Prolog
Sala zarządu, San Juan
- Kim, do cholery, jest Truman Chase?
Fernando Tomasi, prezes zarządu Arki, przeglądał dokumenty jednej z ostatnich firm w jego niegdyś imponującym pakiecie inwestycyjnym.
Patrzył wyczekująco na krzepkiego dyrektora inwestycyjnego Alfreda
Martineza.
- Truman Chase jest założycielem i dyrektorem zarządzającym TruCo
Apparel - wyjaśnił Alfredo. - Urodził się i wychował w Bronksie.
Skończył studia MBA, ale porzucił karierę u Ralpha Laurena, by pomóc
rodzinie prowadzącej firmę odzieżową w Polsce.
- Czyli pieprzony wzór cnót wszelakich... - Fernando skrzywił się drwiąco.
Co za nieudacznik, przemknęło mu przez głowę, ale nie powiedział tego
głośno. - Ciekawe.
Alfredo mówił dalej:
- Udało mu się przekształcić ten mały rodzinny interes w TruCo,
dostarczającą na polski rynek odzież wysokiej jakości w przystępnych
cenach. Na początku zatrudniali tylko sześć szwaczek. Taka garażowa
firma.
- Jak u Steve'a Jobsa - zaśmiał się José Ramon Canut, główny doradca,
wazeliniarz i prawa ręka szefa.
Fernando zachichotał. Żarty José były jedynymi, z których się śmiał.
- Opowiedz coś więcej o tym TruCo - zażądał.
- Odwiedziłeś ich parę lat temu.
- Racja, teraz sobie przypominam. Znaleźliśmy świetny nocny klub w Krakowie. Nie miałem pojęcia, że polskie dziewczyny są takie gorące.
- I tańsze od Rosjanek - uśmiechnął się José.
- Nie przypominaj mi... - Fernando mrugnął porozumiewawczo i skinął na
Alfreda, by kontynuował.
Alfredo opowiadał, że kilka lat później, kiedy polska gospodarka
odradzała się z popiołów po latach komunizmu, Truman Chase trafił w punkt: wprowadził na rynek Tru Colors, kolekcję jasnych, kolorowych
sukienek przeznaczonych dla kobiet z powiększającej się klasy średniej
znużonych pięćdziesięcioma latami smętnych, burych ubrań z epoki
socjalizmu. Na początku firma zarabiała niezłe pieniądze. Wygrała też
masę nagród za design. Potem sprawy przyjęły zły obrót i TruCo zaczęło
się wykrwawiać, właściwie zaraz po domknięciu umowy z Arką.
- Dlaczego zawsze dzieje się coś takiego? - zapytał Fernando, nie
zwracając się z tym pytaniem do nikogo konkretnego.
- Nie pamiętasz, FT? Mieliśmy wtedy taką "niewielką" recesję - odparł
José. Po czym sięgnął po cukierek do kryształowej misy stojącej na
stole. Drobny prawnik uwielbiał słodycze.
- Bardzo śmieszne. Jak mógłbym zapomnieć? - burknął Fernando.
Większa część jego wymarzonego portfolio została przeorana przez la
gran recesión.
- Truman i wspólnicy tyrali jak woły przez całą recesję - podjął
Alfredo. - Udało im się uratować firmę. Ostatnio mieli parę bardzo
udanych lat, ze wzrostami rzędu dwudziestu procent - recytował liczby
oznaczające zyski, poziom zadłużenia, prognozy na rok bieżący.
Prezentacja trwała około czterdziestu pięciu minut, ale wydawało się, że
dużo dłużej, ponieważ to majowe popołudnie było wyjątkowo ciepłe, nawet
jak na Portoryko - temperatura sięgała trzydziestu stopni, a klimatyzację przykręcono, by obniżyć koszty.
Fernando bawił się swoim blackberry. Wszyscy obecni dobrze znali to
zachowanie: El Jefe nudziły szczegóły. Wolał obraz całościowy.
W końcu uniósł głowę.
- To jest nasza okazja.
- Jeszcze jedna sprawa, Jefe - wtrącił Alfredo.
Fernando przewrócił oczami.
- Jak zwykle...
- Wszyscy wiecie, że w trakcie restrukturyzacji TruCo nawiązałem
znajomość z Chase'em. I myślę, że możemy odzyskać nasze pieniądze
całkiem szybko. Choć zgodnie z umową kredyt ma być spłacony dopiero za
dwa lata.
- To akurat możemy naprawić - odparł lodowato Fernando.
- Jasne, ale chyba nie musimy. Od stycznia parę razy rozmawiałem z Chase'em. Ma całą kolejkę inwestorów. Wydaje się, że TruCo wzbudziło
spore zainteresowanie po dobrych wynikach w zeszłym roku.
- O jakiej kwocie mowa?
- Dziesięć milionów dolców. Tak jak uzgodniliśmy na tegorocznym
posiedzeniu rady. Są nam winni dwadzieścia milionów, więc to redukcja
rzędu pięćdziesięciu procent. Ale dostaniemy forsę dwadzieścia cztery
miesiące wcześniej, a moim zdaniem bardzo trudno będzie wyciągnąć
więcej.
- Potrzebujemy tych pieniędzy - przypomniał delikatnie José.
Alfredo odwrócił wzrok. Zapadła cisza.
Trzask szklanki Fernanda rozbijającej się o wyświetlane na ścianie
zdjęcie twarzy Trumana Chase'a wyrwał obu doradców z zamyślenia.
- Ile razy muszę wam przypominać, chłopcy? Teraz, kiedy jestem
większościowym właścicielem Arki, tylko w jeden sposób zamierzam... -
urwał w pół zdania i poprawił się: - Tylko w jeden sposób możemy
zmaksymalizować wartość naszego funduszu: trzeba wycisnąć ostatniego
centa z każdej firmy z naszego portfolio. A nie uda się tego zrobić bez
lekkiego rozlewu krwi.
- Jaka więc jest twoja decyzja? - Alfredo obawiał się, że zna już
odpowiedź.
- Pieprzyć redukcję. Chcę dostać całość.
1. Czarne chmury
1
Czarne chmury
San Juan. Kilka lat wcześniej
Fernando Tomasi siedział w swoim wygodnym, luksusowym gabinecie w San
Juan i patrzył zszokowany w ekran telewizora - pracownicy Lehman
Brothers wychodzili z budynku banku, niosąc swój skromny dobytek
pospiesznie zapakowany do tekturowych pudeł. Był piętnasty września dwa
tysiące ósmego roku - po stu pięćdziesięciu latach działalności Lehman
złożył wniosek o bankructwo. Właśnie zaczynał się najgorszy kryzys
finansowy od czasów wielkiej depresji.
Tego dnia zaczął się też osobisty koszmar Fernanda. Od miesięcy patrzył
z przerażeniem, jak jeden po drugim kruszą się niewzruszone dotąd
bastiony finansowe. Jeśli nie zdarzy się cud, który pozwoli mu uniknąć
nadchodzącego sztormu, jego ukochana Arka będzie następna.
Fernando wspominał ostatnie lata. Cała praca, którą włożył w stworzenie
swojego pierwszego funduszu inwestycyjnego, pójdzie na marne, jeśli
teraz przedsięwzięcie upadnie. Przepadną wszystkie pieniądze, które
wydał na eleganckie biuro w San Juan, długie godziny pracy nad
ryzykowną, przełamującą trendy strategią i na nic zda się całe
wazeliniarstwo, do którego musiał się zniżać, by wyciągnąć środki od
kumpli swojego bogatego wuja Tripa, siwowłosych bankierów
inwestycyjnych.
Arka miała być funduszem, który łamie wszystkie reguły, który przetrwa
wieki. A przede wszystkim - przyniesie fortunę Fernandowi.
* * *
Tomasi wybrał niestety fatalny moment na stworzenie Arki i przeprowadzenie swojego kredytowego blitzkriegu. W latach po upadku
Lehman Brothers jego południowoamerykańskie portfolio straciło
osiemdziesiąt procent wartości - przy najlepszej wycenie. Trudno było o precyzję, ponieważ niektórzy kredytobiorcy zwyczajnie się rozpłynęli.
José, główny doradca Fernanda, razem z zespołem większość czasu spędzał
z prawnikami i dłużnikami, próbując z dramatycznie zubożałego portfolio
wycisnąć tyle gotówki, ile się da. Prowadzili równocześnie osiem spraw
sądowych przeciwko rozmaitym przedsiębiorcom i grupom przemysłowym,
które zwyczajnie oszukiwały ich w procedurze kredytowej.
Skala globalnego kryzysu tuszowała brak kompetencji Tomasiego i jego
ludzi, a także nadużycia, których się dopuszczali, podejmując decyzje
kredytowe i inwestycyjne. On sam tłumaczył spanikowanym inwestorom i radzie nadzorczej, że ich "drobne" problemy wynikają z sytuacji na
rynku. Zdołał ich przekonać - na razie - żeby pozostawili go na
stanowisku prezesa zarządu Arki, co gwarantowało mu w miarę przyzwoitą
pensję w wysokości czterystu tysięcy dolarów rocznie.
* * *
Choć ciężko pracowali, Fernando poważnie się obawiał, że Ameryka
Południowa jest stracona. Widział już zapowiedzi katastrofy, musiał więc
szukać ratunku gdzie indziej. Postanowił nie wycofywać się z gry, lecz
podwoić stawkę.
Mimo że nie cierpiał "The Wall Street Journal" - teksty były piekielnie
suche - sięgnął po egzemplarz dziennika w Klubie Prezydenckim na
lotnisku Luisa Mu?oza Marina w San Juan. Na pierwszej stronie znalazł
artykuł o Hermitage Fund, kwitnącym moskiewskim funduszu, który w ciągu
dziesięciu lat uzyskał smakowite dwa i pół tysiąca procent zwrotu.
Europa Wschodnia - to było to.
Fernando uśmiechnął się, sącząc lodowatą colę z posmakiem limonki. Ci
Ruscy i Polaczki prawdopodobnie nie mają pojęcia, jak się gra w te
klocki. To jak zabrać dziecku zabawkę.
Nabrał tchu i zaczął myśleć.
José był mniej zachwycony, kiedy usłyszał o jego planach.
- Rozumiem, że Ameryka Południowa jest skończona, FT, ale dlaczego
Europa Wschodnia? Jesteś pewien, że to najlepsza opcja? Znaczy, nie
wiemy nic o tej części świata. Czy kiedykolwiek tam byłeś?
- Nie, nigdy. - Twarz Fernando zmarszczyła się. - A czy wiesz, że żyje
tam czterysta milionów ludzi? - spytał Fernando. - Rozumiesz, to rynek
większy niż cholerna Ameryka Północna. Możliwości? Zaufaj mi, José. Dam
sobie rękę uciąć, że są tam możliwości.
Szybki research w sieci przekonał ich, że rynek jest szeroko otwarty - w tym czasie tylko jedna firma w Europie Środkowo-Wschodniej określała się
jako "mezzanine" - podobnie jak Arka była funduszem, który udzielał
pożyczek, zamiast przejmować akcje.
Tomasi uznał, że odrobił niezbędną pracę domową.
Gdy José dowiedział się, że szef nigdy nie był w tamtej części świata,
zaproponował, by fundusz europejski prowadzili z San Juan - tak mogliby
ograniczyć koszty. Tomasi jednak odrzucił ten pomysł. Uparł się, by
centrum operacyjne stworzyć tam, gdzie będą działać.
* * *
Fernando wciąż miał spore rezerwy "prochu" - niezainwestowanych,
gotowych do wykorzystania pieniędzy - a jego stalowe cojones
dotychczas nie doznały szwanku. Fernando przekonywał siebie i każdego,
kto chciał go wysłuchać, że jedynym sposobem na to, by zagwarantować
sobie porządny zysk, jest znaczący sukces w Europie Wschodniej.
Rozumowanie wyglądało tak: Arka ma wieloletnie doświadczenie w zarządzaniu funduszami w Ameryce Południowej, najważniejszym wschodzącym
rynku zachodniej półkuli. Europa Wschodnia to najważniejszy wschodzący
rynek na półkuli wschodniej. To naturalne, że poszerzamy horyzonty w tym
kierunku. Można powiedzieć, że jest to część naszych podstawowych
kompetencji.
Oczywiście fakt, że Europa Wschodnia miała bardzo odmienną historię,
kulturę, gospodarkę, języki i prawa, zagubił się w elokwentnym, ale
hermetycznym rozumowaniu Fernanda. Mimo to przekonał swój zarząd i teraz
Europa Wschodnia była kluczowa.
* * *
Czasu na analizę lokalizacji wschodniej siedziby Arki nie było dużo.
Fernando oznajmił José, że kiedyś podczas lotu spotkał biznesmena, który
opowiadał mu jak łatwo można "załatwiać sprawy" z rumuńskimi
urzędnikami. Poza tym czynsze w Rumunii były niższe, a pensje
pracowników tanie jak barszcz.
- Europejskie centrum operacyjne Arki będzie znajdować się w Bukareszcie
- oświadczył Fernando. - Koniec dyskusji.
Wynajmowanie i wyposażanie biur, zatrudnianie analityków, prawników i lokalnego kierownika zajęło kilka miesięcy, ale wkrótce operacja nabrała
tempa. Jako start-up nie mieli jeszcze żadnych inwestycji, więc to był
priorytet. Fernando wiedział z doświadczenia, że identyfikowanie,
sprawdzanie i negocjowanie z poszczególnymi firmami potrzebującymi
finansowania może trwać latami. Ale on tyle czasu nie miał. Szybszym i w tej sytuacji lepszym rozwiązaniem byłoby przejęcie istniejącego
funduszu, który miał już portfel inwestycji. To albo inwestycja w nieruchomości na dużą skalę. Albo obie te rzeczy.
Przycisnął nowo zatrudnionych ludzi w Bukareszcie, by poszukali dużych
okazji. Wiedział, że gdyby inwestorzy Arki wywąchali, że
latynoamerykańskie interesy się sypią, mogliby narobić Tomasiemu sporych
kłopotów, zwłaszcza gdyby zmusili go do rozliczenia się z udzielanych
pożyczek - to wpłynęłoby na jego wynagrodzenie i doprowadziło do
prawdziwej katastrofy.
Fernando tak często latał między San Juan, Ameryką Południową i Europą
Wschodnią, że niekiedy budził się oszołomiony i niepewny, gdzie się
właściwie znajduje.
Któregoś poniedziałkowego ranka, po nocnym locie przez Atlantyk, wezwał
młodego szefa bukareszteńskiego biura na spotkanie w pokoju hotelowym.
- Potrzebny nam naprawdę duży deal - oznajmił. - Najlepsze byłoby
wykupienie działającego funduszu. To przyniesie nam forsę o wiele
szybciej niż jakiekolwiek inne działania. Trzeba tylko zachować
podstawowe środki ostrożności, żeby nie kupić jakiejś pieprzonej
świńskiej fermy, ale od tego mamy księgowych i prawników. Namierzcie coś
w przedziale od pięćdziesięciu do stu milionów.
Podczas godzinnego spotkania mówił głównie Fernando. Nie miał
doświadczenia ani wiedzy o inwestowaniu w Europie Wschodniej. Do diabła,
zanim otworzył biuro w Bukareszcie, nie orientował się nawet, gdzie leży
Rumunia. Nie interesowała go jednak opinia nerwowego podwładnego. Sam
najlepiej wiedział, jak powinna działać Arka.
- Skoncentrujmy nasze wysiłki na miejscach mniej rozwiniętych, takich
jak Rumunia, kraje bałtyckie czy Ukraina. Konkurencja będzie tam
mniejsza niż, powiedzmy, u Czechów czy Węgrów.
Tomasi polecił swoim ludziom w San Juan, by przejrzeli
wschodnioeuropejskie możliwości. Znaleźli dużą i wartą inwestycji
nieruchomość, Bucharest Business Park - mętny układ wymagający
podlizywania się kadrze skorumpowanych lokalnych polityków. Nie było to
miłe, ale Fernando błyskawicznie zakończył negocjacje i w kilka miesięcy
domknął transakcję wartą siedemdziesiąt milionów. Teraz mogli ruszać
dalej.
Po zawarciu umowy z BBP skupili się na poszukiwaniu istniejącego już
funduszu i wkrótce zidentyfikowali Baltic Mundial Fund, który prowadził
działalność w stolicy Łotwy, Rydze. Był to pierwszy tego rodzaju fundusz
w krajach bałtyckich, powstał kilka lat temu, założyło go dwóch byłych
menedżerów z Goldmana Sachsa w Sztokholmie. Udało im się uzyskać
pięćdziesiąt milionów dolarów, które przeznaczyli na pożyczki w Europie
Środkowej i Wschodniej oraz w byłych republikach radzieckich. Baltic
Mundial miał niewielkie biura w Sztokholmie, Rydze, Kijowie i Warszawie.
Znakomicie pasował do nowej strategii Fernanda, dlatego Portorykańczyk
zlecił szefowi biura w Bukareszcie, by wynegocjował przejęcie. Ten nigdy
jeszcze nie zajmował się tak złożoną transakcją, ale Fernando musiał
wracać do San Juan na posiedzenie rady, które zapowiadało się jak
najgorzej.
Bystrzy bankierzy z Goldmana natychmiast dostrzegli niecierpliwość Arki.
Już od roku próbowali pozbyć się Baltic Mundialu, ale nie było chętnych
- z powodu pogarszającej się globalnej sytuacji gospodarczej oraz dość
podejrzanej kondycji niektórych firm w ich portfolio. Po upadku Lehman
Brothers praktycznie zrezygnowali z prób wciśnięcia komukolwiek tego
ledwie zipiącego funduszu. Teraz jednak błyskawicznie przeszli w tryb
"trudnych do zdobycia". Co było blefem. Czystym i bezczelnym.
- Wasza propozycja jest bardzo interesująca - zapewnił Lars Backlund,
jeden z dyrektorów. - Niestety, inny kontrahent, operujący z Warszawy,
jest bliski złożenia ostatecznej oferty. Potem przez sześć tygodni mają
wyłączność na domknięcie sprawy. W tej sytuacji muszę was poinformować,
że niestety zgłosiliście się za późno.
Fernando nawet nie mrugnął, kiedy przekazywano mu te wieści.
- Zadzwoń jeszcze raz do tych szwedzkich dupków i przekaż im, cytuję:
"Ten deal to nie jest fizyka jądrowa". Jesteśmy gotowi do analizy
dokumentów od czwartku rano i w przyszły poniedziałek złożymy ofertę,
pod warunkiem że ci leniwi socjaliści ze Szwecji zechcą popracować przez
weekend.
Nikt jeszcze nawet nie wspomniał o cenie. Wiadomo było, że kapitał
zainwestowany w fundusz wynosił pięćdziesiąt milionów dolarów.
Rozpoczynając poszukiwania nabywcy, Szwedzi liczyli, że dostaną
trzydzieści albo przynajmniej dwadzieścia milionów. Teraz będą mogli
liczyć na premie. Tomten, szwedzki Święty Mikołaj, w tym roku zjawi się
wcześniej.
* * *
Zespół w Bukareszcie domknął sprawę zakupu funduszu Baltic Mundial w rekordowym czasie. Zajęło mu to nieco więcej niż obiecany przez Fernanda
tydzień, ale Szwedzi przekazali, że konkurencję chwilowo zajęła inna
atrakcyjna transakcja, więc okno możliwości uchyliło się dla Arki nieco
szerzej. Fernando uznał to za znak boskiej przychylności i tym mocniej
parł do zakupu. Kiedy usłyszał dobre wieści, spojrzał w niebo i ucałował
duży złoty krzyżyk, który nosił na szyi.
To jasne, że Arka musiała ścinać niektóre zakręty. Na przykład nie było
czasu, by przeprowadzić pełny audyt. Na pierwszy rzut oka wszystkie
firmy w portfolio Baltic Mundialu wydawały się solidne - miały porządnie
zrobione strony w sieci, a zarząd publikował imponujące CV. Oczywiście z powodu ograniczeń czasowych nie mogli spotkać się osobiście z dyrekcją
funduszu ani odwiedzić żadnej z firm, Portorykańczyk uznał jednak, że w erze Internetu ludzie mogą załatwiać interesy na drugim końcu świata, w ogóle nie spotykając się twarzą w twarz. Taka jest nowa norma. Poza tym
to przecież inwestorzy, którzy pracowali wcześniej u Goldmana Sachsa, a nie jakieś prostaczki z Europy Wschodniej; na pewno należycie zbadali
dokumenty i dokonali analiz, kiedy planowali inwestycje.
W dodatku - szczęśliwie dla Fernanda - było już po upadku Lehman
Brothers. Wartości aktywów spadały na łeb na szyję, czas wydawał się
więc najdogodniejszy, by wytargować cenę niższą niż proponowana przez
Szwedów. Tomasi negocjował więc twardo i zszedł z ofertą z siedemdziesięciu do pięćdziesięciu milionów, do wartości nominalnej
funduszu. Jego ludzie uważali, że to za dużo, ale to Tomasi dyktował
warunki, a miał spore doświadczenie w porównaniu z zespołem mającym
jeszcze mleko pod nosem. Dzieciaki nie chciały grać roli złego gliny ani
podejmować ryzyka.
Ostatecznie stanęło na pięćdziesięciu pięciu milionach. W teorii
Fernando dzięki swoim wybitnym talentom negocjacyjnym zaoszczędził dla
Arki piętnaście milionów.
Szwedzi tańczyli przez całą drogę do banku.
2. Baltic Mundial
2
Baltic Mundial
Warszawa
Południowym lotem Lufthansy z Frankfurtu podróżowali w większości wysocy
niemieccy biznesmeni w średnim wieku, w ciemnych i drogich garniturach.
Choć Fernando był niższy i bardziej pulchny niż cała reszta, to wręcz
ociekał pewnością siebie i dyskretnym poczuciem wyższości. Wyróżniał się
wyraźnie śródziemnomorską urodą, a zwłaszcza długimi, czarnymi,
układającymi się w fale włosami, utrzymywanymi w tej formie przez
codzienne poranne trzydziestosekundowe spryskiwanie lakierem. Wart
tysiąc pięćset dolarów jedwabny szalik Gucciego, trzykrotnie luźno
owinięty wokół szyi, też wybijał się z morza krawatów Hugo Bossa.
Drwiący uśmieszek sugerował, że Portorykańczyk wie coś, o czym inni nie
mają pojęcia.
Fernando przeszedł przez kontrolę celną, a potem przez automatyczne
rozsuwane drzwi terminalu 2 na Okęciu. Ciągnąc wytartą skórzaną walizkę,
gniewnie warczał przez telefon na swoją sekretarkę w San Juan. Właśnie
przekazała mu wiadomość, że nastąpiło jakieś nieporozumienie w związku z zamówioną limuzyną i będzie musiał wziąć taksówkę. Pierwszy raz był w Polsce, a ktoś z tutejszego biura ostrzegał, by za wszelką cenę unikał
łajdackiej taksówkowej mafii działającej przy głównym warszawskim
lotnisku. Przeklinając, stanął przy krawężniku w długiej kolejce
czekających na transport do miasta.
Wprawdzie komunizm w Polsce upadł ponad dwadzieścia lat temu, ale przez
okna auta Portorykańczyk wciąż oglądał pozostałości po tym koszmarnym
systemie. Jechał ulicą Żwirki i Wigury w stronę nie tak odległych
wieżowców. Warszawa okazała się miastem kontrastów - nowoczesny hotel
czy biurowiec stał obok paskudnego szarego bloku mieszkalnego z czasów
głębokiego komunizmu.
Fernando nie znosił chłodu, uchylił jednak okno i wpuścił świeże
powietrze, by pozbyć się mocnego zapachu paliwa unoszącego się z przeciążonego silnika. Taksówkarz szybko zmieniał pasy - wyprzedzał po
prawej i po lewej, a od czasu do czasu bez wyraźnego powodu wciskał
hamulec. Jego pasażer tymczasem wyglądał przez okno.Warszawa, znana
niegdyś jako Paryż Wschodu, uważana była przed wojną za jedno z najpiękniejszych miast świata. Wszystko się zmieniło w sierpniu tysiąc
dziewięćset czterdziestego czwartego roku, kiedy naziści zmienili miasto
w stos gruzów. Po wojnie warszawiacy starannie, cegła po cegle,
odbudowali stolicę. Wiele osiągnięć było godnych podziwu, jak choćby
odtworzenie historycznych obiektów, w tym Zamku Królewskiego, liczne
dzielnice zastawiono jednak wszechobecnymi szarymi blokami, które
odebrały miastu jego przedwojenny urok. I dopiero w tysiąc dziewięćset
osiemdziesiątym dziewiątym roku stolica zobaczyła swój pierwszy
wieżowiec w zachodnim stylu - hotel Marriott w Alejach Jerozolimskich.
Właśnie tam zmierzał Fernando.
Taksówka minęła Dworzec Centralny i zatrzymała się przed wejściem do
hotelu.
* * *
Oprócz samego Baltic Mundialu transakcja obejmowała też przejęcie biur
oraz personelu funduszu w Sztokholmie, Rydze, Kijowie i Warszawie.
Fernando nie marnował czasu, szybko zmienił nazwę Baltic Mundial na Arka
CEE - Central & Eastern Europe. Tomasi nakazał warszawskiemu
przedstawicielowi zebranie całego personelu funduszu - dwudziestu kilku
osób - w Warszawie. Oficjalnie - na przyjęcie powitalne. Tak naprawdę
jednak chciał poznać cały zespół równocześnie, pogadać z ludźmi
prywatnie i zdecydować, kogo warto zostawić.
Przyjęcie odbywało się w barze Panorama na czterdziestym piętrze
Marriotta. Lokal gwarantował najlepszy widok na nowiutkie i błyszczące
warszawskie wieżowce. Nowy szef wygłosił krótkie przemówienie i wraz ze
swoim młodym, wielonarodowym, napakowanym testosteronem i czysto męskim
zespołem wychylił kieliszek lodowato zimnej wyborowej. Śmiać mu się
chciało na myśl, że ponad połowa tych ludzi straci pracę, jeszcze zanim
minie im kac.
Przez resztę wieczoru siedział w kącie i prowadził krótkie pogawędki z kolejnymi członkami zespołu. Wyglądało to trochę jak audiencje u Don
Corleone, tyle że bez całowania pierścienia.
Zwrócił uwagę na dwóch menedżerów.
Pierwszy, dobrze zbudowany Ukrainiec, nazywał się Fiodor Panczenko.
Należał do tych wysokich, posępnych i tajemniczych osobników z dawnego
bloku sowieckiego, którzy nie odebrali żadnego formalnego wykształcenia
ekonomicznego i nie mogli się pochwalić zbyt wielkim doświadczeniem,
mieli za to znakomite kontakty i świetnie sobie radzili z robieniem
interesów na Wschodzie. Urodzony i wychowany w Doniecku na wschodniej
Ukrainie Fiodor mówił z silnym rosyjskim akcentem, nosił rosyjski
wojskowy zegarek i okropne buty, do tego miał popsute zęby. Zebranie
jakichkolwiek informacji o nim było praktycznie niemożliwe - nie miał
konta na LinkedIn ani na Facebooku, a wyszukiwarka Google nie znajdowała
dosłownie nic. Według niepotwierdzonych plotek był agentem SBU,
postsowieckiego ukraińskiego odpowiednika KGB. Oficjalnie specjalizował
się w "sprawach ekonomicznych" - ten lokalny eufemizm oznaczał, że znał
osobiście więcej niż kilku ukraińskich oligarchów. Podobno pracował nad
dwiema ważnymi transakcjami, ale mimo że podlegały analizie, szczegóły
pozostawały dość mgliste.
Drugim menedżerem był jedyny warszawski pracownik Roman Gryzoń. Z wyglądu niepozorny, niski, drobnej budowy, przedwcześnie łysiejący, z krągłą twarzą ozdobioną kozią bródką, przypominał skrzyżowanie Lenina z Charliem Brownem. Należał do ludzi, których wieku nie da się oszacować -
mógł mieć równie dobrze pięćdziesiąt pięć lat, jak i czterdzieści pięć.
Miał trzydzieści pięć. Nie sprawiał wrażenia szczególnie inteligentnego
ani tępego - zapewne dlatego, że niewiele mówił. Nie był
przedsiębiorczy, nie miał zdolności przywódczych, więc już na wczesnym
etapie kariery nauczył się, że w otoczeniu samców alfa lepiej nie
podnosić głowy i nie gadać za dużo. Trzymał się tej strategii od samego
początku swojej pracy w finansach. Lojalnie całował tyłki swoim szefom w każdej firmie i na każdym szczeblu.
- Buenos noches. - Gryzoń uśmiechnął się promiennie, kiedy pierwszy
raz witał się z szefem.
- Dobry wieczór. Gdzie pan się nauczył hiszpańskiego?
- Och, to nic takiego. Złapałem parę słów tu i tam podczas wakacji na
Wyspach Kanaryjskich.
- ?Ah, las Islas Canarias! ?Muy bonita, no?
Gryzoń popatrzył tępym wzrokiem. Natychmiast zmienił temat.
- Proszę spojrzeć, zwolniły się miejsca przy barze. Chodźmy. - I natychmiast zamówił coś do picia.
Kiedy usiadł z Fernandem w kącie Panoramy, przede wszystkim pogratulował
"se?orowi Tomasiemu" szybkich i sprawnych negocjacji ze Szwedami oraz
uzyskania tak dobrej ceny.
- No cóż, dziękuję, panie Gryzoń. Wie pan, już bardzo długo siedzę w tej
grze i według mnie czasem trzeba po prostu zrobić listę wrogów i skopać
parę tyłków.
- Zgadzam się, absolutnie - zapewnił Gryzoń. - Ale proszę mi mówić
Roman. Albo Romek - tak zwracają się do mnie przyjaciele.
Kelnerka nalała im do kieliszków po sto mililitrów arktycznie zimnej,
czystej i przejrzystej wódki z ziemniaków. Skłoniło to Gryzonia do
wzniesienia toastu za znakomity interes Fernanda. Uniósł kieliszek.
- ?Salud, amor y dinero! - zawołał. - Za zdrowie, miłość i pieniądze.
Wypiwszy kieliszek, se?or Tomasi zaproponował, żeby Gryzoń zwracał się
do niego po imieniu. Albo jeszcze lepiej przydomkiem FT.
Roman zapytał szefa - i nowego przyjaciela - czemu zawdzięcza swoje
sukcesy w zarządzaniu inwestycyjami. I trafił w punkt. To był ulubiony
temat Fernanda: on sam. Kiedy skończył mówić, godzinę i cztery kieliszki
później, używał już tylko zdrobnienia imienia Gryzonia - Romek. I chociaż przez cały wieczór nie zadał mu ani jednego pytania, to po
imprezie, kiedy opowiadał o wszystkim José, stwierdził z przekonaniem:
- Roman Gryzoń to nasz człowiek.
* * *
Kiedy minął kac po pijaństwie, Fernando usiadł ze swoim zespołem, by
omówić aktualny stan funduszu, status zaległych pożyczek i perspektywy
udzielania kolejnych. Spotkanie trwało ponad cztery godziny, co było
niezwykłe jak na Fernanda, który zawsze szybko się rozpraszał. Ale
trzeba było to załatwić.
Mówił przede wszystkim Gryzoń, jako najlepiej zorientowany w sytuacji
firm z ich portfolio. Omawiał je kolejno, w każdym przypadku podając
podstawowe dane: nazwę firmy, wielkość, termin spłaty pożyczki, zakres
działalności, obroty z ostatnich pięciu lat, zyski, wyniki bieżące i związane z tym ryzyko. Fernando słuchał uważnie, podczas gdy jego nowy
dyrektor kreślił obraz o wiele bardziej ponury, niż Portorykańczyk się
spodziewał.
Wprawdzie sytuacja funduszu nie była tak fatalna jak
południowoamerykańskiego portfolio Arki, to jednak pozostawała dalece
niezadowalająca. Firmy rzęziły z powodu recesji - spadała sprzedaż,
banki cięły kredyty, rosły straty. Nie było dramatycznych wpadek, ale
jedna z firm - estońska ferma mleczna, w którą zainwestowali - wyraźnie
szła na dno.
Następne przedsiębiorstwo, TruCo - polska firma odzieżowa, której
sprzedaż wobec malejącego popytu spadła o dwadzieścia procent -
nabierało wody. Roman wyjaśnił, że to dobrze zarządzane przedsiębiorstwo
z solidnym kierownictwem, ale nie może uzyskać dofinansowania w polskich
bankach. Jeśli chcą pomóc firmie przetrwać, trzeba będzie
zrestrukturyzować im dług.
- Pieprzeni Szwedzi! - tylko tyle miał do powiedzenia Fernando w czasie
spotkania.
Roman i Fiodor przekonywali go, że sytuacja nie jest taka zła. Byli
pewni, że większość firm w ich portfolio przetrwa. Potrzebują tylko paru
lat, żeby wyjść na prostą.
Lat...
Po załatwieniu zaszłości przeszli do "nowych interesów". Fiodor
Panczenko stosunkowo niedawno dołączył do zespołu, dlatego nie miał
jeszcze na koncie żadnych umów. Ale pracował nad dwiema grubymi rybami,
czy też "wielkimi rybami", jak to określał.
Na Business Park w Bukareszcie i teraz na Baltic Mundial Fernandowi
udało się wydać mniej więcej trzecią część z trzystu dwudziestu
milionów, jakie mu pozostały na inwestycje w Europie Wschodniej. Wciąż
miał jeszcze trochę powyżej dwustu, ale sytuacja ekonomiczna pogarszała
się z tygodnia na tydzień. Zastrzygł uszami, kiedy Panczenko opisywał
dwie transakcje, nad którymi pracował - obie na jego terenie, na
Ukrainie.
Pod koniec prezentacji, która nie zawierała żadnych liczb, żadnych
wykresów ani żadnych szczegółów, Panczenko zapewnił Fernanda, że to
bardzo duże sprawy, gwarantujące potencjalnie wielki zysk. Ogromny.
Gigantyczny. A co najważniejsze, on sam miał bardzo dobre kontakty w obu
przedsięwzięciach.
- W mojej części świata - oświadczył - najważniejszym elementem w robieniu interesów są relacje.
Na smagłej twarzy Fernanda pojawił się uśmieszek zadowolenia,
podkreślony dodatkowo dwoma podłużnymi dołkami w policzkach.Już
zapomniał o swoich innych kłopotach.