Arkadia - Maja Winkler
28.27 zł
23.46 zł
(24,55 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Ostre słońce wiszące nisko nad horyzontem oślepiało Blankę, która prowadząc auto ledwo widziała pieszych i rowerzystów. Sięgnęła po okulary przeciwsłoneczne.
- Tak lepiej - mruknęła do siebie nakładając ciemne okulary na nos.
W końcu dojechała do domu. Było już dość późno. To był męczący dzień. Szef w pracy miał zły humor i wszystkim się oberwało bez powodu. Biuro projektowe, w który pracowała Blanka działało na pełnych obrotach, mnóstwo zamówień, mało rąk do pracy i pełna nerwówka. Nacisnęła guzik pilota, aby otworzyć bramę wjazdową. Jeszcze tylko sprawdzi skrzynkę pocztową i w końcu będzie można odpocząć po ciężkim dniu.
Blanka pobieżnie przejrzała korespondencję w drodze do drzwi wejściowych. Nic ciekawego, tona ulotek i rachunków.
Usiadła wygodnie w fotelu. Przejrzała jeszcze raz korespondencję, aby oddzielić niepotrzebne śmieci od rachunków, których niestety nie można beztrosko wyrzucić. Zwróciła uwagę na tęczową kopertę i nadrukiem biura podróży, o jakże wdzięcznej nazwie, Tęcza.
- Ładna koperta, ale nie dla mnie. Niestety nie mam czasu na wczasy. Jeszcze nie teraz. Szef gdyby usłyszał o urlopie pewnie dostałby zawału - pomyślała.
Odłożyła kolorową kopertę na stos ulotek przeznaczonych do kosza. Poszła spać. Była naprawdę zmęczona.
Rano budzik smartfona wyrwał ją ze snu.
- I tak w koło Macieju - mruknęła do siebie - praca, dom, praca dom i tak w kółko. Kiedy w końcu zacznę żyć? - Użalała się nad swoim losem singielki - pracoholiczki.
Blanka była przemęczona. Zero rozrywek, tylko ciężka praca. Po pracy nie miała nawet siły, aby wyjść od czasu do czasu ze znajomymi do klubu czy kawiarni. Weekendy spędzała w łóżku ładując akumulatory na kolejny tydzień w pracy. Nie mogła sobie pozwolić na nieprzespane noce, bo w pracy musiała być skupiona i dawać z siebie wszystko. Dzięki ciężkiej pracy mogła sobie pozwolić na swój własny dom, dobry samochód, świetne ciuchy. Jedyne, czego nie zapewniała jej praca, to mężczyzna u boku i wolny czas. Nie miała czasu na randki i takie tam głupoty.
- Mam jeszcze czas - pocieszała się w myślach - dopiero stuknęły mi lata Chrystusowe, jeszcze zdążę.
Kolejny wymagający dzień w pracy właśnie mijał nieubłaganie, a tu jeszcze pozostało do załatwienia kilka pilnych spraw. Ze skupienia nad kolejnym projektem aranżacji wnętrz dla pewnego nowobogackiego biznesmana wyrwał ją dźwięk telefonu.
- Blanka Krzemieniecka. Słucham - powiedziała automatycznie do słuchawki.
- Dzień dobry. Z tej strony Sebastian Zieliński. Biuro podróży Tęcza - przedstawił się mężczyzna.
- Dzień dobry - odpowiedziała Blanka nieco zdziwiona.
- Dzwonie do pani w sprawie wczasów...
- Dziękuję, nie jestem zainteresowana państwa ofertą. Do widzenia - przerwała dość niegrzecznie.
Irytowały ją te natrętne telefony z różnego rodzaju ofertami. - Muszę zablokować ten numer - obiecała sobie w myślach.
- Chwileczkę, proszę pani, to nie jest oferta. Dzwonię w innej sprawie - powiedział szybko mężczyzna.
- Ach tak. Więc, o co chodzi?
- Dzwonię ustalić z panią termin wyjazdu na wczasy do ośrodka "Paradisus".
- To jakaś pomyłka. Nie rezerwowałam wczasów i nie wybieram się do żadnego ośrodka Para... coś tam.
- Wiem, że pani nie rezerwowała, ale chodzi o to, że wygrała pani główną nagrodę w postaci wczasów w ośrodku "Paradisus" na pewnej uroczej, rajskiej wyspie.
- To nadal pomyłka. Nie brałam udziału w żadnym konkursie.
- Brała pani. Mam tu przed sobą wypełnione przez panią zgłoszenie z marca tego roku.
- Nie przypominam sobie.
- Zgłoszenie jest z 15 marca wypełnione w Warszawie.
- Wtedy byłam na szkoleniu w Warszawie, ale... - Blanka szukała w pamięci czegoś na temat tego tajemniczego zgłoszenia. Faktycznie pamiętała, że na tym szkoleniu łaził za nią jakiś facet i wcisnął jej coś do podpisania. Nawet pomógł jej coś tam wypełnić, a ona tylko to podpisała na odczepnego.
- No właśnie, firma Vindicta, do której wypełniła pani to zgłoszenie ufundowała nagrodę w postaci dwutygodniowych wczasów w ośrodku "Paradisus". Pani została wylosowana jako zwyciężczyni, a moje biuro podróży, na zlecenie tej właśnie firmy, organizuje te wczasy. Wysłaliśmy pani pocztą zaproszenie wraz z wszystkimi niezbędnymi informacjami.
Blanka skojarzyła tęczową kopertę, którą wczoraj wyciągnęła ze skrzynki pocztowej.
- Ok, rozumiem, ale co w związku tym?
- Wczasy rozpoczynają się z pięć tygodni. Wszystkie informacje ma pani w korespondencji, którą do pani wysłałem.
- Nie wiem czy w tym terminie będę mogła...
- Niestety termin jest nie do przesunięcia. Osób, które wygrały jest więcej. Ośrodek jest zarezerwowany tylko dla waszej grupy. Zachęcam panią do skorzystania. To naprawdę luksusowy ośrodek. Nie będzie pani żałowała.
- Nie jestem pewna czy w tej chwili mogę potwierdzić swój udział. Zastanowię się i oddzwonię do pana.
- Liczę, że skorzysta pani z tej wygranej. To naprawdę świetna okazja. Ośrodek jest rewelacyjny. Wypocznie pani jak nigdy - przekonywał mężczyzna.
- Zastanowię się - powiedziała Blanka.
Oczami wyobraźni już widziała siebie dryfującą na dmuchanym materacu po luksusowym basenie z drinkiem w ręce - oj, przydałby się wypoczynek... zamarzyła w myślach.
- Czy mogę przyjechać z przyjaciółką? Oczywiście za dodatkową opłatą.
- Niestety, organizator postawił warunek, że wczasy są tylko dla wybranych osób i nikt, kto nie jest zaproszony przez organizatora, nie może brać w nich udziału.
- Szkoda... Nie wiem czy chcę spędzać czas sama...
- Zapewniam panią, że wspólnie z organizatorem zadbamy o to, aby czas, jaki spędzą państwo w ośrodku "Paradisus" był wypełniony niezapomnianymi atrakcjami. Na pewno nie będą się państwo nudzić.
- Dobrze. Dziękuję panu za informację. Skontaktuję się z panem, kiedy podejmę decyzję.
- Czekam na telefon i naprawdę zachęcam do skorzystania. Nieczęsto przecież trafia się taka atrakcyjna wygrana, a poza tym to świetna okazja, aby wypocząć, naładować akumulatory na kolejny rok.
Blanka od dłuższego czasu zastanawiała się nad propozycją. Musiała przyznać przed samą sobą, że była ona wyjątkowo atrakcyjna i kusząca. Ekskluzywne wakacje za darmo?
- Nie ma na co czekać - postanowiła w myślach - zasłużyłam na to, jak nikt inny. W końcu firma się nie zawali, jak raz na kilka lat wezmę dłuższy urlop - mruknęła do siebie podpisując wniosek o urlop.
Bartek zatrzymał się zdyszany. Pochylił się opierając ręce na kolanach. Oddychał ciężko. Jego partner Przemek właśnie zakuwał w kajdanki drobnego złodziejaszka, którego gonili przez kilka ulic.
- Co z ciebie za policjant, że dyszysz jak lokomotywa po kilkuset metrach - zaśmiał się Przemek.
- Ostatnio mam wiele spraw na głowie. Nie mam czasu na siłownię. Kuj go i wracamy - warknął Bartek zły, że się nie popisał.
Od kilku miesięcy faktycznie jego forma nieco osłabła. Odkąd zerwał z Dominiką nic mu się nie chciało. Nie żeby ją jakoś kochał na zabój, ale jej zdrada mocno uraziła jego męską dumę. Zaniedbywał siłownię, bo od jakiegoś czasu podejrzewał, że Dominika nie jest wobec niego zupełnie szczera. Postanowił sprawdzić to osobiście, śledząc ją kiedy tylko miał wolną chwilę. Nie wrócił na siłownię nawet po tym jak definitywnie zerwał z Dominiką. Uznał bowiem, że nie ma dla kogo się starać.
Obaj policjanci zaprowadzili podejrzanego do radiowozu.
- Przepraszam, pan Bartosz Bielski? - Usłyszeli za sobą nieznajomy głos.
Bartek odwrócił się gwałtownie spoglądając groźnie na młodego mężczyznę ubranego w nienagannie skrojony garnitur, dzierżącego mocno czarną, skórzaną teczkę. Mężczyzna wyglądał jak prymus przed maturą, duże okulary na okrągłej twarzy i ulizana, przydługa fryzura.
- A pan to kto? - Bartek spytał groźnie mężczyznę.
- Dzień dobry - mężczyzna podszedł do Bartka wyciągając do niego rękę na powitanie, którą ten ostentacyjnie zignorował.
- Nazywam się Sebastian Zieliński. Jestem przedstawicielem biura podróży, które na zlecenie firmy Vindicta, organizuje wczasy dla osób, które wygrały główną nagrodę w konkursie.
- I co ja mam z tym wspólnego? - Warknął Bartek.
- Jestem tu, bo brał pan udział w tej loterii i wygrał pan ekskluzywne wakacje ufundowane przez firmę Vindicta.
- Nie, nie brałem udziału w żadnej loterii. Z kimś mnie pan pomylił. Proszę stąd odejść.
- Ale przepraszam...
- Proszę stąd odejść! Nie słyszał pan co kolega powiedział! - Przemek postanowił pomóc przyjacielowi i przegonić intruza, sądząc, że to jakiś natręt próbujący naciągnąć Bartka na wątpliwej jakości usługi - widma.
Mężczyzna wyciągnął w stronę Bartka rękę uzbrojoną kartkę papieru - tu jest zgłoszenie, które pan wypełnił, i dzięki któremu wygrał pan główną nagrodę - powiedział szybko upierdliwy intruz.
- Ja nie wypełniałem żadnego zgłoszenia - upierał się Bartek - jednocześnie przyglądając się kartce papieru, którą podał mu mężczyzna.
U dołu ankiety widniał zdecydowanie jego podpis. Zdziwił się, bo nie pamiętał zupełnie, aby podpisywał coś takiego. Sebastian Zieliński widząc jego zdezorientowaną minę pospieszył z wyjaśnieniem.
- Firma, dla której organizujemy ten wyjazd, często organizuje różnego rodzaju eventy i podczas tych wydarzeń klienci również wypełniają takie zgłoszenia.
Bartkowi coś zaświtało w głowie. Jak przez mgłę pamiętał, że będąc w galerii handlowej z Dominiką, kiedy jeszcze byli razem, trafili na jakiś event. Pamiętał jak Dominika upierała się, aby wziąć udział w loterii i rzeczywiście coś tam podpisał.
- Dobra, może i coś tam pamiętam - mruknął - ale o co panu konkretnie chodzi?
- Tu ma pan zaproszenie na wczasy, które pan wygrał. Są tu wszystkie szczegóły - mężczyzna podał Bartkowi tęczową kopertę - skontaktuję się z panem za kilka dni w sprawie szczegółów. Do widzenia - powiedział szybko mężczyzna zostawiając za sobą zdezorientowanego Bartka.
- Zaraz! - Bartek krzyknął za pośpiesznie oddalającym się młodym człowiekiem - co to za firma?
- Vindicta - odrzekł mężczyzna.
- Ale czym się zajmuje?
- Między innymi doradztwem finansowym, promocją przedsiębiorczości oraz handlem międzynarodowym.
Bartek z Przemkiem, po służbie, wstąpili do małego rodzinnego baru na szybki obiad. Bartek, jak samotny mężczyzna nie rwał się do codziennego gotowania, a Przemek korzystał z chwilowego statusu "słomianego wdowca", ponieważ jego żona wyjechała na kilka dni do rodziców.
- Co ty myślisz o tym? - Spytał Bartek oglądając wściekle kolorową kopertę.
- Ja bym się cieszył gdybym wygrał takie wczasy. Nawet trochę ci zazdroszczę.
- Ja jakoś nie mogę uwierzyć w to, że ktoś ot tak funduje mi wczasy.
- Przecież ten gość mówił, że to był konkurs. To, że akurat trafiło na ciebie to przypadek. Twoje szczęście. Sprawdziłem tą firmę Vindicta i biuro podróży Tęcza. Co prawda pobieżnie, bo nie miałem zbyt dużo czasu, ale te firmy rzeczywiście istnieją. Nie rozumiem nad czym się zastanawiasz? Pakuj torbę i jedź odpocząć. Ostatnio nie miałeś łatwego życia, więc trochę relaksu dobrze ci zrobi.
- Może masz rację... - mruknął utkwiwszy wzrok gdzieś w oddali.
W zakrystii panował półmrok. Ksiądz Witold Kostera właśnie skończył mszę. Przebierał się machinalnie w głębokim zamyśleniu. Spojrzał na leżącą tu przed nim prośbę o przeniesienie do stanu świeckiego skierowaną do Kongregacji Nauki Wiary za pośrednictwem biskupa diecezjalnego. Wziął do ręki pióro, które dostał na rocznicę święceń kapłańskich od swoich wiernych. Stał chwilę rozmyślając nad kartką papieru zapisaną równym, czytelnym pismem. Na jego twarzy malowało się niezdecydowanie. Odłożył pióro. Spojrzał na kolorową kopertę leżącą na starej zabytkowej kredencji. Sam nie wiedział co ma o tym myśleć. Kopertę przyniosła mu Maria Leska. Twierdziła, że oboje z mężem wygrali wczasy dla trzech osób. Miał to być wypoczynek połączony z pielgrzymowaniem po najpiękniejszych kościołach. Leska zaproponowała mu jedno miejsce. Ona i jej mąż postanowili przyjąć tą propozycję. Potrzebowali oderwać się od wszystkich nieszczęść, które ich spotkały w ostatnich latach. Ich jedyny syn, Eryk, dwa lata temu popełnił samobójstwo. Od tego czasu nie umieli się podnieść. Eryk był uroczym chłopcem, zawsze taki cichy i grzeczny, głęboko wierzący, co niedziela służył do mszy. Byli z niego tacy dumni, a najbardziej z tego, że ich jedyny syn był ulubieńcem księdza Witolda, osoby będącej niedoścignionym wzorem dla innych. Ksiądz - podobnie jak innym dzieciom - poświęcał Erykowi wiele czasu. Organizował dla dzieci wyjazdy, wycieczki, zajęcia plastyczne, sportowe, odrabiał z nimi lekcje, nawet uczył ich łaciny, co miało im pomóc w przyszłości w dalszej edukacji medycznej lub prawniczej. Okoliczni mieszkańcy byli wdzięczni księdzu, za to, że robił wszystko, aby dzieci z małej wsi nie czuły się gorsze, aby miały zapewnioną opiekę, kiedy ich rodzice pracowali i nie mieli czasu zajmować się swoimi pociechami.
Dla Marii Leskiej ksiądz Witold był aniołem. Ufała mu bezgranicznie. Marzyła, że jej syn kiedyś też zostanie księdzem, dokładnie takim samym jak ksiądz Witold. Od dziecka przygotowywała Eryka do tej roli. Nie rozumiała dlaczego jej syn od pewnego czasu zaczął się buntować i coraz częściej mówił, że nie chce być księdzem. Chciał być artystą. Aktorem. Marii nie mieściło się to w głowie. Odkąd poszedł do średniej szkoły do większego miasta i nie spotykał się tak często z księdzem Witoldem, zaczął miewać takie głupie pomysły. Chodził do teatru, do kina, na wystawy. Bywało, że na niedzielę nie przyjeżdżał do domu z internatu bo wolał iść do teatru zamiast do kościoła. Marię niepokoiło zachowanie Eryka. Nawet kiedyś się o to pokłócili. Przybrany ojciec Eryka i mąż Marii, Tadeusz również miał nadzieję, że ich jedyny syn zostanie księdzem. Tylko Eryk przestał o tym marzyć. Kiedy nadszedł czas wyboru dalszej drogi po maturze, wydawało się, że rodzice przekonali syna do pójścia drogą księdza Witolda. Pojechał złożyć dokumenty do seminarium. Rodzice byli z niego niezwykle dumni. Jakież było ich zdziwienie i rozczarowanie, kiedy dowiedzieli się po kilku miesiącach, że Eryk owszem poszedł na studia, ale aktorskie. Ukrywał to przed nimi. Wielogodzinne rozmowy, perswazja, odcięcie od pieniędzy rodziców nic nie dało. Żadne argumenty nie przekonały chłopaka do powrotu na łono rodziny i kościoła. Eryk zamieszkał z jakimś starszym kolegą. Utrzymywał się z dorywczej pracy i studiował aktorstwo. Lescy mieli nadzieję, że zerwanie kontaktu z synem przywróci mu rozum. Nie odzywali się więc do niego i czekali, aż on się zreflektuje. Maria była przekonana, że Eryk w końcu się odezwie i powie, że rodzice mieli rację, że rzuca studia aktorskie i że idzie do seminarium. Czekali tak, aż któregoś dnia otrzymali tą straszną wiadomość, że Eryk nie żyje. Jakiś policjant twierdził, że popełnił jeden z najstraszniejszych grzechów: samobójstwo. Maria była pewna, że to wina tych jego marzeń o byciu artystą. Znienawidziła wszystkich aktorów. Ten ich rozwiązły tryb życia był taki odrażający. Nie to co życie konsekrowane, takie czyste i dobre. Maria Leska uważała, że cała wina za śmierć jej syna spoczywa na tym zepsutym i zdegenerowanym środowisku, pożal się Boże, artystów. Uważała, że oni wszyscy powinni się smażyć w piekle za zepsute życie przepełnione grzechem i bezbożnymi pragnieniami.
Ksiądz Witold Kostera w zamyśleniu obracał w rękach tęczową kopertę od Marii Leskiej. Z jednej strony miło byłoby odpocząć w luksusowym kurorcie, a drugiej miał jakieś złe przeczucia. Solidny odpoczynek i możliwość oderwania się od trosk i dylematów, które od dawna już zaprzątały mu głowę były tym czego potrzebował. Był jednak pełen obaw i niechęci do spędzania urlopu z rodzicami Eryka. Lescy byli ostatnimi osobami, z którymi chciałby spędzać wolny czas. Po pierwsze w obecności parafian nie mógłby się dostatecznie wyluzować i odpocząć, a już na pewno nie w obecności tak zdewociałych ludzi jak Lescy. Czuł się w ich obecności nieswojo, zwłaszcza teraz kiedy rozważał odejście ze stanu duchownego. Lescy na pewno by tego nie zrozumieli. Zawsze byli radykalni w swoich poglądach, zwłaszcza Maria. Była to kobieta trudna, i nieustępliwa. Po śmierci syna jej zachowanie stało się nie do zniesienia. Wcześniej, owszem była bardzo wierząca, ale jej zachowanie można było nazwać w miarę normalnym. Teraz, stała się wręcz fanatyczna. Ksiądz Witold podejrzewał nawet, że kobieta po prostu oszalała z rozpaczy po śmierci syna. Nawet próbował ją kiedyś przekonać, aby udała się do psychologa, ale ona zdecydowanie odrzuciła tą sugestię.
Witold wybrał numer Leskiej, aby podziękować jej za propozycję wspólnego urlopu.
- Szczęść Boże Pani Mario - powiedział miłym, spokojnym głosem, drożącą ręką poprawiając okulary w złotych, cienkich oprawkach.
- Szczęść Boże proszę księdza - odpowiedziała Maria tonem, w którym czuć było niezdrowe podniecenie.
- Pani Mario dzwonię, bo chciałbym podziękować za pani, jakże hojną, propozycję wzięcia udziału w darmowych wczasach, ale ja niestety nie mogę przyjąć takiego daru. To zbyt drogi prezent. Nie mógłbym...
- Ależ proszę księdza - przerwała mu Maria - może ksiądz przyjąć ten dar bez żadnych skrupułów. My nie zapłaciliśmy za te wczasy, otrzymaliśmy je w prezencie.
- Tak wiem pani Mario, ale mimo to...
- Proszę księdza, musi ksiądz to zrobić, dla Eryka...
Te słowa spowodowały, że Witolda przeszedł nieprzyjemny dreszcz.
- Pani Mario, wie pani, że Eryk był dla mnie bardzo bliski, ale...
- Nie, nie, ksiądz nie rozumie! - Kobieta trajkotała do słuchawki podekscytowana - zadzwonił do nas przedstawiciel jakiejś firmy... Nie pamiętam jak ona się nazywa, ale jakoś... no, nic nie przypomnę sobie... Ten człowiek powiedział, że znał Eryka. Eryk podobno się z nim przyjaźnił. Ten młody człowiek powiedział, że Eryk żałował swojego wyboru, że chciał zrezygnować z tych bezbożnych studiów i wrócić do seminarium. Pan Sebastian, tak miał na imię. Piękne imię, prawda? Od świętego Sebastiana męczennika. I wie ksiądz co? On nawet trochę przypomina mi Eryka, to znaczy jego głos był taki... - Kobieta pociągnęła kilka razy nosem. Witold usłyszał w słuchawce jak kobieta płacze.
- Pani Mario, ja również nie mogę odżałować...
- I ten pan Sebastian - przerwała mu podekscytowana kobieta nie zwracając na obiekcje swojego rozmówcy - powiedział mi, że Eryk zwierzył mu się, że chciał nas przeprosić za swoje zachowanie. Mnie, Tadzia i właśnie księdza. Mówił, że szczególnie zależało mu na przeproszeniu księdza. Liczył, że ksiądz będzie jego przewodnikiem duchowym, kiedy już wróci do seminarium. Eryk planował na przeprosiny wykupić nam wszystkim takie właśnie wczasy - mówiła rozgorączkowanym głosem Maria - i zbierał pieniądze i marzył, że we czwórkę wyjedziemy razem i wszystko sobie wyjaśnimy, pogodzimy się... Ale nie zdążył...
- Pani Mario, skąd pani to wszystko wie? - Spytał zszokowany ksiądz Witold.
- No mówię przecież. Od tego Sebastiana. Mówił, że Erykowi bardzo zależało na naprawieniu wszystkiego. Nawet ponownie chciał złożyć dokumenty do seminarium. Nie otrzymał jednak od miejscowego proboszcza pozytywnej opinii. Wie ksiądz przecież, że to było niezbędne do wstąpienia do seminarium...
- Tak, wiem, ale...
- ... I postanowił wszystko naprawić. Wrócić do domu przeprosić nas i poprosić właśnie księdza o taką opinię.
- To dlaczego tego nie zrobił? - Zaciekawił się ksiądz.
- Podobno się załamał, bo spotkał się z księdzem i zachował się wobec księdza bardzo nieładnie księdza... I bał się, że ksiądz mu nie wybaczy...
- Ależ pani Mario! To jakaś bzdura! Nie spotykałem się z Erykiem odką wyjechał! - Skłamał Witold.
- No, nie wiem... Może coś źle zrozumiałam... W każdym razie stało się coś, co spowodowało, że nie mógł wrócić do seminarium i z rozpaczy postanowił zrobić tą straszną rzecz - chlipała do słuchawki kobieta.
- Pani Mario, bardzo mi przykro, że...
- Ale zanim to zrobił, powiedział temu Sebastianowi, że stracił całą nadzieję, nie może żyć bez rodziny i kościoła. I ten Sebastian postanowił spełnić ostatnie marzenie Eryka... - Maria mówiła coraz szybciej i coraz bardziej podekscytowanym tonem.
- To bardzo ładnie ze strony tego młodego człowieka, ale...
- Proszę księdza, nie rozumie ksiądz? To jest jak testament. To jest znak od mojego syna. Stamtąd. On zrozumiał swój błąd, ale nie zdążył go naprawić. My musimy to zrobić za niego! Aby jego dusza zaznał spokoju! Nie może ksiądz odmówić! To jest jak wypełnienie ostatniej woli zmarłego! Musi ksiądz z nami pojechać. Dla Eryka! Nie może ksiądz odmówić!
- Pani Mario - oponował Witold - Ja rozumiem, ale jestem księdzem, to nie uchodzi, tak na wczasy z innymi ludźmi... Będą może krzywo na mnie patrzeć, że ksiądz na takich ekskluzywnych wczasach - próbował się wykręcić - Pomodlę się za niego, za jego duszę...
- Proszę się nie martwić, my z Tadziem nikomu nie powiemy, że ksiądz jest księdzem - paplała podekscytowana - będzie tam ksiądz incognito. Nie może ksiądz odmówić! Będziemy udawać znajomych!
- Pani Mario, to nie uchodzi...
- Pojedziemy razem! To będzie jak pokuta, jak zadośćuczynienie za ten straszny grzech Eryka! Dzięki temu przebłagamy Boga, aby mu wybaczył! Bez księdza to się nie uda! - Trajkotała Maria, coraz bardziej rozgorączkowana.
- Nooo, dobrze... - zgodził się Witold bez przekonania, zły na siebie, że nie potrafił odmówić.
- To wspaniale, proszę księdza, to wspaniale! Pojedziemy razem! - Szczebiotała coraz bardziej rozemocjonowana kobieta.
- Tak, tak pani Mario, na pewno, na pewno...
Witold pożegnał się z kobietą. Był na siebie wściekły, że nie potrafił się wymówić od udziału w tym chorym pomyśle, zwłaszcza, że jego zamiary wakacyjne obejmowały całkiem inne plany i towarzystwo.
- Jakoś to przecierpię - pomyślał zrezygnowany - To faktycznie będzie niezła pokuta - pocieszał się w myślach. Spojrzał na inny dokument leżący tuż obok tęczowej koperty. Wziął do ręki pamiątkowe pióro. Westchnął głęboko, zamknął na chwilę oczy i złożył swój podpis.
- Może te wczasy to będzie dobre zakończenie - pomyślał smutno.
Blanka długo nie mogła zasnąć po tym co usłyszała przy kolacji. Szkoda jej było chłopaka, który w tak okrutny sposób popełnił samobójstwo. Współczuła także jego rodzicom. Nie dało się ukryć, że jego matka nie zachowywała się ani normalnie, ani spokojnie. Była podenerwowana i rozdygotana. Z tego co udało się zauważyć Blance z wieży widokowej kobieta chyba piła. Możliwe, że z rozpaczy po stracie syna. Jej mąż natomiast wyglądał na pantoflarza, który we wszystkim ustępował żonie.
Blanka przewracała się z boku na bok. Nie mogła zasnąć od wielu godzin. Postanowiła zaczerpnąć świeżego powietrza. Wyszła na balkon swojego pokoju i z zachwytem obserwowała widok rozpościerający się przed nią. Musiało już świtać, bo wokół panował półmrok. Otoczenie hotelu, pięknie oświetlone solarnymi lampami zachwycało urokliwym blaskiem. Światło lamp odbijało się w tafli basenu i uroczo tańczyło na powierzchni wody. Blanka zauważyła, że w ciemniejszym kącie tarasu ktoś siedzi - ranne ptaszki - pomyślała. Przymrużyła oczy, aby dojrzeć choć zarys postaci ukrywających się w kącie tarasu. Wysoka, wyprostowana sylwetka od razu przywodziła na myśl starszego aktora Kobierskiego, ale druga osoba była nieosiągalna dla wzroku Blanki. W pewnym momencie zobaczyła błysk światła odbijającego się od czegoś błyszczącego. Blanka przypomniała sobie, że widziała już te dwie osoby razem na plaży. Światło odbijało się od złotych okularów Witolda. Zauważyła to gdy ten pożegnał się ze swoim towarzyszem i udał się do wnętrza hotelu. Dystyngowany aktor został na tarasie. Blanka miała już wrócić do pokoju gdy zauważyła coś dziwnego. Na balkonie pokoju małżeństwa Leskich zobaczyła Marię, która stała ja słup soli i uparcie wpatrywała się w jeden punkt. Blanka podążyła za jej wzrokiem. Na skraju lasu, gdzie światło i półmrok graniczyły ze sobą stał jakiś mężczyzna i oświetlał swoją twarz latarką. Blanka przestraszyła się. To był ktoś obcy. Wybiegła na korytarz i spanikowana zapukała do drzwi Bartka. Ten otworzył po dłuższej chwili. Jego rozespane oczy i zmierzwiona fryzura wyglądały uroczo. Blanka chaotycznie tłumaczyła mu, że widziała przed chwilą kogoś obcego na skraju lasu. Mężczyzna kazał jej zostać w pokoju i zamknąć się na klucz, a sam pobiegł sprawdzić otoczenie hotelu. Na dole spotkał Kobierskiego, który razem z nim poszedł sprawdzić całe otoczenie hotelu. Blanka nie posłuchała Bartka. Obudziła Piotra i kucharza Marka. Obaj mężczyźni również poszli patrolować teren wyspy. Zamieszanie jakie powstało po kolei obudziło wszystkich mieszkańców hotelu. Wszyscy mężczyźni rozeszli się z latarkami po całej wyspie, kobiety zostały w hotelu. Skupione w holu czekały na powrót mężczyzn.
- Jak on wyglądał? - Anna dopytywała Blankę.
- Trudno mi powiedzieć, świecił sobie latarką w twarz, to zniekształca rysy twarzy... - mówiła zaniepokojona Blanka.
- Musiało ci się coś przewidzieć - bagatelizowała sprawę Mariola - jesteśmy tu sami. Nikogo obcego tu nie ma. Może za bardzo przejęłaś się opowieściami o hitlerowskich eksperymentach i o tym, że tu straszy - zaśmiała się recepcjonistka.
- Jestem pewna, że widziałam tu kogoś obcego. Nie mam jeszcze demencji, abym nie wiedziała co mówię! - Oburzyła się Blanka.
- To był Eryk - powiedziała nagle Maria - on przyszedł do mnie. On chciał, abyśmy tu przyjechali i przyszedł do mnie. Chce się pogodzić - szeptała kobieta ze wzrokiem utkwionym w jakiś odległy punkt.
Pozostałe kobiety spojrzały na siebie zszokowane.
- Pani Mario - Mariola usiadła obok kobiety i objęła ją ramieniem - Eryk nie żyje. On nie mógł tu przyjść.
- Ale przyszedł, przyszedł do mnie. Obudził mnie. Zapukał w szybę, a kiedy wstałam sprawdzić co to za dźwięk zobaczyłam go - szeptała kobieta.
- Pani Mario - powiedziała łagodnie Mariola - pani pokój jest zbyt wysoko, żeby mógł zapukać w okno, na dodatek stojąc w lesie.
- Ale zapukał. Duchy mogą wszystko - szeptała kobieta.
- Może ktoś rzucił czymś w okno? - Wtrąciła się do rozmowy Anna.
- Zaprowadzę panią do pokoju - przerwała te dywagacje Mariola zwracając się do Marii - dam pani coś na uspokojenie. Musi się pani przespać. Sen przyniesie ukojenie. Poczuje się pani lepiej.
Dziewczyna zabrała rozdygotaną kobietę i poszła z nią do pokoju. Długo jednak nie wracała. Anna i Blanka siedziały we dwie czekając na mężczyzn.
- Może to któryś z naszych mężczyzn zrobił sobie kawał? - Powiedziała pocieszająco Anna - Może to był Sebastian?
- Dlaczego pani tak myśli? - Spytała zdziwiona Blanka.
- Widziałam go jak wychodził z hotelu niewiele wcześniej przed tym, jak zobaczyłaś tego człowieka. Obudził mnie ból głowy, a nie miałam czym popić tabletki więc poszłam do kuchni po wodę... Nie tylko ja go widziałam - powiedziała po chwili kobieta.
- Tak?
- Tak. Widziałam, jak aktor siedział na tarasie, a kiedy go zobaczył schował się i z ukrycia robił mu zdjęcia.
- Zdjęcia? Po co?
- Nie wiem... Wracają - powiedziała Anna wskazując na majaczące w oddali sylwetki.
Mężczyźni weszli do holu i usiedli w kręgu na kanapach.
- Nikogo nie znaleźliśmy, przeszliśmy wyspę w szerz i wzdłuż - powiedział Sebastian patrząc z wyrzutem na Blankę - musiało ci się coś przewidzieć.
- Jestem pewna, że kogoś widziałam - upierała się kobieta.
- A może to byłeś ty? - Wypaliła Anna - widziałam cię jak wychodziłeś z hotelu! Pan Krystian też cię widział. Nawet zrobił ci zdjęcie!
Obaj mężczyźni spojrzeli zdziwienia najpierw na Annę potem na siebie nawzajem.
- Co za bzdury pani opowiada - oburzył się Kobierski - nie robiłem mu żadnych zdjęć!
- Robił pan zdjęcia! - Upierała się Anna.
- No dobrze, robiłem, ale nie jemu!
- A komu?! - Spytał oskarżycielsko Sebastian.
- Robiłem zdjęcia hotelu nocą. Interesuję się fotografią - bąknął Kobierski - a poza tym to nie mnie widziano, tylko ciebie, młody człowieku - odciął się.
Wszyscy spojrzeli na Sebastiana.
- Wyszedłem się przejść. Nie mogłem zasnąć - tłumaczył się Sebastian widząc oskarżycielskie spojrzenia.
- I jeszcze straszył panią Marię - krzyknęła Anna - ona teraz jest myśli, że to jej syn!
- Czy pani zwariowała?! - Oburzył się rezydent.
- Zaraz - próbował uspokoić sytuację Bartek - pani Maria też widziała tego człowieka?
- Mówiła, że kogoś widziała, ale... ona uważa, że to był duch jej syna...
- Możesz po nią pójść i sprawdzić czy może tu przyjść? - Marcin zwrócił się do Blanki.
- Jasne - odpowiedziała i bez wahania udała się w stronę pokoju Marii i Tadeusza.
Delikatnie uchyliła drzwi do pokoju Marii, która leżała na łóżku z zamkniętymi oczami, a przy niej siedziała Mariola trzymając przed jej głową jakieś wahadełko. Coś szeptała. Blanka delikatnie chrząknęła. Mariola odwróciła się gwałtownie przestraszona.
- Ach, to ty - zaśmiała się nerwowo - to taka technika relaksacyjna - wyjaśniła widząc wzrok Blanki skupiony na wahadełku - pani Maria jest w depresyjnym nastroju. Chciałam jej pomóc, interesuję się trochę tym... Mówiłam ci, że chciałabym studiować... dużo czytam...
- Chyba ci się udało, bo zasnęła.
- Tak, zostawmy ją, niech śpi.
Obie kobiety wyszły z pokoju delikatnie zamykając drzwi, aby nie zbudzić śpiącej kobiety. Wróciły do hotelowego holu gdzie pozostali na nie czekali.
- Pani Maria zasnęła - powiedziała Blanka - dajmy jej dziś spokój. To był dla niej ciężki dzień.
Cała grupa jednoznacznie stwierdziła, że należy udać się na spoczynek w obliczu braku możliwości wyjaśnienia tego dziwnego zdarzenia.
Bartek odprowadził Blankę do jej pokoju po drodze do swojego. Kiedy oboje stanęli każde przed swoimi drzwiami, uśmiechnął się do niej i powiedział pocieszająco - ja ci wierzę.
- Dzięki - powiedziała z wdzięcznością.
- Poznałabyś go?
- Nie jestem pewna, światło latarki zniekształciło rysy jego twarzy.
- Może to faktycznie był Sebastian. Obiecywał nam wiele atrakcji. Może chciał zrobić głupi kawał? Zauważyłaś czy miał brodę?
- No właśnie nie jestem pewna... - Powiedziała zmartwiona kobieta.
Pożegnali się w końcu, aby wreszcie odpocząć po tylu wrażeniach. Blanka poszła do siebie, a Bartek stał jeszcze chwilę patrząc na jej drzwi. Podszedł do drzwi jej pokoju i zamierzał zapukać, ale po chwili zastanowienia cofnął dłoń i wrócił do siebie.
Blanka obudziła się dość późno, jak na jej standardy. Dochodziła dziesiąta rano. Po raz pierwszy od dłuższego czasu była wypoczęta i zrelaksowana, a przede wszystkim wyspana. Nawet nocne wydarzenia nie zaburzyły jej snu. Przeciągnęła się i sprawdziła telefon. Żadnych wiadomości.
- Dziwne - pomyślała.
Do tej pory, żaden jej urlop nie odbył się bez co najmniej jednego telefonu dziennie z firmy.
- Może w końcu nauczyli się szanować pracowników - mruknęła do siebie.
Poszła się umyć do łazienki. Szorując zęby wyszła na mały balkon popatrzeć na cudowny widok, jaki rozpościerał się za oknem jej pokoju. Spojrzała na las okalający hotel. W oddali, w głębi lasu zauważyła Witolda, który z kimś rozmawiał, a właściwie wyglądało na to, że się z kimś kłóci. Żywo gestykulował rękami, a jego sylwetka wskazywała na agresywną postawę. Blanka próbowała dojrzeć z kim mężczyzna rozmawia, ale adwersarz Witolda był ukryty za gęstą roślinnością i nie był widoczny. Blanka nie była zainteresowana problemami obcego, niezbyt sympatycznego mężczyzny. Od początku ten człowiek nie wzbudzał jej zaufania. Miał w sobie coś znajomego, a jednocześnie odpychającego. Kojarzył jej się z oślizgłym wężem.
- To nie moja sprawa - pomyślała widząc gestykulującego nerwowo Witolda.
Wychodząc z pokoju na śniadanie spotkała z Bartka. Przywitali się i razem zeszli na taras. Prawie wszyscy już siedzieli przy stole. Nawet Maria była obecna. Mimo ostatnich wybuchów histerii, dziś wyglądała na znacznie spokojniejszą, choć jej wzrok był jakby nieobecny. Bartek miał ochotę zapytać ją o nocne wydarzenia i o to co dokładnie widziała. Zrezygnował jednak widząc jej stan. Przy stole brakowało tylko Anny i Kobierskiego.
- Częstujecie się państwo - zapraszał kucharz Marek, który wraz z Mariolą i Piotrem serwował posiłek gościom.
- Brakuje jeszcze pani Anny - zauważyła Blanka.
- Nic podobnego - odpowiedział kelner Piotr wskazując brodą na pobliską ścieżkę - właśnie idzie.
Ze strony lasu ku tarasowi zmierzała Anna z dość chmurną miną.
- Przepraszam, za spóźnienie - burknęła pod nosem - poszłam na spacer, który trochę się przedłużył.
- A pan Kobierski nie przyjdzie? - Spytał kucharz.
- Przyjdę - powiedział Krystian wchodząc na taras z chmurną miną.
- Zapraszam - powiedział kucharz wskazując miejsce przy stole.
Kobierski usiadł i od razu przeszedł do rzeczy.
- Z przykrością muszę stwierdzić, że mamy w hotelu złodzieja - wypalił bez żadnych wstępów.
Wszyscy spojrzeli na niego zaskoczeni.
- Co ma pan na myśli? - Spytał poirytowanym tonem Sebastian.
- Zginął mi telefon. Nigdzie go nie ma. Przeszukałem cały pokój. Ktoś mi go ukradł! - Odezwał się z pretensją aktor.
- Może gdzieś go pan zostawił albo zgubił - próbował zbagatelizować sprawę Sebastian - wczoraj przecież miał go pan przy sobie. Później było takie zamieszanie...
- O ile pamiętam to robił pan zdjęcia - burknęła Anna.
- Owszem robiłem zdjęcia, ale nigdzie nie zostawiłem, ani nie zgubiłem swojego telefonu - oburzył się Kobierski - proszę mnie nie traktować jak staruszka z demencją. Miałem go przy sobie kiedy wróciłem do pokoju! Jestem pewny! Rano się obudziłem i już go nie było!
- A nikt pana nie odwiedzał w nocy? - Spytała znienacka Mariola.
- Co też pani sobie wyobraża! - Żachnął się Kobierski.
- Przepraszam, nie chciałam pana urazić. Chodziło mi o to, że może ktoś był w pana pokoju...
- Nie, nikogo nie było! A drzwi zamknąłem na klucz!
- Jak zatem w tej sytuacji mógł panu zginąć telefon? - Wtrącił się do dyskusji Bartek.
- Nie wiem jak! Wiem, że mi go skradziono! Może ktoś z obsługi miał zapasowy klucz! - Kobierski spojrzał znacząco na Mariolę.
- O wypraszam sobie! - Oburzyła się dziewczyna - Nie jestem złodziejką!
- Mariola spokojnie - starał się załagodzić sytuację Bartek - na pewno wszystko się wyjaśni i telefon się znajdzie. Jak wchodzisz do pokoi, żeby na przykład posprzątać?
- Mam zapasowe klucze - dziewczyna odpowiedziała obrażonym tonem.
Kobierski prychnął znacząco. Bartek jednak zgromił go wzrokiem.
- Gdzie są zapasowe klucze do pokoi? - Drążył dalej policjant.
- Są w pokoju socjalnym - wyjaśniła dziewczyna - i wszyscy mogą tam wejść! - Dodała z satysfakcją patrząc odważnie na aktora.
- Słuchajcie, po co ta nerwowa sytuacja - zagaiła Blanka - niech ktoś zdzwoni na pański numer, na pewno usłyszymy dzwonek i telefon się znajdzie.
- Dobry pomysł - kucharz Marek pochwali pomysł.
Po śniadaniu cała dwunastka chodziła ze swoimi telefonami po całym hotelu próbując dzwonić na numer Kobierskiego i nasłuchując dźwięku dzwonka. Niestety wyglądało na to, że sygnał jest nieuchwytny. Nikomu nie udało się zlokalizować zaginionego telefonu.
- Jest pan pewien, że miał pan telefon ze sobą w pokoju? - Dopytywał aktora Sebastian - było takie zamieszanie. Ja na przykład często tak mam, że wydaje mi się, że na pewno coś zostawiłem w danym miejscu, a później okazuje się, że jednak gdzie indziej.
- Proszę nie robić ze mnie wariata! - Oburzył się mężczyzna.
- Nie robię z pana wariata - odpowiedział spokojnie Sebastian - czasem tylko robimy automatycznie powtarzalne rzeczy i nasz mózg ich nie rejestruje. Nie zdarzyło się panu na przykład zostawić auta na parkingu, a potem zapomnieć gdzie go pan zostawił? Bo mnie tak...
- Może i się zdarzyło - mruknął już nieco spokojniej starszy mężczyzna.
- No widzi pan. Na pewno znajdziemy pański telefon. Może wypadł panu gdzieś?
- Może - burknął Kobierski.
- No widzi pan. Na pewno się znajdzie - pocieszył go Sebastian - ale zanim, to zapraszam państwa po południu na piękną plażę niedaleko hotelu. Czekają tam na państwa niepowtarzalne widoki, przepyszne drinki. Mam bogaty program... - zmienił nagle temat rezydent.
- Ja nie mam ochoty - Maria przerwała szczebioczącemu jak nastolatka Sebastianowi.
- Ależ zapewniam panią... - rezydent próbował zachęcić Marię do udziału w zabawie na plaży.
- Powiedziałam, że nie mam ochoty! - Syknęła kobieta.
- Zostaniemy w hotelu - chciał załagodzić napiętą atmosferę Tadeusz uśmiechając się przepraszająco do Sebastiana.
- Ja też sobie odpuszczę - powiedział obrażony Krystian Kobierski - od leżenia na plaży wolę spacer po lesie. Poszukam swojego telefonu.
Bartek postanowił wrócić do swojego pokoju i odpocząć przed pójściem na plażę. Miał dość tego urlopu. Zamiast spokoju i wypoczynku na jaki liczył ciągle były jakieś problemy. Jak nie jakiś zmyślony lub nie intruz straszący kobiety, to znowu ginące telefony. I jeszcze zebrane tu towarzystwo było dość nieciekawe. No, poza Blanką, która jako jedyna w tej grupie była do rzeczy - uśmiechnął się do siebie na wspomnienie młodej kobiety, która od samego początku mu się spodobała. Wszedł do swojego pokoju i już zamierzał rzucić się na łóżko, kiedy zobaczył jakiś ruch na balkonie. Ktoś tam był. Podszedł do drzwi balkonowych najciszej jak potrafił. Odchylił lekko kotarę zasłaniającą wyjście na balkon i zobaczył Piotra mocno pochylonego nad barierką balkonu.
- Hej! Co tu robisz?! Jak tu wszedłeś?! - Zdenerwował się.
Przestraszony Piotr odwrócił się gwałtownie.
- Ale mnie przestraszyłeś - powiedział śmiejąc się nerwowo.
- Co tu robisz? - Spytał ponownie.