ją za podstawę do podjęcia najbardziej radykalnych kroków zmierzających do rozdzielenia przybysza i swojego syna. Oświadczyła, że jeśli proboszcz nie zgodzi się interweniować, ma zamiar własnoręcznie napisać do Oziasa Midwintera. Protesty rozsierdziły ją do tego stopnia, że ku zdumieniu pana Brocka powróciła do zakazanego tematu sprzed pięciu lat i przywołała rozmowę, którą odbyli, gdy znaleźli pamiętne ogłoszenie w gazecie. Ze wzburzeniem stwierdziła, że włóczęga o nazwisku Armadale z ogłoszenia i włóczęga Midwinter z wiejskiej gospody, wbrew wszystkiemu, co zdaje się temu przeczyć, mogą być jedną i tą samą osobą. Obawiając się poważnego konfliktu pomiędzy matką a synem w razie interwencji matki, pan Brock zobowiązał się, że raz jeszcze spotka się z Midwinterem i powie mu wprost, że ten albo zda wyczerpujące sprawozdanie na swój temat, albo jego zażyłość z Allanem musi się skończyć. W zamian wyegzekwował od pani Armadale dwa ustępstwa. Zobowiązała się poczekać, aż lekarz orzeknie, że młodzieniec jest w stanie podróżować, i w międzyczasie ani słowem nie napomknąć o całej sprawie synowi.

W tydzień później Midwinter mógł już wybrać się (z Allanem w charakterze woźnicy) na przejażdżkę należącą do gospody bryczką zaprzężoną w kucyki, a w kolejne trzy dni później lekarz orzekł, że jego stan pozwala na wyruszenie w drogę. Pod koniec owego trzeciego dnia pan Brock spotkał Allana i jego nowego przyjaciela, jak zażywali ostatnich promieni zimowego słońca na jednej z polnych dróg. Odczekał, aż ci dwaj się rozstaną, i ruszył za woźnym do gospody.

Postanowienie proboszcza, że bezlitośnie przejdzie w rozmowie do rzeczy, stanęło pod znakiem zapytania, gdy zbliżał się do samotnego człowieka i widział, jak niepewnie wciąż jeszcze się porusza, jak luźno wisi na nim znoszony płaszcz i jak ciężko wspiera się na taniej, niezgrabnej lasce. Mając opory przed zbyt pochopnym wygłoszeniem zdecydowanych słów, pan Brock zaczął od małego komplementu. Pogratulował mu oczytania, którego dowodem były dzieła Sofoklesa i Goethego znalezione w kuferku, i zapytał, od jak dawna zna niemiecki i grekę. Wrażliwe ucho Midwintera natychmiast wychwyciło w głosie pana Brocka fałszywą nutę. Obrócił się w gęstniejącym mroku i niespodziewanie spojrzał podejrzliwie w twarz proboszcza.

- Chce mi pan coś powiedzieć - odrzekł - i nie jest to to, co pan teraz mówi.

Nie pozostawało nic innego, jak podjąć wyzwanie. Ostrożnie, okrężną drogą, którą tamten przyjął w całkowitym milczeniu, pan Brock coraz bardziej zbliżał się do sedna sprawy. Na długo zanim do niego dotarł, na długo zanim ktoś o przeciętnej wrażliwości poczułby, co nadciąga, Ozias Midwinter zatrzymał się na ścieżce i oświadczył proboszczowi, że nic już nie musi mówić.

- Rozumiem pana - rzekł woźny. - Pan Armadale ma ugruntowaną pozycję w świecie, nie ma nic do ukrycia i nie ma się czego wstydzić. Zgadzam się z panem, że nie jestem dla niego właściwym towarzystwem. Najlepsze, czym mogę się odwdzięczyć za jego uprzejmość, będzie więcej jej nie nadużywać. Może pan być pewien, że jutro rano opuszczę to miejsce.

Nie powiedział ani słowa więcej. Nic więcej nie chciał słyszeć. Z opanowaniem, które zważywszy na jego wiek i temperament było wprost niebywałe, grzecznie uchylił kapelusza, ukłonił się i powrócił do gospody.

Tej nocy pan Brock spał źle. Sprawa rozmowy na ścieżce sprawiła, że rozwiązanie problemu Oziasa Midwintera stało się trudniejsze niż kiedykolwiek. Wczesnym rankiem następnego dnia do proboszcza dotarł list z gospody i posłaniec oświadczył, że dziwny nieznajomy wyjechał. List zawierał niezapieczętowaną wiadomość skierowaną do Allana oraz prośbę, by jego nauczyciel (po zapoznaniu się z nią) przekazał ją dalej lub zachował dla siebie, wedle własnego uznania. Wiadomość była zaskakująco krótka, całość zawierała się w czternastu słowach: "Nie miej żalu do pana Brocka, pan Brock ma rację. Dziękuję i do zobaczenia - O.M.".

Proboszcz naturalnie przekazał wiadomość właściwemu adresatowi i jednocześnie skreślił kilka zdań do pani Armadale, by uspokoić ją wieścią o wyjeździe woźnego. To uczyniwszy, zaczął oczekiwać na wizytę swojego wychowanka, która z dużym prawdopodobieństwem mogła nastąpić po otrzymaniu listu. Nie był w zbyt spokojnym nastroju. Za postępowaniem Midwintera mogła, ale nie musiała, kryć się jakaś głębsza przyczyna, ale jak dotąd nie dało się zaprzeczyć, że zachowywał się w sposób, który rozwiewał nieufność proboszcza i uzasadniał dobre zdanie Allana o nim.

Poranek mijał, a młody Armadale nadal się nie pojawiał. Pan Brock na próżno szukał go w warsztacie, gdzie powstawał jacht, by następnie udać się do domu pani Armadale i tam usłyszeć od służącego wieści, po których skierował kroki do gospody. Właściciel natychmiast potwierdził fakt: młody pan Armadale zjawił się z otwartym listem w dłoni i nalegał, by powiedzieć mu, którą drogą odjechał jego przyjaciel. Po raz pierwszy, odkąd poznał Allana, gospodarz widział go w złym humorze, a dziewczyna posługująca klientom bezmyślnie wspomniała o pewnej okoliczności, która dolała oliwy do ognia. Przyznała, że w nocy słyszała, jak pan Midwinter zamknął się w swoim pokoju i wybuchnął głośnym płaczem. Ten drobny szczegół sprawił, że pan Armadale zrobił się cały czerwony na twarzy, krzyczał i przeklinał, popędził do stajni i kazał stajennemu osiodłać konia, po czym pogalopował tą samą drogą, którą odjechał Ozias Midwinter.

Pan Brock uprzedził gospodarza, by zachował to, co zrobił Allan, w tajemnicy, gdyby ktoś ze służby pani Armadale zjawił się tego ranka w gospodzie. Potem udał się do domu i z niepokojem czekał, co przyniesie dzień.

Ku jego niewysłowionej uldze uczeń pojawił się na plebanii późnym popołudniem.

Stary przyjaciel po raz pierwszy widział, żeby Allan patrzył i mówił z takim zdecydowaniem. Nie czekając na pytania, opowiedział, co zaszło, w swój zwykły, bezpośredni sposób. Dogonił Midwintera na drodze, a ponieważ próby nakłonienia go do powrotu, a potem dowiedzenia się, dokąd jedzie, spełzły na niczym, zagroził, że do końca dnia będzie mu towarzyszył, i w ten sposób wymusił wyznanie, że przyjaciel jedzie szukać szczęścia w Londynie. Uzyskawszy tę informację, Allan zapytał następnie o jego adres w mieście. Przyjaciel poprosił go, by nie naciskał, on zaś mimo to naciskał z całą mocą i w końcu wydobył z tamtego adres, odwołując się do poczucia wdzięczności Midwintera, za co później, zawstydzony, przeprosił.

- Lubię tego biedaka i nie odpuszczę - zakończył Allan, głośno waląc zaciśniętą pięścią w stół proboszcza. - Proszę się nie obawiać, że będę drażnił matkę. Pozostawiam panu rozmowę z nią w dowolnym czasie i w dowolny sposób. Na zakończenie powiem tylko tyle: oto adres bezpiecznie schowany w moim kieszonkowym notatniku, a oto ja, chociaż ten jeden raz trwający przy własnym postanowieniu. Dam panu i matce czas na przemyślenie tej sprawy, a potem, jeśli mój przyjaciel Midwinter nie przyjedzie do mnie, ja pojadę do mojego przyjaciela Midwintera.

Na tym sprawy na razie stanęły i taki był skutek przepędzenia byłego woźnego na cztery wiatry.

Minął miesiąc i nadszedł nowy rok - 1851. Przeskakując ten krótki czas, pan Brock zatrzymał się z ciężkim sercem przy kolejnym wydarzeniu: w jego odczuciu jedynym naprawdę smutnym, jedynym pamiętnym wydarzeniu w całej serii - śmierci pani Armadale.

Pierwszy zwiastun zbliżającego się nieszczęścia pojawił się wkrótce po wyjeździe woźnego w grudniu, a jego przyczyną było zdarzenie, które od tamtego czasu boleśnie zapisało się w pamięci proboszcza.

Zaledwie trzy dni po wyjeździe Midwintera do Londynu pana Brocka zaczepiła we wsi elegancko ubrana kobieta w sukni i czepku z czarnego jedwabiu oraz czerwonym szalu w tureckie wzory. Nieznajoma pytała o drogę do domu pani Armadale. Zadała to pytanie zza grubej czarnej woalki, która skrywała jej twarz. Udzielając jej niezbędnych wskazówek, pan Brock zauważył, że była nad wyraz elegancką i pełną wdzięku kobietą. Kiedy skłoniła się i odeszła, odprowadzał ją wzrokiem, zastanawiając się przy tym, kim też może być gość pani Armadale.

W kwadrans później dama, nadal zawoalowana, ponownie minęła pana Brocka w pobliżu gospody. Weszła do środka i wdała się w rozmowę z gospodynią. Widząc po chwili, że gospodarz śpieszy do stajni, pan Brock zagadnął go, czy dama odjeżdża. Tak, przyjechała ze stacji omnibusem, ale wracała bardziej wystawnie, wynajętym w gospodzie powozem, który sama opłaciła.

Proboszcz kontynuował spacer, lekko zaskoczony tym, że jego myśli uporczywie krążą wokół kobiety, której nie zna. Po powrocie do domu zastał felczera czekającego z pilną wiadomością od matki Allana. Około godziny wcześniej felczer został w pośpiechu wezwany do pani Armadale. Zastał ją cierpiącą na niepokojący atak nerwowy wywołany (jak podejrzewała służba) pojawieniem się niespodziewanego i prawdopodobnie nieproszonego gościa, który zjawił się tego ranka. Felczer zrobił wszystko, co trzeba, i nie obawiał się o poważne następstwa. Gdy pacjentka poczuła się lepiej, wyraziła chęć natychmiastowego spotkania z panem Brockiem. Doktor pomyślał więc, że poprawi jej nastrój, i ochoczo podjął się pójść na plebanię z wiadomością.

Pan Brock spojrzał na panią Armadale z dużo większą uwagą niż felczer i kiedy odwróciła się do niego, gdy wszedł do pokoju, dostrzegł w jej twarzy coś, co z miejsca wzbudziło w nim głęboki niepokój. Nie dała mu szansy na uspokojenie jej, nie zważała na żadne pytania. Chciała jedynie uzyskać odpowiedzi na własne pytania. Czy pan Brock widział kobietę, która ośmieliła się złożyć jej poranną wizytę? Tak. Czy widział ją Allan? Nie. Allan po śniadaniu udał się do pracy i nadal był w swoim warsztacie nad wodą.

Druga z odpowiedzi najwyraźniej chwilowo uspokoiła panią Armadale. Następne pytanie - najbardziej niezwykłe z wszystkich trzech - zadała z większym opanowaniem. Jak proboszcz myśli, czy Allan będzie miał coś przeciwko temu, żeby na razie zostawić jacht i wybrać się z matką w podróż w poszukiwaniu nowego domu w innej części Anglii? Pan Brock w osłupieniu spytał, co też skłania ją do opuszczenia dotychczasowego domu. Powód, jaki podała pani Armadale, tylko pogłębił jego zdumienie. Pierwsza wizyta nieznajomej mogła nie być ostatnią i pani Armadale wolała, gdyby okazało się to konieczne, opuścić Anglię i dokonać żywota na obczyźnie niż powtórnie się z nią spotkać albo Allana narażać na spotkanie i rozmowę z nią. Opierając się na swoim doświadczeniu jako sędziego pokoju, pan Brock zapytał, czy nieznajoma przyszła po pieniądze. Tak, pomimo porządnego odzienia określiła się jako będącą "w ciężkim położeniu". Poprosiła o pieniądze i dostała je. Pieniądze jednak nie miały znaczenia, najważniejsze było to, żeby zniknąć, zanim nieznajoma powróci. Coraz bardziej zdumiony pan Brock zaryzykował kolejne pytanie: czy dużo czasu minęło od ostatniego spotkania pani Armadale i jej gościa? Tak, więcej niż całe życie Allana - ostatnie spotkanie miało miejsce rok przed jego narodzeniem.

Słysząc to, proboszcz zmienił taktykę i oparł się z kolei na swoim doświadczeniu jako przyjaciela.

- Czy ta osoba - spytał - ma jakiś związek z bolesnymi wspomnieniami z twojej młodości?

- Tak, z bolesnym wspomnieniem z czasów, gdy wychodziłam za mąż - odrzekła pani Armadale. - Jeszcze jako dziecko była zamieszana w pewną sprawę, o której będę myśleć ze wstydem i żalem aż po kres moich dni.

Uwadze pana Brocka nie umknął zmieniony ton głosu, którym mówiła stara przyjaciółka, i ociąganie, z jakim udzieliła odpowiedzi.

- Czy możesz powiedzieć mi o niej coś więcej, jednocześnie nie zdradzając zbyt wiele na swój temat? - ciągnął. - Jestem pewien, że mogę cię ochronić, jeśli tylko trochę mi pomożesz. Nazwisko, na przykład - czy możesz mi powiedzieć, jak ma na nazwisko?

Pani Armadale potrząsnęła głową.

- Nazwisko, pod którym ją znałam, będzie dla ciebie bezużyteczne. Od tamtego czasu wyszła za mąż, sama mi to powiedziała.

- I nie zdradziła nazwiska po mężu?

- Nie chciała go zdradzić.

- Wiesz coś na temat jej znajomych?

- Tylko tych z dzieciństwa. Mówili o sobie, że są jej ciotką i wujem. Byli ludźmi niskiego stanu i porzucili ją w szkole znajdującej się w majątku mojego ojca. Nigdy więcej o nich nie słyszeliśmy.

- Czy pozostała pod opieką twojego ojca?

- Została pod moją opieką, to znaczy podróżowała z nami. Właśnie w tym czasie wyjechaliśmy z Anglii na Maderę. Ojciec pozwolił mi zabrać ją ze sobą i przysposobić nędznicę na moją pokojówkę...

W tym miejscu pani Armadale, zmieszana, urwała. Pan Brock próbował delikatnie skłonić ją do dalszych zwierzeń. Na próżno. Poderwała się gwałtownie i w podnieceniu zaczęła przemierzać pokój tam i z powrotem.

- Nie pytaj mnie o nic więcej! - krzyknęła gniewnie. - Rozstałam się z nią, gdy miała dwanaście lat. Od tamtej pory aż do teraz nigdy więcej jej nie spotkałam. Nie mam pojęcia, jak mnie znalazła po tych wszystkich latach. Wiem tylko, że mnie znalazła. Teraz znajdzie Allana i obróci syna przeciwko mnie. Pomóż mi przed nią uciec! Pomóż mi zabrać Allana, nim ona znów tu powróci!

Proboszcz o nic już nie pytał. Okrucieństwem byłoby naciskać na nią. Teraz najważniejsze było uspokoić panią Armadale, obiecując zgodę na wszystko, czego sobie zażyczy. W następnej kolejności należało namówić ją na konsultację z innym lekarzem. Pan Brock wpadł na pomysł, jak bezboleśnie osiągnąć ten cel: trzeba przypomnieć jej, że będzie potrzebować sił do długiej podróży i że jej własny lekarz może szybciej postawić ją na nogi, jeśli uzyska wsparcie w postaci fachowej konsultacji. Uporawszy się w ten sposób z jej zwyczajną niechęcią do spotkań z nieznajomymi, proboszcz z miejsca poszedł do Allana i zachowując dyskrecję na temat tego, czego dowiedział się od pani Armadale, zakomunikował mu, że jego matka jest poważnie chora. Allan nie chciał słyszeć o żadnych posłańcach. Natychmiast pojechał na stację i sam zatelegrafował do Bristolu z prośbą o pomoc lekarską.

Następnego ranka nadeszła pomoc, a wraz z nią potwierdziły się najgorsze obawy pana Brocka. Felczer od początku postawił błędną diagnozę, teraz zaś było już za późno, by naprawić błędy w leczeniu. Wstrząs poprzedniego poranka dopełnił reszty. Dni pani Armadale były policzone.

Dalsza część rozdziału dostępna w pełnej wersji

1 1 jard = 0,9144 metra (przypis tłumacza).

PROLOG

I. PODRÓŻNI

Było to w dniu otwarcia sezonu w uzdrowisku Wildbad, w roku 1832.

Nad cichym niemieckim miasteczkiem gęstniały pierwsze cienie wieczoru, lada chwila miał się pojawić dyliżans. Przed drzwiami gospody, w oczekiwaniu na pierwszych gości tego roku, zgromadzili się trzej miejscowi notable w towarzystwie żon: burmistrz, jako przedstawiciel mieszkańców, lekarz, jako przedstawiciel wód, dziedzic, jako przedstawiciel własnego majątku. Poza tym doborowym gronem zbici ciasno na schludnym placyku przed gospodą zebrali się mieszkańcy miasta, a pomiędzy nimi tu i ówdzie mieszkańcy okolicznych wsi w swoich uroczych niemieckich strojach. Wszyscy spokojnie oczekiwali przybycia dyliżansu. Mężczyźni ubrani byli w krótkie, czarne kurtki, czarne, obcisłe spodnie do kolan i trójgraniaste kapelusze. Kobiety, o jasnych włosach splecionych ciasno w warkocze spływające po plecach, miały na sobie krótkie, wełniane suknie, których talie umieszczono skromnie w okolicy łopatek. Na obrzeżu tego zgromadzenia kłębiły się pulchne, płowowłose dzieci, podczas gdy, dziwnie z daleka od reszty mieszkańców, orkiestra zdrojowa oczekiwała kuracjuszy, aby zaintonować pierwszą w tym sezonie serenadę. Światło majowego wieczoru wciąż jeszcze jaśniało nad szczytami wielkich, lesistych wzgórz wznoszących się wysoko ponad miastem. Chłodny wietrzyk, który poprzedza zachód słońca, przynosił balsamiczną woń Czarnego Lasu.

- Panie dziedzicu - odezwała się żona burmistrza (zwracając się do dziedzica jego tytułem) - czy w pierwszym dniu sezonu oczekuje pan jakichś zagranicznych gości?

- Pani burmistrzowo - odrzekł dziedzic (z równym szacunkiem) - oczekuję dwóch. Napisali - jeden ręką sługi, drugi najwidoczniej własną - aby zamówić pokoje. Jak wnoszę po nazwiskach, obaj pochodzą z Anglii. Jeśli chce Pani, abym je wymówił, mój język temu nie sprosta; jeśli chce Pani, abym je przeliterował, oto one, litera po literze, najpierw pierwszy, potem drugi, w kolejności, w jakiej napisali. Pierwszy, wysoko urodzony nieznajomy (z tytułu pan), przedstawia się za pomocą ośmiu liter: A, r, m, a, d, a, l, e, jest chory i przybywa własnym powozem. Drugi, wysoko urodzony nieznajomy (z tytułu również pan), przedstawia się za pomocą czterech liter: N, e, a, l, jest chory i przybywa dyliżansem. Jaśnie pan o nazwisku ośmioliterowym pisze do mnie (ręką sługi) po francusku. Jaśnie pan o nazwisku czteroliterowym pisze po niemiecku. Pokoje obu czekają. Nic więcej nie wiem.

- Może - podsunęła żona burmistrza - pan doktor ma jakieś wiadomości od obu znamienitych nieznajomych lub któregoś z nich?

- Tylko od jednego, pani burmistrzowo, ale, ściśle mówiąc, nie od niego osobiście. Otrzymałem opinię lekarską na temat jaśnie pana o ośmioliterowym nazwisku. Jego przypadek wygląda na ciężki. Niech Bóg ma go w swej opiece!

- Dyliżans! - krzyknęło jakieś dziecko na skraju tłumu.

Muzycy chwycili za instrumenty, a całe zgromadzenie zamilkło. Z oddali, z głębi krętego leśnego wąwozu wieczorną ciszę przeszył słaby, ale czysty dźwięk dzwoneczków przy końskim zaprzęgu. Który powóz nadjeżdżał: prywatny powóz pana Armadale'a czy też kursowy dyliżans pana Neala?

- Grajcie, przyjaciele! - zawołał burmistrz do muzyków. - Dyliżansem prywatnym czy kursowym, oto nadjeżdżają pierwsi chorzy sezonu. Niech nas zastaną radosnymi!

Kapela zaintonowała skoczną melodię, a dzieci zebrane na placu zaczęły wesoło tańczyć w jej rytm. W tej samej chwili ich starsi towarzysze stojący przy wejściu do gospody rozstąpili się, odsłaniając widok, który rzucił pierwszy cień smutku na radość i piękno tej sceny. Przejściem, które się otwarło, posuwała się niewielka procesja krzepkich wiejskich dziewcząt, z których każda ciągnęła za sobą puste krzesło na kółkach. Czekały (i robiły na drutach, czekając) na porażonych nieszczęśników, którzy bezradni napływali w owym czasie całymi setkami, a dzisiaj nawet tysiącami, do wód Wildbad po ulgę w cierpieniu.

Podczas gdy orkiestra grała, dzieci tańczyły, gwar wielu głosów narastał, a młode, silne opiekunki nadciągających inwalidów w nieprzeniknionym skupieniu pochylały się nad swoimi robótkami, w żonie burmistrza utwierdzała się nienasycona ciekawość, jaką kobieta żywi wobec innych kobiet. Odciągnęła dziedziczkę na stronę i gorączkowo wyszeptała:

- Jeszcze słówko, szanowna pani, na temat tych dwóch nieznajomych z Anglii... Czy w listach wyrażają się jasno? Zabierają ze sobą jakieś damy?

- Ten w dyliżansie nie - odparła dziedziczka. - Ale ten w prywatnym powozie tak. Przyjeżdża z dzieckiem, z opiekunką i - zakończyła dziedziczka, zręcznie zachowując najbardziej interesującą wiadomość na sam koniec - z żoną.

Burmistrzowa rozpromieniła się, rozpromieniła się też doktorowa (która brała udział w naradzie), dziedziczka kiwnęła głową znacząco. W głowach całej trójki zaświtała naraz ta sama myśl: "Zobaczymy mody!".

Minutę później tłum nagle się poruszył i chór głosów oznajmił, że podróżni są tuż-tuż.

W tym momencie ukazał się nadjeżdżający pojazd, kładąc kres wszelkim domysłom. To dyliżans jechał długą ulicą prowadzącą do placu; dyliżans (pokryty olśniewająco świeżą warstwą żółtej farby), wiozący pierwszych kuracjuszy w tym sezonie pod drzwi gospody. Spośród dziesięciu podróżnych, którzy opuścili środkowy i tylny przedział powozu (wszyscy pochodzili z różnych zakątków Niemiec), trzech musiało zostać wyniesionych, po czym posadzono ich na krzesłach na kółkach, aby następnie przewieźć do kwater w mieście. Przedni przedział miał tylko dwóch pasażerów - pana Neala i jego służącego. Nieznajomy (którego choroba najwidoczniej ograniczała się do niedowładu jednej stopy), wsparty z obu stron pomocnym ramieniem, zdołał względnie łatwo zejść po stopniach powozu. Kiedy już z pomocą laski stanął pewnie na bruku, rzucając niezbyt cierpliwe spojrzenia w kierunku orkiestry witającej go dźwiękami walca z opery Der Freischutz, jego widok ostudził nieco entuzjazm przyjaznego grona, które wyszło mu na spotkanie. Mieli przed sobą szczupłego, wysokiego, poważnego mężczyznę w średnim wieku, o chłodnych stalowych oczach i wydatnej górnej wardze, nawisłych brwiach i wysokich kościach policzkowych, mężczyznę, który wyglądał na tego, kim w istocie był - Szkota w każdym calu.

- Gdzie jest właściciel hotelu? - zapytał po niemiecku.

Jego wypowiedź znamionowały bystrość ekspresji i lodowaty chłód tonu.

- Przyprowadzić lekarza - kontynuował, kiedy zobaczył dziedzica - chcę go widzieć natychmiast.

- Już tu jestem, szanowny panie - odezwał się lekarz, występując z grona towarzyszy - i oddaję się całkowicie do pańskiej dyspozycji.

- Dziękuję - odrzekł pan Neal, patrząc na lekarza w taki sposób, w jaki inni patrzą na psa, gdy ten przybiega, słysząc gwizd. - Co się tyczy mojej sprawy, z chęcią skonsultuję się z panem jutro o dziesiątej rano. Tymczasem chciałbym tylko zostawić wiadomość, którą podjąłem się przekazać. Jadąc tutaj, wyprzedziliśmy powóz wiozący pewnego jegomościa, Anglika, jak mniemam, który wyglądał na poważnie chorego. Towarzysząca mu dama błagała, abym spotkał się z panem zaraz po przybyciu i wystarał o pańską fachową asystę przy wyjmowaniu pacjenta z powozu. Ich przewodnik miał wypadek i został z tyłu, a oni sami są zmuszeni jechać wolniej. Jeśli znajdzie się pan tu za godzinę, będzie w samą porę, aby ich przyjąć. Oto i cała wiadomość. Kim jest pan, który pragnie ze mną rozmawiać? Burmistrzem? Jeśli chce pan zobaczyć mój paszport, służący go panu pokaże. Nie? Chciałby pan powitać mnie na miejscu i zaoferować swoje usługi? Jest mi niezwykle miło. Jeśli ma pan władzę skrócić występ miejskiej orkiestry, wyświadczy mi tym grzeczność. Mam wrażliwe nerwy i nie lubię muzyki. Gdzie jest właściciel? Nie, chcę zobaczyć swoje pokoje. Nie chcę pańskiego ramienia, dam radę wejść na górę przy pomocy laski. Panie burmistrzu, panie doktorze, nie będziemy dłużej panów zatrzymywać. Życzę dobrej nocy.

Burmistrz i lekarz patrzyli, jak Szkot kuśtyka po schodach, i obaj kręcili głowami w niemej dezaprobacie. Panie jak zwykle poszły o krok dalej i nie przebierając w słowach, otwarcie wyraziły swoje zdanie. Sytuacja, z jaką miano do czynienia (przynajmniej jeśli chodzi o nie), to skandaliczny przypadek mężczyzny, który minął je bez cienia uwagi. Pani burmistrzowa była w stanie wyjaśnić podobną zniewagę jedynie przyrodzoną dzikością barbarzyńcy. Pani doktorowa wyraziła jeszcze bardziej zdecydowaną opinię, twierdząc, że wynika ona z wrodzonego bestialstwa tego wieprza.

Godzina oczekiwania na powóz wlokła się i na zbocza wzgórz cicho zakradła się noc. Jedna za drugą pojawiały się gwiazdy, a w oknach gospody zamigotały pierwsze światełka. Kiedy zapadł zmrok, ostatni maruderzy opuścili plac. Potężna cisza lasu spłynęła na dolinę, nagle i osobliwie wyciszając opustoszałe miasteczko.

Godzina oczekiwania minęła, a postać lekarza, niecierpliwie spacerującego tam i z powrotem, nadal stanowiła jedyną żywą duszę pozostałą na placu. Zegarek doktora zdążył odmierzyć kolejne pięć, dziesięć, dwadzieścia minut, nim przez ciszę nocy do jego uszu dotarł pierwszy odgłos zbliżającego się powozu. Wtoczył się na plac w tempie końskiego stępa i zajechał, tak jak mógłby zajechać karawan, przed drzwi gospody.

- Czy jest tu lekarz? - z głębi ciemnego powozu odezwał się po francusku kobiecy głos.

- Jestem tutaj, proszę pani - odparł lekarz, odbierając z dłoni dziedzica lampę i otwierając drzwi powozu.

Pierwszą twarzą, na jaką padło światło, była twarz kobiety, która przed chwilą przemówiła - młodej, smagłej piękności. Jej czarne, żywe oczy błyszczały od łez. Druga wydobyta z mroku twarz należała do starej, wysuszonej Murzynki, siedzącej naprzeciw damy na tylnym siedzeniu. Trzecią była twarz małego dziecka śpiącego na kolanach Murzynki. Szybkim, zniecierpliwionym ruchem dama dała znak piastunce, aby pierwsza wysiadła z dzieckiem z powozu.

- Proszę, niech je pani zabierze - zwróciła się do dziedziczki. - Proszę zaprowadzić je do ich pokoju.

Kiedy spełniono jej prośbę, wysiadła. Wtedy też światło po raz pierwszy padło na przeciwległą stronę powozu i oczom zebranych ukazał się czwarty podróżny.

Leżał bezwładnie na materacu, oparty o nosze. Spod czapki wymykały mu się w nieładzie długie włosy. Szeroko otwarte oczy bez ustanku błądziły niespokojnie. Reszta twarzy była równie wyzuta z wszelkich oznak uczuć i myśli jak twarz człowieka martwego. Patrząc na niego teraz, nie sposób było odgadnąć, kim mógł niegdyś być. Ołowiany stupor jego oblicza sprawiał, że każde pytanie o wiek, pozycję społeczną, usposobienie i wygląd, na które mogła kiedyś odpowiedzieć owa twarz, trafiało w nieprzeniknioną ciszę. Nic teraz przez niego nie przemawiało prócz wstrząsu, który poraził go śmiercią za życia. Wzrok lekarza zadał pytanie jego dolnym kończynom, a śmierć za życia odpowiedziała: tu jestem. Wzrok lekarza, przesuwając się uważnie wzdłuż jego dłoni i ramion, pytał wyżej i wyżej, aż do mięśni wokół ust, a śmierć za życia odparła: nadchodzę.

W obliczu tak bezwzględnego i strasznego nieszczęścia pozostawało jedynie milczenie. Nieme współczucie było wszystkim, co można było ofiarować kobiecie łkającej przy drzwiach powozu.

Kiedy niesiono go na noszach przez hotelowy hol, jego rozbiegany wzrok padł na twarz żony. Spoczął na niej przez chwilę i wtedy chory przemówił.

- Dziecko? - wydusił po angielsku, z wolna i niewyraźnie.

- Dziecko jest bezpieczne na górze - odparła cicho.

- Mój pulpit?

- Mam go tutaj. Spójrz! Nie powierzę go nikomu. Sama się nim opiekuję w zastępstwie ciebie.

Uzyskawszy tę odpowiedź, chory po raz pierwszy zamknął oczy i więcej się nie odezwał. Delikatnie i zręcznie wniesiono go na górę, przy czym z jednej strony towarzyszyła mu żona, z drugiej zaś (złowieszczo milczący) lekarz. Dziedzic i służba, którzy odprowadzali gościa, widzieli, jak otwarły i zamknęły się za nim drzwi pokoju, słyszeli, jak kobieta wybuchła histerycznym płaczem, gdy tylko została sama z lekarzem i chorym, widzieli, jak pół godziny później lekarz wyszedł z pokoju, a jego rumiana zwykle twarz była pobladła. Zaraz też zaczęli gorączkowo go wypytywać, ale na wszystkie pytania otrzymali tylko jedną odpowiedź:

- Poczekajcie, aż zobaczę go jutro. Dziś o nic nie pytajcie.

Wszyscy znali lekarza i wiedzieli, że jego pośpieszne wyjście po tych słowach nie wróży nic dobrego.

W ten oto sposób dwaj pierwsi angielscy goście przybyli do uzdrowiska Wildbad w sezonie 1832 roku.

II. NIEWZRUSZONA STRONA SZKOCKIEJ NATURY

Następnego ranka o dziesiątej pan Neal, czekając na wizytę lekarza, którą sam wyznaczył na tę godzinę, spojrzał na zegarek i ku swemu zdumieniu odkrył, że czeka na próżno. Zbliżała się jedenasta, gdy drzwi wreszcie się otwarły i doktor wszedł do pokoju.

- Wyznaczyłem pańską wizytę na dziesiątą - odezwał się pan Neal. - W mojej ojczyźnie człowiek medycyny jest człowiekiem punktualnym.

- W mojej ojczyźnie - odparł lekarz bez cienia złośliwości - człowiek medycyny jest dokładnie taki sam jak inni ludzie: jest zdany na łaskę losu. Proszę wybaczyć, że zjawiam się tak późno. Zatrzymał mnie bardzo niepokojący przypadek, mianowicie przypadek pana Armadale'a, którego powóz mijał pan wczoraj w drodze.

Pan Neal spojrzał na lekarza z cierpkim zdumieniem. W oczach doktora widać było niepokój, a w jego zachowaniu troskę, których Szkot nie potrafił wyjaśnić. Przez moment obaj stali naprzeciw siebie w milczeniu. Pochodzenie każdego z nich rysowało się wyraźnie na ich twarzach, dając efekt kontrastu. Twarz Szkota była podłużna i szczupła, surowa i o regularnych rysach, twarz Niemca - pulchna i rumiana, łagodna i bezkształtna. Pierwsza wyglądała tak, jak gdyby nigdy nie była młoda, druga - jak gdyby nigdy się nie starzała.

- Pozwolę sobie przypomnieć - rzekł pan Neal - że teraz zajmujemy się moim przypadkiem, nie zaś przypadkiem pana Armadale'a.

- Oczywiście - odparł lekarz, wciąż rozdarty pomiędzy pacjentem, którego przyszedł zbadać, a pacjentem, którego dopiero co opuścił. - Wszystko wskazuje na to, że cierpi pan na niedowład. Proszę pozwolić mi obejrzeć pańską stopę.

Dolegliwość pana Neala, jakkolwiek mogła mu się wydawać poważna, z punktu widzenia medycyny nie przedstawiała niczego szczególnego. Cierpiał na reumatyczne schorzenie stawu skokowego. Padły niezbędne pytania i odpowiedzi na nie, przepisano też stosowne kąpiele. W dziesięć minut później było już po konsultacji i pacjent w wymownym milczeniu oczekiwał na wyjście lekarza.

- Zdaję sobie sprawę - odezwał się z lekkim wahaniem doktor, wstając z miejsca - że się narzucam. Proszę jednak o pańską wyrozumiałość, gdyż muszę powrócić do tematu pana Armadale'a.

- Mogę wiedzieć, co pana do tego zmusza?

- Obowiązek, jaki mam jako chrześcijanin - odparł lekarz - względem umierającego człowieka.

Pan Neal drgnął. Ci, którzy odwoływali się do jego poczucia religijnego obowiązku, dotykali najbardziej czułego punktu w jego naturze.

- Pańska prośba zyskała moją uwagę - rzekł poważnie. - Słucham pana.

- Nie będę nadużywał pańskiej uprzejmości - odparł lekarz, wracając na krzesło. - Postaram się mówić tak zwięźle, jak tylko potrafię. Przypadek pana Armadale'a przedstawia się pokrótce następująco: większość życia spędził w Indiach Zachodnich. Było to, jak sam stwierdził, życie dzikie i występne. Wkrótce po zwarciu małżeństwa, jakieś trzy lata temu, zaczęły się pojawiać pierwsze symptomy postępującego paraliżu i lekarze zalecili mu wypróbować terapeutyczne właściwości europejskiego klimatu. Opuściwszy Indie Zachodnie, pan Armadale przebywał głównie we Włoszech, ale stan jego zdrowia nie poprawił się. Zanim nastąpił ostatni atak choroby, przeniósł się do Szwajcarii, a stamtąd wysłano go tutaj. Tyle wiem z odczytanej opinii lekarskiej, resztę mogę dopowiedzieć na podstawie własnego doświadczenia. Pan Armadale został skierowany do Wildbad zbyt późno, jest praktycznie nieboszczykiem. Paraliż szybko rozprzestrzenia się na górną połowę ciała, a choroba objęła już dolną część kręgosłupa. Może jeszcze poruszać nieco rękami, ale nie jest w stanie nic utrzymać w palcach. Nadal mówi, ale jutro lub pojutrze może obudzić się niemową. Jestem szczerze przekonany, że został mu w najlepszym razie tydzień życia. Na jego własną prośbę powiedziałem mu, możliwie najoględniej i najdelikatniej, to, co właśnie powtarzam panu. Efekt był piorunujący. Pacjent zareagował tak gwałtownym wzburzeniem, że oszczędzę panu jego opisu. Pozwoliłem sobie zapytać, czy jego sprawy nie zostały zamknięte. Nic podobnego. Jego testament jest w rękach wykonawcy w Londynie, a on sam zostawia żonę i dziecko dobrze zaopatrzonych na przyszłość. Moje następne pytanie okazało się celniejsze, trafiło w sedno: "Czy jest coś, co nie daje panu spokoju i co chciałby pan zrobić przed śmiercią?". Wydał z siebie głębokie westchnienie ulgi, które bardziej niż jakiekolwiek słowa powiedziało "tak". "Czy mogę panu jakoś pomóc?" "Owszem. Muszę coś napisać. Czy może pan sprawić, że będę w stanie utrzymać pióro?"

Równie dobrze mógłby mnie prosić o dokonanie cudu. Mogłem tylko zaprzeczyć. "Jeśli podyktuję słowa", ciągnął, "czy mógłby pan je spisać?" Raz jeszcze musiałem odmówić. Rozumiem trochę po angielsku, ale nie potrafię mówić ani pisać w tym języku. Pan Armadale rozumie francuski, gdy ktoś mówi powoli (tak jak ja), ale nie mówi w tym języku, niemieckiego zaś nie zna w ogóle. W tej sytuacji powiedziałem to, co każdy inny by powiedział: "Dlaczego zwraca się pan do mnie? W pokoju obok ma pan do dyspozycji panią Armadale". Zanim zdążyłem podnieść się z krzesła, aby ją sprowadzić, powstrzymał mnie, nie słowami, ale wzrokiem pełnym przerażenia, który siłą zaskoczenia przygwoździł mnie do miejsca. "Z pewnością", rzekłem, "pańska żona jest najwłaściwszą osobą do spełnienia pańskiego życzenia". "Ostatnią pod słońcem!" - odparł. "Jak to?" - zapytałem - "prosi pan mnie, cudzoziemca i nieznajomego, aby spisać pod dyktando słowa, które chce pan zataić przed żoną?!" Proszę sobie wyobrazić moje zdumienie, gdy bez chwili wahania odrzekł: "Tak!". Siedziałem w milczeniu, zdezorientowany. "Jeśli nie potrafi pan pisać po angielsku", rzekł, "proszę znaleźć kogoś, kto potrafi". Próbowałem oponować. Wybuchnął potwornym, zawodzącym płaczem, wyrażającym nieme błaganie, podobne błaganiu psa. "Ciii, ciii", uspokajałem go, "znajdę kogoś". "Dzisiaj!", wybuchnął, "zanim zawiedzie mnie mowa, jak zawiodła mnie ręka". "Dzisiaj, za godzinę". Zamknął oczy, natychmiast się uspokoił. "Czekając na pana", powiedział, "chciałbym zobaczyć mojego chłopca". Mówiąc o żonie, nie okazywał wzruszenia, ale kiedy prosił o spotkanie z dzieckiem, na jego policzkach dostrzegłem łzy. Moja profesja nie zatwardziła mi serca tak bardzo, jak mogłoby się wydawać. Wyszedłem po dziecko z sercem tak ciężkim, jakbym wcale nie był lekarzem. Obawiam się, że może pan to odebrać jako słabość z mojej strony...

Lekarz spojrzał błagalnie na pana Neala. Równie dobrze mógłby spojrzeć na skałę w Czarnym Lesie. Pan Neal stanowczo nie pozwalał, aby jakikolwiek lekarz w chrześcijańskim świecie wywabił go poza obszar czystych faktów.

- Proszę kontynuować - rzekł. - Zdaje się, że nie powiedział mi pan jeszcze wszystkiego, co ma do powiedzenia?

- Z pewnością rozumie pan teraz cel mojej wizyty? - odparł tamten.

- Cel jest wreszcie zupełnie jasny. Prosi mnie pan, abym w ciemno związał się ze sprawą, która jak na razie jest w najwyższym stopniu podejrzana. Odmawiam udzielenia jakiejkolwiek odpowiedzi, dopóki nie dowiem się więcej, niż wiem teraz. Czy uznał pan za konieczne powiadomić żonę tego człowieka o tym, co między wami zaszło, i poprosić ją o wyjaśnienie?

- Oczywiście, że uznałem to za konieczne! - odrzekł lekarz, urażony uwagą na temat swojego poczucia przyzwoitości, którą zdawało się zawierać pytanie. - Jeśli kiedykolwiek widziałem kobietę pełną uwielbienia i współczucia dla męża, była nią nieszczęsna pani Armadale. Gdy tylko zostaliśmy sami, usiadłem przy niej i ująłem ją za rękę. Czemuż by nie? Jestem stary i brzydki, mogę sobie pozwolić na takie poufałości.

- Przepraszam - odezwał się nieprzenikniony Szkot. - Pozwolę sobie zauważyć, że gubi pan wątek opowieści.

- Bardzo możliwe - odparł lekarz, odzyskując dobry humor. - Nieustanne gubienie wątku leży w zwyczaju mojego narodu, w zwyczaju pańskiego zaś najwyraźniej leży nieustanne odnajdywanie go. Jakże niezwykły przykład porządku wszechświata i odwiecznej stosowności rzeczy mamy przed sobą!

- Wyświadczy mi pan grzeczność, raz na zawsze ograniczając się do faktów? - nalegał pan Neal, marszcząc niecierpliwie brwi.

- Mogę spytać dla własnej wiadomości, czy pani Armadale powiedziała panu, co też jej mąż chciałby, abym napisał, i z jakiego powodu nie pozwala jej pisać zamiast siebie?

- Oto i mój zgubiony wątek, dziękuję, że go pan znalazł! - odparł lekarz. - Usłyszy pan, co miała mi do powiedzenia pani Armadale, własnymi słowami pani Armadale. "Powód, dla którego zamyka przede mną swoje zaufanie" - rzekła - "jest tym samym, dla którego zawsze zamykał przede mną swoje serce. Jestem żoną, którą poślubił, ale nie kobietą, którą kocha. Kiedy się ze mną żenił, wiedziałam, że inny mężczyzna zabrał mu kobietę, którą kochał. Myślałam, że uda mi się sprawić, że o niej zapomni. Miałam nadzieję, kiedy go poślubiałam. Miałam znów nadzieję, kiedy urodziłam mu syna. Czy muszę panu mówić, jak skończą moje nadzieje - sam pan widział". (Błagam, niech pan poczeka! Nie zgubiłem znów wątku, podążam za nim krok w krok). "Czy to wszystko, co pani wie?" - spytałem. "Wszystko, co wiedziałam" - odparła - "do niedawna. Kiedy byliśmy w Szwajcarii i kiedy jego choroba zbliżała się do najgorszego stadium, przypadkiem dotarły do jego uszu wieści o tamtej kobiecie, która jest cieniem i goryczą mego życia, wieści, że ona (tak jak i ja) urodziła swojemu mężowi syna. W chwili, gdy dokonał tego odkrycia - nieistotnego odkrycia, jeśli w ogóle takie było - zdjął go paniczny strach: nie o mnie, nie o siebie, ale o własne dziecko. Tego samego dnia (nie mówiąc mi ani słowa) posłał po lekarza. Okazałam się małoduszna, podła, może pan to nazwać, jak chce - podsłuchiwałam pod drzwiami. Usłyszałam, jak mówi: "mam coś do powiedzenia synowi, kiedy będzie na tyle duży, aby mnie zrozumieć. Czy dożyję tej chwili? Lekarz nie potrafił powiedzieć nic pewnego". Tej samej nocy (nadal nie mówiąc mi ani słowa) zamknął się w swoim pokoju. Co inna kobieta potraktowana tak jak ja zrobiłaby na moim miejscu? Zrobiłaby to co ja - znów by podsłuchiwała. Słyszałam, jak mówi sam do siebie: "nie dożyję chwili, w której będę mógł mu powiedzieć. Muszę napisać to, zanim umrę". Skrob, skrob, skrob - słyszałam, jak jego pióro zgrzyta o papier. Słyszałam, jak jęczy i szlocha, pisząc. Zaklinałam go na Boga, aby mnie wpuścił. Okrutne pióro skrobało: skrob, skrob, skrob. Ten dźwięk służył za całą jego odpowiedź. Czekałam przy drzwiach godzinami, nie wiem dokładnie, jak długo. Nagle pióro umilkło. Nic już nie słyszałam. Zaczęłam szeptać cicho przez dziurkę od klucza, mówiłam, że jestem zmarznięta i zmęczona czekaniem, mówiłam: "kochanie, wpuść mnie!". Nie odpowiadało mi nawet okrutne pióro - odpowiadała mi cisza. Całą siłą wątłych dłoni waliłam w drzwi. Przyszli służący i wyważyli je. Było już za późno, nieszczęście się stało. Podczas pisania tego nieszczęsnego listu nastąpił wylew. Znaleźliśmy go nad tym nieszczęsnym listem sparaliżowanego, w stanie, w jakim pan go widzi teraz. Słowa, które chce, aby pan spisał, są tymi, które napisałby sam, gdyby wylew poczekał do rana. Od tamtej chwili do dziś w liście pozostało puste miejsce i o wypełnienie tego pustego miejsca właśnie pana poprosił". Tymi słowami przemówiła do mnie pani Armadale, w nich zawiera się sedno tego, co mam do przekazania. Proszę, niech pan teraz powie, czy wreszcie udało mi się trzymać wątku? Czy wyłuszczyłem panu konieczność, która sprowadza mnie tu znad łoża śmierci pańskiego rodaka?

- Jak na razie - powiedział pan Neal - pokazał mi pan tylko, że się ekscytuje. To zbyt poważna sprawa, aby traktować ją tak, jak pan ją teraz traktuje. Wmieszał mnie pan w tę historię i chciałbym mieć jasny obraz sytuacji. Proszę nie podnosić rąk, pańskie ręce nie mają tu nic do rzeczy. Jeśli mam mieć swój udział w dokończeniu tajemniczego listu, pytanie o jego treść jest jedynie wyrazem uzasadnionej przezorności. Wygląda na to, że pani Armadale wtajemniczyła pana w nieskończoną liczbę intymnych szczegółów, odwdzięczając się, jak myślę, za pańską uprzejmość wyrażoną wzięciem jej za rękę. Czy mogę spytać, co była w stanie powiedzieć panu o liście męża w takim kształcie, w jakim zdołał go napisać?

- Pani Armadale nie była w stanie mi nic powiedzieć - odparł lekarz niespodziewanie oficjalnym tonem, co wskazywało, że jego cierpliwość się wyczerpuje. - Zanim uspokoiła się na tyle, żeby pomyśleć o liście, jej mąż zażądał go i kazał zamknąć w pulpicie. Wie, że od tamtej pory kilkakrotnie próbował go dokończyć i że za każdym razem pióro wypadało mu z ręki. Wie, że kiedy zawiodły wszelkie nadzieje powrotu do poprzedniego stanu, lekarze zalecili mu pokładać ufność w słynnych tutejszych wodach. Teraz już zdaje sobie sprawę z tego, że i te nadzieje są płonne, ponieważ wie, co powiedziałem dziś rano jej mężowi.

Mars, który już wcześniej zaczął pojawiać się na twarzy pana Neala, teraz jeszcze się pogłębił. Szkot patrzył na lekarza tak, jak gdyby osobiście został urażony.

- Im więcej myślę o roli, którą miałbym na pana prośbę odegrać - rzekł - tym mniej mi się ona podoba. Czy może stwierdzić pan z pewnością, że pan Armadale jest przy zdrowych zmysłach?

- Z tak wielką pewnością, jaka da się wyrazić słowami.

- Czy jego żona zgodziła się, aby przyszedł pan do mnie prosić o moją interwencję?

- Jego żona przysyła mnie do pana - jedynego Anglika w Wildbad - aby napisał pan w imieniu umierającego rodaka to, czego on sam nie może napisać i czego nikt inny tutaj z wyjątkiem pana nie jest w stanie zrobić.

Odpowiedź ta przyparła pana Neala do muru. Ale nawet w tej sytuacji Szkot nie dawał za wygraną.

- Chwileczkę! - rzekł. - Ujął pan to dobitnie. Upewnijmy się, czy ujął pan to również precyzyjnie. Upewnijmy się, że prócz mnie nie ma nikogo, kto mógłby podjąć się tego zadania. Zacznijmy od tego, że w Wildbad jest przecież burmistrz - człowiek piastujący oficjalną funkcję, która usprawiedliwiałaby interwencję.

- Drugiego takiego ze świecą szukać - odparł lekarz. - Ma jednak jedną wadę: nie zna żadnego języka prócz swojego własnego.

- W Stuttgarcie jest angielskie poselstwo - obstawał pan Neal.

- A od Stuttgartu dzielą nas całe mile lasu - zareplikował lekarz. - Jeśli poślemy teraz, możemy do jutra nie doczekać się pomocy poselstwa, a przy stanie, w jakim znajduje się jego zanikająca artykulacja, jutro możemy zastać go niemową. Nie wiem, czy jego ostatnie życzenia są życzeniami niegroźnymi dla jego dziecka i innych czy też życzeniami krzywdzącymi dla jego dziecka i innych, wiem jednak, że muszą być spełnione teraz albo nigdy i że jest pan jedynym człowiekiem, który może mu pomóc.

To otwarte oświadczenie położyło kres dyskusji. Ustawiło pana Neala pomiędzy dwiema możliwościami: wyrażeniem zgody i popełnieniem czynu nieroztropnego albo też odmową i popełnieniem aktu bezduszności. Przez kilka minut panowała cisza. Szkot uparcie się zastanawiał, Niemiec zaś uparcie go obserwował.

Obowiązek przerwania milczenia spoczywał na panu Nealu i po pewnym czasie pan Neal go podjął. Wstał z krzesła z poczuciem krzywdy czającym się w posępnym zmarszczeniu nawisłych brwi i wykrzywieniu linii wokół ust.

- Moje położenie zostało mi narzucone - rzekł. - Nie pozostaje mi nic innego, jak je przyjąć.

Impulsywna natura lekarza zbuntowała się wobec bezlitosnej lakoniczności i obcesowości tej odpowiedzi.

- Bóg mi świadkiem - wykrzyknął z zapałem. - Żałuję, że nie znam angielskiego na tyle, aby zająć pańskie miejsce przy łóżku pana Armadale'a!

- Wyjąwszy wezwanie Wszechmogącego na daremno - odparł Szkot - zgadzam się z panem w całej rozciągłości. Żałuję, że pan nie zna.

Nie rzekłszy więcej ani słowa, razem opuścili pokój - doktor przodem, pan Neal za nim.

III. WRAK FRACHTOWCA

Nikt nie zareagował na pukanie do drzwi, kiedy lekarz i jego towarzysz stanęli przed wejściem do przedsionka apartamentu pana Armadale'a. Weszli więc do środka bez zaproszenia, a zajrzawszy do salonu, stwierdzili, że jest on pusty.

- Muszę się zobaczyć z panią Armadale - rzekł pan Neal. - Odmawiam włączenia się w sprawę, dopóki pani Armadale osobiście nie wyrazi zgody na moją interwencję.

- Pani Armadale jest zapewne z mężem - odparł lekarz. Mówiąc to, podszedł do drzwi na końcu salonu, zawahał się i, odwróciwszy się ponownie, z niepokojem spojrzał na naburmuszonego towarzysza. - Zdaje się, że mówiłem nieco zbyt ostrym tonem, gdy wychodziliśmy z pańskiego pokoju. Z całego serca błagam o przebaczenie. Nim ta biedaczka wyjdzie z pokoju... czy pan... Czy wybaczy mi pan, jeśli poproszę go, aby traktować ją z najwyższą delikatnością i wyrozumiałością?

- Nie, proszę pana - odparł tamten szorstko. - Nie wybaczę. Jakie ma pan prawo sądzić, że brak mi delikatności i wyrozumiałości w stosunku do kogokolwiek?

Lekarz zrozumiał, że jego prośby są daremne.

- Jeszcze raz proszę o przebaczenie - powiedział z rezygnacją, po czym zostawił nieprzystępnego cudzoziemca samemu sobie.

Pan Neal podszedł do okna i zatrzymał się tam ze wzrokiem tępo utkwionym w oddali, zbierając myśli przed czekającą go rozmową.

Było południe. Słońce świeciło jasno. W całym maleńkim światku Wildbad panowało wiosenne ożywienie i radość. Od czasu do czasu pod oknem gospody przetaczały się ciężkie wozy powożone przez furmanów o czarnych twarzach, które wiozły z lasu cenny ładunek węgla drzewnego. Czasami ciśnięte w wartki nurt strumienia zwinnym i wężowym ruchem przepływały wzdłuż domów długie bale drewna. Luźno powiązane w niekończące się szeregi, niosąc na obu krańcach czujnie wyprostowanego flisaka w wysokich butach, z kijem w ręku, zdążały do odległego Renu. Wysoko ponad dwuspadowymi dachami drewnianych budynków stojących nad brzegiem rzeki piętrzyły się grzbiety gór, których krawędzie najeżone były czernią jodeł, a zbocza jaśniały świeżością połyskującej zieleni. W oddali, gdzie między łąkami a kępami drzew wiły się leśne ścieżki, przesuwały się tam i z powrotem, jak ruchome plamki światła, jasne, wiosenne suknie kobiet i dzieci szukających dzikich kwiatów. W dole, przy deptaku wzdłuż strumienia, otwarte punktualnie z początkiem sezonu stragany małego jarmarku mieniły się błyskotkami i trzepotały w balsamicznym powietrzu przepychem barwnych chorągiewek. Dzieci tęsknie wpatrywały się w to widowisko, opalone dziewczęta cierpliwie zajmowały się swymi robótkami, przechadzając się po deptaku, mijający się czwórkami i piątkami mieszkańcy miasteczka oraz spacerujący pojedynczo lub w parach goście uprzejmie pozdrawiali się nawzajem, uchylając kapeluszy, a chorzy i słabi wraz z innymi powoli wytaczali się na swoich wózkach prosto w blask radosnego południa, mając swój udział w błogosławionym świetle, które rozwesela, i w błogosławionym słońcu, które świeci na wszystkich bez wyjątku.

Na tę oto scenę Szkot patrzył oczami, które nie zauważały jej piękna, myślami pozostając daleko od wszystkich jej nauk. Przemyśliwał jedno po drugim słowa, które powinien wypowiedzieć, kiedy zjawi się żona umierającego. Jeden po drugim rozważał warunki, które mógłby postawić, zanim weźmie do ręki pióro przy łóżku jej męża.

- Przyszła pani Armadale - zabrzmiał głos doktora, wdzierając się nagle pomiędzy jego rozważania.

Natychmiast się odwrócił i w czystym świetle południa zobaczył przed sobą kobietę mieszanej, europejsko-afrykańskiej krwi, której rysy twarzy miały w sobie północną delikatność, zaś skóra południowe bogactwo barwy; kobietę w rozkwicie urody, poruszającą się z wrodzonym wdziękiem, patrzącą z wrodzonym zachwytem, której tęskne spojrzenie dużych, czarnych oczu spoczęło na nim z wdzięcznością, której drobna, śniada dłoń wyciągnęła się w jego stronę w niemym geście podziękowania, z pozdrowieniem, jakie przynależy przychodzącemu przyjacielowi. Po raz pierwszy w życiu Szkot dał się zaskoczyć. Każde słowo, będące wyrazem obronnej postawy, jakie zaledwie przed chwilą rozważał, pierzchło z jego pamięci. Jego po trzykroć nieprzenikniony pancerz zwykłej podejrzliwości, zwykłej samokontroli i zwykłej rezerwy, który nigdy nie znikał w obecności kobiety, spadł z niego teraz i sprawił, że Szkot padł na kolana jako człowiek podbity. Ujął wyciągniętą dłoń i skłonił się nad nią, oddając w milczeniu pierwszy w swym życiu autentyczny hołd płci przeciwnej.

Ona zaś zawahała się. Kobieca wnikliwość, która w bardziej sprzyjających okolicznościach w lot uchwyciłaby sekret jego zakłopotania, teraz ją zawiodła. Przypisywała jego dziwne zachowanie wobec siebie dumie, niechęci - każdej możliwej przyczynie prócz niespodziewanego objawienia się jej własnej urody.

- Nie wiem, jak panu dziękować - powiedziała nieśmiało, usiłując go sobie zjednać. - Próbując mówić, tylko pana zasmucę.

Warga zaczęła jej drżeć, cofnęła się nieco i odwróciła głowę w milczeniu. Lekarz, dotąd bez słowa przyglądający się scenie z kąta pokoju, zbliżył się, nim pan Neal zdołał mu przeszkodzić, i podprowadził panią Armadale do krzesła.

- Niech się go pani nie boi - wyszeptał ten poczciwy człowiek, lekko poklepując jej ramię. - W moich rękach był twardy jak żelazo, ale w pani, sądząc po jego wyglądzie, będzie miękki niczym wosk. Proszę powiedzieć mu to, co kazałem pani powiedzieć, i zaprowadźmy go do pokoju pani męża, zanim wróci mu kapryśny nastrój.

Odzyskała słabnące zdecydowanie i pokonała pół drogi dzielącej ją od okna, wychodząc naprzeciw panu Nealowi.

- Doktor, mój drogi przyjaciel, powiedział mi, że jedynym powodem, dla którego wahał się pan tu przyjść, jestem ja - rzekła, przy czym jej głowa lekko pochyliła się, a cera pobladła. - Jestem głęboko wdzięczna, ale błagam, niech pan o mnie nie myśli. Życzenie mojego męża... - jej głos się załamał, dzielnie odczekała i odzyskała panowanie nad nim. - Życzenie mojego męża w ostatnich chwilach jego życia jest również moim życzeniem.

Tym razem pan Neal był na tyle opanowany, aby jej odpowiedzieć. Cichym, poważnym głosem poprosił, aby nic więcej nie mówiła.

- Wcześniej chciałem jedynie okazać pani wyrozumiałość - powiedział. - Teraz chcę jedynie oszczędzić pani wszelkiego cierpienia.

Kiedy to mówił, na jego bladej twarzy z wolna pojawił się żywszy odcień. Miał przed sobą jej oczy, wpatrzone w niego z życzliwą uwagą, i ze wstydem pomyślał o tym, co rozważał przy oknie, zanim przyszła.

Lekarz dostrzegł swoją szansę. Otworzył drzwi do pokoju pana Armadale'a i stanął przy wejściu bez słowa. Pani Armadale weszła do środka jako pierwsza. Minutę później drzwi ponownie się zamknęły i pan Neal stanął wobec zobowiązania, które zostało mu narzucone - bez możliwości odwrotu.

Pokój urządzony był w fantazyjnym, kontynentalnym stylu, a do środka wpadały ciepłe promienie słońca. Na suficie wymalowano kupidyny i kwiaty, białe wstążki podtrzymywały zasłony w oknach, na wyściełanym aksamitem gzymsie kominka tykał elegancki złocony zegar, na ścianach błyszczały lustra, a dywan upstrzony był kwiatami we wszystkich kolorach tęczy. Pośród tego odświętnego wystroju, blasku i światła leżał sparaliżowany człowiek. Jego spojrzenie wędrowało niespokojnie, twarz była pozbawiona życia, głowa podparta wysoko stosem poduszek, a bezwładne ręce spoczywały na pościeli jak ręce nieboszczyka. U wezgłowia łóżka stała ponuro i milcząco stara, pomarszczona, czarna piastunka, na narzucie zaś, między wyciągniętymi ramionami ojca, leżało dziecko w białej sukience pochłonięte nową zabawką. Gdy otwarły się drzwi i pani Armadale wprowadziła gości do środka, chłopiec przerzucał zabawkę - żołnierzyka na koniu - tam i z powrotem ponad bezwładnymi ramionami po swojej prawej i lewej stronie, podczas gdy wzrok ojca podążał za nią tam i nazad z ukradkową i niestrudzoną czujnością dzikiego zwierzęcia, na którą strach było patrzeć.

W chwili, gdy pan Neal ukazał się w drzwiach, niespokojne oczy zatrzymały się, podniosły i popatrzyły na nieznajomego pytająco. Nieruchome wargi mozolnie wykonały wysiłek, aby się poruszyć. Niezgrabnie, niezdecydowanie wyartykułowały pytanie, które bezgłośnie zadały już oczy:

- Czy to pan?

Pan Neal postąpił w stronę łóżka, podczas gdy pani Armadale się od niego odsunęła i wraz z lekarzem czekała w odleglejszej części pokoju. Kiedy nieznajomy się zbliżył, dziecko podniosło wzrok, trzymając w ręku zabawkę, otwarło szeroko jasnobrązowe oczy w chwilowym zdumieniu, po czym na nowo podjęło swe zajęcie.

- Zaznajomiono mnie z pańskim smutnym położeniem - odezwał się pan Neal - i przychodzę, aby zaoferować swoje usługi, usługi, których nikt prócz mnie, jak poinformował mnie pański doktor, nie jest w stanie panu dostarczyć w tym dziwnym miejscu. Nazywam się Neal. Jestem radcą prawnym w Edynburgu i śmiem twierdzić, że jeśli chodzi o mnie, żadne zaufanie, którym zechce mnie pan obdarzyć, nie zostanie zawiedzione.

Oczy pięknej żony chorego już go nie mieszały. Mówił do bezradnego męża cicho i poważnie, bez zwykłej szorstkości i z głębokim współczuciem w głosie, co robiło najlepsze możliwe wrażenie. Widok łoża śmierci sprowadził nań opanowanie.

- Czy chciałby pan, abym coś dla niego napisał? - podjął, nie mogąc doczekać się odpowiedzi.

- Tak! - odrzekł umierający, a w jego oku gniewnie zabłysła niecierpliwość, której język nie był w stanie wyrazić. - Moja ręka już zawiodła, a moja mowa zawodzi. Niech pan pisze!

Zanim miał czas przemówić, pan Neal usłyszał szelest sukni i pośpieszne skrzypienie kółek na dywanie za swoimi plecami. Pani Armadale przesuwała sekretarzyk w stronę nóg łóżka. Jeśli miał obwarować się zabezpieczeniami własnego pomysłu, które sprawią, by w przyszłości nie ucierpiał z powodu następstw tego, co miało się zdarzyć, teraz był na to czas. Nadal odwracając się plecami do pani Armadale, w możliwie najprostszy sposób sformułował zapobiegawcze pytanie:

- Zanim wezmę pióro w dłoń, czy mogę pana zapytać, co też takiego chciałby, abym napisał?

Gniewny wzrok paralityka rozpalał się coraz bardziej. Jego wargi rozwarły się i znowu zamknęły. Nie odpowiedział.

Pan Neal spróbował kolejnego zapobiegawczego pytania, tym razem idącego w innym kierunku:

- Kiedy już napiszę to, co pan chce - zapytał - co należy z tym dalej zrobić?

Tym razem padła odpowiedź:

- Proszę zapieczętować to w mojej obecności i wysłać do mojego wy...

Mając kłopot z wyartykułowaniem słowa, nagle zamilkł i żałośnie spojrzał w twarz pytającego, prosząc o podpowiedzenie słowa.

- Czy ma pan na myśli wykonawcę pańskiej ostatniej woli?

- Tak.

- Domyślam się, że chodzi o list, który mam nadać?

Nie było odpowiedzi.

- Mogę spytać, czy ten list zmieni pański testament?

- Nic z tych rzeczy.

Pan Neal namyślał się przez chwilę. Atmosfera tajemnicy gęstniała. Jedynym z niej wyjściem, jak na razie, była droga ledwie zarysowana przez dziwną historię niedokończonego listu, którą lekarz powtórzył mu słowami pani Armadale. Im bliżej był nieznanego zobowiązania, tym bardziej złowieszczo wydawało mu się ono grozić czymś poważnym. Czy może zaryzykować jeszcze jedno pytanie, nim podejmie nieodwracalne zobowiązanie? W chwili, gdy wątpliwość ta przeszła mu przez myśl, poczuł, jak jedwab sukni pani Armadale muska go od strony najbardziej odległej od jej męża. Jej delikatna, ciemna dłoń spoczęła miękko na jego ramieniu, a duże, afrykańskie oczy spojrzały na niego z potulnym błaganiem.

- Mój mąż bardzo się niepokoi - wyszeptała. - Czy zechce pan złagodzić jego niepokój, zajmując miejsce przy sekretarzyku?

To z jej ust padła prośba - z ust osoby, która miała wszelkie powody, aby się wahać, z ust żony, której mąż nie wtajemniczył w swój sekret! Większość mężczyzn, znalazłszy się w sytuacji pana Neala, porzuciłaby z miejsca wszelkie środki ostrożności. Szkot porzucił wszystkie prócz jednego.

- Napiszę to, co pan chce, abym napisał - zwrócił się do pana Armadale'a. - Zapieczętuję to w pana obecności i własnoręcznie wyślę wykonawcy pańskiej ostatniej woli. Jednak angażując się w to przedsięwzięcie, muszę prosić, aby pan pamiętał, że działam w ciemno. Proszę wybaczyć fakt, że zastrzegam sobie całkowitą swobodę działania, kiedy już pańskie życzenia dotyczące listu zostaną spełnione.

- Czy daje pan słowo?

- Jeśli chce pan mojego słowa, dam je panu, pod warunkiem, o którym właśnie wspomniałem.

- Przyjmuję pański warunek i proszę dotrzymać danego słowa. Mój pulpit - dodał, po raz pierwszy zwracając się do żony.

Skwapliwie przemierzyła pokój w kierunku pulpitu leżącego na krześle w kącie. Wracając, dała przelotnie znak Murzynce, która stała bez ruchu, ponura i milcząca, w miejscu, które zajmowała od początku. Posłuszna nakazowi, kobieta zbliżyła się, aby zabrać dziecko z łóżka. Ledwie je dotknęła, wzrok ojca - dotychczas skupiony na pulpicie - przeskoczył na nią z kocią zręcznością.

- Nie! - powiedział.

- Nie! - zawtórował mu głosik chłopca, który nadal oczarowany był zabawką i nadal cieszył się ze swego miejsca na łóżku.

Murzynka opuściła pokój, dziecko zaś, tryumfując, poczęło tratować żołnierzykiem z góry na dół pościel, która leżała zmiętoszona na piersi ojca. Na ten widok przez piękną twarz matki przebiegł skurcz zazdrości.

- Czy mam otworzyć pulpit? - spytała, równocześnie odpychając szorstko zabawkę.

Odpowiedziało jej spojrzenie męża, które powiodło jej rękę do miejsca pod poduszką, gdzie ukryty był klucz. Otwarła pulpit, ukazując jego zawartość: małe kartki rękopisu spięte razem.

- To te? - spytała, wyjmując je.

- Tak - odparł. - Możesz odejść.

Siedzący przy sekretarzyku Szkot i doktor, szykujący w kącie pobudzającą miksturę, spojrzeli na siebie z niepokojem, którego żaden z nich nie potrafił ukryć. Padły słowa, które wypędziły żonę chorego z pokoju. Czas nadszedł.

- Możesz już iść - powtórzył pan Armadale.

Spojrzała na dziecko, wygodnie rozłożone na łóżku, i popielata bladość z wolna ogarnęła jej twarz. Przeniosła wzrok na nieszczęsny list, który stanowił dla niej nieprzenikniony sekret i pełne zazdrości podejrzenie. Myśl o tej drugiej kobiecie, będącej cieniem i goryczą jej życia, ścisnęła jej serce. Oddaliwszy się o kilka kroków od łóżka, zatrzymała się i zawróciła. Uzbrojona w podwójną odwagę płynącą z miłości i rozpaczy, przylgnęła ustami do policzka umierającego męża i po raz ostatni zaczęła go błagać. Jej gorące łzy kapały mu na twarz, kiedy szeptała:

- Och, Allan, pomyśl, jak bardzo cię kochałam! Jak bardzo starałam się, aby cię uszczęśliwić! Pomyśl, jak niedługo przyjdzie mi cię stracić! O, miły mój, nie odsyłaj mnie!

W jej imieniu błagały słowa, błagał pocałunek. Wspomnienie miłości, którą został obdarzony i której nigdy nie odwzajemnił, poruszyło serce gasnącego mężczyzny jak nic innego od dnia ślubu. Z jego piersi wyrwało się głębokie westchnienie. Spojrzał na nią i zawahał się.

- Pozwól mi zostać - wyszeptała, jeszcze mocniej przyciskając twarz do jego twarzy.

- To ci tylko sprawi ból - odszepnął.

- Nic nie sprawia mi większego bólu niż to, że mnie odsyłasz!

Czekał. Widziała, że się zastanawia, i czekała również.

- Jeśli pozwolę ci na chwilę zostać...?

- Tak, tak!

- Czy odejdziesz, kiedy ci powiem?

- Tak.

- Przyrzekasz?

Więzy krepujące mu dotąd język zdały się chwilowo rozluźnić, aby dać ujście gwałtownemu wybuchowi niepokoju, który nasunął mu to pytanie. Wypowiedział owe zaskakujące słowa tak, jak jeszcze nigdy nie wypowiedział żadnych innych.

- Przyrzekam - powtórzyła, i, opadając na kolana przy łóżku, żarliwie ucałowała jego dłoń.

Obaj nieznajomi znajdujący się w pokoju zgodnie odwrócili twarze. W ciszy, jaka teraz zapadła, jedynym dźwiękiem było ciche szemranie dziecięcej zabawki przesuwanej tam i z powrotem po pościeli.

Lekarz pierwszy przerwał bezruch, jaki ogarnął wszystkich zebranych. Podszedł do pacjenta i z niepokojem zaczął go badać. Pani Armadale powstała z klęczek i, zaczekawszy najpierw na pozwolenie męża, przeniosła kartki rękopisu wyjęte z pulpitu na stolik, przy którym czekał pan Neal. Rozpalona i podniecona, piękniejsza niż kiedykolwiek, w gwałtownym ożywieniu, jakie ją ogarnęło, przystanęła przy nim i podając mu list, wykorzystała okazję, aby z właściwym kobiecie brakiem opanowania własnych impulsów wyszeptać:

- Proszę przeczytać list od początku. Muszę go usłyszeć!

Jej oczy błysnęły pałającym żarem wprost w jego oczy, jej oddech omiótł mu policzek. Zanim zdołał cokolwiek odpowiedzieć czy pomyśleć, była już z powrotem przy mężu. W krótkiej chwili, w której przemówiła, jej uroda zdołała podporządkować Szkota jej woli. Zmarszczył czoło i z niechęcią uznając własną niemożność przeciwstawienia się jej, przewrócił kartki listu. Spojrzał na puste miejsce, gdzie pióro wypadło z dłoni piszącego, pozostawiając kleks, wrócił do początku i wypowiedział słowa działające na korzyść żony, które ona sama włożyła mu w usta:

- Może chciałby pan dokonać jakichś poprawek - zaczął, całą swoją uwagę pozornie skupiając na liście, podczas gdy wszystko wskazywało na to, że na powrót ogarnia go kwaśny nastrój. - Czy mam odczytać to, co już pan napisał?

Pani Armadale, siedząca przy wezgłowiu łóżka z jednej strony, oraz lekarz, z palcami na pulsie pacjenta, siedzący z drugiej, czekali z niepokojem, którego źródło było dla każdego z nich zupełnie inne, na odpowiedź. Pan Armadale przeniósł badawczy wzrok z dziecka na żonę.

- Będziesz tego słuchać? - zapytał.

Rytm jej oddechu przyśpieszył, jej dłoń zakradła się i ujęła jego dłoń, skłoniła głowę w milczeniu. Mężczyzna zamilkł, namyślając się w duchu i nie spuszczając oka z żony. Wreszcie podjął decyzję i dał odpowiedź:

- Niech pan czyta - rzekł - i przerwie, kiedy powiem.

O pierwszej odezwał się dzwon wzywający gości do gospody na wczesny obiad. Do wnętrza pokoju wdarł się wesoły odgłos szybkich kroków i szmer głosów zbierających się przed budynkiem, kiedy pan Neal rozpostarł przed sobą rękopis i odczytał pierwsze jego zdania, które brzmiały następująco:

"Kieruję ten list do mojego syna, kiedy ten osiągnie wiek, w którym będzie go w stanie zrozumieć. Straciwszy wszelką nadzieję, że dożyję czasów, w których zobaczę, jak mój chłopiec staje się mężczyzną, nie pozostaje mi nic innego, jak spisać tu wszystko to, co w przyszłości chętnie bym mu powiedział osobiście.

W pisaniu listu przyświecają mi trzy cele. Po pierwsze, ujawnić okoliczności, które towarzyszyły zamążpójściu angielskiej damy, mojej znajomej, na wyspie Maderze. Po drugie, odkryć prawdę na temat śmierci jej męża, która nastąpiła wkrótce potem na pokładzie francuskiego frachtowca "La Grace de Dieu". Po trzecie, ostrzec mojego syna przed grożącym mu niebezpieczeństwem - niebezpieczeństwem, jakie powstanie z grobu jego ojca, gdy jego prochy pokryje ziemia.

Historia zamążpójścia angielskiej damy zaczyna się w momencie, kiedy odziedziczyłem wielką posiadłość rodu Armadale i przybrałem ich nieszczęsne nazwisko.

Jestem jedynym żyjącym synem świętej pamięci Mathew Wrentmore'a z Barbadosu. Przyszedłem na świat w rodzinnej posiadłości na wyspie i już jako dziecko straciłem ojca. Moja matka była we mnie ślepo zapatrzona, niczego mi nie odmawiała i pozwalała mi żyć wedle własnego widzimisię. Dzieciństwo i młodość minęły mi na próżnowaniu i pobłażaniu samemu sobie, wśród ludzi - w większości niewolników oraz mieszańców - dla których moja wola była prawem. Wątpię, czy w całej Anglii istnieje mężczyzna mojego urodzenia i pozycji, który byłby równie wielkim ignorantem jak ja. Wątpię, czy w całym świecie znalazłby się drugi młodzieniec, którego namiętnościom równie obce byłyby wszelkie granice jak moim w owym czasie.

Moja matka miała romantyczne obiekcje wobec niewyszukanego imienia mojego ojca. Na chrzcie otrzymałem imię Allan na cześć bogatego kuzyna ojca, świętej pamięci Allana Armadale'a, który posiadał majątek w naszej okolicy, największy i najbardziej dochodowy na wyspie, i który zgodził się zostać moim ojcem chrzestnym za pośrednictwem pełnomocnika. Pan Armadale nigdy nie ujrzał swojego majątku w Indiach Zachodnich. Mieszkał w Anglii i, wysławszy mi zwyczajowy podarunek z okazji chrztu, całymi latami nie utrzymywał kontaktów z moimi rodzicami. Pan Armadale odezwał się ponowie dopiero, kiedy skończyłem dwadzieścia jeden lat. Z tej okazji matka otrzymała od niego list, w którym pytał, czy żyję, i (jeśli tak) proponował ni mniej, ni więcej, tylko uczynienie mnie spadkobiercą swojego majątku w Indiach Zachodnich.

I tak los uśmiechnął się do mnie wyłącznie z powodu złego prowadzenia się jedynego syna pana Armadale'a. Młodzieniec ten okrył się niewybaczalną hańbą, opuścił dom jako banita i od tamtej pory ojciec wyrzekł się go raz na zawsze. Nie mając wśród najbliższych innego męskiego krewnego, który mógłby zostać jego dziedzicem, pan Armadale pomyślał o synu swojego kuzyna i swoim chrześniaku i zaoferował swój zamorski majątek mnie, a po mnie moim spadkobiercom, lecz pod jednym warunkiem - że ja i moi dziedzice przyjmiemy jego nazwisko. Propozycja została zaakceptowana z wdzięcznością i podjęto odpowiednie kroki prawne, aby zmienić moje nazwisko w kolonii i w ojczyźnie. Następną pocztą dotarła do pana Armadale'a wiadomość, że warunek został spełniony. Poczta zwrotna przyniosła wieści od prawników. Testament zmieniono na moją korzyść i w tydzień później śmierć mojego dobroczyńcy uczyniła ze mnie największego właściciela ziemskiego i najbogatszego człowieka na całym Barbadosie.

Było to pierwsze z serii wydarzeń. Kolejne nastąpiło sześć tygodni później.

W tym czasie zwolniła się posada urzędnika w majątku. Zgłosił się na nią młodzieniec w moim wieku, niedawno przybyły na wyspę. Przedstawił się jako Fergus Ingleby. We wszystkim kierowałem się impulsem, nie znałem innego prawa niż własny kaprys, a nieznajomy spodobał mi się od chwili, kiedy pierwszy raz go ujrzałem. Odznaczał się manierami dżentelmena i posiadał niewymownie pociągające przymioty towarzyskie, z jakimi, będąc niedoświadczonym, nigdy się jeszcze nie spotkałem. Kiedy dowiedziałem się, że dostarczone przez niego pisemne referencje dotyczące jego charakteru zostały uznane za niezadowalające, interweniowałem i naciskałem, aby otrzymał posadę. Moja wola była prawem i tak też się stało.

Mojej matce Ingleby od początku się nie podobał i nie ufała mu. Kiedy odkryła, że zażyłość między nami gwałtownie rośnie, że dopuściłem tego podwładnego do kręgu najbliższych towarzyszy i powierników (przestawałem z podwładnymi całe życie i podobało mi się to), zaczęła podejmować kolejne wysiłki, aby nas rozdzielić, ale na darmo. Doprowadzona do ostateczności, postanowiła spróbować jeszcze jednego - namówić mnie na podróż, którą często rozważałem - podróż do Anglii.

Zanim porozmawiała ze mną na ten temat, zdecydowała się zainteresować mnie pomysłem zobaczenia Anglii od nieco innej strony. Napisała list do starego przyjaciela i swego dawnego adoratora, świętej pamięci Stephena Blancharda, mieszkańca Thorpe Ambrose w hrabstwie Norfolk, właściciela ziemskiego i wdowca, ojca dorosłych dzieci. Później odkryłem, że musiała napomknąć o ich dawnym przywiązaniu (utemperowanym, jak sądzę, przez rodziców obu stron) i że prosząc pana Blancharda o przyjęcie syna po przyjeździe do Anglii, wypytywała jednocześnie o jego córkę, co wskazywało na ewentualność małżeństwa jednoczącego obie rodziny, o ile młoda dama i ja przypadlibyśmy sobie do gustu. Pasowaliśmy do siebie pod każdym względem, a wspomnienie matki o jej dziewczęcym przywiązaniu do pana Blancharda sprawiało, że perspektywa małżeństwa jej syna z córką dawnego wielbiciela jawiła się jako najpomyślniejsza i najszczęśliwsza perspektywa, jaką mogła sobie wyobrazić. Nie wiedziałem o tym wszystkim, dopóki na Barbados nie dotarła odpowiedź pana Blancharda. Wtedy matka pokazała mi list i otwarcie przedstawiła mi pokusę, której celem było rozdzielić mnie i Fergusa Ingleby.

List pana Blancharda został nadany z wyspy Madery. Z powodu złego stanu zdrowia lekarze wysłali go tam dla wypróbowania tamtejszego klimatu. Była z nim córka. Na wstępie listu pan Blanchard zapewniał, że z całego serca podziela nadzieje i życzenia mojej matki, po czym proponował, żebym (jeśli mam zamiar wkrótce opuścić Barbados) zatrzymał się na Maderze w drodze do Anglii i odwiedził go w miejscu jego tymczasowego pobytu. Jeśli byłoby to niemożliwe, podawał datę, kiedy zamierza wrócić do Anglii i kiedy z pewnością otrzymam gościnę w jego własnym domu w Thorpe Ambrose. Wreszcie przepraszał, że nie pisze dłuższego listu, tłumacząc się złym wzrokiem i nadmieniając, że sprzeciwił się zaleceniom lekarza, ponieważ nie mógł odmówić sobie przyjemności napisania do starej przyjaciółki własnoręcznie.

Jakkolwiek grzecznie sformułowany, list jako taki nie wywarł na mnie większego wrażenia. Prócz listu było jednak coś jeszcze: dołączony do niego miniaturowy portret panny Blanchard. Na odwrocie jej ojciec napisał na wpół żartobliwie, na wpół z czułością: "Nie mogę prosić córki, by jak zwykle oszczędziła me oczy, nie mówiąc jej o Twoich zapytaniach i nie narażając dziewczęcej nieśmiałości na rumieniec. Dlatego wysyłam ją w postaci podobizny (bez jej wiedzy), aby sama za siebie odpowiedziała. To wierna podobizna dobrej dziewczyny. Jeśli spodoba jej się Twój syn i jeśli mnie też się spodoba, czego jestem pewien, możemy jeszcze doczekać chwili, kiedy nasze dzieci staną się tym, czym my sami kiedyś mogliśmy być - mężem i żoną". Moja matka wręczyła mi miniaturę wraz z listem. Portret od razu złapał mnie za serce - nie wiem dlaczego, nie wiem, w jaki sposób - tak jak nic innego nie złapało mnie wcześniej.

Głowy tęższe niż moja mogłyby przypisać niezwykłe wrażenie, jakie wywarł na mnie portret, nieuporządkowaniu umysłu, jakiego w tym czasie doświadczałem, zmęczeniu czczymi rozrywkami, jakie zaczęło mnie ogarniać od kilku miesięcy, nieokreślonej tęsknocie za nowymi zainteresowaniami i świeżymi nadziejami, jaką zmęczenie owo mogło wywołać. Ja sam nie wdawałem się w tak trzeźwą autoanalizę; wierzyłem wtedy w przeznaczenie, nadal w nie wierzę. Wystarczyła mi świadomość, że pierwsze przeczucie istnienia w mojej naturze czegoś więcej niż zwierzęce instynkty wzbudziła twarz tej dziewczyny patrząca na mnie z obrazka tak, jak jeszcze nigdy nie patrzyła na mnie żadna kobieta. W tym łagodnym spojrzeniu, w możliwości poślubienia tej delikatnej istoty, widziałem zapisane swoje przeznaczenie. Portret, który tak nieoczekiwanie i w tak dziwnych okolicznościach trafił w moje ręce, był niemym posłańcem szczęścia będącego w zasięgu ręki, przysłanym, aby ostrzegać, zachęcać, pobudzić mnie, zanim będzie za późno. Włożyłem sobie miniaturę na noc pod poduszkę. Następnego ranka znów na nią spojrzałem. Przekonanie, którego nabrałem poprzedniego dnia, było równie silne. Przesąd (możecie tak to nazwać) nieodparcie wskazywał mi drogę, którą mam pójść. W porcie czekał statek, który za dwa tygodnie miał odpłynąć do Anglii, zatrzymując się po drodze na Maderze. Na ten statek kupiłem bilet".

Do tego momentu czytający doszedł bez żadnych przeszkód. Gdy jednak wypowiadał ostatnie słowa, z jego głosem zmieszał się inny głos, cichy i łamiący się:

- Czy ona była białą kobietą - zapytał głos - czy ciemną jak ja?

Pan Neal zatrzymał się i podniósł wzrok. Lekarz nadal siedział przy wezgłowiu łóżka, z palcami mechanicznie uczepionymi pulsu pacjenta. Dziecko, pozbawione południowej drzemki, bawiło się nową zabawką coraz bardziej ospale. Wzrok ojca śledził je z wytężoną i nieustającą uwagą. Jednak od początku opowieści w słuchaczach zaszła widoczna zmiana. Pani Armadale wypuściła z rąk dłoń męża i siedziała z twarzą odwróconą od niego. Gorąca, afrykańska krew płonęła czerwonym rumieńcem na jej śniadych policzkach, gdy uparcie powtarzała pytanie: "Czy była białą kobietą czy ciemną jak ja?".

- Białą - odparł jej mąż, nie patrząc w jej kierunku.

Jej dłonie splotły się na podołku i zaczęły wykręcać nawzajem. Nic już nie powiedziała. Nawisłe brwi pana Neala złowrogo opadły, kiedy podejmował opowieść. Doświadczył potężnego niezadowolenia - złapał się na tym, że po cichu jej współczuje.

"Powiedziałem - ciągnął autor listu - że Ingleby został moim najbliższym powiernikiem. Żal mi było go opuszczać, bolały mnie jego wyraźne zdziwienie i zmartwienie na wieść o moim wyjeździe. Pragnąc się usprawiedliwić, pokazałem mu list oraz miniaturę i wyznałem prawdę. Zainteresowanie, jakie wzbudził w nim portret, wydawało się nie mniejsze niż moje własne. Wypytywał mnie o rodzinę i majątek panny Blanchard z troską prawdziwego przyjaciela. Zyskał też jeszcze większy szacunek i zaufanie z mojej strony tym, że usunął się w cień i gorąco zachęcał mnie, abym nie ustawał w drodze do nowego celu. Kiedy się rozstawaliśmy, byłem w dobrym zdrowiu i wyśmienitym nastroju. Nim spotkaliśmy się następnego dnia, niespodziewanie zmogła mnie choroba, która groziła utratą zarówno zmysłów, jak i życia.

Nie mam żadnych dowodów przeciwko Ingleby'emu. Na wyspie znalazłaby się niejedna kobieta, którą niewybaczalnie skrzywdziłem i której zemsta mogła mnie do tej pory dosięgnąć. Nikogo nie oskarżam. Mogę tylko powiedzieć, że życie uratowała mi stara, czarna piastunka, która przyznała potem, że użyła znanej odtrutki na bardzo popularną w tych stronach murzyńską truciznę. Kiedy nadeszły pierwsze dni rekonwalescencji, statek, na który kupiłem bilet, dawno już odpłynął. Kiedy spytałem o Ingleby'ego, okazało się, że zniknął. Przedstawiono mi dowody na jego niewybaczalne zaniedbania, wobec których nawet moja słabość do niego była bezsilna. Został wyrzucony z biura w pierwszych dniach mojej choroby i nie wiadomo było o nim nic więcej ponad to, że opuścił wyspę.

Przez cały okres choroby portret znajdował się u mnie pod poduszką. Przez cały okres rekonwalescencji był moją jedyną pociechą, kiedy myślałem o przeszłości, i jedyną nadzieją, kiedy wybiegałem myślami w przyszłość. Żadne słowa nie opiszą, jak bardzo owładnęło mną początkowe wyobrażenie potęgowane upływem czasu, samotnością i cierpieniem. Matka, która miała swój interes w wyswataniu mnie, była zaskoczona niespodziewanym sukcesem własnego planu. Napisała do pana Blancharda, informując go o mojej chorobie, ale nie otrzymała odpowiedzi. Teraz podjęła się napisać ponownie, pod warunkiem że zobowiążę się nie opuszczać jej, zanim całkowicie nie wyzdrowieję. Moja niecierpliwość nie uznawała żadnych ograniczeń. Kolejny statek stojący w porcie stwarzał okazję wyjazdu na Maderę. Powtórna lektura listu pana Blancharda upewniła mnie, że nadal zastanę go na wyspie, jeśli tylko natychmiast wykorzystam okazję. Nie zważając na prośby matki, uparłem się, że popłynę drugim statkiem, i tym razem kiedy wypływał, byłem na jego pokładzie.

Zmiana dobrze mi zrobiła, morskie powietrze postawiło mnie na nogi. Po niespotykanie szybkiej przeprawie znalazłem się u celu podróży. W piękny, spokojny wieczór, którego nigdy nie zapomnę, stanąłem samotnie na brzegu z jej podobizną ukrytą na piersi, mając przed sobą białe mury domu, o którym wiedziałem, że w nim mieszka.

Zacząłem spacerować wzdłuż granic posiadłości, aby uspokoić się, nim wejdę na jej teren. Odważyłem się zajrzeć do ogrodu przez furtkę i zarośla i zobaczyłem w nim damę, przechadzającą się samotnie po trawniku. Obróciła twarz w moją stronę i ujrzałem pierwowzór mojego portretu, spełnienie moich marzeń! Pisanie o tym teraz jest bezcelowe i gorzej niż bezcelowe. Powiem tylko, że każdą obietnicę, jaką wizerunek złożył mojej wyobraźni, żywa kobieta spełniła w moich oczach w chwili, gdy pierwszy raz ją ujrzałem. Powiem tyle - i nic więcej.

Byłem zbyt podniecony, by ujawniać się w jej obecności. Wycofałem się niedostrzeżony i skierowałem ku głównemu wejściu, a tam poprosiłem o widzenie z jej ojcem. Pan Blanchard udał się do swojego pokoju i nikogo nie przyjmował. Słysząc to, zebrałem się na odwagę i zapytałem, czy mogę prosić pannę Blanchard. Służący uśmiechnął się. "Moja młoda pani nie jest już panną Blanchard" - odrzekł. "Wyszła za mąż". Niejeden mężczyzna na moim miejscu, słysząc te słowa, padłby jak rażony piorunem. Krew we mnie zawrzała i w szale rzuciłem się służącemu do gardła. "To kłamstwo!" - krzyknąłem, zwracając się do niego tak, jakby był jednym z niewolników w mojej posiadłości. "To prawda" - rzekł tamten, siłując się ze mną. "Jej mąż jest teraz w domu". "Kto to taki, łajdaku?" Sługa odpowiedział, rzucając mi w twarz moje własne nazwisko: "Allan Armadale".

Teraz domyślacie się już prawdy. Fergus Ingleby był owym wydziedziczonym synem, którego nazwisko i dziedzictwo przejąłem. I teraz Fergus Ingleby wyrównał ze mną rachunki za pozbawienie go prawa pierworództwa.

Aby wyjaśnić, co nie znaczy usprawiedliwić, mój udział w wydarzeniach, jakie nastąpiły po przybyciu na Maderę, konieczne jest opisanie okoliczności, w których dokonano oszustwa.

Jak wyznał sam Ingleby, dowiedziawszy się o śmierci ojca i odziedziczeniu przeze mnie majątku, przybył na Barbados z mocnym zamiarem ograbienia i okaleczenia mnie. Moja lekkomyślna ufność podsunęła mu lepszą okazję, niż mógłby sobie wymarzyć. Poczekał, aż wpadnie mu w ręce list, który moja matka napisała do pana Blancharda na początku mojej choroby, następnie sprowokował własne zwolnienie z zajmowanego stanowiska i popłynął na Maderę tym właśnie statkiem, który miał zabrać mnie. Przybywszy na wyspę, odczekał, aż statek odpłynie w dalszą drogę, po czym pojawił się u pana Blancharda - nie pod przybranym nazwiskiem, którego będę tu używał w odniesieniu do niego, ale pod nazwiskiem, które z całą pewnością było w równym stopniu jego, jak i moje: "Allan Armadale". Na początku oszustwo nie przedstawiało większych trudności. Musiał rozprawić się tylko z niedomagającym starszym mężczyzną (który nie widział mojej matki przez pół życia) i niewinną, niczego niepodejrzewającą dziewczyną (która nigdy jej nie widziała). Będąc zaś u mnie na służbie, dowiedział się wystarczająco dużo, aby odpowiedzieć na tych kilka pytań, które mu zadano, równie gładko, jak sam bym to zrobił. Jego wygląd, maniery, podejście do kobiet, inteligencja i spryt dokonały reszty. Udało mu się zdobyć przychylność panny Blanchard, gdy ja leżałem zmożony chorobą. Kiedy rozmarzałem się nad jej wizerunkiem w pierwszych dniach rekonwalescencji, on uzyskał zgodę pana Blancharda na zawarcie małżeństwa, jeszcze zanim on i jego córka opuszczą wyspę.

Do tego momentu problemy ze wzrokiem pana Blancharda sprzyjały oszustwu. Zadowalał się przekazywaniem wiadomości do mej matki i otrzymywaniem na nie odpowiedzi, które były w porę zmyślane. Kiedy jednak zalotnik został przyjęty, a dzień ślubu wyznaczony, poczuł się zobowiązany napisać do swojej starej przyjaciółki, prosząc o jej oficjalną zgodę i zapraszając ją na wesele. Sam zdołał napisać tylko połowę listu. Dokończyła go, pod dyktando, panna Blanchard. Tym razem nie było mowy o wyprzedzeniu poczty i Ingleby, będąc pewien miejsca, jakie zajmuje w sercu swojej ofiary, zastąpił jej drogę, kiedy wychodziła z listem z ojcowskiego pokoju, i wyznał jej prawdę. Nadal była niepełnoletnia, a sytuacja poważna. Jeśli wysłano by list, nie pozostawało nic innego, jak czekać, a potem rozstać się na zawsze albo uciec w okolicznościach, w których wykrycie ucieczki było rzeczą niemal pewną. Na jakikolwiek statek by nie wsiedli, jego cel był z góry znany, zaś w porcie czekał szybki jacht, którym pan Blanchard przybył na Maderę i który miał go zabrać z powrotem do Anglii. Jedynym wyjściem wydawało się kontynuowanie oszustwa poprzez ukrycie listu i wyznanie prawdy po ślubie. Jakich metod perswazji użył Ingleby, w jaki nikczemny sposób wykorzystał jej miłość i ufność, aby sprowadzić ją do swojego poziomu - tego nie wiem. Z pewnością jednak zdeprawował ją. List nigdy nie dotarł do adresatki, a zaufanie ojca zostało ostatecznie zawiedzione za wiedzą i zgodą córki.

Pozostawało jedynie sfabrykować odpowiedź mojej matki, na którą czekał pan Blanchard i która miała nadejść w swoim czasie, przed wyznaczonym dniem ślubu, pocztą. Ingleby miał ze sobą skradziony list mojej matki, brakowało mu jednak zręczności pozwalającej na podrobienie charakteru pisma nadawcy. Panna Blanchard, jakkolwiek wyraziła zgodę na bierny udział w szalbierstwie, nie chciała mieć czynnego udziału w oszukiwaniu ojca. Wobec tej trudności Ingleby znalazł pod ręką narzędzie w postaci sieroty, zaledwie dwunastolatki, o nad wiek rozwiniętych zdolnościach, którą panna Blanchard obdarzyła romantyczną przyjaźnią i którą przywiozła z Anglii, aby uczyła się na jej pokojówkę. Niecna zręczność dziewczyny usunęła ostatnią przeszkodę na drodze do oszustwa. Widziałem podrobione przez nią pod okiem Ingleby'ego i (jeśli mam wyznać haniebną prawdę), za wiedzą jej pani, pismo mojej matki i jestem przekonany, że sam dałbym się na nie nabrać. Widziałem potem tę dziewczynę i krew we mnie wrzała na jej widok. Jeśli jeszcze żyje, biada tym, którzy jej ufają! Jest najbardziej fałszywą i bezlitosną istotą, jaką nosiła ziemia.

Sfałszowany list utorował drogę małżonkom i kiedy dotarłem do ich posiadłości, byli już (jak zgodnie z prawdą powiedział służący) mężem i żoną. Moje przybycie jedynie przyśpieszyło wyznanie, jakie oboje zgodzili się uczynić. Ingleby bez cienia wstydu wyznał prawdę własnymi ustami. Nie miał nic do stracenia - był żonaty, a majątek żony znajdował się poza zasięgiem jej ojca. Pomijam wszystko to, co działo się później - rozmowę z córką i z ojcem - aby przejść do następstw. Przez dwa dni dzięki wysiłkom świeżo upieczonej małżonki i pastora, który udzielił ślubu, udawało się utrzymać mnie z dala od Ingleby'ego. Trzeciego dnia zastawiłem pułapkę z większym powodzeniem i oto znalazłem się sam na sam z człowiekiem, który śmiertelnie mnie zranił.

Wspomnij na moje nadużyte zaufanie, wspomnij na to, jak udaremniono jedyny szlachetny cel w moim życiu, wspomnij na tkwiące głęboko w mojej naturze dzikie namiętności, jeszcze nigdy nieujarzmione, a potem sam wyobraź sobie, co między nami zaszło. Muszę tylko powiedzieć, jaki był koniec. Tamten był wyższy i silniejszy ode mnie i wykorzystał swoją przewagę z zajadłością brutala. Uderzył mnie.

Pomyśl o ranach, jakich doznałem z rąk tego człowieka, a potem pomyśl o znaku, jaki jego pięść odcisnęła na mojej twarzy!

Zwróciłem się do angielskiego oficera, który był moim towarzyszem podróży w drodze na Barbados. Wyznałem mu prawdę i zgodził się ze mną, że nieunikniony będzie pojedynek. W tamtych czasach pojedynki odbywały się według ściśle określonych reguł, które zaczął mi objaśniać. Przerwałem mu.

"Wezmę pistolet w swoją prawą dłoń", powiedziałem, "a on weźmie pistolet w swoją. Jeden kraniec chusteczki wezmę w lewą dłoń, a on weźmie drugi kraniec w swoją i ponad tą chusteczką odbędzie się pojedynek".

Oficer wstał i spojrzał na mnie tak, jakby doznał osobistej obrazy.

"Prosi mnie pan, abym był obecny przy morderstwie i samobójstwie", rzekł. "Odmawiam sekundowania panu".

Opuścił pokój. Gdy tylko wyszedł, spisałem słowa, które wypowiedziałem w obecności oficera, i wysłałem je przez posłańca Ingleby'emu. Czekając na odpowiedź, usiadłem przed lustrem i spojrzałem na znak na twarzy. "Niejeden mężczyzna miał krew na rękach i na sumieniu z błahszego powodu", pomyślałem.

Posłaniec przyszedł z odpowiedzią od Ingleby'ego. Wyznaczał spotkanie na godzinę piętnastą następnego dnia, w odludnym miejscu w głębi wyspy. Postanowiłem już, co zrobię, jeśli mi odmówi, jego list zwolnił mnie z tego strasznego zamierzenia. Czułem wdzięczność wobec niego - tak, nieskończoną wdzięczność - za to, że go napisał.

Następnego dnia udałem się na miejsce. Nie było go tam. Czekałem dwie godziny, nie pojawił się. W końcu dotarła do mnie prawda. "Kto raz okazał się tchórzem, zawsze nim będzie", pomyślałem. Zawróciłem do domu pana Blancharda. Zanim tam dotarłem, ogarnęło mnie nagłe przeczucie i zboczyłem w kierunku portu. Nie myliłem się, port był miejscem, do którego należało się skierować od razu. Statek odpływający tego popołudnia do Lizbony był dla niego okazją do wyjazdu wraz z żoną i tym samym umknięcia mi. Odpowiedź, jaką dał na moje wyzwanie, miała na celu jedynie odciągnięcie mnie w głąb wyspy. Raz jeszcze zaufałem Fergusowi Ingleby'emu i raz jeszcze jego lisi spryt okazał się dla mnie zgubny.

Spytałem mego informatora, czy pan Blanchard dowiedział się już o wyjeździe córki. Odkrył ten fakt, ale dopiero po odpłynięciu statku. Tym razem postanowiłem uczyć się przebiegłości od Ingleby'ego. Zamiast iść do domu pana Blancharda poszedłem najpierw sprawdzić jego jacht.

Statek wyjawił mi to, co jego właściciel mógłby ukryć - prawdę. Zastałem go w ferworze przygotowań do rejsu. Cała załoga była na pokładzie, z wyjątkiem kilku marynarzy, którym pozwolono zejść na ląd i którzy oddalili się w głąb wyspy, nikt dokładnie nie wiedział dokąd. Kiedy odkryłem, że kapitan prowadzi zaciąg na statek, aby uzupełnić braki w załodze najlepszymi ludźmi, jakich mógł pozyskać w tak krótkim czasie, natychmiast powziąłem decyzję. Dobrze orientowałem się w wymaganych obowiązkach, ponieważ miałem własną łódź i sam żeglowałem. Pośpieszyłem do miasta, przebrałem się w płaszcz i kapelusz marynarza, po czym wróciłem do portu i zgłosiłem się na ochotnika jako członek załogi. Nie mam pojęcia, co kapitan widział w mojej twarzy. Odpowiedzi, jakich udzieliłem na jego pytania, zadowoliły go, ale przyglądał mi się z wahaniem. Brakowało jednak rąk do pracy i to zdecydowało, że zostałem przyjęty. W godzinę później dołączył do nas pan Blanchard, którego odprowadzono do kajuty, jako że cierpiał niemiłosiernie na ciele i umyśle. W godzinę potem byliśmy na pełnym morzu, mając nad głowami bezgwiezdne niebo, a za plecami rześką bryzę.

Jak się domyślałem, ścigaliśmy statek, na którym Ingleby wraz z żoną opuścili tego popołudnia wyspę. Był to francuski okręt handlowy służący do transportu drewna, nazywał się "La Grace de Dieu". Nic nie było o nim wiadomo ponad to, że kierował się do Lizbony, że zboczył z kursu i zawinął na Maderę z powodu braków w załodze i prowiancie. Drugi brak udało się uzupełnić, ale nie pierwszy. Marynarze wątpili w możliwości statku i nie podobała im się włóczęgowska powierzchowność załogi. Kiedy do uszu pana Blancharda dotarły te dwa budzące niepokój fakty, uświadomił sobie, co mogły wywołać ostre słowa, jakie skierował do własnego dziecka w pierwszym szoku towarzyszącym odkryciu, że pomagało ono w oszustwie. Natychmiast zdecydował, że udzieli córce schronienia na pokładzie własnej łodzi i że uspokoi ją, trzymając jej nikczemnego męża poza zasięgiem moich karzących rąk. Jacht był szybszy od frachtowca. Nie było wątpliwości, że zdołamy dogonić "La Grace de Dieu". Jedyną obawę stanowiło to, że możemy minąć statek w ciemności.

Byliśmy już jakiś czas na morzu, gdy wiatr nagle ucichł i spadła na nas bezwietrzna, duszna cisza. Kiedy wydano rozkaz, aby zdjąć stengi i przesunąć wielkie żagle, wszyscy wiedzieliśmy, czego się spodziewać. Niewiele ponad godzinę później mieliśmy przed sobą burzę, grzmoty huczały nam nad głowami, a jacht pędził w sam środek sztormu. Była to solidna, trzystutonowa łódź ożaglowana jak szkuner, tak wytrzymała, jak tylko pozwalały na to drewno i stal, z których ją zrobiono. Prowadził ją kapitan, który znał się na swoim fachu; zachowywała się dostojnie. Kiedy nastał poranek, gwałtowny wiatr, nadal dmący z południowego zachodu, przycichł nieco i morze uspokoiło się. Tuż przed świtem poprzez wycie zawieruchy przedarł się słaby odgłos wystrzału z działa. Zaniepokojeni marynarze zebrali się na pokładzie, popatrzyli po sobie i rzekli: "Oto on!".

W świetle poranka zobaczyliśmy statek - faktycznie był to frachtowiec. Pozbawiony zarówno fokmasztu, jak i grotmasztu wrak kolebał się w zagłębieniu między falami i nabierał wody. Jacht transportował trzy szalupy: jedną na środku pokładu i dwie podwieszone na żurawikach w tylnej części łodzi. Kapitan, widząc, że sztorm wkrótce przypuści kolejny atak, kazał opuścić tylne szalupy, póki morze było spokojne. Choć na pokładzie wraku było niewielu ludzi, nie zmieściliby się do jednej szalupy, a wobec niepewności pogody wysłanie obu łodzi naraz stanowiło mniejsze ryzyko niż odbywanie dwóch osobnych wypraw z jachtu na statek. Może dałoby się odbyć bezpiecznie jedną podróż, ale nikt, kto spojrzał w niebo, nie mógł z pewnością powiedzieć, że będzie wystarczająco dużo czasu na dwie.

Szalupy obsadzono ochotnikami spośród załogi. Ja znalazłem się w drugiej z nich. Kiedy pierwsza łódź zrównała się z burtą frachtowca, co było zadaniem nie lada trudnym i niebezpiecznym, wszyscy ludzie na pokładzie rzucili się jak jeden mąż w jej kierunku. Gdyby nie to, że oddalono szalupę, nim cały tłum zdołał się na niej stłoczyć, wszyscy przypłaciliby to życiem. Kiedy z kolei nasza łódź zbliżyła się do statku, ustaliliśmy, że czterech spośród nas wejdzie na pokład - dwóch (w tym ja), aby zadbać o bezpieczeństwo córki pana Blancharda, i dwóch, aby odepchnąć tchórzliwą resztę załogi, gdyby ta próbowała przecisnąć się najpierw. Pozostała trójka - sternik i dwóch wioślarzy - została w łodzi, aby nie dopuścić do roztrzaskania jej przez statek. Nie wiem, co zobaczyli inni, kiedy weszli na pokład "La Grace de Dieu". Ja zobaczyłem kobietę, którą straciłem, kobietę, którą nikczemnie mi wykradziono, leżącą w omdleniu na pokładzie. Opuściliśmy ją nieprzytomną do szalupy. Reszta załogi, w liczbie pięciu osób, została zmuszona, aby pójść w jej ślady w sposób uporządkowany, jeden za drugim, minuta po minucie, tak jak na to pozwalały okoliczności. Byłem ostatnim, który zszedł z frachtowca i przy następnym odchyleniu statku w naszą stronę, widząc pusty pokład, na którym od dziobu do rufy nie było żywej duszy, powiedziałem załodze szalupy, że ich zadanie zostało wykonane. Popędzani coraz to głośniejszym wyciem szybko nadciągającego sztormu, powiosłowali w kierunku jachtu ratować swoje życie.

Seria silnych szkwałów zapowiadała nowy sztorm, który nadciągał z południa na północ, i kapitan, wyczekawszy sposobności, ustawił jacht w gotowości na przyjęcie wichru. Nim ostatni z naszych ludzi znaleźli się z powrotem na pokładzie, wiatr uderzył na nas z siłą huraganu. Naszą łódź zalało, ale wszyscy uszli z życiem. Znowu płynęliśmy naprzeciw sztormu, kierując się na południe, wydani na pastwę wiatru. Byłem z resztą załogi na pokładzie, przyglądając się jedynemu strzępowi żagla, jaki odważyliśmy się postawić, gotowi zastąpić go innym, w razie gdyby zerwał go wiatr, kiedy podszedł do mnie mat i, przekrzykując grzmot, wrzasnął mi w ucho: "Odzyskała przytomność i pyta o męża. Gdzie on jest?". Nikt na pokładzie tego nie wiedział. Przeszukano jacht wzdłuż i wszerz, ale go nie znaleziono. Na przekór pogodzie zwołano wszystkich mężczyzn - nie było go wśród nich. Przepytano załogi obu szalup. Załoga pierwszej z nich powiedziała tylko, że odpłynęli od burty wraku, kiedy zaczął się szturm na łódź, i że nie wiedzieli nic o tych, których wpuścili lub nie wpuścili na pokład. Druga z załóg utrzymywała z kolei, że zabrała na jacht każdą żywą istotę, którą pierwsza z szalup zostawiła na pokładzie frachtowca. Nie było mowy o niczyjej winie, ale zarazem nie dało się zaprzeczyć, że jednego człowieka brakowało.

Przez cały dzień sztorm nie słabnął ani na chwilę, nie dając nam szansy na zawrócenie i przeszukanie wraku. Jacht mógł jedynie mknąć przed siebie. Pod wieczór wichura, która tymczasem zniosła nas na południe od Madery, zaczęła wreszcie słabnąć. Wiatr znów zmienił kierunek i pozwolił obrać kurs na wyspę. Wczesnym rankiem następnego dnia wróciliśmy do portu. Pana Blancharda wraz z córką zabrano na ląd. Towarzyszył im kapitan, który uprzedził nas, że po powrocie będzie miał do zakomunikowania coś dotyczącego prawie całej załogi.

Kiedy wrócił, kazał się wszystkim zebrać na pokładzie. Miał polecenie od pana Blancharda, aby natychmiast wracać na frachtowiec i szukać brakującej osoby. Musieliśmy to zrobić ze względu na zaginionego i na jego żonę, której według lekarzy groziło pomieszanie zmysłów. Mogliśmy być niemal pewni, że statek dotąd nie zatonął, ponieważ ładunek drewna mógł go utrzymywać na powierzchni tak długo, jak długo wytrzyma kadłub. Jeśli na pokładzie znajdował się człowiek - żywy lub martwy - należy go odnaleźć i sprowadzić na ląd. Jeśli zaś utrzyma się sprzyjająca pogoda, nie było przeszkód, aby załoga frachtowca z odpowiednią pomocą nie sprowadziła do portu także statku i (przy skwapliwej zgodzie ich dowódcy) nie odebrała swojej części nagrody za uratowanie mienia.

Na to hasło załoga trzy razy zawiwatowała i niezwłocznie przystąpiła do pracy, aby ponownie wyruszyć w morze. Byłem jedynym, który wycofał się z tego przedsięwzięcia. Powiedziałem, że sztorm mnie rozstroił, byłem chory i potrzebowałem odpoczynku. Wszyscy patrzyli mi prosto w twarz, kiedy mijałem ich w drodze na ląd, ale nikt nie odezwał się ani słowem.

Cały dzień przesiedziałem w portowej tawernie, czekając na wieści z wraku. Nadeszły pod wieczór, przyniesione przez jedną z łodzi towarzyszących wyprawie zakończonej, jak się okazuje, sukcesem. "La Grace de Dieu" utrzymał się na powierzchni, a ciało utopionego Ingleby'ego znaleziono w kajucie. Następnego dnia o świcie sprowadzono ciało nieboszczyka i tego samego dnia pochowano go na cmentarzu protestanckim".

- Stop! - odezwał się głos z łóżka, nim lektor zdołał przerzucić stronę i zacząć nowy akapit.

Od chwili, gdy pan Neal po raz ostatni podniósł wzrok znad opowieści, w pokoju i w słuchaczach zaszły pewne zmiany. Łoże śmierci przecinał właśnie promień słońca. W złocistym świetle leżało spokojnie zmożone snem dziecko. Wyraz twarzy ojca wyraźnie się zmienił. Mięśnie dolnej części twarzy, dotąd nieruchome, teraz zmuszone siłą udręczonego umysłu do działania, poruszały się konwulsyjnie. Ciężkie krople potu, zbierające się na jego czole, poderwały lekarza, gotowego cucić mdlejącego. Po drugiej stronie łóżka stało puste krzesło żony chorego. W chwili, w której jej mąż przerwał lekturę, wycofała się za wezgłowie, poza zasięg jego wzroku. Stała tam w ukryciu, oparta o ścianę. Oczy, spragnione dalszego ciągu, utkwiła w rękopisie znajdującym się w rękach pana Neala.

Minęła minuta, nim pan Armadale znowu przerwał ciszę.

- Gdzie ona jest? - zapytał, patrząc gniewnie na puste krzesło żony.

Lekarz wskazał miejsce. Nie miała wyjścia, musiała się ujawnić. Powoli zrobiła kilka kroków i stanęła na wprost męża.

- Obiecałaś, że wyjdziesz, kiedy ci powiem - rzekł. - Wyjdź teraz.

Pan Neal z całej siły usiłował panować nad ręką znaczącą miejsce na kartach rękopisu, ale ta mimowolnie drżała. Podejrzenie, w którym utwierdzał się, czytając, po usłyszeniu tych słów zmieniło się w pewność. List odsłaniał kolejne rewelacje, by teraz stanąć na krawędzi ostatniego odkrycia. Na tej krawędzi umierający postanowił uciszyć głos lektora. To tu leżał sekret, który syn miał poznać po latach, a do którego matka nigdy nie miała się zbliżyć. Najgorętsze błagania żony nie odwiodły go od tego postanowienia ani na cal i teraz potwierdził to własnymi ustami.

Nic nie odrzekła. Stała w miejscu i patrzyła na niego. Jej wzrok wyrażał ostatnie błaganie, może ostatnie pożegnanie. Jego oczy nie odpowiedziały ani jednym spojrzeniem: bezlitośnie zwróciły się w kierunku śpiącego chłopca. Bez słowa odwróciła się od łóżka. Nie patrząc na dziecko, nie mówiąc nic do dwóch nieznajomych wpatrzonych w nią z zapartym tchem, dotrzymała danego słowa i pośród grobowej ciszy wyszła z pokoju.

W sposobie, w jaki wyszła, było coś, co zachwiało spokojem obu świadków. Gdy drzwi się za nią zamknęły, obaj instynktownie wzdrygnęli się przed posuwaniem się dalej w ciemno. Niechęć lekarza dała o sobie znać jako pierwsza. Próbował otrzymać od pacjenta zgodę na wycofanie się przed końcem listu. Ten odmówił.

Pan Neal przemówił jako drugi, a jego wypowiedź była dłuższa i miała poważniejszy cel.

- Pan doktor z racji swego zawodu - zaczął - ja zaś z racji swojego jesteśmy nawykli do powierzania nam tajemnic. Zanim jednak będziemy kontynuować, czuję się w obowiązku zapytać, czy zdaje pan sobie sprawę z nadzwyczajnego położenia, jakie wobec siebie zajmujemy. Właśnie na naszych oczach wykluczył pan panią Armadale z grona swoich powierników. Teraz zaś proponuje pan to miejsce dwóm mężczyznom, którzy są mu zupełnie obcy.

- Tak - powiedział Pan Armadale - właśnie dlatego, że jesteście obcy.

Jakkolwiek zwięzłe były te słowa, wniosek, jaki z nich płynął, nie zdołał zagłuszyć nieufności. Pan Neal dał temu otwarcie wyraz:

- Potrzebuje pan pilnie pomocy mojej i doktora - rzekł. - Czy mam rozumieć (o ile będzie pan miał nasze wsparcie), że wrażenie, jakie mogą na nas wywrzeć ostatnie fragmenty listu, jest panu obojętne?

- Tak. Nie oszczędzam was. Nie oszczędzam siebie. Oszczędzam moją żonę.

- Zmusza mnie pan do bardzo poważnej konkluzji - powiedział pan Neal. - Jeśli mam ukończyć list pod pańskie dyktando, muszę prosić o pozwolenie odczytania reszty tego, czego większość odczytana już została, w obecności tego dżentelmena jako świadka.

- Proszę czytać.

Poważnie wątpiąc, lekarz powrócił na krzesło. Poważnie wątpiąc, pan Neal przewrócił stronę i przeczytał następujące słowa:

"Zanim pozostawię nieboszczyka w spokoju, muszę powiedzieć coś jeszcze. Opisałem okoliczności, w jakich znaleziono jego ciało. Nie opisałem jednak okoliczności, w jakich spotkała go śmierć.

Widziano go na pokładzie, kiedy w zasięgu wzroku pojawiły się szalupy zmierzające w stronę wraku. Potem zniknął z oczu w zamieszaniu wywołanym paniką wśród załogi. W tym czasie głębokość wody w kajucie sięgała pięciu stóp i szybko rosła. Było niemal pewnym, że zszedł do tej wody z własnej woli. Odkrycie szkatułki z klejnotami żony na podłodze w pobliżu zmarłego wyjaśniało jego obecność w kajucie. Wiadomo było, że widział nadchodzącą pomoc, i jest bardzo prawdopodobne, że zszedł pod pokład z zamiarem zabrania szkatułki. Mniej prawdopodobne natomiast - choć nadal możliwe - było to, że śmierć nastąpiła w wyniku jakiegoś wypadku przy nurkowaniu, który chwilowo pozbawił go przytomności. Jednak odkrycie dokonane przez załogę jachtu jednoznacznie nasuwało wniosek, który wszystkich marynarzy bez wyjątku napełnił jednaką zgrozą. Kiedy przeczesując statek, dotarli do kajuty, zastali właz zaryglowany, a drzwi zamknięte od zewnątrz. Czy ktoś zamknął kajutę, nieświadomy, że wewnątrz jest człowiek? Wykluczając możliwość popełnienia błędu przez ogarniętą paniką załogę, nie było powodu, aby zamykać kajutę przed opuszczeniem wraku. Pozostawało jeszcze jedno przypuszczenie. Czyżby czyjaś zbrodnicza ręka celowo zamknęła w środku mężczyznę i pozostawiła go na pewną śmierć w pułapce powoli wypełniającej się wodą?

Tak, czyjaś zbrodnicza ręka zamknęła go i wydała na śmierć przez utopienie. To była moja ręka".

Szkot poderwał się zza stołu, lekarz odsunął się od łóżka. Obaj patrzyli teraz na umierającego nieszczęśnika ogarnięci tym samym wstrętem, przejęci tą samą grozą. Leżał z głową dziecka na piersi, opuszczony przez ludzkie współczucie, wyklęty przez Bożą sprawiedliwość. Leżał osamotniony jak Kain i patrzył na nich.

W chwili, gdy obaj mężczyźni wstali, coś mocno zatrzęsło drzwiami po drugiej stronie i do ich uszu dobiegł głuchy odgłos jakby upadku. Zamilkli. Stojący bliżej drzwi lekarz otworzył je, wyszedł i natychmiast zamknął za sobą. Pan Neal odwrócił się plecami do łóżka i czekał w milczeniu. Odgłos, który nie zdołał obudzić dziecka, nie zdołał również zwrócić uwagi jego ojca. Jego własne słowa zabrały go daleko od wszystkiego, co działo się przy łożu śmierci. Jego bezwładne ciało znów było na pokładzie wraku, a widmo jego martwej dłoni przekręcało klucz w drzwiach kajuty.

W pokoju obok zadzwonił dzwonek, odezwały się ożywione głosy, zabrzmiały pośpieszne kroki. Minęła chwila i lekarz powrócił.

- Czy ona podsłuchiwała? - wyszeptał pan Neal po niemiecku.

- Kobiety pomagają jej dojść do siebie - odszepnął lekarz. - Słyszała wszystko. Na Boga, co my teraz zrobimy?

Nim pan Neal zdążył odpowiedzieć, odezwał się pan Armadale. Powrót lekarza pomógł mu odzyskać kontakt z rzeczywistością.

- Proszę kontynuować - rzekł, jakby nic się nie stało.

- Odmawiam mieszania się w pański haniebny sekret - odparł pan Neal. - Sam pan przyznał, że jest mordercą. Jeśli list ma zostać dokończony, proszę nie prosić mnie o pomoc.

- Obiecał pan - padła odpowiedź, wypowiedziana z tym samym niewzruszonym opanowaniem. - Musi pan pisać w moim imieniu albo złamie pan dane słowo.

Na chwilę pan Neal zaniemówił. Przed nim leżał człowiek - w cieniu śmierci, chroniony od bycia wyklętym przez bliźnich, poza zasięgiem ludzkiego potępienia, wolny od strachu przed prawami tego świata, niepomny na nic poza swoim ostatnim zamiarem dokończenia listu do syna.

Pan Neal odciągnął lekarza na bok.

- Proszę na słówko - powiedział po niemiecku. - Czy obstaje pan przy twierdzeniu, że pacjent może stracić mowę, zanim poślemy do Stuttgartu?

- Niech pan spojrzy na jego usta - rzekł lekarz - i sam oceni.

Ich wygląd mówił sam za siebie: lektura opowieści już odcisnęła na nich swoje piętno. Grymas w kącikach ust, ledwie zauważalny, gdy pan Neal wszedł do pokoju, był teraz wyraźnie widoczny. Chory męczył się coraz bardziej z każdym wypowiadanym słowem. Sytuacja stawała się zdecydowanie beznadziejna. Po chwili wahania pan Neal podjął ostatnią próbę wycofania się.

- Teraz otwarły mi się oczy - powiedział twardo. - Czy ma pan śmiałość wymuszać na mnie dotrzymanie zobowiązania, jakie podjąłem na oślep?

- Nie - odparł pan Armadale. - Może pan złamać dane słowo.

Spojrzenie, jakie towarzyszyło tej odpowiedzi, dotknęło Szkota do żywego. Następne słowa wymówił, siedząc na swoim dawnym miejscu przy stole.

- Nikt jeszcze nigdy nie zarzucił mi, że złamałem słowo - odparł ze złością - i nawet pan nie może teraz tego o mnie powiedzieć. Niech pan uważa! Jeżeli trzyma mnie pan za słowo, ja przypominam panu o moim warunku. Zastrzegłem sobie swobodę działania i ostrzegam, że użyję jej według własnego uznania, gdy tylko zejdę panu z oczu.

- Proszę pamiętać, że on umiera - przypomniał delikatnie lekarz.

- Niech pan zajmie miejsce - rzekł pan Neal, wskazując na puste krzesło. - To, co zostało do przeczytania, przeczytam tylko w pana przytomności. To, co zostało do napisania, napiszę tylko w pana obecności. Pan mnie tu sprowadził. Mam prawo żądać - i żądam - aby został pan do końca w charakterze świadka.

Lekarz zaakceptował swoje położenie bez słowa protestu. Pan Neal powrócił do rękopisu i bez przeszkód odczytał do końca resztę listu:

"Nie wypowiadając ani słowa we własnej obronie, uznałem swoją winę. Podobnie nie wypowiadając ani słowa we własnej obronie, ujawnię szczegóły popełnienia zbrodni.

Gdy ujrzałem jego żonę omdlałą na pokładzie frachtowca, nie myślałem o nim ani chwili. Pomogłem opuścić ją bezpiecznie do łodzi. Wtedy i dopiero wtedy poczułem, że powraca do mnie myśl o nim. W ogólnym zamieszaniu, jakie zapanowało, gdy załoga jachtu próbowała zmusić załogę statku, by cierpliwie czekała na swoją kolej, miałem okazję poszukać go, będąc niezauważonym. Zszedłem z nadburcia, nie wiedząc, czy jest w pierwszej łodzi, czy też znajduje się nadal na statku. Zszedłem i zobaczyłem, jak ociekający wodą zstępuje z pustymi rękami schodami prowadzącymi z kajuty. Spojrzawszy niecierpliwie w stronę łodzi (nie zauważając mnie), zorientował się, że ma jeszcze czas, nim załoga zostanie zabrana. "Ostatni raz!", powiedział do siebie i znowu zniknął, aby po raz kolejny spróbować odzyskać szkatułkę. Diabeł podszepnął mi: "Zamiast zastrzelić go jak mężczyznę utop go jak psa!". Był pod wodą, gdy ryglowałem właz. Jednak zanim zdążyłem zamknąć drzwi kajuty, wynurzył głowę. Spojrzał na mnie, ja zaś spojrzałem na niego i na jego oczach zamknąłem drzwi. W minutę potem byłem już z powrotem pośród ostatnich osób na pokładzie. W minutę potem było już za późno na żal. Sztorm deptał nam po piętach i załoga łodzi co sił w ramionach wiosłowała w stronę jachtu.

Synu! Zza grobu dosięgło cię wyznanie, którego moja miłość mogłaby ci oszczędzić. Czytaj dalej, a dowiesz się dlaczego.

Nie powiem nic o moich cierpieniach, nie będę błagać pamięci o litość. Pisząc te słowa, odczuwam dziwne drżenie serca i dziwne dygotanie dłoni, które ostrzegają mnie, bym nie zwlekał z zakończeniem opowieści. Opuściłem wyspę, nie mając śmiałości spojrzeć po raz ostatni na kobietę, którą w tak żałosny sposób straciłem i którą tak nikczemnie zraniłem. Po moim odjeździe cały ciężar podejrzenia, jakie wzbudziła śmierć Ingleby'ego, spoczął na załodze francuskiego statku. Żadnemu z marynarzy nie można było przypisać motywu popełnienia domniemanego morderstwa, ale że w większości byli znani jako wyrzutki będące na bakier z prawem i zdolne do każdej zbrodni, zostali więc kolejno przesłuchani w charakterze podejrzanych. Dopiero później przez przypadek dowiedziałem się, że posądzono w końcu także i mnie. Sama wdowa rozpoznała moją osobę w mglistym opisie podanym przez kogoś jako nieznajomego, który dołączył do załogi jachtu i zniknął następnego dnia. Od tej pory tylko wdowa wiedziała, dlaczego zamordowano jej męża i kto się tego dopuścił. Zanim jednak dokonała tego odkrycia, wyspę obiegła fałszywa pogłoska o mojej śmierci. Być może to jej zawdzięczałem wyłączenie mnie ze wszelkich czynności prawnych, być może (skoro nikt prócz Ingleby'ego nie widział, jak zamykam drzwi kajuty) nie było wystarczających dowodów, aby wszcząć śledztwo, być może wdowa obawiała się ujawnienia pewnych spraw, które byłoby rezultatem wniesienia oskarżenia przeciwko mnie jedynie na podstawie jej własnych podejrzeń. Jakkolwiek było, zbrodnia, którą popełniłem w ukryciu, pozostała nieukarana od tamtego czasu aż do teraz. Opuściłem Maderę i powróciłem do Indii Zachodnich w przebraniu. Pierwszą wieścią, która dotarła do mnie, kiedy statek zawinął do portu w Barbados, była wieść o śmierci mojej matki. Nie chciałem wracać do dawnych miejsc. Wizja samotnego zamieszkania w domu i udręki bycia dzień i noc nękanym przez moje własne wstydliwe wspomnienia wydawała się ponad moje siły. Nie schodząc na ląd ani nie ujawniając się nikomu na wyspie, pożeglowałem tak daleko, jak tylko okręt mógł mnie zabrać - na Trynidad.

Tam po raz pierwszy ujrzałem twoją matkę. Moim obowiązkiem było powiedzieć jej prawdę, a ja perfidnie zachowałem swój sekret dla siebie. Moim obowiązkiem było oszczędzić jej beznadziejnej ofiary z wolności i szczęścia na rzecz takiej egzystencji jak moja, a ja zrobiłem jej krzywdę, żeniąc się z nią. Jeśli będzie żyła jeszcze, kiedy ty będziesz czytał ten list, miej nad nią litość i nie wyjawiaj jej prawdy. Jedynym zadośćuczynieniem, jakie mogę jej zaofiarować, to pozostawienie jej do końca wolnej od podejrzeń wobec człowieka, którego poślubiła. Oszczędź ją tak, jak ja ją oszczędziłem. Niech ten list pozostanie uświęconą tajemnicą pomiędzy ojcem i synem.

Kiedy się urodziłeś, zdrowie zaczęło mnie opuszczać. Kilka miesięcy później, w pierwszych dniach poprawy, przyniesiono mi cię i powiedziano, że w czasie mojej choroby zostałeś ochrzczony. Twoja matka zrobiła to co inne kochające matki - ochrzciła pierworodnego imieniem ojca. Ty także zostałeś Allanem Armadale'em. Już wtedy, będąc szczęśliwie nieświadomym tego, co później odkryłem, miałem złe przeczucia, patrząc na ciebie i myśląc o tym nieszczęsnym imieniu.

Gdy tylko mogłem się znów poruszać, musiałem wracać do mojej posiadłości na Barbadosie. Choć może ci się to wydawać szalone, przeszło mi przez myśl, czy nie zrezygnować z wszystkiego, co skłoniło mnie oraz mojego syna do przyjęcia nazwiska Armadale pod groźbą utraty prawa do majątku Armadale'ów. Ale już wtedy po całej kolonii krążyła pogłoska o planowanym wyzwoleniu niewolników - wyzwoleniu, które teraz jest już bliskie. Nikt nie potrafił przewidzieć, jak potencjalna zmiana wpłynie na wartość posiadłości w Indiach Zachodnich. Nikt nie potrafił powiedzieć - gdybym nadał ci moje dawne nazwisko odziedziczone po ojcu i nie zostawił ci żadnego zabezpieczenia na przyszłość prócz ojcowizny - jak bardzo mogłoby ci kiedyś brakować rozległych ziem Armadale'ów lub też na jaką nędzę mógłbym nieświadomie narazić ciebie i twoją matkę. Zwróć uwagę, jak piętrzyły się nieszczęścia! Zwróć uwagę, jak wbrew mnie otrzymałeś swoje imię, jak przylgnęło do ciebie twoje nazwisko!

Podczas pobytu w moim dawnym domu wydawało się, że dochodzę do zdrowia, ale było to tylko chwilowe. Znów zaniemogłem i lekarze kazali mi jechać do Europy. Omijając Anglię (możesz się domyślić dlaczego), popłynąłem wraz z tobą i twoją matką do Francji. Z Francji pojechaliśmy do Włoch. Mieszkaliśmy to tu, to tam. Wszystko na nic. Natknąłem się na śmierć i śmierć poszła w ślad za mną. Znosiłem to, miałem bowiem pociechę, na którą nie zasłużyłem. Może teraz wzdrygasz się z odrazą na wspomnienie o mnie. W tamtym czasie byłeś dla mnie otuchą. Jeśli czułem jeszcze w sercu jakieś ciepło, to tylko to, które ty w nie wlewałeś. Moje ostatnie chwile szczęścia na tym świecie były chwilami, które dawał mi mój synek.

Wyjechaliśmy z Włoch, aby udać się następnie do Lozanny - miejsca, z którego teraz do ciebie piszę. Dziś rano poczta przyniosła mi bardziej aktualne i pełniejsze niż dotychczas wieści o wdowie zamordowanego przeze mnie człowieka. List ten leży teraz przede mną, gdy piszę te słowa. Pochodzi od przyjaciela z czasów młodości, który widział ją i z nią rozmawiał, który jako pierwszy poinformował ją, że pogłoska o mojej śmierci na Maderze była nieprawdziwa. Pisze, nie potrafiąc wyjaśnić gwałtownego wzburzenia, jakie okazała na wieść, że żyję, że się ożeniłem i że mam syna. Pyta, czy potrafię je wytłumaczyć. W jego liście pobrzmiewa współczucie do niej jako młodej, pięknej kobiety, która wycofała się z życia do małej rybackiej wioski na wybrzeżu w hrabstwie Devon. Jej ojciec nie żyje, rodzina, nie potrafiąc zaakceptować mezaliansu, który popełniła, odsunęła się od niej. Słowa przyjaciela mogłyby mnie głęboko zranić, gdyby nie ostatni fragment listu, który natychmiast przykuł całą moją uwagę i który zmusił mnie do spisania historii zawartej na tych kartach.

Wiem teraz coś, czego nawet bym nie podejrzewał, gdyby nie list. Wiem, że wdowa po człowieku, którego śmierci jestem winien, urodziła jego pogrobowca. To chłopiec, o rok starszy od mego syna. Przekonana o mojej śmierci, jego matka zrobiła to samo, co matka mojego syna: ochrzciła dziecko imieniem ojca. I znów w drugim pokoleniu, podobnie jak w pierwszym, jest dwóch Allanów Armadale'ów. Wyrządziwszy śmiertelną szkodę ojcom, feralna zbieżność nazwisk przeszła na synów, aby dalej szkodzić.

Niewinne umysły mogą dotąd w mojej historii widzieć jedynie efekt splotu wydarzeń, które nie mogły skończyć się inaczej. Ja, który mam na sumieniu życie tamtego człowieka, ja, który jestem jedną nogą w grobie, podczas gdy moja zbrodnia nie została ukarana, widzę to, czego nie mogą dostrzec niewinne umysły. Widzę przyszłe zagrożenie zrodzone przez przeszłość - zdradę spłodzoną przez jego zdradę i zbrodnię spłodzoną przez moją zbrodnię. Czy obawa, która na wskroś przenika moją duszę, jest jedynie zjawą wznieconą przez przesądność umierającego? Zaglądam do książki, którą czci cały chrześcijański świat, i książka ta mówi, że grzech ojca przejdzie na syna. Rozglądam się po świecie i widzę wokół siebie żywych świadków tej strasznej prawdy. Widzę, jak występki, które splamiły ojca, przechodzą dalej, aby splamić dziecko. Widzę, jak wstyd, który zhańbił imię ojca, przechodzi dalej, aby zhańbić imię dziecka. Patrzę na samego siebie i widzę, jak moja zbrodnia znów dojrzewa, aby wydać owoce w tych samych okolicznościach, w których po raz pierwszy zostały niegdyś zasiane jej nasiona, i w dziedziczonym skażeniu grzechem przechodzi ze mnie na mego syna".

Na tych słowach list się urywał. To tu poraził go udar i wytrącił mu pióro z ręki.

Znał to miejsce, pamiętał te słowa. W chwili, gdy głos lektora umilkł, chory popatrzył niecierpliwie na lekarza.

- Mam już w głowie dalszy ciąg - rzekł, artykułując z coraz większą trudnością. - Niech pan pomoże mi go wypowiedzieć.

Lekarz podał środek pobudzający i dał znak panu Nealowi, aby dał choremu czas. Po krótkiej chwili płomień gasnącego ducha znowu zapłonął w jego oczach. Mężnie walcząc z zawodzącą go mową, wezwał Szkota, aby ten ujął pióro w dłoń, po czym podyktował z pamięci ostatnie zdania opowieści, jedno po drugim, jak następuje:

"Jeśli chcesz, możesz wzgardzić moim przedśmiertnym przeświadczeniem, ale zaklinam cię na wszystko, spełnij moje ostatnie życzenie. Synu! Jedyna nadzieja, jaka ci pozostaje, opiera się na wielkiej niewiadomej - niewiadomej, czy jesteśmy panami swojego losu, czy też nie. Może jest tak, że wolna wola śmiertelnika zwycięża przeznaczenie i że idąc, jak wszyscy, na nieuchronne spotkanie ze śmiercią, idziemy na nieuchronne spotkanie z nicością, która następuje po śmierci. Jeśli tak jest, weź sobie do serca, choćbyś na nic innego nie zważał, przestrogę, jaką kieruję do ciebie zza grobu. Nigdy w życiu nie pozwól, aby zbliżył się do ciebie ktoś, kto ma pośredni lub bezpośredni związek ze zbrodnią popełnioną przez twego ojca. Unikaj wdowy po człowieku, którego zabiłem - jeśli ta nadal żyje. Unikaj pokojówki, której nikczemna ręka utorowała drogę do małżeństwa - jeśli nadal jej służy. Ponad wszystko unikaj człowieka, który nosi to samo nazwisko co ty. Znieważ swego największego dobrodzieja, jeśli za jego sprawą zbliżyliście się jeden do drugiego. Porzuć kobietę, która cię kocha, jeśli kobieta ta stanowi ogniwo łączące cię z nim. Ukrywaj się przed nim pod przybranym nazwiskiem. Spraw, by rozdzieliły was góry i morza. Lepiej abyś był niewdzięczny, nieprzejednany, przyjął wszystkie cechy, które twojej szlachetnej naturze wydają się najbardziej odpychające, niż abyś mieszkał z nim pod jednym dachem lub oddychał tym samym powietrzem co on. Nigdy nie pozwól na spotkanie w tym świecie Allana Armadale'a z Allanem Armadale'em, nigdy, przenigdy!

Tylko tędy wiedzie droga ucieczki, jeśli w ogóle jakaś istnieje. Obierz ją raz na zawsze, o ile są ci miłe twoja niewinność i szczęście!

Skończyłem. Gdybym miał pewność, że istnieje jakiś łagodniejszy sposób niż niniejsze wyznanie, by przekonać cię do mojej racji, oszczędziłbym ci odkrycia tajemnicy, którą skrywają te karty. Leżysz teraz na mojej piersi, śpiąc niewinnym snem dziecka, podczas gdy ręka nieznajomego kreśli do ciebie słowa, które padają z moich ust. Pomyśl, jak silne musi być moje przekonanie, skoro będąc na łożu śmierci, zebrałem się na odwagę, by na całe twoje młode życie rzucić cień ojcowskiej zbrodni. Pomyśl o tym i strzeż się. Pomyśl i wybacz mi, jeśli potrafisz".

Tutaj nastąpił koniec. Były to ostatnie słowa ojca do syna.

Niezłomnie wierny narzuconemu sobie obowiązkowi pan Neal odłożył pióro i przeczytał na głos wersy, które przed chwilą napisał.

- Czy chciałby pan coś dodać? - zapytał swoim bezlitośnie opanowanym głosem.

Nie było nic do dodania.

Pan Neal złożył rękopis, wsunął go w zgiętą kartkę papieru i opieczętował pieczęcią pana Armadale'a.

- Adres? - zapytał, zachowując bezlitośnie oficjalny ton.

"Do Allana Armadale'a juniora" - pisał słowa dyktowane mu z łóżka - "u Sz. P. Godfreya Hammicka, z biura panów Hammicka i Ridge'a, Lincoln's Inn Fields, Londyn". Napisawszy adres, zawahał się i przez chwilę się namyślał.

- Czy pański wykonawca ma to otworzyć? - spytał.

- Nie! Ma to oddać mojemu synowi, gdy ten będzie dość duży, aby to zrozumieć.

- W takim razie - ciągnął pan Neal, którego umysł niestrudzenie pracował - dodam do adresu notkę z dzisiejszą datą, w której przytoczę pana własne słowa w formie, w jakiej właśnie je pan wypowiedział, oraz wyjaśnię, dlaczego na dokumencie pojawia się mój charakter pisma.

Napisał notatkę możliwe zwięźle i prosto, odczytał ją na głos, podobnie jak wcześniej czytał list, opatrzył ją na końcu swoim nazwiskiem i adresem i podał z kolei do podpisu lekarzowi jako świadkowi całego wydarzenia i na dowód stanu zdrowia, w jakim znajdował się wtedy pan Armadale. Uczyniwszy to, zamknął list w drugiej kopercie, opieczętował jak poprzednio i zaadresował do pana Hammicka z dopiskiem "poufne".

- Czy nadal chce pan, abym to wysłał? - spytał, wstając z listem w dłoni.

- Proszę dać mu czas do namysłu - rzekł lekarz. - Dla dobra dziecka, proszę dać mu czas do namysłu! Minuta może sprawić, że zmieni zdanie.

- Dam mu pięć minut - odparł pan Neal, nieugięty do końca, kładąc zegarek na stole.

Czekali, obserwując uważnie pana Armadale'a. Oznaki przemiany, które ujawniły się w nim już wcześniej, teraz mnożyły się szybko. Ruch, jaki długotrwałe podniecenie umysłowe przekazało mięśniom twarzy, teraz zaczął obejmować dół ciała. Dłonie, wcześniej bezwładne, przestały leżeć nieruchomo na pościeli, ale rozpoczęły żałosne zmagania. Na widok tego znaku ostrzegawczego lekarz odwrócił się z niepokojem i skinął na pana Neala, by podszedł bliżej.

- Proszę zapytać natychmiast - rzekł. - Jeśli będzie pan zwlekał choćby pięć minut, może być za późno.

Pan Neal zbliżył się do łóżka. On również dostrzegł ruch dłoni.

- Czy to zły znak? - spytał.

Lekarz z powagą spuścił głowę.

- Proszę zapytać natychmiast - powtórzył - bo będzie za późno.

Pan Neal podsunął list umierającemu.

- Czy wie pan, co to jest?

- Mój list.

- Czy nadal chce pan, bym go wysłał?

Chory ostatnim wysiłkiem woli zebrał siły, aby przemówić:

- Tak!

Pan Neal postąpił w stronę drzwi z listem w dłoni. Niemiec poszedł za nim kilka kroków, otworzył usta, aby prosić o dłuższą zwłokę, spotkał nieugięty wzrok Szkota i ustąpił w milczeniu. Kiedy drzwi zamykały się, rozdzielając ich, z żadnej strony nie padło już ani jedno słowo.

Lekarz wrócił do łóżka i szepnął do słabnącego pacjenta:

- Proszę pozwolić mi go zawołać. Jeszcze nie jest za późno, aby go zatrzymać!

Daremnie. Nie padła żadna odpowiedź. Nic nie wskazywało na to, że chory w ogóle słyszy. Jego wzrok oderwał się od dziecka, spoczął na chwilę na szamoczącej się dłoni i z błagalnym wyrazem zatrzymał na pełnej współczucia pochylonej nad nim twarzy. Lekarz podniósł jego dłoń, zatrzymał się, podążył za tęsknym spojrzeniem ojca w kierunku dziecka i, odgadując ostatnie życzenie chorego, delikatnie przesunął dłoń w kierunku głowy chłopca. Dłoń dotknęła jej i gwałtownie zadrżała. W ułamku sekundy drżenie opanowało ramię, a potem przeniosło się na całą górną część ciała. Twarz z bladej zmieniła się w czerwoną, z czerwonej w fioletową, z fioletowej znowu w bladą. Następnie niespokojne dłonie znieruchomiały, a zmiany koloru ustały.

Gdy doktor z dzieckiem w ramionach odstąpił od łoża śmierci i wszedł do pokoju obok, zobaczył otwarte okno. Wyjrzał przez nie, przechodząc i dostrzegł w dole pana Neala, jak ten powoli wraca do gospody.

- Gdzie jest list? - zapytał.

Cała odpowiedź Szkota zamknęła się w dwóch słowach.

- Na poczcie.

KONIEC PROLOGU