Było to mieszkanie milionera.
Na sprzętach i ścianach salonów barwy i połyski przelewały się jak
na powierzchni konchy perłowej. Zwierciadła odbijały w sobie
obrazy, posadzki lśniły jak zwierciadła. Tu i owdzie kobierce
ciemne i firanki ciężkie przytłumiały świetność, ale na pozór
tylko, w rzeczy samej podnosząc ją do uroczystości prawie
kościelnej. Gdzieindziej wszystko jaśniało, błyszczało, mieniło się
błękitem, szkarłatem, złotem, bronzem, rozmaitymi odcieniami
białości, które wydają z siebie: gips, marmur, mora, kość słoniowa,
porcelana. Chińszczyzna, japońszczyzna, style kilku oddalonych
wieków, najwyszukańszy wykwint mód najświeższych, lampy, pająki,
świeczniki, wazy, sztuka zdobnicza w najwyższym swym rozwoju.
Przytem, wiele smaku i umiejętności, pewnego taktu w dobieraniu
rzeczy i ożywienia w ich układzie, które niemylnie znamionowały
rękę i umysł kobiety wyższej nad pospolitość.
Urządzenie tego mieszkania pochłonąć musiało sumę kolosalną dla
biedaków, a dla możnych nawet bardzo znaczną. Właściciel jego był
milionerem.
Alojzy Darwid nie odziedziczył milionów, lecz zdobył je
własną, żelazną pracą i odtąd, ciągle pracował nad ich pomnożeniem.
Pracowitość, energia i pomysłowość jego były niewyczerpane.
Interesy zdawały się być dla niego tem, czem jest woda dla ryby:
żywiołem dającym swobodę i błogość. Jakie interesy?
Przedsiębiorstwa wielkie i powikłane: tworzenie dróg lądowych i
wodnych, wznoszenie gmachów publicznych, kupna, sprzedaże, zamiany
bogactw różnej natury, obroty pieniężne na targach i giełdach.
Ażeby tego wszystkiego dokonywać, trzeba było posiadać przymioty
najsprzeczniejsze: śmiałość lwią i ostrożność lisią, szpony
jastrzębie i elastyczność kocią.
Było to życie pędzone przy stole karcianym, który stanowiła
całkowita przestrzeń olbrzymiego państwa; była to długoletnia i
zażarta poniterka do banku, trzymanego najczęściej przez ślepy los.
Bo rachuba i umiejętność, znacząc tu bardzo wiele, nie mogły w
zupełności usuwać tego, co jest trafem. Więc trzeba było nie dawać
się obalić trafowi, pod ciosami jego przypadać do ziemi i kurczyć
ścięgna, ale tylko dlatego, aby uczynić skok elastyczniejszy, cios
odbić i nowy łup pochwycić. Była to pomyślność wzbierająca i
opadająca jak rzeka, była to także gorączka, nieustannie kąpana w
chłodnej rozwadze i rachubie.
Zresztą, bryczki pocztowe, wagony, dzwonki na dworcach,
naglące do pośpiechu, iskrzące się śniegi dalekich północy, góry
piętrzące się na granicy, rozdzielającej dwie części świata, rzeki
przerzynające przestwory bezludne, horyzonty - podkreślone ponuremi
liniami od początku wieków samotnych tajg. Potem, na przemian:
zgiełk, blask, ścisk, świetność stolic, a w stolicach mnóstwo
drzwi, z których jedne naoścież otwarte, inne zamknięte szczelnie;
więc względem tych drugich giętkość kociej łapy, robiącej szczeliny
tam, gdzie dużego otworu uczynić niepodobna.
Rodzinę wypadało opuszczać na długie miesiące, niekiedy na
całe lata, a nawet żyjąc z nią pod jednym dachem, stawać się jej
rzadkim gościem, a nie być nigdy jej stałym, poufnym towarzyszem.
Na stałość, poufność, wszelką czułość w stosunkach z ludźmi, nawet
najbliższymi, Alojzy Darwid czasu nie miał, zarówno jak nie miał go
dla skupienia myśli na przedmiotach jakichkolwiek, nie zostających
w związku z cyfrą, linią, datą, czyli okami tej sieci, w którą
oplątał swoją myśl i swoją żelazną pracę.
Co do uciech i rozkoszy życia, bywały niemi czasem miłostki,
zapalane naprędce, w przejeździe, przelocie i rozwiewające się
razem z dymem pędzącej naprzód lokomotywy, czasem przysmaki
właściwe strefom rozmaitym, albo wspaniały krajobraz przemocą
wdzierający się do oczu i w mgnieniu oka znikający, albo jeszcze
kilka godzin ożywionej gry karcianej - ale nadewszystko stosunki z
różnorodnymi wierzchołkami społecznymi, które były z jednej strony
użyteczne, a z drugiej dla miłości własnej niezmiernie zaszczytne.
Pieniądze i znaczenie - były to dwie osie, około których obracały
się wszystkie uczucia, myśli i żądze Darwida, a przynajmniej zdawać
się mogło, że wszystkie, bo któż upewnić zdoła, że w człowieku
istnieje tylko to, co objawia się w jego czynach? Nikt najpewniej,
ani nawet on sam.
Teraz, po trzyletniej nieobecności, Aloizy Darwid, od kilku
miesięcy zaledwie powrócił do rodzinnego miasta i na łono rodziny,
pośród której, tak jak i dawniej, bywał rzadkim i roztargnionym
gościem. Pracował znowu. Odrazu, w pierwszym tygodniu, niemal dniu,
upatrzył tu nowe pole do pracy i szło mu bardzo o to, aby je
zagarnąć i roztoczyć na niem swe Heraklesowe boje. Lecz zależało to
od pewnej osobistości, umieszczonej bardzo wysoko i do której
dotychczas dotrzeć nie mógł.
Już kilka razy kocia łapa zaokrągliła się dla wytworzenia
szczeliny w drzwiach zamkniętych - nadaremnie! Żądał parogodzinnej,
poufnej rozmowy i otrzymać jej nie mógł. Chwycił się środka, który
nieraz oddawał mu usługi skuteczne.
Znalazł indywiduum, posiadające sztukę wciskania się
wszędzie, wyjednywania wszystkiego, wygrzebywania z pod ziemi
stosunków, okoliczności, wpływów. Indywidua podobne bywają zwykle
mętne, ale nie obchodziło go to wcale. Mniemał, że spodem życia
muszą płynąć męty, podobne do mułu rzek, toczących piasek złoty. Z
lekceważącym uśmiechem myślał o mętach, ale nie wahał się brać ich
w dłoń, aby przyjrzeć się, czy nie zawierają złotych ziaren.
Mętnych pomocników swoich nazywał ogarami, bo tropiły zwierzynę w
gąszczach niedostępnych dla myśliwca. Mniejszego wzrostu, prawie
niewidzialni, lepiej jeszcze od niego umieli kurczyć się,
przeskakiwać i podłazić. Takiego ogara wypuścił przed kilku dniami
po audyencyę pożądaną i dotychczas wieści o nim nie miał.
Niepokoiło i niecierpliwiło go to ogromnie. Radby już był rzucić
się na nową pracę, jak lew na arenę i na łup.
Zmrok wieczorny opuszczał się na szereg wielkich i małych
salonów. Aloizy Darwid, w gabinecie urządzonym z bogactwem tak
poważnem, że prawie surowem, w obfitem świetle lamp, przyjmował
ludzi przybywających ze sprawami rozmaitemi: ze sprawozdaniami,
rachunkami, propozycyami, prośbami.
W gabinecie tym wszystko było ciemne, ciężkie, rozmiarów
dużych, drogocenne, ale nie bijące w oczy. Najmniejszej
jaskrawości, ani fantastyczności, tylko powaga i komfort. Książki
za szybami wspaniałej szafy, dwa wielkie obrazy na ścianach, biuro
z mnóstwem papierów, pośrodku pokoju stół okrągły, okryty mapami,
broszurami, grubymi tomami; dokoła stołu fotele ciężkie, nizkie,
głębokie. Pokój był obszerny, pod bardzo wysokim sufitem, z którego
zwieszała się nad okrągłym stołem wspaniała, jasno paląca się
lampa.
Daleki protoplasta Aloizego Darwida, Jazon Argonauta, wcale
inaczej wyglądać musiał, gdy płynął do Kolchidy po złote runo.
Czas, zmieniając sposoby walczenia, odpowiednio do nich rzeźbi
kształty rycerzy. Jazon ufał sile ramienia i miecza, Darwid tylko
mózgowi i nerwom. Więc mózg i nerwy rozwinęły się w nim ze szkodą
muskułów, wytwarzając przecież siłę specyalną, na której trzeba
było znać się, aby ją poznać w postaci szczupłej, niewysokiej, w
twarzy z policzkami pociągłymi i okrytymi skórą suchą, bladą, tak
ruchliwą, jakby drgała od każdego z powiewów, niosących okręt ku
brzegom pożądanym.
Z obu stron policzków prawie miedzianą rudością iskrzyły się
wązkie pasy faworytów, których jedwabiste końce opadały na sztywny
kołnierz koszuli; rudawy wąs, krótki i twardy, ocieniał wargi
cienkie, bladawe, mające uśmiech, w którego zmienności spoczywała
wielka wymowa: zachęcał on, onieśmielał, pociągał, zatrzymywał w
oddaleniu, pochwalał, niedowierzał, przymilał się, drwił - często
drwił. Ale głównem siedliskiem siły zdawały się tu być oczy,
zatrzymujące się na każdym przedmiocie uważnie i długo, ze źrenicą
stalową, zimną, bardzo głęboką i pełną świateł przenikliwych,
często ostrych, pod brwiami wypukłemi, które linią rudą podkreślały
czoło wysokie, powiększone jeszcze przez zaczynającą się łysinę,
mające gładkość i połysk kości słoniowej, a pomiędzy brwiami gruby
snop zmarszczek, jak chmurę myśli i troski. Była to twarz zimna,
rozumna, energiczna, z wytłoczonem pomiędzy brwiami piętnem myśli i
przeciągniętym przez usta rysem ironii.
Prawnik, jeden z najsłynniejszych w tem wielkiem mieście,
trzymając w ręku otwarty tom kodeksu, czytał głośno szereg jego
ustępów. Darwid w postawie stojącej słuchał uważnie, ale w uśmiechu
jego wzrastała ironia, a gdy głos czytającego umilkł, przemówił z
cicha. Jedną z właściwości jego był ten głos o dźwiękach jakby
przez ostrożność przytępionych.
- Przepraszam, ale to wszystko, co pan przeczytał, nie
stosuje się do zajmującego nas wypadku.
Wziąwszy z rąk prawnika książkę, przerzucał przez chwilę jej
stronice i z kolei czytać zaczął. Do czytania używał binokli w
rogowej oprawie, od której pogłębiała się żółtawa bladość jego
suchej twarzy. Słynny prawnik zmieszał się i zadziwił.
- Ma pan słuszność. Myliłem się. Zna pan prawo wybornie.
Jakżeby mógł go nie znać, skoro było mu i orężem i klapą
bezpieczeństwa!
Prawnik, zasiadł w milczeniu na jednym z rozłożystych i
nizkich foteli, a z kolei budowniczy rozłożył na stole plan gmachu
publicznego, który, przed rozpoczęciem robót na wiosnę, musiał być
w zimie wykończony. Darwid słuchał znowu, milcząc, myśląc, patrząc
na wskazywane rysunki źrenicami stalowemi, w których czasem
przelatywały iskry pomysłów, wytryskujących z mózgu i które po
chwili biegłemu specyaliście przedstawiać zaczął. Mówił z cicha,
płynnie, bardzo zwięźle i jasno. Budowniczy odpowiadał z
uszanowaniem i jak przedtem prawnik, nie bez pewnego zdziwienia.
Boże wielki! ten człowiek umiał wszystko i znał się na wszystkiem;
po obszarach prawoznawstwa, matematyki, budownictwa przechadzał się
swobodnie, jak po swoim pokoju! Darwid spostrzegł zdziwienie
otaczających i na wązkich wargach osiadła mu ironia. Czy ci ludzie
wyobrażają sobie, że on mógł do takich przedsięwzięć zabierać się
jak ślepiec do rozpoznawania barw? Czynią tak niektórzy i giną! On
rozumiał, że dziś tylko wiedza kolosalna może być fundamentem dla
wznoszenia piramidalnych fortun i jedna tylko jego pamięć znała te
długie szeregi nocy, które przepłynęły mu nad głową bezsenną i
zdobywającą wiedzę.
Teraz stanął przy stole chłopak wysmukły, chudy, z genialnym
wyrazem w ciemnych oczach, w odzieży zniszczonej, z gestami prawie
rubasznymi. Był to artysta-rzeźbiarz, bardzo młody, ale już sławny,
z początkami suchot, wytryskującymi na twarz zbyt silnym rumieńcem
i blaskiem oczu, a z piersi kaszlem krótkim i ostrym. Mówił o
rzeźbach ornamentacyjnych, które miał wykonać dla gmachów,
wznoszonych przez wielkiego przedsiębiorcę, pokazywał rysunki,
rozwijał pomysły, wpadał w zapał, mówił coraz głośniej, kaszlał
coraz częściej. Darwid podniósł głowę, wrażliwa skóra na policzkach
mu zadrgała i ruchem delikatnym, końcem dwóch białych i cienkich
palów dotknął ramienia artysty.
- Niech pan odpocznie - rzekł - panu szkodzi długie
mówienie.
Potem do innych obecnych przemówił:
- Moja młodsza córka tak samo kaszle, i... niepokoi mię to
trochę...
- Możeby do Włoch - zaczął budowniczy.
- Zapewne... myślałem już o tem, ale lekarze nie widzą nic
groźnego...
Zwrócił się do rzeźbiarza:
- Panu trzebaby zwiedzić Włochy, skorzystać tam ze zbiorów
sztuki i - z klimatu.
Artysta, nie rad z wmieszania się w jego sprawy, nie
odpowiedział bezpośrednio, lecz zaczął dalej przedstawiać i
motywować swoje projekty, ale krótki oddech i coraz częściej
powtarzający się kaszel mowę mu utrudniały. Wtedy Darwid
wyprostował się i mówić zaczął:
- Na rzeczach sztuki znam się bardzo mało, nie dlatego, abym
je lekceważył, owszem, sztuka musi być potęgą, skoro świat przed
nią czołem uderza, ale dlatego, że czasu nie miałem. Niech się więc
pan dalej nie utrudza przedstawianiem mi swych pomysłów i zamiarów.
Z góry je zatwierdzam, wiedząc dobrze co czynię. Wszakże to książę
Zenon, którego umysł i dobry smak podziwiam, doradził mi udanie się
do pana. U niego też widziałem dzieła dłuta pańskiego, które mię
zachwyciły. Powiadają niektórzy, że my, przemysłowcy i finansiści,
posiadamy w sobie tylko materyę, a nie posiadamy Psychy. Jednak
Psyche pańska, która przyozdobiła pałac księcia, sprawiła na mnie
wrażenie takie, jak gdybym nie był samą materyą.
Ironia zalała mu wargi, ale z uprzejmością wzmożoną rzekł do
rzeźbiarza:
- Ustanówmy cyfrę honoraryum.
I spiesznie dodał:
- Niech mi pan pozwoli wziąć inicyatywę.
Tonem zapytania wymówił cyfrę bardzo znaczną. Artysta
skłonił się, utaić nie chcąc, lub nie mogąc, zdziwienia i uciechy.
Darwid zlekka wziął go pod ramię i poprowadził ku wielkiemu biuru,
którego jedną z szuflad otworzył. Pozostali przy okrągłym stole
prawnik i budowniczy zamieniali się spojrzeniami.
- Protegowany księcia! - szepnął jeden.
- Zręczność! reklama! - odszepnął drugi.
Darwid zaś do młodego rzeźbiarza mówił:
- Ze słyszenia wiem, iż rzeźbiarze przed rozpoczęciem robót
potrzebują ponosić znaczne koszta na wstępne przygotowania. Oto
zaliczka. Niech pan się nie krępuje. Pieniądze powinny być na
usługi talentu.
Artysta był zdumiony. Wcale inaczej wyobrażał był sobie tego
milionera.
- Pieniądze powinny być na usługi talentu! - powtórzył. -
Pierwszy raz słyszę to z ust posiadacza pieniędzy! Czy doprawdy pan
tak myśli?
Darwid zaśmiał się, ale wnet spochmurniał.
- Mój drogi panie - rzekł - ja myślę, że dałbym mnóstwo
pieniędzy za to, aby takiego kaszlu jak pański na świecie nie było.
- Dlatego, że córka pańska... - zaczął rzeźbiarz, ale Darwid
już ochłódł, zesztywniał i zwracał się ku okrągłemu stołowi.
Jednocześnie lokaj oznajmił we drzwiach nowego gościa:
- Pan Artur Kranicki.
Tuż za lokajem gość wszedł i rozminął się u drzwi z
odchodzącym rzeźbiarzem.
Był to człowiek, który piąty dziesiątek lat dźwigał z
młodzieńczą elastycznością ruchów i przymilonym, zalotnym wyrazem
na pięknej jeszcze twarzy. Wogóle zdawał się być oblany ostatkami
wielkiej piękności męskiej, z za której, jak zbrukana podszewka z
dziur świetnej niegdyś odzieży, ukazywała się starannie tajona,
może nawet przedwczesna starość.
Wysoki brunet, z regularnym, czarnymi faworytami otoczonym
owalem twarzy, z włosami, których czarne kędziory niedobrze
zakrywały rozpoczynającą się z tyłu głowy łysinę, z wąsem nad
rumianemi wargami młodzieńczo podniesionym, młodzieńczym krokiem
przebywał gabinet, z wyraźną intencyą powitania pana domu w sposób
serdeczny i poufały. Ale w zimnych oczach Darwida zaświeciły błyski
prawi groźne; końcami palców zaledwie dotknął wyciągniętej ku niemu
ręki gościa, białej, podłużnej, prawdziwie rasowej, bardzo
wypielęgnowanej.
- Przebaczenia, przebaczenia, kochany panie Aloizy, że
przybywam w tej godzinie, w tej właśnie godzinie twoich ważnych,
ogromnych, kolosalnych zajęć! Ale otrzymawszy wezwanie twe,
pospieszyłem...
- Tak, - rzekł Darwid - potrzebuję pomówić z panem... Niech
pan chwilę zaczeka.
Zwrócił się ku stojącym u stołu dwom ludziom, którzy na
przywitanie jego z Kranickim patrzyli z niepodobną do utajenia
ciekawością. Oddawna już każde spotkanie się Darwida z tym wiecznym
gościem i epigonem arystokratycznych rodów posiadało właściwość
obudzania ciekawości ludzkiej. Darwid nie wiedział o tem długo;
teraz, od niedawna się dowiedział, i bystry wzrok jego pochwycił na
ustach znakomitego prawnika ledwie dostrzeżony uśmieszek, na
którego spotkanie podobnyż zleciał z ust budowniczego. Kilka minut
jeszcze rozmawiał z nimi, poczem odchodzących przeprowadził do
drzwi, i gdy zamknęły się, rzekł do pozostałego gościa:
- Teraz służę panu.
Nikt nigdy nie widział służby, tak lodowato zimnej i mającej
w sobie odcień powściąganej groźby. To też Kranicki dłużej niż było
trzeba, umieszczał kapelusz na jednym ze sprzętów, a pochyloną
twarz jego oblał wyraz niepokoju, który w mgnieniu oka przez
zmarszczenie czoła i osunięcie się w dół policzków, uczynił ją o
lat dziesięć starszą. Z gracyą jednak ruchów pomimowolną, bo
oddawna w zwyczaj przeszłą, zwrócił się ku Darwidowi:
- Pisałeś do mnie, kochany panie Aloizy...
- Wezwałem pana - przeciął mu mowę Darwid - w celu
zaproponowania pewnej umowy i zamiany...
Z dużej, podługowatej księgi wycinał kartkę, na której
przedtem już śpiesznie kilka słów nakreślił, i podając ją
Kranickiemu, zaczął:
- Oto jest czek do banku na sumę... znaczną... Interesy
pana, jak słyszałem, są w stanie bardzo niepomyślnym.
Twarz Kranickiego rozpromieniła się od radości i znowu o lat
dziesięć odmłodniała. Biorąc podawany mu czek, z pewnem jednak
wahaniem zaczął:
- Kochany panie Aloizy... ta przyjacielska prawdziwie
usługa, którą mi oddajesz, nawet bez prośby z mojej strony, to
prawdziwa wspaniałomyślność, ale chciej wierzyć, że gdy tylko
dochody z dóbr moich znowu się powiększą...
Darwid przerwał mu znowu:
- Zbyt dawno znamy się, abym mógł nie wiedzieć, jakiemi są
dobra pana i jakie pan z nich może mieć dochody. Pan nie ma żadnych
dóbr. Pan ma jedną wioskę niedużą, której dochody nie starczyły
nigdy na zaspokojenie połowy nawet potrzeb pana. W tej wiosce
spędziłby pan życie, wielkiemu światu nieznany, gdyby matka pana
nie była krewną księcia Zenona i kilku innych koron
dziewięciopałkowych. Ale ponieważ miał pan przez matkę parentelę
tak świetną, więc wielki świat straty tej nie poniósł. Wiem o panu
wszystko. Niech pan pod żadnym względem nie próbuje w błąd mnie
wprowadzić... Wiem wszystko.
Na ostatnich wyrazach kładł nacisk, który zdawał się
wprawiać Kranickiego w zmieszanie głębokie, nad którem zapanować
nie mógł.
-
Parole d'honneur - zaczął - nie rozumiem, nie pojmuję...
Taka prawdziwie przyjacielska usługa i taki ton... nie rozumiem...
- Zaraz pan zrozumie. Ta ofiarowana panu suma to nie usługa
przyjacielska, lecz prosty akt handlowy. Wymagam naprzód, aby pan
wszelkie stosunki zerwał z synem moim Maryanem.
Kranicki cofnął się o kilka kroków.
- Z Marysiem! - zawołał, jakby uszom swoim wierzyć nie
chcąc; - ja z Marysiem zerwać mam wszelkie stosunki! Czy podobna?
Dlaczego? Jak to być może? Przecież pan sam...
- To prawda, sam dałem temu początek. Pragnąłem, aby rodzina
moja, stale i w częstej nieobecności mojej tu mieszkająca, mogła
obracać się w sferze stosunków dla mnie najpożądańszej, i prosiłem,
aby pan był łącznikiem pomiędzy nią a tą sferą...
- Żądanie spełniłem - podnosząc głowę, z kolei przerwał
Kranicki.
Darwid, twardo w twarz mu patrząc, mówił z cicha powoli, a
lód jego głosu zdawał się czasem pękać od zamkniętego w nim
kipiątka namiętności.
- Tak, ale zdemoralizował mi pan syna. Sam przez się nie
doszedłby do takiego stopnia marnotrawstwa i zepsucia. Pan to
odciągnął go od nauk, zaprawił do wszystkich możliwych sportów,
wprowadził do wszystkich miejsc zabawy, od najwyższych do
najniższych. Wróciwszy tu po trzyletniej nieobecności, znalazłem
Maryana zwiędłego moralnie. Na szczęście, jest to jeszcze dziecko,
ma lat dwadzieścia trzy, może być uratowanym. Akcyę ratunkową
rozpoczynam od wzbronienia panu jakichkolwiek dalszych stosunków z
moim synem.
Nie czyniąc wcale gestów, nie podnosząc głosu, Darwid przy
ostatnich słowach stał się groźnym. Palce jego wpiły się w stół, o
który opierał rękę. Snop zmarszczek pogłębił się pomiędzy brwiami,
oczy miały blask stalowy - cały był nienawiścią, złością, wzgardą.
Ale i Kranicki, który zrazu słuchał go tak, jakby od zdziwienia
odejść nie mógł, gniewem zawrzał.
-
Plait-il? - zawołał - co pan mówi? Czy słuch mnie nie
myli? Pan mi czyni wyrzuty! Mnie, który w czasie wiecznych zajęć i
nieobecności pana, od lat kilkunastu, jestem, można powiedzieć,
jedynym opiekunem pańskiej rodziny i przewodnikiem pańskiego syna?
A to dobre! więc pan już nie pamięta naszej dawnej zażyłości i
tego, że to ja, ja zapoznałem pana z najwyżej postawionymi domami
tego miasta i całego kraju? Więc pan nie pamięta zwierzeń swoich,
że chciałby córki swoje wydać za mąż w tych sferach, do których
moje stosunki mogły być wygodnym mostem? Więc pan nie pamięta próśb
swoich, abym wprowadził Marysia w towarzystwa najlepsze i zaprawiał
go do zwyczajów, panujących w tych towarzystwach? To wyborne! Pan
sobie spokojnie robił swoje miliony, jeżdżąc po nie na krańce
świata, a ja spełniałem wszystko, czego pan sobie życzył, i
spotykam się teraz z wyrzutami, co najmniej niedelikatnie
wypowiadanymi...
des reproches, des grossiéretés... Mais ça n'a pas de nom!
c'est inou?! to wymaga zadośćuczynienia, satysfakcyi
honorowej...
Oburzenie jego było szczere i głębokie i wytrysnęło na twarz
jeszcze piękną ciemnym rumieńcem. Na Darwida zaś spadło zrazu
osłupienie kamienne. Tak, tak, człowiek ten mówił prawdę. Człowieka
tego używał do swoich celów, lubił go, prawie kochał i obdarzał
zaufaniem wielkiem. Nie zbadał go, nie poznał; alboż miał czas na
badanie i poznawanie ludzi, którzy w interesach jego udziału nie
brali? Ale faktem było, że cokolwiek się stało, stało się z jego
własnej woli. Z dna piersi, z tajemnego legowiska, podniósł się
kłąb wężów, i ckliwy, zimny, ślizki, pełzł mu pod gardło. Podniósł
jednak głowę.
- W tem, co pan powiedział, jest wiele prawdy; drugiem
stanowczem niemniej żądaniem mojem jest, abyś w domu moim bywać
przestał.
Kranickemu krew zalewała czoło, i wyrazy świstały mu w
ustach, gdy zawołał:
- Wobec takich usposobień pana do mnie, jakże mam tłómaczyć
sobie tylko co wyrządzoną mi przysługę?
- Jako zapłatę za te, które pan mnie, albo mojej rodzinie
kiedykolwiek oddał. Płacę, kwitujemy się wzajemnie i żegnamy - na
zawsze.
- Panie! - zawołał Kranicki: - nie pan jeden istnieje na
świecie, nie pana jednego wola może mi otwierać, albo zamykać drzwi
tego domu...
Darwid, tak blady, że nawet wązkie wargi kropli krwi nie
zdawały się posiadać, dobył z pugilaresu i w dwóch palcach
Kranickiemu ukazał liścik w kopercie małej, eleganckiej, noszącej
adres pani Malwiny Darwidowej. Kranickiego ciemne rumieńce znikły
bez śladu, zbladł bardzo i rękę oparł o poręcz fotelu; oczy mu się
szeroko rozwarły. Kilka sekund trwało milczenie; pomiędzy tymi
dwoma pobladłymi jak płótno ludźmi, wisiała groza odkrytej
tajemnicy. Darwid pierwszy, głosem tak zdławionym, że ledwie
dosłyszanym, mówić zaczął:
- Jakim sposobem list ten dostał się w moje ręce, mniejsza o
to! Po prostu trafem. Takie trafy są bardzo pospolite, a to tylko
mają w sobie dobrego, że kładą czasem koniec oszustwu i - podłości.
Kranicki, ciągle blady bardzo i tylko z czerwonemi plamami
wybijającemi się na czoło, nagle bardzo postarzałe, postąpił kilka
kroków i stanął naprzeciw Darwida, okrągłym tylko stołem od niego
rozdzielony. Stłumionym głosem, ale czarne, rozżarzone oczy śmiało
w twarz Darwida wlepiając, przemówił:
- Oszustwo! podłość! łatwo to powiedzieć! Czy pan nie
wiedział o tem, że żona pana była w pierwszej młodości naszej
prawie narzeczoną moją?
Darwid, ustami zalanemi ironią, odpowiedział:
- Którą pan opuścił z rozkazu mamy, posyłającej pana do
stolicy po złote runo...
- A kiedy pan po swoje jeździł na krańce świata -
odpowiedział Kranicki - uznał pan za stosowne pozostawić mię na
straży kobiety, którą niegdyś kochałem. Uważał się pan za
niezwyciężonego nawet wtedy, gdy dzieliły ją z panem setki albo
tysiące mil...
- Przerwijmy tę śmieszną dyskusyę... - zaczął Darwid.
- Co do mnie - żywo wtrącił Kranicki - kończę ją
ofiarowaniem panu satysfakcyi takiej, jakiej tylko pan ode mnie
żąda. Oczekuję świadków pana...
Darwid zaśmiał się głośno, ostro.
- Pojedynek! Czy pan myśli, że świat o przyczynie jego
wiedzieć nie będzie? Jak wyszła na tem pańska dawna narzeczona...
mniej dbam, chociaż dbać muszę, bo nosi moje nazwisko, ale mam
córki i interesy...
Milczał chwilę, potem dokończył:
- Skandal mógłby zaszkodzić moim interesom, a najpewniej
zaszkodziłby przyszłości moich córek... Dlatego ani wyzwę pana na
pojedynek, ani lokajom swoim obić nie rozkażę!
Drgnienie wstrząsnęło Kranickim od głowy do stóp, jakby pod
dotknięciem ciosu; wyprostował się, zmężniał, i zmiąwszy w dłoni
trzymany dotychczas czek bankowy, tą papierową kulą tak celnie w
twarz Darwidowi rzucił, że odbiła się o początek miedziano-rudych
faworytów i stamtąd pod stopy mu upadła. Potem z ruchami
elastycznymi i pełnymi nieświadomej i niepospolitej już gracyi,
zwrócił się ku drzwiom i wyszedł. Darwid pozostał sam. W pokoju
obszernym, wysokim, bogato przybranym, w obfitem świetle
drogocennej lampy, pozostał sam, i obu rękoma objąwszy pochyloną
głowę, białymi, suchymi palcami ścisnął ją, jak kleszczami. Ileż
zgryzot i niepokojów spotkało go tu, po nieobecności długoletniej!
Znajdowało się wśród nich coś potężniejszego, nawet nad zgryzotę i
niepokój. Kłąb wężów przewalał się mu w piersiach i pełzł pod
gardło. Był to ból, zmieszany z uczuciem nieznośnego niesmaku. Ale
Darwid unikał wyrażeń górnobrzmiących i nie powiedziałby, ani
pomyślał nigdy: ból, niesmak. To sposób mówienia poetów i
próżniaków. On, człowiek żelaznej pracy, znał tylko słowa:
zgryzota, niepokój, kłopot. Co on teraz uczyni z tą kobietą?
Przepędzić ją jak zwierzątko, które przez właściciela swego w mleku
i miodzie kąpane do krwi go ukąsiło? Niepodobna. Dzieci, zwłaszcza
córki, interesy, stanowisko - dom... Skandale wszechstronnie są
szkodliwe. Więc żyć z nią dalej pod jednym dachem, spotykać się z
widokiem jej twarzy, jej oczu... tych oczu, które jednak dawniej,
niegdyś, były dla niego... Tak, inaczej nie można. Trzeba będzie
znosić to i tylko panować nad sobą, mocno panować aby do żadnych
scen, wyrzutów, eksplikacyi, nie dopuścić. Naturalnie, żadnych
scen, kłótni, tłómaczeń. Bo naprzód, na co się to przydać może?
Daremny tylko wydatek energii, której mu tyle potrzeba! A potem,
najlepszą karą dla tej kobiety będzie właśnie to niezłomne
milczenie, które pomiędzy nią a sobą postawi, jak ścianę
nieprzebytą. Ze słów, choćby jak miecze siękących, może jeszcze
dobyć się jakiś dźwięk, jakaś iskra nadziei lub wybawienia, ale
milczenie, z utajoną w niem świadomością tego, co zaszło, to grób,
w który codziennie, od początku do końca dnia, kłaść się będzie i
duma tej kobiety i wszystko, co w niej jeszcze ludzkiego pozostać
mogło. Wzgarda jak grób milcząca. Będzie jadła jego miliony,
zmieszane z jego wzgardą, będzie stroiła się w jego miliony,
przetkane jego nienawiścią. Nienawiścią? O! niezawodnie. Nienawidzi
ją namiętnie, bez granic i tylko czasem, czasem, imię jej dziwnie
kołace mu po mózgu takimi dźwiękami, jakby to były echa rzeczy
bardzo drogich, ubiegłych i nieodżałowanych. Czy podobna? Czy
podobna, aby to czyniła ona, Malwina, ta niegdyś dzieweczka
idealna, a potem, przed dziesięciu jeszcze laty kobieta tak
kochająca, że gdy odjeżdżać miał na długo, z płaczem rzuciła mu się
do kolan, błagając, aby nie odjeżdżał! Scenę tę pamięta doskonale.
Jej włosy, mające kolor bladego złota, w nieładzie rozsypały się
wówczas po piersi, plecach... pyszne włosy, w których oprawie łzy,
zalewające twarz, świeciły jak brylanty!...
Podniósł głowę, wyprostował się. Co za głupstwo! Na jakie
sentymenty i egzaltacyę traci on czas i energię! Potrzebuje ich
przecież na co innego. Potrzebuje skupić wszystkie siły, aby do
pożądanego celu doprowadzić nowe swoje zamiary. Dlaczego ten ogar
nie ukazuje się dotychczas i pożądanej wieści nie przynosi? Ach,
gdyby mu się udało zdobyć godzinę, jedną tylko godzinę tej rozmowy,
przekonałby, podbił, współzawodników zwyciężył i nowe pole pracy i
spekulacyi w wyłączne posiadanie swe zagarnął! Są przeszkody,
intrygi, konkurencye niebezpieczne, wie o tem i to właśnie
najbardziej go podnieca. Teraz zwłaszcza, przy tych zgryzotach i
niepokojach, to zwycięstwo i ta nowa praca byłyby mu łyżką haszyszu
i szklanką mocnego, pokrzepiającego wina. Trzeba pojechać do
resursy. Gra w karty, której tam często kilka godzin nocnych
poświęca - nic osobliwie przyjemnego, ale grywa z ludźmi wysoko
stojącymi w świecie, albo takimi, którzy mu dla interesów są
potrzebni. Znajdzie też tam może i tego człowieka, którego od dni
już kilku oczekuje nadaremnie.
Wyciągnął rękę do guzika elektrycznego dzwonka, gdy za
portyerą, nawpół osłaniającą drzwi w głąb mieszkania prowadzące,
ozwał się głos cienki i nieśmiały, trudno było rozpoznać odrazu czy
dziecinny, lub dziewczęcy:
- Można wejść?
Darwid spiesznie postąpił ku drzwiom, spiesznie też mówiąc:
- Można! Można.
Jednocześnie, z czarnej ciemności, która zalegała salon
sąsiedni, na obfite światło napełniające gabinet, wysunęła się
dziewczynka piętnastoletnia, w jasnej sukni, bardzo wysoka i bardzo
szczupła, cienka w pasie, z piersią wązką. Ogromny warkocz barwy
bladego złota, zdawał się ciężarem swym odginać nieco w tył jej
małą, zgrabną głowę; drobna, okrągła twarz miała rumieniec
wiosenny, usta wiśniowe i pod łukami brwi ciemnych duże, ciemne
oczy. Tuż za rąbkiem jasnej sukni tego dziecka toczyło się
stworzonko niewielkie i kudłate, kulka z popielatych jedwabiów,
piesek pinczerek.
- Karo! - zawołał Darwid - przyszłaś przecie, maleńka! Tyle
razy ci mówiłem: wchodź zawsze śmiało! Jakże się czujesz? Nie
bardzo dziś kaszlałaś? Odbyłaś codzienną przejażdżkę? Z kim
jeździłaś? Z miss Mary, czy z Ireną? Chodź, chodź, usiądź tu, na
fotelu.
Trzymał jej drobną rękę w swojej i prowadził ją ku stołowi,
otoczonemu fotelami. W ruchach jego było coś uprzedzającego i
wytwornego: jakby grzeczność dla osoby bardzo miłej a mało znanej,
posunięta do tego stopnia, na którym otrzymuje nazwę galanteryi.
Łączyło się z nią uczucie uciechy. Ona, także ucieszona i
uśmiechnięta, była jednak spłonioną i zmieszaną. Drobnym krokiem
obok niego postępując, co chwila nizko pochylała się ku jego ręce i
składała na niej pocałunek. Było to, pełne nieśmiałego wdzięku,
wpół swawolą. Oboje wyglądali na ludzi bardzo ucieszonych ze
spotkania, ale zostających z sobą w stosunku ceremonialnym.
Przyjmował ją w gabinecie swoim jak królewnę, posadził na fotelu,
poczem, usiadłszy bardzo blizko, ręce jej zatrzymał w swoich.
Pomiędzy nimi, na brzeżku sukni swojej pani, usiadł w postawie
zaniepokojonej i niepewnej pinczerek z popielatą siercią; znać
było, że nie był przyzwyczajony do znajdowania się w tem miejscu.
Ona także, z wyrazem nieśmiałej szczęśliwości na rozwartych w
uśmiechu ustach, wodziła wzrokiem po sprzętach i ścianach, niepewna
czy ma mówić, nie wiedząc może co mówić. Trzymała się bardzo
prosto; drobna jej ręka nieruchomo spoczywała w obu ojcowskich
dłoniach. Nakoniec, cichutko przemówiła:
- Tak mi tęskno było do ciebie, ojczulku, tak chciałam
porozmawiać z tobą, że... przyszłam.
- Wybornie zrobiłaś, maleńka. Dlaczego nie przychodzisz
częściej? Ilekroć przyjdziesz, zrobisz mi zawsze wielką
przyjemność.
Mówiąc, patrzał ciągle w twarz jej, prawie dziecinną. Tak
podobną była do matki, że poprostu odradzała się w niej młodość
Malwiny. Tylko, że Malwina, w czasie gdy ją poznał, była znacznie
starszą; ale te same włosy bardzo jasne i oczy z ciemną brwią i
źrenicą, ten sam wykrój czoła. Z pogłębionym snopem zmarszczek
pomiędzy brwiami, powtórzył:
- Dlaczego nie przychodzisz częściej?
- Jesteś, ojczulku, zawsze tak zajęty! - szepnęła.
- Więc cóż? - spiesznie i szorstko odpowiedział. -
Powiedziałaś to z wyrzutem w głosie. Czy zajęcia moje są
występkiem? Praca, owszem, jest zasługą, wartością człowieka.
Dzieci moje wyżej niż ktokolwiek cenić powinny moją pracę, bo
pracuję dla nich zarówno, albo i więcej jeszcze, niż dla siebie!
Ani spodziewał się mówić do tego dziecka głosem tak
szorstkim i z taką chmurą na czole; ale przyszło mu to skądciś, z
wewnątrz, z dalekiego uczucia czegoś, czemu dotychczas nigdy w oczy
nie spojrzał. Wszakże on tej dziewczynki prawie nie znał! Gdy po
raz ostatni odjeżdżał, była dzieckiem; teraz zupełnie prawie
dorosła. A ona, w mgnieniu oka zsunęła się z nizkiego fotelu na
kobierzec, i klęcząc, ze splecionemi rękoma, prędko, gorąco mówić
zaczęła:
- Dziecko twoje na klęczkach przed tobą, tateczku. Kiedy
byłeś daleko, czciło cię, wielbiło, tęskniło do ciebie; gdy
powróciłeś, kocha cię bardzo, nad wszystko...
Tu odwróciła się i zdjęła z sukni kulkę popielatego
jedwabiu, która wtaczała się jej na plecy.
- Idź sobie, Puf, idź sobie! Nie mam teraz czasu dla ciebie.
Odepchnęła pieska, który o kilka kroków na kobiercu usiadł.
Darwid uczuł, że ze słów córki spłynął mu w piersi strumyk miłego
ciepła; ale z zasady nie lubił uniesień i nadewszystko cenił
powściągliwość w uczuciach i ich objawach. Podniósł obu dłońmi
chylącą mu się do kolan głowę dziewczynki.
- Nie unoś się, nie egzaltuj. Spokój jest rzeczą piękną i
konieczną; bez spokoju, żaden rachunek nie może być dokładnym, ani
żadna praca dobrze wykonaną. Twoje przywiązanie uszczęśliwia mię,
ale uspokój się, wstań z klęczek, usiądź wygodnie...
Złożyła ręce, jak do modlitwy.
- Pozwól mi tak zostać, tateczku, u kolan twoich. Marzyłam,
że gdy powrócisz, będę mogła często, długo rozmawiać z tobą, o
wszystko cię zapytać, o wszystkiem się dowiedzieć...
Zakaszlała. Darwid ogarnął ją ramieniem i nie podnosząc z
klęczek, do piersi przycisnął.
- Widzisz! kaszlesz jeszcze! Czy często tak bywa? No, nie
mów nic, nie mów! niech przejdzie! Czy zazwyczaj przechodzi prędko?
Przeszło. Przestała kaszlać, zaśmiała się. Zęby, jak perły,
błysnęły wśród warg purpurowych. W stalowych źrenicach Darwida
przemknął błysk zachwycenia.
- Przeszło już!... nie często kaszlę, czasem tylko. Zdrowa
jestem zupełnie. Byłam bardzo chora, wtedy, kiedy to przeziębiłam
się przy otwartem oknie, kiedy tatusia jeszcze tu nie było...
- Wiem, wiem. Egzaltowana główka wymyśliła otworzyć okno
śród zimowej nocy, aby przypatrzyć się, jak wygląda przy księżycu
ogród zasypany śniegiem...
- Drzewa, tateczku, drzewa! - żywo i śmiejąc się podjęła: -
nie cały ogród, lecz drzewa, które przy księżycu, śniegiem i
szronem okryte, wyglądają jak słupy marmurowe, alabastrowe,
kryształowe, brylantami osypane, koronkami obwieszone i byle
najmniejszy wietrzyk powiał, sypiące na ziemię deszcze pereł...
- Wielki Boże! - zawołał Darwid: - marmury, alabastry,
koronki, brylanty, perły! Ależ tego wszystkiego w rzeczywistości
niema! Są tylko suche pnie i gałęzie, śnieg i szron. To egzaltacya!
A widzisz, jak zgubną być może! Ona to przyprawiła cię o ciężkie
zapalenie płuc, którego ślady dotychczas jeszcze nie przeszły.
- Przeszły już, tateczku! - z lekceważeniem, odpowiedziała,
a potem z powagą zaczęła mówić: - Mój tateczku, czy uwielbiać coś
bardzo pięknego, albo kochać kogoś bardzo, z całej siły, to
egzaltacya? Jeżeli tak, to ja jestem egzaltowaną, ale gdyby tej
egzaltacyi nie było, to pocóż żyć?
Wyraz zdumienia, zamyślenia, rozwagi napełnił jej oczy i
okrył drobną twarz, ze świeżości do polnej róży podobną. Gestem
zdziwienia roztworzyła ręce i powtórzyła:
- Pocóż żyć?
Darwid zaśmiał się.
- Spostrzegam, że masz trochę przewróconą główkę, ale
dzieckiem jesteś jeszcze, więc to przejdzie.
Suchą dłonią głaszcząc jej blado-złote włosy, mówił dalej:
- Uwielbienie, kochanie i tym podobne rzeczy natury
uczuciowej są bardzo piękne, bardzo miłe, ale nie powinny stać na
pierwszem miejscu...
Słuchała tak chciwie, że aż wargi jej rozwarły się nieco i
jak posąg znieruchomiała.
- A co, tateczku, stać powinno na pierwszem miejscu?
Darwid nie zaraz odpowiedział. Co? Co stać powinno na
pierwszem miejscu?
- Obowiązek - wymówił.
- Jaki obowiązek, tateczku?
Znowu milczał chwilę. Jaki obowiązek? No, jakiż obowiązek?
- Naturalnie, że obowiązek pracy, żelaznej pracy...
Rumieńce jej wzmagały się; była cała ciekawością, chciwością
usłyszenia słów ojcowskich.
- Pracy, dlaczego? Ojczulku!
- Jakto: dlaczego?
- W jakim celu? W jakim celu? bo przecież nikt tak sobie,
dla samego pracowania nie pracuje! W jakim celu?
W jakim celu? Jakże to dziecko pytaniami swemi przypierało
go do muru! Z wahaniem w głosie odpowiedział:
- Cele bywają rozmaite...
- A ty, tateczku, w jakim celu pracujesz? - z chciwą
ciekawością podchwyciła.
Bardzo dobrze wiedział, w jakim celu przedsięwziąć teraz
pragnął olbrzymią pracę wznoszenia mnóstwa gmachów dla
pomieszczenie wojska, ale mógłże to temu dziecku tłómaczyć?
Tymczasem, ciemne oczy tego dziecka tkwiły w jego twarzy, nagląc do
odpowiedzi.
- Cóż? - rzekł - ja... mnie praca daje znaczne, czasem
ogromne zyski...
- Pieniądze? - zapytała.
- Pieniądze.
Uczyniła głową ruch, oznaczający, że o tem wiedziała już
oddawna.
- Ale ja - zaczęła - gdybym chciała pracować, nie
wiedziałabym dlaczego... Dlaczego, w jakim celu ja pracowaćbym
mogła?
Zaśmiał się.
- Ty pracować nie potrzebujesz; ja czynię to za ciebie i dla
ciebie...
Teraz, z głośnym, jak gama, śmiechem, zawołała:
- Tateczku! więc cóż? Wielbić, kochać to egzaltacya...
obowiązek to praca, a pracować nie trzeba, więc cóż?
Znowu ze zdziwieniem, z pytaniem rozłożyła drobne ręce; oczy
jej płonęły, wargi drgały. Darwid z wyrazem przykrego uczucia na
twarzy, po zegarek sięgnął.
- Nie mam czasu - rzekł - muszę jechać do resursy...
W tejże chwili lokaj we drzwiach od przedpokoju oznajmił:
- Książę Zenon Skirgiełło.
Na twarz Darwida wybuchnęło uradowanie. Kara zerwała się z
klęczek i oglądając się, zawołała:
- Puf! Puf! chodźmy, piesku! chodźmy!
- Gdzie jest książę? - spiesznie zapytał Darwid - tu już,
czy w powozie?
- W karecie - odpowiedział lokaj.
- Proś! proś!
W uradowaniu, które sprawiło mu niespodziane w tej porze
przybycie księcia, nie spostrzegł wyrazu żalu, który okrył twarz
Kary. Podnosząc z ziemi pieska i ramieniem przytrzymując go u
piersi, szepnęła:
- Już trzeci, czy czwarty raz... już nie wiadomo który raz!
Darwid zwrócił się ku niej:
- Możesz zostać! Przecież znasz księcia...
- O, nie, tateczku! uciekam... jestem nieubrana!
Suknia jej biała w błękitne kropki miała formę szlafroczka i
warkocz był nieco potargany. Z pieskiem na ręku biegła ku drzwiom,
za któremi panowała ciemność.
- Poczekaj! - zawołał Darwid i wziął jedną ze świec,
palących się na biurku w wysokich świecznikach. - Książę powoli
wchodzi na schody. Poświecę ci w przejściu przez ciemne pokoje.
Mówiąc to, wszedł razem z nią do sąsiedniego salonu, a gdy
go przebywali, ona, idąc obok niego z pieskiem na ręku i drobnym
krokiem, nadającym jej wysokiej postawie wdzięk dzieciństwa,
powtórzyła:
- Już może czwarty raz... niewiadomo który raz tak się
staje!
- Co się staje?
- Gdy tylko zacznę rozmawiać z tobą, tateczku, paf! coś
przeszkodzi!
- Cóż robić? - z uśmiechem odpowiedział - skoro ojciec twój
nie jest pustelnikiem, ani drobnym pionkiem na wielkiej szachownicy
tego świata...
Szli spiesznie i drugi już salon przebywali. Płomyk świecy,
przez Darwida niesionej, krzesał przelotne błyski w pozłotach i
politurach ścian i sprzętów. Były to jakby gnomki figlarne
ukazujące się i znikające w ciszy, ciemności i pustce. Darwid
pomyślał:
- Jak tu ciemno i pusto!
Karolcia, jakby tę myśl odgadła, rzekła:
- Mama i Ira są dziś na proszonym obiedzie u...
Wymieniła nazwisko jednego z potentatów świata finansowego i
dodała:
- Potem przyjadą, aby zmienić toaletę i pojadą do teatru.
- A ty? - zapytał Darwid.
- Ja? Nie bywam jeszcze w świecie, a w teatrze doktor
jeszcze bywać mi zabrania. Będę czytała, albo rozmawiała z miss
Mary i bawiła się z Pufem.
Pogładziła dłonią jedwabistą głowę pieska. Darwid we
drzwiach trzeciego salonu stanął i podał jej świecznik, od którego
ciężaru ugięło się trochę jej szczupłe ramię.
- Idź dalej sama. Spieszyć muszę do księcia.
Nachyliła się do rąk jego, okryła je mnóstwem spiesznych,
gorących pocałunków i z płomykiem świecy przed różową twarzą, z
pieskiem u piersi, z osuwającym się na plecy blado-złotym
warkoczem, poszła w ciemność. Darwid zwrócił się w inną stronę
ciemności, a gdy spiesznie przebywał dwa duże salony, doświadczył w
mgnieniu oka takiego uczucia, jakby z tyłu, z przestrzeni, kładł
się mu na plecy jakiś ciężar. Obejrzał się. Nic, tylko cisza,
ciemność i pustka.
- Głupstwo! trzeba kazać mieszkanie oświetlać! - pomyślał i
wbiegł do gabinetu, gdzie z ruchami trochę nazbyt elastycznymi, z
uśmiechem przymilnym, z wielokrotnem oświadczeniem, że czuje się
szczęśliwym, powitał księcia, człowieka lat średnich,
powierzchowności przyjemnej, uprzejmego i mównego. Gdy obaj na
wielkich fotelach zasiedli, książę objawił cel swej wizyty, którym
było zaproszenie Darwida na zabawę myśliwską, mającą wkrótce odbyć
się w jego dobrach. Darwid przyjął zaproszenie z objawami uciechy,
trochę zanadto spiesznymi i gorącymi. Ale on nigdy nie umiał wobec
tych ludzi wysoko urodzonych tak dobrze, jak wobec innych miarkować
swoich słów i poruszeń. Czuł to sam, ale nie umiał. Znajdował się
wobec nich pod wpływem jednej ze swych namiętności i porywała go
ona. Książę mówił o młodym rzeźbiarzu, którego talent wysoko cenił,
a który wprost od Darwida udał się do niego i opowiedział o
wszystkiem, co tu słyszał i czego doświadczył.
- Byłem prawdziwie rozrzewniony dobrocią pana dla tego
genialnego chłopca i ucieszony, że zdobył on sobie w panu tak
wspaniałomyślnego protektora.
Darwid pomyślał, że jednak strzały jego zawsze do celu
trafiały. Postępkowi swemu z młodym rzeźbiarzem winien był zapewne
i tę wizytę niejako nadetatową księcia i zaproszenie. Z uśmiechem,
w którym miód się rozlewał, mówić zaczął:
- Młodzieniec ten wydaje się bardzo chorym. Wyjazd do
klimatu przyjaźniejszego mógłby go jeszcze uratować. Starać się też
będę, aby nie odrzucił środków pieniężnych, które mam zamiar
ofiarować mu w tym celu. Przewiduję opór, ale uczynię wszystko
możliwe, aby go przełamać, ze względu na dobro sztuki i przez
współczucie dla młodzieńca, który obok wielu przymiotów
sympatycznych posiada ten jeszcze, że cieszy się wyjątkową
życzliwością księcia.
Gdyby mógł, byłby samego siebie za frazes ten pocałował, tak
uczuł się z niego zadowolonym, zwłaszcza, gdy książę z uniesieniem
odpowiedział:
- Otóż to jest w całem znaczeniu pięknie mówić i pięknie
czynić! W sposób prawdziwie wspaniały używa pan darów fortuny.
- Nie fortuny, książę, nie fortuny! - zawołał Darwid - lecz
pracy żelaznej!
Książę z żywością odpowiedział:
- Tacy pracownicy, jak pan, to rycerze dzisiejszego świata,
nowożytni Dugueschn'y i Cydowie!
Wstał i ściskając ręce Cyda, zapisywał w jego pamięci
niedaleką już datę zabawy myśliwskiej. Był to arystokrata
najczystszej krwi, posiadający popularność szeroką i dość
zasłużoną. Darwid promieniał. Towarzysząc księciu do drzwi
przedpokoju, wyglądał tak, jak gdyby nigdy żaden kłąb wężów nie wił
się w jego piersi, dyszącej teraz uciechą i dumą. U drzwi książę
zatrzymał się jeszcze, coś sobie przypomniał.
- Niech pan przebaczy niedyskrecyę zapytania, ale interesuje
mię to niezmiernie. Ile jest prawdy w pogłosce, obiegającej miasto,
że baron Emil Blauendorf będzie miał zaszczyt otrzymać wkrótce rękę
starszej córki pana?
Wyraz twarzy Darwida uległ nagłej zmianie; stał się ostrym i
surowym.
- Gdyby jaka część prawdy mieściła się w tej pogłosce -
odpowiedział - usiłowałbym zniszczyć ją razem z pogłoską.
- I miałby pan słuszność! miałby pan zupełną słuszność! -
zawołał książę.
Zarazem przychylił usta prawie do ucha jego i szepnął:
- Niema takiego paktolu, któregoby taki jelonek, jak baron
Emil, wypić nie zdołał. To prawdziwy pożeracz fortun. Już połknął
jedną i pół...
Zaśmiał się i zaraz z uprzejmością niezmierną dodał:
- Syna pańskiego widuję często... Przedstawił go nam przed
rokiem ten poczciwy Kranicki i jesteśmy mu za to, ja i żona moja,
bardzo, bardzo wdzięczni... Sympatyczny, piękny, wysoce
inteligentny młodzieniec! Czyni panu honor, czyni honor!
Wyszedł. Darwid stanął przy okrągłym stole, zamyślony, ze
szpilkami ironii w uśmiechu i oczach, z chmurą zmarszczek pomiędzy
brwiami. Młody rzeźbiarz, ulubieniec księcia, w odzieży prawie
dziurawej, swobodnie dostawał sobie suchot, aż zjawił się
parweniusz, sakiewką swą wyręczył kieszeń arystokraty i w zamian -
otrzymał wizytę i zaproszenie. Oto znaczenie pieniędzy! Prawie
wszechmoc... Cha, cha, cha!
Porwał go śmiech wewnętrzny i w mózgu zaszumiał wyraz:
"Nędza! nędza!"
Co właściwie nazywał nędzą? Nie zdawał sobie jasnej sprawy,
ale przenikało go jej poczucie. Usłyszał znowu księcia, mówiącego:
"Ten poczciwy Kranicki" i fala krwi zalała mu czoło. Wszystko, o
czem na chwilę zapomniał, wróciło do pamięci, w uszach brzmiał głos
księcia: "Ten poczciwy Kranicki!" Sam kilka razy powtórzył
świszczącym szeptem: "poczciwy! poczciwy!" I zaraz znowu dodał:
- Nędza!
Albo ten baron Emil, jelonek zdolny do wyżłopania mnóstwa
paktolów! I on to miałby posiąść rękę jego córki, znaczną część
jego fortuny, zdobytej żelazną pracą? Czy Irena w nim się kocha?
Ależ to wibryon, pomieszany z małpą! Trzeba będzie i o tej sprawie
rodzinnej pomyśleć, aby nie stało się nieszczęście. Wzrokiem
spotkał się z drzwiami, za któremi stała gruba, cicha, nieruchoma
ciemność. Wyglądało to, jak okno otwarte na wielką i
nieprzeniknioną tajemnicę.
- Trzeba kazać oświetlać mieszkanie - pomyślał i w tejże
chwili usłyszał głuchy turkot karety, w bramę domu wjeżdżającej.
Przycisnął guzik elektrycznego dzwonka.
- Czy to pani przyjechała?
- Tak, jaśnie panie.
- Powiedz woźnicy, aby zaczekał. Zawiezie mię do resursy.
Kiedy wychodzący lokaj drzwi otwierał, do gabinetu, jak szum
wiatru, wpadł szelest jedwabiów. Dwie długie, jedwabne suknie
przesunęły się po podłodze przedpokoju i posunęły dalej, w
ciemność, napełniającą salony, a rozpraszaną przez światło lampy,
którą niósł wyprzedzający je z uniżonością lokaj.
Przez to światło wywoływane błyszczące gnomki skakały po
złoceniach i politurach ścian i sprzętów, wybiegały z ciemności,
kryły się w niej znowu, zapalały się i gasły na pochylonych
czołach, spuszczonych powiekach, milczących ustach dwóch pięknych,
wystrojonych, posępnych kobiet.