Arka odkupienia - Alastair Reynolds

Kup ebooka

55.00 zł
46.75 zł (45,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PROLOG

Mar­twy sta­tek miał w sobie jakieś obsce­niczne piękno.

Skade oble­ciała go po spi­ral­nej pseu­do­or­bi­cie. Sil­niki kor­wety szybko bęb­niły serią impul­sów korek­cyj­nych. Za stat­kiem wiro­wały gwiazdy; słońce układu ule­gało zaćmie­niu i odsła­niało się przy każ­dej pętli spi­rali. Skade odro­binę za długo przy­glą­dała się słońcu i teraz poczuła w krtani zło­wiesz­czy ucisk - nad­cią­gała cho­roba loko­mo­cyjna.

Skade było to zupeł­nie nie­po­trzebne.

Ziry­to­wana zwi­zu­ali­zo­wała swój mózg w całej prze­zro­czy­stej, trój­wy­mia­ro­wej zło­żo­no­ści. Jakby obie­rała owoc, zdej­mo­wała war­stwy nowej kory i odrzu­cała nie­in­te­re­su­jące ją aku­rat teraz czę­ści wła­snego mózgu. Sre­brzy­sta wiązka implan­to­wa­nej sieci - geo­me­trycz­nie iden­tyczna z orga­niczną sie­cią synap­tyczną Skade - migo­tała aktyw­no­ścią neu­ro­nową, gdy pakiety infor­ma­cji bie­gły z pręd­ko­ścią kilo­me­tra na sekundę, dzie­sięć razy więk­szą od peł­za­nia bio­lo­gicz­nych sygna­łów. W isto­cie Skade nie widziała ruchu sygna­łów - to by wyma­gało przy­śpie­szo­nej per­cep­cji, co z kolei wymu­si­łoby jesz­cze szyb­szą komu­ni­ka­cję mię­dzy neu­ro­nami - ale mimo to obraz poka­zy­wał, które frag­menty zmo­dy­fi­ko­wa­nego mózgu wyka­zują najwięk­szą aktyw­ność.

Skade powięk­szyła obraz pew­nej szcze­gól­nej czę­ści mózgu zwa­nej polet­kiem ostat­nim, pra­daw­nej plą­ta­niny obwo­dów neu­ro­nal­nych, odpo­wie­dzial­nych za roz­wią­zy­wa­nie kon­flik­tów mię­dzy widze­niem a rów­no­wagą. Ucho wewnętrzne czuło stały nacisk przy­śpie­sze­nia kor­wety, ale oczy postrze­gały cyklicz­nie zmie­nia­jący się widok wiru­ją­cego za stat­kiem tła. Sta­ro­dawna część mózgu potra­fiła pogo­dzić tę sprzecz­ność tylko w taki spo­sób, że uzna­wała dozna­nia za prze­jaw halu­cy­na­cji. Wysłała więc sygnał do innej czę­ści mózgu, wyspe­cja­li­zo­wa­nej w toku ewo­lu­cji w ochro­nie ciała przed przy­swa­ja­niem sub­stan­cji tru­ją­cych. Skade wie­działa, że nie ma sensu winić mózgu za mdło­ści. Sko­ja­rze­nie halu­cy­na­cje-tru­ci­zna dosko­nale słu­żyło przez miliony lat, pozwa­la­jąc ludziom bez­piecz­nie eks­pe­ry­men­to­wać z poży­wie­niem i roz­sze­rzać dietę. Teraz jed­nak, w tym zim­nym, nie­bez­piecz­nym rejo­nie innego układu sło­necz­nego, zupeł­nie się nie spraw­dzało. Pomy­ślała, że warto usu­nąć ten mecha­nizm, spryt­nie prze­trans­for­mo­wać geo­me­trię połą­czeń. Znacz­nie łatwiej to powie­dzieć niż zro­bić. Mózg był holo­gra­ficzny i zawiły jak bez­na­dziej­nie pogma­twany pro­gram kom­pu­te­rowy. Skade wie­działa, że wyłą­cza­jąc jedną część mózgu, odpo­wie­dzialną za mdło­ści, wpływa na funk­cjo­no­wa­nie innych jego obsza­rów, korzy­sta­ją­cych z tych samych połą­czeń neu­ro­no­wych. Nie przej­mo­wała się jed­nak - już z tysiąc razy przed­tem robiła podobne rze­czy i jej per­cep­cja rzadko dozna­wała poważ­niej­szych skut­ków ubocz­nych.

Jest. Obszar-wino­wajca zapul­so­wał na różowo i wypadł z sieci. Mdło­ści ustą­piły. Skade poczuła się znacz­nie lepiej.

Pozo­stała w niej złość na samą sie­bie, na wła­sną bez­tro­skę. Dzia­ła­jąc w tere­nie, robiąc czę­ste wypady na tery­to­rium wroga, nie pozwo­li­łaby sobie na cze­ka­nie do ostat­niej chwili z tak drobną korektą neu­ro­nalną. Sta­wała się nie­dbała, a to nie­wy­ba­czalne, zwłasz­cza teraz, gdy sta­tek wró­cił, co dla Mat­czy­nego Gniazda mogło się oka­zać nawet waż­niej­sze od ostat­nich kam­pa­nii wojen­nych.

Poczuła się żwa­wiej. Znów była dawną Skade. Po pro­stu potrze­bo­wała cza­sem odku­rze­nia i wyostrze­nia.

[Skade, bądź ostrożna. Temu stat­kowi przy­da­rzyło się coś bar­dzo dziw­nego.]

Głos, który sły­szała, był gło­sem kobiety, cichym, zamknię­tym tylko w jej czaszce. Odpo­wie­działa sub­wo­kal­nie:

Wiem.

[Ziden­ty­fi­ko­wa­łaś go? Wiesz, który to z tam­tych dwóch?]

Galiany.

Skade oble­ciała go cał­ko­wi­cie i teraz miała w oko­li­cach wzro­ko­wych kory mózgo­wej trój­wy­mia­rowy obraz statku, oto­czony ejde­tycz­nymi obja­śnie­niami, prze­su­wa­ją­cymi się, gdy z kadłuba statku wycią­gano coraz wię­cej infor­ma­cji.

[Galiany? Tej Galiany? Jesteś tego pewna?]

Tak. Ist­niały drobne róż­nice kon­struk­cyjne mię­dzy tymi trzema, które razem wyle­ciały. Cechy, które roz­po­zna­jemy, świad­czą, że to jej sta­tek.

Obec­ność, jak się to cza­sami zda­rzało, potrze­bo­wała chwili na udzie­le­nie odpo­wie­dzi.

[My też doszli­śmy do takiego wnio­sku. Ale nie sądzisz, że naj­wy­raź­niej coś przy­da­rzyło się temu stat­kowi od czasu, gdy opu­ścił Mat­czyne Gniazdo?]

Moim zda­niem przy­da­rzyło mu się wiele.

[Zacznijmy od przodu i cofajmy się. Jest tu ślad uszko­dze­nia, poważ­nego uszko­dze­nia. Roz­dar­cia i roz­cię­cia, wydaje się, że całe frag­menty kadłuba usu­nięto i wyrzu­cono, jak chorą tkankę. Może to zaraza, nie sądzisz?]

Skade pokrę­ciła głową. Pamię­tała swoją ostat­nią podróż do Chasm City.

Widzia­łam z bli­ska skutki par­cho­wej zarazy. To wygląda ina­czej.

[Zgoda. To coś innego. Mimo to należy pod­jąć środki ostroż­no­ści, wdro­żyć kwa­ran­tannę jak przy zara­zie. Może mamy do czy­nie­nia z czyn­ni­kiem zakaź­nym. Możesz sku­pić swoją uwagę na rufie statku?]

Głos nie przy­po­mi­nał innych gło­sów, jakie sły­szała u Hybry­dow­ców; brzmiał teraz zde­cy­do­wa­nie, pouczał, jakby znał już odpo­wiedź na zada­wane pyta­nia.

[Skade, co to są według cie­bie te regu­larne struk­tury zanu­rzone w kadłu­bie?]

Tu i tam widziała roz­miesz­czone przy­pad­kowo sku­pi­ska czar­nych sze­ścia­nów róż­nych roz­mia­rów i o róż­nej orien­ta­cji. Spra­wiały wra­że­nie wci­śnię­tych w kadłub jak w świeżą glinę, ich ściany były czę­ściowo ukryte pod zewnętrzną war­stwą kadłuba. Ema­no­wały z nich mniej­sze sze­ściany o ele­gancko wygię­tych frak­ta­lo­wych tra­jek­to­riach.

Według mnie gdzieś usi­ło­wali je wyciąć i zabrać, ale nie zdą­żyli usu­nąć wszyst­kich.

[Rozu­miemy. Nie wiemy, kim są, trzeba ich jed­nak trak­to­wać z naj­więk­szą ostroż­no­ścią, choć może teraz są nie­ak­tywni. Może Galiana zdo­łała powstrzy­mać ich roz­prze­strze­nia­nie. Jej sta­tek dotarł aż tutaj, choć może wra­cał na auto­pi­lo­cie. Jesteś pewna, Skade, że na pokła­dzie nie ma nikogo żywego?]

Nie jestem pewna. Dopiero gdy otwo­rzymy sta­tek, będę wie­działa. Ale nie wygląda mi to obie­cu­jąco. W środku nie wykry­wam żad­nego ruchu, żad­nych wyraź­nie cie­płych miejsc. Kadłub jest za zimny, by dzia­łały jakie­kol­wiek pro­cesy pod­trzy­my­wa­nia życia, chyba że napę­dzają je sil­niki krio­aryt­me­tyczne.

Skade mil­czała przez chwilę, uru­cho­miła w gło­wie, jako pro­cesy w tle, kilka dodat­ko­wych symu­la­cji.

[Skade...?]

Być może jest tu kilku oca­la­łych, ale więk­szość załogi to naj­wy­żej zamro­żone trupy. W naj­lep­szym wypadku może uda się wyson­do­wać kilka pamięci.

[Skade, nas w isto­cie inte­re­suje tylko jeden trup.]

Nawet nie wiem, czy Galiana jest na statku. Ale nawet gdyby była i gdy­by­śmy zro­bili wszystko, by przy­wró­cić ją do życia... to może nam się nie powieść.

[Rozu­miemy. Czasy są prze­cież trudne. Suk­ces byłby wspa­niały, ale porażka będzie czymś o wiele gor­szym niż zanie­cha­nie wszel­kich prób - przy­naj­mniej w oczach Mat­czy­nego Gniazda.]

Czy to prze­my­ślana opi­nia Rady Noc­nej?

[Wszyst­kie nasze opi­nie są prze­my­ślane. Jaw­nej porażki nie można tole­ro­wać. Ale musimy zro­bić wszystko, co w naszej mocy. Jeśli Galiana jest na pokła­dzie, zro­bimy wszystko, by ją nam przy­wró­cić. Ale należy to wyko­nać w cał­ko­wi­tej tajem­nicy.]

Dokład­nie jak cał­ko­wi­tej?

[Przed resztą Mat­czy­nego Gniazda nie da się ukryć wia­do­mo­ści o powro­cie statku. Możemy im jed­nak zaosz­czę­dzić bólu nadziei. Zosta­nie podana infor­ma­cja, że Galiana jest mar­twa, bez szansy na oży­wie­nie. Niech ból naszych roda­ków roz­bły­śnie jasno i na krótko, jak super­nowa. Skłoni ich to do jesz­cze więk­szego wysiłku w walce z wro­giem. Tym­cza­sem będziemy nad nią pra­co­wać pil­nie i z miło­ścią. Jeśli przy­wró­cimy ją do życia, zosta­nie to uznane za cud. Wybacz nam, że tu i ówdzie nagniemy prawdę.]

Skade powstrzy­mała wybuch śmie­chu.

Nagi­na­nie prawdy? Dla mnie to brzmi jak jawne kłam­stwo. A jak zamie­rzasz zagwa­ran­to­wać, że Cla­vain pod­trzyma waszą wer­sję?

[Dla­czego uwa­żasz, Skade, że z Cla­va­inem będą pro­blemy?]

Odpo­wie­działa pyta­niem na pyta­nie:

Chyba nie zamie­rzasz ukryć fak­tów rów­nież przed nim?

[To wojna, Skade. Ist­nieje pra­stare powie­dze­nie o woj­nie i ofia­rach, ale nie będziemy cię tym teraz zaprzą­tać. Jeste­śmy jed­nak pewni, że rozu­miesz, o co cho­dzi. Cla­vain to nasz naj­więk­szy atut tak­tyczny. Ma spo­sób myśle­nia nie­po­dobny do reszty Hybry­dow­ców i dla­tego stale mamy prze­wagę nad wro­gami. Pogrąży się w bólu jak inni, lecz na krótko. Będzie to wielka roz­pacz. Ale szybko wróci do sie­bie, aku­rat gdy będzie nam naj­bar­dziej potrzebny. Przy­znasz, że to lepiej niż ska­zy­wać go na długą nadzieję, po któ­rej - co praw­do­po­dobne - doznałby destruk­cyj­nego roz­cza­ro­wa­nia.]

Głos zmie­nił się; ktoś wyczuł, że powi­nien zabrzmieć jesz­cze bar­dziej prze­ko­nu­jąco.

[Cla­vain to czło­wiek bar­dziej od nas emo­cjo­nalny. Był stary, gdy do nas przy­szedł, w sen­sie neu­ro­lo­gicz­nym star­szy od wszyst­kich rekru­tów, jakich kie­dy­kol­wiek przy­ję­li­śmy. Jego umysł na­dal grzęź­nie w sta­rych spo­so­bach myśle­nia. Zawsze powin­ni­śmy o tym pamię­tać. Cla­vain jest deli­katny i wymaga naszej tro­ski, jak cie­plar­niany kwiat.]

Ale kła­mać mu na temat Galiany...

[Może ni­gdy do tego nie doj­dzie. Wyprze­dzamy fakty. Naj­pierw musimy zba­dać sta­tek - prze­cież Galiany może tam w ogóle nie być.]

Skade przy­znała rację.

Tak byłoby chyba naj­le­piej? Wtedy wie­dzie­li­by­śmy, że pozo­stała gdzieś tam, w kosmo­sie.

[Tak, ale wów­czas musie­li­by­śmy poru­szyć drobną kwe­stię, co się stało z trze­cim stat­kiem.]

Po dzie­więć­dzie­się­ciu pię­ciu latach od wybu­chu par­cho­wej zarazy Hybry­dowcy wiele wie­dzieli na temat postę­po­wa­nia ze ska­że­niami. Nale­żeli do jed­nego z ostat­nich odła­mów ludz­ko­ści, jakiemu udało się zacho­wać cenną tech­nikę sprzed zarazy, więc bar­dzo poważ­nie trak­to­wali kwa­ran­tannę. W okre­sie pokoju naj­bez­piecz­niej i naj­ła­twiej byłoby zba­dać sta­tek na miej­scu, tam gdzie dry­fo­wał w kosmo­sie na skraju układu. Ist­niało jed­nak zbyt duże ryzyko, że zauważą to Demar­chi­ści, i inspek­cję nale­żało prze­pro­wa­dzić po kry­jomu. Dosko­nale się do tego nada­wało Mat­czyne Gniazdo - było odpo­wied­nio wypo­sa­żone do przyj­mo­wa­nia ska­żo­nych stat­ków.

Przed­tem jed­nak nale­żało zacho­wać ostroż­ność, wyma­ga­jącą spo­rej pracy w otwar­tym kosmo­sie. Naj­pierw ser­wi­tory usu­nęły sil­niki, odci­na­jąc lase­rem dźwi­gary mocu­jące je po obu stro­nach zwę­ża­ją­cego się stoż­ko­wato kadłuba świa­tło­wca. Źle pra­cu­jący sil­nik mógł znisz­czyć Mat­czyne Gniazdo; nie można było do tego dopu­ścić, więc dopóki nie zosta­nie wyja­śniona przy­czyna kata­strofy statku, Skade nie chciała ryzy­ko­wać. Rów­no­cze­śnie Skade kazała rakie­tom-cią­gni­kom przy­ho­lo­wać kawał czar­nego, nie­sub­li­mo­wa­nego lodu kome­tar­nego, potem ser­wi­tory obło­żyły nim kadłub war­stwą metro­wej gru­bo­ści. Szybko się z tym upo­rały, a przy tym ani przez chwilę nie dotknęły bez­po­śred­nio kadłuba. Począt­kowo sta­tek był ciemny - teraz stał się nie­sa­mo­wi­cie czarny.

Skade wystrze­liła w lód zaczepy, zako­twi­cza­jąc w wielu miej­scach kadłuba rakiety-cią­gniki. Ponie­waż pod­czas holo­wa­nia statku lód miał wytrzy­mać wszyst­kie naprę­że­nia, Skade musiała przy­cze­pić tysiąc cią­gni­ków, by nie dopu­ścić do prze­dziu­ra­wie­nia lodo­wej war­stwy. Gdy wszyst­kie rakiety zostały odpa­lone, powstał zachwy­ca­jący widok - tysiąc zim­no­nie­bie­skich pło­my­ków wystrze­liło z czar­nego, skrę­co­nego w spi­ralę rdze­nia dry­fu­ją­cego statku. Skade utrzy­my­wała nie­wiel­kie przy­śpie­sze­nia, bar­dzo dokład­nie wyli­czone: potrzebna była tylko jedna wspólna korekta przed koń­co­wym przy­by­ciem do Mat­czy­nego Gniazda. Odpa­le­nie sil­ni­ków korek­cyj­nych zsyn­chro­ni­zo­wała ze śle­pymi plam­kami pokry­cia sen­so­rycz­nego Demar­chi­stów. Demar­chi­ści w ogóle nie podej­rze­wali, że Hybry­dowcy wie­dzą o tych śle­pych plam­kach.

W Mat­czy­nym Gnieź­dzie kadłub został odho­lo­wany do sze­ro­kiego na pięć kilo­me­trów doku wyło­żo­nego war­stwą cera­miczną. Przy­go­to­wany spe­cjal­nie na przy­ję­cie stat­ków opa­no­wa­nych zarazą, dok mógł aku­rat pomie­ścić świa­tło­wiec z usu­nię­tymi sil­ni­kami. Cera­miczne ściany miały trzy­dzie­ści metrów gru­bo­ści, a wszyst­kie urzą­dze­nia w doku uod­por­niono przed zarazą. Gdy sta­tek zna­lazł się w środku, dok szczel­nie zamknięto wraz z wyse­lek­cjo­no­wa­nym przez Skade zespo­łem inspek­cyj­nym. Dok miał skromne moż­li­wo­ści prze­sy­ła­nia danych do pozo­sta­łej czę­ści Gniazda, więc zespół przy­uczono do dzia­ła­nia w izo­la­cji od miliona Hybry­dow­ców w Gnieź­dzie. Te wyma­ga­nia sprzy­jały selek­cji ope­ra­to­rów, któ­rzy nie zawsze byli naj­bar­dziej sta­bilni, ale Skade nie mogła narze­kać. Nale­żała do naj­rzad­szego rodzaju Hybry­dow­ców, potra­fią­cych dzia­łać w zupeł­nej samot­no­ści w głębi tery­to­rium nie­przy­ja­ciela.

Sta­tek zabez­pie­czono, komorę wypeł­niono argo­nem pod ciśnie­niem dwóch atmos­fer. Deli­katną abla­cją usu­nięto pra­wie cały lód, zosta­wia­jąc tylko cienką war­stwę, którą sta­piano przez sześć dni. Sen­sory uno­siły się nad kadłu­bem jak stado mew, węsząc, czy w argo­nie nie ma obcej mate­rii, ale poza wió­rami mate­riału kadłuba nic szcze­gól­nego nie odkryły.

Skade nie śpie­szyła się. Dzia­łała z naj­więk­szą ostroż­no­ścią, nie doty­kała statku, chyba że było to abso­lut­nie nie­zbędne. Wzdłuż statku wiro­wały pier­ścienne gra­wi­to­me­try obra­zu­jące; bada­jąc jego wewnętrzną struk­turę, uka­zy­wały roz­myty widok wnę­trza. Skade widziała to, co już znała ze szki­ców kon­struk­cyj­nych statku. Dostrze­gła jed­nak rów­nież dziwne rze­czy, któ­rych nie powinno tam być: wydłu­żone czarne kształty wkrę­ca­jące się i roz­dwa­ja­jące w środku statku. Przy­po­mi­nało to tory kul na zdję­ciach z sek­cji zwłok lub wzorce czą­ste­czek sub­a­to­mo­wych prze­cho­dzą­cych przez komorę mgłową. W miej­scu, gdzie czarne kształty docie­rały do zewnętrz­nej powłoki, Skade zawsze odkry­wała na wpół zako­pane sze­ściany.

Na statku zostało jed­nak sporo miejsc, w któ­rych ludzie mogli prze­żyć, choć wszystko wska­zy­wało na to, że żywych tam nie ma. Radar neu­tri­nowy i ska­no­wa­nie pro­mie­niami gamma ujaw­niły wię­cej ele­men­tów kon­struk­cyj­nych, jed­nak Skade na­dal nie widziała istot­nych szcze­gó­łów. Nie­chęt­nie prze­szła do następ­nego etapu badań - kon­taktu fizycz­nego. Przy­cze­piła kil­ka­dzie­siąt mło­tów uda­ro­wych w róż­nych miej­scach kadłuba oraz przy­le­piła setki mikro­fo­nów. Gdy młoty waliły w kadłub, Skade sły­szała w swoim ska­fan­drze dud­nie­nie prze­no­szone przez argon. Brzmiało to tak, jakby w odle­głej kuźni tru­dziła się armia kowali. Fale aku­styczne mknęły przez sta­tek, a mikro­fony nasłu­chi­wały echa metalu. Jeden ze star­szych pro­gra­mów neu­ro­nal­nych Skade wyła­wiał infor­ma­cję zawartą w opóź­nie­niach echa i ukła­dał tomo­gra­ficzny pro­fil gęsto­ści obiektu.

Skade zoba­czyła to w wid­mo­wych sza­ro­zie­lo­nych bar­wach. Obraz nie dostar­czył danych sprzecz­nych z tym, co Skade już wcze­śniej wie­działa, choć dał jej dokład­niej­szy wgląd w pewne obszary. By dowie­dzieć się wię­cej, musiała wejść do środka, a to nie było łatwe. Wszyst­kie śluzy zostały od wewnątrz zamknięte plom­bami ze sto­pio­nego metalu. Skade ner­wowo i sys­te­ma­tycz­nie prze­ci­nała uszczel­nie­nia lase­rem i hiper­dia­men­to­wymi wier­tłami, czu­jąc strach i roz­pacz załogi. Otwo­rzyła pierw­szą śluzę i posłała na zwiady oddział zabez­pie­czo­nych ser­wi­to­rów-kra­bów o cera­micz­nych pan­cer­zach, wypo­sa­żo­nych aku­rat w tyle inte­li­gen­cji, by wyko­nać swe zada­nie. Prze­słały widoki wnę­trza do czaszki Skade.

Widoki prze­ra­ża­jące.

Załoga była zma­sa­kro­wana. Nie­któ­rzy zostali roze­rwani na strzępy, zgnie­ceni, pozba­wieni koń­czyn, spra­so­wani, pocięci na kawałki. Inni byli spa­leni, udu­szeni, zamro­żeni. Rzeź musiała trwać dość długo. Obser­wu­jąc pobo­jo­wi­sko, Skade odtwa­rzała sobie prze­bieg wyda­rzeń: sto­czono serię bitew i bro­niono redut w róż­nych miej­scach statku, gdzie załoga wzno­siła naprędce bary­kady prze­ciw agre­so­rom. Sam sta­tek roz­pacz­li­wie pró­bo­wał ochro­nić swój ludzki ładu­nek, prze­bu­do­wu­jąc wnę­trze tak, by powstrzy­mać wroga. Pewne obszary zalał pły­nem chło­dzą­cym lub wypeł­nił powie­trzem pod dużym ciśnie­niem i tam Skade dostrze­gła zwłoki dziw­nych, nie­zgrab­nych maszyn - kon­glo­me­ra­tów tysiąca czar­nych geo­me­trycz­nych kształ­tów.

Bez trudu sfor­mu­ło­wała hipo­tezę.

Sze­ściany przy­le­piły się do statku Galiany, zaczęły się roz­mna­żać, absor­bu­jąc i prze­twa­rza­jąc jego powłokę. W tym sen­sie zacho­wy­wały się jak zaraza. Ale par­chowa zaraza była mikro­sko­pijna, gołym okiem nikt ni­gdy nie widział jej poje­dyn­czego zarod­nika. W spo­so­bie repli­ka­cji ta cho­roba miała cechy bar­dziej bru­talne i mecha­ni­styczne, nie­mal faszy­stow­skie. Zaraza przy­naj­mniej prze­sy­cała strans­for­mo­waną mate­rię czymś z jej wcze­śniej­szych cech, pro­du­ku­jąc chi­me­ryczne fan­ta­zmy maszy­nowo-cie­le­sne.

Nie, powie­działa sobie Skade, na pewno nie mamy tu do czy­nie­nia z par­chową zarazą, co w obec­nej sytu­acji byłoby pocie­chą.

Sze­ściany wgry­zły się do statku i sfor­mo­wały oddziały żoł­nie­rzy-napast­ni­ków, któ­rzy mor­do­wali, sunąc powoli od miejsc infek­cji. Sądząc po ich szcząt­kach, mieli budowę guzo­watą i asy­me­tryczną, bar­dziej przy­po­mi­nali gęste roje szer­szeni niż indy­wi­du­alne jed­nostki. Potra­fili chyba prze­ci­snąć się przez naj­mniej­szą dziurkę, a potem zre­kom­bi­no­wać po dru­giej stro­nie. Bitwa zajęła im jed­nak wiele czasu. Skade oce­niała, że mogło upły­nąć wiele dni, a nawet tygo­dni, nim cały sta­tek uległ.

Ta wizja wywo­łała u Skade dreszcz.

Dzień po wkro­cze­niu na sta­tek ser­wi­tory Skade zna­la­zły kilka pra­wie nie­na­ru­szo­nych ludz­kich kor­pu­sów, choć głowy tkwiły w czar­nych heł­mach stwo­rzo­nych z sze­ścia­nów. Obce maszyny spra­wiały wra­że­nie bez­wład­nych. Ser­wi­tory usu­nęły część heł­mów i zoba­czyły, że wypustki maszy­no­wego odro­stu się­gają w głąb cza­szek przez oczo­doły, otwory uszne i nosowe. Dal­sze bada­nia wyka­zały, że wypustki wie­lo­krot­nie się roz­dwa­jały, aż osią­gnęły skalę mikro­sko­pową. Dotarły w głąb mózgów i stwo­rzyły połą­cze­nia z pier­wot­nymi implan­tami Hybry­dow­ców.

Teraz zarówno maszyny, jak i ciała-gospo­da­rze były mar­twe.

Skade usi­ło­wała zro­zu­mieć, co się stało. Zapisy statku zostały sta­ran­nie znisz­czone. Wyda­wało się jasne, że Galiana spo­tkała istoty wro­gie, ale dla­czego nie uni­ce­stwiły statku jed­nym ata­kiem? Sze­ściany wni­kały w niego powoli, skru­pu­lat­nie, co mia­łoby sens jedy­nie wów­czas, gdyby zamie­rzały jak naj­dłu­żej zacho­wać sta­tek w sta­nie nie­na­ru­szo­nym.

Był prze­cież jesz­cze inny sta­tek - prze­cież kon­ty­nu­owały wyprawę dwa - i co się z nim stało?

[Masz jakiś pomysł, Skade?]

Tak, ale to nic weso­łego.

[Myślisz, że sze­ściany chciały zebrać jak naj­wię­cej infor­ma­cji?]

Tylko takie wyja­śnie­nie przy­cho­dzi mi do głowy. Zało­żyły pod­słuch w ich mózgach, odczy­ty­wały ich maszy­ne­rię neu­ralną. Sze­ściany to wywia­dowcy.

[Tak, zga­dzamy się. Te sze­ściany na pewno wiele się o nas dowie­działy. Musimy je uwa­żać za zagro­że­nie, choć nie wiemy, gdzie znaj­do­wała się Galiana, gdy ją odna­la­zły. Sądzisz, że jest iskierka nadziei?]

Skade nie dostrze­gała tej iskierki. Ludz­kość od wie­ków poszu­ki­wała obcej jed­no­znacz­nej inte­li­gen­cji i dotych­czas zna­la­zła tylko zwod­ni­cze przy­kłady: Żon­gle­rów Wzor­ców, Całun­ni­ków, arche­olo­giczne szczątki ośmiu czy dzie­wię­ciu wymar­łych cywi­li­za­cji. Ni­gdy nie napo­tkano inte­li­gen­cji uży­wa­ją­cej maszyn, porów­ny­wal­nej z ludźmi.

Aż do tej pory.

I co zro­biła ta uma­szy­no­wiona inte­li­gen­cja? Pod­kra­dła się, prze­nik­nęła i urzą­dziła rzeź, a potem doko­nała inwa­zji cza­szek.

To nie jest naj­bar­dziej owocne bli­skie spo­tka­nie pierw­szego stop­nia, doszła do wnio­sku Skade.

Nadzieja? Mówi­cie poważ­nie?

[Tak, Skade. Nie jeste­śmy pewni, czy sze­ściany zdo­łały prze­słać infor­ma­cje tam, gdzie miały je prze­słać. Prze­cież sta­tek Galiany dotarł do domu, musiała go tu przy­pro­wa­dzić, a nie zro­bi­łaby tego, gdyby uznała za nie­bez­pieczne wska­zy­wa­nie wro­gom drogi. Cla­vain byłby na pewno dumny. Cały czas myślała o nas, o Mat­czy­nym Gnieź­dzie.]

Ale zary­zy­ko­wała...

Głos Rady Noc­nej gwał­tow­nie prze­rwał jej roz­my­śla­nia.

[Sta­tek to ostrze­że­nie. Galiana to miała na myśli i w ten spo­sób musimy to rozu­mieć.]

Ostrze­że­nie?

[Że musimy się przy­go­to­wać. Oni na­dal tam są i w końcu ich spo­tkamy.]

Brzmi to tak, jak­by­ście ocze­ki­wali ich przy­by­cia.

Ale Rada Nocna na to nie odpo­wie­działa.

* * *

Galianę zna­leźli dopiero po tygo­dniu, gdyż sta­tek był prze­pastny i wnę­trze ule­gło wielu zmia­nom utrud­nia­ją­cym poszu­ki­wa­nia. Skade weszła do środka oso­bi­ście w towa­rzy­stwie zespołu. Wszy­scy mieli na ska­fan­drach próż­nio­wych cięż­kie cera­miczne zbroje, impre­gno­wane pan­ce­rze ogra­ni­cza­jące swo­bodę ruchów, chyba że uprzed­nio ruchy te sta­ran­nie prze­my­ślano. Skade sporo czasu stra­ciła na zma­ga­niu ze ska­fan­drem - kilka razy utknęła w pozy­cji, z któ­rej mogło ją wydo­stać tylko mozolne powta­rza­nie wstecz sekwen­cji ruchów. Potem napi­sała naprędce łatę pro­gra­mową dla poru­sza­ją­cego się ciała w zbroi i umie­ściła ją na gru­pie bez­czyn­nych obwo­dów neu­ro­nal­nych. Tro­chę jej to uła­twiło życie, choć miała nie­przy­jemne wra­że­nie, że jest ste­ro­wana przez swą wła­sną wid­mową kopię. Skade zapa­mię­tała, żeby póź­niej zmo­dy­fi­ko­wać skrypt, tak by pro­ce­dury ruchu mogła odczu­wać jako cał­ko­wi­cie pod­le­głe jej woli, bez względu na to, jak ilu­zo­ryczne byłoby to wra­że­nie.

Do tego czasu ser­wi­tory zro­biły wszystko, co potra­fiły. Zabez­pie­czyły znaczne obszary statku, pokry­wa­jąc szczątki obcych maszyn masą epok­sy­dową z włók­nami dia­men­to­wymi, oraz pobrały próbki DNA z więk­szo­ści ciał w zba­da­nych rejo­nach. Wyniki ana­lizy mate­riału gene­tycz­nego porów­nano z listą załogi w Gnieź­dzie zacho­waną od wylotu statku; w spi­sie pozo­stało jed­nak wiele nazwisk, do któ­rych DNA na­dal trzeba będzie dopa­so­wać.

Dla pew­nych osób Skade ni­gdy nie znaj­dzie odpo­wied­ni­ków. Gdy do domu powró­cił pierw­szy sta­tek - ten z Cla­va­inem na pokła­dzie - Mat­czyne Gniazdo dowie­działo się, że w kosmo­sie, kil­ka­dzie­siąt lat świetl­nych stąd, pod­jęto decy­zję o roz­dzie­le­niu eks­pe­dy­cji: nie­któ­rzy ludzie chcieli wra­cać, usły­szaw­szy pogło­ski o woj­nie z Demar­chi­stami; uznali rów­nież, że należy już prze­ka­zać dane, któ­rych zebrano zbyt wiele, by można je było prze­słać do domu drogą radiową.

Podział odbył się bez gory­czy. Z żalem i smut­kiem, lecz bez poczu­cia praw­dzi­wego roz­dar­cia. Po nor­mal­nym okre­sie dys­ku­sji, typo­wej u Hybry­dow­ców we wszyst­kich pro­ce­sach podej­mo­wa­nia decy­zji, uznano roz­dzie­le­nie za rzecz naj­bar­dziej logiczną w danej sytu­acji. Eks­pe­dy­cja mogła kon­ty­nu­ować misję, a rów­no­cze­śnie dotych­czas zdo­byte infor­ma­cje miały bez­piecz­nie tra­fić do domu. Skade wie­działa wpraw­dzie, kto posta­no­wił zostać w kosmo­sie, ale zupeł­nie nie wie­działa, co wyda­rzyło się póź­niej, domy­ślała się tylko na pod­sta­wie komu­ni­ka­tów wymie­nia­nych mię­dzy pozo­sta­łymi dwoma stat­kami. Tym aku­rat stat­kiem dowo­dziła Galiana, ale prze­cież Galiana nie musiała nim lecieć, więc Skade przy­go­to­wała się na ewen­tu­alne roz­cza­ro­wa­nie.

Gorzej - byłoby to roz­cza­ro­wa­nie dla całego Mat­czy­nego Gniazda. To prze­cież Galiana, ich sym­bo­liczny przy­wódca, stwo­rzyła Hybry­dow­ców czte­ry­sta lat temu, jede­na­ście lat świetl­nych stąd, w gru­pie labo­ra­to­riów pod powierzch­nią Marsa. Opu­ściła Gniazdo pra­wie dwa wieki temu. W tym cza­sie jej postać nabrała cech mitycz­nych. Gdy Galiana prze­by­wała w Gnieź­dzie, zawsze się temu sprze­ci­wiała. A teraz wró­ciła - o ile rze­czy­wi­ście leciała tym stat­kiem - gdy Skade peł­niła wachtę. I nie miało zna­cze­nia to, że praw­do­po­dob­nie nie żyła, jak pozo­stali zało­ganci. Skade wystar­czy­łoby spro­wa­dze­nie jej szcząt­ków do domu.

Zna­la­zła nie tylko szczątki.

Miej­sce spo­czynku Galiany - jeśli tak można to nazwać - znaj­do­wało się daleko od cen­tral­nej czę­ści statku. Zabez­pie­czyła się opan­ce­rzoną bary­kadą, z dala od reszty załogi. Dokładne bada­nia kry­mi­na­li­styczne wyka­zały, że łącza danych mię­dzy Galianą a pozo­stałą czę­ścią statku zostały celowo uszko­dzone od wewnątrz - kobieta usi­ło­wała się odizo­lo­wać, odci­na­jąc swój umysł od umy­słów innych Hybry­dow­ców na statku.

Czy to samo­po­świę­ce­nie, czy samo­obrona? - zasta­na­wiała się Skade.

Galiana prze­by­wała w zim­nym śnie, ozię­biona do tem­pe­ra­tury, w któ­rej ustają wszyst­kie pro­cesy meta­bo­liczne. Mimo to czarne maszyny ją dopa­dły. Przedarły się przez pan­cerną powłokę kasety snu i wtło­czone w prze­strzeń mię­dzy cia­łem Galiany a wewnętrz­nymi ścian­kami kasety, utwo­rzyły wokół kobiety ide­al­nie czarną sko­rupę niby-mumii. Nie było wąt­pli­wo­ści, że to Galiana: ska­no­wa­nie przez kokon ujaw­niło struk­turę szkie­letu ide­al­nie pasu­jącą do jej układu kost­nego; w ciele nie wykryto żad­nych uszko­dzeń czy zepsu­cia, które mogłyby powstać pod­czas lotu, a czuj­niki prze­chwy­ciły wątłe sygnały z sieci implan­tów Galiany - sygnały zbyt słabe na usta­no­wie­nie łącza mię­dzy dwoma mózgami, ale w koko­nie wyraź­nie tkwiło coś, co było zdolne do myśle­nia, i sta­rało się prze­ka­zać jakieś infor­ma­cje na zewnątrz.

Teraz bada­nia skon­cen­tro­wały się na samym koko­nie. Ana­liza che­miczna sze­ścia­nów niczego nie wyka­zała - nie były zro­bione z cze­goś "kon­kret­nego", nie posia­dały też żad­nej ato­mo­wej struk­tury. Ściany sze­ścia­nów były płasz­czy­znami czy­stej siły, prze­zro­czy­ste dla nie­któ­rych rodza­jów pro­mie­nio­wa­nia; bryły bar­dzo zimne, a jed­nak aktywne, jak żadne inne dotych­czas spo­tkane maszyny. Poszcze­gólne sze­ściany dawały się oddzie­lić od więk­szego sku­pi­ska, ale wtedy bły­ska­wicz­nie się kur­czyły do roz­mia­rów mikro­sko­pij­nych. Ratow­nicy z zespołu Skade pró­bo­wali skon­cen­tro­wać ska­no­wa­nie na samych sze­ścia­nach, usi­ło­wali zoba­czyć, co kryje się pod ich ścia­nami, ale zawsze się spóź­niali: w miej­scu, gdzie przed chwilą znaj­do­wał się sze­ścian, wykry­wali parę mikro­gra­mów dymią­cych popio­łów. Naj­praw­do­po­dob­niej w sze­ściany wbu­do­wano mecha­nizm samo­de­struk­cji, uru­cha­miany w pew­nych sytu­acjach.

Gdy ratow­nicy usu­nęli war­stwę zarazy, prze­nie­śli Galianę do spe­cjal­nego pomiesz­cze­nia zagnież­dżo­nego w ścia­nie han­garu. Pra­co­wali w wiel­kim zim­nie, by nie pogłę­biać już ist­nie­ją­cych szkód. Cier­pli­wie, z naj­więk­szą ostroż­no­ścią, zdej­mo­wali ostat­nią war­stwę maszyn.

Teraz, gdy zmniej­szono powłokę obcej destruk­cyj­nej mate­rii, wyraź­niej ryso­wał się obraz tego, co stało się z Galianą. Czarne maszyny rze­czy­wi­ście przedarły się do jej głowy, ale inwa­zja oka­zała się łagod­niej­sza niż u pozo­sta­łych człon­ków załogi. Implanty Galiany zostały czę­ściowo roz­mon­to­wane przez agre­so­rów, by uto­ro­wać drogę maszy­nom, nie było jed­nak oznak poważ­nych uszko­dzeń pod­sta­wo­wych struk­tur mózgu. Skade doszła do wnio­sku, że sze­ściany ćwi­czyły inwa­zję cza­szek na innych zało­gan­tach i dotarł­szy do Galiany, wie­działy już, jak to robić bez zabi­ja­nia gospo­da­rza.

Skade doznała przy­pływu opty­mi­zmu. Czarne struk­tury były skon­cen­tro­wane i bez­władne. Wyko­rzy­stu­jąc odpo­wied­nie med­ma­szyny, da się - to nawet banalne - roz­mon­to­wać sze­ścian po sze­ścianie.

Zdo­łamy przy­wró­cić Galia­nie jej poprzed­nią postać.

[Ostroż­nie, Skade. Nie mów hop.]

Rada Nocna, jak się oka­zało, słusz­nie zacho­wy­wała ostroż­ność. Zespół Skade zdej­mo­wał ostat­nią war­stwę sze­ścia­nów, zaczy­na­jąc od stóp Galiany. Z rado­ścią stwier­dzili, że skóra pod spodem nie jest w zasa­dzie uszko­dzona. Kon­ty­nu­owali pracę w górę ciała, aż do karku. Doszli do wnio­sku, że zdo­łają ją ogrzać do nor­mal­nej tem­pe­ra­tury ciała, choć może się to oka­zać trud­niej­sze od zwy­kłego oży­wie­nia z zim­nego snu. Gdy jed­nak odsło­nili twarz Galiany, prze­ko­nali się, że to nie koniec pracy.

Sze­ściany nie­spo­dzie­wa­nie się prze­su­nęły. Śli­zgały się i prze­ska­ki­wały przez sie­bie, kur­czyły gwał­tow­nie i ostat­nia część kokonu wnik­nęła w ciało Galiany jak żywa plama oleju. Czarna fala wnik­nęła w jej usta, nos, uszy i oczo­doły, roz­pły­nęła się wokół gałek ocznych.

Skade ujrzała Galianę wła­śnie taką, jaką miała nadzieję zoba­czyć: pro­mienną kró­lową wra­ca­jącą do domu; nawet jej dłu­gie czarne włosy pozo­stały nie­tknięte, teraz wpraw­dzie zamro­żone i kru­che, ale dokład­nie takie, jakie Galiana miała, wyru­sza­jąc w podróż. W jej gło­wie jed­nak usa­do­wiły się czarne maszyny, dołą­cza­jąc do wcze­śniej roz­lo­ko­wa­nych tam for­ma­cji. Ska­no­wa­nie na­dal nie stwier­dzało poważ­niej­szych naru­szeń ory­gi­nal­nej tkanki mózgo­wej, choć dal­sze ele­menty jej implan­to­wa­nego mecha­ni­zmu zostały roze­brane, by uto­ro­wać drogę inwa­zji. Czarne paso­żyty wyglą­dały jak kraby roz­cią­ga­jące cze­pliwe odnóża do roz­ma­itych obsza­rów jej mózgu.

Powoli, przez wiele dni przy­wra­cano Galia­nie tem­pe­ra­turę ciała nieco poni­żej nor­mal­nej. Rów­no­cze­śnie zespół Skade moni­to­ro­wał agre­sora, ale ten nie wyka­zy­wał zmian, nawet gdy pozo­sta­wione jesz­cze implanty Galiany zaczęły się roz­grze­wać i pod­jęły współ­pracę z tającą tkanką mózgową.

Może jed­nak zwy­cię­żymy? - myślała Skade z nadzieją.

Jak się oka­zało, pra­wie się nie myliła.

* * *

Usły­szała głos. Głos czło­wieka, kobiety, pozba­wiony barwy - lub raczej mający boski brak barwy - takie głosy miały na ogół źró­dło w jej czaszce. Nato­miast ten głos powstał w ludz­kiej krtani i roz­szedł się w powie­trzu, na kilka metrów, po czym został zde­ko­do­wany przez ludzki układ słu­chu, gro­ma­dząc po dro­dze wszel­kiego rodzaju drobne usterki. Już bar­dzo dawno nie sły­szała takich gło­sów.

- Witaj, Galiano - powie­dział głos.

Gdzie jestem?

Nie dostała odpo­wie­dzi.

Po kilku chwi­lach głos dodał uprzej­mie:

- Jeśli możesz, rów­nież musisz mówić. Wystar­czy, że spró­bu­jesz ufor­mo­wać dźwięki, a trał zrobi resztę: odbie­rze inten­cję prze­sła­nia sygna­łów elek­trycz­nych do krtani. Ale samo pomy­śle­nie odpo­wie­dzi nie zała­twi sprawy, gdyż nie ma bez­po­śred­nich połą­czeń mię­dzy twoim umy­słem a moim.

Wyda­wało się, że słowa napły­wają przez całą wiecz­ność. Gdy ktoś przez kilka wie­ków posłu­gi­wał się lin­kami neu­ral­nymi, język mówiony wyda­wał mu się strasz­nie powolny i liniowy, choć skład­nia i gra­ma­tyka były zna­jome.

Wyge­ne­ro­wała inten­cję mowy i usły­szała roz­brzmie­wa­jący swój wła­sny głos, wzmoc­niony.

- Dla­czego?

- Póź­niej do tego przej­dziemy.

- Gdzie jestem? Kim ty jesteś?

- Jesteś bez­pieczna i zdrowa. W domu. Znów w Mat­czy­nym Gnieź­dzie. Odzy­ska­li­śmy twój sta­tek i oży­wi­li­śmy cię. Nazy­wam się Skade.

Galiana zda­wała sobie sprawę tylko z ist­nie­nia sto­ją­cych nad nią mgli­stych postaci, ale teraz pomiesz­cze­nie poja­śniało. Leżała na ple­cach, pod pew­nym kątem do poziomu. Znaj­do­wała się w kase­cie bar­dzo podob­nej do kasety zim­nego snu, ale pozba­wio­nej pokrywy, i twarz miała wysta­wioną na wolne powie­trze. W polu widze­nia postrze­gała pewne obiekty, ale nie mogła poru­szyć żadną czę­ścią ciała, nawet oczami. Roz­ma­zana postać poja­wiła się przed nią, pochy­liła nad otwartą pasz­czą kasety.

- Skade? Nie pamię­tam cię.

- Nie możesz mnie pamię­tać. Sta­łam się Hybry­dow­cem dopiero po twoim odlo­cie.

Galia­nie cisnęły się na usta tysiące pytań wyma­ga­ją­cych odpo­wie­dzi, ale nie mogła ich wszyst­kich zadać jed­no­cze­śnie, zwłasz­cza uży­wa­jąc tego nie­zgrab­nego, prze­sta­rza­łego sys­temu łącz­no­ści. Od cze­goś jed­nak nale­żało zacząć:

- Jak długo byłam nie­obecna?

- Sto dzie­więć­dzie­siąt lat, pra­wie co do mie­siąca. Wyru­szy­łaś...

- W dwa tysiące czte­ry­sta pięt­na­stym roku - odparła szybko Galiana.

- Tak, a teraz mamy dwa tysiące sześć­set piąty.

Było wiele rze­czy, któ­rych Galiana sobie natych­miast nie przy­po­mniała, oraz wiele takich, któ­rych nie chcia­łaby pamię­tać. Zasad­ni­cze sprawy były jed­nak jasne. Dowo­dziła wyprawą trzech stat­ków z Mat­czy­nego Gniazda. Miały się zapu­ścić poza gra­nice zma­po­wa­nego przez ludz­kość kosmosu, zba­dać nie­odwie­dzone pla­nety i poszu­kać zło­żo­nych form obcego życia. Gdy do stat­ków dotarła wia­do­mość o wybu­chu wojny, jeden z nich zawró­cił do domu, a pozo­stałe dwa kon­ty­nu­owały podróż, obla­tu­jąc wiele nowych ukła­dów sło­necz­nych.

Choć usil­nie pró­bo­wała, nie mogła sobie przy­po­mnieć, co się stało z dru­gim stat­kiem, który kon­ty­nu­ował podróż. Miała tylko prze­ra­ża­jące poczu­cie straty, a w gło­wie pustkę wyma­ga­jącą wypeł­nie­nia gło­sami.

- Moja załoga?

- Przej­dziemy do tego - odparła znowu Skade.

- A Cla­vain i Felka? Dotarli w końcu? Poże­gna­li­śmy się z nimi w głę­bo­kim kosmo­sie. Mieli wra­cać do Mat­czy­nego Gniazda.

Nastą­piła okropna, prze­ra­ża­jąca prze­rwa, zanim Skade odpo­wie­działa:

- Udało im się wró­cić.

Galiana ode­tchnę­łaby, gdyby mogła ode­tchnąć. Tak zaska­ku­jące było uczu­cie ulgi. Dopiero gdy usły­szała wia­do­mość, że uko­chane osoby są bez­pieczne, zdała sobie sprawę, jak strasz­nego dozna­wała napię­cia.

Nastą­piły chwile bło­giego spo­koju i Galiana przyj­rzała się Skade. Pod wie­loma wzglę­dami kobieta przy­po­mi­nała Hybry­dowca z epoki Galiany. Miała na sobie pro­ste spodnie, jak od piżamy, i luźno prze­pa­saną czarną bluzę z jedwab­no­po­dob­nej tka­niny, pozba­wioną wszel­kich ozdób i oznak. Była asce­tycz­nie chuda i blada, wyglą­dała pra­wie na nie­do­ży­wioną. Jej woskowe, gład­kie obli­cze, nie było nie­atrak­cyjne, lecz bra­ko­wało mu linii i zmarsz­czek odda­ją­cych zwy­kły wyraz twa­rzy. Nie miała rów­nież wło­sów ani na gło­wie, ani na twa­rzy, co nada­wało jej wygląd nie­do­koń­czo­nej lalki. Te atry­buty nie pozwa­lały wyróż­nić Skade z tysięcy innych Hybry­dow­ców. Bez linku umysł-do-umy­słu, bez zwy­kłej chmury rzu­to­wa­nych fan­ta­zmów, nada­ją­cych cechy indy­wi­du­alne, trudno ich było odróż­nić.

Galiana jed­nak ni­gdy nie widziała takiego Hybry­dowca. Skade miała grze­bień - sztywny, wąski czub, który wyła­niał się z czoła dwa cen­ty­me­try nad nosem i zakrzy­wiał do tyłu pośrodku czaszki. Wąska górna powierzch­nia wyrostka była twarda i kości­sta, ale boki miały piękne, deli­katne, pio­nowe prążki, które mie­niły się wzo­rami dyfrak­cyj­nymi - jaskra­wo­nie­bie­skimi i poma­rań­czo­wymi, kaskadą tęczo­wych odcieni, zmie­nia­ją­cych się przy naj­mniej­szym ruchu głowy Skade. Galiana zauwa­żyła rów­nież falo­wa­nie roz­ma­itych barw wzdłuż grze­bie­nia, nawet wtedy, gdy ów się nie prze­chy­lał.

- Zawsze taka byłaś? - spy­tała.

Skade deli­kat­nie dotknęła grze­bie­nia.

- Nie, to jest nasza hybry­dow­ska mody­fi­ka­cja. Od two­jego wyjazdu, Galiano, wiele się zmie­niło. Naj­lepsi z nas myślą tak szybko, że aż trudno to sobie wyobra­zić.

- Naj­lepsi z was?

- Może źle się wyra­zi­łam... cho­dzi o to, że nie­któ­rzy osią­gnęli gra­nice prze­cięt­nego ludz­kiego orga­ni­zmu. Implanty w naszych gło­wach umoż­li­wiają nam myśle­nie dzie­sięć do pięt­na­stu razy szyb­sze niż nor­mal­nie, przez cały czas, ale kosz­tem zwięk­szo­nego wydzie­la­nia cie­pła. Moja krew jest pom­po­wana przez grze­bień, a potem przez układ bruzd, gdzie oddaje cie­pło. Budowa bruzd jest zop­ty­ma­li­zo­wana ze względu na mak­sy­ma­li­za­cję powierzchni. Bruzdy marsz­czą się, by zapew­nić cyr­ku­la­cję powie­trza. Efekt jest przy­jemny wizu­al­nie, tak mi mówiono, ale to zupeł­nie przy­pad­kowe. Prze­ję­li­śmy ten trik od dino­zau­rów. Nie były aż tak głu­pie, jak się uważa. - Skade znów pogła­skała swój grze­bień. - Nie ma powo­dów do nie­po­koju, Galiano. Nie wszystko się zmie­niło.

- Sły­sze­li­śmy, że wybu­chła wojna - powie­działa Galiana. - Byli­śmy pięt­na­ście lat świetl­nych stąd, gdy prze­chwy­ci­li­śmy raporty. Naj­pierw o zara­zie, a potem o woj­nie. Raporty nie brzmiały sen­sow­nie, mówiły, że wsz­czy­namy wojnę z Demar­chi­stami, naszymi sta­rymi sprzy­mie­rzeń­cami.

- To prawda - potwier­dziła Skade z lek­kim smut­kiem.

- Na Boga, dla­czego?

- Z powodu zarazy. Znisz­czyła spo­łe­czeń­stwo Demar­chi­stów, stwo­rzyła próż­nię wła­dzy wokół Yel­low­stone. Na ich prośbę wpro­wa­dzi­li­śmy się tam, by usta­no­wić zarząd tym­cza­sowy w Chasm City i jego sate­li­tar­nych wspól­no­tach. Lepiej my niż inny odłam ludz­ko­ści, tak rozu­mo­wano. Możesz sobie wyobra­zić, jakiego bała­ganu naro­bi­liby tam Ultrasi czy Pory­wa­cze? Trwało to kilka lat, ale potem Demar­chi­ści zaczęli odzy­ski­wać dawną potęgę. Nie odpo­wia­dało im to, że prze­ję­li­śmy kon­trolę nad ukła­dem, i nie zamie­rzali nego­cjo­wać poko­jo­wych warun­ków przy­wró­ce­nia swo­ich rzą­dów, więc wybu­chła wojna. Oni ją zaczęli, wszy­scy zga­dzają się co do tego.

Galiana czuła, jak mija jej rado­sny nastrój. Miała wcze­śniej nadzieję, że pogło­ski o woj­nie są prze­sa­dzone.

- Jed­nak, jak widać, zwy­cię­ży­li­śmy - powie­działa.

- Nie. W zasa­dzie nie. Rozu­miesz... wojna na­dal trwa.

- Ale to już...

- Pięć­dzie­siąt cztery lata - stwier­dziła Skade. - No tak, oczy­wi­ście były wzloty i upadki, zawie­sze­nia broni i krót­kie okresy odprę­że­nia. Ale się nie utrzy­mały. Znów odro­dziły się stare kon­flikty ide­olo­giczne, otwarły się jak świeże rany. W isto­cie oni nam ni­gdy nie ufali, a my uwa­ża­li­śmy ich za reak­cyj­nych ludy­stów, któ­rzy nie chcą zaak­cep­to­wać nowej fazy ludz­kiego roz­woju.

Po raz pierw­szy po prze­bu­dze­niu Galiana poczuła migre­nowy ucisk za gał­kami ocznymi, a wraz z nim burzę pier­wot­nych emo­cji, wyjącą z naj­star­szej czę­ści ssa­czego mózgu. To prze­ra­ża­jący strach przed pości­giem, przed zbli­ża­jącą się watahą ciem­nych dra­pież­ni­ków.

Maszyny, powie­działa pamięć. Maszyny jak wilki, które przy­szły z prze­strzeni mię­dzy­gwiezd­nej i wcze­piły się w pło­mień wyrzu­cany przez twój sta­tek.

Nazwa­łaś je wil­kami, Galiano.

Ich.

Nas.

Dziwne wra­że­nie ustą­piło.

- Prze­cież przez długi czas tak dobrze ze sobą współ­pra­co­wa­li­śmy - powie­działa Galiana. - Na pewno znów znaj­dziemy płasz­czy­znę poro­zu­mie­nia. Są waż­niej­sze rze­czy od małost­ko­wej walki o to, kto zarzą­dza poje­dyn­czym ukła­dem.

Skade pokrę­ciła głową.

- Nie­stety za późno. Za dużo ludzi zgi­nęło, za wiele obiet­nic zła­mano, zbyt wiele popeł­niono okru­cieństw. Kon­flikt roz­sze­rzył się na inne układy, wszę­dzie, gdzie znaj­do­wali się Hybry­dowcy i Demar­chi­ści. - Uśmiech­nęła się, lecz był to uśmiech wymu­szony, i jej twarz natych­miast przy­brała neu­tralny wyraz, gdy tylko mię­śnie się odprę­żyły. - Sytu­acja nie jest aż tak roz­pacz­liwa, jak sobie wyobra­żasz. Szala zwy­cię­stwa prze­chyla się na naszą stronę powoli, lecz zde­cy­do­wa­nie. Cla­vain wró­cił dwa­dzie­ścia trzy lata temu i natych­miast zmie­nił bieg spraw. Przed jego przy­by­ciem bro­ni­li­śmy się, zła­pani w pułapkę dzia­ła­nia jak praw­dziwy zbio­rowy umysł. Dla­tego nasze posu­nię­cia były dla wroga bar­dzo łatwe do prze­wi­dze­nia. Cla­vain wyrwał nas z tego wię­zie­nia.

Galiana usi­ło­wała wyrzu­cić wilki ze swego umy­słu, wra­ca­jąc pamię­cią do czasu, gdy spo­tkała Cla­va­ina. Było to na Mar­sie, gdy wal­czył prze­ciw niej jako żoł­nierz Koali­cji na rzecz Czy­sto­ści Neu­ral­nej. Koali­cja sprze­ciwiała się eks­pe­ry­men­tom wspo­ma­ga­nia umy­słów i uznała, że jedy­nym akcep­to­wal­nym rezul­ta­tem jest osta­teczna ani­hi­la­cja Hybry­dow­ców.

Cla­vain postrze­gał to sze­rzej. Po pierw­sze, jako wię­zień Galiany uświa­do­mił jej, jak prze­ra­ża­jące są jej eks­pe­ry­menty dla reszty układu. Przed­tem nie zda­wała sobie z tego sprawy, dopóki Cla­vain, pod­czas dłu­gich mie­sięcy uwię­zie­nia, cier­pli­wie jej wszyst­kiego nie wyja­śnił. Potem, gdy go uwol­niono i wyne­go­cjo­wano warunki zawie­sze­nia broni, to wła­śnie Cla­vain wpro­wa­dził Demar­chi­stów jako neu­tralną trze­cią stronę. Demar­chi­ści przy­go­to­wali układ o zawie­sze­niu broni i Cla­vain dotąd nama­wiał Galianę, aż go pod­pi­sała. To mistrzow­skie posu­nię­cie sce­men­to­wało sojusz Hybry­dow­ców z Demar­chi­stami, który miał prze­trwać wieki. Koali­cja na rzecz Czy­sto­ści Neu­ral­nej nato­miast zasłu­żyła naj­wy­żej na drobną wzmiankę w histo­rii. Hybry­dowcy na­dal pro­wa­dzili doświad­cze­nia neu­ralne; tole­ro­wano je, a nawet do nich zachę­cano, pod warun­kiem, że Hybry­dowcy nie podejmą prób wchło­nię­cia innych kul­tur. Póź­niej Demar­chi­ści zaczęli wyko­rzy­sty­wać tech­niki neu­ro­nowe i sprze­da­wać je róż­nym odła­mom ludz­ko­ści.

Wszy­scy byli zado­wo­leni.

Ale w isto­cie Skade miała rację: przy­mie­rze ni­gdy nie było łatwe. W jakimś momen­cie wojna stała się nie­unik­niona, zwłasz­cza gdy poja­wił się nowy ele­ment - par­chowa zaraza.

Ale żeby to trwało aż pięć­dzie­siąt cztery lata? Cla­vain ni­gdy by cze­goś takiego nie tole­ro­wał, pomy­ślała Galiana. Wojnę uwa­żał za straszne mar­no­traw­stwo ludz­kich sił. Szu­kałby spo­so­bów osta­tecz­nego zakoń­cze­nia kon­fliktu albo przy­naj­mniej trwa­łego zawie­sze­nia broni.

Migre­nowy ucisk w gło­wie na­dal ją drę­czył, choć nieco zelżał. Miała nie­po­ko­jące wra­że­nie, że coś z wnę­trza czaszki patrzy przez jej oczy, jakby nie była ich jedy­nym użyt­kow­ni­kiem.

Zbli­ży­li­śmy się do two­ich dwóch stat­ków nie­śpiesz­nymi susami sta­ro­daw­nych zabój­ców, któ­rzy nie mają gatun­ko­wej pamięci porażki. Czu­łaś nasze umy­sły - czy­ste inte­lekty balan­su­jące na gra­nicy inte­li­gen­cji, rów­nie stare i zimne jak pył mię­dzy­gwiaz­dowy.

Czu­łaś nasz głód.

- Ale Cla­vain... - zaczęła.

- Co Cla­vain? - spy­tała Skade.

- Zna­la­złby jakiś spo­sób zakoń­cze­nia kon­fliktu. Dla­czego tego nie zro­bił?

Skade odwró­ciła się na chwilę i jej grze­bień wyglą­dał teraz jak wąski grzbiet usta­wiony kra­wę­dzią do Galiany. Gdy się znów odwró­ciła, miała dziwną minę.

Widzia­łaś, jak prze­ję­li­śmy twój pierw­szy sta­tek, dła­wiąc go falą docie­kli­wych czar­nych maszyn. Maszyny roz­szar­pały sta­tek na strzępy. Widzia­łaś, jak wybuchł, a eks­plo­zja wygra­we­ro­wała różo­wego łabę­dzia na two­jej siat­kówce, i czu­łaś, jak pękała sieć połą­czo­nych umy­słów, ode­bra­łaś to jak utratę tysiąca dzieci.

Pró­bo­wa­łaś się odsu­nąć, ale wtedy było już za późno.

Gdy dotar­li­śmy na twój sta­tek, postę­po­wa­li­śmy nieco ostroż­niej.

- To nie jest łatwe, Galiano.

- Co takiego?

- Sprawa Cla­va­ina.

- Powie­dzia­łaś, że wró­cił.

- Tak. Felka też wró­ciła. Ale z przy­kro­ścią muszę cię poin­for­mo­wać, że oboje zmarli. - Słowa napły­wały jedno po dru­gim, powoli jak odde­chy. - Jede­na­ście lat temu. Demar­chi­ści sku­tecz­nie zaata­ko­wali Gniazdo. Cla­vain i Felka zgi­nęli.

Galiana mogła zare­ago­wać tylko w jeden racjo­nalny spo­sób.

- Nie!

- Bar­dzo ci współ­czuję - powie­działa Skade. Jej grze­bień bły­snął ultra­ma­ryną. - Bar­dzo żałuję, że to się stało. Byli dla nas war­to­ścio­wymi akty­wami.

- Akty­wami?

Skade musiała odczuć wście­kłość Galiany.

- Cho­dzi mi o to, że ich kochano. Wszy­scy roz­pa­cza­li­śmy po ich stra­cie.

- Więc mi to udo­wod­nij. Otwórz swój umysł. Znieś zapory. Chcę w to wnik­nąć.

Skade stała obok kasety.

- Dla­czego, Galiano?

- Ponie­waż dopóki w to nie wniknę, nie będę pewna, czy mówisz prawdę.

- Nie kła­mię - oznaj­miła Skade łagod­nie. - Ale nie mogę pozwo­lić, by nasze umy­sły roz­ma­wiały. W two­jej gło­wie coś jest. Nie rozu­miemy, co to takiego, ale wiemy, że jest to praw­do­po­dob­nie obce i praw­do­po­dob­nie wro­gie.

- Nie wie­rzę...

Teraz ciśnie­nie za oczami stało się bar­dzo dotkliwe. Galiana miała par­szywe wra­że­nie, że odsu­nięto ją, stłam­szono, upchano w mały, nie­sku­teczny zaką­tek jej wła­snej czaszki. Coś nie­wy­obra­żal­nie złego i pier­wot­nego prze­jęło gospo­dar­stwo, przy­cup­nąw­szy za jej oczami.

Usły­szała swoją mowę:

- Masz na myśli mnie?

Skade tylko nie­znacz­nie drgnęła. Galiana podzi­wiała u niej zimną krew Hybry­dowca.

- Może. A kim ty wła­ści­wie jesteś?

- Mam tylko takie imię, jakie mi ona nadała.

- Ona? - spy­tała Skade z roz­ba­wie­niem, ale jej grze­bień migo­tał jasno­zie­lono, świad­cząc o prze­ra­że­niu, choć głos miała spo­kojny.

- Galiana - odpo­wie­działa istota. - Nim ją prze­ją­łem. Nazwała nas... mój umysł... wil­kami. Opa­no­wa­li­śmy jej sta­tek po znisz­cze­niu tam­tego dru­giego statku. Z początku nie­zbyt poj­mo­wa­li­śmy, czym oni są, ale potem otwo­rzy­li­śmy ich czaszki i wchło­nę­li­śmy ich cen­tralny układ ner­wowy. Dzięki temu wiele zro­zu­mie­li­śmy: jak myślą, jak się komu­ni­kują, co zro­bili ze swo­imi mózgami.

Galiana pró­bo­wała się poru­szyć, choć Skade już przed­tem wpro­wa­dziła ją w stan para­liżu. Usi­ło­wała krzyk­nąć, ale wilk - bo tak go nazwała - prze­jął cał­ko­witą kon­trolę nad jej gło­sem.

Przy­po­mi­nała sobie wszyst­kie wyda­rze­nia.

- Dla­czego jej nie zabi­łeś? - spy­tała Skade.

- To było zupeł­nie ina­czej - odparł wilk. - Powin­naś zapy­tać, dla­czego ona sama się nie zabiła, nim do tego doszło. Prze­cież mogłaby. Gdyby tylko pomy­ślała takie życze­nie, mogłaby znisz­czyć sta­tek wraz z całą załogą.

- Więc dla­czego tego nie zro­biła?

- Zawarła z nami ugodę, gdy wszyst­kich zabi­li­śmy i tylko ona została. Miała zanie­chać samo­bój­stwa pod warun­kiem, że pozwo­limy jej wró­cić do domu. Wie­działa, że to ozna­cza, że ja wniknę do jej czaszki i pobu­szuję w jej pamięci.

- Dla­czego wła­śnie ją wybra­li­ście?

- Była waszą kró­lową, Skade. Gdy tylko odczy­ta­li­śmy umy­sły zało­gan­tów, wie­dzie­li­śmy, że to wła­śnie jej potrze­bu­jemy naprawdę.

Skade mil­czała. Akwa­ma­ry­nowe i zie­lone prążki goniły się powol­nymi falami od czoła do karku.

- Nie zary­zy­ko­wa­łaby dopro­wa­dze­nia was tutaj.

- Prze­ciw­nie, jeśli doszła do wnio­sku, że prze­wa­żają korzy­ści zwią­zane z tym, że wcze­śniej was ostrzeże. To była ugoda. Dała nam czas na zebra­nie infor­ma­cji i nadzieję, że dowiemy się wię­cej. I dowie­dzie­li­śmy się.

Skade dotknęła pal­cem gór­nej wargi, a potem unio­sła go pio­nowo przed sobą, jakby badała kie­ru­nek wia­tru.

- Jeśli naprawdę jeste­ście wyż­szą obcą inte­li­gen­cją i wie­dzie­li­ście, gdzie jeste­śmy, już byście do nas dotarli.

- Słusz­nie, Skade. W pew­nym sen­sie masz rację. Nie wiemy dokład­nie, dokąd Galiana nas przy­wio­zła. Ja wiem, ale nie mogę tego prze­ka­zać swoim towa­rzy­szom. To jed­nak nie ma zna­cze­nia. Jeste­ście cywi­li­za­cją podróży kosmicz­nych. I choć jeste­ście podzie­leni na odłamy, to róż­nice są bez zna­cze­nia. Na pod­sta­wie tego, co upi­li­śmy z waszych pamięci, i tego, co na­dal z nich czer­piemy, potra­fimy w przy­bli­że­niu okre­ślić rejon zamiesz­ki­wa­nego przez was kosmosu. Roz­prze­strze­nia­cie się i gra­niczna powierzch­nia waszego obszaru eks­pan­sji wzra­sta geo­me­trycz­nie, więc stale zwięk­sza się praw­do­po­do­bień­stwo spo­tka­nia z nami. Już raz się to wyda­rzyło i mogło nastą­pić gdzie­kol­wiek, w innych punk­tach gra­nicz­nej sfery.

- Dla­czego mi to mówisz? - spy­tała Skade.

- Jak to po co? Żeby cię prze­stra­szyć.

Skade była jed­nak na to za sprytna.

- Nie. Musi być inny powód. Chcesz dać mi do zro­zu­mie­nia, że możesz być uży­teczny.

- Co takiego? - pomru­ki­wał z roz­ba­wie­niem.

- Mogę cię natych­miast zabić. Prze­cież ostrze­że­nie już zostało prze­ka­zane.

Gdyby Galiana mogła się poru­szyć, czy choćby mru­gnąć, wysła­łaby znak, że się na to zga­dza. Chciała umrzeć. Jaki cel mia­łoby teraz jej życie? Cla­vain odszedł. Felka ode­szła. Teraz to pewne. I pewne jest rów­nież to, że żadne sztuczki Hybry­dow­ców nie zdo­łają uwol­nić jej od tego paskudz­twa w gło­wie.

Skade miała rację. Galiana wyko­nała swoje zada­nie, speł­niła ostatni obo­wią­zek wobec Mat­czy­nego Gniazda. Gniazdo wie­działo, że wilki czy­hają i naj­praw­do­po­dob­niej zbli­żają się, czu­jąc ludzką krew.

Nie miało sensu trzy­ma­nie jej dłu­żej przy życiu. Wilk przez cały czas będzie cze­kał na oka­zję ucieczki z jej głowy, choćby Skade wyka­zała nad­zwy­czajną czuj­ność. Mat­czyne Gniazdo mogło czer­pać z tego jakąś naukę, dostać drobną wska­zówkę co do ich moty­wów czy sła­bych miejsc, ale potworne skutki takiej ucieczki prze­wa­żały ewen­tu­alne korzy­ści.

Galiana o tym wie­działa. Tak jak wilk miał dostęp do jej wspo­mnień, tak ona, za pomocą nie­znacz­nego i może spe­cjal­nie zaini­cjo­wa­nego pro­cesu wstecz­nej kon­ta­mi­na­cji, wyczuła część jego wła­snej histo­rii. Nic kon­kret­nego, nie potra­fi­łaby tego nawet zwer­ba­li­zo­wać. Wyczuła jed­nak odwieczną lita­nię chi­rur­gicz­nych ludo­bójstw, strasz­nych pro­ce­sów czysz­cze­nia etnicz­nego, prze­pro­wa­dza­nych wśród kolej­nych gatun­ków rozum­nych. Pamięci były prze­cho­wy­wane z biu­ro­kra­tyczną skru­pu­lat­no­ścią przez miliony lat czasu galak­tycz­nego, a każda nowa znisz­czona cywi­li­za­cja sta­no­wiła jedy­nie zapis księ­gowy. Galiana wyśle­dziła oka­zjo­nalne, gorącz­kowe wyma­zy­wa­nie, selek­cję zapo­cząt­ko­waną z nie­po­żą­da­nym opóź­nie­niem. Wyśle­dziła nawet rzad­kie przy­padki bru­tal­nej inge­ren­cji, gdy wcze­śniej­szych selek­cji nie prze­pro­wa­dzono zado­wa­la­jąco.

W żad­nym jed­nak miej­scu, ni­gdy, nie wyczuła więk­szej porażki.

Nagle, gwał­tow­nie, wilk ustą­pił, pozwo­lił jej prze­mó­wić.

- Skade?

- Co takiego?

- Pro­szę, zabij mnie. Zabij mnie natych­miast.

JEDEN

Anto­inette Bax obser­wo­wała, jak poli­cyjny proksy wynu­rza się ze śluzy. Maszyna, zbu­do­wana z pła­skiej czar­nej zbroi i ostrych prze­gu­bo­wych odnóży, przy­po­mi­nała rzeźbę skom­po­no­waną z wielu par nożyc. Była tru­pio zimna, gdyż przed­tem tkwiła na zewnątrz jed­nego z trzech poli­cyjnych kutrów, które obec­nie unie­ru­cha­miały sta­tek Anto­inette. Kor­pus maszyny pokry­wał żół­tawy szron paliwa rakie­to­wego, sub­li­mu­ją­cego teraz pięk­nymi spi­ral­kami.

- Pro­szę się odsu­nąć - powie­dział proksy. - Kon­takt fizyczny nie jest wska­zany.

Chmura paliwa cuch­nęła tok­sycz­nie. Anto­inette zatrza­snęła przy­łbicę swego hełmu, gdy proksy prze­my­kał obok.

- Nie rozu­miem, czego się spo­dzie­wa­cie po tym prze­szu­ka­niu - powie­działa. Szła za proksy w pew­nej odle­gło­ści.

- Nie wiem, póki nie znajdę - odparł proksy. Już usta­lił czę­sto­tli­wość, na jakiej pra­co­wało radio jej ska­fan­dra.

- Słu­chaj, nie zaj­muję się prze­my­tem. Nie za bar­dzo lubię być mar­twa.

- Wszy­scy tak mówią.

- Dla­czego ktoś miałby coś prze­my­cać do Hospi­cjum Idle­wild? To prze­cież banda asce­tów, maniacy reli­gijni, nie demony szmu­glu.

- A jed­nak coś pani wie na temat kon­tra­bandy.

- Nie mówi­łam prze­cież...

- Nie­ważne, pani Bax. Cho­dzi o to, że jest wojna i niczego nie można wyklu­czyć.

Proksy zatrzy­mał się i wygiął, z jego sta­wów i miejsc zała­ma­nia z trza­skiem odpa­dły płaty żół­tego lodu. W kor­pu­sie maszyny - czar­nym jaju z kry­zami i mnó­stwem wysta­ją­cych odnóży, z mani­pu­la­to­rami i bro­nią - nie było pilota, lecz tylko urzą­dze­nia utrzy­mu­jące łącz­ność z pilo­tem. Pilot na­dal tkwił w jed­nym z trzech kutrów. Był wtło­czony w kani­ster pod­trzy­my­wa­nia i życia, pozba­wiony orga­nów nie­istot­nych dla pracy.

- Jak chcesz, możesz spraw­dzić w Hospi­cjum - powie­działa.

- Już tam zasię­gną­łem infor­ma­cji. Ale przy­zna pani, że w spra­wach takich jak ta lepiej mieć cał­ko­witą pew­ność, że wszystko jest legalne?

- Przy­znam, co tylko chcesz, jeśli dzięki temu opu­ścisz mój sta­tek.

- Hmm. A dla­czego tak pani śpieszno?

- Bo wiozę sor­bet... to zna­czy pasa­żera krio­ge­nicz­nego, i nie chcę, żeby mi tu odta­jał.

- Bar­dzo bym chciał zoba­czyć tego pasa­żera. Można?

- Raczej trudno mi będzie odmó­wić. - Spo­dzie­wała się tego i cze­ka­jąc na przy­by­cie proksy, wło­żyła ska­fan­der próż­niowy.

- Dobrze. To potrwa minutkę i może pani lecieć dalej. - Po chwili mil­cze­nia maszyna dodała: - Zakła­da­jąc, oczy­wi­ście, że nie będzie żad­nych nie­pra­wi­dło­wo­ści.

- Tędy.

Anto­inette pchnęła panel, odsła­nia­jąc wąski tunel do głów­nej ładowni Burzyka. Prze­pu­ściła proksy przo­dem, posta­na­wia­jąc mówić jak naj­mniej i nie odzy­wać się bez zapro­sze­nia. Ktoś mógłby to uznać za prze­jaw uporu, ale więk­sze podej­rze­nia wywo­ła­łaby usłuż­nymi wyja­śnie­niami. Mili­cjanci Kon­wen­cji Fer­ri­svil­l­skiej nie cie­szyli się sym­pa­tią; wie­dzieli o tym i uwzględ­niali to, mając do czy­nie­nia z cywi­lami.

- Masz nie­zły sta­tek, Anto­inette.

- Dla cie­bie: panna Bax. Nie przy­po­mi­nam sobie, żeby­śmy prze­cho­dzili na ty.

- Wobec tego, "panno Bax". Moja uwaga pozo­staje jed­nak praw­dziwa. Pani sta­tek wygląda z zewnątrz dość zwy­czaj­nie, ale spra­wia wra­że­nie, że jest mecha­nicz­nie sprawny i zdolny do dale­kich podróży. Sta­tek o takiej kuba­tu­rze mógłby z zyskiem ope­ro­wać na wielu legal­nych tra­sach han­dlo­wych, nawet w naszych mrocz­nych cza­sach.

- W takim razie jaki inte­res mia­ła­bym w tym, by bawić się w prze­myt­nika?

- Żaden, ale zasta­na­wiam się, dla­czego traci pani takie moż­li­wo­ści, podej­mu­jąc się dziw­nych zle­ceń dla Hospi­cjum. Są wpły­wowi, ale, o ile wiemy, nie­zbyt zamożni. - Maszyna znów na chwilę zamil­kła. - Musi pani przy­znać, że to nieco zagad­kowe. Zamro­żeni zazwy­czaj zjeż­dżają na dół z Idle­wild, a nie wjeż­dżają do nich na górę. W ogóle rzadko się zda­rza trans­por­to­wa­nie zamro­żo­nych ciał. Zwy­kle są roz­mra­żane jesz­cze zanim opusz­czą Idle­wild.

- Nie do mnie należy zada­wa­nie pytań.

- Ale tak się składa, że należy to do mnie. Chyba już dotar­li­śmy na miej­sce?

W ładowni nie było teraz powie­trza, więc musieli poko­nać wewnętrzną śluzę obro­tową. Anto­inette zapa­liła świa­tło. Prze­pastna komora ziała pustką, wypeł­niona jedy­nie trój­wy­mia­rową sie­cią ste­laży do moco­wa­nia palet i pod­wie­sza­nia gon­doli. Proxy posu­wał się wśród tych rusz­to­wań z pedan­tyczną ostroż­no­ścią taran­tuli.

- Rze­czy­wi­ście leci pani z pustą ładow­nią. Nie ma tu żad­nego kon­te­nera.

- To nie prze­stęp­stwo.

- Tego nie twier­dzę, ale to nad­zwy­czaj dziwne. Żebracy muszą pani bar­dzo dużo pła­cić, skoro pokrywa to koszty takiej podróży.

- Oni usta­lają warunki, nie ja.

- Zdziw­niej i zdziw­niej.

Oczy­wi­ście proksy miał rację. Wszy­scy wie­dzieli, że Hospi­cjum trosz­czy się o zamro­żo­nych - bied­nych, ran­nych, z ter­mi­nalną amne­zją - któ­rych dopiero co wyła­do­wano ze stat­ków. Żebracy roz­mra­żali ich, oży­wiali, pod­da­wali reha­bi­li­ta­cji i opie­ko­wali się nimi, aż ci ludzie poczuli się na tyle dobrze, że mogli odle­cieć lub przy­naj­mniej wzno­wić pod­sta­wowe funk­cje życiowe. Nie­któ­rzy, ni­gdy nie odzy­skaw­szy pamięci, zamiesz­ki­wali w Hospi­cjum i po prze­szko­le­niu posta­na­wiali zostać Żebra­kami. Jed­nakże ruty­nowo Hospi­cjum przyj­mo­wało wyłącz­nie takich zamro­żo­nych, któ­rzy pocho­dzili ze stat­ków kosmicz­nych.

- Więc dobrze... - zaczęła. - Powie­dzieli, że nastą­piła pomyłka. Doku­menty tego czło­wieka pomy­lono pod­czas roz­ła­dunku statku. Pomy­lono go z innym zamro­żo­nym, który nie miał być roz­mra­żany, ale tylko zba­dany w Hospi­cjum. Tam­ten drugi męż­czy­zna miał dole­cieć zimny do Chasm City i zostać roz­mro­żony dopiero tam.

- To nie­zwy­kłe - stwier­dził proksy.

- Wygląda na to, że facet nie lubił podróży kosmicz­nych. Zro­bił się duży baj­zel. Gdy odkryto błąd, tam­ten zamro­żony był już w poło­wie drogi do Chasm. Poważna wpadka i Hospi­cjum chce to napra­wić, nim powsta­nie więk­szy bała­gan. Wezwali mnie, zabra­łam ciało z Pier­ście­nia Złomu i teraz pędzę z tym na Idle­wild.

- Ale po co ten pośpiech? Skoro jest zamro­żone, na pewno...

- Kaseta to zaby­tek muze­alny, a w ciągu ostat­nich dni trak­to­wano ją dość bru­tal­nie. Ponadto dwie rodziny zaczy­nają zada­wać nie­przy­jemne pyta­nia. Im szyb­ciej znów zamieni się ciała, tym lepiej.

- Rozu­miem, że Żebracy usi­łują zacho­wać w tej spra­wie dys­kre­cję. Nie­na­ganna repu­ta­cja Hospi­cjum dozna­łaby uszczerbku, gdyby wszystko wyszło na jaw.

- Wła­śnie. - Anto­inette pozwo­liła sobie na sła­biut­kie uczu­cie ulgi i przez chwilę towa­rzy­szyła jej nie­bez­pieczna myśl, by powró­cić do wystu­dio­wa­nego bier­nego oporu. Powie­działa jed­nak: - No to teraz, kiedy już wszystko rozu­miesz, może byś mnie wypu­ścił. Chyba nie chcesz iry­to­wać Hospi­cjum?

- Oczy­wi­ście, że nie, ale skoro już tak daleko zaszli­śmy, warto spraw­dzić pasa­żera.

- Rze­czy­wi­ście, warto.

Dotarli do kasety. Jed­nostka zim­nego snu, upchnięta na tyłach ładowni, wyglą­dała dość prze­cięt­nie. Mato­wo­sre­brzy­sta, miała w gór­nej czę­ści pro­sto­kątne okienko z dym­nego szkła. W środku, pod drugą płytą z dym­nego szkła, znaj­do­wał się zagłę­biony panel z kon­tro­l­kami i disple­jami para­me­trów.

- To dziwne miej­sce dla kasety, sam tył ładowni - zauwa­żył proksy.

- Dla mnie nie. Jest bli­sko spodnich drzwi. Szybko ją zała­do­wa­łam, a jesz­cze szyb­ciej wyła­duję.

- Racja. Nie ma pani nic prze­ciwko temu, że dokład­niej się przyj­rzę?

- Pro­szę się nie krę­po­wać.

Proksy przy­kuc­nął w odle­gło­ści metra od kasety, wysu­nął odnóża zakoń­czone czuj­ni­kami, ale nie dotknął kasety w żad­nym miej­scu. Postę­po­wał z naj­wyż­szą ostroż­no­ścią, nie chcąc znisz­czyć wła­sno­ści Hospi­cjum ani zaszko­dzić ciału w kase­cie.

- Mówiła pani, że ten męż­czy­zna dopiero nie­dawno przy­był na Idle­wild.

- Wiem tyle, co mi powie­dzieli Żebracy.

Proksy w zamy­śle­niu pokle­pał się jedną ze swych koń­czyn.

- To dziwne, bo ostat­nio nie przy­le­ciał tu żaden więk­szy sta­tek. Teraz, gdy wia­do­mo­ści o woj­nie zdą­żyły dotrzeć do naj­dal­szych ukła­dów, Yel­low­stone nie jest tak popu­lar­nym celem podróży jak ongiś.

Anto­inette wzru­szyła ramio­nami.

- W takim razie poroz­ma­wiaj z Hospi­cjum, jeśli cię to nie­po­koi. Wiem tyle, że zała­do­wa­łam zmar­z­laka i mam go do nich dostar­czyć.

Proksy wysu­nął urzą­dze­nie, które Anto­inette uznała za kamerę, i umie­ścił je nad szybą kasety.

- Tak, to na pewno męż­czy­zna - stwier­dził, jakby komu­ni­ko­wał Anto­inette nowinę. - W głę­bo­kim zim­nym śnie. Pozwoli pani, że przy oka­zji odsunę okienko i spoj­rzę na odczyty? Gdyby się oka­zało, że wystą­piły jakieś pro­blemy, mógł­bym praw­do­po­dob­nie zor­ga­ni­zo­wać eskortę i dowieźć was do Hospi­cjum dwu­krot­nie szyb­ciej...

Nim zdą­żyła odpo­wie­dzieć czy zapro­te­sto­wać, proksy odsu­nął szybkę zasła­nia­jącą tablicę kon­tro­lek i displej para­me­trów. Usta­bi­li­zo­wał swój kor­pus, przy­trzy­mu­jąc się słupa kon­struk­cyj­nego palet, pochy­lił się nisko nad kasetą i zaczął prze­su­wać w lewo i w prawo okiem ska­nu­ją­cym po displeju. Od czasu do czasu wibro­wał.

Anto­inette pociła się. Displeje wyglą­dały dość prze­ko­nu­jąco, ale u kogoś, kto znał taj­niki zim­nego snu, musiały natych­miast wzbu­dzić podej­rze­nia. Nie były takie, jak być powinny, gdyby w kase­cie leżał zahi­ber­no­wany czło­wiek. Pierw­sze wąt­pli­wo­ści, potem docie­kliw­sze bada­nia, pogrze­ba­nie w ukry­tych opcjach disple­jów - wszystko to spo­wo­duje, że cała prawda wyj­dzie na jaw.

Proksy zba­dał odczyty i odchy­lił się od kasety, naj­wy­raź­niej usa­tys­fak­cjo­no­wany. Anto­inette na chwilę zamknęła oczy... i zaraz tego poża­ło­wała. Proksy znów się zbli­żył do displeju, wysu­wa­jąc deli­katny mani­pu­la­tor.

- Na twoim miej­scu bym tego nie...

Proksy wkle­pał komendy w panel odczytu. Poja­wiły się roz­ma­ite wykresy, nie­spo­kojne jaskra­wo­nie­bie­skie sinu­so­idy i drżące histo­gramy.

- To nie wygląda pra­wi­dłowo - oznaj­mił proksy.

- Co?

- Tak jakby ten czło­wiek już nie ży...

- Niech panienka wyba­czy... - roz­legł się nowy, tubalny głos.

Anto­inette zaklęła w duchu. Kazała Bestii mil­czeć pod­czas swo­jej roz­mowy z prok­sym. Ale może powinna raczej poczuć ulgę, że Bestia nie posłu­chał aku­rat tego roz­kazu.

- Co jest, Bestio?

- Odbie­ramy trans­mi­sję, panienko. Skie­ro­wana wąskim pro­mie­niem pro­sto do nas. Z Idle­wild.

Proksy drgnął.

- Czyj to głos? Chyba mówiła pani przed­tem, że jest pani sama.

- Jestem sama - odparła. - To tylko Bestia, podo­soba mojego statku.

- Pro­szę jej powie­dzieć, żeby zamil­kła. A trans­mi­sja z Idle­wild nie jest do pani. To odpo­wiedź na pyta­nie, które wcze­śniej wysła­łem...

Bez­cie­le­sny głos znów zadud­nił:

- Trans­mi­sja, panienko...?

- Odtwórz ją. - Uśmiech­nęła się.

Proksy nie zwra­cał już uwagi na kasetę. Bestia prze­rzu­cił trans­mi­sję na szybę hełmu Anto­inette i dziew­czyna miała teraz wra­że­nie, że Żebrak stoi pośrodku ładowni. Przy­pusz­czała, że rów­nież pilot otrzy­muje dane tele­me­tryczne od jed­nego z kutrów. Żebraczką była kobieta, jedna z Nowych Star­szych. Anto­inette patrzyła, jak zwy­kle zaszo­ko­wana, na osobę auten­tycz­nie starą. Kobieta miała na sobie wykroch­ma­lony far­tuch i zakonny habit z moty­wem płatku śniegu - emble­ma­tem Hospi­cjum; jej wspa­niałe żyla­ste, star­cze dło­nie sty­kały się na brzu­chu.

- Prze­pra­szam za opóź­nie­nie, ale znów mie­li­śmy pro­blemy z route­rem sie­cio­wym - powie­działa zakon­nica. - Naj­pierw for­mal­no­ści: jestem sio­stra Ame­lia i chcia­ła­bym potwier­dzić, że ciało... zamro­żony czło­wiek... pod opieką panny Bax to tym­cza­sowa i uko­chana wła­sność Hospi­cjum Idle­wild i Świę­tego Zakonu Lodo­wych Żebra­ków, a panna Bax ma go nam jak naj­szyb­ciej dostar­czyć...

- Ale ciało jest mar­twe - stwier­dził proksy.

Sio­stra kon­ty­nu­owała:

- ...i byli­by­śmy wdzięczni, gdyby wła­dze się w to jak naj­mniej mie­szały. Już poprzed­nio kil­ka­krot­nie korzy­sta­li­śmy z usług panny Bax i zawsze byli­śmy bar­dzo zado­wo­leni ze spo­sobu, w jaki wypeł­nia powie­rzone zada­nia. - Żebraczka uśmiech­nęła się. - Jestem pewna, że Kon­wen­cja Fer­ri­svil­l­ska doce­nia potrzebę dys­kre­cji w tej spra­wie. Cho­dzi prze­cież o naszą repu­ta­cję.

Wia­do­mość się skoń­czyła i sio­stra Ame­lia znik­nęła.

Anto­inette wzru­szyła ramio­nami.

- Widzisz, cały czas mówi­łam prawdę.

Proksy patrzył na nią jed­nym ze swo­ich osło­nię­tych czuj­ni­ków.

- Coś mi się tu nie zga­dza - oznaj­mił. - Ciało w kase­cie jest z medycz­nego punktu widze­nia mar­twe.

- Słu­chaj, mówi­łam już, że kaseta jest stara. Odczyty są nie­pra­wi­dłowe, i tyle. Chyba nie jestem taka głu­pia, żeby wozić trupa w kase­cie zim­nego snu.

- Jesz­cze z panią nie skoń­czy­łem.

- Może nie, ale w tej chwili skoń­czy­łeś. Sły­sza­łeś, co powie­działa miła pani Żebraczka. "Jak naj­szyb­ciej dostar­czyć". Przy­znasz, że sfor­mu­ło­wała to ofi­cjal­nie i zde­cy­do­wa­nie? - Anto­inette wycią­gnęła rękę i zamknęła pokrywę na panelu wskaź­ni­ków.

- Nie wiem, co pani knuje, ale obie­cuję, że do tego dojdę - oznaj­mił proksy.

Uśmiech­nęła się.

- Zna­ko­mi­cie. Dzię­kuję. Miłego dnia. I spie­przaj z mojego statku.

* * *

Jesz­cze przez godzinę utrzy­my­wała ten sam kurs, chcąc dać poli­cji złu­dze­nie, że leci do Hospi­cjum Idle­wild. Potem gwał­tow­nie skrę­ciła, przy­śpie­sza­jąc tak ostro, że aż się sku­liła. Po godzi­nie zna­la­zła się poza ofi­cjalną jurys­dyk­cją Kon­wen­cji Fer­ri­svil­l­skiej, zosta­wiła za sobą Yel­low­stone i pas sate­li­tów komu­ni­ka­cyj­nych. Poli­cja nawet nie pró­bo­wała jej ści­gać, ale Anto­inette to nie dzi­wiło. Zupeł­nie im się to nie opła­cało. Musie­liby zużyć bar­dzo dużo paliwa, ponadto ofi­cjal­nie sta­tek Anto­inette znaj­do­wał się poza ich obsza­rem wpły­wów, a ponie­waż wle­ciała w strefę wojny, miała spore szanse, że w końcu i tak zosta­nie zabita. Zaj­mo­wa­nie się nią po pro­stu nie miało sensu.

Z tą rado­sną kon­klu­zją Anto­inette uło­żyła i wysłała zawo­alo­wane podzię­ko­wa­nia do Hospi­cjum. Była im wdzięczna za wspar­cie i - jak postę­po­wał jej ojciec w podob­nych oko­licz­no­ściach - obie­cała odwdzię­czyć się, gdyby kie­dy­kol­wiek potrze­bo­wali jej pomocy.

Od sio­stry Ame­lii nade­szła odpo­wiedź: "Niech bogo­wie pro­wa­dzą i powo­dze­nia w misji, Anto­inette. Jim byłby z cie­bie dumny".

Mam nadzieję, pomy­ślała Anto­inette.

Przez następne dzie­sięć dni nic szcze­gól­nego się nie wyda­rzyło. Sta­tek spra­wo­wał się dosko­nale, dzia­łał zupeł­nie bez­a­wa­ryj­nie. Jeden raz, na krań­cach zasięgu radaru dostrze­gła - jak jej się wyda­wało - parę ban­shee, sła­bych, ukrad­ko­wych sygna­tur uno­szą­cych się na gra­ni­cach jej moż­li­wo­ści detek­cyj­nych. Na wszelki wypa­dek przy­go­to­wała środki obronne, ale gdy zade­mon­stro­wała wzo­rzec ucieczki Burzyka, poka­zu­jąc ban­shee, jak trudno im będzie ostro zado­ko­wać przy jej statku, oba obiekty znik­nęły, wyco­fały się w cień, szu­ka­jąc innej ofiary. Ni­gdy już ich nie zoba­czyła.

To jedyny prze­lotny dresz­czyk. Nie miała nic do roboty poza jedze­niem i spa­niem, ale spać sta­rała się jak naj­mniej, tyle tylko, ile wyma­gał jej orga­nizm. Sny miała powta­rzalne i nie­po­ko­jące: co noc, z liniowca kur­su­ją­cego mię­dzy karu­ze­lami Pasa Złomu pory­wają ją w nie­wolę pająki; zabie­rają do jed­nej ze swych kome­tar­nych baz na skraju układu; tam z trza­skiem otwie­rają jej czaszkę i w miękką mia­zgę mózgu zanu­rzają błysz­czące urzą­dze­nia śled­cze; potem, gdy nie­mal prze­obraża się w pająka, gdy jej wspo­mnie­nia zostają pra­wie cał­ko­wi­cie wyma­zane, gdy jest napom­po­wana implan­tami, które miały ją powią­zać z ich zbio­ro­wym mózgiem, przy­by­wają zombi. Sta­dami kli­no­wa­tych stat­ków ata­kują kometę, kap­su­łami jak kor­ko­ciągi wwier­cają się w lód i pene­trują go, lód się topi, docie­rają w głąb, do cen­tral­nych labi­ryn­tów; tam wypusz­czają waleczne oddziały w czer­wo­nych zbro­jach; wojow­nicy mkną przez labi­rynt kome­tar­nych kory­ta­rzy, zabi­jają pająki z czło­wie­czą pre­cy­zją żoł­nie­rzy wytre­no­wa­nych tak, by nie tra­cić ani jed­nej kuli, ani jed­nego szrap­nela czy salwy ogniw amu­ni­cyj­nych.

Przy­stojny pobo­rowy zombi wyciąga ją z paję­czego pokoju prze­słu­chań i indok­try­na­cji, wypłu­kuje z jej mózgu maszyny-intruzy, repe­ruje jej czaszkę, wresz­cie wpro­wa­dza ją w stan rege­ne­ru­ją­cej śpiączki, na czas dłu­giej podróży do cywil­nego szpi­tala na pla­ne­cie wewnętrz­nej; gdy Anto­inette niosą na oddział zim­nego usy­pia­nia, trzyma ją za rękę.

Pra­wie zawsze prze­bie­gało to w ten sam cho­lerny spo­sób. Zombi zaszcze­pili jej pro­pa­gan­dowy sen i choć zasto­so­wała zale­caną aktywną pro­ce­durę wypłu­ku­jącą, nie mogła się go pozbyć cał­ko­wi­cie. Choć z dru­giej strony szcze­gól­nie jej na tym nie zale­żało.

Pew­nej nocy, gdy z jakie­goś powodu nie włą­czyła się pro­pa­ganda Demar­chi­stów, zamiast niej cały czas nawie­dzały ją smutne sny o ojcu.

Wie­działa, że pro­pa­ganda zombi jest prze­sadna, ale tylko co do szcze­gó­łów. Nikt nie miał wąt­pli­wo­ści, jak Hybry­dowcy postę­pują z nie­szczę­snymi jeń­cami. Rów­no­cze­śnie była prze­ko­nana, że nie­wola u Demar­chi­stów to nie pik­nik.

Kon­flikt jed­nak toczył się bar­dzo daleko od niej, choć for­mal­nie znaj­do­wała się w stre­fie wojen­nej. Zapro­gra­mo­wała tra­jek­to­rię tak, by unik­nąć więk­szych bitew. Od czasu do czasu widziała odle­głe roz­bły­ski, świad­czące o tym, że godziny świetlne od niej toczą się jakieś tyta­niczne zma­ga­nia. Ciche bły­ski miały w sobie coś nie­re­al­nego i Anto­inette mogła sobie wyobra­żać, że kon­flikt się skoń­czył, a ona jest tylko w jakimś ruty­no­wym mię­dzy­pla­ne­tar­nym rej­sie. Z dru­giej strony nie było to dale­kie od prawdy. Wszy­scy neu­tralni obser­wa­to­rzy twier­dzili, że wojna wygasa i zombi tracą grunt na wszyst­kich fron­tach, a pająki z każ­dym mie­sią­cem stają się sil­niej­sze i prą na Yel­low­stone.

Jed­nakże, choć wynik kon­fliktu był teraz oczy­wi­sty, walki się jesz­cze nie skoń­czyły i Anto­inette, jeśli się zagapi, łatwo może się stać ich ofiarą. A wtedy zbada dokład­nie, jak pre­cy­zyjne są pro­pa­gan­dowe sny.

Roz­my­ślała o tym, wyco­fu­jąc się w kie­runku Man­da­ryn­ko­wego Marze­nia, naj­więk­szej jowi­szo­po­dob­nej pla­nety układu Eri­dani. Sil­niki Burzyka pra­co­wały z mak­sy­malną wydaj­no­ścią i sta­tek osią­gnął przy­śpie­sze­nie 3 g. Gazowy gigant, cię­żarny gra­wi­ta­cją, ryso­wał się zło­wiesz­czą bla­do­po­ma­rań­czową plamą. Prze­ciw­in­tru­zyjne sate­lity roz­miesz­czone wokół jowi­szowca i ich kie­run­kowe sygnały już ucze­piły się statku Anto­inette i zaczęły bom­bar­do­wać go coraz groź­niej­szymi ostrze­że­niami.

To Rejon Sporny. Naru­szasz...

- Panienko, jesteś pewna? Należy z sza­cun­kiem zauwa­żyć, że to nie­pra­wi­dłowa tra­jek­to­ria do wej­ścia na orbitę.

Skrzy­wiła się. Tylko na tyle mogła się zdo­być przy 3 g.

- Wiem, Bestio, ale jest powód. Nie zamie­rzamy wejść na orbitę. Wcho­dzimy w atmos­ferę.

- Panienko... W atmos­ferę?

- Wła­śnie.

Nie­mal sły­szała, jak wyska­kują trzpie­nie, gdy zaśnie­działe sub­ru­tyny uru­cha­miały się pierw­szy raz od dzie­się­cio­leci.

Podo­soba Bestii leżała w chłod­nej cylin­drycz­nej komo­rze o roz­mia­rach hełmu ska­fan­dra kosmicz­nego. Anto­inette widziała ją dwu­krot­nie, pod­czas grun­tow­nego prze­glądu i demon­tażu dzioba statku. Ojciec Anto­inette w cięż­kich ręka­wi­cach wyjął podo­sobę z zagłę­bie­nia i oboje przy­glą­dali się jej z naboż­nym podzi­wem.

- Powie­dzia­łaś "w atmos­ferę"? - powtó­rzył Bestia.

- Wiem, że nie jest to zupeł­nie nor­malna pro­ce­dura ope­ra­cyjna - stwier­dziła Anto­inette.

- Jesteś cał­ko­wi­cie pewna tego, co chcesz zro­bić, panienko?

Anto­inette wyjęła z kie­szeni koszuli skra­wek zadru­ko­wa­nego papieru. Miał owalny kształt, poszar­pane brzegi i skom­pli­ko­wany wzór, nary­so­wany jasno­zło­tym i srebr­nym atra­men­tem. Prze­su­nęła pal­cami po tym strzępku, jakby był tali­zma­nem.

- Tak, Bestio - odparła. - Ni­gdy niczego nie byłam tak pewna.

- Bar­dzo dobrze, panienko.

Bestia doszedł zapewne do wnio­sku, że dys­ku­sja nic nie da, i zaczął przy­go­to­wa­nia do lotu w atmos­ferę.

Sche­maty na panelu dowódcy uka­zy­wały wcią­ga­jące się wypustki i zaci­ski, luki, które roz­wie­rały się i zasu­wały, by zacho­wać nie­na­ru­szal­ność kadłuba. Cały pro­ces trwał kilka minut, a gdy się zakoń­czył, Burzyk wyglą­dał tylko nieco bar­dziej aero­dy­na­micz­nie niż przed­tem. Nie­które z wysta­ją­cych ele­men­tów praw­do­po­dob­nie prze­trwają lot w powie­trzu, ale na­dal pozo­stało kilka wypu­stek i zacze­pów do doko­wa­nia, które ule­gną znisz­cze­niu przy wej­ściu w atmos­ferę. Sta­tek będzie musiał się bez nich jakoś obyć.

- Posłu­chaj, gdzieś w tym twoim mózgu znaj­dują się pro­ce­dury wej­ścia w atmos­ferę - powie­działa Anto­inette. - Tata mi kie­dyś o tym wspo­mi­nał, więc nie uda­waj, że o tym nie wiesz.

- Postara się zlo­ka­li­zo­wać odpo­wied­nie pro­ce­dury jak naj­szyb­ciej.

- Dobrze - odparła Anto­inette pod­bu­do­wana na duchu.

- Ale czy mógłby zapy­tać, dla­czego o potrze­bie uru­cho­mie­nia tych pro­ce­dur nie wspo­mniano wcze­śniej?

- Bo gdy­byś się domy­ślił, co zamie­rzam, miał­byś czas, żeby mi to wyper­swa­do­wać.

- Rozu­mie.

- Nie obra­żaj się. Byłam tylko prak­tyczna.

- Jak sobie życzysz, panienko. - Bestia mil­czał przez chwilę, na tyle długo, by Anto­inette poczuła się nie­przy­jem­nie i miała wyrzuty sumie­nia. - Zlo­ka­li­zo­wało się pro­ce­dury. Zwraca się uwagę, że ostat­nio uży­wano ich sześć­dzie­siąt trzy lata temu, a od tam­tego czasu doko­nano pew­nych zmian syl­wetki, co może wpły­wać na efek­tyw­ność...

- Dobrze. Jestem pewna, że coś wymy­ślisz.

Nie­ła­two jed­nak nakło­nić ope­ru­jący w próżni sta­tek do wej­ścia w atmos­ferę, nawet jeśli cho­dziło o górne war­stwy gazo­wego giganta, a sta­tek był tak bogato wypo­sa­żony i opły­wowy jak Burzyk. W naj­lep­szym wypadku sta­tek wyj­dzie z tego z poważ­nie uszko­dzo­nym kadłu­bem, ale jakoś dobrnie do Pasa Złomu, w naj­gor­szym zaś ni­gdy wię­cej nie zoba­czy otwar­tego kosmosu.

I Anto­inette też już go nie zoba­czy.

Jest przy­naj­mniej jedna pocie­cha, pomy­ślała. Jeśli roz­walę sta­tek, nie będę musiała prze­ka­zy­wać złych wia­do­mo­ści Xavie­rowi.

Dzięki, Panie, i za to.

Z panelu dobiegł stłu­miony sygnał.

- Bestio...? Czy to jest to, co podej­rze­wam?

- Bar­dzo moż­liwe, panienko. Kon­takt rada­rowy, odle­głość osiem­na­ście tysięcy kli­ków, trzy stop­nie od naszego kursu, dwa stop­nie od pół­nocy eklip­tycz­nej.

- Cho­lera! Jesteś pewien, że to nie latar­nia albo plat­forma zbro­je­niowa?

- Za duże, panienko.

Nie musiała spe­cjal­nie głów­ko­wać, żeby zro­zu­mieć, co to zna­czy. Na dro­dze mię­dzy jej stat­kiem a gazo­wym gigan­tem znaj­do­wał się inny sta­tek, bli­sko atmos­fery pla­nety.

- Co o nim wiesz?

- Poru­szają się powoli, panienko, pro­sto w atmos­ferę. Pla­nują chyba podobny manewr, jaki ty chcesz prze­pro­wa­dzić, ale poru­szają się kilka kli­ków na sekundę szyb­ciej i wejdą pod więk­szym kątem.

- Czy to wygląda na zombi? - powie­działa szybko, mając nadzieję, że jest ina­czej.

- Nie ma sensu spe­ku­lo­wać, panienko. Wła­śnie skie­ro­wali na nas wąski pro­mień. Pro­to­kół wia­do­mo­ści jest rze­czy­wi­ście demar­chi­stow­ski.

- Dla­czego, do cho­lery, mie­liby się tru­dzić i prze­sy­łać nam wia­do­mość wąskim pro­mie­niem?

- Uprzej­mie się suge­ruje, żebyś to wyja­śniła.

Wąski pro­mień był nie­po­trzeb­nie pra­co­chłon­nym środ­kiem komu­ni­ka­cji, skoro statki znaj­do­wały się tak bli­sko. Wystar­czyłby pro­sty prze­kaz radiowy i sta­tek zombi nie musiałby pre­cy­zyj­nie kie­ro­wać lasera na znaj­du­ją­cego się w ruchu Burzyka.

- Przyj­mij, bez względu na to, kto to jest - pole­ciła. - Możemy im odpo­wie­dzieć rów­nież wąskim pro­mie­niem?

- Panienko, musie­li­by­śmy ponow­nie wysu­nąć pewne urzą­dze­nia, które z takimi pro­ble­mami wcią­ga­li­śmy do środka.

- Zrób to, ale nie zapo­mnij wcią­gnąć z powro­tem.

Usły­szała, jak maszy­ne­ria wypy­cha w próż­nię jeden z kol­ców. Roz­le­gło się szyb­kie ćwier­ka­nie pro­to­ko­łów komu­ni­ka­cji mię­dzy dwoma stat­kami i nagle Anto­inette miała przed sobą twarz jakiejś kobiety, która - o ile to moż­liwe - wyglą­dała na jesz­cze bar­dziej od niej zmę­czoną, zmi­ze­ro­waną i roz­draż­nioną.

- Cześć - powie­działa Anto­inette. - Czy ty mnie rów­nież widzisz?

Kobieta ledwo zauwa­żal­nie ski­nęła głową. Usta miała mocno zaci­śnięte, co suge­ro­wało nie­zmierne zapasy powstrzy­my­wa­nej wście­kło­ści, spię­trzo­nej jak woda za tamą.

- Tak, widzę cię.

- Nie spo­dzie­wa­łam się tu kogo­kol­wiek spo­tkać - zaczęła roz­mowę Anto­inette. - Doszłam do wnio­sku, że naj­le­piej odpo­wie­dzieć rów­nież wąskim pro­mie­niem.

- Nie musia­łaś się faty­go­wać.

- Nie musia­łam? - powtó­rzyła Anto­inette.

- Nie, bo twój radar już nas oświe­tlił. - Ogo­lona czaszka kobiety bły­snęła nie­bie­sko, gdy ta spoj­rzała na coś w dole. Nie była o wiele star­sza od Anto­inette, ale z zombi ni­gdy nic nie wia­domo.

- Noo... A to pro­blem, co?

- Tak, jeśli pró­bu­jesz się przed czymś ukryć. Nie wiem, po co tu jesteś, i, prawdę mówiąc, nie­wiele mnie to obcho­dzi. Suge­ruję, żebyś porzu­ciła swoje plany. Pla­neta jest Rejo­nem Spor­nym i mam pełne prawo natych­miast zestrze­lić cię z nieba.

- Nie mam pro­ble­mów z zom... z demar­chi­stami - stwier­dziła Anto­inette.

- Miło mi to sły­szeć. A teraz zawróć.

Anto­inette znów spoj­rzała w dół, na strzę­pek papieru, który wyjęła z kie­szeni bluzy.

Na rysunku męż­czy­zna w daw­nym ska­fan­drze kosmicz­nym, takim z har­mo­nij­ko­wymi złą­czami, trzy­mał butelkę na wyso­ko­ści oczu. Pier­ścień szyjny, który powi­nien łączyć hełm z kor­pu­sem, był zagiętą elipsą z błysz­czą­cego sre­bra. Męż­czy­zna uśmie­chał się, patrząc na butelkę z migo­czą­cym zło­tym pły­nem.

Nie, pomy­ślała Anto­inette. Czas wyka­zać zde­cy­do­wa­nie.

- Nie zawrócę - oznaj­miła. - Ale obie­cuję, że niczego nie ukradnę z pla­nety. Nie zamie­rzam zbli­żać się ani do waszych rafi­ne­rii, ani do innych tego typu insta­la­cji. Nie otwo­rzę nawet swo­ich czer­pa­ków. Chcę tylko wle­cieć i wyle­cieć, a potem już nie będę was nie­po­koić.

- Cie­szę się, że to sły­szę - odparła kobieta. - Pro­blem jed­nak polega na tym, że to nie mnie powin­naś się oba­wiać.

- A kogo?

Kobieta uśmiech­nęła się przy­ja­ciel­sko.

- Za tobą jest sta­tek, któ­rego chyba nie zauwa­ży­łaś.

- Za mną?

- Masz pająki na ogo­nie.

I wtedy Anto­inette zro­zu­miała, że jest w praw­dzi­wych tara­pa­tach.

DWA

Gdy uru­cho­mił się alarm, Skade tkwiła wkli­no­wana mię­dzy dwie czarne zakrzy­wione masy maszy­ne­rii. Jeden z jej czuł­ków wykrył zmianę w ata­ku­ją­cej pozy­cji statku, wzmoc­nie­nie stanu goto­wo­ści bojo­wej. Nie była to może sytu­acja kry­zy­sowa, ale wyma­gała natych­mia­sto­wej reak­cji.

Skade odłą­czyła swój komp­no­tes od maszy­ne­rii; pępo­wina z włókna optycz­nego trza­snęła w jego obu­do­wie jak bicz. Skade przy­ci­snęła do brzu­cha pustą płytkę komp­no­tesu - zgiął się i przy­cze­pił do wyście­ła­nej czar­nej tka­niny kami­zelki. Pra­wie od razu zaczął prze­sy­łać dane ze schowka na bez­pieczną par­ty­cję dłu­go­ter­mi­no­wej pamięci Skade.

Skade prze­czoł­gała się wąskim prze­smy­kiem mię­dzy czę­ściami maszyny, wygi­na­jąc się i wkrę­ca­jąc w naj­cia­śniej­szych miej­scach. Po dwu­dzie­stu metrach dotarła do końca i wysu­nęła się czę­ściowo przez wąski okrą­gły otwór, który przed chwilą otwo­rzył się w ścia­nie. Zasty­gła bez­gło­śnie, bez ruchu, znik­nęły nawet barwne fale na grze­bie­niu. Wiązki implan­tów w jej gło­wie nie wykryły innych Hybry­dow­ców w pro­mie­niu pięć­dzie­się­ciu metrów i potwier­dziły, że żadne urzą­dze­nie moni­to­ru­jące w tym kory­ta­rzu nie zauwa­żyło jej wynu­rze­nia. Mimo to zacho­wy­wała ostroż­ność, zer­kała w lewo i w prawo, jak kot zapusz­cza­jący się na nie­znany teren.

W polu widze­nia nikogo nie było.

Skade wycią­gnęła całe swoje ciało z otworu i wydała myślowe pole­ce­nie zwie­ra­czowi, by się zamknął; na ścia­nie został tylko ślad uszczel­nie­nia, tak drobny, że nie­wi­doczny. Tylko Skade wie­działa, gdzie znaj­dują się te otwory wej­ściowe, a one ujaw­niały się tylko przed nią. Nawet gdyby Cla­vain odkrył obec­ność ukry­tych maszyn, to, żeby do nich dotrzeć, musiałby użyć bru­tal­nej siły, co z kolei spo­wo­do­wa­łoby ich samo­znisz­cze­nie.

Sta­tek na­dal spa­dał swo­bod­nie - Skade przy­pusz­czała, że przy­suwa się do wro­giego statku, za któ­rym gonił. Nie­waż­kość jej odpo­wia­dała. Skade mknęła kory­ta­rzem, ska­cząc na czwo­ra­kach od jed­nego punktu kon­tak­to­wego do dru­giego. Ruchy miała tak pre­cy­zyjne i oszczędne, że cza­sami wyda­wało się, że sunie we wła­snej bańce gra­wi­ta­cyj­nej.

[Skade, jakie wyniki?]

Ni­gdy dokład­nie nie wie­działa, kiedy Rada Nocna wysko­czy w jej gło­wie, ale już od dawna nie reago­wała zasko­cze­niem na ich nagłe poja­wia­nie się.

Pro­ble­mów nie ma. Nawet nie zaczę­li­śmy się dogrze­by­wać do tego, co ta maszyna potrafi, ale dotych­czas wszystko działa tak, jak prze­wi­dy­wa­li­śmy.

[Dobrze. Oczy­wi­ście pożą­dane byłyby wni­kliw­sze testy...]

Skade poczuła przy­pływ iry­ta­cji.

Już mówi­łam. Nale­ża­łoby doko­nać sta­ran­nych pomia­rów, by wykryć oddzia­ły­wa­nie tych maszyn. To zna­czy możemy prze­pro­wa­dzić tajne testy pod płasz­czy­kiem ruty­no­wych ope­ra­cji mili­tar­nych.

Skade wsko­czyła na roz­wi­dle­nie i odbiła się w stronę mostka. Regu­lu­jąc che­mię swo­jej krwi, zmu­siła się do spo­koju.

Zga­dzam się, że musimy zro­bić wię­cej, nim będziemy w sta­nie wypo­sa­żyć flotę, ale gdy roz­sze­rzymy testy, ryzy­ku­jemy, że rozej­dzie się wia­do­mość o naszym odkry­ciu. Nie tylko w Gnieź­dzie Macie­rzy­stym.

[Słuszna uwaga, Skade. Nie musisz nam przy­po­mi­nać. Usta­la­li­śmy tylko fakty. Nawet gdyby to było nie­wy­godne, trzeba prze­pro­wa­dzić testy, i to jak naj­prę­dzej.]

* * *

Minęła Hybry­dowca zmie­rza­ją­cego do innej czę­ści statku. Zaj­rzała do jego umy­słu i zoba­czyła na powierzchni mie­sza­ninę ostat­nich doświad­czeń i emo­cji. Nie zain­te­re­so­wały jej, nie miały tak­tycz­nego zna­cze­nia. Poni­żej tej papki leżały war­stwy głęb­szej pamięci, struk­tury mne­mo­niczne zanu­rza­jące się w nie­prze­ni­kalną ciem­ność niczym wiel­kie zato­pione pomniki. Musiała to wszystko prze­su­nąć i zba­dać, ale to też jej nie zain­te­re­so­wało. Na naj­głęb­szym pozio­mie Skade odkryła u męż­czy­zny par­ty­cje pamięci, które - według Hybry­dowca - nie powinny się dać odczy­tać. Przez chwilę miała ochotę doko­nać edy­cji jego pry­wat­nych zabez­pie­czeń i blo­kad i odsło­nić kilka maleń­kich, pie­lę­gno­wa­nych wspo­mnień. Nie zro­biła tego; wystar­czyła jej sama świa­do­mość, że może to zro­bić.

Umysł męż­czy­zny zare­ago­wał, wysy­ła­jąc sondy wywia­dow­cze do jej umy­słu. Potem rap­tow­nie je wyco­fał, napo­tkaw­szy zde­cy­do­waną odmowę dostępu. Jak wyczuła, męż­czy­zna był zacie­ka­wiony, dla­czego ktoś ze Ści­słej Rady wszedł na ten sta­tek.

Roz­ba­wiło ją to. Męż­czy­zna wie­dział o ist­nie­niu Ści­słej Rady i miał może jakieś wia­do­mo­ści o super­taj­nym cen­trum Rady, Wewnętrz­nym Sank­tu­arium, ale Skade była pewna, że nawet nie podej­rze­wał ist­nie­nia Rady Noc­nej.

Minął ją, a ona podą­żała swoją drogą.

[Jakieś obiek­cje, Skade?]

Oczy­wi­ście mam obiek­cje. Bawimy się ogniem samego Boga. Takich spraw się nie popę­dza.

[Skade, Wilki nie będą na nas cze­kały.]

Skade nastro­szyła się. Nie trzeba jej było przy­po­mi­nać o wil­kach. Strach to uży­teczny bodziec, ale nie mógł jej już sil­nie zdo­pin­go­wać. Jak mówiło stare porze­ka­dło: nie od razu stwo­rzono Pro­jekt Man­hat­tan. A może cho­dziło o Rzym? W każ­dym razie miało to zwią­zek z Zie­mią.

Pamię­tam o wil­kach.

[Dobrze, Skade, my też. I nie wąt­pimy, że wilki rów­nież o nas nie zapo­mniały.]

Poczuła, że Rada Nocna wyco­fuje się do maleń­kiej, nie­da­ją­cej się zlo­ka­li­zo­wać kie­szonki w jej gło­wie, gdzie poczeka do następ­nego razu.

Skade przy­była na mostek Noc­nego Cie­nia świa­doma tego, że jej grze­bień pul­suje żywą czer­wie­nią i szkar­ła­tem. Mostek - sfe­ryczne, pozba­wione okien pomiesz­cze­nie wewnątrz statku - mógł swo­bod­nie pomie­ścić pię­ciu czy sze­ściu Hybry­dow­ców. Teraz byli tu tylko Cla­vain i Remon­to­ire, jak wtedy, gdy stąd wycho­dziła. Obaj leżeli w hama­kach akce­le­ra­cyj­nych zawie­szo­nych pośrodku sfery; pod­łą­czeni do szer­szego sen­so­rycz­nego śro­do­wi­ska Noc­nego Cie­nia oczy mieli zamknięte. Z ramio­nami skrzy­żo­wa­nymi na pier­siach spra­wiali absur­dalne wra­że­nie ludzi zre­lak­so­wa­nych.

Skade stała bez ruchu, a pokój wyrzu­cił dla niej osobny hamak, który oto­czył ją ochronną sie­cią lia­no­po­dob­nych pną­czy. Leni­wie zaczęła prze­szu­ki­wać umy­sły męż­czyzn. Remon­to­ire był dla niej cał­ko­wi­cie otwarty, nawet gra­nice par­ty­cji Ści­słej Rady wyda­wały się zale­d­wie liniami demar­ka­cyj­nymi, a nie bez­względ­nymi barie­rami. Jego umysł był jak mia­sto ze szkła, gdzie­nie­gdzie przy­dy­mio­nego, lecz wszę­dzie prze­ni­kal­nego. Widze­nie za ekra­nami Ści­słej Rady to pierw­szy trik, jakiego nauczyła ją Rada Nocna. Umie­jęt­ność oka­zała się uży­teczna nawet wtedy, gdy Skade weszła w skład Ści­słej Rady. Nie wszy­scy człon­ko­wie Ści­słej Rady mieli dostęp do tych samych tajem­nic - przede wszyst­kim ist­niało Wewnętrzne Sank­tu­arium - ale Skade wie­działa o wszyst­kim.

Czy­ta­nie umy­słu Cla­va­ina było trud­niej­sze. To ją fru­stro­wało, fascy­no­wało i nie­po­ko­iło. Jego implanty neu­ralne miały znacz­nie star­szą kon­fi­gu­ra­cję niż u innych Hybry­dow­ców i Cla­vain ni­gdy nie pozwo­lił na ich mody­fi­ka­cję. Wiel­kie poła­cie jego umy­słu w ogóle nie zostały pod­dane sys­te­mowi, a połą­cze­nia ner­wowe mię­dzy tymi rejo­nami a kom­po­nen­tami Hybry­dow­ców były rzad­kie i nie­efek­tyw­nie roz­pro­szone. Algo­rytmy prze­szu­ki­wa­nia i pobie­ra­nia, uży­wane przez Skade, potra­fiły wydo­być wzorce neu­ralne z każ­dej czę­ści mózgu Cla­va­ina, jaką obej­mo­wał sys­tem, ale i to nie było łatwe. Prze­szu­ki­wa­nie jego umy­słu przy­po­mi­nało grze­ba­nie w bajecz­nie boga­tej biblio­tece nawie­dzo­nej przez hura­gan - gdy Skade zlo­ka­li­zo­wała to, o co jej cho­dziło, zwy­kle infor­ma­cja sta­wała się nie­ak­tu­alna.

Mimo to Skade wiele się dowie­działa o Cla­va­inie. Od powrotu Galiany upły­nęło dzie­sięć lat, ale - jeśli Skade pra­wi­dłowo odczy­ty­wała jego umysł, a nie miała powodu w to wąt­pić - Cla­vain cią­gle nie zda­wał sobie sprawy z tego, co się stało.

Tak jak całe Mat­czyne Gniazdo, Cla­vain wie­dział, że w głę­bo­kim kosmo­sie Galiana spo­tkała obce wro­gie jed­nostki - maszyny, które nazwano wil­kami. Wilki prze­nik­nęły na sta­tek i wdarły się do umy­słów zało­gan­tów. Cla­vain wie­dział, że Galiana została oszczę­dzona i jej ciało jest zacho­wane; wie­dział rów­nież, że w jej czaszce znaj­duje się struk­tura wil­czego pocho­dze­nia. Nie wie­dział jed­nak i - jak sądziła Skade - nawet nie podej­rze­wał, że Galia­nie wró­ciła świa­do­mość, i że zanim wilk prze­mó­wił przez nią, miała moment jasno­ści umy­słu, a nawet wię­cej takich momen­tów.

Skade przy­po­mniała sobie, jak skła­mała Galia­nie, że Cla­vain i Felka umarli. Kłam­stwo nie przy­szło jej łatwo. Jak wszy­scy Hybry­dowcy trak­to­wała Galianę z należną czcią. Galiana była ich matką, kró­lową odłamu Hybry­dow­ców. Jed­no­cze­śnie Rada Nocna przy­po­mniała Skade, że wobec Mat­czy­nego Gniazda ma ona obo­wiązki waż­niej­sze od sza­cunku dla Galiany. Skade musiała sku­tecz­nie wyko­rzy­stać chwile jasno­ści umy­sło­wej, by uzy­skać jak naj­wię­cej danych o wil­kach, nie można więc było obcią­żać Galiany dodat­ko­wymi zmar­twie­niami. Skade uznała wów­czas takie postę­po­wa­nie za krzyw­dzące, ale Rada Nocna zapew­niała, że na dłuż­szą metę jest to korzystne.

Stop­niowo Skade dostrze­gała w tym sens. Prze­cież w isto­cie nie kła­mała Galia­nie, lecz cie­niowi poprzed­niej Galiany. Potem jedno kłam­stwo wymu­szało następne. Dla­tego Cla­vain i Felka ni­gdy nie dowie­dzieli się o tam­tych roz­mo­wach.

Skade wyco­fała sondy umy­słowe i usta­liła ruty­nowy poziom bli­sko­ści. Dała Cla­va­inowi dostęp do swych powierzch­nio­wych wspo­mnień, do swych try­bów per­cep­cji zmy­sło­wej i do emo­cji, albo raczej do ich sub­tel­nie zafał­szo­wa­nej wer­sji. Rów­no­cze­śnie Remon­to­ire widział dokład­nie tyle, ile się spo­dzie­wał, ale Skade zmo­dy­fi­ko­wała to odpo­wied­nio do swo­ich potrzeb.

Hamak akce­le­ra­cyjny prze­su­nął ją ku cen­trum sfery, w pobliże tam­tych dwóch męż­czyzn. Zło­żyła ręce pod biu­stem, opie­ra­jąc je na wygię­tej płytce komp­no­tesu, który na­dal szep­tał swoje odkry­cia do trwa­łej pamięci Skade.

Cla­vain potwier­dził swoją zdalną obec­ność.

[Skade, to miło, że do nas dołą­czy­łaś.]

Cla­vain, wyczu­łam zmianę w naszej goto­wo­ści ataku. Mam wra­że­nie, że ma to coś wspól­nego ze stat­kiem Demar­chi­stów.

[To coś bar­dziej inte­re­su­ją­cego. Spójrz.]

Cla­vain prze­ka­zał jej jeden koniec linii danych ze stat­ko­wej sieci czuj­ni­ków. Skade wydała pole­ce­nie swoim implan­tom, by odwzo­ro­wały dane do jej sen­so­rium, sto­su­jąc zwy­kłe fil­try i opcje.

Miała przy­jemne wra­że­nie dys­lo­ka­cji. Jej wła­sne ciało, ciała męż­czyzn, pomiesz­cze­nie, w któ­rym się uno­sili, wiel­kie, smu­kłe, czarne jak węgiel czółno Noc­nego Cie­nia - wszystko to prze­su­nęło się w nie­ma­te­rial­ność.

Wielki jowi­szo­wiec wisiał przed nimi oto­czony ruchomą, skom­pli­ko­waną geo­me­trycz­nie chmurą stref zabro­nio­nych i bez­piecz­nych przejść. Wście­kła chmara plat­form i war­tow­ni­ków śmi­gała wokół pla­nety na cia­snych orbi­tach pre­ce­syj­nych. Bli­żej, choć nie­wiele, znaj­do­wał się sta­tek Demar­chi­stów, za któ­rym gonił Nocny Cień. Doty­kał gór­nej war­stwy atmos­fery Man­da­ryn­ko­wego Marze­nia i już zaczy­nał się jarzyć. Nur­ku­jąc w atmos­ferę, szy­per ryzy­ko­wał, miał jed­nak nadzieję, że się schowa w kil­ku­set­ki­lo­me­tro­wej war­stwie obło­ków.

To despe­racki manewr, pomy­ślała Skade.

Wloty trans­at­mos­fe­ryczne były ryzy­kowne, nawet dla stat­ków zbu­do­wa­nych tak, by mogły doko­ny­wać powierz­chow­nych przejść w gór­nych war­stwach atmos­fery jowi­szow­ców. Szy­per musiałby wyha­mo­wać przed próbą nur­ko­wa­nia, a potem, wra­ca­jąc w kosmos, rów­nież musiałby lecieć powoli. Taki manewr mógł się przy­dać przy kamu­flażu, choć jego powo­dze­nie zale­żało od wypo­sa­że­nia w czuj­niki statku ści­ga­ją­cego oraz od detek­cyj­nych moż­li­wo­ści nisko­or­bi­to­wych sate­li­tów czy lata­ją­cych dro­nów; wła­ści­wie jedyną korzy­ścią była moż­li­wość uzu­peł­nie­nia zapa­sów paliwa.

We wcze­snej fazie wojny obie strony sto­so­wały anty­ma­te­rię jako główne źró­dło ener­gii. Hybry­dowcy, mający ukryte wytwór­nie anty­ma­te­rii na gra­ni­cach układu, na­dal byli w sta­nie pro­du­ko­wać i gro­ma­dzić anty­ma­te­rię w ilo­ściach potrzeb­nych do dzia­łań zbroj­nych. Nawet gdyby te moż­li­wo­ści się skoń­czyły, wszy­scy wie­dzieli, że mają oni dostęp do znacz­nie wspa­nial­szych źró­deł ener­gii. Demar­chi­ści nato­miast już od ponad dzie­się­ciu lat nie byli w sta­nie pozy­ski­wać anty­ma­te­rii. Wró­cili do ener­gii syn­tezy jądro­wej, a do tego potrze­bo­wali wodoru, naj­le­piej wydo­by­tego z oce­anów gazo­wych gigan­tów, gdzie już był skom­pre­so­wany do postaci meta­licz­nej. Szy­per mógłby otwo­rzyć czer­paki, zassać i skom­pre­so­wać wodór atmos­fe­ryczny, albo mógł nawet pró­bo­wać nur­ko­wać w "zale­d­wie" płyn­nym morzu wodo­ro­wym, powle­ka­ją­cym meta­liczny wodór owi­nięty wokół ska­li­stego samo­rodka pla­ne­tar­nego jądra. Dla statku, który już ucier­piał na woj­nie, byłoby to ryzy­kowne przed­się­wzię­cie. Naj­praw­do­po­dob­niej kapi­tan miał nadzieję, że czer­paki nie będą potrzebne i że uda mu się połą­czyć z jed­nym ze ste­ro­wa­nych wie­lo­ry­bim mózgiem tan­kow­ców, jakie krą­żyły nie­ustan­nie w atmos­fe­rze, śpie­wa­jąc smutne, żałobne pie­śni o tur­bu­len­cjach i che­mii orga­nicz­nej. Tan­ko­wiec wstrzyk­nąłby do statku ładunki wstęp­nie obro­bio­nego meta­licz­nego wodoru; nie­które z nich miały słu­żyć jako paliwo, inne - jako gło­wice bojowe.

Wloty atmos­fe­ryczne to ryzyko podej­mo­wane w roz­pacz­li­wej sytu­acji, ale czę­sto się opła­cało i wybie­rano je nieco chęt­niej od samo­bój­czych ope­ra­cji ukrad­ko­wej ucieczki.

Skade sfor­mu­ło­wała myśl i prze­słała ją do głów swo­ich towa­rzy­szy.

Szy­per wyka­zuje godną podziwu deter­mi­na­cję, ale to mu nie pomoże.

Cla­vain ode­zwał się natych­miast:

[Nie pomoże jej. To kobieta. Prze­chwy­ci­li­śmy jej sygnał, gdy nada­wała do dru­giego statku. Prze­cho­dziły skra­jem pier­ście­nia śmierci, więc pył roz­pro­szył nieco świa­tła lase­ro­wego w naszym kie­runku.]

A intruz?

Odpo­wie­dział jej Remon­to­ire:

[Gdy tylko otrzy­ma­li­śmy wyraźną sygna­turę statku, podej­rze­wa­li­śmy, że to frach­to­wiec. To się potwier­dziło i teraz wiemy tro­chę wię­cej.]

Remon­to­ire zapro­po­no­wał jej dane. Skade to zaak­cep­to­wała.

W jej umy­śle wyostrzył się roz­myty obraz frach­towca, nabie­rał wyrazu jak szkic uzu­peł­niany deta­lami. Frach­to­wiec był dwa razy mniej­szy od Noc­nego Cie­nia, typowy śród­u­kła­dowy prze­woź­nik, zbu­do­wany ze dwa wieki temu, z pew­no­ścią przed zarazą. Kadłub miał zaokrą­glony. Sta­tek zapro­jek­to­wano tak, by mógł lądo­wać na Yel­low­stone czy na innych pla­ne­tach z atmos­ferą, ale z cza­sem zyskał tyle wybrzu­szeń i wypu­stek, że Skade koja­rzył się z rybą pod­daną rzad­kiej rece­syw­nej muta­cji. Na jego powłoce poły­ski­wały zako­do­wane, czy­telne dla maszyny sym­bole, prze­ry­wane gdzie­nie­gdzie nie­za­pi­sa­nymi poła­ciami repe­ro­wa­nego poszy­cia.

Remon­to­ire uprze­dził jej pyta­nie.

[To Burzyk, frach­to­wiec zare­je­stro­wany w Karu­zeli Nowa Kopen­haga w Pasie Złomu. Dowódcą statku i wła­ści­cie­lem jest Anto­inette Bax, ale dopiero od mie­siąca. Poprzed­nio nale­żał do Jamesa Baxa, praw­do­po­dob­nie krew­nego. Nie wiemy, co się z nim stało. W reje­strach rodzina Baxów wid­nieje jako wła­ści­ciel statku już dawno, od cza­sów przed­wo­jen­nych, może nawet przed wybu­chem zarazy. Zaj­mo­wali się zarówno zwy­kłą dzia­łal­no­ścią legalną, jak i czy­nami na gra­nicy prawa. Kilka naru­szeń prze­pi­sów, parę kon­flik­tów z Kon­wen­cją Fer­ri­svil­l­ską, ale nie na tyle poważ­nych, by gro­ziło to zatrzy­ma­niem, nawet pod­czas stanu wyjąt­ko­wego.]

Skade poczuła, jak jej odle­głe ciało kwi­tuje te infor­ma­cje ski­nie­niem głowy. Pas habi­ta­tów wokół Yel­low­stone dawał zatrud­nie­nie róż­nym fir­mom prze­wo­zo­wym, zarówno pre­sti­żo­wym bar­dzo szyb­kim trans­por­tow­com, jak i znacz­nie wol­niej­szym - oraz tań­szym, któ­rych dowódcy zada­wali mniej pytań - stat­kom z sil­ni­kami jono­wymi albo wyko­rzy­stu­ją­cymi syn­tezę. Nawet po wybu­chu zarazy, gdy wspa­niała Migo­tliwa Wstęga zmie­niła się w mało wspa­niały Pas Złomu, na­dal ist­niały nisze ryn­kowe dla tych, któ­rzy byli gotowi je zająć, na przy­kład potra­fili uni­kać kwa­ran­tanny albo przyj­mo­wali zle­ce­nia od takich klien­tów, z jakimi nie­chęt­nie robiono trwal­sze inte­resy.

Skade nic nie wie­działa o rodzi­nie Baxów, ale dosko­nale sobie wyobra­żała, że w tych warun­kach - a tym bar­dziej w cza­sie wojny - ich biz­nes roz­kwi­tał. Omi­ja­nie blo­kad, wyko­rzy­sty­wa­nie roz­ma­itych oka­zji, wspie­ra­nie misji szpie­gow­skich agen­tów obu stron kon­fliktu. Kon­wen­cja Fer­ri­svil­l­ska, admi­ni­stru­jąca na bie­żąco prze­strze­nią wokół Yel­low­stone, nale­żała do najbar­dziej nie­to­le­ran­cyj­nych reżi­mów w histo­rii. Tam, gdzie sto­suje się wyso­kie kary, zawsze znajdą się ludzie gotowi sowi­cie wyna­gro­dzić tych, któ­rzy podej­mują ryzyko.

Teraz Skade stwo­rzyła sobie w umy­śle nie­mal pełny obraz Anto­inette Bax. Jed­nego tylko nie rozu­miała: co Anto­inette robi tak daleko w stre­fie wojen­nej i jak to się stało, że na­dal żyje?

Czy szy­per z nią roz­ma­wiał? - spy­tała Skade.

[Dostała ostrze­że­nie, że ma się wyco­fać, bo ponie­sie kon­se­kwen­cje] - odpo­wie­dział Cla­vain.

A ona?

Remon­to­ire prze­słał jej tra­jek­to­rię frach­towca: Anto­inette zmie­rzała pro­sto w atmos­ferę jowi­szowca, podob­nie jak lecący przed nią sta­tek Demar­chi­stów.

To nie ma sensu. Szy­per powi­nien ją znisz­czyć za naru­sze­nie Rejonu Spor­nego.

[Szy­per jej zagro­ził, ale Bax to zigno­ro­wała. Obie­cała mu, że nie ukrad­nie wodoru, i zde­cy­do­wa­nie oznaj­miła, że nie zawróci] - odpo­wie­dział Cla­vain.

Albo bar­dzo odważna, albo bar­dzo głu­pia.

[Albo szczę­ściara] - odparł Cla­vain. [Naj­wy­raź­niej szy­per nie miała amu­ni­cji dla popar­cia swo­jej groźby. Chyba zużyła wszyst­kie poci­ski pod­czas wcze­śniej­szych starć.]

Skade zaczęła to ana­li­zo­wać, uprze­dza­jąc roz­wa­ża­nia Cla­va­ina. Jeśli szy­per wystrze­liła ostat­nie poci­ski, zrobi wszystko, by zacho­wać tę infor­ma­cję w tajem­nicy przed Noc­nym Cie­niem. Roz­bro­jony sta­tek to gotowy cel abor­dażu. Nawet w tej póź­nej fazie wojny prze­ję­cie wro­giego statku dostar­cza cen­nych infor­ma­cji wywia­dow­czych, nie wspo­mi­na­jąc o per­spek­ty­wie zwer­bo­wa­nia załogi.

Według cie­bie szy­per liczyła na to, że frach­to­wiec zasto­suje się do jej pole­ce­nia.

Wyczuła potwier­dze­nie Cla­va­ina, nim jego odpo­wiedź ufor­mo­wała się w jej gło­wie.

[Tak. Gdy Bax oświe­tliła rada­rem sta­tek Demar­chi­stów, szy­per nie miała innego wyj­ścia - musiała jakoś odpo­wie­dzieć. Nor­mal­nym i cał­ko­wi­cie praw­nym dzia­ła­niem byłoby wystrze­le­nie poci­sku, ale szy­per musiała przy­naj­mniej wezwać sta­tek do wyco­fa­nia się. To nie poskut­ko­wało, Bax nie dała się zastra­szyć. To natych­miast usta­wiło szy­per w nie­ko­rzyst­nej pozy­cji. Szcze­kała, ale na pewno nie mogła ugryźć.]

Tę myśl uzu­peł­nił Remon­to­ire:

[Cla­vain ma rację. Ona nie ma poci­sków. Teraz to wiemy.]

Skade rozu­miała, o co im cho­dzi. Choć sta­tek Demar­chi­stów już zaczął nur­ko­wa­nie w atmos­ferę, cią­gle znaj­do­wał się w zasięgu poci­sków Noc­nego Cie­nia. Znisz­cze­nie go nie było stu­pro­cen­towo pewne, ale szanse były spore. A jed­nak Remon­to­ire i Cla­vain nie chcieli zestrze­lić wro­giego statku. Woleli pocze­kać, aż wynu­rzy się z atmos­fery, powolny i ciężki od paliwa, ale uzbro­jony nie lepiej niż poprzed­nio. Chcieli dostać się na jego pokład, wyssać dane z ban­ków pamięci i prze­kształ­cić jego załogę w nowych człon­ków Mat­czy­nego Gniazda.

Nie mogę przy­zwo­lić na abor­daż. Dla Noc­nego Cie­nia nie­sie to wię­cej nie­bez­pie­czeństw niż poten­cjal­nych korzy­ści.

Poczuła, że Cla­vain pró­buje son­do­wać jej umysł.

[Dla­czego, Skade? Czy z jakie­goś powodu ten sta­tek jest wyjąt­kowo cenny? Jeśli tak, to czy to nie jest odro­binę dziwne, że nikt mi o tym nie powie­dział?]

To sprawa Ści­słej Rady. Mia­łeś już szansę do niej dołą­czyć, Cla­vain.

[Nawet gdyby dołą­czył, to i tak nie wie­działby wszyst­kiego, prawda?]

Skade prze­łą­czyła się ze zło­ścią na Remon­to­ire'a.

Wiesz, Remon­to­ire, że jestem tu w spra­wach Ści­słej Rady. To naj­waż­niej­sze.

[Ale ja jestem ze Ści­słej Rady i nawet ja nie wiem dokład­nie, co tu robisz. O co cho­dzi, Skade? Tajna ope­ra­cja dla Wewnętrz­nego Sank­tu­arium?]

Skade zawrzała. Wszystko byłoby znacz­nie łatwiej­sze, gdyby nie trzeba było mieć do czy­nie­nia ze sta­rymi Hybry­dow­cami, pomy­ślała.

Ten sta­tek jest cenny. To pro­to­typ, a pro­to­typy zawsze są cenne. I dosko­nale o tym wiesz. Oczy­wi­ście nie chcemy go stra­cić w drob­nej potyczce.

[Na pewno cho­dzi o coś wię­cej.]

Może, Cla­vain, ale teraz nie czas o tym dys­ku­to­wać. Roz­mieść poci­ski prze­zna­czone dla statku Demar­chi­stów, a jeden zacho­waj na frach­to­wiec.

[Nie. Pocze­kamy, aż oba wyło­nią się po dru­giej stro­nie. O ile prze­żyją. A potem zadzia­łamy.]

Nie mogę do tego dopu­ścić.

No więc dobrze. Miała przed­tem nadzieję, że do tego nie doj­dzie, ale Cla­vain zmu­sił ją do dzia­ła­nia. Skon­cen­tro­wała się, wysłała skom­pli­ko­waną sekwen­cję komend neu­ro­no­wych. Poczuła, jak odle­gły sys­tem uzbro­je­nia roz­po­znaje jej upraw­nie­nia i pod­daje się jej woli. Jej ste­ro­wa­nie, choć nie­do­kładne, pozba­wione pre­cy­zji i bez­po­śred­nio­ści, z jaką zwra­cała się do wła­snych maszyn, wystar­czyło - musiała prze­cież tylko wystrze­lić kilka poci­sków.

[Skade...?]

To Cla­vain - zorien­to­wał się, że prze­jęła jego upraw­nie­nia ste­ro­wa­nia uzbro­je­niem. Wyczuła jego zdzi­wie­nie fak­tem, że ona, Skade, w ogóle ma takie prawa dostępu. Wyzna­czyła roz­rzut; poci­ski pości­gowe drżały w sto­ja­kach wyrzutni.

W gło­wie Skade prze­mó­wił spo­kojny głos:

[Nie, Skade.]

To Rada Nocna.

Co takiego?

[Zwol­nij kon­trolę zbro­jowni. Zrób, jak chce Cla­vain. To dla nas korzyst­niej­sze na dłuż­szą metę.]

Nie, ja...

[Skade, zwol­nij zbro­jow­nię.]

Rada Nocna mówiła teraz ostrzej­szym tonem.

Wście­kła, że ją napo­mniano, Skade zasto­so­wała się do pole­ce­nia.

* * *

Anto­inette dotarła do trumny ojca przy­wią­za­nej do ste­laża w ładowni, dokład­nie tam, gdzie widział ją proksy.

Rękę w ręka­wiczce poło­żyła na wieku kasety. Przez szybę widziała pro­fil męż­czy­zny. Podo­bień­stwo rodzinne było oczy­wi­ste, choć wiek i gra­wi­ta­cja wyrzeź­biły jego obli­cze w prze­sadną męską kary­ka­turę jej wła­snego. Oczy miał zamknięte, na twa­rzy odma­lo­wał się wyraz znu­dzo­nego spo­koju. To typowe dla ojca: drze­mie sobie pod­czas tych gorą­cych wyda­rzeń, pomy­ślała. Pamię­tała jego chra­pa­nie wypeł­nia­jące kajutę. Kie­dyś zła­pała go na tym, jak uda­wał, że śpi, zer­ka­jąc na nią spod przy­mknię­tych powiek. Obser­wo­wał, jak sobie daje radę w trud­nej sytu­acji. Wie­dział, że pew­nego dnia wszystko będzie musiała robić sama.

Spraw­dziła umo­co­wa­nie trumny. Było bez­pieczne, pod­czas ostat­nich manew­rów nic się nie oblu­zo­wało.

- Bestio... - powie­działa.

- Tak, panienko?

- Jestem w ładowni.

- Jest się tego nie­przy­jem­nie świa­do­mym, panienko.

- Prze­rzuć nas na pod­dźwię­kową. Powiedz mi, gdy ją osią­gniemy.

Przy­go­to­wała się na pro­test, ale go nie usły­szała. Czuła ton statku, wewnętrz­nym uchem usi­ło­wała odróż­nić hamo­wa­nie od scho­dze­nia. Teraz Burzyk w zasa­dzie nie leciał. Z powodu swego kształtu był pra­wie pozba­wiony siły nośnej, więc kie­ro­wał w dół wek­tor ciągu, by nie spa­dać jak kamień. Opróż­niona z powie­trza ładow­nia dostar­czała dotych­czas pew­nej siły wyporu, ale Anto­inette ni­gdy nie pro­gra­mo­wała głę­bo­kiego scho­dze­nia w atmos­ferę w sytu­acji, gdy w ładowni pano­wała próż­nia.

Już dawno powinna być mar­twa. Kapi­tan Demar­chi­stów powi­nien był ją zestrze­lić z nieba, a goniący ją sta­tek paję­czy powi­nien zaata­ko­wać, nim zanur­ko­wała w atmos­ferę. Nawet samo nur­ko­wa­nie powinno ją uśmier­cić. Nie było to łagodne kon­tro­lo­wane wej­ście, jak sobie pla­no­wała, ale wście­kłe prze­dzie­ra­nie się pod chmury, jazda w wirze stwo­rzo­nym przez sta­tek Demar­chi­stów. Gdy tylko sta­tek wzno­wił lot poziomy, oce­niła uszko­dze­nia; sytu­acja nie przed­sta­wiała się różowo. Gdy dotrze do Pasa Złomu - wąt­pliwe "gdy", bo prze­cież pająki na­dal czy­hają - Xavier będzie miał mnó­stwo roboty przez kilka naj­bliż­szych mie­sięcy.

Ale przy­naj­mniej nie będzie w tym cza­sie roz­ra­biał, pomy­ślała.

- Już pod­dźwię­kowa, panienko - zako­mu­ni­ko­wał Bestia.

- Dobrze. - Po raz trzeci Anto­inette spraw­dziła, czy jest przy­mo­co­wana do ste­laża rów­nie mocno jak trumna, a potem ponow­nie spraw­dziła para­me­try ska­fan­dra. - Pro­szę, otwórz drzwi ładowni numer jeden.

- Za chwilę, panienko.

Jasna drza­zga świa­tła roz­bły­sła z tego końca ste­laża. Anto­inette zmru­żyła oczy i zaraz opu­ściła ciem­no­zie­loną anty­od­bla­skową przy­łbicę hełmu.

Szcze­lina świa­tła powięk­szyła się, a potem na Anto­inette ruszył pęd powie­trza, pchnął ją na wspor­nik ste­laża. W kilka sekund powie­trze wypeł­niło komorę ładowni, wyło i wiro­wało. Czuj­niki ska­fan­dra bły­ska­wicz­nie doko­nały ana­lizy gazu i zde­cy­do­wa­nie odra­dziły otwar­cie hełmu. Ciśnie­nie prze­wyż­szało jedną atmos­ferę, ale gaz był śmier­tel­nie zimny i nie­zwy­kle tru­jący.

Dusząca tru­ci­zna i zabój­cza tem­pe­ra­tura, ale za to jaki piękny, barwny widok z kosmosu, pomy­ślała Anto­inette.

- Spro­wadź nas dwa­dzie­ścia kli­ków niżej - pole­ciła.

- Jesteś pewna, panienko?

- Tak, do cho­lery.

Pod­łoga nachy­liła się. Anto­inette obser­wo­wała, jak baro­metr odmie­rza rosnące ciśnie­nie: dwie atmos­fery, trzy, cztery i jesz­cze wię­cej. Ufała, że reszta Burzyka, pod­dana teraz ujem­nemu ciśnie­niu, nie roze­rwie się nad nią jak mokra papie­rowa torebka.

Nie wiem, co się jesz­cze sta­nie, ale chyba już naru­szy­łam warunki gwa­ran­cji na sta­tek, pomy­ślała.

Gdy Anto­inette odzy­skała pew­ność sie­bie - a raczej, gdy jej puls wró­cił do normy - ruszyła, cen­ty­metr po cen­ty­metrze, w stronę otwar­tej śluzy, wlo­kąc ze sobą trumnę. Żmudny był to pochód, bo co kilka metrów musiała przy­pi­nać i odpi­nać zaczepy mocu­jące trumny, ale robiła to cier­pli­wie, bez iry­ta­cji.

Wzrok jej przy­wykł i dostrze­gła teraz w wid­mie świa­tła sre­brzy­sto­szary kom­po­nent. Świa­tło stop­niowo męt­niało, przy­bie­rało barwę żelaza czy posta­rza­łego brązu. Epsi­lon Eri­dani nie była zbyt jasną gwiazdą i teraz jej pro­mie­nie prze­cho­dziły przez war­stwy pla­ne­tar­nej atmos­fery. Gdy sta­tek będzie scho­dził coraz niżej, wszystko pociem­nieje, aż widok zacznie przy­po­mi­nać dno oce­anu.

Wła­śnie o to ojcu cho­dziło.

- W porządku, Bestio, dbaj o sta­bilny lot. Za chwilę speł­nię swą powin­ność.

- Uwa­żaj na sie­bie, panienko.

Bramy towa­rowe ładowni znaj­do­wały się w róż­nych miej­scach Burzyka, ale ta obec­nie otwarta, w dol­nej czę­ści statku, była skie­ro­wana do tyłu w sto­sunku do kie­runku lotu. Anto­inette dotarła do brzegu, czubki butów wysta­wiła parę cen­ty­me­trów za kra­wędź. Pozy­cja wyda­wała się nie­sta­bilna, ale Anto­inette była bez­piecz­nie przy­pięta. Ciemny brzuch statku, wygięty łagod­nie w stronę ogona, prze­sła­niał widok od góry, ale w dole i po bokach nic nie zakłó­cało per­spek­tywy.

- Mia­łeś rację, tato - szep­nęła na tyle cicho, by Bestia jej nie sły­szał. - To dość zadzi­wia­jące miej­sce. Uwa­żam teraz, że doko­na­łeś dobrego wyboru.

- Panienko?

- Nic takiego, Bestio.

Zaczęła odcze­piać trumnę. Sta­tek kiw­nął się parę razy i w tych momen­tach jej żołą­dek się skrę­cał, a trumna ude­rzała o słup ste­laża. Jed­nakże Bestia zna­ko­mi­cie się spi­sał, utrzy­mu­jąc stałą wyso­kość. Sta­tek leciał teraz z pręd­ko­ścią znacz­nie poni­żej pręd­ko­ści dźwięku w sto­sunku do prądu atmos­fe­rycz­nego, więc Bestia musiał tylko wisieć w powie­trzu, ale to wystar­czyło. Wiatr już nie wiał tak sza­leń­czo, tylko od czasu do czasu zry­wały się poje­dyn­cze szkwały, ale wła­śnie tego Anto­inette ocze­ki­wała.

Teraz trumna była pra­wie uwol­niona, gotowa do kozioł­ko­wa­nia. Ojciec wyglą­dał jak czło­wiek, który uciął sobie drzemkę. Bal­sa­mi­ści świet­nie go przy­go­to­wali, a kulawy mecha­nizm chło­dzący kasety też się dobrze spi­sał. Aż nie do wiary, że ojciec nie żył już od mie­siąca.

- Tato, myślę, że o to ci cho­dziło. Dotar­li­śmy. Wię­cej słów chyba nie trzeba.

Sta­tek był na tyle uprzejmy, że się nie odzy­wał.

- Na­dal nie wiem, czy postę­puję wła­ści­wie - cią­gnęła Anto­inette. - To zna­czy wiem, kie­dyś powie­dzia­łeś, że tego chcesz, ale...

Prze­stań już. Nie wra­caj do tej sprawy, napo­mniała się.

- Panienko?

- Tak?

- Sta­now­czo odra­dza się zwłokę.

Anto­inette pamię­tała ety­kietkę na butelce piwa. Nie miała jej teraz przy sobie, ale naj­drob­niej­sze szcze­góły potra­fiła odtwo­rzyć z pamięci. Błysz­czący srebr­no­złoty druk wyblakł od czasu, gdy czule ode­rwała nalepkę z butelki, ale w jej wyobraźni na­dal bajecz­nie się skrzył. Ety­kietka - tani masowy pro­dukt - dla niej nabrała cech świę­tego obrazu. Anto­inette miała wów­czas dwa­na­ście czy trzy­na­ście lat, gdy po jakiejś zyskow­nej podróży ojciec zabrał ją do spe­lunki odwie­dza­nej przez kapi­ta­nów stat­ków han­dlo­wych. W tam­tym cza­sie Anto­inette nie miała spe­cjal­nego doświad­cze­nia, ale wypeł­niony weso­łymi opo­wie­ściami wie­czór uznała za udany. Pod koniec spo­tka­nia roz­ma­wiano o pogrze­bach podróż­ni­ków kosmicz­nych, o tra­dy­cji i roz­ma­itych pry­wat­nych pre­fe­ren­cjach. Ojciec się nie odzy­wał, uśmie­chał się tylko, gdy dys­ku­sja przy­bie­rała to poważny, to żar­to­bliwy ton. Nagle - ku zasko­cze­niu Anto­inette - wyra­ził wła­sne życze­nie: chciałby zostać pocho­wany w atmos­fe­rze gazo­wego giganta. W innych oko­licz­no­ściach mogłaby to uznać za drwinę z tych wszyst­kich opcji, ale ojciec wypo­wie­dział swoje życze­nie tonem cał­ko­wi­cie poważ­nym i odnio­sła wra­że­nie - choć ni­gdy wcze­śniej o tym nie wspo­mi­nał - że nie wymy­ślił tego na pocze­ka­niu. Wtedy zło­żyła sobie pry­watne ślu­bo­wa­nie: gdy ojciec kie­dyś umrze, ona spełni jego życze­nie, jeśli tylko będzie w sta­nie wszystko zor­ga­ni­zo­wać. Ode­rwała ety­kietkę z butelki piwa - to było jej memento.

Przez następne lata ni­gdy nie wąt­piła, że bez pro­blemu dotrzyma słowa, wyda­wało się to łatwe, tak łatwe, że rzadko o tym myślała. Ojciec umarł i Anto­inette miała speł­nić obiet­nicę, choć może obec­nie wyda­wała jej się ona nieco śmieszna i dzie­cinna. Naj­waż­niej­sze jed­nak było wyraźne prze­ko­na­nie, które tam­tego wie­czoru sły­szała w gło­sie ojca. Miała wtedy zale­d­wie dwa­na­ście czy trzy­na­ście lat i może sobie to wszystko wyobra­ziła, albo wpro­wa­dził ją w błąd poważny wyraz ojcow­skiej twa­rzy, ale ślu­bo­wała i choć teraz wią­zało się z tym tyle kło­po­tów, chciała słowa dotrzy­mać, nawet nara­ża­jąc życie.

Odcze­piła ostat­nie więzy i pchnęła trumnę, aż jedna trze­cia jej dłu­go­ści wysta­wała poza kra­wędź śluzy. Jesz­cze jedno pchnię­cie i ojciec będzie miał pogrzeb, jakiego chciał.

To sza­leń­stwo. Przez wszyst­kie lata po tam­tej pija­nej roz­mo­wie w barze ni­gdy nawet nie wspo­mniał o tym, że chce być pocho­wany w gazo­wym gigan­cie. Ale czy to zna­czy, że wtedy nie wyra­ził życze­nia z głębi serca? Prze­cież nie wie­dział, kiedy umrze. Nie miał czasu na upo­rząd­ko­wa­nie swo­ich spraw przed śmier­cią i nie miał oka­zji wyja­śnić, czego sobie życzy w kwe­stii pochówku.

Sza­leń­stwo? Ow­szem, ale z głębi serca.

Pchnęła trumnę poza kra­wędź.

Przez chwilę wyda­wało się, że trumna wisi w powie­trzu za stat­kiem, jakby nie chciała roz­po­cząć dłu­giego opusz­cza­nia się w nicość. Potem powoli zaczęła spa­dać. Kozioł­ko­wała, opóź­niana przez wiatr, malała w oczach - przed chwilą miała roz­miar kciuka, a teraz już małej, ledwo dostrze­gal­nej kre­ski, wresz­cie kropki, która tylko na moment odbiła słabe świa­tło gwiazdy i znik­nęła w kłę­bach paste­lo­wych chmur.

Ostatni migaw­kowy widok i trumna znik­nęła, pogrzeb się skoń­czył.

Anto­inette oparła się o wspor­nik. Nie spo­dzie­wała się, że po całej cere­mo­nii spły­nie na nią takie zmę­cze­nie. Nagle poczuła oło­wiany cię­żar przy­tła­cza­ją­cego ją powie­trza. Nie było smutku ani łez - przed­tem się wypła­kała. Z cza­sem łzy na pewno powrócą. Teraz jed­nak czuła jedy­nie bez­gra­niczne wyczer­pa­nie.

Zamknęła oczy na kilka minut.

Potem kazała Bestii zamknąć śluzę i roz­po­częła długi powrót na pokład ste­row­ni­czy.

TRZY

Ze swego punktu obser­wa­cyj­nego wewnątrz śluzy Nevil Cla­vain patrzył na roz­wie­ra­jącą się jak źre­nica okrą­głą część szpo­no­po­dob­nego kadłuba Noc­nego Cie­nia. Jak albi­no­tyczne wszy wyro­iły się uzbro­jone proksy, pokryte pan­ce­rzami, podzie­lone na seg­menty, z wyspe­cja­li­zo­wa­nymi odnó­żami, czuj­ni­kami i bro­nią. Szybko prze­mie­rzyły próż­nię oddzie­la­jącą ich od wro­giego statku i przy­warły do niego przy­lgami na koń­cach nóg. Potem na uszko­dzo­nej powierzchni szu­kały wła­zów i zna­nych sła­bych miejsc w stat­kach takiego typu.

Sunęły po przy­pad­ko­wych torach jak żeru­jące ska­ra­be­usze. Mogłyby przej­rzeć sta­tek bar­dzo szybko, ale ist­niało ryzyko, że zabiją tych, któ­rym udało się prze­żyć w uszczel­nio­nych stre­fach statku. Dla­tego Cla­vain upie­rał się, by korzy­stały ze śluz powietrz­nych, choć przej­ście każ­dej maszyny przez śluzę zaj­mo­wało sporo czasu.

Nie­po­trzebna ostroż­ność. Gdy tylko pierw­szy ska­ra­be­usz wszedł do środka, stało się jasne, że Cla­vain nie napo­tka ani oporu, ani uzbro­jo­nych oca­la­łych. Sta­tek był ciemny, zimny i cichy. Nie­mal pach­niał śmier­cią. Proksy sunęły ostroż­nie, mija­jąc poszcze­gólne poste­runki służ­bowe, a w polu widze­nia poja­wiały się twa­rze tru­pów. Podobne mel­dunki spły­wały od maszyn mysz­ku­ją­cych w pozo­sta­łej czę­ści statku.

Cla­vain wyco­fał więk­szość ska­ra­be­uszy i zba­daną przez nie drogą posłał na sta­tek oddzia­łek Hybry­dow­ców. Za pośred­nic­twem oczu ska­ra­be­usza oglą­dał poje­dyn­czych żoł­nie­rzy wynu­rza­ją­cych się ze śluzy. Ich pękate białe syl­wetki przy­wo­dziły na myśl duchy.

Prze­cze­sali sta­tek. Z dodat­kową wła­ściwą ludziom czuj­no­ścią badali te same cia­sne pomiesz­cze­nia, wcze­śniej zba­dane przez proksy. Lufy broni wty­kali w poten­cjalne kry­jówki, otwie­rali pokrywy sprzętu, szu­ka­jąc oca­la­łych. Nikogo nie zna­le­ziono. Ostroż­nie sztur­chano ciała, ale żadne nie wyka­zało naj­mniej­szych oznak życia - sty­gły, a wzorce ter­miczne wokół twa­rzy świad­czyły o tym, że zgon już nastą­pił, choć nie­dawno. Nic nie wska­zy­wało na przy­czyny tej gwał­tow­nej śmierci.

Cla­vain uło­żył myśl i prze­ka­zał ją Skade i Remon­to­ire'owi, na­dal pozo­sta­ją­cym na mostku.

Wcho­dzę do środka. Żad­nych jeśli, żad­nych ale. Zała­twię to szybko, bez zbęd­nego ryzyka.

[Nie, Cla­va­inie.]

Przy­kro mi, Skade, ale albo-albo. Nie jestem człon­kiem waszego miłego klu­biku, co ozna­cza, że mogę cho­dzić, gdzie mi się podoba. Prze­łknij to lub wypluj, ale to część kon­traktu.

[Jesteś dla nas cenny.]

Będę ostrożny, przy­rze­kam.

Cla­vain odbie­rał iry­ta­cję Skade wła­snym sys­te­mem emo­cjo­nal­nym. Remon­to­ire rów­nież nie zachwy­cał się jego decy­zją.

Oby­dwoje nale­żeli do Ści­słej Rady i było nie do pomy­śle­nia, by zro­bili coś rów­nie nie­bez­piecz­nego jak wej­ście na pokład poj­ma­nego okrętu wroga. Już i tak dosta­tecz­nie ryzy­ko­wali, opusz­cza­jąc Mat­czyne Gniazdo. Inni Hybry­dowcy, łącz­nie ze Skade, chcieli, by Cla­vain dołą­czył do Ści­słej Rady, gdzie sku­tecz­niej wyko­rzy­sty­wa­liby jego wie­dzę i chro­nili go. Skade, dzięki swej wła­dzy w Radzie, mogła znacz­nie utrud­nić mu życie, gdyby upie­rał się pozo­stać poza tym cia­łem. Mogłaby odde­le­go­wać go do sym­bo­licz­nych obo­wiąz­ków albo nawet ode­słać na żało­sną, przy­mu­sową eme­ry­turę. Ist­niały rów­nież inne kary i Cla­vain wcale ich nie lek­ce­wa­żył. Zaczął nawet roz­wa­żać opcję wstą­pie­nia do Rady. Przy­naj­mniej poznałby odpo­wiedź na pewne pyta­nia i nie­wy­klu­czone, że wywarłby pewien wpływ na swych adwer­sa­rzy.

Póki jed­nak nie nad­gryzł tego jabłka, na­dal pozo­sta­wał żoł­nie­rzem. Żadne ogra­ni­cze­nia go nie doty­czyły i jeśli ma postę­po­wać jak tamci, to niech go cho­lera weź­mie.

W dal­szym ciągu przy­go­to­wy­wał ska­fan­der. Poprzed­nio, jakieś trzy czy cztery stu­le­cia temu, ten pro­ces był znacz­nie szyb­szy i łatwiej­szy: nakła­dało się maskę i tro­chę urzą­dzeń komu­ni­ka­cyj­nych, a potem prze­cho­dziło przez błonę z inte­li­gent­nego mate­riału, roz­cią­gniętą na drzwiach wycho­dzą­cych w próż­nię. Przy przej­ściu war­stwa błony otu­lała cię, two­rząc natych­miast przy­le­ga­jący do skóry ska­fan­der. Pod­czas powrotu wcho­dziło się przez tę samą błonę i ska­fan­der do niej powra­cał, ście­ka­jąc z ciała jak magiczny śluz. Dzięki temu czyn­ność wycho­dze­nia ze statku na zewnątrz była rów­nie pro­sta jak zakła­da­nie oku­la­rów prze­ciw­sło­necz­nych. Takie tech­niki, jako zbyt wraż­liwe na ataki, ni­gdy nie miały szer­szego zasto­so­wa­nia w cza­sie wojen i oczy­wi­ście nie sto­so­wano ich teraz, w epoce po zara­zie, kiedy można było wyko­rzy­sty­wać jedy­nie naj­od­por­niej­sze formy nano­tech­no­lo­gii.

Cla­vain oba­wiał się, że dodat­kowy wysi­łek będzie go iry­to­wał. Prze­ko­nał się jed­nak, że pod wie­loma wzglę­dami akt wkła­da­nia ska­fan­dra - wdzie­wa­nie zbro­jo­nych płyt, rygo­ry­styczne spraw­dza­nie pod­sys­te­mów, przy­pi­na­nie broni i czuj­ni­ków - dziw­nie doda­wał otu­chy. Może dla­tego, że te czyn­no­ści miały cha­rak­ter rytu­al­nych gestów odstra­sza­ją­cych pecha. A może cała pro­ce­dura przy­po­mi­nała mu, jak się przed­sta­wiały sprawy w jego mło­dzień­czych latach.

Ode­pchnął się nogami w kie­runku wro­giego statku i opu­ścił śluzę. Syl­wetka szpo­nia­stego statku jaśniała na tle ciem­nego kon­turu gazo­wego giganta. Okręt z pew­no­ścią był uszko­dzony, ale nie miał wycie­ków gazu świad­czą­cych o utra­cie szczel­no­ści kadłuba. Ist­niała nawet szansa, że ktoś oca­lał. Cho­ciaż ska­no­wa­nie w pod­czer­wieni nie dało jed­no­znacz­nych wyni­ków, lase­rowe urzą­dze­nia namia­rowe wykryły nie­wiel­kie ruchy całego statku w przód i w tył. Taki efekt mogły wywo­łać roz­ma­ite czyn­niki, ale naj­prost­szym wyja­śnie­niem była obec­ność wewnątrz przy­naj­mniej jed­nej osoby, która się ruszała, odbi­ja­jąc się od czasu do czasu od kadłuba. Jed­nakże ani ska­ra­be­usze, ani zwia­dowcy nie zna­leźli żad­nych oca­lałych.

Coś przy­cią­gnęło jego uwagę: wijąca się bla­do­zie­lona nić na tle ciem­nego pół­księ­życa gazo­wego giganta. Od chwili poja­wie­nia się okrętu Demar­chi­stów Cla­vain wła­ści­wie nie myślał o frach­towcu, ale sta­tek Anto­inette Bax do tej pory nie wynu­rzył się z atmos­fery. Naj­praw­do­po­dob­niej dziew­czyna zgi­nęła - a ist­niały tysiące spo­so­bów, w jakie pilot mógł zgi­nąć w atmos­fe­rze. Nie miał poję­cia, co tam robiła, i raczej nie apro­bo­wałby tych dzia­łań. Tyle że była chyba sama, a tak nie powinno się umie­rać w kosmo­sie. Cla­vain pamię­tał, jak zigno­ro­wała ostrze­że­nie szy­pra, i za to ją podzi­wiał. Bez wąt­pie­nia zacho­wała się dziel­nie.

Ener­gicz­nie wylą­do­wał na wro­gim statku, amor­ty­zu­jąc ude­rze­nie ugię­ciem kolan. Pod­niósł się, pode­szwy butów przy­wie­rały do kadłuba. Cla­vain obró­cił się i dło­nią przy przy­łbicy przy­sło­nił blask słońca. Spoj­rzał na Nocny Cień. Delek­to­wał się rzadką oka­zją widoku wła­snego statku z zewnątrz. Okręt był tak ciemny, że Cla­vain z tru­dem go dostrze­gał. Potem jego implanty wzmoc­niły obraz statku, ujęły go w ramkę pul­su­ją­cej zie­lo­nej nakładki - o skali i odle­gło­ści infor­mo­wały cyfry i odcie­nie czer­wieni. Sta­tek był świa­tło­wcem i mógł odby­wać podróże mię­dzy­gwiezdne. Wysmu­kły kadłub zwę­żał się opły­wowo do ostrego jak igła dziobu, kształt miał sprzy­jać mak­sy­mal­nej wydaj­no­ści w podró­żach z pręd­ko­ścią nie­mal świetlną. W pobliżu naj­grub­szego miej­sca kadłuba, zanim ponow­nie zaczy­nał się zwę­żać do tępo zakoń­czo­nego ogona, pod­cze­piono parę sil­ni­ków na wysmu­kłych dźwi­ga­rach. Inne odłamy ludz­ko­ści mówiły o tych sil­ni­kach "napęd Hybry­dow­ców", gdyż Hybry­dowcy mieli mono­pol na ich pro­duk­cję i roz­po­wszech­nia­nie. Przez stu­le­cia udo­stęp­niali je Demar­chi­stom, Ultra­som i innym podró­żu­ją­cym w kosmo­sie odła­mom ludz­ko­ści, nie zdra­dza­jąc natury zagad­ko­wych pro­ce­sów fizycz­nych, dzięki któ­rym funk­cjo­no­wały te odporne na maj­ster­ko­wa­nie napędy.

Sto lat temu wszystko się zmie­niło. Prak­tycz­nie z dnia na dzień Hybry­dowcy prze­stali wytwa­rzać swe sil­niki. Nie podali żad­nych wyja­śnień, nie obie­cali, że kie­dy­kol­wiek wzno­wią pro­duk­cję.

Od tam­tego czasu ist­nie­jące sil­niki stały się nie­sły­cha­nie cenne i były powo­dem prze­ra­ża­ją­cych aktów pirac­twa. Tamto wyda­rze­nie nie­wąt­pli­wie stało się pośred­nio jedną z przy­czyn obec­nej wojny.

Cla­vain sły­szał pogło­ski, że Hybry­dowcy na­dal pro­du­kują sil­niki do wła­snego użytku, ale wie­dział - jeśli wie­dział cokol­wiek o tych spra­wach - że to pogło­ski fał­szywe. Nakaz zaprze­sta­nia pro­duk­cji był bez­po­średni i obo­wią­zy­wał powszech­nie. Co wię­cej, gwał­tow­nie spa­dło wyko­rzy­sta­nie ist­nie­ją­cych okrę­tów, nawet przez jego wła­sny odłam. Cla­vain nie poj­mo­wał, dla­czego wydano takie roz­po­rzą­dze­nie. Domy­ślał się, że wydała je Ści­sła Rada, ale dla­czego uznała to za nie­zbędne?

A jed­nak teraz Ści­sła Rada zbu­do­wała Nocny Cień. Cla­va­inowi powie­rzono pro­to­typ pod­czas lotu prób­nego, ale Rada nie­chęt­nie ujaw­niała swe sekrety. Wszystko wska­zy­wało na to, że Skade i Remon­to­ire wie­dzieli wię­cej od niego, a Cla­vain mógłby się zało­żyć, że Skade wie wię­cej od Remon­to­ire'a. Spę­dziła pra­wie całą podróż w ukry­ciu, praw­do­po­dob­nie przy jakimś super­taj­nym sprzę­cie woj­sko­wym. Cla­va­inowi nie udało się usta­lić, czym się wła­ści­wie zaj­mo­wała.

I na­dal nie miał poję­cia, dla­czego Ści­sła Rada zezwo­liła na budowę nowego statku. Jakiż to miało sens w tak póź­nym sta­dium wojny, kiedy wróg już ustę­po­wał? Gdyby Cla­vain dołą­czył do Rady, może nie otrzy­małby odpo­wie­dzi na wszyst­kie drę­czące go pyta­nia - na­dal nie wcho­dziłby w skład Wewnętrz­nego Sank­tu­arium - ale przy­bli­żyłby się do odpo­wie­dzi.

Brzmiało to nie­mal kusząco.

Jak łatwo dałem się zma­ni­pu­lo­wać Skade i innym, pomy­ślał z nie­sma­kiem i odwró­cił się od widoku. Nakładka znik­nęła, a on ostroż­nie prze­szedł do miej­sca, gdzie weszli żoł­nie­rze.

Wkrótce zna­lazł się w trze­wiach statku Demar­chi­stów. Szedł pro­wad­ni­cami i rurami, w któ­rych nor­mal­nie nie byłoby powie­trza. Cla­vain zażą­dał wywia­dow­czego pakietu infor­ma­cji na temat budowy okrętu i wyobra­ził sobie słabe łasko­ta­nie, gdy wie­dza poja­wiła mu się w gło­wie. Natych­miast odniósł nie­sa­mo­wite wra­że­nie zna­jo­mo­ści oto­cze­nia, jakby prze­żył déja vu. Dotarł do śluzy powietrz­nej - oka­zała się za cia­sna, prze­szka­dzał mu nie­zgrabny opan­ce­rzony ska­fan­der. Cla­vain zamknął luk za sobą, powie­trze z rykiem wtar­gnęło do środka, a potem wewnętrzne drzwi wpu­ściły go do czę­ści statku, w któ­rej pano­wało ciśnie­nie. Domi­nu­jące wra­że­nie to ciem­ność. Po chwili jed­nak jego hełm prze­łą­czył się w tryb wyso­kiej czu­ło­ści i nało­żył na nor­malne pole widze­nia nakładki pod­czer­wienne i ultra­dź­wię­kowe.

[Cla­vain.]

Jeden ze zwia­dow­ców cze­kał na niego. Cla­vain zgiął się, tak że jego twarz zna­la­zła się na jed­nej linii z twa­rzą kobiety, a potem pod­cze­pił się do wewnętrz­nej ścianki.

Co zna­la­złaś?

[Nie­wiele. Wszy­scy są mar­twi.]

Co do jed­nego?

Myśli kobiety dotarły do jego głowy jak kule, zwię­złe i pre­cy­zyjne.

[Ostat­nio. Żad­nych zra­nień. Wydaje się to roz­myślne.]

Żad­nego oca­la­łego? Spo­dzie­wa­li­śmy się przy­naj­mniej jed­nego.

[Nie ma oca­la­łych, Cla­vain.]

Ofe­ro­wała mu dostęp do swo­ich wspo­mnień. Przy­jął je, przy­go­to­wu­jąc się psy­chicz­nie do tego, co za chwilę zoba­czy.

Zoba­czył widok tak nie­przy­jemny, jak się oba­wiał, niczym scenę jakie­goś potwor­nego, zbio­ro­wego samo­bój­stwa. Żad­nych śla­dów walki czy przy­musu, żad­nych oznak waha­nia. Załoga umarła na swo­ich wła­ści­wych sta­no­wi­skach służ­bo­wych, tak jakby ktoś obszedł sta­tek i roz­dał tru­jące pastylki. Sytu­acja mogła wyglą­dać jesz­cze okrop­niej: załoga zgro­ma­dziła się w jakimś cen­tral­nym pomiesz­cze­niu, wrę­czono jej środki do euta­na­zji, a następ­nie wszy­scy wró­cili do swo­ich nisz. Moż­liwe, że potem na­dal wyko­ny­wali swe zaję­cia, aż do chwili, gdy szy­per zarzą­dził zbio­rowe samo­bój­stwo.

W nie­waż­ko­ści głowy nie zwi­sają bez­wład­nie. Nawet nie opa­dają szczęki. Ciała przy­bie­rają poło­że­nie i postawę mniej wię­cej takie jak za życia, ogra­ni­czone uprzę­żami albo też swo­bod­nie dry­fu­jące od ściany do ściany. To jedna z naj­bar­dziej nie­sa­mo­wi­tych cech wojny w kosmo­sie: czę­sto trudno jest odróż­nić mar­twych od żywych.

Wszy­scy mar­twi zało­ganci byli wychu­dzeni, jakby przez wiele mie­sięcy żywili się żela­znymi por­cjami. Wielu z nich miało uszko­dze­nia skóry lub nabie­głe krwią ślady źle zago­jo­nych ran. Może nie­któ­rzy z nich umarli już wcze­śniej i ich ciała wyrzu­cono ze statku, by zmniej­szyć jego masę i oszczę­dzić paliwo. Pod czap­kami i heł­mami wszy­scy mieli jedy­nie siwawą szcze­cinę. Wszyst­kich ubrano w podobne mun­dury z ozna­kami raczej spe­cja­li­za­cji tech­nicz­nych niż stopni woj­sko­wych. W ponu­rym oświe­tle­niu awa­ryj­nym ich skóra miała jed­na­kowy sza­ro­zie­lony odcień.

Cla­vain postrze­gał teraz wła­snym wzro­kiem, jak w pole widze­nia wsuwa się trup. Męż­czy­zna jakby pły­nął przez powie­trze. Miał lekko roz­chy­lone usta, wzrok utkwiony w nie­okre­ślo­nym punk­cie. Czło­wiek łup­nął w jedną z gro­dzi, a Cla­vain poczuł słabe drga­nia ścianki, gdzie tkwił przy­cze­piony.

Cla­vain prze­trans­mi­to­wał prośbę do głowy kobiety.

Umo­cuj tego trupa.

Kobieta speł­niła prośbę. Potem Cla­vain roz­ka­zał wszyst­kim zwia­dow­com, by się przy­wią­zali i zacho­wy­wali spo­koj­nie. Nie było innych dry­fu­ją­cych tru­pów, więc żaden obiekt nie powi­nien wpły­wać na ruch statku. Cla­vain pocze­kał chwilę na aktu­ali­za­cje z Noc­nego Cie­nia, który na­dal obma­cy­wał wroga lase­rami dale­kiego zasięgu.

Począt­kowo nie potra­fił sen­sow­nie zin­ter­pre­to­wać obrazu: wewnątrz wro­giego statku naj­wy­raź­niej coś na­dal się poru­szało.

* * *

- Panienko?

Anto­inette bar­dzo dobrze znała ten ton, który ni­gdy nie zapo­wia­dał niczego dobrego. Wci­śnięta w kanapę akce­le­ra­cyjną wychrzą­kała odpo­wiedź zro­zu­miałą tylko dla Bestii.

- Coś się dzieje, prawda?

- Nie­stety tak, panienko. Wygląda na to, że mamy pro­blem z głów­nym rdze­niem syn­tezy.

Bestia włą­czył na oknie mostka reflek­syjną pro­jek­cję sys­temu syn­tezy. Obraz nało­żył się na war­stwy chmur, przez które pruł wspi­na­jący się z powro­tem w prze­strzeń Burzyk. Ele­menty sil­nika jądro­wego wykre­ślono zło­wróżbną pul­su­jącą czer­wie­nią.

- Cho­lera. To toka­mak, prawda?

- Wydaje się, że wła­śnie z tym mamy do czy­nie­nia, panienko.

- Pie­przyć to. Wie­dzia­łam, że powin­ni­śmy go wymie­nić pod­czas ostat­niego gene­ral­nego.

- Uwaga na słow­nic­two, panienko! I grzeczne napo­mnie­nie, że co się stało, to się stało.

Anto­inette uru­cho­miła kilka innych pro­gra­mów dia­gno­stycz­nych, ale nie przy­nio­sły lep­szych nowin.

- To wina Xaviera - oznaj­miła.

- Xaviera? Na czym polega wina pana Liu?

- Xave przy­się­gał, że tok prze­trzyma jesz­cze przy­naj­mniej trzy podróże.

- Może i tak, panienko. Ale zanim przy­pi­szesz zbyt wielką winę panu Liu, może powin­naś wspo­mnieć, że gdy opusz­cza­li­śmy Pas Złomu, poli­cja naka­zała wyłą­czyć główny sil­nik. Twarde wyłą­cze­nie nie przy­słu­żyło się toka­ma­kowi. Docho­dzą jesz­cze uszko­dze­nia wibra­cyjne pod­czas wcho­dze­nia w atmos­ferę.

Anto­inette skrzy­wiła się. Cza­sami zasta­na­wiała się, po czy­jej stro­nie Bestia stoi naprawdę.

- Dobra - oznaj­miła. - Na razie daruję Xavemu. Ale to chyba nie polep­sza mojej sytu­acji.

- Nie­po­wo­dze­nie jest prze­wi­dy­wane, panienko, ale nie cał­ko­wi­cie pewne.

Anto­inette spraw­dziła odczyty.

- Potrze­bu­jemy dodat­ko­wych dzie­się­ciu kli­ków na sekundę tylko po to, by wejść na orbitę. Wycią­gniesz tyle, Bestio?

- Sta­ram się, jak mogę, panienko.

Ski­nęła głową, akcep­tu­jąc, że tyle tylko może wyma­gać od swego statku. W górze chmury zaczy­nały rzed­nąć i niebo ciem­niało do głę­bo­kiego, noc­nego gra­natu. Kosmosu można było nie­mal dotknąć.

Ale na­dal pozo­sta­wał do prze­by­cia kawał drogi.

* * *

Cla­vain obser­wo­wał, jak ze schro­nie­nia jest usu­wana ostat­nia skry­wa­jąca war­stwa. Jeden z żoł­nie­rzy poświe­cił latarką w mroczną wnękę. Oca­lały kulił się w rogu, zaku­tany w popla­miony koc ter­miczny. Cla­vain poczuł ulgę - teraz, kiedy zajęto się już tym drob­nym szcze­gó­łem, sta­tek wro­gów mógł zostać bez­piecz­nie znisz­czony i Nocny Cień powróci do Mat­czy­nego Gniazda.

Zna­le­zie­nie oca­la­łego oka­zało się łatwiej­sze, niż Cla­vain przy­pusz­czał. Dokładna loka­li­za­cja zajęła jedy­nie trzy­dzie­ści minut. Zasto­so­wano ska­nery aku­styczne i bio­sen­so­ryczne, stop­niowo zawę­ża­jąc obszar poszu­ki­wań. Potem oddarto panele i usu­nięto sprzęt, odsła­nia­jąc ukrytą niszę, prze­strzeń o roz­mia­rach dwóch zesta­wio­nych szaf. Do tej czę­ści statku, zale­wa­nej pod­wyż­szo­nym pro­mie­nio­wa­niem z sil­ni­ków syn­tezy jądro­wej, załoga ludzka przy­cho­dziła rzadko.

Kry­jówka przy­po­mi­nała Cla­va­inowi zaim­pro­wi­zo­wany areszt, miej­sce odosob­nie­nia na statku, w któ­rym w ogóle nie prze­wi­dy­wano trans­portu więź­niów. Tego więź­nia umiesz­czono w dziu­rze, potem wokół przy­kle­jono panele i sprzęt, zosta­wia­jąc jedy­nie prze­pust na powie­trze, jedze­nie i wodę. Dziura była zanie­czysz­czona. Cla­vain kazał swemu ska­fan­drowi pobrać próbkę powie­trza i pod­pro­wa­dzić odro­binę pod swój nos - cuch­nęła ludz­kimi odcho­dami. Zasta­na­wiał się, czy więź­nia zanie­dby­wano już od dłuż­szego czasu, czy tylko od chwili przy­by­cia Noc­nego Cie­nia.

Pod innymi wzglę­dami więź­niem opie­ko­wano się chyba nale­ży­cie. Obite podusz­kami ściany wnęki miały zamon­to­wane obrę­cze, które poma­gały więź­niowi unik­nąć obra­żeń pod­czas manew­rów bojo­wych. Łącz­ność zapew­niał pod­łą­czony tele­fon, choć Cla­vain zauwa­żył, że urzą­dze­nie prze­no­siło infor­ma­cję tylko w jedną stronę - do schowka. Leżały tam koce i resztki jedze­nia. Cla­vain widział gor­sze areszty. W nie­któ­rych nawet gościł.

Pchnął myśl do głowy żoł­nie­rza z latarką:

Zdej­mij z niego koc. Chciał­bym zoba­czyć, kogo zna­leź­li­śmy.

Cie­kaw, kim okaże się wię­zień, Cla­vain pośpiesz­nie roz­pa­try­wał moż­li­wo­ści. Nie sły­szał nic o uję­tych ostat­nio Hybry­dow­cach i wąt­pił, czy prze­ciw­nik zadałby sobie tyle trudu, by utrzy­my­wać któ­re­goś przy życiu. Ktoś z wła­snych sze­re­gów nie­przy­ja­ciela był naj­bar­dziej praw­do­po­dobny. Może zdrajca albo dezer­ter.

Żoł­nierz zerwał koc ze sku­lo­nej postaci.

Gdy nagle dotarło doń świa­tło, wię­zień - mały kształt zwi­nięty w pozy­cji embrio­nal­nej - pisnął i zakrył przy­wy­kłe do ciem­no­ści oczy.

Cla­vain patrzył zdu­miony - wię­zień zupeł­nie nie odpo­wia­dał jego wyobra­że­niom. Na pierw­szy rzut oka można go było wziąć za ludz­kiego nasto­latka, gdyż pro­por­cje i roz­miar mniej wię­cej temu odpo­wia­dały. Poza tym był nagi - nie­przy­odziane niczym, podobne do ludz­kiego ciało cof­nęło się w głąb dziury. Na barku wid­niało okropne popa­rze­nie - bruzdy i wiry z czer­wieni i śmier­tel­nej bieli.

Cla­vain miał przed sobą hiper­świ­nię - gene­tyczną chi­merę świni i czło­wieka.

- Cześć - powie­dział dono­śnie Cla­vain. Słowo zagrzmiało z gło­śnika ska­fan­dra.

Świ­nia poru­szył się ruchem nagłym i sprę­ży­nu­ją­cym - nikt z nich nie ocze­ki­wał cze­goś takiego. Mach­nął dłu­gim i meta­licz­nym przed­mio­tem, trzy­ma­nym w zaci­śnię­tej pię­ści, który bły­snął, a jego kra­niec wibro­wał niczym kamer­ton. Świ­nia pchnął tym mocno w pierś Cla­va­ina. Koniec ostrza z drże­niem prze­su­nął się po zbroi. Zosta­wił jedy­nie cienki, błysz­czący rowek, jed­nak tra­fił w miej­sce przy ramie­niu Cla­va­ina, gdzie nacho­dziły na sie­bie dwie płytki. Ostrze wśli­zgnęło się w szcze­linę, a ska­fan­der odno­to­wał to wtar­gnię­cie jaskra­wym pul­su­ją­cym sygna­łem alar­mo­wym w heł­mie. Cla­vain rzu­cił się w tył, zanim ostrze zdo­łało prze­bić war­stwę wewnętrzną ska­fan­dra i dotrzeć do ciała. Ude­rzył z trza­skiem ple­cami w ścianę. Broń wypa­dła z rąk świni i odle­ciała, obra­ca­jąc się niczym sta­tek, który utra­cił ste­ro­wa­nie żyro­sko­pami. Cla­vain ziden­ty­fi­ko­wał przed­miot jako nóż pie­zo­elek­tryczny; sam nosił podobny przy pasie ze sprzę­tem. Świ­nia musiał go ukraść któ­re­muś z Demar­chi­stów.

Cla­vain odzy­skał oddech.

- Zacznijmy od nowa, dobrze?

Inni Hybry­dowcy unie­ru­cho­mili świ­nię. Cla­vain skon­tro­lo­wał ska­fan­der, wywo­ław­szy wykaz uszko­dzeń. Przy ramie­niu nastą­piła nie­wielka utrata szczel­no­ści. Nie gro­ziła mu śmierć z udu­sze­nia, ale pomy­ślał o nie­wy­kry­tych kon­ta­mi­nan­tach na pokła­dzie wro­giego statku. Pra­wie odru­chowo odcze­pił z pasa pojem­nik z uszczel­nia­czem w spreju, wybrał śred­nicę dyszy i nało­żył gwał­tow­nie tward­nie­jącą żywicę epok­sy­dową mniej wię­cej wokół cię­cia. Zesta­liła się, two­rząc wężową szarą cystę.

Przed nasta­niem ery Demar­chi­stów, w dwu­dzie­stym pierw­szym czy dwu­dzie­stym dru­gim stu­le­ciu, w cza­sie nie­zbyt odda­lo­nym od naro­dzin Cla­va­ina, cała gama ludz­kich genów została połą­czona z genami świni domo­wej. Chciano uła­twić trans­plan­ta­cję orga­nów mię­dzy oby­dwoma gatun­kami, umoż­li­wić wzrost u świń orga­nów nada­ją­cych się do prze­szczepu u ludzi. Obec­nie już od stu­leci ist­niały lep­sze spo­soby zastę­po­wa­nia i lecze­nia uszko­dzo­nych tka­nek, ale pozo­stało dzie­dzic­two tam­tych eks­pe­ry­men­tów. Gene­tyczna inter­wen­cja posu­nęła się za daleko - stwo­rzono nie tylko mię­dzygatunkową kom­pa­ty­bil­ność, ale coś cał­ko­wi­cie nie­ocze­ki­wa­nego: inte­li­gen­cję.

Nikt - nawet świ­nie - nie wie­dział dokład­nie, co się wyda­rzyło. Nie­wy­klu­czone, że roz­myśl­nie nie pró­bo­wano pod­nieść ich zdol­no­ści poznaw­czych do poziomu ludz­kiego, lecz roz­wój mowy u świń z pew­no­ścią nie był przy­pad­kiem. Nie wszyst­kie potra­fiły się posłu­gi­wać języ­kiem - ist­niały pod­grupy świń o róż­nych zdol­no­ściach umy­sło­wych i wokal­nych - jed­nak te, które mogły mówić, zostały zapro­jek­to­wane przez kogoś, kto dokład­nie wie­dział, co robi: posia­dały wła­ściwe mecha­ni­zmy gra­ma­tyczne w mózgach, miały krta­nie, szczęki i płuca przy­sto­so­wane do two­rze­nia dźwię­ków ludz­kiej mowy.

Cla­vain pochy­lił się lekko nad więź­niem.

- Rozu­miesz mnie? - zapy­tał, naj­pierw w norte, potem uży­wa­jąc kana­zyj­skiego, głów­nego języka Demar­chi­stów. - Nazy­wam się Nevil Cla­vain. Jesteś więź­niem Demar­chi­stów.

Świ­nia odpo­wie­dział, jego prze­bu­do­wane szczęki i krtań for­mo­wały ide­alne ludz­kie dźwięki.

- Wszystko mi jedno, czyim jestem więź­niem. Odpieprz się i zdech­nij.

- Aku­rat tych dwóch rze­czy nie mam w pla­nach na dzi­siaj.

Świ­nia czuj­nie otwo­rzył jedno różo­wo­czer­wone oko.

- A kim, do cho­lery, jeste­ście? Gdzie tamci pozo­stali?

- Załoga szy­pra? Przy­kro mi, ale nie żyją.

Na tę nowinę świ­nia nie oka­zał rado­ści.

- Zabi­li­ście ich?

- Nie. Kiedy weszli­śmy na pokład, byli już mar­twi.

- A wy kto?

- Jak powie­dzia­łem, Hybry­dowcy.

- Pająki... - Świ­nia wykrzy­wił swe pra­wie ludz­kie wargi w czymś na kształt nie­smaku. - Wie­cie, co robię z pają­kami? Szczam na nich.

- To miłe.

Cla­vain widział, że to pro­wa­dzi doni­kąd. Sub­wo­kal­nie popro­sił jed­nego z żoł­nie­rzy, by dał więź­niowi śro­dek uspo­ka­ja­jący i zabrał go z powro­tem na Nocny Cień. Nie miał poję­cia, kogo lub co świ­nia sobą repre­zen­tuje i jak wpa­ko­wał się w spi­ralę koń­co­wego etapu wojny. Dowie się wię­cej po prze­tra­ło­wa­niu świni. A med­ma­szyny Hybry­dow­ców cudow­nie podzia­łają na świń­ską powścią­gli­wość.

Cla­vain pozo­stał na wro­gim okrę­cie, a zwia­dowcy osta­tecz­nie spraw­dzali, czy prze­ciw­nik nie zosta­wił uży­tecz­nych infor­ma­cji tak­tycz­nych. Nie było niczego - stat­kowe maga­zyny danych opróż­niono do czy­sta. Rów­no­le­głe poszu­ki­wa­nia nie wykryły żad­nych tech­no­lo­gii, któ­rych Hybry­dowcy by dobrze nie znali, ani broni war­tych przy­własz­cze­nia. Stan­dar­dowa pro­ce­dura w takich wypad­kach prze­wi­dy­wała znisz­cze­nie prze­szu­ka­nego okrętu, by nie dostał się ponow­nie w ręce wroga.

Cla­vain roz­wa­żał, jak naj­le­piej zli­kwi­do­wać okręt - pocisk czy ładu­nek nisz­czący? - kiedy poczuł obec­ność Remon­to­ire'a.

[Cla­vain?]

O co cho­dzi?

[Odbie­ramy ogólne wezwa­nie pomocy od frach­towca.]

Anto­inette Bax? Myśla­łem, że nie żyje.

[Żyje, ale może wkrótce prze­sta­nie. Jej sta­tek ma pro­blemy z sil­ni­kiem, zdaje się, że awa­ria toka­maka. Nie osią­gnęła pręd­ko­ści ucieczki ani nie zdo­łała wsko­czyć na orbitę.]

Cla­vain ski­nął głową bar­dziej do sie­bie niż do Remon­to­ire'a. Wyobra­ził sobie tra­jek­to­rię, na któ­rej musiał się znaj­do­wać Burzyk. Być może jesz­cze nie osią­gnęła wierz­chołka tej para­boli, ale wcze­śniej czy póź­niej Anto­inette Bax zacznie powrotny ześlizg ku war­stwie chmur. Wyobra­ził sobie rów­nież sto­pień despe­ra­cji, która dopro­wa­dziła ją do wysła­nia ogól­nego wezwa­nia o pomoc, gdy jedy­nym stat­kiem w pobliżu był okręt Hybry­dow­ców. Doświad­cze­nie Cla­va­ina wska­zy­wało, że więk­szość pilo­tów wola­łaby śmierć od pochwy­ce­nia przez pająki.

[Cla­vain... zda­jesz sobie sprawę, że nie możemy potwier­dzić przy­ję­cia jej sygnału.]

Zdaję sobie sprawę.

[Powstałby pre­ce­dens. Popar­li­by­śmy w ten spo­sób dzia­ła­nia nie­le­galne. W naj­lep­szym razie nie mie­li­by­śmy innego wyj­ścia, jak ją zwer­bo­wać.]

Cla­vain znowu ski­nął głową, myśląc o więź­niach mio­ta­ją­cych się z wrza­skiem, gdy wie­dziono ich do sal wer­bow­ni­czych Hybry­dow­ców, gdzie pom­po­wano im głowy do pełna neu­ro­no­wymi mecha­ni­zmami. Bali się nie­po­trzeb­nie - sam wie­dział o tym naj­le­piej, bo on sam kie­dyś się temu opie­rał. Ale rozu­miał ich uczu­cia.

I zasta­na­wiał się, czy chce prze­ra­zić w ten spo­sób Anto­inette Bax.

* * *

Nieco póź­niej Cla­vain dostrzegł jasno­nie­bie­ską iskrę, gdy wrogi sta­tek ude­rzył w atmos­ferę gazo­wego giganta. Porę wybrano przy­pad­kowo, ale sta­tek ude­rzył po ciem­nej stro­nie i gdy pogrą­żał się coraz głę­biej, oświe­tlał kolejne war­stwy chmur fio­le­to­wymi pul­su­ją­cymi bły­skami. To było piękne, robiło wra­że­nie, i przez chwilę Cla­vain pra­gnął poka­zać zja­wi­sko Galia­nie, bo wła­śnie takie wido­wi­sko spra­wi­łoby jej radość. Pochwa­li­łaby rów­nież tę metodę nisz­cze­nia - nie tak mar­no­trawną jak pocisk czy ładu­nek destruk­cyjny. Cla­vain przy­mo­co­wał po pro­stu do statku trzy rakiety cią­gni­kowe z Noc­nego Cie­nia, które przy­ssały się do kadłuba niczym podnawki. Cią­gniki pod­pro­wa­dziły wrogi sta­tek do gazo­wego giganta i zwol­niły go wów­czas, gdy zale­d­wie minuty dzie­liły go od wej­ścia w atmos­ferę. Sta­tek wcho­dził pod ostrym kątem i spa­lał się impo­nu­jąco.

Cią­gniki wra­cały teraz, ostro przy­śpie­sza­jąc, by dogo­nić Nocny Cień lecący już ku Mat­czy­nemu Gniazdu. Powrót cią­gni­ków zamyka ope­ra­cję, pozo­sta­nie tylko kwe­stia więź­nia, ale los świni nie wyma­gał pil­nego roz­strzy­gnię­cia. A Anto­inette Bax... Cóż, bez względu na motywy Anto­inette, Cla­vain podzi­wiał jej dziel­ność - Bax nie tylko wle­ciała daleko w strefę dzia­łań wojen­nych, ale też bez­czel­nie zigno­ro­wała ostrze­że­nie szy­pra oraz - kiedy stało się to nie­zbędne - zdo­była się na odwagę, by popro­sić Hybry­dow­ców o pomoc. Musiała wie­dzieć, że to prośba nie­roz­sądna; że nie­le­gal­nie wla­tu­jąc w strefę dzia­łań wojen­nych, zaprze­pa­ściła swoje prawo do pomocy i że okręt wojenny praw­do­po­dob­nie nie będzie tra­cił czasu, by udzie­lić wspar­cia. Musiała też wie­dzieć, że nawet jeśli Hybry­dowcy ocalą jej życie, karą za jej postę­po­wa­nie będzie wcie­le­nie do ich sze­re­gów, co machina pro­pa­gan­dowa Demar­chi­stów przed­sta­wiała jako nie­sły­chaną okrop­ność.

Nie. Nie mogła roz­sąd­nie liczyć na pomoc, ale dziel­nie z jej strony, że o nią popro­siła.

Cla­vain wes­tchnął, nie­mal czu­jąc do sie­bie wstręt. Wydał neu­ralną komendę Noc­nemu Cie­niowi, by nawią­zał kon­takt zwartą wiązką z uszko­dzo­nym frach­tow­cem. Po nawią­za­niu połą­cze­nia gło­śno prze­mó­wił:

- Anto­inette Bax... mówi Nevil Cla­vain. Jestem na statku Hybry­dow­ców. Sły­szy mnie pani?

Poja­wiło się już opóź­nie­nie w roz­mo­wie i sygnał powrotny był nędz­nie zogni­sko­wany. Głos dziew­czyny brzmiał tak, jakby dobie­gał zza naj­dal­szego kwa­zaru.

- Czemu mi teraz odpo­wia­dasz, sukin­synu? Zosta­wi­łeś mnie, żebym zgi­nęła.

- Jestem cie­kaw, to wszystko. - Wstrzy­mał oddech, na poły spo­dzie­wa­jąc się, że żadna odpo­wiedź nie nadej­dzie.

- Cie­kaw czego?

- Cie­kaw, co skło­niło panią do pro­sze­nia nas o pomoc. Nie bała się pani tego, co pani zro­bimy?

- Czemu mia­ła­bym się bać?

Mówiła non­sza­lanc­kim tonem, ale Cla­va­ina nie zwio­dła.

- Na ogół asy­mi­lu­jemy schwy­ta­nych jeń­ców. Zabra­li­by­śmy panią na pokład i wpu­ścili pani do mózgu nasze maszyny. Nie przej­muje się tym pani?

- Ow­szem, ale powiem ci, czym się bar­dziej przej­muję w tej chwili: że pie­prznę w tę kurew­ską pla­netę.

- To prag­ma­tyczne podej­ście, pani Bax. Podzi­wiam je.

- Dobrze. Czy teraz się odwa­lisz i dasz mi umrzeć w spo­koju?

- Anto­inette, posłu­chaj mnie uważ­nie. Jest coś, co chciał­bym, żebyś natych­miast zro­biła.

Musiała usły­szeć zmianę tonu w jego gło­sie, cho­ciaż na­dal była podejrz­liwa.

- Co takiego?

- Każ stat­kowi wysłać do mnie wła­sny pro­jekt tech­niczny. Chcę mieć dokładne odwzo­ro­wa­nie wytrzy­ma­ło­ści struk­tu­ral­nej kadłuba. Twarde punkty, takie rze­czy. Jeśli namó­wisz kadłub, by poko­lo­ro­wał obszary mak­sy­mal­nych naprę­żeń, tym lepiej. Chciał­bym wie­dzieć, gdzie mogę bez­piecz­nie przy­ło­żyć obcią­że­nie i nie prze­ła­mać twego statku.

- W żaden spo­sób nie zdo­łasz mnie oca­lić. Jesteś zbyt daleko. Nawet gdy­byś teraz zawró­cił, byłoby za późno.

- Ist­nieje spo­sób, wierz mi. A teraz pro­szę o dane albo zaufam swemu instynk­towi, a to może nie naj­lep­sze roz­wią­za­nie.

Przez chwilę nie odpo­wia­dała. Cze­kał, dra­piąc się w brodę, i ode­tchnął dopiero, gdy poczuł potwier­dze­nie, że Nocny Cień zała­do­wał dane. Prze­ska­no­wał trans­mi­sję na wirusy neu­ro­pa­tyczne i wpu­ścił ją do swej czaszki. Wszystko, co potrze­bo­wał wie­dzieć o frach­towcu, zakwi­tło mu w gło­wie, stło­czone w pamięci krót­ko­ter­mi­no­wej.

- Bar­dzo dzię­kuję, Anto­inette. Wła­śnie o to mi cho­dziło.

Wysłał pole­ce­nie do jed­nego z powra­ca­ją­cych cią­gni­ków.

Trak­tor odłą­czył się od swych braci z przy­śpie­sze­niem końca bicza i wyko­nał ostry nawrót - gdyby wiózł orga­nicz­nych pasa­że­rów, zosta­łaby z nich papka. Cla­vain upo­waż­nił cią­gnik do prze­kro­cze­nia wszel­kich wewnętrz­nych gra­nic bez­pie­czeń­stwa i usu­nął w nim wymóg zacho­wa­nia dosta­tecz­nej ilo­ści paliwa na bez­pieczny powrót do Noc­nego Cie­nia.

- Co masz zamiar zro­bić? - spy­tała Bax.

- Wysy­łam z powro­tem drona. Przy­czepi się do two­jego kadłuba i wycią­gnie cię w czy­sty kosmos, poza stud­nię gra­wi­ta­cyjną jowi­szowca. Każę cią­gni­kowi łagod­nie popchnąć cię w kie­runku Yel­low­stone, ale oba­wiam się, że od tej pory musisz radzić sobie sama. Mam nadzieję, że napra­wisz toka­mak, w prze­ciw­nym razie czeka cię bar­dzo dłu­gie spa­da­nie do domu.

Wyda­wało się, że sens jego słów docie­rał do Anto­inette całą wiecz­ność.

- Nie chce­cie wziąć mnie jako jeńca?

- Dzi­siaj nie, Anto­inette. Ale jeśli kie­dyś nasze drogi znów się skrzy­żują, obie­cuję ci jedno: zabiję cię.

Nie bar­dzo bawiła go ta groźba, ale miał nadzieję, że wbije dziew­czy­nie do głowy tro­chę roz­sądku. Prze­rwał połą­cze­nie, zanim zdo­łała odpo­wie­dzieć.

CZTERY

Na pla­ne­cie Resur­gam, w budynku w Cuvier, przy oknie stała kobieta, tyłem do drzwi. Dło­nie splo­tła mocno za ple­cami.

- Następny - powie­działa.

Cze­kała, aż przy­wloką kolej­nego podej­rza­nego. Podzi­wiała widok - wspa­niały i kojący. Pochy­la­jące się nad ulicą okna się­gały od pod­łogi do sufitu. Funk­cjo­nalne budowle odcho­dziły we wszyst­kich kie­run­kach - pię­trzące się sze­ściany i pro­sto­kąty. Bez­li­to­śnie pro­sto­kreślne kon­struk­cje wzbu­dzały poczu­cie miaż­dżą­cej jed­no­rod­no­ści i pod­po­rząd­ko­wa­nia - umy­słowe falo­wody do tłu­mie­nia bar­dziej rado­snych czy wznio­słych myśli.

Jej biuro - zale­d­wie pokoik w znacz­nie więk­szym Domu Inkwi­zy­cji - znaj­do­wało się w prze­bu­do­wa­nej czę­ści Cuvier. Zapi­ski histo­ryczne - inkwi­zy­tor nie była świad­kiem tam­tych wyda­rzeń - wska­zy­wały, że budy­nek stał pra­wie bez­po­śred­nio nad tere­nem zero­wym, gdzie Poto­powcy Słusz­nej Drogi zde­to­no­wali pierw­sze ze swo­ich urzą­dzeń ter­ro­ry­stycz­nych. Ze sku­tecz­no­ścią rzędu dwóch kilo­ton bomba z anty­ma­te­rii wiel­ko­ści główki od szpilki nie mogła kon­ku­ro­wać z innymi narzę­dziami destruk­cji, które inkwi­zy­tor napo­tkała w swym życiu, liczyła się jed­nak nie wiel­kość broni, ale to, co nią zro­biono.

Ter­ro­ry­ści nie mogli wybrać bar­dziej wraż­li­wego celu i skutki oka­zały się kata­stro­falne.

- Następny - powtó­rzyła tro­chę gło­śniej inkwi­zy­tor.

Drzwi otwo­rzyły się ze skrzyp­nię­ciem na sze­ro­kość dłoni.

- To wszystko na dzi­siaj, psze pani - ode­zwał się sto­jący na zewnątrz straż­nik.

Oczy­wi­ście - teczka Iberta była ostat­nią ze stosu.

- Dzię­kuję - odpo­wie­działa inkwi­zy­tor. - Czy sły­szał pan może coś nowego na temat śledz­twa w spra­wie Cier­nia?

Straż­nik odpo­wie­dział z odro­biną skrę­po­wa­nia, gdyż prze­ka­zy­wał infor­ma­cje mię­dzy współ­za­wod­ni­czą­cymi wydzia­łami rzą­do­wymi:

- Zdaje się, że zwol­nili męż­czy­znę po prze­słu­cha­niu. Miał nie­zbite alibi, choć wydo­byto to dopiero po pew­nej per­swa­zji. Chyba był z kobietą, ale nie z żoną. - Straż­nik wzru­szył ramio­nami. - Zwy­kła histo­ria...

- I, jak sobie wyobra­żam, zwy­kła per­swa­zja - parę nie­szczę­śli­wych upad­ków ze scho­dów. Nie ma dodat­ko­wych tro­pów pro­wa­dzą­cych do Cier­nia?

- Są rów­nie daleko od jego zła­pa­nia, jak pani od zła­pa­nia trium­wira. Prze­pra­szam. Wie pani, co chcę powie­dzieć.

- Taaak... - Dwu­znacz­nie prze­cią­gnęła to słowo.

- Czy to wszystko, psze pani?

- Na razie tak.

Drzwi zamknęły się, skrzy­piąc.

Kobieta, do któ­rej ofi­cjal­nie zwra­cano się inkwi­zy­tor Vuil­leu­mier, znowu obser­wo­wała widok mia­sta. Delta Pawia świe­ciła nisko na nie­bie i zaczy­nała bar­wić ściany budyn­ków odcie­niami rdzy i oranżu. Zapa­dał zmrok i kobieta wró­ciła wspo­mnie­niami do Chasm City i do wcze­śniej­szego okresu na Krańcu Nieba. Zawsze o zmierz­chu zasta­na­wiała się, czy lubi to miej­sce. Nie­długo po przy­by­ciu do Chasm City spy­tała męż­czy­znę zwa­nego Mira­bel, czy kie­dyś uznał, że mia­sto mu się podoba. Mira­bel pocho­dził z Krańca Nieba, tak jak ona. Oznaj­mił, że jakoś przy­zwy­czaił się do mia­sta. Wąt­piła w jego słowa, ale w końcu oka­zało się, że miał słusz­ność. Jed­nakże dopiero gdy siłą wypchnięto ją z Chasm City, zaczęła je wspo­mi­nać z nie­ja­kim sen­ty­men­tem.

Na Resur­ga­mie ni­gdy nie osią­gnęła takiego stanu.

Świa­tła przy­dzie­la­nych przez rząd samo­cho­dów elek­trycz­nych pły­nęły mię­dzy domami jak srebrne rzeki. Odwró­ciła się od okna i prze­szła przez gabi­net do swego pry­wat­nego pokoju. Zamknęła za sobą drzwi.

Względy bez­pie­czeń­stwa wyma­gały, by pokój nie miał okien. Usia­dła w wyście­ła­nym fotelu za roz­le­głym, pod­ko­wia­stym biur­kiem. Był to stary sekre­ta­rzyk, któ­rego mar­twe cyber­ne­tyczne trze­wia wyrzu­cono i zastą­piono sys­te­mami znacz­nie pry­mi­tyw­niej­szymi. Dzba­nek nie­świe­żej, cie­płej kawy stał na pod­grze­wa­nej spi­rali w końcu biurka. Z brzę­czą­cego wen­ty­la­tora elek­trycz­nego wydo­by­wał się zapa­szek ozonu.

Przy trzech ścia­nach, włącz­nie z tą, zza któ­rej inkwi­zy­tor przy­szła, stały półki pełne opra­wio­nych rapor­tów, opi­su­ją­cych wysiłki ostat­nich pięt­na­stu lat. Byłoby absur­dem poświę­cać ener­gię całego rzą­do­wego wydziału na łapa­nie poje­dyn­czego czło­wieka: kobiety, o któ­rej nie wie­dziano z całą pew­no­ścią ani czy żyje, ani czy znaj­duje się na Resur­ga­mie. Dla­tego biuru inkwi­zy­tora pole­cono zbie­ra­nie infor­ma­cji o zewnętrz­nych zagro­że­niach. Jed­nakże sprawa trium­wira, cią­gle otwarta, sta­no­wiła naj­bar­dziej znane zada­nie biura, tak jak pro­blem uję­cia Cier­nia i roz­mon­to­wa­nie dowo­dzo­nego przez niego ruchu zdo­mi­no­wał pracę sąsied­niego Wydziału Zagro­żeń Wewnętrz­nych. Choć upły­nęło ponad sześć­dzie­siąt lat od zbrodni trium­wira, wysocy ofi­cjele na­dal pory­ki­wali, doma­ga­jąc się aresz­to­wa­nia i pro­cesu tej kobiety. Wyko­rzy­sty­wali całą sprawę do zogni­sko­wa­nia publicz­nych emo­cji, które w innym wypadku mogłyby się skie­ro­wać prze­ciwko rzą­dowi. To jedna z naj­star­szych sztu­czek ste­ro­wa­nia tłu­mem - dostar­cze­nie mu przed­miotu nie­na­wi­ści. Inkwi­zy­tor miał wiele innych spraw, któ­rymi zaj­mo­wałby się chęt­niej od ści­ga­nia prze­stępcy wojen­nego, lecz gdyby wydział nie wyka­zał nale­ży­tego entu­zja­zmu w tej kwe­stii, prze­jąłby ją inny wydział, a do tego nie można było dopu­ścić. Ist­niało pewne, choć bar­dzo nie­wiel­kie praw­do­po­do­bień­stwo, że temu nowemu wydzia­łowi by się powio­dło.

Tak więc inkwi­zy­tor utrzy­my­wała fik­cję. Sprawa trium­wira pozo­sta­wała legal­nie otwartą, gdyż trium­wir była Ultra­sem i dla­tego nale­żało zakła­dać, że choć od cza­sów jej dzia­łal­no­ści kry­mi­nal­nej upły­nęło tyle lat, ona żyje na­dal. Ist­niały listy dzie­sią­tek tysięcy poten­cjal­nych podej­rza­nych, trans­kryp­cje tysięcy prze­słu­chań. Setki życio­ry­sów i rapor­tów z innych spraw. Pewne indy­wi­dua, w sumie kil­ka­na­ście osób, zasłu­gi­wały na więk­szość półki. A to był tylko uła­mek archi­wum - papiery, które musiały się znaj­do­wać bez­po­śred­nio pod ręką. Na dole w piw­ni­cach i w miej­scach roz­sia­nych po całym mie­ście doku­men­ta­cja zaj­mo­wała wiele kilo­me­trów pó­łek. Wspa­niała i prze­waż­nie utaj­niona sieć poczty pneu­ma­tycz­nej pozwa­lała na prze­rzu­ca­nie teczek z jed­nego biura do dru­giego w ciągu zale­d­wie kilku sekund.

Na biurku kobiety leżało parę otwar­tych teczek. Różne nazwi­ska objęto kół­kiem, pod­kre­ślono lub połą­czono liniami niczym paję­czą sie­cią. Do rapor­tów przy­pięto zszyw­kami foto­gra­fie, roz­ma­zane twa­rze wyło­wione z tłumu przy uży­ciu dłu­go­ogni­sko­wych obiek­ty­wów. Inkwi­zy­tor prze­rzu­ciła te teczki; musiała spra­wiać prze­ko­nu­jące wra­że­nie, że rze­czy­wi­ście idzie po tych widocz­nych tro­pach. Musiała wysłu­chi­wać agen­tów ope­ra­cyj­nych i ana­li­zo­wać frag­men­ta­ryczne wia­do­mo­ści od infor­ma­to­rów. Musiała całym postę­po­wa­niem wska­zy­wać, że rze­czy­wi­ście bar­dzo jej zależy na zna­le­zie­niu trium­wira.

Coś zwró­ciło jej uwagę. Coś na czwar­tej, pozba­wio­nej pó­łek ścia­nie.

Ściana uka­zy­wała Resur­gam w rzu­cie Mer­ca­tora. Mapa odzwier­cie­dlała bie­żący postęp ter­ra­for­mo­wa­nia Resur­gamu. Do nie­ustę­pli­wych sza­ro­ści, brązu i bieli, domi­nu­ją­cych przed stu­le­ciem, dołą­czyły małe nie­bie­skie i zie­lone kleksy. Cuvier pozo­sta­wał naj­więk­szym osie­dlem, ale obec­nie kil­ka­na­ście pla­có­wek osią­gnęło roz­miary mia­ste­czek. Linie slewa łączyły więk­szość z nich; pozo­stałe połą­czono kana­łami, dro­gami lub ruro­cią­gami towa­ro­wymi. Było tro­chę lądo­wisk, ale bra­ko­wało samo­lo­tów i regu­larne podróże odby­wali przede wszyst­kim ofi­cjele rzą­dowi. Do mniej­szych osie­dli - sta­cji kli­matu i kilku na­dal dzia­ła­ją­cych sta­no­wisk wyko­pa­li­sko­wych - można było dotrzeć ste­row­cem lub tere­no­wym łazi­kiem, ale podróże cią­gnęły się tygo­dniami.

Teraz w pół­nocno-wschod­nim rogu mapy, setki kilo­me­trów od miejsc, o któ­rych kto­kol­wiek coś sły­szał, migało czer­wone świa­tełko. Zgła­szał się agent ope­ra­cyjny. Agen­tów iden­ty­fi­ko­wano po ich nume­rach kodo­wych, mru­ga­ją­cych przy plamce wska­zu­ją­cej poło­że­nie nadawcy.

Agent ope­ra­cyjny Cztery.

Inkwi­zy­tor poczuła, jak jej krót­kie czarne włosy na gło­wie stają dęba. Już od bar­dzo, bar­dzo dawna nie otrzy­my­wała żad­nych mel­dun­ków od agenta ope­ra­cyj­nego Cztery.

Wkle­pała do biurka zapy­ta­nie, dzio­biąc poje­dyn­czo w sztywne czarne kla­wi­sze. Popro­siła biurko, by spraw­dziło, czy agent ope­ra­cyjny Cztery jest obec­nie dostępny. Wydruk z biurka potwier­dził, że czer­wone świa­tełko włą­czyło się dopiero przed dwiema godzi­nami. Agent na­dal znaj­do­wał się przy odbior­niku i ocze­ki­wał odpo­wie­dzi inkwi­zy­tora.

Inkwi­zy­tor pod­nio­sła z biurka czarny śli­ma­czy nagłow­nik tele­fonu i przy­ci­snęła do skroni.

- Łącz­ność - powie­działa.

- Tu łącz­ność.

- Połącz­cie mnie z agen­tem ope­ra­cyj­nym Cztery. Powta­rzam: agent ope­ra­cyjny Cztery. Pro­to­kół trzy.

- Niech się pani nie roz­łą­cza. Nawią­zuję. Jest połą­cze­nie.

- Zabez­pie­cze­nie.

Usły­szała, jak przy­dźwięk linii został lekko zmo­du­lo­wany, gdy funk­cjo­na­riusz łącz­no­ści wypadł z pętli. Nasłu­chi­wała - tylko syk.

- Cztery...? - szep­nęła.

Nastała drę­cząca cisza, zanim nade­szła odpo­wiedź.

- Mówi się. - Głos był słaby, gubił się w zakłó­ce­niach.

- Dawno cię nie sły­sza­łam, Czwórka.

- Wiem. - To był kobiecy głos, bar­dzo dobrze znany inkwi­zy­tor. - Jak się pani wie­dzie, Inkwi­zy­tor Vuil­leu­mier?

- Suk­cesy i nie­po­wo­dze­nia, jak zwy­kle w pracy.

- Znam to uczu­cie. Musimy się spo­tkać, pil­nie i oso­bi­ście. Czy twoje biuro na­dal zacho­wało swoje drobne przy­wi­leje?

- W pew­nych gra­ni­cach.

- Wobec tego suge­ruję, byś w pełni ich nad­użyła. Znasz moje obecne poło­że­nie. Sie­dem­dzie­siąt pięć kli­ków na połu­dniowy zachód ode mnie jest małe osie­dle o nazwie Soln­ho­fen. Mogę tam dotrzeć w ciągu dnia i będę w... - Podała inkwi­zy­tor namiary gospody.

Inkwi­zy­tor wyko­nała w pamięci ruty­nowe obli­cze­nia. Dotar­cie do Soln­ho­fen sle­wem i dro­gami zabie­rze dwa do trzech dni. Sle­wem i ste­row­cem będzie szyb­ciej, ale to zwróci uwagę: ste­rowce ruty­nowo nie odwie­dzały Soln­ho­fen. Samo­lo­tem można łatwo osią­gnąć cel w ciągu pół­tora dnia, nawet gdyby się leciało dłuż­szą drogą, omi­ja­jąc fronty atmos­fe­ryczne. Zwy­kle w wypadku nagłej prośby agenta ope­ra­cyj­nego nie zawa­ha­łaby się przed wybo­rem samo­lotu. Ale to był ope­ra­cyjny Cztery. Nie mogła sobie pozwo­lić na przy­cią­gnię­cie nad­mier­nego zain­te­re­so­wa­nia. Ale, zre­flek­to­wała się, zre­zy­gno­wa­nie z samo­lotu będzie miało dokład­nie taki sku­tek.

Trudna decy­zja.

- Czy to naprawdę takie pilne? - zapy­tała inkwi­zy­tor, zna­jąc z góry odpo­wiedź.

- Oczy­wi­ście. - Kobieta wydała kurzy, gda­czący dźwięk. - Nie dzwo­ni­ła­bym w innym wypadku.

- I to doty­czy jej... trium­wira?

Inkwi­zy­tor odnio­sła wra­że­nie, że sły­szy uśmiech w odpo­wie­dzi agenta ope­ra­cyj­nego.

- Kogóż by innego?