PROLOG
Martwy statek miał w sobie jakieś obsceniczne piękno.
Skade obleciała go po spiralnej pseudoorbicie. Silniki korwety szybko
bębniły serią impulsów korekcyjnych. Za statkiem wirowały gwiazdy;
słońce układu ulegało zaćmieniu i odsłaniało się przy każdej pętli
spirali. Skade odrobinę za długo przyglądała się słońcu i teraz poczuła
w krtani złowieszczy ucisk - nadciągała choroba lokomocyjna.
Skade było to zupełnie niepotrzebne.
Zirytowana zwizualizowała swój mózg w całej przezroczystej,
trójwymiarowej złożoności. Jakby obierała owoc, zdejmowała warstwy nowej
kory i odrzucała nieinteresujące ją akurat teraz części własnego mózgu.
Srebrzysta wiązka implantowanej sieci - geometrycznie identyczna z organiczną siecią synaptyczną Skade - migotała aktywnością neuronową,
gdy pakiety informacji biegły z prędkością kilometra na sekundę,
dziesięć razy większą od pełzania biologicznych sygnałów. W istocie
Skade nie widziała ruchu sygnałów - to by wymagało przyśpieszonej
percepcji, co z kolei wymusiłoby jeszcze szybszą komunikację między
neuronami - ale mimo to obraz pokazywał, które fragmenty zmodyfikowanego
mózgu wykazują największą aktywność.
Skade powiększyła obraz pewnej szczególnej części mózgu zwanej poletkiem
ostatnim, pradawnej plątaniny obwodów neuronalnych, odpowiedzialnych za
rozwiązywanie konfliktów między widzeniem a równowagą. Ucho wewnętrzne
czuło stały nacisk przyśpieszenia korwety, ale oczy postrzegały
cyklicznie zmieniający się widok wirującego za statkiem tła. Starodawna
część mózgu potrafiła pogodzić tę sprzeczność tylko w taki sposób, że
uznawała doznania za przejaw halucynacji. Wysłała więc sygnał do innej
części mózgu, wyspecjalizowanej w toku ewolucji w ochronie ciała przed
przyswajaniem substancji trujących. Skade wiedziała, że nie ma sensu
winić mózgu za mdłości. Skojarzenie halucynacje-trucizna doskonale
służyło przez miliony lat, pozwalając ludziom bezpiecznie
eksperymentować z pożywieniem i rozszerzać dietę. Teraz jednak, w tym
zimnym, niebezpiecznym rejonie innego układu słonecznego, zupełnie się
nie sprawdzało. Pomyślała, że warto usunąć ten mechanizm, sprytnie
przetransformować geometrię połączeń. Znacznie łatwiej to powiedzieć niż
zrobić. Mózg był holograficzny i zawiły jak beznadziejnie pogmatwany
program komputerowy. Skade wiedziała, że wyłączając jedną część mózgu,
odpowiedzialną za mdłości, wpływa na funkcjonowanie innych jego
obszarów, korzystających z tych samych połączeń neuronowych. Nie
przejmowała się jednak - już z tysiąc razy przedtem robiła podobne
rzeczy i jej percepcja rzadko doznawała poważniejszych skutków
ubocznych.
Jest. Obszar-winowajca zapulsował na różowo i wypadł z sieci. Mdłości
ustąpiły. Skade poczuła się znacznie lepiej.
Pozostała w niej złość na samą siebie, na własną beztroskę. Działając w terenie, robiąc częste wypady na terytorium wroga, nie pozwoliłaby sobie
na czekanie do ostatniej chwili z tak drobną korektą neuronalną. Stawała
się niedbała, a to niewybaczalne, zwłaszcza teraz, gdy statek wrócił, co
dla Matczynego Gniazda mogło się okazać nawet ważniejsze od ostatnich
kampanii wojennych.
Poczuła się żwawiej. Znów była dawną Skade. Po prostu potrzebowała
czasem odkurzenia i wyostrzenia.
[Skade, bądź ostrożna. Temu statkowi przydarzyło się coś bardzo
dziwnego.]
Głos, który słyszała, był głosem kobiety, cichym, zamkniętym tylko w jej
czaszce. Odpowiedziała subwokalnie:
Wiem.
[Zidentyfikowałaś go? Wiesz, który to z tamtych dwóch?]
Galiany.
Skade obleciała go całkowicie i teraz miała w okolicach wzrokowych kory
mózgowej trójwymiarowy obraz statku, otoczony ejdetycznymi
objaśnieniami, przesuwającymi się, gdy z kadłuba statku wyciągano coraz
więcej informacji.
[Galiany? Tej Galiany? Jesteś tego pewna?]
Tak. Istniały drobne różnice konstrukcyjne między tymi trzema, które
razem wyleciały. Cechy, które rozpoznajemy, świadczą, że to jej statek.
Obecność, jak się to czasami zdarzało, potrzebowała chwili na udzielenie
odpowiedzi.
[My też doszliśmy do takiego wniosku. Ale nie sądzisz, że najwyraźniej
coś przydarzyło się temu statkowi od czasu, gdy opuścił Matczyne
Gniazdo?]
Moim zdaniem przydarzyło mu się wiele.
[Zacznijmy od przodu i cofajmy się. Jest tu ślad uszkodzenia, poważnego
uszkodzenia. Rozdarcia i rozcięcia, wydaje się, że całe fragmenty
kadłuba usunięto i wyrzucono, jak chorą tkankę. Może to zaraza, nie
sądzisz?]
Skade pokręciła głową. Pamiętała swoją ostatnią podróż do Chasm City.
Widziałam z bliska skutki parchowej zarazy. To wygląda inaczej.
[Zgoda. To coś innego. Mimo to należy podjąć środki ostrożności,
wdrożyć kwarantannę jak przy zarazie. Może mamy do czynienia z czynnikiem zakaźnym. Możesz skupić swoją uwagę na rufie statku?]
Głos nie przypominał innych głosów, jakie słyszała u Hybrydowców;
brzmiał teraz zdecydowanie, pouczał, jakby znał już odpowiedź na
zadawane pytania.
[Skade, co to są według ciebie te regularne struktury zanurzone w kadłubie?]
Tu i tam widziała rozmieszczone przypadkowo skupiska czarnych sześcianów
różnych rozmiarów i o różnej orientacji. Sprawiały wrażenie wciśniętych
w kadłub jak w świeżą glinę, ich ściany były częściowo ukryte pod
zewnętrzną warstwą kadłuba. Emanowały z nich mniejsze sześciany o elegancko wygiętych fraktalowych trajektoriach.
Według mnie gdzieś usiłowali je wyciąć i zabrać, ale nie zdążyli usunąć
wszystkich.
[Rozumiemy. Nie wiemy, kim są, trzeba ich jednak traktować z największą
ostrożnością, choć może teraz są nieaktywni. Może Galiana zdołała
powstrzymać ich rozprzestrzenianie. Jej statek dotarł aż tutaj, choć
może wracał na autopilocie. Jesteś pewna, Skade, że na pokładzie nie ma
nikogo żywego?]
Nie jestem pewna. Dopiero gdy otworzymy statek, będę wiedziała. Ale nie
wygląda mi to obiecująco. W środku nie wykrywam żadnego ruchu, żadnych
wyraźnie ciepłych miejsc. Kadłub jest za zimny, by działały jakiekolwiek
procesy podtrzymywania życia, chyba że napędzają je silniki
krioarytmetyczne.
Skade milczała przez chwilę, uruchomiła w głowie, jako procesy w tle,
kilka dodatkowych symulacji.
[Skade...?]
Być może jest tu kilku ocalałych, ale większość załogi to najwyżej
zamrożone trupy. W najlepszym wypadku może uda się wysondować kilka
pamięci.
[Skade, nas w istocie interesuje tylko jeden trup.]
Nawet nie wiem, czy Galiana jest na statku. Ale nawet gdyby była i gdybyśmy zrobili wszystko, by przywrócić ją do życia... to może nam się
nie powieść.
[Rozumiemy. Czasy są przecież trudne. Sukces byłby wspaniały, ale
porażka będzie czymś o wiele gorszym niż zaniechanie wszelkich prób -
przynajmniej w oczach Matczynego Gniazda.]
Czy to przemyślana opinia Rady Nocnej?
[Wszystkie nasze opinie są przemyślane. Jawnej porażki nie można
tolerować. Ale musimy zrobić wszystko, co w naszej mocy. Jeśli Galiana
jest na pokładzie, zrobimy wszystko, by ją nam przywrócić. Ale należy to
wykonać w całkowitej tajemnicy.]
Dokładnie jak całkowitej?
[Przed resztą Matczynego Gniazda nie da się ukryć wiadomości o powrocie
statku. Możemy im jednak zaoszczędzić bólu nadziei. Zostanie podana
informacja, że Galiana jest martwa, bez szansy na ożywienie. Niech ból
naszych rodaków rozbłyśnie jasno i na krótko, jak supernowa. Skłoni ich
to do jeszcze większego wysiłku w walce z wrogiem. Tymczasem będziemy
nad nią pracować pilnie i z miłością. Jeśli przywrócimy ją do życia,
zostanie to uznane za cud. Wybacz nam, że tu i ówdzie nagniemy prawdę.]
Skade powstrzymała wybuch śmiechu.
Naginanie prawdy? Dla mnie to brzmi jak jawne kłamstwo. A jak
zamierzasz zagwarantować, że Clavain podtrzyma waszą wersję?
[Dlaczego uważasz, Skade, że z Clavainem będą problemy?]
Odpowiedziała pytaniem na pytanie:
Chyba nie zamierzasz ukryć faktów również przed nim?
[To wojna, Skade. Istnieje prastare powiedzenie o wojnie i ofiarach,
ale nie będziemy cię tym teraz zaprzątać. Jesteśmy jednak pewni, że
rozumiesz, o co chodzi. Clavain to nasz największy atut taktyczny. Ma
sposób myślenia niepodobny do reszty Hybrydowców i dlatego stale mamy
przewagę nad wrogami. Pogrąży się w bólu jak inni, lecz na krótko.
Będzie to wielka rozpacz. Ale szybko wróci do siebie, akurat gdy będzie
nam najbardziej potrzebny. Przyznasz, że to lepiej niż skazywać go na
długą nadzieję, po której - co prawdopodobne - doznałby destrukcyjnego
rozczarowania.]
Głos zmienił się; ktoś wyczuł, że powinien zabrzmieć jeszcze bardziej
przekonująco.
[Clavain to człowiek bardziej od nas emocjonalny. Był stary, gdy do nas
przyszedł, w sensie neurologicznym starszy od wszystkich rekrutów,
jakich kiedykolwiek przyjęliśmy. Jego umysł nadal grzęźnie w starych
sposobach myślenia. Zawsze powinniśmy o tym pamiętać. Clavain jest
delikatny i wymaga naszej troski, jak cieplarniany kwiat.]
Ale kłamać mu na temat Galiany...
[Może nigdy do tego nie dojdzie. Wyprzedzamy fakty. Najpierw musimy
zbadać statek - przecież Galiany może tam w ogóle nie być.]
Skade przyznała rację.
Tak byłoby chyba najlepiej? Wtedy wiedzielibyśmy, że pozostała gdzieś
tam, w kosmosie.
[Tak, ale wówczas musielibyśmy poruszyć drobną kwestię, co się stało z trzecim statkiem.]
Po dziewięćdziesięciu pięciu latach od wybuchu parchowej zarazy
Hybrydowcy wiele wiedzieli na temat postępowania ze skażeniami. Należeli
do jednego z ostatnich odłamów ludzkości, jakiemu udało się zachować
cenną technikę sprzed zarazy, więc bardzo poważnie traktowali
kwarantannę. W okresie pokoju najbezpieczniej i najłatwiej byłoby zbadać
statek na miejscu, tam gdzie dryfował w kosmosie na skraju układu.
Istniało jednak zbyt duże ryzyko, że zauważą to Demarchiści, i inspekcję
należało przeprowadzić po kryjomu. Doskonale się do tego nadawało
Matczyne Gniazdo - było odpowiednio wyposażone do przyjmowania skażonych
statków.
Przedtem jednak należało zachować ostrożność, wymagającą sporej pracy w otwartym kosmosie. Najpierw serwitory usunęły silniki, odcinając laserem
dźwigary mocujące je po obu stronach zwężającego się stożkowato kadłuba
światłowca. Źle pracujący silnik mógł zniszczyć Matczyne Gniazdo; nie
można było do tego dopuścić, więc dopóki nie zostanie wyjaśniona
przyczyna katastrofy statku, Skade nie chciała ryzykować. Równocześnie
Skade kazała rakietom-ciągnikom przyholować kawał czarnego,
niesublimowanego lodu kometarnego, potem serwitory obłożyły nim kadłub
warstwą metrowej grubości. Szybko się z tym uporały, a przy tym ani
przez chwilę nie dotknęły bezpośrednio kadłuba. Początkowo statek był
ciemny - teraz stał się niesamowicie czarny.
Skade wystrzeliła w lód zaczepy, zakotwiczając w wielu miejscach kadłuba
rakiety-ciągniki. Ponieważ podczas holowania statku lód miał wytrzymać
wszystkie naprężenia, Skade musiała przyczepić tysiąc ciągników, by nie
dopuścić do przedziurawienia lodowej warstwy. Gdy wszystkie rakiety
zostały odpalone, powstał zachwycający widok - tysiąc zimnoniebieskich
płomyków wystrzeliło z czarnego, skręconego w spiralę rdzenia
dryfującego statku. Skade utrzymywała niewielkie przyśpieszenia, bardzo
dokładnie wyliczone: potrzebna była tylko jedna wspólna korekta przed
końcowym przybyciem do Matczynego Gniazda. Odpalenie silników
korekcyjnych zsynchronizowała ze ślepymi plamkami pokrycia sensorycznego
Demarchistów. Demarchiści w ogóle nie podejrzewali, że Hybrydowcy wiedzą
o tych ślepych plamkach.
W Matczynym Gnieździe kadłub został odholowany do szerokiego na pięć
kilometrów doku wyłożonego warstwą ceramiczną. Przygotowany specjalnie
na przyjęcie statków opanowanych zarazą, dok mógł akurat pomieścić
światłowiec z usuniętymi silnikami. Ceramiczne ściany miały trzydzieści
metrów grubości, a wszystkie urządzenia w doku uodporniono przed zarazą.
Gdy statek znalazł się w środku, dok szczelnie zamknięto wraz z wyselekcjonowanym przez Skade zespołem inspekcyjnym. Dok miał skromne
możliwości przesyłania danych do pozostałej części Gniazda, więc zespół
przyuczono do działania w izolacji od miliona Hybrydowców w Gnieździe.
Te wymagania sprzyjały selekcji operatorów, którzy nie zawsze byli
najbardziej stabilni, ale Skade nie mogła narzekać. Należała do
najrzadszego rodzaju Hybrydowców, potrafiących działać w zupełnej
samotności w głębi terytorium nieprzyjaciela.
Statek zabezpieczono, komorę wypełniono argonem pod ciśnieniem dwóch
atmosfer. Delikatną ablacją usunięto prawie cały lód, zostawiając tylko
cienką warstwę, którą stapiano przez sześć dni. Sensory unosiły się nad
kadłubem jak stado mew, węsząc, czy w argonie nie ma obcej materii, ale
poza wiórami materiału kadłuba nic szczególnego nie odkryły.
Skade nie śpieszyła się. Działała z największą ostrożnością, nie
dotykała statku, chyba że było to absolutnie niezbędne. Wzdłuż statku
wirowały pierścienne grawitometry obrazujące; badając jego wewnętrzną
strukturę, ukazywały rozmyty widok wnętrza. Skade widziała to, co już
znała ze szkiców konstrukcyjnych statku. Dostrzegła jednak również
dziwne rzeczy, których nie powinno tam być: wydłużone czarne kształty
wkręcające się i rozdwajające w środku statku. Przypominało to tory kul
na zdjęciach z sekcji zwłok lub wzorce cząsteczek subatomowych
przechodzących przez komorę mgłową. W miejscu, gdzie czarne kształty
docierały do zewnętrznej powłoki, Skade zawsze odkrywała na wpół
zakopane sześciany.
Na statku zostało jednak sporo miejsc, w których ludzie mogli przeżyć,
choć wszystko wskazywało na to, że żywych tam nie ma. Radar neutrinowy i skanowanie promieniami gamma ujawniły więcej elementów konstrukcyjnych,
jednak Skade nadal nie widziała istotnych szczegółów. Niechętnie
przeszła do następnego etapu badań - kontaktu fizycznego. Przyczepiła
kilkadziesiąt młotów udarowych w różnych miejscach kadłuba oraz
przylepiła setki mikrofonów. Gdy młoty waliły w kadłub, Skade słyszała w swoim skafandrze dudnienie przenoszone przez argon. Brzmiało to tak,
jakby w odległej kuźni trudziła się armia kowali. Fale akustyczne mknęły
przez statek, a mikrofony nasłuchiwały echa metalu. Jeden ze starszych
programów neuronalnych Skade wyławiał informację zawartą w opóźnieniach
echa i układał tomograficzny profil gęstości obiektu.
Skade zobaczyła to w widmowych szarozielonych barwach. Obraz nie
dostarczył danych sprzecznych z tym, co Skade już wcześniej wiedziała,
choć dał jej dokładniejszy wgląd w pewne obszary. By dowiedzieć się
więcej, musiała wejść do środka, a to nie było łatwe. Wszystkie śluzy
zostały od wewnątrz zamknięte plombami ze stopionego metalu. Skade
nerwowo i systematycznie przecinała uszczelnienia laserem i hiperdiamentowymi wiertłami, czując strach i rozpacz załogi. Otworzyła
pierwszą śluzę i posłała na zwiady oddział zabezpieczonych
serwitorów-krabów o ceramicznych pancerzach, wyposażonych akurat w tyle
inteligencji, by wykonać swe zadanie. Przesłały widoki wnętrza do
czaszki Skade.
Widoki przerażające.
Załoga była zmasakrowana. Niektórzy zostali rozerwani na strzępy,
zgnieceni, pozbawieni kończyn, sprasowani, pocięci na kawałki. Inni byli
spaleni, uduszeni, zamrożeni. Rzeź musiała trwać dość długo. Obserwując
pobojowisko, Skade odtwarzała sobie przebieg wydarzeń: stoczono serię
bitew i broniono redut w różnych miejscach statku, gdzie załoga wznosiła
naprędce barykady przeciw agresorom. Sam statek rozpaczliwie próbował
ochronić swój ludzki ładunek, przebudowując wnętrze tak, by powstrzymać
wroga. Pewne obszary zalał płynem chłodzącym lub wypełnił powietrzem pod
dużym ciśnieniem i tam Skade dostrzegła zwłoki dziwnych, niezgrabnych
maszyn - konglomeratów tysiąca czarnych geometrycznych kształtów.
Bez trudu sformułowała hipotezę.
Sześciany przylepiły się do statku Galiany, zaczęły się rozmnażać,
absorbując i przetwarzając jego powłokę. W tym sensie zachowywały się
jak zaraza. Ale parchowa zaraza była mikroskopijna, gołym okiem nikt
nigdy nie widział jej pojedynczego zarodnika. W sposobie replikacji ta
choroba miała cechy bardziej brutalne i mechanistyczne, niemal
faszystowskie. Zaraza przynajmniej przesycała stransformowaną materię
czymś z jej wcześniejszych cech, produkując chimeryczne fantazmy
maszynowo-cielesne.
Nie, powiedziała sobie Skade, na pewno nie mamy tu do czynienia z parchową zarazą, co w obecnej sytuacji byłoby pociechą.
Sześciany wgryzły się do statku i sformowały oddziały
żołnierzy-napastników, którzy mordowali, sunąc powoli od miejsc infekcji.
Sądząc po ich szczątkach, mieli budowę guzowatą i asymetryczną, bardziej
przypominali gęste roje szerszeni niż indywidualne jednostki. Potrafili
chyba przecisnąć się przez najmniejszą dziurkę, a potem zrekombinować po
drugiej stronie. Bitwa zajęła im jednak wiele czasu. Skade oceniała, że
mogło upłynąć wiele dni, a nawet tygodni, nim cały statek uległ.
Ta wizja wywołała u Skade dreszcz.
Dzień po wkroczeniu na statek serwitory Skade znalazły kilka prawie
nienaruszonych ludzkich korpusów, choć głowy tkwiły w czarnych hełmach
stworzonych z sześcianów. Obce maszyny sprawiały wrażenie bezwładnych.
Serwitory usunęły część hełmów i zobaczyły, że wypustki maszynowego
odrostu sięgają w głąb czaszek przez oczodoły, otwory uszne i nosowe.
Dalsze badania wykazały, że wypustki wielokrotnie się rozdwajały, aż
osiągnęły skalę mikroskopową. Dotarły w głąb mózgów i stworzyły
połączenia z pierwotnymi implantami Hybrydowców.
Teraz zarówno maszyny, jak i ciała-gospodarze były martwe.
Skade usiłowała zrozumieć, co się stało. Zapisy statku zostały starannie
zniszczone. Wydawało się jasne, że Galiana spotkała istoty wrogie, ale
dlaczego nie unicestwiły statku jednym atakiem? Sześciany wnikały w niego powoli, skrupulatnie, co miałoby sens jedynie wówczas, gdyby
zamierzały jak najdłużej zachować statek w stanie nienaruszonym.
Był przecież jeszcze inny statek - przecież kontynuowały wyprawę dwa - i co się z nim stało?
[Masz jakiś pomysł, Skade?]
Tak, ale to nic wesołego.
[Myślisz, że sześciany chciały zebrać jak najwięcej informacji?]
Tylko takie wyjaśnienie przychodzi mi do głowy. Założyły podsłuch w ich
mózgach, odczytywały ich maszynerię neuralną. Sześciany to wywiadowcy.
[Tak, zgadzamy się. Te sześciany na pewno wiele się o nas dowiedziały.
Musimy je uważać za zagrożenie, choć nie wiemy, gdzie znajdowała się
Galiana, gdy ją odnalazły. Sądzisz, że jest iskierka nadziei?]
Skade nie dostrzegała tej iskierki. Ludzkość od wieków poszukiwała obcej
jednoznacznej inteligencji i dotychczas znalazła tylko zwodnicze
przykłady: Żonglerów Wzorców, Całunników, archeologiczne szczątki ośmiu
czy dziewięciu wymarłych cywilizacji. Nigdy nie napotkano inteligencji
używającej maszyn, porównywalnej z ludźmi.
Aż do tej pory.
I co zrobiła ta umaszynowiona inteligencja? Podkradła się, przeniknęła i urządziła rzeź, a potem dokonała inwazji czaszek.
To nie jest najbardziej owocne bliskie spotkanie pierwszego stopnia,
doszła do wniosku Skade.
Nadzieja? Mówicie poważnie?
[Tak, Skade. Nie jesteśmy pewni, czy sześciany zdołały przesłać
informacje tam, gdzie miały je przesłać. Przecież statek Galiany dotarł
do domu, musiała go tu przyprowadzić, a nie zrobiłaby tego, gdyby uznała
za niebezpieczne wskazywanie wrogom drogi. Clavain byłby na pewno dumny.
Cały czas myślała o nas, o Matczynym Gnieździe.]
Ale zaryzykowała...
Głos Rady Nocnej gwałtownie przerwał jej rozmyślania.
[Statek to ostrzeżenie. Galiana to miała na myśli i w ten sposób musimy
to rozumieć.]
Ostrzeżenie?
[Że musimy się przygotować. Oni nadal tam są i w końcu ich spotkamy.]
Brzmi to tak, jakbyście oczekiwali ich przybycia.
Ale Rada Nocna na to nie odpowiedziała.
* * *
Galianę znaleźli dopiero po tygodniu, gdyż statek był przepastny i wnętrze uległo wielu zmianom utrudniającym poszukiwania. Skade weszła do
środka osobiście w towarzystwie zespołu. Wszyscy mieli na skafandrach
próżniowych ciężkie ceramiczne zbroje, impregnowane pancerze
ograniczające swobodę ruchów, chyba że uprzednio ruchy te starannie
przemyślano. Skade sporo czasu straciła na zmaganiu ze skafandrem -
kilka razy utknęła w pozycji, z której mogło ją wydostać tylko mozolne
powtarzanie wstecz sekwencji ruchów. Potem napisała naprędce łatę
programową dla poruszającego się ciała w zbroi i umieściła ją na grupie
bezczynnych obwodów neuronalnych. Trochę jej to ułatwiło życie, choć
miała nieprzyjemne wrażenie, że jest sterowana przez swą własną widmową
kopię. Skade zapamiętała, żeby później zmodyfikować skrypt, tak by
procedury ruchu mogła odczuwać jako całkowicie podległe jej woli, bez
względu na to, jak iluzoryczne byłoby to wrażenie.
Do tego czasu serwitory zrobiły wszystko, co potrafiły. Zabezpieczyły
znaczne obszary statku, pokrywając szczątki obcych maszyn masą
epoksydową z włóknami diamentowymi, oraz pobrały próbki DNA z większości
ciał w zbadanych rejonach. Wyniki analizy materiału genetycznego
porównano z listą załogi w Gnieździe zachowaną od wylotu statku; w spisie pozostało jednak wiele nazwisk, do których DNA nadal trzeba
będzie dopasować.
Dla pewnych osób Skade nigdy nie znajdzie odpowiedników. Gdy do domu
powrócił pierwszy statek - ten z Clavainem na pokładzie - Matczyne
Gniazdo dowiedziało się, że w kosmosie, kilkadziesiąt lat świetlnych
stąd, podjęto decyzję o rozdzieleniu ekspedycji: niektórzy ludzie
chcieli wracać, usłyszawszy pogłoski o wojnie z Demarchistami; uznali
również, że należy już przekazać dane, których zebrano zbyt wiele, by
można je było przesłać do domu drogą radiową.
Podział odbył się bez goryczy. Z żalem i smutkiem, lecz bez poczucia
prawdziwego rozdarcia. Po normalnym okresie dyskusji, typowej u Hybrydowców we wszystkich procesach podejmowania decyzji, uznano
rozdzielenie za rzecz najbardziej logiczną w danej sytuacji. Ekspedycja
mogła kontynuować misję, a równocześnie dotychczas zdobyte informacje
miały bezpiecznie trafić do domu. Skade wiedziała wprawdzie, kto
postanowił zostać w kosmosie, ale zupełnie nie wiedziała, co wydarzyło
się później, domyślała się tylko na podstawie komunikatów wymienianych
między pozostałymi dwoma statkami. Tym akurat statkiem dowodziła
Galiana, ale przecież Galiana nie musiała nim lecieć, więc Skade
przygotowała się na ewentualne rozczarowanie.
Gorzej - byłoby to rozczarowanie dla całego Matczynego Gniazda. To
przecież Galiana, ich symboliczny przywódca, stworzyła Hybrydowców
czterysta lat temu, jedenaście lat świetlnych stąd, w grupie
laboratoriów pod powierzchnią Marsa. Opuściła Gniazdo prawie dwa wieki
temu. W tym czasie jej postać nabrała cech mitycznych. Gdy Galiana
przebywała w Gnieździe, zawsze się temu sprzeciwiała. A teraz wróciła -
o ile rzeczywiście leciała tym statkiem - gdy Skade pełniła wachtę. I nie miało znaczenia to, że prawdopodobnie nie żyła, jak pozostali
załoganci. Skade wystarczyłoby sprowadzenie jej szczątków do domu.
Znalazła nie tylko szczątki.
Miejsce spoczynku Galiany - jeśli tak można to nazwać - znajdowało się
daleko od centralnej części statku. Zabezpieczyła się opancerzoną
barykadą, z dala od reszty załogi. Dokładne badania kryminalistyczne
wykazały, że łącza danych między Galianą a pozostałą częścią statku
zostały celowo uszkodzone od wewnątrz - kobieta usiłowała się
odizolować, odcinając swój umysł od umysłów innych Hybrydowców na
statku.
Czy to samopoświęcenie, czy samoobrona? - zastanawiała się Skade.
Galiana przebywała w zimnym śnie, oziębiona do temperatury, w której
ustają wszystkie procesy metaboliczne. Mimo to czarne maszyny ją
dopadły. Przedarły się przez pancerną powłokę kasety snu i wtłoczone w przestrzeń między ciałem Galiany a wewnętrznymi ściankami kasety,
utworzyły wokół kobiety idealnie czarną skorupę niby-mumii. Nie było
wątpliwości, że to Galiana: skanowanie przez kokon ujawniło strukturę
szkieletu idealnie pasującą do jej układu kostnego; w ciele nie wykryto
żadnych uszkodzeń czy zepsucia, które mogłyby powstać podczas lotu, a czujniki przechwyciły wątłe sygnały z sieci implantów Galiany - sygnały
zbyt słabe na ustanowienie łącza między dwoma mózgami, ale w kokonie
wyraźnie tkwiło coś, co było zdolne do myślenia, i starało się przekazać
jakieś informacje na zewnątrz.
Teraz badania skoncentrowały się na samym kokonie. Analiza chemiczna
sześcianów niczego nie wykazała - nie były zrobione z czegoś
"konkretnego", nie posiadały też żadnej atomowej struktury. Ściany
sześcianów były płaszczyznami czystej siły, przezroczyste dla niektórych
rodzajów promieniowania; bryły bardzo zimne, a jednak aktywne, jak żadne
inne dotychczas spotkane maszyny. Poszczególne sześciany dawały się
oddzielić od większego skupiska, ale wtedy błyskawicznie się kurczyły do
rozmiarów mikroskopijnych. Ratownicy z zespołu Skade próbowali
skoncentrować skanowanie na samych sześcianach, usiłowali zobaczyć, co
kryje się pod ich ścianami, ale zawsze się spóźniali: w miejscu, gdzie
przed chwilą znajdował się sześcian, wykrywali parę mikrogramów
dymiących popiołów. Najprawdopodobniej w sześciany wbudowano mechanizm
samodestrukcji, uruchamiany w pewnych sytuacjach.
Gdy ratownicy usunęli warstwę zarazy, przenieśli Galianę do specjalnego
pomieszczenia zagnieżdżonego w ścianie hangaru. Pracowali w wielkim
zimnie, by nie pogłębiać już istniejących szkód. Cierpliwie, z największą ostrożnością, zdejmowali ostatnią warstwę maszyn.
Teraz, gdy zmniejszono powłokę obcej destrukcyjnej materii, wyraźniej
rysował się obraz tego, co stało się z Galianą. Czarne maszyny
rzeczywiście przedarły się do jej głowy, ale inwazja okazała się
łagodniejsza niż u pozostałych członków załogi. Implanty Galiany zostały
częściowo rozmontowane przez agresorów, by utorować drogę maszynom, nie
było jednak oznak poważnych uszkodzeń podstawowych struktur mózgu. Skade
doszła do wniosku, że sześciany ćwiczyły inwazję czaszek na innych
załogantach i dotarłszy do Galiany, wiedziały już, jak to robić bez
zabijania gospodarza.
Skade doznała przypływu optymizmu. Czarne struktury były skoncentrowane
i bezwładne. Wykorzystując odpowiednie medmaszyny, da się - to nawet
banalne - rozmontować sześcian po sześcianie.
Zdołamy przywrócić Galianie jej poprzednią postać.
[Ostrożnie, Skade. Nie mów hop.]
Rada Nocna, jak się okazało, słusznie zachowywała ostrożność. Zespół
Skade zdejmował ostatnią warstwę sześcianów, zaczynając od stóp Galiany.
Z radością stwierdzili, że skóra pod spodem nie jest w zasadzie
uszkodzona. Kontynuowali pracę w górę ciała, aż do karku. Doszli do
wniosku, że zdołają ją ogrzać do normalnej temperatury ciała, choć może
się to okazać trudniejsze od zwykłego ożywienia z zimnego snu. Gdy
jednak odsłonili twarz Galiany, przekonali się, że to nie koniec pracy.
Sześciany niespodziewanie się przesunęły. Ślizgały się i przeskakiwały
przez siebie, kurczyły gwałtownie i ostatnia część kokonu wniknęła w ciało Galiany jak żywa plama oleju. Czarna fala wniknęła w jej usta,
nos, uszy i oczodoły, rozpłynęła się wokół gałek ocznych.
Skade ujrzała Galianę właśnie taką, jaką miała nadzieję zobaczyć:
promienną królową wracającą do domu; nawet jej długie czarne włosy
pozostały nietknięte, teraz wprawdzie zamrożone i kruche, ale dokładnie
takie, jakie Galiana miała, wyruszając w podróż. W jej głowie jednak
usadowiły się czarne maszyny, dołączając do wcześniej rozlokowanych tam
formacji. Skanowanie nadal nie stwierdzało poważniejszych naruszeń
oryginalnej tkanki mózgowej, choć dalsze elementy jej implantowanego
mechanizmu zostały rozebrane, by utorować drogę inwazji. Czarne pasożyty
wyglądały jak kraby rozciągające czepliwe odnóża do rozmaitych obszarów
jej mózgu.
Powoli, przez wiele dni przywracano Galianie temperaturę ciała nieco
poniżej normalnej. Równocześnie zespół Skade monitorował agresora, ale
ten nie wykazywał zmian, nawet gdy pozostawione jeszcze implanty Galiany
zaczęły się rozgrzewać i podjęły współpracę z tającą tkanką mózgową.
Może jednak zwyciężymy? - myślała Skade z nadzieją.
Jak się okazało, prawie się nie myliła.
* * *
Usłyszała głos. Głos człowieka, kobiety, pozbawiony barwy - lub raczej
mający boski brak barwy - takie głosy miały na ogół źródło w jej
czaszce. Natomiast ten głos powstał w ludzkiej krtani i rozszedł się w powietrzu, na kilka metrów, po czym został zdekodowany przez ludzki
układ słuchu, gromadząc po drodze wszelkiego rodzaju drobne usterki. Już
bardzo dawno nie słyszała takich głosów.
- Witaj, Galiano - powiedział głos.
Gdzie jestem?
Nie dostała odpowiedzi.
Po kilku chwilach głos dodał uprzejmie:
- Jeśli możesz, również musisz mówić. Wystarczy, że spróbujesz uformować
dźwięki, a trał zrobi resztę: odbierze intencję przesłania sygnałów
elektrycznych do krtani. Ale samo pomyślenie odpowiedzi nie załatwi
sprawy, gdyż nie ma bezpośrednich połączeń między twoim umysłem a moim.
Wydawało się, że słowa napływają przez całą wieczność. Gdy ktoś przez
kilka wieków posługiwał się linkami neuralnymi, język mówiony wydawał mu
się strasznie powolny i liniowy, choć składnia i gramatyka były znajome.
Wygenerowała intencję mowy i usłyszała rozbrzmiewający swój własny głos,
wzmocniony.
- Dlaczego?
- Później do tego przejdziemy.
- Gdzie jestem? Kim ty jesteś?
- Jesteś bezpieczna i zdrowa. W domu. Znów w Matczynym Gnieździe.
Odzyskaliśmy twój statek i ożywiliśmy cię. Nazywam się Skade.
Galiana zdawała sobie sprawę tylko z istnienia stojących nad nią
mglistych postaci, ale teraz pomieszczenie pojaśniało. Leżała na
plecach, pod pewnym kątem do poziomu. Znajdowała się w kasecie bardzo
podobnej do kasety zimnego snu, ale pozbawionej pokrywy, i twarz miała
wystawioną na wolne powietrze. W polu widzenia postrzegała pewne
obiekty, ale nie mogła poruszyć żadną częścią ciała, nawet oczami.
Rozmazana postać pojawiła się przed nią, pochyliła nad otwartą paszczą
kasety.
- Skade? Nie pamiętam cię.
- Nie możesz mnie pamiętać. Stałam się Hybrydowcem dopiero po twoim
odlocie.
Galianie cisnęły się na usta tysiące pytań wymagających odpowiedzi, ale
nie mogła ich wszystkich zadać jednocześnie, zwłaszcza używając tego
niezgrabnego, przestarzałego systemu łączności. Od czegoś jednak
należało zacząć:
- Jak długo byłam nieobecna?
- Sto dziewięćdziesiąt lat, prawie co do miesiąca. Wyruszyłaś...
- W dwa tysiące czterysta piętnastym roku - odparła szybko Galiana.
- Tak, a teraz mamy dwa tysiące sześćset piąty.
Było wiele rzeczy, których Galiana sobie natychmiast nie przypomniała,
oraz wiele takich, których nie chciałaby pamiętać. Zasadnicze sprawy
były jednak jasne. Dowodziła wyprawą trzech statków z Matczynego
Gniazda. Miały się zapuścić poza granice zmapowanego przez ludzkość
kosmosu, zbadać nieodwiedzone planety i poszukać złożonych form obcego
życia. Gdy do statków dotarła wiadomość o wybuchu wojny, jeden z nich
zawrócił do domu, a pozostałe dwa kontynuowały podróż, oblatując wiele
nowych układów słonecznych.
Choć usilnie próbowała, nie mogła sobie przypomnieć, co się stało z drugim statkiem, który kontynuował podróż. Miała tylko przerażające
poczucie straty, a w głowie pustkę wymagającą wypełnienia głosami.
- Moja załoga?
- Przejdziemy do tego - odparła znowu Skade.
- A Clavain i Felka? Dotarli w końcu? Pożegnaliśmy się z nimi w głębokim
kosmosie. Mieli wracać do Matczynego Gniazda.
Nastąpiła okropna, przerażająca przerwa, zanim Skade odpowiedziała:
- Udało im się wrócić.
Galiana odetchnęłaby, gdyby mogła odetchnąć. Tak zaskakujące było
uczucie ulgi. Dopiero gdy usłyszała wiadomość, że ukochane osoby są
bezpieczne, zdała sobie sprawę, jak strasznego doznawała napięcia.
Nastąpiły chwile błogiego spokoju i Galiana przyjrzała się Skade. Pod
wieloma względami kobieta przypominała Hybrydowca z epoki Galiany. Miała
na sobie proste spodnie, jak od piżamy, i luźno przepasaną czarną bluzę
z jedwabnopodobnej tkaniny, pozbawioną wszelkich ozdób i oznak. Była
ascetycznie chuda i blada, wyglądała prawie na niedożywioną. Jej
woskowe, gładkie oblicze, nie było nieatrakcyjne, lecz brakowało mu
linii i zmarszczek oddających zwykły wyraz twarzy. Nie miała również
włosów ani na głowie, ani na twarzy, co nadawało jej wygląd
niedokończonej lalki. Te atrybuty nie pozwalały wyróżnić Skade z tysięcy
innych Hybrydowców. Bez linku umysł-do-umysłu, bez zwykłej chmury
rzutowanych fantazmów, nadających cechy indywidualne, trudno ich było
odróżnić.
Galiana jednak nigdy nie widziała takiego Hybrydowca. Skade miała
grzebień - sztywny, wąski czub, który wyłaniał się z czoła dwa
centymetry nad nosem i zakrzywiał do tyłu pośrodku czaszki. Wąska górna
powierzchnia wyrostka była twarda i koścista, ale boki miały piękne,
delikatne, pionowe prążki, które mieniły się wzorami dyfrakcyjnymi -
jaskrawoniebieskimi i pomarańczowymi, kaskadą tęczowych odcieni,
zmieniających się przy najmniejszym ruchu głowy Skade. Galiana zauważyła
również falowanie rozmaitych barw wzdłuż grzebienia, nawet wtedy, gdy ów
się nie przechylał.
- Zawsze taka byłaś? - spytała.
Skade delikatnie dotknęła grzebienia.
- Nie, to jest nasza hybrydowska modyfikacja. Od twojego wyjazdu,
Galiano, wiele się zmieniło. Najlepsi z nas myślą tak szybko, że aż
trudno to sobie wyobrazić.
- Najlepsi z was?
- Może źle się wyraziłam... chodzi o to, że niektórzy osiągnęli granice
przeciętnego ludzkiego organizmu. Implanty w naszych głowach umożliwiają
nam myślenie dziesięć do piętnastu razy szybsze niż normalnie, przez
cały czas, ale kosztem zwiększonego wydzielania ciepła. Moja krew jest
pompowana przez grzebień, a potem przez układ bruzd, gdzie oddaje
ciepło. Budowa bruzd jest zoptymalizowana ze względu na maksymalizację
powierzchni. Bruzdy marszczą się, by zapewnić cyrkulację powietrza.
Efekt jest przyjemny wizualnie, tak mi mówiono, ale to zupełnie
przypadkowe. Przejęliśmy ten trik od dinozaurów. Nie były aż tak głupie,
jak się uważa. - Skade znów pogłaskała swój grzebień. - Nie ma powodów
do niepokoju, Galiano. Nie wszystko się zmieniło.
- Słyszeliśmy, że wybuchła wojna - powiedziała Galiana. - Byliśmy
piętnaście lat świetlnych stąd, gdy przechwyciliśmy raporty. Najpierw o zarazie, a potem o wojnie. Raporty nie brzmiały sensownie, mówiły, że
wszczynamy wojnę z Demarchistami, naszymi starymi sprzymierzeńcami.
- To prawda - potwierdziła Skade z lekkim smutkiem.
- Na Boga, dlaczego?
- Z powodu zarazy. Zniszczyła społeczeństwo Demarchistów, stworzyła
próżnię władzy wokół Yellowstone. Na ich prośbę wprowadziliśmy się tam,
by ustanowić zarząd tymczasowy w Chasm City i jego satelitarnych
wspólnotach. Lepiej my niż inny odłam ludzkości, tak rozumowano. Możesz
sobie wyobrazić, jakiego bałaganu narobiliby tam Ultrasi czy Porywacze?
Trwało to kilka lat, ale potem Demarchiści zaczęli odzyskiwać dawną
potęgę. Nie odpowiadało im to, że przejęliśmy kontrolę nad układem, i nie zamierzali negocjować pokojowych warunków przywrócenia swoich
rządów, więc wybuchła wojna. Oni ją zaczęli, wszyscy zgadzają się co do
tego.
Galiana czuła, jak mija jej radosny nastrój. Miała wcześniej nadzieję,
że pogłoski o wojnie są przesadzone.
- Jednak, jak widać, zwyciężyliśmy - powiedziała.
- Nie. W zasadzie nie. Rozumiesz... wojna nadal trwa.
- Ale to już...
- Pięćdziesiąt cztery lata - stwierdziła Skade. - No tak, oczywiście
były wzloty i upadki, zawieszenia broni i krótkie okresy odprężenia. Ale
się nie utrzymały. Znów odrodziły się stare konflikty ideologiczne,
otwarły się jak świeże rany. W istocie oni nam nigdy nie ufali, a my
uważaliśmy ich za reakcyjnych ludystów, którzy nie chcą zaakceptować
nowej fazy ludzkiego rozwoju.
Po raz pierwszy po przebudzeniu Galiana poczuła migrenowy ucisk za
gałkami ocznymi, a wraz z nim burzę pierwotnych emocji, wyjącą z najstarszej części ssaczego mózgu. To przerażający strach przed
pościgiem, przed zbliżającą się watahą ciemnych drapieżników.
Maszyny, powiedziała pamięć. Maszyny jak wilki, które przyszły z przestrzeni międzygwiezdnej i wczepiły się w płomień wyrzucany przez
twój statek.
Nazwałaś je wilkami, Galiano.
Ich.
Nas.
Dziwne wrażenie ustąpiło.
- Przecież przez długi czas tak dobrze ze sobą współpracowaliśmy -
powiedziała Galiana. - Na pewno znów znajdziemy płaszczyznę
porozumienia. Są ważniejsze rzeczy od małostkowej walki o to, kto
zarządza pojedynczym układem.
Skade pokręciła głową.
- Niestety za późno. Za dużo ludzi zginęło, za wiele obietnic złamano,
zbyt wiele popełniono okrucieństw. Konflikt rozszerzył się na inne
układy, wszędzie, gdzie znajdowali się Hybrydowcy i Demarchiści. -
Uśmiechnęła się, lecz był to uśmiech wymuszony, i jej twarz natychmiast
przybrała neutralny wyraz, gdy tylko mięśnie się odprężyły. - Sytuacja
nie jest aż tak rozpaczliwa, jak sobie wyobrażasz. Szala zwycięstwa
przechyla się na naszą stronę powoli, lecz zdecydowanie. Clavain wrócił
dwadzieścia trzy lata temu i natychmiast zmienił bieg spraw. Przed jego
przybyciem broniliśmy się, złapani w pułapkę działania jak prawdziwy
zbiorowy umysł. Dlatego nasze posunięcia były dla wroga bardzo łatwe do
przewidzenia. Clavain wyrwał nas z tego więzienia.
Galiana usiłowała wyrzucić wilki ze swego umysłu, wracając pamięcią do
czasu, gdy spotkała Clavaina. Było to na Marsie, gdy walczył przeciw
niej jako żołnierz Koalicji na rzecz Czystości Neuralnej. Koalicja
sprzeciwiała się eksperymentom wspomagania umysłów i uznała, że jedynym
akceptowalnym rezultatem jest ostateczna anihilacja Hybrydowców.
Clavain postrzegał to szerzej. Po pierwsze, jako więzień Galiany
uświadomił jej, jak przerażające są jej eksperymenty dla reszty układu.
Przedtem nie zdawała sobie z tego sprawy, dopóki Clavain, podczas
długich miesięcy uwięzienia, cierpliwie jej wszystkiego nie wyjaśnił.
Potem, gdy go uwolniono i wynegocjowano warunki zawieszenia broni, to
właśnie Clavain wprowadził Demarchistów jako neutralną trzecią stronę.
Demarchiści przygotowali układ o zawieszeniu broni i Clavain dotąd
namawiał Galianę, aż go podpisała. To mistrzowskie posunięcie
scementowało sojusz Hybrydowców z Demarchistami, który miał przetrwać
wieki. Koalicja na rzecz Czystości Neuralnej natomiast zasłużyła
najwyżej na drobną wzmiankę w historii. Hybrydowcy nadal prowadzili
doświadczenia neuralne; tolerowano je, a nawet do nich zachęcano, pod
warunkiem, że Hybrydowcy nie podejmą prób wchłonięcia innych kultur.
Później Demarchiści zaczęli wykorzystywać techniki neuronowe i sprzedawać je różnym odłamom ludzkości.
Wszyscy byli zadowoleni.
Ale w istocie Skade miała rację: przymierze nigdy nie było łatwe. W jakimś momencie wojna stała się nieunikniona, zwłaszcza gdy pojawił się
nowy element - parchowa zaraza.
Ale żeby to trwało aż pięćdziesiąt cztery lata? Clavain nigdy by czegoś
takiego nie tolerował, pomyślała Galiana. Wojnę uważał za straszne
marnotrawstwo ludzkich sił. Szukałby sposobów ostatecznego zakończenia
konfliktu albo przynajmniej trwałego zawieszenia broni.
Migrenowy ucisk w głowie nadal ją dręczył, choć nieco zelżał. Miała
niepokojące wrażenie, że coś z wnętrza czaszki patrzy przez jej oczy,
jakby nie była ich jedynym użytkownikiem.
Zbliżyliśmy się do twoich dwóch statków nieśpiesznymi susami
starodawnych zabójców, którzy nie mają gatunkowej pamięci porażki.
Czułaś nasze umysły - czyste intelekty balansujące na granicy
inteligencji, równie stare i zimne jak pył międzygwiazdowy.
Czułaś nasz głód.
- Ale Clavain... - zaczęła.
- Co Clavain? - spytała Skade.
- Znalazłby jakiś sposób zakończenia konfliktu. Dlaczego tego nie
zrobił?
Skade odwróciła się na chwilę i jej grzebień wyglądał teraz jak wąski
grzbiet ustawiony krawędzią do Galiany. Gdy się znów odwróciła, miała
dziwną minę.
Widziałaś, jak przejęliśmy twój pierwszy statek, dławiąc go falą
dociekliwych czarnych maszyn. Maszyny rozszarpały statek na strzępy.
Widziałaś, jak wybuchł, a eksplozja wygrawerowała różowego łabędzia na
twojej siatkówce, i czułaś, jak pękała sieć połączonych umysłów,
odebrałaś to jak utratę tysiąca dzieci.
Próbowałaś się odsunąć, ale wtedy było już za późno.
Gdy dotarliśmy na twój statek, postępowaliśmy nieco ostrożniej.
- To nie jest łatwe, Galiano.
- Co takiego?
- Sprawa Clavaina.
- Powiedziałaś, że wrócił.
- Tak. Felka też wróciła. Ale z przykrością muszę cię poinformować, że
oboje zmarli. - Słowa napływały jedno po drugim, powoli jak oddechy. -
Jedenaście lat temu. Demarchiści skutecznie zaatakowali Gniazdo. Clavain
i Felka zginęli.
Galiana mogła zareagować tylko w jeden racjonalny sposób.
- Nie!
- Bardzo ci współczuję - powiedziała Skade. Jej grzebień błysnął
ultramaryną. - Bardzo żałuję, że to się stało. Byli dla nas
wartościowymi aktywami.
- Aktywami?
Skade musiała odczuć wściekłość Galiany.
- Chodzi mi o to, że ich kochano. Wszyscy rozpaczaliśmy po ich stracie.
- Więc mi to udowodnij. Otwórz swój umysł. Znieś zapory. Chcę w to
wniknąć.
Skade stała obok kasety.
- Dlaczego, Galiano?
- Ponieważ dopóki w to nie wniknę, nie będę pewna, czy mówisz prawdę.
- Nie kłamię - oznajmiła Skade łagodnie. - Ale nie mogę pozwolić, by
nasze umysły rozmawiały. W twojej głowie coś jest. Nie rozumiemy, co to
takiego, ale wiemy, że jest to prawdopodobnie obce i prawdopodobnie
wrogie.
- Nie wierzę...
Teraz ciśnienie za oczami stało się bardzo dotkliwe. Galiana miała
parszywe wrażenie, że odsunięto ją, stłamszono, upchano w mały,
nieskuteczny zakątek jej własnej czaszki. Coś niewyobrażalnie złego i pierwotnego przejęło gospodarstwo, przycupnąwszy za jej oczami.
Usłyszała swoją mowę:
- Masz na myśli mnie?
Skade tylko nieznacznie drgnęła. Galiana podziwiała u niej zimną krew
Hybrydowca.
- Może. A kim ty właściwie jesteś?
- Mam tylko takie imię, jakie mi ona nadała.
- Ona? - spytała Skade z rozbawieniem, ale jej grzebień migotał
jasnozielono, świadcząc o przerażeniu, choć głos miała spokojny.
- Galiana - odpowiedziała istota. - Nim ją przejąłem. Nazwała nas... mój
umysł... wilkami. Opanowaliśmy jej statek po zniszczeniu tamtego drugiego
statku. Z początku niezbyt pojmowaliśmy, czym oni są, ale potem
otworzyliśmy ich czaszki i wchłonęliśmy ich centralny układ nerwowy.
Dzięki temu wiele zrozumieliśmy: jak myślą, jak się komunikują, co
zrobili ze swoimi mózgami.
Galiana próbowała się poruszyć, choć Skade już przedtem wprowadziła ją w stan paraliżu. Usiłowała krzyknąć, ale wilk - bo tak go nazwała -
przejął całkowitą kontrolę nad jej głosem.
Przypominała sobie wszystkie wydarzenia.
- Dlaczego jej nie zabiłeś? - spytała Skade.
- To było zupełnie inaczej - odparł wilk. - Powinnaś zapytać, dlaczego
ona sama się nie zabiła, nim do tego doszło. Przecież mogłaby. Gdyby
tylko pomyślała takie życzenie, mogłaby zniszczyć statek wraz z całą
załogą.
- Więc dlaczego tego nie zrobiła?
- Zawarła z nami ugodę, gdy wszystkich zabiliśmy i tylko ona została.
Miała zaniechać samobójstwa pod warunkiem, że pozwolimy jej wrócić do
domu. Wiedziała, że to oznacza, że ja wniknę do jej czaszki i pobuszuję
w jej pamięci.
- Dlaczego właśnie ją wybraliście?
- Była waszą królową, Skade. Gdy tylko odczytaliśmy umysły załogantów,
wiedzieliśmy, że to właśnie jej potrzebujemy naprawdę.
Skade milczała. Akwamarynowe i zielone prążki goniły się powolnymi
falami od czoła do karku.
- Nie zaryzykowałaby doprowadzenia was tutaj.
- Przeciwnie, jeśli doszła do wniosku, że przeważają korzyści związane z tym, że wcześniej was ostrzeże. To była ugoda. Dała nam czas na zebranie
informacji i nadzieję, że dowiemy się więcej. I dowiedzieliśmy się.
Skade dotknęła palcem górnej wargi, a potem uniosła go pionowo przed
sobą, jakby badała kierunek wiatru.
- Jeśli naprawdę jesteście wyższą obcą inteligencją i wiedzieliście,
gdzie jesteśmy, już byście do nas dotarli.
- Słusznie, Skade. W pewnym sensie masz rację. Nie wiemy dokładnie,
dokąd Galiana nas przywiozła. Ja wiem, ale nie mogę tego przekazać swoim
towarzyszom. To jednak nie ma znaczenia. Jesteście cywilizacją podróży
kosmicznych. I choć jesteście podzieleni na odłamy, to różnice są bez
znaczenia. Na podstawie tego, co upiliśmy z waszych pamięci, i tego, co
nadal z nich czerpiemy, potrafimy w przybliżeniu określić rejon
zamieszkiwanego przez was kosmosu. Rozprzestrzeniacie się i graniczna
powierzchnia waszego obszaru ekspansji wzrasta geometrycznie, więc stale
zwiększa się prawdopodobieństwo spotkania z nami. Już raz się to
wydarzyło i mogło nastąpić gdziekolwiek, w innych punktach granicznej
sfery.
- Dlaczego mi to mówisz? - spytała Skade.
- Jak to po co? Żeby cię przestraszyć.
Skade była jednak na to za sprytna.
- Nie. Musi być inny powód. Chcesz dać mi do zrozumienia, że możesz być
użyteczny.
- Co takiego? - pomrukiwał z rozbawieniem.
- Mogę cię natychmiast zabić. Przecież ostrzeżenie już zostało
przekazane.
Gdyby Galiana mogła się poruszyć, czy choćby mrugnąć, wysłałaby znak, że
się na to zgadza. Chciała umrzeć. Jaki cel miałoby teraz jej życie?
Clavain odszedł. Felka odeszła. Teraz to pewne. I pewne jest również to,
że żadne sztuczki Hybrydowców nie zdołają uwolnić jej od tego paskudztwa
w głowie.
Skade miała rację. Galiana wykonała swoje zadanie, spełniła ostatni
obowiązek wobec Matczynego Gniazda. Gniazdo wiedziało, że wilki czyhają
i najprawdopodobniej zbliżają się, czując ludzką krew.
Nie miało sensu trzymanie jej dłużej przy życiu. Wilk przez cały czas
będzie czekał na okazję ucieczki z jej głowy, choćby Skade wykazała
nadzwyczajną czujność. Matczyne Gniazdo mogło czerpać z tego jakąś
naukę, dostać drobną wskazówkę co do ich motywów czy słabych miejsc, ale
potworne skutki takiej ucieczki przeważały ewentualne korzyści.
Galiana o tym wiedziała. Tak jak wilk miał dostęp do jej wspomnień, tak
ona, za pomocą nieznacznego i może specjalnie zainicjowanego procesu
wstecznej kontaminacji, wyczuła część jego własnej historii. Nic
konkretnego, nie potrafiłaby tego nawet zwerbalizować. Wyczuła jednak
odwieczną litanię chirurgicznych ludobójstw, strasznych procesów
czyszczenia etnicznego, przeprowadzanych wśród kolejnych gatunków
rozumnych. Pamięci były przechowywane z biurokratyczną skrupulatnością
przez miliony lat czasu galaktycznego, a każda nowa zniszczona
cywilizacja stanowiła jedynie zapis księgowy. Galiana wyśledziła
okazjonalne, gorączkowe wymazywanie, selekcję zapoczątkowaną z niepożądanym opóźnieniem. Wyśledziła nawet rzadkie przypadki brutalnej
ingerencji, gdy wcześniejszych selekcji nie przeprowadzono zadowalająco.
W żadnym jednak miejscu, nigdy, nie wyczuła większej porażki.
Nagle, gwałtownie, wilk ustąpił, pozwolił jej przemówić.
- Skade?
- Co takiego?
- Proszę, zabij mnie. Zabij mnie natychmiast.
JEDEN
Antoinette Bax obserwowała, jak policyjny proksy wynurza się ze śluzy.
Maszyna, zbudowana z płaskiej czarnej zbroi i ostrych przegubowych
odnóży, przypominała rzeźbę skomponowaną z wielu par nożyc. Była trupio
zimna, gdyż przedtem tkwiła na zewnątrz jednego z trzech policyjnych
kutrów, które obecnie unieruchamiały statek Antoinette. Korpus maszyny
pokrywał żółtawy szron paliwa rakietowego, sublimującego teraz pięknymi
spiralkami.
- Proszę się odsunąć - powiedział proksy. - Kontakt fizyczny nie jest
wskazany.
Chmura paliwa cuchnęła toksycznie. Antoinette zatrzasnęła przyłbicę
swego hełmu, gdy proksy przemykał obok.
- Nie rozumiem, czego się spodziewacie po tym przeszukaniu -
powiedziała. Szła za proksy w pewnej odległości.
- Nie wiem, póki nie znajdę - odparł proksy. Już ustalił częstotliwość,
na jakiej pracowało radio jej skafandra.
- Słuchaj, nie zajmuję się przemytem. Nie za bardzo lubię być martwa.
- Wszyscy tak mówią.
- Dlaczego ktoś miałby coś przemycać do Hospicjum Idlewild? To przecież
banda ascetów, maniacy religijni, nie demony szmuglu.
- A jednak coś pani wie na temat kontrabandy.
- Nie mówiłam przecież...
- Nieważne, pani Bax. Chodzi o to, że jest wojna i niczego nie można
wykluczyć.
Proksy zatrzymał się i wygiął, z jego stawów i miejsc załamania z trzaskiem odpadły płaty żółtego lodu. W korpusie maszyny - czarnym jaju
z kryzami i mnóstwem wystających odnóży, z manipulatorami i bronią - nie
było pilota, lecz tylko urządzenia utrzymujące łączność z pilotem. Pilot
nadal tkwił w jednym z trzech kutrów. Był wtłoczony w kanister
podtrzymywania i życia, pozbawiony organów nieistotnych dla pracy.
- Jak chcesz, możesz sprawdzić w Hospicjum - powiedziała.
- Już tam zasięgnąłem informacji. Ale przyzna pani, że w sprawach takich
jak ta lepiej mieć całkowitą pewność, że wszystko jest legalne?
- Przyznam, co tylko chcesz, jeśli dzięki temu opuścisz mój statek.
- Hmm. A dlaczego tak pani śpieszno?
- Bo wiozę sorbet... to znaczy pasażera kriogenicznego, i nie chcę, żeby
mi tu odtajał.
- Bardzo bym chciał zobaczyć tego pasażera. Można?
- Raczej trudno mi będzie odmówić. - Spodziewała się tego i czekając na
przybycie proksy, włożyła skafander próżniowy.
- Dobrze. To potrwa minutkę i może pani lecieć dalej. - Po chwili
milczenia maszyna dodała: - Zakładając, oczywiście, że nie będzie
żadnych nieprawidłowości.
- Tędy.
Antoinette pchnęła panel, odsłaniając wąski tunel do głównej ładowni
Burzyka. Przepuściła proksy przodem, postanawiając mówić jak najmniej
i nie odzywać się bez zaproszenia. Ktoś mógłby to uznać za przejaw
uporu, ale większe podejrzenia wywołałaby usłużnymi wyjaśnieniami.
Milicjanci Konwencji Ferrisvillskiej nie cieszyli się sympatią;
wiedzieli o tym i uwzględniali to, mając do czynienia z cywilami.
- Masz niezły statek, Antoinette.
- Dla ciebie: panna Bax. Nie przypominam sobie, żebyśmy przechodzili na
ty.
- Wobec tego, "panno Bax". Moja uwaga pozostaje jednak prawdziwa. Pani
statek wygląda z zewnątrz dość zwyczajnie, ale sprawia wrażenie, że jest
mechanicznie sprawny i zdolny do dalekich podróży. Statek o takiej
kubaturze mógłby z zyskiem operować na wielu legalnych trasach
handlowych, nawet w naszych mrocznych czasach.
- W takim razie jaki interes miałabym w tym, by bawić się w przemytnika?
- Żaden, ale zastanawiam się, dlaczego traci pani takie możliwości,
podejmując się dziwnych zleceń dla Hospicjum. Są wpływowi, ale, o ile
wiemy, niezbyt zamożni. - Maszyna znów na chwilę zamilkła. - Musi pani
przyznać, że to nieco zagadkowe. Zamrożeni zazwyczaj zjeżdżają na dół z Idlewild, a nie wjeżdżają do nich na górę. W ogóle rzadko się zdarza
transportowanie zamrożonych ciał. Zwykle są rozmrażane jeszcze zanim
opuszczą Idlewild.
- Nie do mnie należy zadawanie pytań.
- Ale tak się składa, że należy to do mnie. Chyba już dotarliśmy na
miejsce?
W ładowni nie było teraz powietrza, więc musieli pokonać wewnętrzną
śluzę obrotową. Antoinette zapaliła światło. Przepastna komora ziała
pustką, wypełniona jedynie trójwymiarową siecią stelaży do mocowania
palet i podwieszania gondoli. Proxy posuwał się wśród tych rusztowań z pedantyczną ostrożnością tarantuli.
- Rzeczywiście leci pani z pustą ładownią. Nie ma tu żadnego kontenera.
- To nie przestępstwo.
- Tego nie twierdzę, ale to nadzwyczaj dziwne. Żebracy muszą pani bardzo
dużo płacić, skoro pokrywa to koszty takiej podróży.
- Oni ustalają warunki, nie ja.
- Zdziwniej i zdziwniej.
Oczywiście proksy miał rację. Wszyscy wiedzieli, że Hospicjum troszczy
się o zamrożonych - biednych, rannych, z terminalną amnezją - których
dopiero co wyładowano ze statków. Żebracy rozmrażali ich, ożywiali,
poddawali rehabilitacji i opiekowali się nimi, aż ci ludzie poczuli się
na tyle dobrze, że mogli odlecieć lub przynajmniej wznowić podstawowe
funkcje życiowe. Niektórzy, nigdy nie odzyskawszy pamięci, zamieszkiwali
w Hospicjum i po przeszkoleniu postanawiali zostać Żebrakami. Jednakże
rutynowo Hospicjum przyjmowało wyłącznie takich zamrożonych, którzy
pochodzili ze statków kosmicznych.
- Więc dobrze... - zaczęła. - Powiedzieli, że nastąpiła pomyłka. Dokumenty
tego człowieka pomylono podczas rozładunku statku. Pomylono go z innym
zamrożonym, który nie miał być rozmrażany, ale tylko zbadany w Hospicjum. Tamten drugi mężczyzna miał dolecieć zimny do Chasm City i zostać rozmrożony dopiero tam.
- To niezwykłe - stwierdził proksy.
- Wygląda na to, że facet nie lubił podróży kosmicznych. Zrobił się duży
bajzel. Gdy odkryto błąd, tamten zamrożony był już w połowie drogi do
Chasm. Poważna wpadka i Hospicjum chce to naprawić, nim powstanie
większy bałagan. Wezwali mnie, zabrałam ciało z Pierścienia Złomu i teraz pędzę z tym na Idlewild.
- Ale po co ten pośpiech? Skoro jest zamrożone, na pewno...
- Kaseta to zabytek muzealny, a w ciągu ostatnich dni traktowano ją dość
brutalnie. Ponadto dwie rodziny zaczynają zadawać nieprzyjemne pytania.
Im szybciej znów zamieni się ciała, tym lepiej.
- Rozumiem, że Żebracy usiłują zachować w tej sprawie dyskrecję.
Nienaganna reputacja Hospicjum doznałaby uszczerbku, gdyby wszystko
wyszło na jaw.
- Właśnie. - Antoinette pozwoliła sobie na słabiutkie uczucie ulgi i przez chwilę towarzyszyła jej niebezpieczna myśl, by powrócić do
wystudiowanego biernego oporu. Powiedziała jednak: - No to teraz, kiedy
już wszystko rozumiesz, może byś mnie wypuścił. Chyba nie chcesz
irytować Hospicjum?
- Oczywiście, że nie, ale skoro już tak daleko zaszliśmy, warto
sprawdzić pasażera.
- Rzeczywiście, warto.
Dotarli do kasety. Jednostka zimnego snu, upchnięta na tyłach ładowni,
wyglądała dość przeciętnie. Matowosrebrzysta, miała w górnej części
prostokątne okienko z dymnego szkła. W środku, pod drugą płytą z dymnego
szkła, znajdował się zagłębiony panel z kontrolkami i displejami
parametrów.
- To dziwne miejsce dla kasety, sam tył ładowni - zauważył proksy.
- Dla mnie nie. Jest blisko spodnich drzwi. Szybko ją załadowałam, a jeszcze szybciej wyładuję.
- Racja. Nie ma pani nic przeciwko temu, że dokładniej się przyjrzę?
- Proszę się nie krępować.
Proksy przykucnął w odległości metra od kasety, wysunął odnóża
zakończone czujnikami, ale nie dotknął kasety w żadnym miejscu.
Postępował z najwyższą ostrożnością, nie chcąc zniszczyć własności
Hospicjum ani zaszkodzić ciału w kasecie.
- Mówiła pani, że ten mężczyzna dopiero niedawno przybył na Idlewild.
- Wiem tyle, co mi powiedzieli Żebracy.
Proksy w zamyśleniu poklepał się jedną ze swych kończyn.
- To dziwne, bo ostatnio nie przyleciał tu żaden większy statek. Teraz,
gdy wiadomości o wojnie zdążyły dotrzeć do najdalszych układów,
Yellowstone nie jest tak popularnym celem podróży jak ongiś.
Antoinette wzruszyła ramionami.
- W takim razie porozmawiaj z Hospicjum, jeśli cię to niepokoi. Wiem
tyle, że załadowałam zmarzlaka i mam go do nich dostarczyć.
Proksy wysunął urządzenie, które Antoinette uznała za kamerę, i umieścił
je nad szybą kasety.
- Tak, to na pewno mężczyzna - stwierdził, jakby komunikował Antoinette
nowinę. - W głębokim zimnym śnie. Pozwoli pani, że przy okazji odsunę
okienko i spojrzę na odczyty? Gdyby się okazało, że wystąpiły jakieś
problemy, mógłbym prawdopodobnie zorganizować eskortę i dowieźć was do
Hospicjum dwukrotnie szybciej...
Nim zdążyła odpowiedzieć czy zaprotestować, proksy odsunął szybkę
zasłaniającą tablicę kontrolek i displej parametrów. Ustabilizował swój
korpus, przytrzymując się słupa konstrukcyjnego palet, pochylił się
nisko nad kasetą i zaczął przesuwać w lewo i w prawo okiem skanującym po
displeju. Od czasu do czasu wibrował.
Antoinette pociła się. Displeje wyglądały dość przekonująco, ale u kogoś, kto znał tajniki zimnego snu, musiały natychmiast wzbudzić
podejrzenia. Nie były takie, jak być powinny, gdyby w kasecie leżał
zahibernowany człowiek. Pierwsze wątpliwości, potem dociekliwsze
badania, pogrzebanie w ukrytych opcjach displejów - wszystko to
spowoduje, że cała prawda wyjdzie na jaw.
Proksy zbadał odczyty i odchylił się od kasety, najwyraźniej
usatysfakcjonowany. Antoinette na chwilę zamknęła oczy... i zaraz tego
pożałowała. Proksy znów się zbliżył do displeju, wysuwając delikatny
manipulator.
- Na twoim miejscu bym tego nie...
Proksy wklepał komendy w panel odczytu. Pojawiły się rozmaite wykresy,
niespokojne jaskrawoniebieskie sinusoidy i drżące histogramy.
- To nie wygląda prawidłowo - oznajmił proksy.
- Co?
- Tak jakby ten człowiek już nie ży...
- Niech panienka wybaczy... - rozległ się nowy, tubalny głos.
Antoinette zaklęła w duchu. Kazała Bestii milczeć podczas swojej rozmowy
z proksym. Ale może powinna raczej poczuć ulgę, że Bestia nie posłuchał
akurat tego rozkazu.
- Co jest, Bestio?
- Odbieramy transmisję, panienko. Skierowana wąskim promieniem prosto do
nas. Z Idlewild.
Proksy drgnął.
- Czyj to głos? Chyba mówiła pani przedtem, że jest pani sama.
- Jestem sama - odparła. - To tylko Bestia, podosoba mojego statku.
- Proszę jej powiedzieć, żeby zamilkła. A transmisja z Idlewild nie jest
do pani. To odpowiedź na pytanie, które wcześniej wysłałem...
Bezcielesny głos znów zadudnił:
- Transmisja, panienko...?
- Odtwórz ją. - Uśmiechnęła się.
Proksy nie zwracał już uwagi na kasetę. Bestia przerzucił transmisję na
szybę hełmu Antoinette i dziewczyna miała teraz wrażenie, że Żebrak stoi
pośrodku ładowni. Przypuszczała, że również pilot otrzymuje dane
telemetryczne od jednego z kutrów. Żebraczką była kobieta, jedna z Nowych Starszych. Antoinette patrzyła, jak zwykle zaszokowana, na osobę
autentycznie starą. Kobieta miała na sobie wykrochmalony fartuch i zakonny habit z motywem płatku śniegu - emblematem Hospicjum; jej
wspaniałe żylaste, starcze dłonie stykały się na brzuchu.
- Przepraszam za opóźnienie, ale znów mieliśmy problemy z routerem
sieciowym - powiedziała zakonnica. - Najpierw formalności: jestem
siostra Amelia i chciałabym potwierdzić, że ciało... zamrożony człowiek...
pod opieką panny Bax to tymczasowa i ukochana własność Hospicjum
Idlewild i Świętego Zakonu Lodowych Żebraków, a panna Bax ma go nam jak
najszybciej dostarczyć...
- Ale ciało jest martwe - stwierdził proksy.
Siostra kontynuowała:
- ...i bylibyśmy wdzięczni, gdyby władze się w to jak najmniej mieszały.
Już poprzednio kilkakrotnie korzystaliśmy z usług panny Bax i zawsze
byliśmy bardzo zadowoleni ze sposobu, w jaki wypełnia powierzone
zadania. - Żebraczka uśmiechnęła się. - Jestem pewna, że Konwencja
Ferrisvillska docenia potrzebę dyskrecji w tej sprawie. Chodzi przecież
o naszą reputację.
Wiadomość się skończyła i siostra Amelia zniknęła.
Antoinette wzruszyła ramionami.
- Widzisz, cały czas mówiłam prawdę.
Proksy patrzył na nią jednym ze swoich osłoniętych czujników.
- Coś mi się tu nie zgadza - oznajmił. - Ciało w kasecie jest z medycznego punktu widzenia martwe.
- Słuchaj, mówiłam już, że kaseta jest stara. Odczyty są nieprawidłowe,
i tyle. Chyba nie jestem taka głupia, żeby wozić trupa w kasecie zimnego
snu.
- Jeszcze z panią nie skończyłem.
- Może nie, ale w tej chwili skończyłeś. Słyszałeś, co powiedziała miła
pani Żebraczka. "Jak najszybciej dostarczyć". Przyznasz, że sformułowała
to oficjalnie i zdecydowanie? - Antoinette wyciągnęła rękę i zamknęła
pokrywę na panelu wskaźników.
- Nie wiem, co pani knuje, ale obiecuję, że do tego dojdę - oznajmił
proksy.
Uśmiechnęła się.
- Znakomicie. Dziękuję. Miłego dnia. I spieprzaj z mojego statku.
* * *
Jeszcze przez godzinę utrzymywała ten sam kurs, chcąc dać policji
złudzenie, że leci do Hospicjum Idlewild. Potem gwałtownie skręciła,
przyśpieszając tak ostro, że aż się skuliła. Po godzinie znalazła się
poza oficjalną jurysdykcją Konwencji Ferrisvillskiej, zostawiła za sobą
Yellowstone i pas satelitów komunikacyjnych. Policja nawet nie próbowała
jej ścigać, ale Antoinette to nie dziwiło. Zupełnie im się to nie
opłacało. Musieliby zużyć bardzo dużo paliwa, ponadto oficjalnie statek
Antoinette znajdował się poza ich obszarem wpływów, a ponieważ wleciała
w strefę wojny, miała spore szanse, że w końcu i tak zostanie zabita.
Zajmowanie się nią po prostu nie miało sensu.
Z tą radosną konkluzją Antoinette ułożyła i wysłała zawoalowane
podziękowania do Hospicjum. Była im wdzięczna za wsparcie i - jak
postępował jej ojciec w podobnych okolicznościach - obiecała odwdzięczyć
się, gdyby kiedykolwiek potrzebowali jej pomocy.
Od siostry Amelii nadeszła odpowiedź: "Niech bogowie prowadzą i powodzenia w misji, Antoinette. Jim byłby z ciebie dumny".
Mam nadzieję, pomyślała Antoinette.
Przez następne dziesięć dni nic szczególnego się nie wydarzyło. Statek
sprawował się doskonale, działał zupełnie bezawaryjnie. Jeden raz, na
krańcach zasięgu radaru dostrzegła - jak jej się wydawało - parę
banshee, słabych, ukradkowych sygnatur unoszących się na granicach jej
możliwości detekcyjnych. Na wszelki wypadek przygotowała środki obronne,
ale gdy zademonstrowała wzorzec ucieczki Burzyka, pokazując banshee,
jak trudno im będzie ostro zadokować przy jej statku, oba obiekty
zniknęły, wycofały się w cień, szukając innej ofiary. Nigdy już ich nie
zobaczyła.
To jedyny przelotny dreszczyk. Nie miała nic do roboty poza jedzeniem i spaniem, ale spać starała się jak najmniej, tyle tylko, ile wymagał jej
organizm. Sny miała powtarzalne i niepokojące: co noc, z liniowca
kursującego między karuzelami Pasa Złomu porywają ją w niewolę pająki;
zabierają do jednej ze swych kometarnych baz na skraju układu; tam z trzaskiem otwierają jej czaszkę i w miękką miazgę mózgu zanurzają
błyszczące urządzenia śledcze; potem, gdy niemal przeobraża się w pająka, gdy jej wspomnienia zostają prawie całkowicie wymazane, gdy jest
napompowana implantami, które miały ją powiązać z ich zbiorowym mózgiem,
przybywają zombi. Stadami klinowatych statków atakują kometę, kapsułami
jak korkociągi wwiercają się w lód i penetrują go, lód się topi,
docierają w głąb, do centralnych labiryntów; tam wypuszczają waleczne
oddziały w czerwonych zbrojach; wojownicy mkną przez labirynt
kometarnych korytarzy, zabijają pająki z człowieczą precyzją żołnierzy
wytrenowanych tak, by nie tracić ani jednej kuli, ani jednego szrapnela
czy salwy ogniw amunicyjnych.
Przystojny poborowy zombi wyciąga ją z pajęczego pokoju przesłuchań i indoktrynacji, wypłukuje z jej mózgu maszyny-intruzy, reperuje jej
czaszkę, wreszcie wprowadza ją w stan regenerującej śpiączki, na czas
długiej podróży do cywilnego szpitala na planecie wewnętrznej; gdy
Antoinette niosą na oddział zimnego usypiania, trzyma ją za rękę.
Prawie zawsze przebiegało to w ten sam cholerny sposób. Zombi
zaszczepili jej propagandowy sen i choć zastosowała zalecaną aktywną
procedurę wypłukującą, nie mogła się go pozbyć całkowicie. Choć z drugiej strony szczególnie jej na tym nie zależało.
Pewnej nocy, gdy z jakiegoś powodu nie włączyła się propaganda
Demarchistów, zamiast niej cały czas nawiedzały ją smutne sny o ojcu.
Wiedziała, że propaganda zombi jest przesadna, ale tylko co do
szczegółów. Nikt nie miał wątpliwości, jak Hybrydowcy postępują z nieszczęsnymi jeńcami. Równocześnie była przekonana, że niewola u Demarchistów to nie piknik.
Konflikt jednak toczył się bardzo daleko od niej, choć formalnie
znajdowała się w strefie wojennej. Zaprogramowała trajektorię tak, by
uniknąć większych bitew. Od czasu do czasu widziała odległe rozbłyski,
świadczące o tym, że godziny świetlne od niej toczą się jakieś
tytaniczne zmagania. Ciche błyski miały w sobie coś nierealnego i Antoinette mogła sobie wyobrażać, że konflikt się skończył, a ona jest
tylko w jakimś rutynowym międzyplanetarnym rejsie. Z drugiej strony nie
było to dalekie od prawdy. Wszyscy neutralni obserwatorzy twierdzili, że
wojna wygasa i zombi tracą grunt na wszystkich frontach, a pająki z każdym miesiącem stają się silniejsze i prą na Yellowstone.
Jednakże, choć wynik konfliktu był teraz oczywisty, walki się jeszcze
nie skończyły i Antoinette, jeśli się zagapi, łatwo może się stać ich
ofiarą. A wtedy zbada dokładnie, jak precyzyjne są propagandowe sny.
Rozmyślała o tym, wycofując się w kierunku Mandarynkowego Marzenia,
największej jowiszopodobnej planety układu Eridani. Silniki Burzyka
pracowały z maksymalną wydajnością i statek osiągnął przyśpieszenie 3 g.
Gazowy gigant, ciężarny grawitacją, rysował się złowieszczą
bladopomarańczową plamą. Przeciwintruzyjne satelity rozmieszczone wokół
jowiszowca i ich kierunkowe sygnały już uczepiły się statku Antoinette i zaczęły bombardować go coraz groźniejszymi ostrzeżeniami.
To Rejon Sporny. Naruszasz...
- Panienko, jesteś pewna? Należy z szacunkiem zauważyć, że to
nieprawidłowa trajektoria do wejścia na orbitę.
Skrzywiła się. Tylko na tyle mogła się zdobyć przy 3 g.
- Wiem, Bestio, ale jest powód. Nie zamierzamy wejść na orbitę.
Wchodzimy w atmosferę.
- Panienko... W atmosferę?
- Właśnie.
Niemal słyszała, jak wyskakują trzpienie, gdy zaśniedziałe subrutyny
uruchamiały się pierwszy raz od dziesięcioleci.
Podosoba Bestii leżała w chłodnej cylindrycznej komorze o rozmiarach
hełmu skafandra kosmicznego. Antoinette widziała ją dwukrotnie, podczas
gruntownego przeglądu i demontażu dzioba statku. Ojciec Antoinette w ciężkich rękawicach wyjął podosobę z zagłębienia i oboje przyglądali się
jej z nabożnym podziwem.
- Powiedziałaś "w atmosferę"? - powtórzył Bestia.
- Wiem, że nie jest to zupełnie normalna procedura operacyjna -
stwierdziła Antoinette.
- Jesteś całkowicie pewna tego, co chcesz zrobić, panienko?
Antoinette wyjęła z kieszeni koszuli skrawek zadrukowanego papieru. Miał
owalny kształt, poszarpane brzegi i skomplikowany wzór, narysowany
jasnozłotym i srebrnym atramentem. Przesunęła palcami po tym strzępku,
jakby był talizmanem.
- Tak, Bestio - odparła. - Nigdy niczego nie byłam tak pewna.
- Bardzo dobrze, panienko.
Bestia doszedł zapewne do wniosku, że dyskusja nic nie da, i zaczął
przygotowania do lotu w atmosferę.
Schematy na panelu dowódcy ukazywały wciągające się wypustki i zaciski,
luki, które rozwierały się i zasuwały, by zachować nienaruszalność
kadłuba. Cały proces trwał kilka minut, a gdy się zakończył, Burzyk
wyglądał tylko nieco bardziej aerodynamicznie niż przedtem. Niektóre z wystających elementów prawdopodobnie przetrwają lot w powietrzu, ale
nadal pozostało kilka wypustek i zaczepów do dokowania, które ulegną
zniszczeniu przy wejściu w atmosferę. Statek będzie musiał się bez nich
jakoś obyć.
- Posłuchaj, gdzieś w tym twoim mózgu znajdują się procedury wejścia w atmosferę - powiedziała Antoinette. - Tata mi kiedyś o tym wspominał,
więc nie udawaj, że o tym nie wiesz.
- Postara się zlokalizować odpowiednie procedury jak najszybciej.
- Dobrze - odparła Antoinette podbudowana na duchu.
- Ale czy mógłby zapytać, dlaczego o potrzebie uruchomienia tych
procedur nie wspomniano wcześniej?
- Bo gdybyś się domyślił, co zamierzam, miałbyś czas, żeby mi to
wyperswadować.
- Rozumie.
- Nie obrażaj się. Byłam tylko praktyczna.
- Jak sobie życzysz, panienko. - Bestia milczał przez chwilę, na tyle
długo, by Antoinette poczuła się nieprzyjemnie i miała wyrzuty sumienia.
- Zlokalizowało się procedury. Zwraca się uwagę, że ostatnio używano ich
sześćdziesiąt trzy lata temu, a od tamtego czasu dokonano pewnych zmian
sylwetki, co może wpływać na efektywność...
- Dobrze. Jestem pewna, że coś wymyślisz.
Niełatwo jednak nakłonić operujący w próżni statek do wejścia w atmosferę, nawet jeśli chodziło o górne warstwy gazowego giganta, a statek był tak bogato wyposażony i opływowy jak Burzyk. W najlepszym
wypadku statek wyjdzie z tego z poważnie uszkodzonym kadłubem, ale jakoś
dobrnie do Pasa Złomu, w najgorszym zaś nigdy więcej nie zobaczy
otwartego kosmosu.
I Antoinette też już go nie zobaczy.
Jest przynajmniej jedna pociecha, pomyślała. Jeśli rozwalę statek, nie
będę musiała przekazywać złych wiadomości Xavierowi.
Dzięki, Panie, i za to.
Z panelu dobiegł stłumiony sygnał.
- Bestio...? Czy to jest to, co podejrzewam?
- Bardzo możliwe, panienko. Kontakt radarowy, odległość osiemnaście
tysięcy klików, trzy stopnie od naszego kursu, dwa stopnie od północy
ekliptycznej.
- Cholera! Jesteś pewien, że to nie latarnia albo platforma zbrojeniowa?
- Za duże, panienko.
Nie musiała specjalnie główkować, żeby zrozumieć, co to znaczy. Na
drodze między jej statkiem a gazowym gigantem znajdował się inny statek,
blisko atmosfery planety.
- Co o nim wiesz?
- Poruszają się powoli, panienko, prosto w atmosferę. Planują chyba
podobny manewr, jaki ty chcesz przeprowadzić, ale poruszają się kilka
klików na sekundę szybciej i wejdą pod większym kątem.
- Czy to wygląda na zombi? - powiedziała szybko, mając nadzieję, że jest
inaczej.
- Nie ma sensu spekulować, panienko. Właśnie skierowali na nas wąski
promień. Protokół wiadomości jest rzeczywiście demarchistowski.
- Dlaczego, do cholery, mieliby się trudzić i przesyłać nam wiadomość
wąskim promieniem?
- Uprzejmie się sugeruje, żebyś to wyjaśniła.
Wąski promień był niepotrzebnie pracochłonnym środkiem komunikacji,
skoro statki znajdowały się tak blisko. Wystarczyłby prosty przekaz
radiowy i statek zombi nie musiałby precyzyjnie kierować lasera na
znajdującego się w ruchu Burzyka.
- Przyjmij, bez względu na to, kto to jest - poleciła. - Możemy im
odpowiedzieć również wąskim promieniem?
- Panienko, musielibyśmy ponownie wysunąć pewne urządzenia, które z takimi problemami wciągaliśmy do środka.
- Zrób to, ale nie zapomnij wciągnąć z powrotem.
Usłyszała, jak maszyneria wypycha w próżnię jeden z kolców. Rozległo się
szybkie ćwierkanie protokołów komunikacji między dwoma statkami i nagle
Antoinette miała przed sobą twarz jakiejś kobiety, która - o ile to
możliwe - wyglądała na jeszcze bardziej od niej zmęczoną, zmizerowaną i rozdrażnioną.
- Cześć - powiedziała Antoinette. - Czy ty mnie również widzisz?
Kobieta ledwo zauważalnie skinęła głową. Usta miała mocno zaciśnięte, co
sugerowało niezmierne zapasy powstrzymywanej wściekłości, spiętrzonej
jak woda za tamą.
- Tak, widzę cię.
- Nie spodziewałam się tu kogokolwiek spotkać - zaczęła rozmowę
Antoinette. - Doszłam do wniosku, że najlepiej odpowiedzieć również
wąskim promieniem.
- Nie musiałaś się fatygować.
- Nie musiałam? - powtórzyła Antoinette.
- Nie, bo twój radar już nas oświetlił. - Ogolona czaszka kobiety
błysnęła niebiesko, gdy ta spojrzała na coś w dole. Nie była o wiele
starsza od Antoinette, ale z zombi nigdy nic nie wiadomo.
- Noo... A to problem, co?
- Tak, jeśli próbujesz się przed czymś ukryć. Nie wiem, po co tu jesteś,
i, prawdę mówiąc, niewiele mnie to obchodzi. Sugeruję, żebyś porzuciła
swoje plany. Planeta jest Rejonem Spornym i mam pełne prawo natychmiast
zestrzelić cię z nieba.
- Nie mam problemów z zom... z demarchistami - stwierdziła Antoinette.
- Miło mi to słyszeć. A teraz zawróć.
Antoinette znów spojrzała w dół, na strzępek papieru, który wyjęła z kieszeni bluzy.
Na rysunku mężczyzna w dawnym skafandrze kosmicznym, takim z harmonijkowymi złączami, trzymał butelkę na wysokości oczu. Pierścień
szyjny, który powinien łączyć hełm z korpusem, był zagiętą elipsą z błyszczącego srebra. Mężczyzna uśmiechał się, patrząc na butelkę z migoczącym złotym płynem.
Nie, pomyślała Antoinette. Czas wykazać zdecydowanie.
- Nie zawrócę - oznajmiła. - Ale obiecuję, że niczego nie ukradnę z planety. Nie zamierzam zbliżać się ani do waszych rafinerii, ani do
innych tego typu instalacji. Nie otworzę nawet swoich czerpaków. Chcę
tylko wlecieć i wylecieć, a potem już nie będę was niepokoić.
- Cieszę się, że to słyszę - odparła kobieta. - Problem jednak polega na
tym, że to nie mnie powinnaś się obawiać.
- A kogo?
Kobieta uśmiechnęła się przyjacielsko.
- Za tobą jest statek, którego chyba nie zauważyłaś.
- Za mną?
- Masz pająki na ogonie.
I wtedy Antoinette zrozumiała, że jest w prawdziwych tarapatach.
DWA
Gdy uruchomił się alarm, Skade tkwiła wklinowana między dwie czarne
zakrzywione masy maszynerii. Jeden z jej czułków wykrył zmianę w atakującej pozycji statku, wzmocnienie stanu gotowości bojowej. Nie była
to może sytuacja kryzysowa, ale wymagała natychmiastowej reakcji.
Skade odłączyła swój kompnotes od maszynerii; pępowina z włókna
optycznego trzasnęła w jego obudowie jak bicz. Skade przycisnęła do
brzucha pustą płytkę kompnotesu - zgiął się i przyczepił do wyściełanej
czarnej tkaniny kamizelki. Prawie od razu zaczął przesyłać dane ze
schowka na bezpieczną partycję długoterminowej pamięci Skade.
Skade przeczołgała się wąskim przesmykiem między częściami maszyny,
wyginając się i wkręcając w najciaśniejszych miejscach. Po dwudziestu
metrach dotarła do końca i wysunęła się częściowo przez wąski okrągły
otwór, który przed chwilą otworzył się w ścianie. Zastygła bezgłośnie,
bez ruchu, zniknęły nawet barwne fale na grzebieniu. Wiązki implantów w jej głowie nie wykryły innych Hybrydowców w promieniu pięćdziesięciu
metrów i potwierdziły, że żadne urządzenie monitorujące w tym korytarzu
nie zauważyło jej wynurzenia. Mimo to zachowywała ostrożność, zerkała w lewo i w prawo, jak kot zapuszczający się na nieznany teren.
W polu widzenia nikogo nie było.
Skade wyciągnęła całe swoje ciało z otworu i wydała myślowe polecenie
zwieraczowi, by się zamknął; na ścianie został tylko ślad uszczelnienia,
tak drobny, że niewidoczny. Tylko Skade wiedziała, gdzie znajdują się te
otwory wejściowe, a one ujawniały się tylko przed nią. Nawet gdyby
Clavain odkrył obecność ukrytych maszyn, to, żeby do nich dotrzeć,
musiałby użyć brutalnej siły, co z kolei spowodowałoby ich
samozniszczenie.
Statek nadal spadał swobodnie - Skade przypuszczała, że przysuwa się do
wrogiego statku, za którym gonił. Nieważkość jej odpowiadała. Skade
mknęła korytarzem, skacząc na czworakach od jednego punktu kontaktowego
do drugiego. Ruchy miała tak precyzyjne i oszczędne, że czasami wydawało
się, że sunie we własnej bańce grawitacyjnej.
[Skade, jakie wyniki?]
Nigdy dokładnie nie wiedziała, kiedy Rada Nocna wyskoczy w jej głowie,
ale już od dawna nie reagowała zaskoczeniem na ich nagłe pojawianie się.
Problemów nie ma. Nawet nie zaczęliśmy się dogrzebywać do tego, co ta
maszyna potrafi, ale dotychczas wszystko działa tak, jak
przewidywaliśmy.
[Dobrze. Oczywiście pożądane byłyby wnikliwsze testy...]
Skade poczuła przypływ irytacji.
Już mówiłam. Należałoby dokonać starannych pomiarów, by wykryć
oddziaływanie tych maszyn. To znaczy możemy przeprowadzić tajne testy
pod płaszczykiem rutynowych operacji militarnych.
Skade wskoczyła na rozwidlenie i odbiła się w stronę mostka. Regulując
chemię swojej krwi, zmusiła się do spokoju.
Zgadzam się, że musimy zrobić więcej, nim będziemy w stanie wyposażyć
flotę, ale gdy rozszerzymy testy, ryzykujemy, że rozejdzie się wiadomość
o naszym odkryciu. Nie tylko w Gnieździe Macierzystym.
[Słuszna uwaga, Skade. Nie musisz nam przypominać. Ustalaliśmy tylko
fakty. Nawet gdyby to było niewygodne, trzeba przeprowadzić testy, i to
jak najprędzej.]
* * *
Minęła Hybrydowca zmierzającego do innej części statku. Zajrzała do jego
umysłu i zobaczyła na powierzchni mieszaninę ostatnich doświadczeń i emocji. Nie zainteresowały jej, nie miały taktycznego znaczenia. Poniżej
tej papki leżały warstwy głębszej pamięci, struktury mnemoniczne
zanurzające się w nieprzenikalną ciemność niczym wielkie zatopione
pomniki. Musiała to wszystko przesunąć i zbadać, ale to też jej nie
zainteresowało. Na najgłębszym poziomie Skade odkryła u mężczyzny
partycje pamięci, które - według Hybrydowca - nie powinny się dać
odczytać. Przez chwilę miała ochotę dokonać edycji jego prywatnych
zabezpieczeń i blokad i odsłonić kilka maleńkich, pielęgnowanych
wspomnień. Nie zrobiła tego; wystarczyła jej sama świadomość, że może to
zrobić.
Umysł mężczyzny zareagował, wysyłając sondy wywiadowcze do jej umysłu.
Potem raptownie je wycofał, napotkawszy zdecydowaną odmowę dostępu. Jak
wyczuła, mężczyzna był zaciekawiony, dlaczego ktoś ze Ścisłej Rady
wszedł na ten statek.
Rozbawiło ją to. Mężczyzna wiedział o istnieniu Ścisłej Rady i miał może
jakieś wiadomości o supertajnym centrum Rady, Wewnętrznym Sanktuarium,
ale Skade była pewna, że nawet nie podejrzewał istnienia Rady Nocnej.
Minął ją, a ona podążała swoją drogą.
[Jakieś obiekcje, Skade?]
Oczywiście mam obiekcje. Bawimy się ogniem samego Boga. Takich spraw
się nie popędza.
[Skade, Wilki nie będą na nas czekały.]
Skade nastroszyła się. Nie trzeba jej było przypominać o wilkach. Strach
to użyteczny bodziec, ale nie mógł jej już silnie zdopingować. Jak
mówiło stare porzekadło: nie od razu stworzono Projekt Manhattan. A może
chodziło o Rzym? W każdym razie miało to związek z Ziemią.
Pamiętam o wilkach.
[Dobrze, Skade, my też. I nie wątpimy, że wilki również o nas nie
zapomniały.]
Poczuła, że Rada Nocna wycofuje się do maleńkiej, niedającej się
zlokalizować kieszonki w jej głowie, gdzie poczeka do następnego razu.
Skade przybyła na mostek Nocnego Cienia świadoma tego, że jej grzebień
pulsuje żywą czerwienią i szkarłatem. Mostek - sferyczne, pozbawione
okien pomieszczenie wewnątrz statku - mógł swobodnie pomieścić pięciu
czy sześciu Hybrydowców. Teraz byli tu tylko Clavain i Remontoire, jak
wtedy, gdy stąd wychodziła. Obaj leżeli w hamakach akceleracyjnych
zawieszonych pośrodku sfery; podłączeni do szerszego sensorycznego
środowiska Nocnego Cienia oczy mieli zamknięte. Z ramionami
skrzyżowanymi na piersiach sprawiali absurdalne wrażenie ludzi
zrelaksowanych.
Skade stała bez ruchu, a pokój wyrzucił dla niej osobny hamak, który
otoczył ją ochronną siecią lianopodobnych pnączy. Leniwie zaczęła
przeszukiwać umysły mężczyzn. Remontoire był dla niej całkowicie
otwarty, nawet granice partycji Ścisłej Rady wydawały się zaledwie
liniami demarkacyjnymi, a nie bezwzględnymi barierami. Jego umysł był
jak miasto ze szkła, gdzieniegdzie przydymionego, lecz wszędzie
przenikalnego. Widzenie za ekranami Ścisłej Rady to pierwszy trik,
jakiego nauczyła ją Rada Nocna. Umiejętność okazała się użyteczna nawet
wtedy, gdy Skade weszła w skład Ścisłej Rady. Nie wszyscy członkowie
Ścisłej Rady mieli dostęp do tych samych tajemnic - przede wszystkim
istniało Wewnętrzne Sanktuarium - ale Skade wiedziała o wszystkim.
Czytanie umysłu Clavaina było trudniejsze. To ją frustrowało,
fascynowało i niepokoiło. Jego implanty neuralne miały znacznie starszą
konfigurację niż u innych Hybrydowców i Clavain nigdy nie pozwolił na
ich modyfikację. Wielkie połacie jego umysłu w ogóle nie zostały poddane
systemowi, a połączenia nerwowe między tymi rejonami a komponentami
Hybrydowców były rzadkie i nieefektywnie rozproszone. Algorytmy
przeszukiwania i pobierania, używane przez Skade, potrafiły wydobyć
wzorce neuralne z każdej części mózgu Clavaina, jaką obejmował system,
ale i to nie było łatwe. Przeszukiwanie jego umysłu przypominało
grzebanie w bajecznie bogatej bibliotece nawiedzonej przez huragan - gdy
Skade zlokalizowała to, o co jej chodziło, zwykle informacja stawała się
nieaktualna.
Mimo to Skade wiele się dowiedziała o Clavainie. Od powrotu Galiany
upłynęło dziesięć lat, ale - jeśli Skade prawidłowo odczytywała jego
umysł, a nie miała powodu w to wątpić - Clavain ciągle nie zdawał sobie
sprawy z tego, co się stało.
Tak jak całe Matczyne Gniazdo, Clavain wiedział, że w głębokim kosmosie
Galiana spotkała obce wrogie jednostki - maszyny, które nazwano wilkami.
Wilki przeniknęły na statek i wdarły się do umysłów załogantów. Clavain
wiedział, że Galiana została oszczędzona i jej ciało jest zachowane;
wiedział również, że w jej czaszce znajduje się struktura wilczego
pochodzenia. Nie wiedział jednak i - jak sądziła Skade - nawet nie
podejrzewał, że Galianie wróciła świadomość, i że zanim wilk przemówił
przez nią, miała moment jasności umysłu, a nawet więcej takich momentów.
Skade przypomniała sobie, jak skłamała Galianie, że Clavain i Felka
umarli. Kłamstwo nie przyszło jej łatwo. Jak wszyscy Hybrydowcy
traktowała Galianę z należną czcią. Galiana była ich matką, królową
odłamu Hybrydowców. Jednocześnie Rada Nocna przypomniała Skade, że wobec
Matczynego Gniazda ma ona obowiązki ważniejsze od szacunku dla Galiany.
Skade musiała skutecznie wykorzystać chwile jasności umysłowej, by
uzyskać jak najwięcej danych o wilkach, nie można więc było obciążać
Galiany dodatkowymi zmartwieniami. Skade uznała wówczas takie
postępowanie za krzywdzące, ale Rada Nocna zapewniała, że na dłuższą
metę jest to korzystne.
Stopniowo Skade dostrzegała w tym sens. Przecież w istocie nie kłamała
Galianie, lecz cieniowi poprzedniej Galiany. Potem jedno kłamstwo
wymuszało następne. Dlatego Clavain i Felka nigdy nie dowiedzieli się o tamtych rozmowach.
Skade wycofała sondy umysłowe i ustaliła rutynowy poziom bliskości. Dała
Clavainowi dostęp do swych powierzchniowych wspomnień, do swych trybów
percepcji zmysłowej i do emocji, albo raczej do ich subtelnie
zafałszowanej wersji. Równocześnie Remontoire widział dokładnie tyle,
ile się spodziewał, ale Skade zmodyfikowała to odpowiednio do swoich
potrzeb.
Hamak akceleracyjny przesunął ją ku centrum sfery, w pobliże tamtych
dwóch mężczyzn. Złożyła ręce pod biustem, opierając je na wygiętej
płytce kompnotesu, który nadal szeptał swoje odkrycia do trwałej pamięci
Skade.
Clavain potwierdził swoją zdalną obecność.
[Skade, to miło, że do nas dołączyłaś.]
Clavain, wyczułam zmianę w naszej gotowości ataku. Mam wrażenie, że ma
to coś wspólnego ze statkiem Demarchistów.
[To coś bardziej interesującego. Spójrz.]
Clavain przekazał jej jeden koniec linii danych ze statkowej sieci
czujników. Skade wydała polecenie swoim implantom, by odwzorowały dane
do jej sensorium, stosując zwykłe filtry i opcje.
Miała przyjemne wrażenie dyslokacji. Jej własne ciało, ciała mężczyzn,
pomieszczenie, w którym się unosili, wielkie, smukłe, czarne jak węgiel
czółno Nocnego Cienia - wszystko to przesunęło się w niematerialność.
Wielki jowiszowiec wisiał przed nimi otoczony ruchomą, skomplikowaną
geometrycznie chmurą stref zabronionych i bezpiecznych przejść. Wściekła
chmara platform i wartowników śmigała wokół planety na ciasnych orbitach
precesyjnych. Bliżej, choć niewiele, znajdował się statek Demarchistów,
za którym gonił Nocny Cień. Dotykał górnej warstwy atmosfery
Mandarynkowego Marzenia i już zaczynał się jarzyć. Nurkując w atmosferę,
szyper ryzykował, miał jednak nadzieję, że się schowa w kilkusetkilometrowej warstwie obłoków.
To desperacki manewr, pomyślała Skade.
Wloty transatmosferyczne były ryzykowne, nawet dla statków zbudowanych
tak, by mogły dokonywać powierzchownych przejść w górnych warstwach
atmosfery jowiszowców. Szyper musiałby wyhamować przed próbą nurkowania,
a potem, wracając w kosmos, również musiałby lecieć powoli. Taki manewr
mógł się przydać przy kamuflażu, choć jego powodzenie zależało od
wyposażenia w czujniki statku ścigającego oraz od detekcyjnych
możliwości niskoorbitowych satelitów czy latających dronów; właściwie
jedyną korzyścią była możliwość uzupełnienia zapasów paliwa.
We wczesnej fazie wojny obie strony stosowały antymaterię jako główne
źródło energii. Hybrydowcy, mający ukryte wytwórnie antymaterii na
granicach układu, nadal byli w stanie produkować i gromadzić antymaterię
w ilościach potrzebnych do działań zbrojnych. Nawet gdyby te możliwości
się skończyły, wszyscy wiedzieli, że mają oni dostęp do znacznie
wspanialszych źródeł energii. Demarchiści natomiast już od ponad
dziesięciu lat nie byli w stanie pozyskiwać antymaterii. Wrócili do
energii syntezy jądrowej, a do tego potrzebowali wodoru, najlepiej
wydobytego z oceanów gazowych gigantów, gdzie już był skompresowany do
postaci metalicznej. Szyper mógłby otworzyć czerpaki, zassać i skompresować wodór atmosferyczny, albo mógł nawet próbować nurkować w "zaledwie" płynnym morzu wodorowym, powlekającym metaliczny wodór
owinięty wokół skalistego samorodka planetarnego jądra. Dla statku,
który już ucierpiał na wojnie, byłoby to ryzykowne przedsięwzięcie.
Najprawdopodobniej kapitan miał nadzieję, że czerpaki nie będą potrzebne
i że uda mu się połączyć z jednym ze sterowanych wielorybim mózgiem
tankowców, jakie krążyły nieustannie w atmosferze, śpiewając smutne,
żałobne pieśni o turbulencjach i chemii organicznej. Tankowiec
wstrzyknąłby do statku ładunki wstępnie obrobionego metalicznego wodoru;
niektóre z nich miały służyć jako paliwo, inne - jako głowice bojowe.
Wloty atmosferyczne to ryzyko podejmowane w rozpaczliwej sytuacji, ale
często się opłacało i wybierano je nieco chętniej od samobójczych
operacji ukradkowej ucieczki.
Skade sformułowała myśl i przesłała ją do głów swoich towarzyszy.
Szyper wykazuje godną podziwu determinację, ale to mu nie pomoże.
Clavain odezwał się natychmiast:
[Nie pomoże jej. To kobieta. Przechwyciliśmy jej sygnał, gdy nadawała
do drugiego statku. Przechodziły skrajem pierścienia śmierci, więc pył
rozproszył nieco światła laserowego w naszym kierunku.]
A intruz?
Odpowiedział jej Remontoire:
[Gdy tylko otrzymaliśmy wyraźną sygnaturę statku, podejrzewaliśmy, że
to frachtowiec. To się potwierdziło i teraz wiemy trochę więcej.]
Remontoire zaproponował jej dane. Skade to zaakceptowała.
W jej umyśle wyostrzył się rozmyty obraz frachtowca, nabierał wyrazu jak
szkic uzupełniany detalami. Frachtowiec był dwa razy mniejszy od
Nocnego Cienia, typowy śródukładowy przewoźnik, zbudowany ze dwa wieki
temu, z pewnością przed zarazą. Kadłub miał zaokrąglony. Statek
zaprojektowano tak, by mógł lądować na Yellowstone czy na innych
planetach z atmosferą, ale z czasem zyskał tyle wybrzuszeń i wypustek,
że Skade kojarzył się z rybą poddaną rzadkiej recesywnej mutacji. Na
jego powłoce połyskiwały zakodowane, czytelne dla maszyny symbole,
przerywane gdzieniegdzie niezapisanymi połaciami reperowanego poszycia.
Remontoire uprzedził jej pytanie.
[To Burzyk, frachtowiec zarejestrowany w Karuzeli Nowa Kopenhaga w Pasie Złomu. Dowódcą statku i właścicielem jest Antoinette Bax, ale
dopiero od miesiąca. Poprzednio należał do Jamesa Baxa, prawdopodobnie
krewnego. Nie wiemy, co się z nim stało. W rejestrach rodzina Baxów
widnieje jako właściciel statku już dawno, od czasów przedwojennych,
może nawet przed wybuchem zarazy. Zajmowali się zarówno zwykłą
działalnością legalną, jak i czynami na granicy prawa. Kilka naruszeń
przepisów, parę konfliktów z Konwencją Ferrisvillską, ale nie na tyle
poważnych, by groziło to zatrzymaniem, nawet podczas stanu
wyjątkowego.]
Skade poczuła, jak jej odległe ciało kwituje te informacje skinieniem
głowy. Pas habitatów wokół Yellowstone dawał zatrudnienie różnym firmom
przewozowym, zarówno prestiżowym bardzo szybkim transportowcom, jak i znacznie wolniejszym - oraz tańszym, których dowódcy zadawali mniej
pytań - statkom z silnikami jonowymi albo wykorzystującymi syntezę.
Nawet po wybuchu zarazy, gdy wspaniała Migotliwa Wstęga zmieniła się w mało wspaniały Pas Złomu, nadal istniały nisze rynkowe dla tych, którzy
byli gotowi je zająć, na przykład potrafili unikać kwarantanny albo
przyjmowali zlecenia od takich klientów, z jakimi niechętnie robiono
trwalsze interesy.
Skade nic nie wiedziała o rodzinie Baxów, ale doskonale sobie
wyobrażała, że w tych warunkach - a tym bardziej w czasie wojny - ich
biznes rozkwitał. Omijanie blokad, wykorzystywanie rozmaitych okazji,
wspieranie misji szpiegowskich agentów obu stron konfliktu. Konwencja
Ferrisvillska, administrująca na bieżąco przestrzenią wokół Yellowstone,
należała do najbardziej nietolerancyjnych reżimów w historii. Tam, gdzie
stosuje się wysokie kary, zawsze znajdą się ludzie gotowi sowicie
wynagrodzić tych, którzy podejmują ryzyko.
Teraz Skade stworzyła sobie w umyśle niemal pełny obraz Antoinette Bax.
Jednego tylko nie rozumiała: co Antoinette robi tak daleko w strefie
wojennej i jak to się stało, że nadal żyje?
Czy szyper z nią rozmawiał? - spytała Skade.
[Dostała ostrzeżenie, że ma się wycofać, bo poniesie konsekwencje] -
odpowiedział Clavain.
A ona?
Remontoire przesłał jej trajektorię frachtowca: Antoinette zmierzała
prosto w atmosferę jowiszowca, podobnie jak lecący przed nią statek
Demarchistów.
To nie ma sensu. Szyper powinien ją zniszczyć za naruszenie Rejonu
Spornego.
[Szyper jej zagroził, ale Bax to zignorowała. Obiecała mu, że nie
ukradnie wodoru, i zdecydowanie oznajmiła, że nie zawróci] -
odpowiedział Clavain.
Albo bardzo odważna, albo bardzo głupia.
[Albo szczęściara] - odparł Clavain. [Najwyraźniej szyper nie miała
amunicji dla poparcia swojej groźby. Chyba zużyła wszystkie pociski
podczas wcześniejszych starć.]
Skade zaczęła to analizować, uprzedzając rozważania Clavaina. Jeśli
szyper wystrzeliła ostatnie pociski, zrobi wszystko, by zachować tę
informację w tajemnicy przed Nocnym Cieniem. Rozbrojony statek to
gotowy cel abordażu. Nawet w tej późnej fazie wojny przejęcie wrogiego
statku dostarcza cennych informacji wywiadowczych, nie wspominając o perspektywie zwerbowania załogi.
Według ciebie szyper liczyła na to, że frachtowiec zastosuje się do jej
polecenia.
Wyczuła potwierdzenie Clavaina, nim jego odpowiedź uformowała się w jej
głowie.
[Tak. Gdy Bax oświetliła radarem statek Demarchistów, szyper nie miała
innego wyjścia - musiała jakoś odpowiedzieć. Normalnym i całkowicie
prawnym działaniem byłoby wystrzelenie pocisku, ale szyper musiała
przynajmniej wezwać statek do wycofania się. To nie poskutkowało, Bax
nie dała się zastraszyć. To natychmiast ustawiło szyper w niekorzystnej
pozycji. Szczekała, ale na pewno nie mogła ugryźć.]
Tę myśl uzupełnił Remontoire:
[Clavain ma rację. Ona nie ma pocisków. Teraz to wiemy.]
Skade rozumiała, o co im chodzi. Choć statek Demarchistów już zaczął
nurkowanie w atmosferę, ciągle znajdował się w zasięgu pocisków Nocnego
Cienia. Zniszczenie go nie było stuprocentowo pewne, ale szanse były
spore. A jednak Remontoire i Clavain nie chcieli zestrzelić wrogiego
statku. Woleli poczekać, aż wynurzy się z atmosfery, powolny i ciężki od
paliwa, ale uzbrojony nie lepiej niż poprzednio. Chcieli dostać się na
jego pokład, wyssać dane z banków pamięci i przekształcić jego załogę w nowych członków Matczynego Gniazda.
Nie mogę przyzwolić na abordaż. Dla Nocnego Cienia niesie to więcej
niebezpieczeństw niż potencjalnych korzyści.
Poczuła, że Clavain próbuje sondować jej umysł.
[Dlaczego, Skade? Czy z jakiegoś powodu ten statek jest wyjątkowo
cenny? Jeśli tak, to czy to nie jest odrobinę dziwne, że nikt mi o tym
nie powiedział?]
To sprawa Ścisłej Rady. Miałeś już szansę do niej dołączyć, Clavain.
[Nawet gdyby dołączył, to i tak nie wiedziałby wszystkiego, prawda?]
Skade przełączyła się ze złością na Remontoire'a.
Wiesz, Remontoire, że jestem tu w sprawach Ścisłej Rady. To
najważniejsze.
[Ale ja jestem ze Ścisłej Rady i nawet ja nie wiem dokładnie, co tu
robisz. O co chodzi, Skade? Tajna operacja dla Wewnętrznego
Sanktuarium?]
Skade zawrzała. Wszystko byłoby znacznie łatwiejsze, gdyby nie trzeba
było mieć do czynienia ze starymi Hybrydowcami, pomyślała.
Ten statek jest cenny. To prototyp, a prototypy zawsze są cenne. I doskonale o tym wiesz. Oczywiście nie chcemy go stracić w drobnej
potyczce.
[Na pewno chodzi o coś więcej.]
Może, Clavain, ale teraz nie czas o tym dyskutować. Rozmieść pociski
przeznaczone dla statku Demarchistów, a jeden zachowaj na frachtowiec.
[Nie. Poczekamy, aż oba wyłonią się po drugiej stronie. O ile przeżyją.
A potem zadziałamy.]
Nie mogę do tego dopuścić.
No więc dobrze. Miała przedtem nadzieję, że do tego nie dojdzie, ale
Clavain zmusił ją do działania. Skoncentrowała się, wysłała
skomplikowaną sekwencję komend neuronowych. Poczuła, jak odległy system
uzbrojenia rozpoznaje jej uprawnienia i poddaje się jej woli. Jej
sterowanie, choć niedokładne, pozbawione precyzji i bezpośredniości, z jaką zwracała się do własnych maszyn, wystarczyło - musiała przecież
tylko wystrzelić kilka pocisków.
[Skade...?]
To Clavain - zorientował się, że przejęła jego uprawnienia sterowania
uzbrojeniem. Wyczuła jego zdziwienie faktem, że ona, Skade, w ogóle ma
takie prawa dostępu. Wyznaczyła rozrzut; pociski pościgowe drżały w stojakach wyrzutni.
W głowie Skade przemówił spokojny głos:
[Nie, Skade.]
To Rada Nocna.
Co takiego?
[Zwolnij kontrolę zbrojowni. Zrób, jak chce Clavain. To dla nas
korzystniejsze na dłuższą metę.]
Nie, ja...
[Skade, zwolnij zbrojownię.]
Rada Nocna mówiła teraz ostrzejszym tonem.
Wściekła, że ją napomniano, Skade zastosowała się do polecenia.
* * *
Antoinette dotarła do trumny ojca przywiązanej do stelaża w ładowni,
dokładnie tam, gdzie widział ją proksy.
Rękę w rękawiczce położyła na wieku kasety. Przez szybę widziała profil
mężczyzny. Podobieństwo rodzinne było oczywiste, choć wiek i grawitacja
wyrzeźbiły jego oblicze w przesadną męską karykaturę jej własnego. Oczy
miał zamknięte, na twarzy odmalował się wyraz znudzonego spokoju. To
typowe dla ojca: drzemie sobie podczas tych gorących wydarzeń,
pomyślała. Pamiętała jego chrapanie wypełniające kajutę. Kiedyś złapała
go na tym, jak udawał, że śpi, zerkając na nią spod przymkniętych
powiek. Obserwował, jak sobie daje radę w trudnej sytuacji. Wiedział, że
pewnego dnia wszystko będzie musiała robić sama.
Sprawdziła umocowanie trumny. Było bezpieczne, podczas ostatnich
manewrów nic się nie obluzowało.
- Bestio... - powiedziała.
- Tak, panienko?
- Jestem w ładowni.
- Jest się tego nieprzyjemnie świadomym, panienko.
- Przerzuć nas na poddźwiękową. Powiedz mi, gdy ją osiągniemy.
Przygotowała się na protest, ale go nie usłyszała. Czuła ton statku,
wewnętrznym uchem usiłowała odróżnić hamowanie od schodzenia. Teraz
Burzyk w zasadzie nie leciał. Z powodu swego kształtu był prawie
pozbawiony siły nośnej, więc kierował w dół wektor ciągu, by nie spadać
jak kamień. Opróżniona z powietrza ładownia dostarczała dotychczas
pewnej siły wyporu, ale Antoinette nigdy nie programowała głębokiego
schodzenia w atmosferę w sytuacji, gdy w ładowni panowała próżnia.
Już dawno powinna być martwa. Kapitan Demarchistów powinien był ją
zestrzelić z nieba, a goniący ją statek pajęczy powinien zaatakować, nim
zanurkowała w atmosferę. Nawet samo nurkowanie powinno ją uśmiercić. Nie
było to łagodne kontrolowane wejście, jak sobie planowała, ale wściekłe
przedzieranie się pod chmury, jazda w wirze stworzonym przez statek
Demarchistów. Gdy tylko statek wznowił lot poziomy, oceniła uszkodzenia;
sytuacja nie przedstawiała się różowo. Gdy dotrze do Pasa Złomu -
wątpliwe "gdy", bo przecież pająki nadal czyhają - Xavier będzie miał
mnóstwo roboty przez kilka najbliższych miesięcy.
Ale przynajmniej nie będzie w tym czasie rozrabiał, pomyślała.
- Już poddźwiękowa, panienko - zakomunikował Bestia.
- Dobrze. - Po raz trzeci Antoinette sprawdziła, czy jest przymocowana
do stelaża równie mocno jak trumna, a potem ponownie sprawdziła
parametry skafandra. - Proszę, otwórz drzwi ładowni numer jeden.
- Za chwilę, panienko.
Jasna drzazga światła rozbłysła z tego końca stelaża. Antoinette
zmrużyła oczy i zaraz opuściła ciemnozieloną antyodblaskową przyłbicę
hełmu.
Szczelina światła powiększyła się, a potem na Antoinette ruszył pęd
powietrza, pchnął ją na wspornik stelaża. W kilka sekund powietrze
wypełniło komorę ładowni, wyło i wirowało. Czujniki skafandra
błyskawicznie dokonały analizy gazu i zdecydowanie odradziły otwarcie
hełmu. Ciśnienie przewyższało jedną atmosferę, ale gaz był śmiertelnie
zimny i niezwykle trujący.
Dusząca trucizna i zabójcza temperatura, ale za to jaki piękny, barwny
widok z kosmosu, pomyślała Antoinette.
- Sprowadź nas dwadzieścia klików niżej - poleciła.
- Jesteś pewna, panienko?
- Tak, do cholery.
Podłoga nachyliła się. Antoinette obserwowała, jak barometr odmierza
rosnące ciśnienie: dwie atmosfery, trzy, cztery i jeszcze więcej. Ufała,
że reszta Burzyka, poddana teraz ujemnemu ciśnieniu, nie rozerwie się
nad nią jak mokra papierowa torebka.
Nie wiem, co się jeszcze stanie, ale chyba już naruszyłam warunki
gwarancji na statek, pomyślała.
Gdy Antoinette odzyskała pewność siebie - a raczej, gdy jej puls wrócił
do normy - ruszyła, centymetr po centymetrze, w stronę otwartej śluzy,
wlokąc ze sobą trumnę. Żmudny był to pochód, bo co kilka metrów musiała
przypinać i odpinać zaczepy mocujące trumny, ale robiła to cierpliwie,
bez irytacji.
Wzrok jej przywykł i dostrzegła teraz w widmie światła srebrzystoszary
komponent. Światło stopniowo mętniało, przybierało barwę żelaza czy
postarzałego brązu. Epsilon Eridani nie była zbyt jasną gwiazdą i teraz
jej promienie przechodziły przez warstwy planetarnej atmosfery. Gdy
statek będzie schodził coraz niżej, wszystko pociemnieje, aż widok
zacznie przypominać dno oceanu.
Właśnie o to ojcu chodziło.
- W porządku, Bestio, dbaj o stabilny lot. Za chwilę spełnię swą
powinność.
- Uważaj na siebie, panienko.
Bramy towarowe ładowni znajdowały się w różnych miejscach Burzyka, ale
ta obecnie otwarta, w dolnej części statku, była skierowana do tyłu w stosunku do kierunku lotu. Antoinette dotarła do brzegu, czubki butów
wystawiła parę centymetrów za krawędź. Pozycja wydawała się niestabilna,
ale Antoinette była bezpiecznie przypięta. Ciemny brzuch statku, wygięty
łagodnie w stronę ogona, przesłaniał widok od góry, ale w dole i po
bokach nic nie zakłócało perspektywy.
- Miałeś rację, tato - szepnęła na tyle cicho, by Bestia jej nie
słyszał. - To dość zadziwiające miejsce. Uważam teraz, że dokonałeś
dobrego wyboru.
- Panienko?
- Nic takiego, Bestio.
Zaczęła odczepiać trumnę. Statek kiwnął się parę razy i w tych momentach
jej żołądek się skręcał, a trumna uderzała o słup stelaża. Jednakże
Bestia znakomicie się spisał, utrzymując stałą wysokość. Statek leciał
teraz z prędkością znacznie poniżej prędkości dźwięku w stosunku do
prądu atmosferycznego, więc Bestia musiał tylko wisieć w powietrzu, ale
to wystarczyło. Wiatr już nie wiał tak szaleńczo, tylko od czasu do
czasu zrywały się pojedyncze szkwały, ale właśnie tego Antoinette
oczekiwała.
Teraz trumna była prawie uwolniona, gotowa do koziołkowania. Ojciec
wyglądał jak człowiek, który uciął sobie drzemkę. Balsamiści świetnie go
przygotowali, a kulawy mechanizm chłodzący kasety też się dobrze spisał.
Aż nie do wiary, że ojciec nie żył już od miesiąca.
- Tato, myślę, że o to ci chodziło. Dotarliśmy. Więcej słów chyba nie
trzeba.
Statek był na tyle uprzejmy, że się nie odzywał.
- Nadal nie wiem, czy postępuję właściwie - ciągnęła Antoinette. - To
znaczy wiem, kiedyś powiedziałeś, że tego chcesz, ale...
Przestań już. Nie wracaj do tej sprawy, napomniała się.
- Panienko?
- Tak?
- Stanowczo odradza się zwłokę.
Antoinette pamiętała etykietkę na butelce piwa. Nie miała jej teraz przy
sobie, ale najdrobniejsze szczegóły potrafiła odtworzyć z pamięci.
Błyszczący srebrnozłoty druk wyblakł od czasu, gdy czule oderwała
nalepkę z butelki, ale w jej wyobraźni nadal bajecznie się skrzył.
Etykietka - tani masowy produkt - dla niej nabrała cech świętego obrazu.
Antoinette miała wówczas dwanaście czy trzynaście lat, gdy po jakiejś
zyskownej podróży ojciec zabrał ją do spelunki odwiedzanej przez
kapitanów statków handlowych. W tamtym czasie Antoinette nie miała
specjalnego doświadczenia, ale wypełniony wesołymi opowieściami wieczór
uznała za udany. Pod koniec spotkania rozmawiano o pogrzebach
podróżników kosmicznych, o tradycji i rozmaitych prywatnych
preferencjach. Ojciec się nie odzywał, uśmiechał się tylko, gdy dyskusja
przybierała to poważny, to żartobliwy ton. Nagle - ku zaskoczeniu
Antoinette - wyraził własne życzenie: chciałby zostać pochowany w atmosferze gazowego giganta. W innych okolicznościach mogłaby to uznać
za drwinę z tych wszystkich opcji, ale ojciec wypowiedział swoje
życzenie tonem całkowicie poważnym i odniosła wrażenie - choć nigdy
wcześniej o tym nie wspominał - że nie wymyślił tego na poczekaniu.
Wtedy złożyła sobie prywatne ślubowanie: gdy ojciec kiedyś umrze, ona
spełni jego życzenie, jeśli tylko będzie w stanie wszystko zorganizować.
Oderwała etykietkę z butelki piwa - to było jej memento.
Przez następne lata nigdy nie wątpiła, że bez problemu dotrzyma słowa,
wydawało się to łatwe, tak łatwe, że rzadko o tym myślała. Ojciec umarł
i Antoinette miała spełnić obietnicę, choć może obecnie wydawała jej się
ona nieco śmieszna i dziecinna. Najważniejsze jednak było wyraźne
przekonanie, które tamtego wieczoru słyszała w głosie ojca. Miała wtedy
zaledwie dwanaście czy trzynaście lat i może sobie to wszystko
wyobraziła, albo wprowadził ją w błąd poważny wyraz ojcowskiej twarzy,
ale ślubowała i choć teraz wiązało się z tym tyle kłopotów, chciała
słowa dotrzymać, nawet narażając życie.
Odczepiła ostatnie więzy i pchnęła trumnę, aż jedna trzecia jej długości
wystawała poza krawędź śluzy. Jeszcze jedno pchnięcie i ojciec będzie
miał pogrzeb, jakiego chciał.
To szaleństwo. Przez wszystkie lata po tamtej pijanej rozmowie w barze
nigdy nawet nie wspomniał o tym, że chce być pochowany w gazowym
gigancie. Ale czy to znaczy, że wtedy nie wyraził życzenia z głębi
serca? Przecież nie wiedział, kiedy umrze. Nie miał czasu na
uporządkowanie swoich spraw przed śmiercią i nie miał okazji wyjaśnić,
czego sobie życzy w kwestii pochówku.
Szaleństwo? Owszem, ale z głębi serca.
Pchnęła trumnę poza krawędź.
Przez chwilę wydawało się, że trumna wisi w powietrzu za statkiem, jakby
nie chciała rozpocząć długiego opuszczania się w nicość. Potem powoli
zaczęła spadać. Koziołkowała, opóźniana przez wiatr, malała w oczach -
przed chwilą miała rozmiar kciuka, a teraz już małej, ledwo
dostrzegalnej kreski, wreszcie kropki, która tylko na moment odbiła
słabe światło gwiazdy i zniknęła w kłębach pastelowych chmur.
Ostatni migawkowy widok i trumna zniknęła, pogrzeb się skończył.
Antoinette oparła się o wspornik. Nie spodziewała się, że po całej
ceremonii spłynie na nią takie zmęczenie. Nagle poczuła ołowiany ciężar
przytłaczającego ją powietrza. Nie było smutku ani łez - przedtem się
wypłakała. Z czasem łzy na pewno powrócą. Teraz jednak czuła jedynie
bezgraniczne wyczerpanie.
Zamknęła oczy na kilka minut.
Potem kazała Bestii zamknąć śluzę i rozpoczęła długi powrót na pokład
sterowniczy.
TRZY
Ze swego punktu obserwacyjnego wewnątrz śluzy Nevil Clavain patrzył na
rozwierającą się jak źrenica okrągłą część szponopodobnego kadłuba
Nocnego Cienia. Jak albinotyczne wszy wyroiły się uzbrojone proksy,
pokryte pancerzami, podzielone na segmenty, z wyspecjalizowanymi
odnóżami, czujnikami i bronią. Szybko przemierzyły próżnię oddzielającą
ich od wrogiego statku i przywarły do niego przylgami na końcach nóg.
Potem na uszkodzonej powierzchni szukały włazów i znanych słabych miejsc
w statkach takiego typu.
Sunęły po przypadkowych torach jak żerujące skarabeusze. Mogłyby
przejrzeć statek bardzo szybko, ale istniało ryzyko, że zabiją tych,
którym udało się przeżyć w uszczelnionych strefach statku. Dlatego
Clavain upierał się, by korzystały ze śluz powietrznych, choć przejście
każdej maszyny przez śluzę zajmowało sporo czasu.
Niepotrzebna ostrożność. Gdy tylko pierwszy skarabeusz wszedł do środka,
stało się jasne, że Clavain nie napotka ani oporu, ani uzbrojonych
ocalałych. Statek był ciemny, zimny i cichy. Niemal pachniał śmiercią.
Proksy sunęły ostrożnie, mijając poszczególne posterunki służbowe, a w polu widzenia pojawiały się twarze trupów. Podobne meldunki spływały od
maszyn myszkujących w pozostałej części statku.
Clavain wycofał większość skarabeuszy i zbadaną przez nie drogą posłał
na statek oddziałek Hybrydowców. Za pośrednictwem oczu skarabeusza
oglądał pojedynczych żołnierzy wynurzających się ze śluzy. Ich pękate
białe sylwetki przywodziły na myśl duchy.
Przeczesali statek. Z dodatkową właściwą ludziom czujnością badali te
same ciasne pomieszczenia, wcześniej zbadane przez proksy. Lufy broni
wtykali w potencjalne kryjówki, otwierali pokrywy sprzętu, szukając
ocalałych. Nikogo nie znaleziono. Ostrożnie szturchano ciała, ale żadne
nie wykazało najmniejszych oznak życia - stygły, a wzorce termiczne
wokół twarzy świadczyły o tym, że zgon już nastąpił, choć niedawno. Nic
nie wskazywało na przyczyny tej gwałtownej śmierci.
Clavain ułożył myśl i przekazał ją Skade i Remontoire'owi, nadal
pozostającym na mostku.
Wchodzę do środka. Żadnych jeśli, żadnych ale. Załatwię to szybko, bez
zbędnego ryzyka.
[Nie, Clavainie.]
Przykro mi, Skade, ale albo-albo. Nie jestem członkiem waszego miłego
klubiku, co oznacza, że mogę chodzić, gdzie mi się podoba. Przełknij to
lub wypluj, ale to część kontraktu.
[Jesteś dla nas cenny.]
Będę ostrożny, przyrzekam.
Clavain odbierał irytację Skade własnym systemem emocjonalnym.
Remontoire również nie zachwycał się jego decyzją.
Obydwoje należeli do Ścisłej Rady i było nie do pomyślenia, by zrobili
coś równie niebezpiecznego jak wejście na pokład pojmanego okrętu wroga.
Już i tak dostatecznie ryzykowali, opuszczając Matczyne Gniazdo. Inni
Hybrydowcy, łącznie ze Skade, chcieli, by Clavain dołączył do Ścisłej
Rady, gdzie skuteczniej wykorzystywaliby jego wiedzę i chronili go.
Skade, dzięki swej władzy w Radzie, mogła znacznie utrudnić mu życie,
gdyby upierał się pozostać poza tym ciałem. Mogłaby oddelegować go do
symbolicznych obowiązków albo nawet odesłać na żałosną, przymusową
emeryturę. Istniały również inne kary i Clavain wcale ich nie
lekceważył. Zaczął nawet rozważać opcję wstąpienia do Rady. Przynajmniej
poznałby odpowiedź na pewne pytania i niewykluczone, że wywarłby pewien
wpływ na swych adwersarzy.
Póki jednak nie nadgryzł tego jabłka, nadal pozostawał żołnierzem. Żadne
ograniczenia go nie dotyczyły i jeśli ma postępować jak tamci, to niech
go cholera weźmie.
W dalszym ciągu przygotowywał skafander. Poprzednio, jakieś trzy czy
cztery stulecia temu, ten proces był znacznie szybszy i łatwiejszy:
nakładało się maskę i trochę urządzeń komunikacyjnych, a potem
przechodziło przez błonę z inteligentnego materiału, rozciągniętą na
drzwiach wychodzących w próżnię. Przy przejściu warstwa błony otulała
cię, tworząc natychmiast przylegający do skóry skafander. Podczas
powrotu wchodziło się przez tę samą błonę i skafander do niej powracał,
ściekając z ciała jak magiczny śluz. Dzięki temu czynność wychodzenia ze
statku na zewnątrz była równie prosta jak zakładanie okularów
przeciwsłonecznych. Takie techniki, jako zbyt wrażliwe na ataki, nigdy
nie miały szerszego zastosowania w czasie wojen i oczywiście nie
stosowano ich teraz, w epoce po zarazie, kiedy można było wykorzystywać
jedynie najodporniejsze formy nanotechnologii.
Clavain obawiał się, że dodatkowy wysiłek będzie go irytował. Przekonał
się jednak, że pod wieloma względami akt wkładania skafandra -
wdziewanie zbrojonych płyt, rygorystyczne sprawdzanie podsystemów,
przypinanie broni i czujników - dziwnie dodawał otuchy. Może dlatego, że
te czynności miały charakter rytualnych gestów odstraszających pecha. A może cała procedura przypominała mu, jak się przedstawiały sprawy w jego
młodzieńczych latach.
Odepchnął się nogami w kierunku wrogiego statku i opuścił śluzę.
Sylwetka szponiastego statku jaśniała na tle ciemnego konturu gazowego
giganta. Okręt z pewnością był uszkodzony, ale nie miał wycieków gazu
świadczących o utracie szczelności kadłuba. Istniała nawet szansa, że
ktoś ocalał. Chociaż skanowanie w podczerwieni nie dało jednoznacznych
wyników, laserowe urządzenia namiarowe wykryły niewielkie ruchy całego
statku w przód i w tył. Taki efekt mogły wywołać rozmaite czynniki, ale
najprostszym wyjaśnieniem była obecność wewnątrz przynajmniej jednej
osoby, która się ruszała, odbijając się od czasu do czasu od kadłuba.
Jednakże ani skarabeusze, ani zwiadowcy nie znaleźli żadnych ocalałych.
Coś przyciągnęło jego uwagę: wijąca się bladozielona nić na tle ciemnego
półksiężyca gazowego giganta. Od chwili pojawienia się okrętu
Demarchistów Clavain właściwie nie myślał o frachtowcu, ale statek
Antoinette Bax do tej pory nie wynurzył się z atmosfery.
Najprawdopodobniej dziewczyna zginęła - a istniały tysiące sposobów, w jakie pilot mógł zginąć w atmosferze. Nie miał pojęcia, co tam robiła, i raczej nie aprobowałby tych działań. Tyle że była chyba sama, a tak nie
powinno się umierać w kosmosie. Clavain pamiętał, jak zignorowała
ostrzeżenie szypra, i za to ją podziwiał. Bez wątpienia zachowała się
dzielnie.
Energicznie wylądował na wrogim statku, amortyzując uderzenie ugięciem
kolan. Podniósł się, podeszwy butów przywierały do kadłuba. Clavain
obrócił się i dłonią przy przyłbicy przysłonił blask słońca. Spojrzał na
Nocny Cień. Delektował się rzadką okazją widoku własnego statku z zewnątrz. Okręt był tak ciemny, że Clavain z trudem go dostrzegał. Potem
jego implanty wzmocniły obraz statku, ujęły go w ramkę pulsującej
zielonej nakładki - o skali i odległości informowały cyfry i odcienie
czerwieni. Statek był światłowcem i mógł odbywać podróże międzygwiezdne.
Wysmukły kadłub zwężał się opływowo do ostrego jak igła dziobu, kształt
miał sprzyjać maksymalnej wydajności w podróżach z prędkością niemal
świetlną. W pobliżu najgrubszego miejsca kadłuba, zanim ponownie
zaczynał się zwężać do tępo zakończonego ogona, podczepiono parę
silników na wysmukłych dźwigarach. Inne odłamy ludzkości mówiły o tych
silnikach "napęd Hybrydowców", gdyż Hybrydowcy mieli monopol na ich
produkcję i rozpowszechnianie. Przez stulecia udostępniali je
Demarchistom, Ultrasom i innym podróżującym w kosmosie odłamom
ludzkości, nie zdradzając natury zagadkowych procesów fizycznych, dzięki
którym funkcjonowały te odporne na majsterkowanie napędy.
Sto lat temu wszystko się zmieniło. Praktycznie z dnia na dzień
Hybrydowcy przestali wytwarzać swe silniki. Nie podali żadnych
wyjaśnień, nie obiecali, że kiedykolwiek wznowią produkcję.
Od tamtego czasu istniejące silniki stały się niesłychanie cenne i były
powodem przerażających aktów piractwa. Tamto wydarzenie niewątpliwie
stało się pośrednio jedną z przyczyn obecnej wojny.
Clavain słyszał pogłoski, że Hybrydowcy nadal produkują silniki do
własnego użytku, ale wiedział - jeśli wiedział cokolwiek o tych sprawach
- że to pogłoski fałszywe. Nakaz zaprzestania produkcji był bezpośredni
i obowiązywał powszechnie. Co więcej, gwałtownie spadło wykorzystanie
istniejących okrętów, nawet przez jego własny odłam. Clavain nie
pojmował, dlaczego wydano takie rozporządzenie. Domyślał się, że wydała
je Ścisła Rada, ale dlaczego uznała to za niezbędne?
A jednak teraz Ścisła Rada zbudowała Nocny Cień. Clavainowi powierzono
prototyp podczas lotu próbnego, ale Rada niechętnie ujawniała swe
sekrety. Wszystko wskazywało na to, że Skade i Remontoire wiedzieli
więcej od niego, a Clavain mógłby się założyć, że Skade wie więcej od
Remontoire'a. Spędziła prawie całą podróż w ukryciu, prawdopodobnie przy
jakimś supertajnym sprzęcie wojskowym. Clavainowi nie udało się ustalić,
czym się właściwie zajmowała.
I nadal nie miał pojęcia, dlaczego Ścisła Rada zezwoliła na budowę
nowego statku. Jakiż to miało sens w tak późnym stadium wojny, kiedy
wróg już ustępował? Gdyby Clavain dołączył do Rady, może nie otrzymałby
odpowiedzi na wszystkie dręczące go pytania - nadal nie wchodziłby w skład Wewnętrznego Sanktuarium - ale przybliżyłby się do odpowiedzi.
Brzmiało to niemal kusząco.
Jak łatwo dałem się zmanipulować Skade i innym, pomyślał z niesmakiem i odwrócił się od widoku. Nakładka zniknęła, a on ostrożnie przeszedł do
miejsca, gdzie weszli żołnierze.
Wkrótce znalazł się w trzewiach statku Demarchistów. Szedł prowadnicami
i rurami, w których normalnie nie byłoby powietrza. Clavain zażądał
wywiadowczego pakietu informacji na temat budowy okrętu i wyobraził
sobie słabe łaskotanie, gdy wiedza pojawiła mu się w głowie. Natychmiast
odniósł niesamowite wrażenie znajomości otoczenia, jakby przeżył déja
vu. Dotarł do śluzy powietrznej - okazała się za ciasna, przeszkadzał mu
niezgrabny opancerzony skafander. Clavain zamknął luk za sobą, powietrze
z rykiem wtargnęło do środka, a potem wewnętrzne drzwi wpuściły go do
części statku, w której panowało ciśnienie. Dominujące wrażenie to
ciemność. Po chwili jednak jego hełm przełączył się w tryb wysokiej
czułości i nałożył na normalne pole widzenia nakładki podczerwienne i ultradźwiękowe.
[Clavain.]
Jeden ze zwiadowców czekał na niego. Clavain zgiął się, tak że jego
twarz znalazła się na jednej linii z twarzą kobiety, a potem podczepił
się do wewnętrznej ścianki.
Co znalazłaś?
[Niewiele. Wszyscy są martwi.]
Co do jednego?
Myśli kobiety dotarły do jego głowy jak kule, zwięzłe i precyzyjne.
[Ostatnio. Żadnych zranień. Wydaje się to rozmyślne.]
Żadnego ocalałego? Spodziewaliśmy się przynajmniej jednego.
[Nie ma ocalałych, Clavain.]
Oferowała mu dostęp do swoich wspomnień. Przyjął je, przygotowując się
psychicznie do tego, co za chwilę zobaczy.
Zobaczył widok tak nieprzyjemny, jak się obawiał, niczym scenę jakiegoś
potwornego, zbiorowego samobójstwa. Żadnych śladów walki czy przymusu,
żadnych oznak wahania. Załoga umarła na swoich właściwych stanowiskach
służbowych, tak jakby ktoś obszedł statek i rozdał trujące pastylki.
Sytuacja mogła wyglądać jeszcze okropniej: załoga zgromadziła się w jakimś centralnym pomieszczeniu, wręczono jej środki do eutanazji, a następnie wszyscy wrócili do swoich nisz. Możliwe, że potem nadal
wykonywali swe zajęcia, aż do chwili, gdy szyper zarządził zbiorowe
samobójstwo.
W nieważkości głowy nie zwisają bezwładnie. Nawet nie opadają szczęki.
Ciała przybierają położenie i postawę mniej więcej takie jak za życia,
ograniczone uprzężami albo też swobodnie dryfujące od ściany do ściany.
To jedna z najbardziej niesamowitych cech wojny w kosmosie: często
trudno jest odróżnić martwych od żywych.
Wszyscy martwi załoganci byli wychudzeni, jakby przez wiele miesięcy
żywili się żelaznymi porcjami. Wielu z nich miało uszkodzenia skóry lub
nabiegłe krwią ślady źle zagojonych ran. Może niektórzy z nich umarli
już wcześniej i ich ciała wyrzucono ze statku, by zmniejszyć jego masę i oszczędzić paliwo. Pod czapkami i hełmami wszyscy mieli jedynie siwawą
szczecinę. Wszystkich ubrano w podobne mundury z oznakami raczej
specjalizacji technicznych niż stopni wojskowych. W ponurym oświetleniu
awaryjnym ich skóra miała jednakowy szarozielony odcień.
Clavain postrzegał teraz własnym wzrokiem, jak w pole widzenia wsuwa się
trup. Mężczyzna jakby płynął przez powietrze. Miał lekko rozchylone
usta, wzrok utkwiony w nieokreślonym punkcie. Człowiek łupnął w jedną z grodzi, a Clavain poczuł słabe drgania ścianki, gdzie tkwił
przyczepiony.
Clavain przetransmitował prośbę do głowy kobiety.
Umocuj tego trupa.
Kobieta spełniła prośbę. Potem Clavain rozkazał wszystkim zwiadowcom, by
się przywiązali i zachowywali spokojnie. Nie było innych dryfujących
trupów, więc żaden obiekt nie powinien wpływać na ruch statku. Clavain
poczekał chwilę na aktualizacje z Nocnego Cienia, który nadal
obmacywał wroga laserami dalekiego zasięgu.
Początkowo nie potrafił sensownie zinterpretować obrazu: wewnątrz
wrogiego statku najwyraźniej coś nadal się poruszało.
* * *
- Panienko?
Antoinette bardzo dobrze znała ten ton, który nigdy nie zapowiadał
niczego dobrego. Wciśnięta w kanapę akceleracyjną wychrząkała odpowiedź
zrozumiałą tylko dla Bestii.
- Coś się dzieje, prawda?
- Niestety tak, panienko. Wygląda na to, że mamy problem z głównym
rdzeniem syntezy.
Bestia włączył na oknie mostka refleksyjną projekcję systemu syntezy.
Obraz nałożył się na warstwy chmur, przez które pruł wspinający się z powrotem w przestrzeń Burzyk. Elementy silnika jądrowego wykreślono
złowróżbną pulsującą czerwienią.
- Cholera. To tokamak, prawda?
- Wydaje się, że właśnie z tym mamy do czynienia, panienko.
- Pieprzyć to. Wiedziałam, że powinniśmy go wymienić podczas ostatniego
generalnego.
- Uwaga na słownictwo, panienko! I grzeczne napomnienie, że co się
stało, to się stało.
Antoinette uruchomiła kilka innych programów diagnostycznych, ale nie
przyniosły lepszych nowin.
- To wina Xaviera - oznajmiła.
- Xaviera? Na czym polega wina pana Liu?
- Xave przysięgał, że tok przetrzyma jeszcze przynajmniej trzy podróże.
- Może i tak, panienko. Ale zanim przypiszesz zbyt wielką winę panu Liu,
może powinnaś wspomnieć, że gdy opuszczaliśmy Pas Złomu, policja
nakazała wyłączyć główny silnik. Twarde wyłączenie nie przysłużyło się
tokamakowi. Dochodzą jeszcze uszkodzenia wibracyjne podczas wchodzenia w atmosferę.
Antoinette skrzywiła się. Czasami zastanawiała się, po czyjej stronie
Bestia stoi naprawdę.
- Dobra - oznajmiła. - Na razie daruję Xavemu. Ale to chyba nie polepsza
mojej sytuacji.
- Niepowodzenie jest przewidywane, panienko, ale nie całkowicie pewne.
Antoinette sprawdziła odczyty.
- Potrzebujemy dodatkowych dziesięciu klików na sekundę tylko po to, by
wejść na orbitę. Wyciągniesz tyle, Bestio?
- Staram się, jak mogę, panienko.
Skinęła głową, akceptując, że tyle tylko może wymagać od swego statku. W górze chmury zaczynały rzednąć i niebo ciemniało do głębokiego, nocnego
granatu. Kosmosu można było niemal dotknąć.
Ale nadal pozostawał do przebycia kawał drogi.
* * *
Clavain obserwował, jak ze schronienia jest usuwana ostatnia skrywająca
warstwa. Jeden z żołnierzy poświecił latarką w mroczną wnękę. Ocalały
kulił się w rogu, zakutany w poplamiony koc termiczny. Clavain poczuł
ulgę - teraz, kiedy zajęto się już tym drobnym szczegółem, statek wrogów
mógł zostać bezpiecznie zniszczony i Nocny Cień powróci do Matczynego
Gniazda.
Znalezienie ocalałego okazało się łatwiejsze, niż Clavain przypuszczał.
Dokładna lokalizacja zajęła jedynie trzydzieści minut. Zastosowano
skanery akustyczne i biosensoryczne, stopniowo zawężając obszar
poszukiwań. Potem oddarto panele i usunięto sprzęt, odsłaniając ukrytą
niszę, przestrzeń o rozmiarach dwóch zestawionych szaf. Do tej części
statku, zalewanej podwyższonym promieniowaniem z silników syntezy
jądrowej, załoga ludzka przychodziła rzadko.
Kryjówka przypominała Clavainowi zaimprowizowany areszt, miejsce
odosobnienia na statku, w którym w ogóle nie przewidywano transportu
więźniów. Tego więźnia umieszczono w dziurze, potem wokół przyklejono
panele i sprzęt, zostawiając jedynie przepust na powietrze, jedzenie i wodę. Dziura była zanieczyszczona. Clavain kazał swemu skafandrowi
pobrać próbkę powietrza i podprowadzić odrobinę pod swój nos - cuchnęła
ludzkimi odchodami. Zastanawiał się, czy więźnia zaniedbywano już od
dłuższego czasu, czy tylko od chwili przybycia Nocnego Cienia.
Pod innymi względami więźniem opiekowano się chyba należycie. Obite
poduszkami ściany wnęki miały zamontowane obręcze, które pomagały
więźniowi uniknąć obrażeń podczas manewrów bojowych. Łączność zapewniał
podłączony telefon, choć Clavain zauważył, że urządzenie przenosiło
informację tylko w jedną stronę - do schowka. Leżały tam koce i resztki
jedzenia. Clavain widział gorsze areszty. W niektórych nawet gościł.
Pchnął myśl do głowy żołnierza z latarką:
Zdejmij z niego koc. Chciałbym zobaczyć, kogo znaleźliśmy.
Ciekaw, kim okaże się więzień, Clavain pośpiesznie rozpatrywał
możliwości. Nie słyszał nic o ujętych ostatnio Hybrydowcach i wątpił,
czy przeciwnik zadałby sobie tyle trudu, by utrzymywać któregoś przy
życiu. Ktoś z własnych szeregów nieprzyjaciela był najbardziej
prawdopodobny. Może zdrajca albo dezerter.
Żołnierz zerwał koc ze skulonej postaci.
Gdy nagle dotarło doń światło, więzień - mały kształt zwinięty w pozycji
embrionalnej - pisnął i zakrył przywykłe do ciemności oczy.
Clavain patrzył zdumiony - więzień zupełnie nie odpowiadał jego
wyobrażeniom. Na pierwszy rzut oka można go było wziąć za ludzkiego
nastolatka, gdyż proporcje i rozmiar mniej więcej temu odpowiadały. Poza
tym był nagi - nieprzyodziane niczym, podobne do ludzkiego ciało cofnęło
się w głąb dziury. Na barku widniało okropne poparzenie - bruzdy i wiry
z czerwieni i śmiertelnej bieli.
Clavain miał przed sobą hiperświnię - genetyczną chimerę świni i człowieka.
- Cześć - powiedział donośnie Clavain. Słowo zagrzmiało z głośnika
skafandra.
Świnia poruszył się ruchem nagłym i sprężynującym - nikt z nich nie
oczekiwał czegoś takiego. Machnął długim i metalicznym przedmiotem,
trzymanym w zaciśniętej pięści, który błysnął, a jego kraniec wibrował
niczym kamerton. Świnia pchnął tym mocno w pierś Clavaina. Koniec ostrza
z drżeniem przesunął się po zbroi. Zostawił jedynie cienki, błyszczący
rowek, jednak trafił w miejsce przy ramieniu Clavaina, gdzie nachodziły
na siebie dwie płytki. Ostrze wślizgnęło się w szczelinę, a skafander
odnotował to wtargnięcie jaskrawym pulsującym sygnałem alarmowym w hełmie. Clavain rzucił się w tył, zanim ostrze zdołało przebić warstwę
wewnętrzną skafandra i dotrzeć do ciała. Uderzył z trzaskiem plecami w ścianę. Broń wypadła z rąk świni i odleciała, obracając się niczym
statek, który utracił sterowanie żyroskopami. Clavain zidentyfikował
przedmiot jako nóż piezoelektryczny; sam nosił podobny przy pasie ze
sprzętem. Świnia musiał go ukraść któremuś z Demarchistów.
Clavain odzyskał oddech.
- Zacznijmy od nowa, dobrze?
Inni Hybrydowcy unieruchomili świnię. Clavain skontrolował skafander,
wywoławszy wykaz uszkodzeń. Przy ramieniu nastąpiła niewielka utrata
szczelności. Nie groziła mu śmierć z uduszenia, ale pomyślał o niewykrytych kontaminantach na pokładzie wrogiego statku. Prawie
odruchowo odczepił z pasa pojemnik z uszczelniaczem w spreju, wybrał
średnicę dyszy i nałożył gwałtownie twardniejącą żywicę epoksydową mniej
więcej wokół cięcia. Zestaliła się, tworząc wężową szarą cystę.
Przed nastaniem ery Demarchistów, w dwudziestym pierwszym czy
dwudziestym drugim stuleciu, w czasie niezbyt oddalonym od narodzin
Clavaina, cała gama ludzkich genów została połączona z genami świni
domowej. Chciano ułatwić transplantację organów między obydwoma
gatunkami, umożliwić wzrost u świń organów nadających się do przeszczepu
u ludzi. Obecnie już od stuleci istniały lepsze sposoby zastępowania i leczenia uszkodzonych tkanek, ale pozostało dziedzictwo tamtych
eksperymentów. Genetyczna interwencja posunęła się za daleko - stworzono
nie tylko międzygatunkową kompatybilność, ale coś całkowicie
nieoczekiwanego: inteligencję.
Nikt - nawet świnie - nie wiedział dokładnie, co się wydarzyło.
Niewykluczone, że rozmyślnie nie próbowano podnieść ich zdolności
poznawczych do poziomu ludzkiego, lecz rozwój mowy u świń z pewnością
nie był przypadkiem. Nie wszystkie potrafiły się posługiwać językiem -
istniały podgrupy świń o różnych zdolnościach umysłowych i wokalnych -
jednak te, które mogły mówić, zostały zaprojektowane przez kogoś, kto
dokładnie wiedział, co robi: posiadały właściwe mechanizmy gramatyczne w mózgach, miały krtanie, szczęki i płuca przystosowane do tworzenia
dźwięków ludzkiej mowy.
Clavain pochylił się lekko nad więźniem.
- Rozumiesz mnie? - zapytał, najpierw w norte, potem używając
kanazyjskiego, głównego języka Demarchistów. - Nazywam się Nevil
Clavain. Jesteś więźniem Demarchistów.
Świnia odpowiedział, jego przebudowane szczęki i krtań formowały idealne
ludzkie dźwięki.
- Wszystko mi jedno, czyim jestem więźniem. Odpieprz się i zdechnij.
- Akurat tych dwóch rzeczy nie mam w planach na dzisiaj.
Świnia czujnie otworzył jedno różowoczerwone oko.
- A kim, do cholery, jesteście? Gdzie tamci pozostali?
- Załoga szypra? Przykro mi, ale nie żyją.
Na tę nowinę świnia nie okazał radości.
- Zabiliście ich?
- Nie. Kiedy weszliśmy na pokład, byli już martwi.
- A wy kto?
- Jak powiedziałem, Hybrydowcy.
- Pająki... - Świnia wykrzywił swe prawie ludzkie wargi w czymś na kształt
niesmaku. - Wiecie, co robię z pająkami? Szczam na nich.
- To miłe.
Clavain widział, że to prowadzi donikąd. Subwokalnie poprosił jednego z żołnierzy, by dał więźniowi środek uspokajający i zabrał go z powrotem
na Nocny Cień. Nie miał pojęcia, kogo lub co świnia sobą reprezentuje
i jak wpakował się w spiralę końcowego etapu wojny. Dowie się więcej po
przetrałowaniu świni. A medmaszyny Hybrydowców cudownie podziałają na
świńską powściągliwość.
Clavain pozostał na wrogim okręcie, a zwiadowcy ostatecznie sprawdzali,
czy przeciwnik nie zostawił użytecznych informacji taktycznych. Nie było
niczego - statkowe magazyny danych opróżniono do czysta. Równoległe
poszukiwania nie wykryły żadnych technologii, których Hybrydowcy by
dobrze nie znali, ani broni wartych przywłaszczenia. Standardowa
procedura w takich wypadkach przewidywała zniszczenie przeszukanego
okrętu, by nie dostał się ponownie w ręce wroga.
Clavain rozważał, jak najlepiej zlikwidować okręt - pocisk czy ładunek
niszczący? - kiedy poczuł obecność Remontoire'a.
[Clavain?]
O co chodzi?
[Odbieramy ogólne wezwanie pomocy od frachtowca.]
Antoinette Bax? Myślałem, że nie żyje.
[Żyje, ale może wkrótce przestanie. Jej statek ma problemy z silnikiem,
zdaje się, że awaria tokamaka. Nie osiągnęła prędkości ucieczki ani nie
zdołała wskoczyć na orbitę.]
Clavain skinął głową bardziej do siebie niż do Remontoire'a. Wyobraził
sobie trajektorię, na której musiał się znajdować Burzyk. Być może
jeszcze nie osiągnęła wierzchołka tej paraboli, ale wcześniej czy
później Antoinette Bax zacznie powrotny ześlizg ku warstwie chmur.
Wyobraził sobie również stopień desperacji, która doprowadziła ją do
wysłania ogólnego wezwania o pomoc, gdy jedynym statkiem w pobliżu był
okręt Hybrydowców. Doświadczenie Clavaina wskazywało, że większość
pilotów wolałaby śmierć od pochwycenia przez pająki.
[Clavain... zdajesz sobie sprawę, że nie możemy potwierdzić przyjęcia jej
sygnału.]
Zdaję sobie sprawę.
[Powstałby precedens. Poparlibyśmy w ten sposób działania nielegalne. W najlepszym razie nie mielibyśmy innego wyjścia, jak ją zwerbować.]
Clavain znowu skinął głową, myśląc o więźniach miotających się z wrzaskiem, gdy wiedziono ich do sal werbowniczych Hybrydowców, gdzie
pompowano im głowy do pełna neuronowymi mechanizmami. Bali się
niepotrzebnie - sam wiedział o tym najlepiej, bo on sam kiedyś się temu
opierał. Ale rozumiał ich uczucia.
I zastanawiał się, czy chce przerazić w ten sposób Antoinette Bax.
* * *
Nieco później Clavain dostrzegł jasnoniebieską iskrę, gdy wrogi statek
uderzył w atmosferę gazowego giganta. Porę wybrano przypadkowo, ale
statek uderzył po ciemnej stronie i gdy pogrążał się coraz głębiej,
oświetlał kolejne warstwy chmur fioletowymi pulsującymi błyskami. To
było piękne, robiło wrażenie, i przez chwilę Clavain pragnął pokazać
zjawisko Galianie, bo właśnie takie widowisko sprawiłoby jej radość.
Pochwaliłaby również tę metodę niszczenia - nie tak marnotrawną jak
pocisk czy ładunek destrukcyjny. Clavain przymocował po prostu do statku
trzy rakiety ciągnikowe z Nocnego Cienia, które przyssały się do
kadłuba niczym podnawki. Ciągniki podprowadziły wrogi statek do gazowego
giganta i zwolniły go wówczas, gdy zaledwie minuty dzieliły go od
wejścia w atmosferę. Statek wchodził pod ostrym kątem i spalał się
imponująco.
Ciągniki wracały teraz, ostro przyśpieszając, by dogonić Nocny Cień
lecący już ku Matczynemu Gniazdu. Powrót ciągników zamyka operację,
pozostanie tylko kwestia więźnia, ale los świni nie wymagał pilnego
rozstrzygnięcia. A Antoinette Bax... Cóż, bez względu na motywy
Antoinette, Clavain podziwiał jej dzielność - Bax nie tylko wleciała
daleko w strefę działań wojennych, ale też bezczelnie zignorowała
ostrzeżenie szypra oraz - kiedy stało się to niezbędne - zdobyła się na
odwagę, by poprosić Hybrydowców o pomoc. Musiała wiedzieć, że to prośba
nierozsądna; że nielegalnie wlatując w strefę działań wojennych,
zaprzepaściła swoje prawo do pomocy i że okręt wojenny prawdopodobnie
nie będzie tracił czasu, by udzielić wsparcia. Musiała też wiedzieć, że
nawet jeśli Hybrydowcy ocalą jej życie, karą za jej postępowanie będzie
wcielenie do ich szeregów, co machina propagandowa Demarchistów
przedstawiała jako niesłychaną okropność.
Nie. Nie mogła rozsądnie liczyć na pomoc, ale dzielnie z jej strony, że
o nią poprosiła.
Clavain westchnął, niemal czując do siebie wstręt. Wydał neuralną
komendę Nocnemu Cieniowi, by nawiązał kontakt zwartą wiązką z uszkodzonym frachtowcem. Po nawiązaniu połączenia głośno przemówił:
- Antoinette Bax... mówi Nevil Clavain. Jestem na statku Hybrydowców.
Słyszy mnie pani?
Pojawiło się już opóźnienie w rozmowie i sygnał powrotny był nędznie
zogniskowany. Głos dziewczyny brzmiał tak, jakby dobiegał zza
najdalszego kwazaru.
- Czemu mi teraz odpowiadasz, sukinsynu? Zostawiłeś mnie, żebym zginęła.
- Jestem ciekaw, to wszystko. - Wstrzymał oddech, na poły spodziewając
się, że żadna odpowiedź nie nadejdzie.
- Ciekaw czego?
- Ciekaw, co skłoniło panią do proszenia nas o pomoc. Nie bała się pani
tego, co pani zrobimy?
- Czemu miałabym się bać?
Mówiła nonszalanckim tonem, ale Clavaina nie zwiodła.
- Na ogół asymilujemy schwytanych jeńców. Zabralibyśmy panią na pokład i wpuścili pani do mózgu nasze maszyny. Nie przejmuje się tym pani?
- Owszem, ale powiem ci, czym się bardziej przejmuję w tej chwili: że
pieprznę w tę kurewską planetę.
- To pragmatyczne podejście, pani Bax. Podziwiam je.
- Dobrze. Czy teraz się odwalisz i dasz mi umrzeć w spokoju?
- Antoinette, posłuchaj mnie uważnie. Jest coś, co chciałbym, żebyś
natychmiast zrobiła.
Musiała usłyszeć zmianę tonu w jego głosie, chociaż nadal była
podejrzliwa.
- Co takiego?
- Każ statkowi wysłać do mnie własny projekt techniczny. Chcę mieć
dokładne odwzorowanie wytrzymałości strukturalnej kadłuba. Twarde
punkty, takie rzeczy. Jeśli namówisz kadłub, by pokolorował obszary
maksymalnych naprężeń, tym lepiej. Chciałbym wiedzieć, gdzie mogę
bezpiecznie przyłożyć obciążenie i nie przełamać twego statku.
- W żaden sposób nie zdołasz mnie ocalić. Jesteś zbyt daleko. Nawet
gdybyś teraz zawrócił, byłoby za późno.
- Istnieje sposób, wierz mi. A teraz proszę o dane albo zaufam swemu
instynktowi, a to może nie najlepsze rozwiązanie.
Przez chwilę nie odpowiadała. Czekał, drapiąc się w brodę, i odetchnął
dopiero, gdy poczuł potwierdzenie, że Nocny Cień załadował dane.
Przeskanował transmisję na wirusy neuropatyczne i wpuścił ją do swej
czaszki. Wszystko, co potrzebował wiedzieć o frachtowcu, zakwitło mu w głowie, stłoczone w pamięci krótkoterminowej.
- Bardzo dziękuję, Antoinette. Właśnie o to mi chodziło.
Wysłał polecenie do jednego z powracających ciągników.
Traktor odłączył się od swych braci z przyśpieszeniem końca bicza i wykonał ostry nawrót - gdyby wiózł organicznych pasażerów, zostałaby z nich papka. Clavain upoważnił ciągnik do przekroczenia wszelkich
wewnętrznych granic bezpieczeństwa i usunął w nim wymóg zachowania
dostatecznej ilości paliwa na bezpieczny powrót do Nocnego Cienia.
- Co masz zamiar zrobić? - spytała Bax.
- Wysyłam z powrotem drona. Przyczepi się do twojego kadłuba i wyciągnie
cię w czysty kosmos, poza studnię grawitacyjną jowiszowca. Każę
ciągnikowi łagodnie popchnąć cię w kierunku Yellowstone, ale obawiam
się, że od tej pory musisz radzić sobie sama. Mam nadzieję, że naprawisz
tokamak, w przeciwnym razie czeka cię bardzo długie spadanie do domu.
Wydawało się, że sens jego słów docierał do Antoinette całą wieczność.
- Nie chcecie wziąć mnie jako jeńca?
- Dzisiaj nie, Antoinette. Ale jeśli kiedyś nasze drogi znów się
skrzyżują, obiecuję ci jedno: zabiję cię.
Nie bardzo bawiła go ta groźba, ale miał nadzieję, że wbije dziewczynie
do głowy trochę rozsądku. Przerwał połączenie, zanim zdołała
odpowiedzieć.
CZTERY
Na planecie Resurgam, w budynku w Cuvier, przy oknie stała kobieta,
tyłem do drzwi. Dłonie splotła mocno za plecami.
- Następny - powiedziała.
Czekała, aż przywloką kolejnego podejrzanego. Podziwiała widok -
wspaniały i kojący. Pochylające się nad ulicą okna sięgały od podłogi do
sufitu. Funkcjonalne budowle odchodziły we wszystkich kierunkach -
piętrzące się sześciany i prostokąty. Bezlitośnie prostokreślne
konstrukcje wzbudzały poczucie miażdżącej jednorodności i podporządkowania - umysłowe falowody do tłumienia bardziej radosnych czy
wzniosłych myśli.
Jej biuro - zaledwie pokoik w znacznie większym Domu Inkwizycji -
znajdowało się w przebudowanej części Cuvier. Zapiski historyczne -
inkwizytor nie była świadkiem tamtych wydarzeń - wskazywały, że budynek
stał prawie bezpośrednio nad terenem zerowym, gdzie Potopowcy Słusznej
Drogi zdetonowali pierwsze ze swoich urządzeń terrorystycznych. Ze
skutecznością rzędu dwóch kiloton bomba z antymaterii wielkości główki
od szpilki nie mogła konkurować z innymi narzędziami destrukcji, które
inkwizytor napotkała w swym życiu, liczyła się jednak nie wielkość
broni, ale to, co nią zrobiono.
Terroryści nie mogli wybrać bardziej wrażliwego celu i skutki okazały
się katastrofalne.
- Następny - powtórzyła trochę głośniej inkwizytor.
Drzwi otworzyły się ze skrzypnięciem na szerokość dłoni.
- To wszystko na dzisiaj, psze pani - odezwał się stojący na zewnątrz
strażnik.
Oczywiście - teczka Iberta była ostatnią ze stosu.
- Dziękuję - odpowiedziała inkwizytor. - Czy słyszał pan może coś nowego
na temat śledztwa w sprawie Ciernia?
Strażnik odpowiedział z odrobiną skrępowania, gdyż przekazywał
informacje między współzawodniczącymi wydziałami rządowymi:
- Zdaje się, że zwolnili mężczyznę po przesłuchaniu. Miał niezbite
alibi, choć wydobyto to dopiero po pewnej perswazji. Chyba był z kobietą, ale nie z żoną. - Strażnik wzruszył ramionami. - Zwykła
historia...
- I, jak sobie wyobrażam, zwykła perswazja - parę nieszczęśliwych
upadków ze schodów. Nie ma dodatkowych tropów prowadzących do Ciernia?
- Są równie daleko od jego złapania, jak pani od złapania triumwira.
Przepraszam. Wie pani, co chcę powiedzieć.
- Taaak... - Dwuznacznie przeciągnęła to słowo.
- Czy to wszystko, psze pani?
- Na razie tak.
Drzwi zamknęły się, skrzypiąc.
Kobieta, do której oficjalnie zwracano się inkwizytor Vuilleumier, znowu
obserwowała widok miasta. Delta Pawia świeciła nisko na niebie i zaczynała barwić ściany budynków odcieniami rdzy i oranżu. Zapadał zmrok
i kobieta wróciła wspomnieniami do Chasm City i do wcześniejszego okresu
na Krańcu Nieba. Zawsze o zmierzchu zastanawiała się, czy lubi to
miejsce. Niedługo po przybyciu do Chasm City spytała mężczyznę zwanego
Mirabel, czy kiedyś uznał, że miasto mu się podoba. Mirabel pochodził z Krańca Nieba, tak jak ona. Oznajmił, że jakoś przyzwyczaił się do
miasta. Wątpiła w jego słowa, ale w końcu okazało się, że miał
słuszność. Jednakże dopiero gdy siłą wypchnięto ją z Chasm City, zaczęła
je wspominać z niejakim sentymentem.
Na Resurgamie nigdy nie osiągnęła takiego stanu.
Światła przydzielanych przez rząd samochodów elektrycznych płynęły
między domami jak srebrne rzeki. Odwróciła się od okna i przeszła przez
gabinet do swego prywatnego pokoju. Zamknęła za sobą drzwi.
Względy bezpieczeństwa wymagały, by pokój nie miał okien. Usiadła w wyściełanym fotelu za rozległym, podkowiastym biurkiem. Był to stary
sekretarzyk, którego martwe cybernetyczne trzewia wyrzucono i zastąpiono
systemami znacznie prymitywniejszymi. Dzbanek nieświeżej, ciepłej kawy
stał na podgrzewanej spirali w końcu biurka. Z brzęczącego wentylatora
elektrycznego wydobywał się zapaszek ozonu.
Przy trzech ścianach, włącznie z tą, zza której inkwizytor przyszła,
stały półki pełne oprawionych raportów, opisujących wysiłki ostatnich
piętnastu lat. Byłoby absurdem poświęcać energię całego rządowego
wydziału na łapanie pojedynczego człowieka: kobiety, o której nie
wiedziano z całą pewnością ani czy żyje, ani czy znajduje się na
Resurgamie. Dlatego biuru inkwizytora polecono zbieranie informacji o zewnętrznych zagrożeniach. Jednakże sprawa triumwira, ciągle otwarta,
stanowiła najbardziej znane zadanie biura, tak jak problem ujęcia
Ciernia i rozmontowanie dowodzonego przez niego ruchu zdominował pracę
sąsiedniego Wydziału Zagrożeń Wewnętrznych. Choć upłynęło ponad
sześćdziesiąt lat od zbrodni triumwira, wysocy oficjele nadal
porykiwali, domagając się aresztowania i procesu tej kobiety.
Wykorzystywali całą sprawę do zogniskowania publicznych emocji, które w innym wypadku mogłyby się skierować przeciwko rządowi. To jedna z najstarszych sztuczek sterowania tłumem - dostarczenie mu przedmiotu
nienawiści. Inkwizytor miał wiele innych spraw, którymi zajmowałby się
chętniej od ścigania przestępcy wojennego, lecz gdyby wydział nie
wykazał należytego entuzjazmu w tej kwestii, przejąłby ją inny wydział,
a do tego nie można było dopuścić. Istniało pewne, choć bardzo
niewielkie prawdopodobieństwo, że temu nowemu wydziałowi by się
powiodło.
Tak więc inkwizytor utrzymywała fikcję. Sprawa triumwira pozostawała
legalnie otwartą, gdyż triumwir była Ultrasem i dlatego należało
zakładać, że choć od czasów jej działalności kryminalnej upłynęło tyle
lat, ona żyje nadal. Istniały listy dziesiątek tysięcy potencjalnych
podejrzanych, transkrypcje tysięcy przesłuchań. Setki życiorysów i raportów z innych spraw. Pewne indywidua, w sumie kilkanaście osób,
zasługiwały na większość półki. A to był tylko ułamek archiwum -
papiery, które musiały się znajdować bezpośrednio pod ręką. Na dole w piwnicach i w miejscach rozsianych po całym mieście dokumentacja
zajmowała wiele kilometrów półek. Wspaniała i przeważnie utajniona sieć
poczty pneumatycznej pozwalała na przerzucanie teczek z jednego biura do
drugiego w ciągu zaledwie kilku sekund.
Na biurku kobiety leżało parę otwartych teczek. Różne nazwiska objęto
kółkiem, podkreślono lub połączono liniami niczym pajęczą siecią. Do
raportów przypięto zszywkami fotografie, rozmazane twarze wyłowione z tłumu przy użyciu długoogniskowych obiektywów. Inkwizytor przerzuciła te
teczki; musiała sprawiać przekonujące wrażenie, że rzeczywiście idzie po
tych widocznych tropach. Musiała wysłuchiwać agentów operacyjnych i analizować fragmentaryczne wiadomości od informatorów. Musiała całym
postępowaniem wskazywać, że rzeczywiście bardzo jej zależy na
znalezieniu triumwira.
Coś zwróciło jej uwagę. Coś na czwartej, pozbawionej półek ścianie.
Ściana ukazywała Resurgam w rzucie Mercatora. Mapa odzwierciedlała
bieżący postęp terraformowania Resurgamu. Do nieustępliwych szarości,
brązu i bieli, dominujących przed stuleciem, dołączyły małe niebieskie i zielone kleksy. Cuvier pozostawał największym osiedlem, ale obecnie
kilkanaście placówek osiągnęło rozmiary miasteczek. Linie slewa łączyły
większość z nich; pozostałe połączono kanałami, drogami lub rurociągami
towarowymi. Było trochę lądowisk, ale brakowało samolotów i regularne
podróże odbywali przede wszystkim oficjele rządowi. Do mniejszych
osiedli - stacji klimatu i kilku nadal działających stanowisk
wykopaliskowych - można było dotrzeć sterowcem lub terenowym łazikiem,
ale podróże ciągnęły się tygodniami.
Teraz w północno-wschodnim rogu mapy, setki kilometrów od miejsc, o których ktokolwiek coś słyszał, migało czerwone światełko. Zgłaszał się
agent operacyjny. Agentów identyfikowano po ich numerach kodowych,
mrugających przy plamce wskazującej położenie nadawcy.
Agent operacyjny Cztery.
Inkwizytor poczuła, jak jej krótkie czarne włosy na głowie stają dęba.
Już od bardzo, bardzo dawna nie otrzymywała żadnych meldunków od agenta
operacyjnego Cztery.
Wklepała do biurka zapytanie, dziobiąc pojedynczo w sztywne czarne
klawisze. Poprosiła biurko, by sprawdziło, czy agent operacyjny Cztery
jest obecnie dostępny. Wydruk z biurka potwierdził, że czerwone
światełko włączyło się dopiero przed dwiema godzinami. Agent nadal
znajdował się przy odbiorniku i oczekiwał odpowiedzi inkwizytora.
Inkwizytor podniosła z biurka czarny ślimaczy nagłownik telefonu i przycisnęła do skroni.
- Łączność - powiedziała.
- Tu łączność.
- Połączcie mnie z agentem operacyjnym Cztery. Powtarzam: agent
operacyjny Cztery. Protokół trzy.
- Niech się pani nie rozłącza. Nawiązuję. Jest połączenie.
- Zabezpieczenie.
Usłyszała, jak przydźwięk linii został lekko zmodulowany, gdy
funkcjonariusz łączności wypadł z pętli. Nasłuchiwała - tylko syk.
- Cztery...? - szepnęła.
Nastała dręcząca cisza, zanim nadeszła odpowiedź.
- Mówi się. - Głos był słaby, gubił się w zakłóceniach.
- Dawno cię nie słyszałam, Czwórka.
- Wiem. - To był kobiecy głos, bardzo dobrze znany inkwizytor. - Jak się
pani wiedzie, Inkwizytor Vuilleumier?
- Sukcesy i niepowodzenia, jak zwykle w pracy.
- Znam to uczucie. Musimy się spotkać, pilnie i osobiście. Czy twoje
biuro nadal zachowało swoje drobne przywileje?
- W pewnych granicach.
- Wobec tego sugeruję, byś w pełni ich nadużyła. Znasz moje obecne
położenie. Siedemdziesiąt pięć klików na południowy zachód ode mnie jest
małe osiedle o nazwie Solnhofen. Mogę tam dotrzeć w ciągu dnia i będę w...
- Podała inkwizytor namiary gospody.
Inkwizytor wykonała w pamięci rutynowe obliczenia. Dotarcie do Solnhofen
slewem i drogami zabierze dwa do trzech dni. Slewem i sterowcem będzie
szybciej, ale to zwróci uwagę: sterowce rutynowo nie odwiedzały
Solnhofen. Samolotem można łatwo osiągnąć cel w ciągu półtora dnia,
nawet gdyby się leciało dłuższą drogą, omijając fronty atmosferyczne.
Zwykle w wypadku nagłej prośby agenta operacyjnego nie zawahałaby się
przed wyborem samolotu. Ale to był operacyjny Cztery. Nie mogła sobie
pozwolić na przyciągnięcie nadmiernego zainteresowania. Ale,
zreflektowała się, zrezygnowanie z samolotu będzie miało dokładnie taki
skutek.
Trudna decyzja.
- Czy to naprawdę takie pilne? - zapytała inkwizytor, znając z góry
odpowiedź.
- Oczywiście. - Kobieta wydała kurzy, gdaczący dźwięk. - Nie dzwoniłabym
w innym wypadku.
- I to dotyczy jej... triumwira?
Inkwizytor odniosła wrażenie, że słyszy uśmiech w odpowiedzi agenta
operacyjnego.
- Kogóż by innego?