Argentyńczyk, który przypłynął na cedrowej desce - Morten Vittrup

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (14,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wy­bór

Gdy tylko jajka wy­lą­do­wały w go­tu­ją­cej się wody, So­fía za­częła od­ma­wiać credo.

- Wie­rzę w Boga, Ojca Wszech­mo­gą­cego, Stwo­rzy­ciela nieba i ziemi, i w Je­zusa Chry­stusa, Syna Jego je­dy­nego, Pana na­szego, który się po­czął z Du­cha Świę­tego, na­ro­dził się z Ma­ryi Panny, umę­czon pod Ponc­kim Pi­ła­tem, ukrzy­żo­wan, umarł i po­grze­bion. Zstą­pił do pie­kieł, trze­ciego dnia zmar­twych­wstał. Wstą­pił na nie­biosa, sie­dzi po pra­wicy Boga Ojca Wszech­mo­gą­cego. Stam­tąd przyj­dzie są­dzić ży­wych i umar­łych. Wie­rzę w Du­cha Świę­tego, święty Ko­ściół po­wszechny, świę­tych ob­co­wa­nie, grze­chów od­pusz­cze­nie, ciała zmar­twych­wsta­nie, ży­wot wieczny. Amen.

Wy­jęła pła­ski gli­niany pół­mi­sek z jed­nej z licz­nych pó­łek ku­chen­nych, wy­tarła go ścierką i po­sta­wiła na bla­cie obok ku­chenki. Rzu­ciła okiem na okno, za któ­rym mięk­kie ka­skady wio­sen­nego desz­czu pa­dały na krzaki la­wendy w klasz­tor­nym ogro­dzie. Przy pniach drzew utrzy­my­wała się wciąż po­ranna mgiełka.

Skoń­czyw­szy credo, za­brała się do Oj­cze nasz. Gdy do­szła do po­łowy dru­giego razu, do kuchni zaj­rzała sio­stra Ma­ria Án­ge­les i ski­nie­niem głowy przy­wi­tała się z So­fíą. Nie chciała prze­szka­dzać jej w mo­dli­twie, otwo­rzyła tylko że­liwne drzwiczki pieca pod ku­chenką, by do­rzu­cić kilka po­lan do roz­ża­rzo­nego jak pie­kło pa­le­ni­ska. Gdyby sio­strzycz­kom z klasz­toru San Luis trzeba było przy­po­mnieć, co na nie czeka w pie­kle, wy­star­czyło otwo­rzyć piec.

W kuchni pa­no­wało za­wsze nie­zno­śne go­rąco, gdy piec był roz­pa­lony, szcze­gól­nie w tak cie­płe dni jak ten. Wiel­ka­noc w tym roku wy­pa­dała późno, do­piero na po­czątku kwiet­nia.

Od­mó­wiw­szy pięć razy Oj­cze nasz, So­fía drew­nianą łyżką wy­ło­wiła jajka z wody, jedno po dru­gim, i ostroż­nie uło­żyła je na gli­nia­nym pół­mi­sku. Matka wbiła jej do głowy, że przy go­to­wa­niu ja­jek jedno credo i pięć Oj­cze nasz ni­gdy nie za­wo­dziło, gwa­ran­to­wało za­ra­zem wła­ściwy czas go­to­wa­nia, jak i za­cho­wa­nie spo­koju du­cha.

Z pół­mi­skiem w ręku prze­szła przez ja­dal­nię i wkro­czyła do wschod­niego skrzy­dła. Le­żeli tu umie­ra­jący, nie­ule­czal­nie cho­rzy i ci z de­men­cją. Cho­rzy na cho­roby ule­czalne, pa­cjenci z ty­fu­sem, ła­god­nym za­pa­le­niem oskrzeli, po­lio czy za­pa­le­niem płuc le­żeli na pierw­szym pię­trze, bo o wła­snych si­łach nie mo­gli się po­ru­szać po scho­dach.

W sali sy­pial­nej strop był ni­ski i pod­party bel­kami. Po­kryte brą­zem krzyże strze­gły każ­dego łóżka, ściany były prak­tycz­nie na­gie, z wi­docz­nymi śla­dami wil­goci. Źró­dło świa­tła za­pew­niały jedna je­dyna ża­rówka, duże prze­szklone drzwi z że­la­znymi szpro­sami i łu­kowe okno na prze­ciw­le­głej ścia­nie sali. Na bocz­nych ścia­nach też znaj­do­wały się okna, ale przez więk­szość czasu za­sła­niały je ma­sywne okien­nice, chro­niące po­miesz­cze­nie przed naj­gor­szym skwa­rem.

Prze­ory­sza na­mó­wiła jed­nego z ro­bot­ni­ków o dłu­giej li­ście grze­chów, by tuż przy drzwiach za­mon­to­wał umy­walkę. Dzięki niej w sali można było przy­naj­mniej prze­my­wać rany i prze­płu­ki­wać opa­trunki. So­fía po­sta­wiła pół­mi­sek z jaj­kami na szafce pod umy­walką. Sio­stry prze­cho­wy­wały w niej mied­nice, ba­weł­niane pie­lu­chy i ba­seny; opiaty i wszyst­kie inne leki trzy­mano pod klu­czem w ko­mórce na par­te­rze.

Zwy­kle o po­ranku pa­cjen­tom w San Luis nie po­da­wano ja­jek, ale tym ra­zem prze­ory­sza na to ze­zwo­liła. W końcu to Wiel­ka­noc. Na­wet umie­ra­jący ma prawo do jed­nego świą­tecz­nego jajka - ar­gu­men­to­wała So­fía.

Pierw­szym pa­cjen­tem, który otrzy­mał jajko, był Pa­blo Her­rera, wie­rzący stary pra­cow­nik od­lewni o ka­pry­śnym or­ga­ni­zmie, który nie mógł się zde­cy­do­wać, czy Pa­bla wy­koń­czy de­men­cja, czy za­pa­le­nie oskrzeli. So­fía otarła mu pot z czoła, usu­nęła z jego piersi szmatkę z wy­ka­słaną flegmą, wy­tarła mu brodę i po­ło­żyła czy­sty gał­ga­nek na sto­liku noc­nym przy łóżku. Po­tem po­mo­gła męż­czyź­nie usa­do­wić się w wózku in­wa­lidz­kim i po­wio­zła go w stronę prze­szklo­nych drzwi. Wy­cho­dziły na klasz­torną log­gię, ale ze względu na deszcz pa­da­jący tego dnia So­fía uznała, że le­piej, by po­zo­stały za­mknięte.

- Miałby pan ochotę na świą­teczne jajko? - Nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, otwo­rzyła za­ci­śniętą pięść starca i po­ło­żyła mu jajko na dłoni, zu­peł­nie tak, jak by to uczy­niła z ró­żań­cem.

Do­ko­nała po­spiesz­nego ob­chodu wzdłuż wszyst­kich ścian. Łóżka, dzie­więć po każ­dej stro­nie, znacz­nie się od sie­bie róż­niły po­cho­dze­niem i wy­glą­dem. Nie­które były wy­so­kie, inne ni­skie. Jedne wy­ko­nano z ma­syw­nego drewna, dru­gie z cien­kiego za­rdze­wia­łego me­talu, część przy­twier­dzono na stałe do pod­łogi, po­zo­stałe zaś można było prze­su­wać w za­leż­no­ści od po­trzeb. Każde było po­słane po­żół­kłą po­ścielą i przy każ­dym stała szafka nocna.

So­fía przy­kła­dała dłoń do czoła pa­cjen­tów, by spraw­dzić im tem­pe­ra­turę, na­stęp­nie na chwilę od­chy­lała koł­drę, by się upew­nić, czy nie nad­szedł czas zmiany spodni lub pie­luch. Przy­tom­nych cho­rych ob­da­rzała uśmie­chem i po­zdro­wie­niem, a za­raz po­tem czę­sto­wała jaj­kiem na twardo. Nie­wiele wię­cej mo­gła zdzia­łać. Nie dla­tego, że sio­stry nie pra­gnęły ra­to­wać swo­ich pa­cjen­tów - tych z de­men­cją, po­tę­pio­nych, od­rzu­co­nych i nie­szczę­śli­wych - ale z tego po­wodu, że środki Ko­ścioła były nie­współ­mierne wo­bec am­bi­cji opie­ku­nek. Pe­ni­cy­lina, an­ty­bio­tyki, mor­fina i ko­de­ina sta­no­wiły do­bra luk­su­sowe, trzy­mane pod klu­czem. Poza tym w San Luis nie dys­po­no­wano pod­sta­wową wie­dzą me­dyczną. Sio­stry le­czyły prze­cież du­sze, nie ciała.

So­fía i osiem za­kon­nic mo­gły z re­guły tylko mo­dlić się za pa­cjen­tów, ewen­tu­al­nie spra­wić, by za­ci­snęli dło­nie na ró­żańcu, i przy­po­mnieć im, jak się nim po­słu­gi­wać, po­sma­ro­wać pod no­sem spo­rzą­dzoną do­mo­wym spo­so­bem po­madą men­to­lową lub otrzeć ich twa­rze wodą ró­żaną, by woń nie­do­my­tego ciała są­siada lub odór wy­chodka znaj­du­ją­cego się na końcu klasz­tor­nego ogrodu nie prze­szka­dzały cho­rym w walce ze śmier­cią.

Ci zaś le­żeli w pół­mroku, cze­ka­jąc, aż sta­rość, ty­fus, gruź­lica, po­lio, szkar­la­tyna, nie­do­ży­wie­nie, brak chęci do ży­cia czy któ­raś z tu­zina in­nych plag na­wie­dza­ją­cych Hisz­pa­nię wy­zwoli ich z nie­doli i za­bie­rze do Ojca w Kró­le­stwie Nie­bie­skim.

Wie­dza me­dyczna była w San Luis atry­bu­tem jed­nego je­dy­nego le­ka­rza - star­szego pana, który, jak wieść nio­sła, za­po­wia­dał się nie­gdyś na wy­jąt­kowo obie­cu­ją­cego chi­rurga, do­póki na­pad nie­kon­tro­lo­wa­nych drga­wek nie po­grze­bał tej ka­riery raz na za­wsze. Wszy­scy wie­dzieli, że aby uspo­koić ręce, się­gał po spi­ry­tus. Sio­stry wsta­jące bar­dzo wcze­śnie rano nie­raz znaj­do­wały le­ka­rza le­żą­cego na ra­ba­cie la­wendy, nie­przy­tom­nego z opi­cia, ale od­wra­cały wzrok. Żadne przy­zwy­cza­je­nie nie jest aż tak grzeszne, by nie można mu było za­ra­dzić od­mó­wie­niem jed­nej czy dwóch zdro­wa­siek, a czy Pan zna­la­złby lep­sze miej­sce, by przy­trzy­mać za­gu­bioną du­szę na krót­kim po­stronku, niż klasz­tor?

Gdy So­fía wró­ciła do Pa­bla Her­rery, jego głowa spo­czy­wała na piersi. Spał. So­fía przy­pro­wa­dziła wó­zek z po­wro­tem do łóżka i po­mo­gła pa­cjen­towi się po­ło­żyć. Za­koń­czyła po­sługę, od­ma­wia­jąc mo­dli­twę za jego du­szę.

Wy­szła z sali nie­ule­czal­nie cho­rych we wschod­nim skrzy­dle i wró­ciła do kuchni. W ja­dalni po­zdro­wiła prze­ory­szę i sio­strę Agnetę, które na­kry­wały do po­siłku. Trans­mi­sja ra­diowa mszy w Ma­dry­cie już się skoń­czyła i nada­wano tra­dy­cyjne pio­senki.

- Dzień do­bry, panno Baéz - przy­wi­tała się z nią prze­ory­sza, nie prze­ry­wa­jąc ukła­da­nia sztuć­ców i ta­le­rzy na stole. - Jak pa­cjenci przy­jęli pani gest? - spy­tała, uśmie­cha­jąc się do niej.

- Nie­któ­rzy le­piej niż inni. Pew­nie gdy­bym po­da­ro­wała im po ka­mie­niu szla­chet­nym, nie za­uwa­ży­liby róż­nicy.

Prze­ory­sza wy­mie­niła spoj­rze­nia z sio­strą Agnetą.

- Pani od­da­nie pa­cjen­tom jest wy­jąt­kowe i wzbu­dza sza­cu­nek - po­wie­działa sio­stra prze­ło­żona przy wtó­rze brzęku bla­sza­nych ta­le­rzy­ków i we­so­łej co­pli an­da­lu­zyj­skiej. - Trzeba to pani od­dać.

- Dzię­kuję, sio­stro Ma­ri­bel.

Po­chwała prze­ory­szy brzmiała jak te­le­gram. W jej wy­po­wie­dzi nie można było za­re­je­stro­wać zmian tempa czy tonu. A jed­nak So­fía ją chło­nęła, czu­jąc nie­do­syt uzna­nia.

- Miała pani moż­li­wość za­sta­no­wie­nia się nad na­szą pro­po­zy­cją?

So­fía po­krę­ciła głową.

- Chyba za­bra­kło mi czasu. Mam na­dzieję, że sio­stra ro­zu­mie.

- Na­tu­ral­nie. Naj­waż­niej­sze, by za­dała so­bie pani py­ta­nie, czy jej od­da­nie Panu może się rów­nać z tym, co od­czuwa pani wo­bec swo­ich pa­cjen­tów. - Prze­ory­sza po­pra­wiła wi­de­lec. - Wy­soko ce­nimy pani za­an­ga­żo­wa­nie, panno Baéz, ale ist­nieje róż­nica mię­dzy słu­że­niem cho­rym a słu­że­niem Panu. I gdyby na­wet w tej chwili była pani pewna swego po­wo­ła­nia, to przed pa­nią jesz­cze długa droga, nim bę­dzie można zło­żyć śluby za­konne.

- Czy mogę sio­strę na chwilę prze­pro­sić? Za mo­ment wrócę.

So­fía wy­co­fała się z ja­dalni, chcąc zdą­żyć do ka­plicy. Mi­nęła salę ope­ra­cyjną i ru­szyła wzdłuż log­gii wy­cho­dzą­cej na klasz­torny ogród. Znaj­do­wały się tu cele sióstr, ozna­czone krzy­żem nad każ­dymi drzwiami. Kie­dyś, ze względu na go­dzinki, na pię­trze ka­plicy mie­ściła się sala sy­pialna, ale prze­ory­sza uznała, że sen­sow­niej bę­dzie prze­nieść sio­stry bli­żej pa­cjen­tów we wschod­nim skrzy­dle.

So­fía Baéz nie była za­kon­nicą; sama ze sobą nie po­tra­fiła uzgod­nić, czy aspi­ruje do tego, by nią zo­stać, ale jak na ra­zie trzeci mie­siąc pra­co­wała po pro­stu jako wo­lon­ta­riuszka i w wieku dwu­dzie­stu dwóch lat była naj­młod­szą z dzie­wię­ciu ko­biet w klasz­to­rze San Luis. I je­dyną, która nie miała sta­łej sie­dziby w za­chod­nim skrzy­dle.

San Luis przez wiele lat był klasz­to­rem za­konu Sióstr Świę­tej Elż­biety, do­póki prze­ory­sza któ­re­goś wio­sen­nego dnia w roku 1944 nie prze­szła się po ota­cza­ją­cym klasz­tor świe­cie i nie wró­ciła cał­ko­wi­cie oszo­ło­miona, zro­zu­miaw­szy, w jak opła­ka­nym sta­nie zna­lazł się jej kraj i ilu po­zba­wio­nych koń­czyn we­te­ra­nów, zmal­tre­to­wa­nych ko­mu­ni­stycz­nych par­ty­zan­tów, nie­do­ży­wio­nych dzieci, eks­ko­mu­ni­ko­wa­nych in­te­lek­tu­ali­stów i ro­dzi­ców, któ­rym za­bito dzieci, po­trze­buje szpi­tal­nego łóżka i cie­płego po­siłku.

Sio­stra Ma­ri­bel zwró­ciła się do za­konu i miej­sco­wego bi­skupa z prośbą o pie­nią­dze i od tego dnia klasz­tor San Luis peł­nił funk­cję szpi­tala i du­cho­wego schro­nie­nia dla po­trze­bu­ją­cych. Od każ­dej wie­rzą­cej osoby, która za­pra­gnęła wstą­pić do klasz­toru, ocze­ki­wano na­to­miast, że bę­dzie pra­co­wać za­równo jako pie­lę­gniarka, jak i po­cie­szy­cielka dusz. Każdą z nich upo­waż­niono, by, gdy za­ist­nieje pa­ląca po­trzeba, mo­gła udzie­lić ostat­niego na­masz­cze­nia i sa­kra­mentu po­kuty*.

W przy­klasz­tor­nym ogro­dzie wciąż pa­dał deszcz, ale pod ko­lum­nadą log­gii za­wsze było su­cho. Z trzech stron ota­czała ona atrium z kró­lu­jącą po­środku mar­mu­rową fon­tanną, z któ­rej od cza­sów pa­no­wa­nia Al­fonsa VIII nie po­pły­nęła na­wet kro­pla wody. Ka­mienna sta­tua Świę­tej Elż­biety - pa­tronki klasz­toru i za­konu - gó­ro­wała nad fon­tanną, kon­ku­ru­jąc z drze­wami owo­co­wymi o bli­skość Pana. Wo­kół fon­tanny wy­ty­czono po­kryte płyt­kami ścieżki, oko­lone ra­bat­kami z krze­wami lesz­czyny, mal­wami, ole­an­drami, a przede wszyst­kim la­wendą, któ­rej za­pach So­fía z cza­sem znie­na­wi­dziła.

Ogród klasz­torny, fa­sady klasz­toru ko­loru sło­necz­nej żółci i ogród przed bu­dyn­kiem, gdzie bu­gen­wille wy­sta­wały spo­mię­dzy prę­tów płotu z ku­tego że­laza ota­cza­ją­cego grunty, przy­da­wały klasz­to­rowi przy­jem­niej­szego wy­glądu, niż na to za­słu­gi­wał. Pod li­śćmi dzi­kiego wina farba od­cho­dziła wiel­kimi pła­tami, a w upalne dni im bar­dziej ktoś się zbli­żył do ka­plicy i muru na ty­łach par­celi, tym moc­niej w jego noz­drza wwier­cał się odór z wy­chod­ków.

So­fía we­szła do ka­plicy. Jak zwy­kle wnę­trze po­grą­żone było w sen­nym pół­mroku, oświe­tlały je je­dy­nie wiecz­nie pło­nące wo­skowe świece i wpa­da­jące przez wi­traże skąpe świa­tło sło­neczne. Przy oł­ta­rzu So­fía uklęk­nęła przed Ma­ryją Panną i zło­żyła ręce do mo­dli­twy, przy­wo­łu­jąc w gło­wie imiona osób, za które miała się po­mo­dlić.

Li­sta była taka jak za­zwy­czaj. Se­ba­stián. O nim na pewno nie za­po­mni, jego imię za­wsze pa­dało na po­czątku. Choć wy­ma­wiała je już ty­siące razy, za­wsze to­wa­rzy­szyła mu fala wra­żeń zmy­sło­wych. Wspo­mnie­nie kłu­ją­cych mło­dzień­czych wło­sków na bro­dzie, dra­pią­cych ją w po­liczki i zo­sta­wia­ją­cych de­li­katną woń potu. Albo wi­ze­ru­nek Se­ba­sti­ána z za­ro­stem do­ro­słego męż­czy­zny, któ­rego kształt twa­rzy cią­gle przy­bie­rał nowe formy za każ­dym ra­zem, gdy So­fía go so­bie wy­obra­żała: w któ­rejś z zie­lo­nych do­lin w Pi­re­ne­jach, gdy le­żąc na ple­cach i opie­ra­jąc się o pień drzewa, żuł ka­wa­łek sera i pil­no­wał owiec.

Po­mo­dliła się też o do­bro­stan ro­dzi­ców. So­fía miała na­dzieję na ich zba­wie­nie, ale pra­gnęła żar­li­wie, by na dro­dze do nieba mo­gli czer­pać wię­cej ra­do­ści z ży­cia. Jej oj­ciec, Ro­berto Baéz, nie pa­sjo­no­wał się per­spek­tywą zba­wie­nia z tą samą in­ten­syw­no­ścią co So­fía i jej matka. Jako że już dawno temu stra­cił wiarę, mo­dli­twy za niego nie można było po­mi­nąć.

Wresz­cie po­mo­dliła się za sie­bie, zer­ka­jąc ką­tem oka w lewo, gdzie Święta Elż­bieta spo­glą­dała na nią ze swego miej­sca na ścia­nie. So­fíi po­wie­dziano, że ob­raz przed­sta­wia młodą Elż­bietę, wyj­mu­jącą spo­mię­dzy fałd płasz­cza bu­kiet róż. Święta stała przy ró­ża­nym la­sku, a w tle wi­dać było ko­ściół i nie­biań­ską świa­tłość.

Le­genda gło­siła, że Elż­bieta z Tu­ryn­gii prze­my­cała ze swo­jego zamku chleb dla bied­nych wie­śnia­ków z Eise­nach. Dwór po­tę­pił jej uczy­nek i po­cią­gnął ją do od­po­wie­dzial­no­ści, ale gdy straż­nicy za­trzy­mali młodą ko­bietę, chleb owi­nięty w jej płaszcz za­mie­nił się w róże. Na­ro­dziła się święta.

- Czy mo­żesz dać mi znak? - wy­szep­tała So­fía, ale nie otrzy­mała żad­nej od­po­wie­dzi.

Do­brze po po­łu­dniu So­fía po­wle­kła się do od­da­lo­nego o kilka kwar­ta­łów domu. Słońce zdą­żyło już prze­go­nić sią­piący deszcz nad wzgó­rza i mia­sto tęt­niło póź­no­po­po­łu­dniową wrzawą.

Był śro­dek Wiel­kiego Ty­go­dnia. Sły­chać było mo­siężne trąbki roz­brzmie­wa­jące pod­czas któ­rejś z licz­nych wiel­ka­noc­nych pro­ce­sji od­by­wa­ją­cych się w tym ty­go­dniu. Od czasu do czasu od­zy­wał się wielki bę­ben. W po­wie­trzu uno­sił się za­pach świec i ka­dzi­dła, po rynsz­to­kach wa­lały się od­cięte główki kwia­tów.

W dro­dze do domu mi­nęła lo­kalną pie­kar­nię, dła­wiąc w so­bie pra­gnie­nie za­kupu na­po­li­tany, słod­kiego wy­pieku z cze­ko­ladą w środku i kru­szonką na wierz­chu.

Ko­la­cję ja­dali wcze­śnie, za­wsze tak było w ich ro­dzi­nie. Oj­ciec So­fíi pro­wa­dził bar, El Ze­pe­lín, miesz­czący się na par­te­rze pod ich miesz­ka­niem, dla­tego za­zwy­czaj ja­dali, nim Ro­berto czy brat So­fíi, Tri­stán, wra­cali za bar po sje­ście.

Ka­mie­nica znaj­do­wała się mię­dzy starą czę­ścią Ma­lagi a por­tem, w dziel­nicy En­san­che Cen­tro, która od po­łu­dnio­wego za­chodu gra­ni­czyła z Per­chel, dawną dziel­nicą ry­backą. Par­ter i pierw­sze pię­tro na­le­żały do ro­dziny Ba­ézów, pod­czas gdy lo­kal na dru­gim pię­trze za­miesz­ki­wała star­sza pani, Espe­ranza Var­gas. Na po­dwórku znaj­do­wał się wspólny wy­cho­dek dla ca­łego bu­dynku. So­fía sły­szała, że w co­raz więk­szej licz­bie bu­dyn­ków w więk­szych mia­stach Hisz­pa­nii in­sta­luje się to­a­lety i ka­na­li­za­cję, ale nie na Calle To­más He­re­dia w Ma­la­dze.

Jej do­mem ro­dzin­nym było na­rożne miesz­ka­nie, które otwie­rało się na resztę świata. Przed­sio­nek i długi wą­ski ko­ry­tarz bez okien po­grą­żone były w mroku, do­piero okna sa­lonu wpusz­czały świa­tło do środka. So­fía miesz­kała naj­da­lej od źró­dła świa­tła, po dru­giej stro­nie ko­ry­ta­rza. Jako naj­młod­szej z ro­dzeń­stwa przy­pa­dło jej w udziale po­miesz­ki­wa­nie w po­koju są­sia­du­ją­cym z sy­pial­nią ro­dzi­ców, pierw­szym po pra­wej stro­nie od przed­sionka. Przy­pa­dek chciał, że jej iz­debka znaj­do­wała się tuż nad wej­ściem do baru; wy­glą­da­jąc przez okno, wi­działa czer­woną mar­kizę wi­szącą nad drzwiami.

Jej dwaj starsi bra­cia, Ja­ime i Tri­stán, miesz­kali w głębi ko­ry­ta­rza, każdy w swoim po­koju. Kie­dyś ze względu na brak miej­sca zmu­szeni byli do dzie­le­nia po­koju, ale było to wiele lat temu. Nie­długo miej­sca zrobi się jesz­cze wię­cej. Ja­ime miał dwa­dzie­ścia sześć lat, wy­kształ­cił się na krawca i, z czego So­fía zda­wała so­bie sprawę, szy­ko­wał się na wiel­kie ży­ciowe zmiany. Wi­dy­wał się ukrad­kiem z ko­le­żanką z pracy, wspo­mi­nał na­wet, że chce się jej oświad­czyć, ale na ra­zie trzy­mał to przed in­nymi w ta­jem­nicy.

Jak zwy­kle je­dli ko­la­cję w mil­cze­niu, So­fía, Be­atriz, Ro­berto i Tri­stán. Ja­ime był jesz­cze w pracy. Be­atriz za­mknęła okien­nice, by chro­nić dom przed wio­sen­nym upa­łem, ale przez szpary prze­do­sta­wały się do środka nie­liczne pro­mie­nie słońca.

So­fía sta­rała się uni­kać te­matu San Luis. Sta­no­wił on punkt sporny nie tylko dla niej sa­mej, lecz też dla jej ro­dziny, od­kąd przed trzema mie­sią­cami po po­wro­cie do domu ob­wie­ściła, że od te­raz na­leży ją trak­to­wać jako sio­strę no­wi­cjuszkę w klasz­to­rze San Luis. Pro­po­zy­cja zło­żona przez prze­ory­szę w tam­tym ty­go­dniu spra­wiła, że sy­tu­acja stała się jesz­cze bar­dziej na­pięta. Zbyt dużo nie­cier­pli­wych dusz ocze­ki­wało na wy­bór So­fíi. Sio­stra Ma­ri­bel. Święta Elż­bieta. Pań­stwo Ba­ézo­wie.

- Czy je­steś już bli­sko pod­ję­cia de­cy­zji? - spy­tała Be­atriz w mo­men­cie, gdy So­fía już są­dziła, że uda jej się prze­trwać po­si­łek bez ko­niecz­no­ści po­ru­sza­nia tego te­matu.

Jej matka skoń­czyła już swoją zupę z cie­cie­rzycy. Było coś sprzecz­nego z na­turą w tych wą­skich, le­d­wie roz­wie­ra­ją­cych się ustach, że po­tra­fiły tak szybko opróż­nić pe­łen ta­lerz zupy. Jak So­fía się­gała pa­mię­cią, jej matka była ko­bietą ży­wiącą się strawą du­chową.

Dziew­czyna ką­tem oka spoj­rzała na ojca. Nie pod­niósł wzroku, sie­dział po pro­stu w pół­mroku po­chy­lony nad ta­le­rzem, mo­cząc ka­wałki chleba w resztce zupy. Tri­stán się nie od­zy­wał.

- Od­no­śnie do czego?

- Pro­po­zy­cji sio­stry prze­ło­żo­nej. Brzmi cie­ka­wie. Po­win­naś roz­wa­żyć jej przy­ję­cie, je­śli je­steś pewna swo­jej wiary.

Ro­berto się po­ru­szył. Cmok­nię­cie ję­zy­kiem o pod­nie­bie­nie, ni­skie mruk­nię­cie, drgnię­cie mię­śni ra­mion. Odło­żył łyżkę.

- Be­atriz, wiesz do­sko­nale, że my dwoje mamy różne zda­nia na ten te­mat. - Skie­ro­wał pa­lec wska­zu­jący w stronę So­fíi. - Zro­bisz naj­le­piej, mó­wiąc prze­ory­szy, by wsa­dziła so­bie swoją pro­po­zy­cję w miej­sce, gdzie Pan Bóg nie za­gląda. Je­śli nie masz od­wagi sama jej tego po­wie­dzieć, chęt­nie zro­bię to za cie­bie.

So­fía wes­tchnęła.

- Nie pod­ję­łam jesz­cze żad­nej de­cy­zji. A wy wcale mi tego nie uła­twia­cie.

- Trudno, bym wy­ra­żał się ja­śniej - od­parł jej oj­ciec.

- Może po­trzeba jej nie opi­nii, lecz wska­zó­wek - wtrą­ciła Be­atriz.

Ro­berto wy­wró­cił oczami i wstał gwał­tow­nie.

- Idę na dół - rzu­cił i wy­szedł z sa­lonu. - Ko­biety - mruk­nął pod no­sem, nim trza­snęły drzwi wej­ściowe.

Tri­stán naj­wy­raź­niej nie miał am­bi­cji, by mie­szać się do roz­mowy. Jego łyżka za­dźwię­czała o por­ce­lanę, gdy ją odło­żył.

- Dzię­kuję - wy­mam­ro­tał, wy­cie­ra­jąc usta ser­we­tką, nim rów­nież i on wy­szedł z miesz­ka­nia.

El Ze­pe­lín na­le­żał jesz­cze do ojca Ro­berta. Po­sta­wiono go na ru­in­ach do­robku ży­cio­wego in­nego męż­czy­zny, bi­sek­su­al­nego fry­zjera, któ­rego sa­lon splaj­to­wał na po­czątku wieku, gdy wy­szła na jaw prawda o jego sek­su­al­no­ści. Plotka gło­siła, że fry­zjer wsko­czył na pa­ro­wiec pły­nący do Ame­ryki Po­łu­dnio­wej, a oj­ciec Ro­berta na­był lo­kal za bez­cen i prze­kształ­cił go w bar: sprze­dał krze­sła fry­zjer­skie i lu­stra w zło­tych ra­mach, za­ma­lo­wał nie­strawne fre­ski na ścia­nach, po­sta­wił wzdłuż nich wiel­kie beczki z wi­nem i spi­ry­tu­sem, opi­su­jąc ich za­war­tość czer­woną kredą na drew­nia­nych de­secz­kach.

Gdy w roku 1934 padł mar­twy w ma­ga­zy­nie, bar przy­padł w spadku jego naj­star­szemu sy­nowi, Ro­ber­towi, który pro­wa­dził lo­kal w tym sa­mym du­chu co oj­ciec, po­zwa­la­jąc resz­cie ro­dziny po­ma­gać w co­dzien­nych obo­wiąz­kach. Tri­stán peł­nił funk­cję bar­mana i kel­nera, Be­atriz była od­po­wie­dzialna za ladę z ta­pas, So­fía szo­ro­wała pod­łogi, a przed po­łu­dniem po­ma­gała matce obie­rać kar­to­fle. Ro­berto ni­gdy jej do tego nie zmu­szał, ale z dru­giej strony So­fía nie czuła też, by kie­dy­kol­wiek miała wy­bór.

A jed­nak nie sprze­ci­wił się, gdy po­sta­no­wiła zo­stać wo­lon­ta­riuszką w klasz­to­rze, choć dla męż­czy­zny ta­kiego jak on fakt, że jego je­dyna córka wo­lała po­ma­gać w klasz­to­rze niż w pro­wa­dze­niu ro­dzin­nego in­te­resu, nie­wąt­pli­wie był po­rażką.

Ale czy oj­ciec mógł w ogóle po­zwo­lić so­bie na to, by co­kol­wiek jej wy­rzu­cać - my­ślała So­fía tego sa­mego wie­czoru, sie­dząc przed lu­strem i szy­ku­jąc się do snu. Od­li­czała w my­ślach: mu­siało ich być pięć, pięć spo­śród dwu­dzie­stu dwóch dziew­cząt z gim­na­zjum pod­jęło już de­cy­zje i zło­żyło śluby wie­czy­ste.

Gu­ada­lupe de la Fu­ente i Ma­ri­sol Du­arte były te­raz be­ne­dyk­tyn­kami w Ma­dry­cie. Pie­dad An­dreu, bli­ską przy­ja­ciółkę So­fíi, ka­ta­loń­scy ro­dzice po­słali do klasz­toru w gó­rach na pół­noc od Bar­ce­lony, jako że z cza­sem już tylko za­kon­nice za­cho­wy­wały ję­zyk ka­ta­loń­ski. I sio­stry Mi­la­gro, które ja­koby w po­szu­ki­wa­niu cudu tra­fiły aż do wło­skiego klasz­toru be­ne­dyk­ty­nek na wy­brzeżu amal­fi­tań­skim.

So­fía po­dej­rze­wała, że cała piątka wio­dła te­raz skromne klasz­torne ży­cie, ale przy­naj­mniej nie było to ży­cie w nę­dzy, jak w wy­padku tak wielu in­nych osób.

Czyż wszyst­kie nie do­świad­czyły przy­cho­dze­nia do szkoły o pu­stym żo­łądku, aż kiszki grały im mar­sza pod szkol­nymi mun­dur­kami? W ich roz­dę­tych brzu­chach aż się prze­wra­cało, gdy za­kon­nice zmu­szały je, by krzy­czeć Ar­riba Espa?a!, aż dud­niło mię­dzy ka­mien­nymi ścia­nami klas, choć za­le­d­wie garstkę dziew­cząt stać było na pod­ję­cie ja­kie­go­kol­wiek wy­siłku. Czy wszyst­kie ukrad­kiem nie spo­glą­dały in­nym w oczy, by wy­czy­tać, ja­kie skry­wają tra­ge­die? Utratę ojca, brata, wujka, ku­zyna czy pro­bosz­cza? Za­mor­do­wa­nych ukrad­kiem, ze­pchnię­tych z wy­so­ko­ści, spa­lo­nych żyw­cem, po­wie­szo­nych, wy­ka­stro­wa­nych? Albo po pro­stu za­gi­nio­nych pod­czas wojny do­mo­wej?

To już chyba le­piej spę­dzić ży­cie za mu­rami klasz­toru z jako tako wy­peł­nio­nym żo­łąd­kiem, ma­jąc do dys­po­zy­cji czas, który jest ko­nie­czny, by prze­pra­co­wać ża­łobę.

Jaką lep­szą al­ter­na­tywę oj­ciec mógł za­pew­nić nie­za­męż­nej ko­bie­cie w jej wieku? Nie stać go było, by po­słać córkę do miej­sco­wo­ści La Granja w gó­rach Sierra de Gu­adar­rama nie­opo­dal Ma­drytu, gdzie ro­dzina kró­lew­ska miała swoją let­nią re­zy­den­cję i gdzie wyż­sze sfery wy­sy­łały swoje nie­za­mężne córki, by zna­la­zły mał­żonka. Wa­ka­cje w dro­gim San Se­ba­stián nad Za­toką Bi­skaj­ską, gdzie można było po­znać sy­nów dy­plo­ma­tów i fran­cu­skich bo­ga­czy, też nie wcho­dziły w ra­chubę.

Matka cią­gała So­fíę po roz­licz­nych spo­tka­niach, na któ­rych można było po­znać po­ten­cjal­nych za­lot­ni­ków z są­siedz­twa, ale ża­den z nich nie zro­bił na So­fíi więk­szego wra­że­nia. Bez względu na to, jak efek­tow­nie wy­glą­dali w gar­ni­tu­rach z goź­dzi­kiem w bu­to­nie­rce i w ko­szu­lach z man­kie­tami na spinki, kiedy otwo­rzyli usta, śmier­dzieli czosn­kiem, a roz­ma­wiać po­tra­fili tylko o ba­na­łach. So­fía oba­wiała się spę­dzić pięć­dzie­siąt lat z męż­czy­zną, któ­rego z cza­sem pew­nie umia­łaby po­lu­bić, lecz ni­gdy by nie po­ko­chała. Pięć­dzie­siąt lat w miesz­ka­niu ta­kim jak to, w któ­rym do­ra­stała i w któ­rym naj­bar­dziej eks­cy­tu­ją­cym mo­men­tem byłby dzień pod­łą­cze­nia ka­na­li­za­cji, żeby nie trzeba już było ko­rzy­stać z wy­chodka na po­dwó­rzu. Zgo­dzi­łaby się tym sa­mym na trwa­jące pół wieku mał­żeń­stwo wcale nie lep­sze niż to jej ro­dzi­ców.

Ale jej upór ozna­czał jed­no­cze­śnie, że moż­li­wo­ści z cza­sem się za­wę­żały. Dla nie­za­męż­nej ko­biety w wieku So­fíi ist­niały prak­tycz­nie dwie opcje: iść do klasz­toru lub stać się cię­ża­rem dla ro­dziny.

So­fía pa­trzyła na swoje od­bi­cie w lu­strze. Kasz­ta­no­wo­brą­zowe loki, za­krzy­wiony ży­dow­ski nos, który, jak od za­wsze uwa­żała, nie pa­so­wał do jej twa­rzy, gładka skóra i lekko szpi­cza­sty pod­bró­dek.

Je­den z bar­ma­nów ojca, w któ­rym So­fía ukrad­kiem tro­chę się pod­ko­chi­wała, wy­znał jej kie­dyś, że jego zda­niem So­fía przy­po­mina An­to­?itę Mo­reno, sławną wy­ko­naw­czy­nię co­pli z Se­willi. Stwier­dził, że dziew­czyna ma jej oczy, a na­wet jej nos, i że do peł­nego ob­razu bra­ko­wało jej tylko róży we wło­sach i du­żych kol­czy­ków.

Przy­glą­da­jąc się so­bie w lu­strze, So­fía by­naj­mniej nie wi­działa An­to­?ity Mo­reno, ale za­do­wo­li­łaby się też skrom­niej­szym wy­glą­dem. Pra­gnęła tylko, by z lu­stra pa­trzyła na nią spoj­rze­niem nie­wzru­szo­nym jak skała osoba wie­rząca, sio­stra no­wi­cjatu, pewna swo­jego losu i wy­boru. Jed­nak z lu­stra spo­zie­rała na nią ta sama co zwy­kle nie­pewna So­fía. Mę­czyło ją pa­trze­nie na tę twarz, bo była jak fo­to­gra­fia, któ­rej mo­tyw bez prze­rwy się roz­mywa i two­rzy nowy, po­do­bny. Je­den dla każ­dej z jej licz­nych oso­bo­wo­ści.

Pierw­szy mo­tyw przed­sta­wiał młodą dziew­czynę, która jest ba­le­riną w No­wym Jorku. W No­wym Jorku, bo­wiem Ame­ryka to coś zu­peł­nie in­nego niż Calle To­más He­re­dia w Ma­la­dze; ba­le­rina, bo­wiem ta­niec to za­ję­cie, któ­rym pa­rają się w tym mie­ście młode dziew­czyny. Ba­le­rina by­łaby znana, a u jej boku stałby słynny na­rze­czony. Ulu­biona para ty­go­dni­ków, nowi Ma­nolo Ca­ra­col i Lola Flo­res.

Fo­to­gra­fia sama się roz­ma­zy­wała, ba­le­rina sta­wała się damą z wyż­szych sfer z Ma­drytu, mał­żonką pia­ni­sty kon­cer­to­wego lub tor­re­ad­ora, wy­kształ­coną ko­bietą o sze­ro­kich bio­drach i z ukrytą pod drogą su­kienką kar­na­cją klasy śred­niej oraz w na­szyj­niku z praw­dzi­wych pe­reł, nie ta­kich ze szkła czy me­talu.

Mo­tyw ten był wy­raźny za­le­d­wie przez chwilę, nim ofiarna So­fía w star­szej wer­sji spoj­rzała na nią z lu­stra pu­stym wzro­kiem, sie­dząc na brzegu łóżka w sy­pialni ro­dzi­ców, by za chwilę po­grą­żona w pół­mroku opróż­nić noc­nik umie­ra­ją­cego ojca. Na­stęp­nie uj­rzała jak na fil­mie sie­bie w kuchni w trak­cie przy­go­to­wy­wa­nia śnia­da­nia dla reszty ro­dziny; wi­ze­ru­nek opie­kuń­czej naj­młod­szej córki był naj­bar­dziej wy­ide­ali­zo­wa­nym ze wszyst­kich wi­ze­run­ków So­fíi, która miast klasz­toru zna­la­zła so­bie inne wię­zie­nie, by zmi­trę­żyć w nim swoje naj­lep­sze lata.

Ta­śma ce­lu­lo­idowa się za­trzy­mała, a dziew­czyna uj­rzała w lu­strze od­bi­cie współ­cze­snej zdez­o­rien­to­wa­nej So­fíi.

_______________

* W tra­dy­cji Ko­ścioła ka­to­lic­kiego sa­kra­mentu na­masz­cze­nia cho­rych i po­kuty może udzie­lać tylko ka­płan, dla­tego ten frag­ment na­leży trak­to­wać jako li­cen­tia po­etica au­tora (wszyst­kie przy­pisy po­cho­dzą od tłu­maczki).

Męż­czy­zna z krańca świata

Przy­był w pierw­szy pią­tek po Wiel­ka­nocy, So­fía miała to za­pa­mię­tać na za­wsze.

Przed po­łu­dniem przy­wle­kli go dwaj ry­bacy. Przy­po­mi­nał Chry­stusa na krzyżu, zwi­sa­jąc z ich ra­mion ze swo­imi sfil­co­wa­nymi, peł­nymi wo­do­ro­stów wło­sami, brodą i głową opa­da­jącą bez­wład­nie na klatkę pier­siową.

Tar­ga­jąc męż­czy­znę do środka, ry­bacy opo­wia­dali, że do­strze­gli go na wy­brzeżu na po­łu­dnie od mia­sta, aku­rat kiedy wra­cali z po­ran­nego po­łowu. Przy­pły­nął na ka­wałku dry­fu­ją­cego drewna - po­wie­dział je­den; śle­dzili go wzro­kiem przez całą drogę aż do plaży i wy­cią­gnęli, gdy fala wy­rzu­ciła go na brzeg - do­dał drugi.

So­fía zbli­żyła nos do ciała męż­czy­zny. Rze­czy­wi­ście pach­niał solą mor­ską. Spodnie i swe­ter kie­dyś za­pewne były od­po­wied­nio ciemne i czer­wone, ale woda mor­ska nadała im tę samą bladą barwę, nie­mal roz­pusz­cza­jąc włókna tka­niny. Jego skóra miała od­cień ja­sno­brą­zowy, lecz twarz przy­po­mi­nała na­czy­nie, które zbyt długo le­żało w amo­niaku. Wy­glą­dało na to, że słońce przy­pie­kło mu skórę, jed­nak broda mu­siała sta­no­wić dla niej pewną ochronę.

Sio­stry stwier­dziły, że jest przy­tomny.

- Kim pan jest? Skąd pan przy­bywa? - spy­tała w końcu jedna ze star­szych za­kon­nic, gdy naj­wi­docz­niej wszy­scy uświa­do­mili so­bie bo­le­śnie, że stoją wo­kół męż­czy­zny zu­peł­nie bez­czyn­nie.

- Víc­tor de la Vega - od­parł sła­bym gło­sem. - Przy­by­wam z krańca świata.

Prze­ory­sza po­ło­żyła pa­cjenta bez pa­pie­rów na par­te­rze wschod­niego skrzy­dła, na łóżku są­sia­du­ją­cym z łóż­kiem sta­rego Pa­bla Her­rery, który umie­rał na za­pa­le­nie oskrzeli, ale my­ślał, że znaj­duje się w po­dróży po­ślub­nej na skal­nym wy­brzeżu Por­tu­ga­lii w to­wa­rzy­stwie swo­jej zmar­łej żony. Nie dało się go po­ło­żyć gdzie in­dziej.

Opieka nad nim przy­pa­dła So­fíi. Z po­mocą sio­stry Ma­ríi Án­ge­les dziew­czyna zdjęła z niego roz­pa­da­jące się ubra­nie, umyła mu ciało my­dłem la­wen­do­wym, po­sma­ro­wała ma­ścią li­liowe opa­rze­nia sło­neczne na po­liczku i czole i ubrała go w czy­sty ka­ftan. Po­tem ostrzy­gły mu włosy oraz brodę i po­dały mu ba­sen.

So­fía zga­dy­wała, że męż­czy­zna ma dwa­dzie­ścia kilka lat, ale jego stan unie­moż­li­wiał stwier­dze­nie tego z całą pew­no­ścią. Może trzeba by tro­chę do­dać lub tro­chę od­jąć.

Przez pierw­szych kilka go­dzin mó­wił nie­wiele. Jedna z sióstr obu­dziła le­ka­rza z po­po­łu­dnio­wej drzemki; uspo­so­biony był szczo­drze i na­tych­miast za­le­cił dawkę mor­finy, choć So­fía wi­działa, że prze­ory­szy się to nie po­doba. Mor­fina spra­wiła, że pa­cjent osu­nął się w nie­świa­do­mość, a gdy le­karz wró­cił z drzemki, za­or­dy­no­wał ko­lejną dawkę.

- Dziwne - stwier­dził, po­chy­la­jąc się nad łóż­kiem i bez­tro­sko kłu­jąc cho­rego w różne miej­sca na ciele. - Bę­dąc le­ka­rzem, czło­wiek może zaj­rzeć do li­te­ra­tury fa­cho­wej, w któ­rej znaj­dzie wie­dzę le­kar­ską się­ga­jącą wielu wie­ków wstecz i opi­su­jącą ty­siące cho­rób, a jed­nak od czasu do czasu tra­fia się pa­cjent, który wy­myka się dia­gno­zom. Cie­kawe, co mu się przy­da­rzyło. - Spoj­rzał na So­fíę, która przy­su­nęła do łóżka ta­bo­ret. - Sio­stro, pro­szę się nim do­brze za­jąć. Czy może jesz­cze panno? Zresztą, co za róż­nica - uznał le­karz, wska­zu­jąc So­fíę pal­cem i opusz­cza­jąc salę. - Pro­szę po pro­stu su­mien­nie wy­ko­ny­wać swoją pracę, a ty­tu­la­turę zo­sta­wić Panu Bogu. On na pewno wy­bie­rze dla pani wła­ściwą drogę.

So­fía po­sie­działa jesz­cze ja­kiś czas, ob­ser­wu­jąc cho­rego. Słońce roz­ja­śniło mu włosy, które kie­dyś na pewno były ko­loru czar­nej kawy. Miał wą­skie oczy i wy­so­kie ko­ści po­licz­kowe, przed­tem skry­wane pod za­ro­stem. I nie­zwy­kle sze­roki pła­ski nos, który wy­glą­dał jak u sfinksa i tak samo rzu­cał się w oczy jak ży­dow­ski nos So­fíi.

Gdy póź­niej wró­ciła na salę cho­rych, jej miej­sce na ta­bo­re­cie przy łóżku za­jęła Ma­ría Án­ge­les.

- Wy­gląda tak błogo - szep­nęła. - Jak mały chło­piec, który słodko śpi.

So­fía zna­la­zła drugi ta­bo­ret i usia­dła po dru­giej stro­nie łóżka, by do­trzy­mać to­wa­rzy­stwa Ma­ríi Án­ge­les. Zmó­wiły Oj­cze nasz oraz Zdro­waś Ma­ryjo i roz­sma­ro­wały pa­cjen­towi pod no­sem odro­binę po­mady men­to­lo­wej. Je­den z po­zo­sta­łych cho­rych za­czął po­twor­nie cuch­nąć. So­fía po­my­ślała, że ona lub Ma­ría Án­ge­les po­winny wstać i zmie­nić mu pie­lu­chę, ale sio­stra nie spra­wiała wra­że­nia, jakby miała za­miar się pod­nieść.

Sie­działy tak długo, że - jak zdą­żyła po­my­śleć So­fía - ona i Ma­ría Án­ge­les za­pewne po­winny się cie­szyć z braku umie­jęt­no­ści czy­ta­nia so­bie w my­ślach; tylko na krótką, pełną skrę­po­wa­nia chwilę spoj­rzały so­bie w oczy, po czym obie spu­ściły wzrok.

Na­gle śpiące ciało unio­sło się z łóżka i wrza­snęło. So­fía wbiła spoj­rze­nie w sze­roko otwarte, choć nie­przy­tomne oczy, które na­tych­miast znów się za­mknęły, nim głowa opa­dła na po­duszkę, nie wy­da­jąc już z sie­bie słowa.

- Do­bry Boże - wy­mam­ro­tała Ma­ría Án­ge­les, ro­biąc znak krzyża.

So­fía splo­tła ręce. Od razu do­dała męż­czy­znę z krańca świata do li­sty osób za­słu­gu­ją­cych na stałe miej­sce w jej mo­dli­twach.

So­fía od­kryła po­ten­cjał mo­dli­twy jako pię­cio­latka. Ow­szem, Be­atriz na­uczyła córkę skła­dać ręce do mo­dli­twy, nim ta na­uczyła się cho­dzić, ale So­fía ni­gdy nie przy­kła­dała się do mo­dlitw aż do tam­tego let­niego dnia w 1937 roku, kiedy z ich ży­cia znik­nął Se­ba­stián.

Pa­mię­tała ra­czej pełną go­ry­czy at­mos­ferę niż liczne słowa, któ­rymi ob­rzu­cali się jej oj­ciec i Se­ba­stián. Po­cząt­kowo były to de­li­katne salwy po­prze­ty­kane pau­zami na zgodę, po­tem za­ja­dłe bom­bar­do­wa­nie. Małą So­fíę za­mknięto w sy­pialni ro­dzi­ców, a gdy drzwi po­now­nie się otwo­rzyły, nad­szedł czas, by po­że­gnać się ze star­szym bra­tem: stał w drzwiach w wy­pu­co­wa­nych ka­ma­szach i oliw­ko­wo­zie­lo­nym mun­du­rze, dzięki któ­remu wy­glą­dał jak do­ro­sły męż­czy­zna.

So­fía wie­działa, że ist­nieje coś ta­kiego jak wojna i że Hisz­pa­nia wła­śnie była w niej po­grą­żona, ale nie wie­działa dla­czego i nie ro­zu­miała, czemu, na Boga, jej brat mu­siał w niej uczest­ni­czyć. Po­ca­ło­wał ją w po­li­czek, po­czuła na skó­rze dra­pa­nie jego za­ro­stu - i już go nie było.

Każ­dego wie­czoru w cza­sie wojny ro­dzina Ba­ézów sta­wiała w oknie za­pa­loną świeczkę, mo­dląc się o ży­cie Se­ba­sti­ána. Gdy wojna się skoń­czyła i wiele in­nych do­mów w dziel­nicy znów wy­peł­nił śmiech sy­nów i oj­ców, któ­rzy wró­cili, Ba­ézo­wie za­częli się mo­dlić dwa razy dzien­nie, wy­jąt­kowo długo.

- Mu­simy wie­rzyć w cud - na­po­mi­nała matka w bla­sku świecy, ści­ska­jąc ró­ża­niec tak mocno, że żyły, przy­naj­mniej tak to za­pa­mię­tała So­fía, wy­brzu­szały się pod cienką skórą jak dłu­gie ro­baki.

Z każ­dym dniem, kiedy Se­ba­stián nie wra­cał do domu, So­fía czuła, że musi się jesz­cze bar­dziej umoc­nić w wie­rze. Rów­nież po to, by zre­kom­pen­so­wać wiarę, którą z cza­sem za­częli tra­cić oj­ciec i bra­cia.

Czas ocze­ki­wa­nia wy­nisz­czył ich wszyst­kich, szcze­gól­nie ro­dzi­ców. Z wy­glądu byli jak dzień i noc, Ro­berto krępy i na­bity, Be­atriz drobna i szczu­pła jak chart afgań­ski, ale pod ja­kimś wzglę­dem do sie­bie pa­so­wali, choć i cha­rak­tery mieli różne. Ro­berto, szcze­gól­nie w mło­do­ści, był bar­dziej eks­tra­wer­tyczny niż żona, która mo­gła się wy­da­wać su­cha jak wy­słu­żona cie­lęca skóra, w którą opra­wiono Bi­blię. A jed­nak So­fía przy­po­mi­nała so­bie, że byli ra­zem szczę­śliwi, że śmiali się z sie­bie i do­ty­kali na­wza­jem. Wła­śnie ta­kich ich pa­mię­tała.

Ale po­tem znik­nął Se­ba­stián i nic już nie było ta­kie samo. Pod ja­kimś wzglę­dem żal po­łą­czył ro­dzi­ców, ale też ich od sie­bie od­su­nął. Smu­tek przy­warł do nich na do­bre. Uwi­dacz­niał się w ciem­nych stro­jach Be­atriz, w wiecz­nym ci­chym pół­mroku miesz­ka­nia, w spoj­rze­niu Ro­berta, gdy co­dzien­nie na­cią­gał szelki i wlókł się na dół do baru do zu­peł­nie in­nego świata, któ­rego, jak czuła So­fía, już nie ce­nił.

Z upły­wem lat So­fía mu­siała przy­znać, że rów­nież z jej głosu ulot­niła się ja­kaś siła, choć nie wie­dzieli na pewno, czy Se­ba­stián zgi­nął, czy też wciąż żyje. Ro­berto po­wie­dział So­fíi, że być może jej brat uciekł na pół­noc i mieszka te­raz w ja­kiejś zie­lo­nej do­li­nie w Pi­re­ne­jach. Ale nie mieli po­ję­cia, jak było na­prawdę.

W so­botę, gdy męż­czy­zna od­zy­skał przy­tom­ność, oka­zało się, że jest Ar­gen­tyń­czy­kiem.

Prze­trwał na mo­rzu dwa ty­go­dnie - jak opo­wia­dał swoim oso­bli­wym śpiew­nym dia­lek­tem, który So­fíi przy­wo­dził na myśl Wło­cha. Przy­by­wał z Geo­r­gii Po­łu­dnio­wej na Po­łu­dnio­wym Oce­anie Lo­do­wa­tym, z miej­sca, o któ­rym So­fía ni­gdy nie sły­szała, i przy­pły­nął na po­kła­dzie fran­cu­skiego frach­towca zmie­rza­ją­cego do Mar­sy­lii. Krótko po tym, jak sta­tek mi­nął Cie­śninę Gi­bral­tar­ską, męż­czy­zna pod­czas sztormu wy­padł za burtę. Zrzą­dze­niem losu zna­lazł ka­wa­łek dry­fu­ją­cego drewna i się go uchwy­cił - był pe­wien, że to ar­gen­tyń­skie drewno ce­drowe. Udało mu się utrzy­mać przy ży­ciu, aż dwa ty­go­dnie póź­niej woda wy­rzu­ciła go na brzeg.

W sali cho­rych po­ja­wiła się prze­ory­sza w to­wa­rzy­stwie kilku in­nych sióstr, by spi­sać opo­wieść męż­czy­zny. Po­tem stały tylko, pa­trząc po so­bie. So­fía była pewna, że żadna z nich nie wie­działa, co my­śleć. Ma­ry­narz z roz­bi­tego statku? Który przy­pły­nął na ka­wałku drewna wraz z po­ran­nym słoń­cem?

- To brzmi jak Boży cud - stwier­dziła w końcu Ma­ría Án­ge­les. So­fía do­strze­gła, jak prze­ory­sza po­syła sio­strze scep­tyczne spoj­rze­nie, ale wiele z po­zo­sta­łych za­kon­nic po­ki­wało gło­wami.

- Cu­dem jest to, co czło­wiek nim uczyni - oświad­czył spo­koj­nie męż­czy­zna.

Był inny niż po­zo­stali pa­cjenci. Nie miał de­men­cji, nie był sła­bo­wity, nie umie­rał, nie wie­rzył. W na­stęp­nych dniach So­fía ani razu nie wi­działa, by skła­dał ręce do mo­dli­twy, ró­żańca le­żą­cego na szafce noc­nej też nie tknął, mimo że nie szczę­dzono mu za­chęt.

Od czasu do czasu, gdy opo­wia­dał o ry­bach la­ta­ją­cych, które utrzy­my­wały go przy ży­ciu, czy o row­kach, które żło­bił w bu­twie­ją­cej de­sce, by za­cho­wać ra­chubę dni, wy­cho­dził z niego do­sko­nały ga­wę­dziarz; w in­nych chwi­lach le­żał w łóżku mil­czący i nie­do­stępny. Wiele razy, kiedy So­fía przy­cho­dziła rano do pracy, Ma­ría Án­ge­les opo­wia­dała, jak Ar­gen­tyń­czyk swo­imi krzy­kami bu­dził pół wschod­niego skrzy­dła.

- Śnię o mo­rzu. O tym, jak czarna ma­towa ki­piel ściąga mnie na dno - od­parł, gdy któ­re­goś przed­po­łu­dnia So­fía zdo­była się na od­wagę, by za­py­tać, czy pa­mięta swoje kosz­mary. Le­żał w łóżku z rę­kami sple­cio­nymi na piersi i pa­trzył w su­fit, pod­czas gdy So­fía zmie­niała opa­tru­nek. - Wie­działa pani, że jej ziom­ko­wie nad Za­toką Bi­skaj­ską jako pierwsi przed pię­ciu­set laty za­częli się pa­rać wie­lo­ryb­nic­twem?

- Nie­stety nie wiem zbyt dużo o wie­lo­ryb­nic­twie. Dla­czego, na Boga, przy­szło to panu na myśl? - spy­tała.

- Bo ja sam by­łem wie­lo­ryb­ni­kiem. W daw­nym ży­ciu.

So­fía uj­rzała, jak ką­ciki ust wy­krzy­wiają mu się w uśmie­chu.

- Na Po­łu­dnio­wym Oce­anie Lo­do­wa­tym, na krańcu świata. Uczest­ni­czy­łem w po­lo­wa­niach na płe­twale błę­kitne, zwy­czajne i ka­sza­loty. Naj­więk­sze stwo­rze­nia na tym świe­cie.

- Któ­re­goś dnia mu­szę o tym usły­szeć.

So­fía skoń­czyła zmianę opa­trunku i już miała odejść, gdy męż­czy­zna de­li­kat­nie chwy­cił ją za przed­ra­mię.

- Czy jest pani sio­strą za­konną, jak po­zo­stałe?

Za­wa­hała się.

- Nie, w każ­dym ra­zie jesz­cze nie. Może kie­dyś.

So­fía do­my­śliła się, że zdra­dził ją strój. Jako je­dyna z sióstr nie ubie­rała się w weł­niany brą­zowy ha­bit i szary cze­pek elż­bie­ta­nek, któ­rego no­sze­nia od­mó­wiła. Cho­dziła miast tego we wła­snym zwy­czaj­nym ubra­niu okry­tym far­tusz­kiem. Mimo wszystko nie była jesz­cze za­kon­nicą. Ale może zwró­cił uwagę na coś in­nego?

Po­chy­lił się w jej stronę, nie zwal­nia­jąc uści­sku.

- W ta­kim ra­zie - wy­szep­tał - je­śli obie­cam pani opo­wieść z pierw­szej ręki z sa­mego krańca świata, może uda mi się pa­nią na­mó­wić na przy­nie­sie­nie mi ma­śla­nego cro­is­santa? Lub cze­goś po­dob­nego? Je­stem prze­ko­nany, że za­dzia­łałby zba­wien­nie na mój stan. Tu­tej­sze je­dze­nie prę­dzej wpę­dzi czło­wieka do grobu, niż go zeń wy­cią­gnie.

Po kilku dniach w San Luis Víc­tor de la Vega do tego stop­nia wró­cił do formy, że był w sta­nie prze­cha­dzać się po klasz­tor­nym ogro­dzie, pod­pie­ra­jąc się tylko la­ską.

So­fía po­sta­no­wiła uczcić ten cud. W ko­lejny pią­tek, do­kład­nie ty­dzień po przy­by­ciu nie­zna­jo­mego, nad­ło­żyła drogi do klasz­toru San Luis, by wstą­pić do pie­karni. Z wy­mu­szoną po­wagą za­py­tała eks­pe­dientkę, czy nie po­da­ro­wa­łaby na­po­li­tany umie­ra­ją­cemu w klasz­to­rze pa­cjen­towi, któ­rego ostat­nim ży­cze­niem było po­sma­ko­wać tego wła­śnie wy­pieku. Za­kon nie ma pie­nię­dzy - do­dała, ale sio­stry do­łożą sta­rań, by sprze­daw­czyni do­stą­piła od­po­wied­niego bło­go­sła­wień­stwa. So­fía wy­szła z pie­karni z na­po­li­taną z chru­piącą po­sypką, za­wi­niętą w szary pa­pier, świa­doma, że przy oka­zji musi pa­mię­tać o spo­wie­dzi.

Za­stała go w klasz­tor­nym ogro­dzie, sie­dzą­cego na fon­tan­nie i za­to­pio­nego w lek­tu­rze książki grub­szej niż Bi­blia. Jedna z sióstr na­kryła go na gra­so­wa­niu po klasz­tor­nej bi­blio­tece na dru­gim pię­trze za­chod­niego skrzy­dła.

- Co pan zna­lazł? - spy­tała So­fía, sia­da­jąc obok męż­czy­zny.

Uniósł wzrok i wy­cią­gnął książkę przed sie­bie.

- Don Ki­chota Ce­rvan­tesa. Czy­tała pani?

So­fía prze­czy­tała w swoim ży­ciu nie­wiele ksią­żek, więk­szość w gim­na­zjum. Li­czący setki za­pi­sa­nych gę­stym dru­kiem stron Don Ki­chot do nich nie na­le­żał. Po­krę­ciła głową.

- Nie jest pani mo­lem książ­ko­wym? Nic w tym złego - do­dał po­spiesz­nie. Odło­żył książkę na bok, la­ska wciąż le­żała w po­przek na jego ko­la­nach.

So­fía miała wąt­pli­wo­ści, czy pod­pie­ra­nie się jest mu jesz­cze w ogóle po­trzebne.

- Sam późno za­ko­cha­łem się w li­te­ra­tu­rze - cią­gnął. - I by­naj­mniej nie była to mi­łość od pierw­szego wej­rze­nia. Ale wtedy po­zna­łem Bor­gesa. Zna go pani? - Spoj­rzał na nią py­ta­jąco, a ona po­krę­ciła głową.

Nie przy­wy­kła do męż­czyzn, któ­rzy za­dają tyle py­tań.

- Nie, za­pewne nie. Ale Jorge Luis Bor­ges to je­den z naj­waż­niej­szych pi­sa­rzy w moim kraju, dziś jest już pra­wie cał­kiem ślepy, o ile mi wia­domo. Po­zna­łem go przed wie­loma laty w Café Tor­toni, zna­nej ka­wiarni w Bu­enos Aires. By­łem wtedy ma­łym chłop­cem i przy­sze­dłem tam z oj­cem, który od czasu do czasu spo­ty­kał się z Bor­ge­sem i jego kom­pa­nami. W każde piąt­kowe przed­po­łu­dnie urzą­dzali w piw­nicy za­mknięty klub, w któ­rym wi­dy­wali się, by dys­ku­to­wać o sztuce, po­li­tyce i wszyst­kim, co po­mię­dzy. Wtedy by­łem tylko chłyst­kiem, który nie miał ochoty na czy­ta­nie, więc tata na­mó­wił Bor­gesa, by opo­wie­dział mi o nie­sa­mo­wi­tej bi­blio­tece swo­jego ojca, skła­da­ją­cej się z po­nad ty­siąca ksią­żek. A po­tem po­wie­dział, że któ­re­goś dnia wy­ob­raź­nia ura­tuje mi ży­cie, tak jak ura­to­wała jemu.

- I fak­tycz­nie ura­to­wała?

- W każ­dym ra­zie zro­biła dla mnie wię­cej niż rze­czy­wi­stość.

- Mam coś dla pana, ale sio­stra prze­ło­żona nie może tego zo­ba­czyć. Niech mi pan poda książkę.

So­fía unio­sła ją przed sobą, uda­jąc, że stu­diuje jej kartki i okładkę. W tym cza­sie ukrad­kiem wy­jęła na­po­li­tanę z kie­szeni far­tuszka. Na­stęp­nie zwró­ciła książkę, cho­wa­jąc za nią ciastko. Po­tem ro­zej­rzała się po ogro­dzie, by się upew­nić, że nikt ich nie wy­szpie­go­wał.

- Pro­szę zjeść je póź­niej, kiedy nikt nie bę­dzie wi­dział. Jest co naj­mniej tak do­bre jak cro­is­sant.

W fał­dach su­kienki za­plą­tał jej się okruch, więc po­śli­niła czu­bek palca, by usu­nąć wszyst­kie ślady.

Ar­gen­tyń­czyk od­wi­nął szary pa­pier. Wy­glą­dało na to, że jest pod na­le­ży­tym wra­że­niem.

- Jest pani pewna, że nie przy­słu­ży­łaby się światu bar­dziej, zo­sta­jąc kimś in­nym niż za­kon­nicą?

Prze­chadzki po klasz­tor­nym ogro­dzie, od­by­wane przy­naj­mniej raz dzien­nie, we­szły im w na­wyk. Opo­wia­dał jej wtedy o swoim dzie­ciń­stwie spę­dzo­nym w Ar­gen­ty­nie, o kwit­ną­cych drze­wach ja­ka­randy, któ­rych li­liowe płatki wio­sną brały parki i ulice Bu­enos Aires w ob­ję­cia barwy głę­bo­kiego fio­letu, o uj­ściu la Platy, za­mu­lo­nym ni­czym sa­dzawka, lecz sze­ro­kim jak mo­rze, o ką­pią­cych się o po­ranku na plaży w dziel­nicy Bel­grano, o bul­wa­ro­wych te­atrach i ki­nach w Cor­rien­tes. I o słyn­nych tan­gach ze swo­jej oj­czy­zny, o któ­rych przy­po­mi­nał so­bie za każ­dym ra­zem, gdy ra­dio w re­fek­ta­rzu grało an­da­lu­zyj­skie co­ple.

Opo­wia­dał też o swo­ich do­świad­cze­niach wie­lo­ryb­nika na krańcu świata; o pły­wa­niu mię­dzy gó­rami lo­do­wymi, o za­pa­chu gni­ją­cego tłusz­czu wie­lo­ry­biego i wi­doku stat­ków wie­lo­ryb­ni­ków na Cum­ber­land East Bay Geo­r­gii Po­łu­dnio­wej, któ­rzy w wi­gi­lijny wie­czór grali dla sie­bie mu­zykę świą­teczną, by zła­go­dzić tę­sk­notę za do­mem.

So­fía ni­gdy nie była da­lej niż w Gra­na­dzie na wschód i An­te­qu­erze na pół­noc, więc słu­chała jego opo­wie­ści z za­par­tym tchem. Sama opo­wia­dała o Ma­la­dze, o Hisz­pa­nii, o El Cau­dillo Fran­ci­sca Franco, o klasz­to­rze i cze­ka­ją­cej ją de­cy­zji. Po­winna się czuć dziw­nie, zwie­rza­jąc się ob­cej oso­bie, do tego męż­czyź­nie, ale wy­da­wało jej się to zu­peł­nie na­tu­ralne.

Rów­nież Ma­ría Án­ge­les do­strze­gała, jak się zda­wało, za­lety Ar­gen­tyń­czyka.

- Po­trafi wspa­niale słu­chać - przy­znała pew­nego go­rą­cego po­po­łu­dnia, kiedy sie­działy z So­fíą pod chłodną ko­lum­nadą log­gii każda ze swoim pa­cjen­tem. - Spra­wia, że czło­wiek może się po­czuć, jakby był je­dyny na świe­cie.

Ob­ser­wo­wały Víc­tora de la Vegę, który w to­wa­rzy­stwie naj­spraw­niej­szych miesz­kań­ców klasz­toru grał wła­śnie w al­ter­na­tywną wer­sję buli na prze­ciw­le­głym końcu ogrodu. Rolę świnki od­gry­wała zwi­nięta w kulkę gaza, a bu­lami były nie­doj­rzałe cy­tryny.

So­fía już ja­kiś czas temu za­uwa­żyła, że co­raz czę­ściej ry­wa­li­zuje z Ma­ríą Án­ge­les o to, która z nich le­piej się opie­kuje ar­gen­tyń­skim pa­cjen­tem. Nie­raz gdy zja­wiała się o po­ranku, sio­stra sie­działa już na ta­bo­re­cie przy jego łóżku.

So­fía czuła, jak wzbiera w niej obu­rze­nie. Ma­ría Án­ge­les była pulchną do­bro­duszną ko­bietą, o parę lat star­szą od So­fíi, ale do­piero nie­dawno wstą­piła do za­konu. Dla­czego ona, sio­stra za­konna, od­czu­wała po­trzebę dzie­le­nia się uczu­ciami z ob­cym męż­czy­zną?

- Może mo­gli­by­śmy do­stać odro­binę li­kieru any­żo­wego?! - za­wo­łał do nich Víc­tor de la Vega pod­czas prze­rwy w grze.

Miał na so­bie wor­ko­wate płó­cienne spodnie i po­do­bną, też za dużą, lnianą ko­szulę, o któ­rej sio­stra Isa­bel ze sta­now­czo­ścią twier­dziła, że zo­stała mu po­da­ro­wana przez nie­dawno zmar­łego pa­cjenta pod­czas ostat­niego na­masz­cze­nia. Na gło­wie miał szary fil­cowy ka­pe­lusz po­ży­czony od są­siada, Pa­bla Her­rery.

Uniósł mię­dzy kciu­kiem a pal­cem wska­zu­ją­cym wy­ima­gi­no­waną szkla­neczkę, wzno­sząc to­ast w kie­runku obu ko­biet. Obie po­krę­ciły gło­wami, ale So­fía była pewna, że Ma­ría Án­ge­les uśmiech­nęła się w du­chu rów­nie sze­roko.

Ar­gen­tyń­czyk nie szczę­dził ni­komu swo­ich opo­wie­ści. Nie tylko So­fía do­stą­piła za­szczytu słu­cha­nia o jego przy­go­dach w No­wym Świe­cie. Przez kilka po­ran­ków pra­wie tu­zin słu­cha­czy ota­czało go krę­giem pod drze­wami po­ma­rań­czo­wymi w klasz­tor­nym ogro­dzie, po­zwa­la­jąc mu wy­rwać się z nę­dzy eg­zy­sten­cji pod wo­dzą El Cau­dillo.

Cza­sami So­fía przy­sia­dała na brzegu fon­tanny, by po­słu­chać opo­wie­ści o tym, jak Víc­tor pę­dził by­dło przez El Pan­ta­nal, pod­mo­kłe te­reny mię­dzy Bra­zy­lią i Bo­li­wią, gdzie na ba­gnach cza­iły się węże du­si­ciele grube jak ko­rze­nie ka­talpy. Prze­mie­rzył też bo­li­wij­skie pła­sko­wyże na za­ła­do­wa­nym wo­zie pod sto­sem skór z lamy i czub­kiem ję­zyka li­zał gwiazdy noc­nego nieba. Opo­wia­dał o eska­drach świe­tli­ków, któ­rych zie­lon­kawy blask w pół­mroku przy­wo­dził na myśl zjawy, o wil­got­nej pusz­czy w pół­noc­nej Ar­gen­ty­nie, gdzie pra­co­wał na plan­ta­cji mate, i o la­tar­niach ulicz­nych w Li­mie i La Paz, które pod wie­czór wiły się po sto­kach An­dów ni­czym świetlne węże.

Nie wszy­scy po­dzie­lali eks­cy­ta­cję ar­gen­tyń­skim pa­cjen­tem i jego opo­wie­ściami. Któ­re­goś ranka So­fía pod­słu­chała urywki roz­mowy mię­dzy prze­ory­szą a jedną ze star­szych sióstr, kiedy zmie­rzała do jej ga­bi­netu.

- Mó­wię tylko, że gdyby rze­czy­wi­ście przez dwa ty­go­dnie dry­fo­wał na mo­rzu, miałby znacz­nie po­waż­niej­sze ob­ra­że­nia. Le­karz przy­znaje mi w tym ra­cję. Po­wie­dział mi, że jego żo­łą­dek byłby w gor­szym sta­nie, a opa­rze­nia sło­neczne znacz­nie po­waż­niej­sze. - Był to głos prze­ory­szy, który So­fía usły­szała w mo­men­cie, gdy stała po dru­giej stro­nie drzwi z za­ci­śniętą pię­ścią, go­towa, by za­pu­kać.

Kiedy w końcu to zro­biła, prze­ory­sza na­tych­miast za­mil­kła i obie sio­stry spoj­rzały na So­fíę po­dejrz­li­wie.

W głębi serca So­fía mu­siała przy­znać ra­cję sio­strze prze­ło­żo­nej. Nie miała po­ję­cia, czy ma wie­rzyć w jego hi­sto­rie, czy nie, ale było jej wszystko jedno.

Bo kiedy wie­czo­rem sie­działa przed lu­strem, uj­rzała w nim nową wer­sję sie­bie. Ta So­fía Baéz wciąż miała nie­pewne oczy i ży­dow­ski nos, a jej twarz była oko­lona brą­zo­wymi lo­kami, ale po­rzu­ciła pę­ta­jący ją ha­bit elż­bie­ta­nek na rzecz czer­wo­nej su­kienki, któ­rej ce­kiny od­bi­jały liczne świa­tła wiel­kiego mia­sta. Szła ta­necz­nym kro­kiem przez noc, od kon­ty­nentu do kon­ty­nentu, w to­wa­rzy­stwie ta­jem­ni­czego ko­chanka, który może miał imię za­czy­na­jące się na li­terę V i który za­bie­rał uko­chaną do Pa­ryża, do Limy, do Bu­enos Aires.

We wszyst­kie te miej­sca, do któ­rych ni­gdy by nie po­je­chała, gdyby zło­żyła śluby za­konne.

Jak So­fía Baéz po­szła w ślady Świę­tej Elż­biety

- Czy mi się wy­daje, czy spę­dzasz w klasz­to­rze co­raz wię­cej czasu?

Wargi Be­atriz po­tra­fiły wy­ar­ty­ku­ło­wać zda­nie w spo­sób tak mo­no­tonny, że So­fía nie była pewna, czy to stwier­dze­nie, czy py­ta­nie. Ko­biety wra­cały pod rękę do domu po wie­czor­nej mszy.

- Może i tak - mruk­nęła So­fía w od­po­wie­dzi, nie­pewna, czy ma trak­to­wać py­ta­nie jako próbę wzbu­dze­nia w niej wy­rzu­tów su­mie­nia. Ostat­nio nie­wiele po­ma­gała w El Ze­pe­lín.

- Nie za­mie­rzam ci tego wy­rzu­cać. To godne po­dziwu, że twoja wiara jest taka silna.

- Nie wiem, czy jest.

So­fía za­wsze po­dzi­wiała Be­atriz za jej wiarę. Te­raz, jako do­ro­sła ko­bieta, ko­ja­rzyła matkę ra­czej z siłą niż z tro­skli­wo­ścią, bar­dziej z sil­nymi dłońmi niż z czu­łymi sło­wami. Chude palce, lecz silne ręce, które usu­wały szu­mo­winy z cien­kich zup, cze­sały włosy córki i ogrze­wały ją wła­snym cie­płem pod weł­nia­nym ko­cem, kiedy w chłodne zi­mowe noce żar ze szkan­deli nie wy­star­czał. Za­har­to­wana skóra bez za­pa­chu, która spra­wiała, że fla­ko­nik ta­nich per­fum wy­star­czał na znacz­nie dłu­żej, niż można by się spo­dzie­wać po skrom­nej ilo­ści olej­ków ete­rycz­nych. Dłoń, która wy­mie­rzyła Ja­imemu po­li­czek, gdy stłukł ów fla­ko­nik na pod­ło­dze w sa­lo­nie. Mocne ręce, które prze­ga­niały So­fíę do sy­pialni i za­my­kały za sobą drzwi, nim unio­sły ob­fite ciało Ro­berta z pod­łogi w przed­sionku, kiedy od czasu do czasu wy­pił o jedną szkla­neczkę bim­bru fi­go­wego za dużo, pod­czas gdy So­fía przy­glą­dała się temu przez szparę w drzwiach. Ręce czer­piące siłę ze ści­ska­nia ko­ra­li­ków odzie­dzi­czo­nego przez Be­atriz po matce wy­ko­na­nego z brązu ró­żańca, bez któ­rego ni­g­dzie się nie ru­szała.

- Wiara za­wsze może się wzmoc­nić - po­wie­działa Be­atriz, kle­piąc So­fíę po ra­mie­niu.

- A je­śli tak się nie dzieje?

- To trzeba się z tym po­go­dzić. Albo wy­brać inną drogę ży­ciową.

- Ty tak zro­bi­łaś?

- Co masz na my­śli?

- Wy­cho­dząc za tatę?

- So­fío, nie sta­wiaj sprawy w ten spo­sób. To nie kwe­stia wy­boru lub od­ma­wia­nia so­bie cze­goś. To były inne czasy, nie mie­li­śmy ta­kich moż­li­wo­ści jak wy te­raz.

So­fíi na nic się to zdało. Co matka so­bie wy­ob­raża, po­ucza­jąc ją na te­mat moż­li­wo­ści? So­fía uwa­żała, że jej ży­cie składa się z sa­mych trosk. No, pra­wie.

Miała wielką ochotę spy­tać matkę, czy w ogóle jest szczę­śliwa i czy ży­cie uło­żyło jej się tak, jak so­bie wy­obra­żała. Ale nie po­tra­fiła się zdo­być na za­da­nie tego py­ta­nia. Obie miały aż nadto te­ma­tów do roz­my­ślań.

Tri­stán za­czął kasz­leć. Ten fakt sam w so­bie nie był ni­czym nie­zwy­kłym. Tri­stán za­wsze był sła­bo­wity, chro­nicz­nie chory, wiecz­nie za­ka­ta­rzony, czę­sto le­żący w łóżku z za­pa­le­niem za­tok, go­rączką lub ja­kimś no­wym uczu­le­niem. We­dług Be­atriz był to sku­tek po­rodu po­ślad­ko­wego, zda­niem Ro­berto to wojna do­mowa od­ci­snęła się na jego synu jesz­cze bar­dziej niż na resz­cie ro­dzeń­stwa. Ale ten ka­szel był gor­szy. Dłuż­szy, bar­dziej char­czący. Tri­stán wy­kasz­li­wał du­chy prze­szło­ści.

Na­stęp­nego dnia było tylko go­rzej. Tri­stán nie miał siły na­wet wstać z łóżka.

- Znów nas zna­la­zła - mruk­nął Ro­berto w drzwiach po­koju syna, pod­czas gdy So­fía kła­dła zimny kom­pres na jego czoło, a Be­atriz za­pa­lała świece w oknie.

- Ci­cho bądź! - syk­nęła Be­atriz, wy­pę­dza­jąc go z po­koju.

So­fía czuła, że jej matka znów za­częła wy­cze­ki­wać cudu. Po mszy zo­sta­wały w ko­ściele znacz­nie dłu­żej. Pa­liła świeczkę i od­ma­wiała Zdro­waś Ma­ryjo wię­cej razy, niż So­fía po­tra­fiła zli­czyć. Be­atriz ści­skała ró­ża­niec, po­wta­rza­jąc szep­tem imię Tri­stána.

Ale same mo­dli­twy nie wy­star­czały.

- Tra­fił nam się nie­sa­mo­wity pa­cjent - po­wie­działa So­fía pod­czas po­po­łu­dnio­wego po­siłku. Tego dnia nie po­szła do klasz­toru, by po­ma­gać w domu, Ja­ime też zaj­rzał, by od­wie­dzić brata. - Jego hi­sto­ria jest nie­zwy­kła.

So­fía ro­biła, co mo­gła, by wy­trzy­mać ich spoj­rze­nia, nim prze­szła do opo­wie­ści o Víc­to­rze de la Ve­dze z Bu­enos Aires, który przy­pły­nął na ar­gen­tyń­skiej ce­dro­wej de­sce. Po­sta­no­wiła przy­wró­cić ro­dzi­nie wiarę w cuda.

Do­sko­nale pa­mię­tała, by ucie­kać się do za­bie­gów, które sam de la Vega za­de­mon­stro­wał pod­czas przed­po­łu­dnio­wych se­an­sów pod drzew­kami po­ma­rań­czo­wymi i które sta­ran­nie ćwi­czyła przez cały dzień. Żad­nych nie­po­trzeb­nych wy­peł­nia­czy, żad­nego szu­ka­nia wy­ra­zów. Tylko oszczęd­nie do­zo­wane uży­cie słowa "cud" tu i ów­dzie.

- Żadna żywa istota nie prze­ży­łaby na otwar­tym mo­rzu dłu­żej niż parę dni, dry­fu­jąc na ka­wałku drewna - burk­nął Ro­berto swoim głę­bo­kim ba­sem, gdy So­fía skoń­czyła opo­wia­dać. - Wy­star­czy lekko wzbu­rzone mo­rze, by fale roz­pra­wiły się z taką de­ską. Zu­peł­nie jak z ka­wał­kiem for­niru, który ła­miesz na ko­la­nie.

- Nie­mniej mo­rze wy­rzu­ciło go na brzeg. A te­raz czyta Don Ki­chota i or­ga­ni­zuje kon­kursy gry w bule w klasz­tor­nym ogro­dzie.

Naj­wy­raź­niej jej słowa nie przy­nio­sły spo­dzie­wa­nego re­zul­tatu. Ża­den ze sto­łow­ni­ków ni­czego nie po­wie­dział, sie­dzieli tylko z oczami utkwio­nymi w swo­ich mi­skach z zupą.

- Przy­po­mina mi wujka Féliksa - po­wie­działa wresz­cie So­fía.

Ro­berto i Ja­ime unie­śli wzrok znad ta­le­rzy i spoj­rzeli na nią. So­fía do­strze­gła gry­mas na twa­rzy ojca. Wuj Félix był zmar­łym en­fant ter­ri­ble ro­dziny, młod­szym bra­tem ojca Ro­berta, be­nia­min­kiem, który jako świeżo upie­czony cze­lad­nik mu­rar­ski pod ko­niec mi­nio­nego stu­le­cia wy­ru­szył w po­dróż i zwie­dził od­le­głe za­kątki kon­ty­nentu eu­ro­pej­skiego.

Gdy kilka lat póź­niej wró­cił do Ma­lagi, był nie tylko za pan brat z przy­rzą­dem o na­zwie po­zio­mica i umiał mó­wić po nie­miecku oraz fla­mandzku, lecz także miał oka­zję po­znać ro­syj­skiego dyk­ta­tora na uchodź­stwie Wło­dzi­mie­rza Le­nina w po­dróży po­cią­giem mię­dzy Ham­bur­giem i Ber­li­nem oraz wy­pić her­batkę nad Je­zio­rem Bo­deń­skim z nie­miec­kim in­ży­nie­rem Zep­pe­li­nem, który wła­śnie tam pro­wa­dził próby swo­jego ste­rowca, póź­niej roz­sła­wio­nego na cały świat.

Wu­jek Félix ni­gdy nie prze­pu­ścił oka­zji, by wspo­mnieć, że in­ży­nie­rowi Gra­fowi von Zep­pe­li­nowi tak przy­pa­dły do gu­stu jego wska­zówki na te­mat kon­struk­cji, że w póź­niej­szej ko­re­spon­den­cji za­pro­sił go na pierw­szy ko­mer­cyjny lot ste­row­cem. Jed­nak Félix się wy­krę­cił, ofi­cjal­nie z po­wodu lęku wy­so­ko­ści, nie­ofi­cjal­nie dla­tego, że we­dług wła­snych wy­li­czeń aspi­ru­ją­cego in­ży­niera Féliksa taki zep­pe­lin w ogóle nie nada­wał się do po­dróży po­wietrz­nych i prę­dzej czy póź­niej taki lot miał się skoń­czyć wy­pad­kiem.

Żad­nemu człon­kowi ro­dziny ni­gdy nie udało się udo­wod­nić ist­nie­nia ko­re­spon­den­cji mię­dzy wu­jem a Gra­fem von Zep­pe­li­nem. Lecz Ro­berta Ba­éza se­niora tak urze­kła hi­sto­ria opo­wie­dziana przez brata, że swo­jemu lo­ka­lowi po­sta­no­wił nadać na­zwę upa­mięt­nia­jącą kon­struk­cję nie­miec­kiego in­ży­niera, która za­le­d­wie parę lat póź­niej pa­tro­lo­wała prze­strzeń po­wietrzną nad Rze­szą Nie­miecką pod­czas pierw­szej wojny świa­to­wej.

Gdy w 1937 roku, kilka lat po przed­wcze­snej śmierci Féliksa, zep­pe­lin za­jął się ogniem i ru­nął z nieba w Ame­ryce, więk­szość człon­ków ro­dziny po­trak­to­wała to jako do­wód, że wu­jek mimo wszystko nie do końca mi­nął się z prawdą, choć na stu­diach in­ży­nier­skich spę­dził tylko je­den se­mestr.

- Jak za­baw­nie - skwi­to­wał krótko Ro­berto.

So­fía spoj­rzała na Ja­imego. Miała na­dzieję, że ją po­prze, ale brat mil­czał. Nie mo­gła mieć mu tego za złe, bo wie­działa, że czeka tylko na to, by po­pro­sić ko­le­żankę o rękę. So­fía to­wa­rzy­szyła mu na­wet w wy­bie­ra­niu pier­ścionka u złot­nika. Lecz Ja­ime nie chciał się za­rę­czać, nim Tri­stán nie po­czuje się le­piej.

W za­sa­dzie to nie­mą­dre, by ka­szel miał prze­szko­dzić za­rę­czy­nom. Jed­nak wszy­scy się bali tego, co ów ka­szel może za sobą po­cią­gnąć. Hi­sto­ria im nie sprzy­jała.

Na­za­jutrz rano So­fía opo­wie­działa swemu ar­gen­tyń­skiemu pa­cjen­towi hi­sto­rię klą­twy ro­dziny Ba­ézów.

Była nią gruź­lica.

Na­wie­dzała co naj­mniej jedną osobę w każ­dym po­ko­le­niu. Pra­babka Ro­berta zmarła na su­choty, po­dob­nie jak jego babka i wuj. Jego ku­zyn rów­nież na nią cho­ro­wał, ale prze­żył, a te­raz rów­nież Tri­stánowi dia­beł do­stał się do płuc. Ro­berto w każ­dym ra­zie był o tym prze­ko­nany, mimo że ża­den le­karz nie po­sta­wił jesz­cze dia­gnozy.

- Na­prawdę wie­rzy pani w klą­twy? - spy­tał Víc­tor de la Vega, gdy So­fía skoń­czyła opo­wia­dać. Sie­dzieli na ławce pod drze­wem ma­gno­lii, nie­opo­dal wy­chod­ków na ty­łach ogrodu.

- Wie­rzę, że ścieżki Pana są nie­zba­dane i raz na ja­kiś czas wy­sta­wia On nas na próby.

- Czy w ta­kim ra­zie wie­rzy też pani w prze­zna­cze­nie? Sie­dzi pani w tym klasz­to­rze, bo los tak chciał?

- Wie­rzę w to, że Bóg wy­biera nam drogę. A je­śli jego zda­niem ta droga jest dla mnie od­po­wied­nia, to po­wi­nien dać mi znak.

Za­re­ago­wał chi­cho­tem.

- Niech zgadnę: jesz­cze go pani nie ze­słał?

So­fía po­krę­ciła głową.

- Opo­wiem te­raz pani, w co wie­rzą nor­we­scy wie­lo­ryb­nicy na krańcu świata - za­gaił. - To pro­ści lu­dzie, któ­rzy opi­sują swoją eg­zy­sten­cję dwoma pro­stymi po­ję­ciami. Flaks i uflaks. Fart i nie­fart. Jed­nego dnia złowi się wie­lo­ryba, in­nego nie. Nie ma sensu za­sta­na­wia­nie się nad tym ani mo­dle­nie się do tego tam w gó­rze o po­wo­dze­nie w po­lo­wa­niu, bo ko­niec koń­ców wszystko spro­wa­dza się do fartu i nie­fartu. Po­dob­nie jest w ży­ciu, je­śli chce pani znać moje zda­nie. Są dni, w któ­rych czło­wiek ma szczę­ście, są ta­kie, kiedy ma pe­cha. Wy­gląda mi na to, że pani brata do­tknęło nie­szczę­ście, ale to się może zmie­nić. A może nie. Ale naj­gor­sze, co można zro­bić, to po­wie­rzyć swój los Bogu i po­le­gać na tym, że On się wszyst­kim zaj­mie. W mo­ich oczach to naj­więk­szy grzech ze wszyst­kich: od­mó­wić wzię­cia od­po­wie­dzial­no­ści za sie­bie.

- Ale czy fart nie jest poza na­szym za­się­giem tak samo jak prze­zna­cze­nie? - So­fía nie mo­gła tego po­jąć. Albo też po pro­stu nie chciała. - Prze­cież nie mam więk­szego wpływu ani na jedno, ani na dru­gie.

- To trzeba da­wać szczę­ściu szansę i sa­memu je bu­do­wać. To nie prze­zna­cze­nie przy­wio­dło moją ce­drową de­skę do brzegu. To szczę­ście. I moja wola ży­cia. - Szturch­nął So­fíę de­li­kat­nie i uczy­nił ruch głową.

Zbli­żała się do nich prze­ory­sza.

- Pro­szę prze­stać mar­no­wać czas, wy­cze­ku­jąc znaku, który nie na­dej­dzie. Le­piej spo­żyt­ko­wać go na za­sta­no­wie­nie się, co tak na­prawdę chce pani zro­bić ze swoim ży­ciem - do­dał.

So­fía usły­szała kroki na ścieżce z pły­tek, a gdy unio­sła wzrok, obok nich stała prze­ory­sza.

- Mam na­dzieję, że nie prze­szka­dzam...

- Sta­ramy się tylko ulżyć roz­ter­kom du­cho­wym - od­parł.

- Czy od tego nie jest spo­wied­nik? - Nie było ja­sne, czy py­ta­nie było skie­ro­wane do So­fíi, czy do Víc­tora de la Vegi. Prze­ory­sza po­pa­try­wała na zmianę to na jedno, to na dru­gie. - Do­brze, zo­stawmy to - cią­gnęła. - Jak wła­ści­wie prze­biega pro­ces pań­skiej re­kon­wa­le­scen­cji?

- Z głową wszystko do­brze, tylko ciało nieco nie­do­maga.

- Sły­sza­łam ską­d­inąd, że robi pan duże po­stępy. Jedna z sióstr twier­dziła na­wet, że któ­re­goś dnia rzu­cił się pan sprin­tem pod­czas gry w bule. Szcze­gól­nie nasz dok­tor jest pod wra­że­niem. Uznał na­wet, że to wręcz prze­czy pra­wom na­tury, by czło­wiek był w sta­nie tak szybko do sie­bie dojść, spę­dziw­szy dwa ty­go­dnie na mo­rzu.

Wzrok So­fíi krą­żył od jed­nego do dru­giego.

- Bo mó­wił pan o dwóch ty­go­dniach, prawda?

- Je­śli do­brze pa­mię­tam, to o trzy­na­stu dniach.

- Hm. Tak czy ina­czej, to im­po­nu­jące, że dry­fo­wał pan tak długo. Aż trudno uwie­rzyć, że pań­ski sta­tek za­pu­ścił się tak da­leko na otwarte mo­rze. Prze­cież za­zwy­czaj trasy że­glugi prze­bie­gają dość bli­sko brzegu.

- Z pew­no­ścią krą­ży­łem w kółko. Wiatr na mo­rzu po­trafi być dość zmienny.

Prze­ory­sza po­ki­wała głową z na­my­słem.

- Tak czy siak, do­bro­czyn­ność nie może trwać wiecz­nie. Lu­dzie po wy­pad­kach, cho­rzy i zra­nieni za­wsze zo­staną ser­decz­nie przy­jęci w klasz­to­rze San Luis, ale kiedy mogą już bie­gać sprin­tem i zja­dać dwie do­kładki śnia­da­nia, to zna­czy, że są na tyle zdrowi, by ra­dzić so­bie sa­memu i po­zwo­lić Panu za­jąć się resztą.

Męż­czy­zna spu­ścił wzrok. Wy­glą­dało na to, że prze­ory­sza prze­ka­zała swój ko­mu­ni­kat. Po chwili spoj­rzała na So­fíę.

- Panno Baéz, do­trzyma mi pani to­wa­rzy­stwa?

So­fía ski­nęła głową i sio­stra prze­ło­żona ru­szyła z po­wro­tem. Kiedy ode­szła na tyle da­leko, że nie mo­gła ich sły­szeć, Víc­tor de la Vega chwy­cił So­fíę za ra­mię.

- Pod­czas roz­mowy z prze­ory­szą po­le­cam pani za­dać so­bie na­stę­pu­jące py­ta­nie: czy rze­czy­wi­ście je­stem pewna, że znajdę szczę­ście, spę­dza­jąc resztę ży­cia za tymi mu­rami w obec­no­ści tam­tej ko­biety?

So­fía nie zdą­żyła mu od­po­wie­dzieć, nim zwol­nił uścisk i oparł się ple­cami o ławkę. Prze­rwał mu głos prze­ory­szy, która po­now­nie przy­sta­nęła.

- Przy oka­zji, jak wła­ści­wie na­zy­wał się pań­ski sta­tek? - spy­tała.

- Słu­cham?

- Pań­ski sta­tek. Ten, z któ­rego zmyło pana do mo­rza. Jaką no­sił na­zwę?

- Ma­ría. Ma­ría jak od sióstr nie­po­ka­la­nek.

So­fía zo­sta­wiła go pod drzew­kiem ma­gno­lii i do­go­niła prze­ory­szę.

- Nie chcę wy­wie­rać na pani pre­sji - po­wie­działa sio­stra prze­ło­żona przy­jaź­nie, gdy So­fía za­jęła miej­sce u jej boku. - Ale czy pod­jęła już pani de­cy­zję?

- Wkrótce to zro­bię, sio­stro Ma­ri­bel. Przy­rze­kam sio­strze.

Prze­ory­sza się za­trzy­mała i uśmiech­nęła.

- To do­brze. Czy mogę za­su­ge­ro­wać, by roz­sąd­niej dys­po­no­wała pani cza­sem? I nie na­bi­jała so­bie głowy wszyst­kimi in­nymi rze­czami?

So­fía do­strze­gła, że prze­ory­sza nie­mal nie­zau­wa­żal­nie zerka w stronę Víc­tora de la Vegi.

Mo­głaby się pani sto­sow­nie za­jąć Pa­blem Her­rerą. Bie­da­kowi przy­da­łoby się wię­cej opieki na ostat­niej pro­stej.

Prze­ory­sza ru­szyła su­mie­nie So­fíi, która już od wielu dni nie za­glą­dała do Pa­bla Her­rery, po­zwa­la­jąc, by ro­bili to inni. Ale wie­działa też do­sko­nale, że nie zo­stało mu już dużo czasu. Za­pa­le­nie oskrzeli tak zwę­ziło mu drogi od­de­chowe, że od­dy­chał krót­kimi nie­re­gu­lar­nymi hau­stami. Kiedy So­fía wi­działa go ostat­nim ra­zem, jego usta i twarz na­brały nie­bie­ska­wego od­cie­nia.

Prze­ory­sza ski­nęła głową na po­że­gna­nie i znik­nęła w re­fek­ta­rzu, a So­fía usia­dła na scho­dach, ogar­nia­jąc wzro­kiem klasz­torny ogród. Po prze­ciw­le­głej stro­nie jedna z sióstr go­niła bo­sego star­szego pana w brud­nym ka­fta­nie. Był to je­den z pa­cjen­tów z de­men­cją, który przy­naj­mniej raz dzien­nie pró­bo­wał sfor­so­wać mur. Pod drzew­kami po­ma­rań­czo­wymi sie­działo trzech cho­rych, pa­trząc przed sie­bie pu­stym wzro­kiem; każdy z nich trzy­mał ró­ża­niec. Wy­glą­dali, jakby utknęli na mo­dli­twie.

Na­stęp­nego dnia rano po obu­dze­niu Tri­stán zo­ba­czył czer­wone plamy na po­duszce. W nocy za­czął kasz­leć krwią, a ka­szel był co­raz bar­dziej uciąż­liwy. Be­atriz we­zwała le­ka­rza, ale So­fíi wy­star­czyło, że spoj­rzała w oczy ojca, by wie­dzieć, że do po­sta­wie­nia dia­gnozy nie bę­dzie po­trzebny spe­cja­li­sta.

Skoń­czyło się na tym, że wy­szła z domu, za­nim przy­szedł le­karz. Do tej pory sie­działa na brzegu łóżka w po­koju brata z mied­nicą na ko­la­nach. Okien­nice na­dal były za­mknięte, stopy Tri­stána wy­sta­wały spod koł­dry jak mar­twe ka­mie­nie. W po­wie­trzu uno­sił się za­pach mig­da­łów i potu, my­dła i cho­roby; matka sie­działa po dru­giej stro­nie łóżka, ocie­ra­jąc czoło syna zimną wodą. So­fía po­czuła pa­lącą po­trzebę, by wyjść z miesz­ka­nia.

Wy­lą­do­wała w klasz­to­rze, bo też nie miała do­kąd pójść. W sali sy­pial­nej we wschod­nim skrzy­dle prze­ory­sza, Ma­ría Án­ge­les i dwie inne sio­stry oto­czyły ko­łem ten od­ci­nek po­miesz­cze­nia, w któ­rym le­żał Víc­tor de la Vega. Kiedy So­fía po­de­szła bli­żej, oka­zało się, że nie cho­dziło o jego łóżko, lecz o umie­ra­ją­cego Pa­bla Her­rerę.

- Mó­wię sio­strom: w nocy był tu ksiądz. Przy­szedł do mnie i usiadł obok, bym się wy­spo­wia­dał. My­śli­cie, że to zmy­śli­łem? - spy­tał Her­rera.

- Co się dzieje? - spy­tała So­fía szep­tem Ma­ríę Án­ge­les.

- Ktoś udzie­lił mu ostat­niego na­masz­cze­nia i go wy­spo­wia­dał - od­parła Ma­ría Án­ge­les, za­sła­nia­jąc usta dło­nią. - W nocy, nie wiemy kto. Her­rera my­ślał, że umiera. Twier­dzi, że był tu ksiądz, ale to po pro­stu nie­moż­liwe.

- Jesz­cze raz, pa­nie Her­rera. Pro­szę nam wy­ja­śnić, co się wy­da­rzyło - po­pro­siła prze­ory­sza.

Męż­czy­zna od­kaszl­nął, błę­kitne usta pod bla­dymi po­licz­kami pró­bo­wały wy­po­wie­dzieć słowa. Le­żał w ciem­no­ści, czu­jąc, że zbliża się ko­niec. We­zwał sio­strę, bo nie mógł odejść z tego świata bez ostat­niego na­masz­cze­nia i spo­wie­dzi, ale nikt go nie usły­szał, nikt się nie po­ja­wił. Na­gle w mroku sta­nęła obok niego ja­kaś po­stać i się nad nim na­chy­liła.

- Tak jak sio­stra te­raz, sio­stro Ma­ri­bel - do­dał.

W ciem­no­ści po­stać wzięła go za rękę i po­pro­siła ob­cym, lecz za­ra­zem zna­jo­mym gło­sem, by wy­znał grze­chy. Po­stać na­ma­ściła mu czoło i ręce oraz wy­po­wie­działa słowa, które - Pa­blo Her­rera był pe­wien - będą mu to­wa­rzy­szyć w dro­dze do śmierci.

- Przez to święte na­masz­cze­nie niech Pan w swoim nie­skoń­czo­nym mi­ło­sier­dziu wspo­może cie­bie ła­ską Du­cha Świę­tego. Pan, który od­pusz­cza ci grze­chy, niech cię wy­bawi i ła­ska­wie po­dźwi­gnie. I znów znik­nął, a ja uzna­łem, że mogę umrzeć w po­koju.

- Nie wi­dział pan jego twa­rzy? - do­py­ty­wała prze­ory­sza.

Stary męż­czy­zna po­krę­cił głową.

- Ale wy­da­wało się panu, że zna jego głos? Było w nim coś szcze­gól­nego?

- Dia­lekt - wy­mam­ro­tał sta­rzec w końcu po dłu­giej pau­zie.

So­fía nie wie­działa, czy to płuca, czy pa­mięć za­wo­dzi star­szego pana.

- Był dziwny. Pra­wie jakby czło­wiek słu­chał Wło­cha. Po­tem po­pro­sił mnie, bym po­da­ro­wał moje ziem­skie do­bra bliź­nim w po­trzeb­nie, jak na przy­kład mój le­żący tuż obok przy­ja­ciel, tak by nie skoń­czyły na śmiet­niku - za­koń­czył, ro­biąc ruch głową w stronę Víc­tora de la Vegi.

Prze­ory­sza ski­nęła głową z za­do­wo­le­niem i uści­snęła mu dłoń.

- Pro­szę wy­po­czy­wać, pa­nie Her­rera - po­wie­działa, od­wra­ca­jąc się do łóżka Víc­tora de la Vegi.

Po­dą­żyły za nią wszyst­kie oczy.

- Se­?or Vega, daję panu jedną szansę, by pan wy­ja­śnił, a nie uspra­wie­dli­wił, czyn, któ­rego się pan do­pu­ścił.

- Ale ja prze­cież nic nie zro­bi­łem.

- Nie ma pan upraw­nień do udzie­la­nia sa­kra­mentu po­jed­na­nia ani na­masz­cze­nia cho­rych. Jak pan śmie znie­wa­żać imię Pań­skie w tym domu?

Męż­czy­zna wes­tchnął głę­boko.

- Gdyby tak sio­stra...

- Pro­szę na­tych­miast opu­ścić szpi­tal. Nie dość, że po­daje się pan za sługę Bo­żego, to jesz­cze wszyst­kich nas pan okła­mał. Roz­ma­wia­łam ze strażą przy­brzeżną i ka­pi­ta­na­tami por­tów; nikt nie otrzy­mał zgło­sze­nia, że z fran­cu­skiego frach­towca znik­nął czło­wiek. Dla pew­no­ści skon­tak­to­wa­łam się też z kon­su­la­tem fran­cu­skim, gdzie mi po­wie­dziano, że nic im nie wia­domo, by fran­cu­ski sta­tek pod na­zwą Ma­ría miał w ostat­nim pół­ro­czu za­wi­nąć do portu w Mar­sy­lii.

- Mó­wi­łem, że fran­cu­ski? Cho­dziło mi o wło­ski.

- To prawda - wtrą­ciła się Ma­ría Án­ge­les. - Je­stem pewna, że mó­wił mi, że sta­tek był wło­ski...

Prze­ory­sza zgro­miła ją spoj­rze­niem.

- Że­gnam, pa­nie de la Vega, je­śli to rze­czy­wi­ście pań­skie praw­dziwe na­zwi­sko. Je­śli czło­wiek jest na tyle zdrowy, by znie­wa­żać imię Pana, to jest też w sta­nie ra­dzić so­bie sa­mo­dziel­nie. - Prze­ory­sza wy­cho­dziła już z sali sy­pial­nej; dwie sio­stry dep­tały jej po pię­tach. - Ży­czę panu wszyst­kiego do­brego. Mam na­dzieję, że wię­cej się nie zo­ba­czymy.

Na miej­scu zo­stały So­fía i Ma­ría Án­ge­les. Po po­liczku sio­stry spły­nęła łza.

- Mu­simy coś wy­my­ślić - chlip­nęła Ma­ría Án­ge­les i ni stąd, ni zo­wąd, zu­peł­nie, zda­niem So­fíi, nie­sto­sow­nie, chwy­ciła ją za rękę.

So­fía sły­szała, jak kroki sióstr cichną na scho­dach. Nie po­tra­fiła za­pa­no­wać nad uczu­ciami. Z jed­nej strony uwa­żała, że po­winna się opa­no­wać, z dru­giej py­tała samą sie­bie, czy na­prawdę ma ochotę tra­cić ulu­bio­nego pa­cjenta w tym sa­mym dniu, w któ­rym może stra­cić brata.

Od­cze­kała chwilę, by się upew­nić, że nie wpad­nie na prze­ory­szę w re­fek­ta­rzu. Po­tem spo­koj­nie opu­ściła salę, prze­szła przez główny bu­dy­nek i skrzy­dło za­chod­nie, mi­ja­jąc cele sióstr. Do­tarła do ka­plicy na końcu log­gii za­chod­niego skrzy­dła i mi­nęła rzędy ła­wek.

Przy oł­ta­rzu uklę­kła przed Naj­święt­szą Ma­ryją Panną i zło­żyła ręce do mo­dli­twy. Nie wy­ma­wia­jąc słów na głos, mo­dliła się o prze­ba­cze­nie czynu, któ­rego za­mie­rzała się do­pu­ścić. Z le­wej strony spo­glą­dała na nią Święta Elż­bieta z Tu­ryn­gii. So­fía po­czuła na­gle pewne po­wi­no­wac­two z tą Elż­bietą, która prze­my­cała z zamku chleb dla bied­nych wie­śnia­ków w Eise­nach. Obie chciały czy­nić do­bro, zde­cy­do­wały się być prze­myt­nicz­kami w służ­bie do­brej sprawy mimo nie­zro­zu­mie­nia przez oto­cze­nie. Drobna róż­nica po­le­gała na tym, że za Elż­bietą stał Bóg.

So­fía jesz­cze raz prze­ana­li­zo­wała swoje mo­ty­wa­cje. Czy ich suma uspra­wie­dli­wiała jej czyn? Tak, Święta Elż­bieta przy­zna­łaby jej ra­cję. So­fía od­mó­wiła trzy Zdro­waś Ma­ryjo i zro­biła znak krzyża, po czym unio­sła wzrok na Świętą Elż­bietę. Miała ją zo­ba­czyć po raz ostatni.

- Co mam zro­bić?

- Pro­szę spa­ko­wać swoje rze­czy, je­śli w ogóle pan ja­kieś ma, i pójść ze mną - za­ko­men­de­ro­wała So­fía. Stała przy łóżku Víc­tora de la Vegi z za­ło­żo­nymi rę­kami i nie­spo­koj­nym spoj­rze­niem. Wcze­śniej cze­kała za drzwiami, aż Ma­ría Án­ge­les znik­nie w klasz­tor­nym ogro­dzie. - Tym­cza­sowo może pan do­stać łóżko u nas - stwier­dziła. - Przy­naj­mniej na ja­kiś czas - do­dała.

- Cóż, brzmi le­piej niż per­spek­tywa po­zo­sta­nia u tej sta­rej wy­dry.

So­fía miała wielką na­dzieję, że słowa te od­no­szą się do Ma­rii Án­ge­les. Wpa­try­wała się w drzwi w oba­wie, że grzeszna sio­stra może się tu po­ja­wić w każ­dej chwili, go­towa go upro­wa­dzić.

Ale Ma­ría Án­ge­les po­ja­wiła się do­piero, gdy byli już w po­ło­wie wy­bru­ko­wa­nej ścieżki przed klasz­to­rem. So­fíi jak do­tąd udało się zi­gno­ro­wać pełne dez­apro­baty spoj­rze­nia in­nych sióstr, gdy wy­no­siła się stąd ze swoim ar­gen­tyń­skim pa­cjen­tem, ale ryku, jaki na­gle roz­legł się za ich ple­cami, nie spo­sób było nie usły­szeć.

Od­wró­ciw­szy się, uj­rzała, jak Ma­ría Án­ge­les wy­ska­kuje drzwiami wej­ścio­wymi i pró­buje uto­ro­wać so­bie drogę mię­dzy grupką osłu­pia­łych sióstr i cho­rych usta­wio­nych na scho­dach przy drzwiach.

- Co ona robi? Do­kąd ona go za­biera?! - za­wo­łała Ma­ría Án­ge­les, przy­po­mi­na­jąc szy­ku­ją­cego się do ataku ty­grysa, ale cia­sny strój krę­po­wał jej ru­chy. Prze­ory­sza chwy­ciła ją za ra­miona i przy­trzy­mała.

So­fía ostatni raz rzu­ciła wzro­kiem na sło­necz­no­żółtą fa­sadę, po czym ob­ró­ciła się na pię­cie i przy­spie­szyła, by do­trzy­mać kroku od­da­la­ją­cemu się spiesz­nie by­łemu pa­cjen­towi, który zo­sta­wił la­skę przy łóżku i świet­nie ra­dził so­bie bez niej. Nie ku­lał na prawą nogę ani nią nie po­włó­czył. Na gło­wie miał szary fil­cowy ka­pe­lusz Pa­bla Her­rery. Gdy prze­szli już ka­wa­łek ulicą, męż­czy­zna zwol­nił i po­zwo­lił So­fíi zrów­nać się ze sobą. Po kilku kro­kach chwy­cił ją za ra­mię i przy­sta­nął.

- On bła­gał o moż­li­wość spo­wie­dzi. To stary scho­ro­wany czło­wiek. Dla­czego mia­łem mu tego od­mó­wić w chwili śmierci? - po­wie­dział ci­cho. - Czy efekt do­brego uczynku nie może zni­we­lo­wać grze­chu?

Ow­szem, miejmy na­dzieję, że tak - po­my­ślała So­fía, po­ka­zu­jąc ge­stem, że po­winni ru­szać da­lej. Do­tarł­szy do rogu ko­lej­nej ulicy, nie po­tra­fiła już jed­nak dłu­żej po­wstrzy­my­wać tego py­ta­nia.

- Czego wła­ści­wie pan użył jako świę­tego oleju?

Uśmiech­nął się pół­gęb­kiem.

- Oleju do sma­że­nia z kuchni. Po­bło­go­sła­wio­nego przez Świętą Pa­nienkę w ka­plicy.

Po­ro­wate ko­ści

W in­ten­cjach wie­czor­nych mo­dlitw So­fíi, które miały zo­stać wy­słu­chane przez Pana, zro­biło się tłoczno.

La­tem 1954 roku pa­mię­tała o mo­dli­twie za tyle dusz, że mu­siała so­bie za­pi­sać ich imiona ko­lo­rową kredą na ta­bliczce, którą trzy­mała w szu­fla­dzie ko­mody.

Przede wszyst­kim Tri­stán, któ­rego z ogni­skiem su­chot­ni­czym w pra­wym płucu przy­jęto do sa­na­to­rium dla gruź­li­ków w Ho­spi­tal Ma­rítimo w Ter­re­mo­li­nos; zdję­cie rent­ge­now­skie po­twier­dziło złe prze­czu­cia Ro­berta. Tri­stán miał spę­dzić całe lato w szpi­tal­nym łóżku z prze­bi­tym płu­cem, w wy­cho­dzą­cym na po­łu­dnie, sil­nie na­sło­necz­nio­nym po­koju nad mo­rzem, ale So­fía czuła, że i tak nie może wy­mknąć się mro­kowi.

Co­raz czę­ściej za­po­mi­nała o Se­ba­sti­ánie, który bez­dy­sku­syj­nie za­słu­gi­wał na mo­dli­twę, i o swo­jej matce oraz swoim ojcu, któ­rzy tak jak naj­młod­szy syn chyba stra­cili wiarę, choć So­fía po­sta­wiła na ich progu ni mniej, ni wię­cej, tylko cud z krwi i ko­ści.

No i wresz­cie sam cud, który z ini­cja­tywy So­fíi prze­jął za­równo mun­du­rek Tri­stána, jak i jego miej­sce w ba­rze tego sa­mego po­ranka, kiedy Tri­stána za­brała ka­retka. Po ucieczce z klasz­toru So­fía za­cią­gnęła Víc­tora pro­sto do El Ze­pe­lín i rze­czowo wy­ja­śniła ojcu, że je­śli po­zwoli jej ar­gen­tyń­skiemu eks­pa­cjen­towi za­stą­pić Tri­stána, ona obieca, że jej noga ni­gdy wię­cej nie po­sta­nie w klasz­to­rze.

Ro­berto zgo­dził się od razu. Matkę prze­ko­nać było nieco trud­niej, ale i ona w końcu ule­gła So­fíi.

Już po kilku ty­go­dniach miało się wra­że­nie, że Víc­tor jest czę­ścią ich ży­cia od dzie­się­cio­leci.

- San­cho Pansa do usług wiel­moż­nego ry­ce­rza - przy­wi­tał się pierw­szego po­ranka, w któ­rym po­ja­wił się w El Ze­pe­lín. Nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że oj­ciec, który ni­gdy w ży­ciu nie czy­tał Ce­rvan­tesa, nie zro­zu­mie alu­zji. A jed­nak Víc­tor uczy­nił z niej stałe po­wi­ta­nie, a z cza­sem do­dał do niego sa­mo­rzut­nie ry­cer­ski sa­lut.

Ro­berto i So­fía nie po­trze­bo­wali wiele czasu, by na­uczyć go pod­sta­wo­wych czyn­no­ści - pod­li­cze­nia kasy, po­zna­nia róż­nicy mię­dzy słodką i wy­trawną sherry, na­peł­nia­nia ku­fla pi­wem tak, by piana ca­ło­wała brzeg, ale się nie wy­le­wała, kro­je­nia dro­giej szynki na pla­stry cien­kie jak pa­pier i pa­rze­nia po­rząd­nej kawy. Víc­tor de la Vega nie stał się wy­bit­nym bar­ma­nem, ale re­kom­pen­so­wał to, czy­niąc cuda w przy­cią­ga­niu klien­tów do baru i spra­wia­niu, by w nim po­zo­stali.

Opo­wia­dał, że kilka lat wcze­śniej był na­ga­nia­czem w por­to­wej knaj­pie w Mon­te­vi­deo. Jego za­da­nie sta­no­wiło krą­że­nie mię­dzy pa­row­cami oce­anicz­nymi i frach­tow­cami, by zwa­bić nowo przy­by­łych ma­ry­na­rzy do baru, który go za­trud­nił.

Po nie­ca­łym ty­go­dniu Víc­tor, z ini­cja­tywy Ro­berta, prze­niósł się z ko­ze­tki sto­ją­cej w ma­ga­zy­nie do po­koju na dru­gim pię­trze w po­bli­skim pen­sjo­na­cie w Per­chel. Zda­niem So­fíi, która kilka razy tam za­wi­tała, było to miej­sce okropne: wcze­śniej było wię­zie­niem, w któ­rym sie­dzieli naj­gorsi prze­stępcy z pro­win­cji Ma­laga, do­póki nie­ży­jący już mąż go­spo­dyni w cza­sach re­pu­bliki nie prze­kształ­cił tej ru­iny w pen­sjo­nat. W każ­dym oknie tkwiły kraty, ściany były za­wil­go­cone. Na po­dwó­rzu cuch­nęło ko­cimi szczy­nami, na par­te­rze wę­glem i sa­dzą, w piw­nicy stał stary piec, a wszy­scy lo­ka­to­rzy płci mę­skiej zo­stali zo­bli­go­wani w kontr­ak­cie, by na zmianę usu­wać z niego żu­żel.

Ale wy­glą­dało na to, że Víc­tor jest za­do­wo­lony z kwa­tery i się nie skarży. So­fía od­no­to­wała, że zdo­był tam na­wet przy­ja­ciela. Była to, o ile So­fía wie­działa, je­dyna osoba spoza ro­dziny Ba­ézów, z którą Víc­tor utrzy­my­wał re­la­cje w Ma­la­dze. Cho­dziło o brata go­spo­dyni, na­uczy­ciela ma­te­ma­tyki w śred­nim wieku o wło­sach i bródce jak Al­bert Ein­stein i o smut­nych oczach pod gru­bymi brwiami.

- Mam na imię Mar­tín, ale może mnie pani na­zy­wać po pro­stu Ma­es­tro. W dzi­siej­szych cza­sach pro­fe­sja czło­wieka jest nie­mal waż­niej­sza niż jego imię - po­wie­dział, gdy któ­re­goś dnia Víc­tor ich so­bie przed­sta­wił.

So­fía po­prze­stała na uśmie­chu i po­da­niu mu ręki. Jego słowa brzmiały dziw­nie, lecz spra­wiał wra­że­nie uprzej­mego. Za każ­dym ra­zem, gdy wi­tała się z nie­zna­jo­mym z po­ko­le­nia ro­dzi­ców, mi­mo­wol­nie się za­sta­na­wiała, co też de­li­kwent po­ra­biał pod­czas wojny do­mo­wej. Po któ­rej stro­nie wal­czył? Czy ko­goś za­bił, czy zo­sta­wiał ta­kie sprawy in­nym, a sam stał z boku? So­fía wma­wiała so­bie, że cza­sami uda­wało jej się to od­gad­nąć, jed­nak w in­nych przy­pad­kach da­wała za wy­graną.

Na­uczy­ciel ma­te­ma­tyki o smut­nych, ale peł­nych de­ter­mi­na­cji oczach i o mi­łym gło­sie był jed­nym z tych przy­pad­ków.

So­fía spę­dzała więk­szość czasu, po­ma­ga­jąc ojcu w ba­rze. Sprzą­tała, pod­li­czała, sma­żyła ziem­niaki i pa­prykę oraz fi­le­to­wała ryby do wi­trynki z ta­pas. Po­nadto po­żyt­ko­wała całą ener­gię na in­nego ro­dzaju dzia­łal­ność do­bro­czynną niż ta, którą prak­ty­ko­wała za mu­rami San Luis, a mia­no­wi­cie po­ma­gała Víc­to­rowi, z któ­rym i tak spę­dzała po­po­łu­dnia w El Ze­pe­lín, się za­akli­ma­ty­zo­wać.

- Nie mo­żesz prze­cież mó­wić po hisz­pań­sku jak Włoch - tak roz­po­częła na­ucza­nie, któ­rego pro­gram prze­my­ślała i usys­te­ma­ty­zo­wała w gło­wie naj­le­piej, jak po­tra­fiła.

Lek­cje prze­bie­gały przy jed­nym z wy­ło­żo­nych płyt­kami sto­łów w ba­rze, kiedy nie było w nim zbyt wielu klien­tów. So­fía sztor­co­wała ucznia za uży­wa­nie oj­czy­stego dia­lektu, ru­gała go, gdy uży­wał po­łu­dnio­wo­ame­ry­kań­skich słów czy od­miany cza­sow­ni­ków i uczyła go mó­wie­nia jak au­ten­tyczny An­da­lu­zyj­czyk: miał se­ple­nić przy wy­ma­wia­niu "c" i "z", zja­dać koń­cówki wy­ra­zów i ogól­nie mam­ro­tać.

- Mu­sisz bar­dziej wy­cią­gać ję­zyk z ust, za­pa­mię­taj wresz­cie - po­wie­działa, gdy po raz ko­lejny nie do­ło­żył sta­rań, by wła­ści­wie zmięk­czyć gło­ski "c" i "z".

Któ­re­goś razu ude­rzyło ją, że Víc­tor wła­ści­wie ni­gdy nie po­twier­dził za­miaru po­zo­sta­nia w Ma­la­dze i go­to­wo­ści do pracy jako bar­man przez resztę swo­ich dni. Po pro­stu przy­jęła to za pew­nik.

Na­uczyła go tras tram­wa­jów, by z ła­two­ścią prze­miesz­czał się z jed­nego końca mia­sta na drugi, po­dała mu na­zwy pie­karni, gdzie można było ku­pić naj­lep­sze na­po­li­tany. A kiedy oznaj­mił jej, jak wy­soko ceni so­bie li­te­ra­turę an­glo­sa­ską, przed­sta­wiła go księ­ga­rzowi, który na za­ple­czu sprze­da­wał ską­d­inąd trudne do zdo­by­cia po­wie­ści au­to­rów an­giel­skich i ame­ry­kań­skich.

So­fía mu­siała się za­do­wo­lić opo­wia­da­niem o tych miej­scach. Choć chęt­nie do­trzy­ma­łaby mu to­wa­rzy­stwa, nie wolno jej było się z nim wy­bie­rać na przed­po­łu­dniowe wę­drówki po mie­ście. Be­atriz wy­dała za­kaz. Nie­za­męż­nej ko­bie­cie nie ucho­dzi spa­ce­ro­wać bez nad­zoru z mło­dymi męż­czy­znami.

Jej oj­ciec już dawno za­ak­cep­to­wał Víc­tora, ale Be­atriz wy­ka­zy­wała się więk­szą re­ze­rwą. Trak­to­wała go uprzej­mie, wręcz po­błaż­li­wie, lecz ni­gdy ser­decz­nie. So­fía nie mo­gła do­ciec, czy na­prawdę za nim nie prze­pada, czy jest to po pro­stu jej spo­sób na uka­ra­nie córki za wcią­gnię­cie do ro­dziny roz­bitka bez pa­pie­rów.

Pod­czas dła­wiąco go­rą­cego lata So­fía opo­wie­działa też Víc­to­rowi o Se­ba­sti­ánie, woj­nie do­mo­wej i gło­dzie. Víc­tor zaś od­wdzię­czył jej się ko­lej­nymi hi­sto­riami z No­wego Świata, w szcze­gól­no­ści o ar­gen­tyń­skim pre­zy­den­cie Per­ó­nie, który w uszach So­fíi ja­wił się jako ban­dyta po­kroju El Cau­dillo.

Z cza­sem za­czął także wię­cej mó­wić o so­bie, w każ­dym ra­zie odro­binę. Do­ra­stał w wio­sce na bez­lu­dziu, któ­rej ist­nie­nie uspra­wie­dli­wiał je­dy­nie fakt, że dwie główne drogi pro­win­cji Bu­enos Aires prze­ci­nały się wła­śnie w jej środku. Tu­taj, pod nie­bem pampy, Víc­tor spę­dził pierw­szych dwa­dzie­ścia lat swo­jego ży­cia, po­śród ta­ma­rysz­ków, by­dła, drzew eu­ka­lip­tu­so­wych i pan­cer­ni­ków. Któ­re­goś dnia po­czuł, że ma dość, i dał nogę. Ob­woźny han­dlarz skó­rami pod­wiózł go główną drogą i Víc­tor wy­lą­do­wał w Bu­enos Aires. Stam­tąd udał się na pół­noc.

- Wiele po­ran­ków póź­niej mo­rze wy­rzu­ciło mnie na brzeg w Hisz­pa­nii - po­wie­dział pew­nego po­po­łu­dnia, gdy sie­dzieli na kra­węż­niku pod mar­kizą El Ze­pe­lín pod­czas prze­rwy w pracy.

- Ni­gdy nie na­szła cię ochota, by wró­cić?

- Od cią­głego oglą­da­nia się za sie­bie czło­wie­kowi kręci się w gło­wie. Każda wy­prawa po­winna mieć punkt startu i metę, ale w moim świe­cie te dwa punkty nie mu­szą się spo­tkać.

Nie po­wie­dział na ten te­mat nic wię­cej. Ni­gdy też nie wró­cił do oskar­że­nia prze­ory­szy, ja­koby miał jej po­dać nie­praw­dziwą na­zwę statku.

Jego ta­jem­ni­czość ją fru­stro­wała, a za­ra­zem fa­scy­no­wała. Cza­sem, kiedy upie­rał się przy mó­wie­niu ob­ra­zami i po­słu­gi­wa­niu ana­lo­giami, jej fru­stra­cja się­gała ze­nitu. Wtedy ta­jem­ni­czość sta­wała się ce­drową de­ską wy­no­szącą go da­leko w mo­rze, poza za­sięg So­fíi. Ale zda­rzały się też mo­menty, a wła­ści­wie dłuż­sze okresy, kiedy ła­pała się na pra­gnie­niu, by jej cud z krwi i ko­ści zna­lazł metę swo­jej wy­prawy przy Calle To­más He­re­dia.

Tam­tego lata w pew­nym mo­men­cie zo­rien­to­wała się, że nie ma ochoty so­bie przy­po­mi­nać, jak wy­glą­dało jej ży­cie, nim Víc­tor stał się jego czę­ścią. Za­ak­cep­to­wała naj­wy­raź­niej fakt, że ra­dość z obec­no­ści ar­gen­tyń­skiego roz­bitka jest więk­sza niż smu­tek z po­wodu braku star­szego brata. Prze­kli­nała jed­nak te my­śli, do­da­jąc wła­sne imię do li­sty in­ten­cji na ta­bliczce i mo­dląc się bar­dziej żar­li­wie o zba­wie­nie swo­jej du­szy, bo ze­sta­wia­nie ze sobą tych dwóch zda­rzeń było zgoła nie­mą­dre.

Tri­stán, kuś­ty­ka­jąc, wró­cił na łono ro­dziny do­piero pod ko­niec lata.

Przy­szedł na wła­sne przy­ję­cie po­wi­talne ubrany w gar­ni­tur, który na nim wi­siał, pod­pie­ra­jąc się o la­sce, któ­rej głu­chy od­głos na po­sadzce ob­wiesz­czał jego przy­by­cie ze spo­rym wy­prze­dze­niem.

Le­karz sa­na­to­ryjny wy­pi­sał Tri­stána z ad­no­ta­cją, że jest wy­le­czony. W tym cza­sie gruź­lica zdą­żyła za­ata­ko­wać krę­go­słup. Ko­ści zro­biły się po­ro­wate jak kreda, liczne kręgi się po­za­pa­dały, przy­pra­wia­jąc Tri­stána o garb wy­brzu­sza­jący się pod fil­cową ma­ry­narką i przy­gnia­ta­jący tu­łów do ziemi.

Ro­berto za­pro­sił na przy­ję­cie go­ści i ro­dzinę z bli­ska i z da­leka. Na­rze­czona Ja­imego, ładna krą­gła dziew­czyna imie­niem Car­men, rów­nież się zja­wiła. Ogło­sili za­rę­czyny kilka mie­sięcy wcze­śniej, a So­fía wi­działa ją do­piero drugi raz. Ślub pla­no­wano na ko­niec roku.

Be­atriz i So­fía po­dały dor­sza ze szpi­na­kiem i cie­cie­rzycą, na­dzie­wane jajka i sa­łatkę ro­syj­ską, ciastka w mio­do­wej gla­zu­rze i ku­pione za cięż­kie pie­nią­dze sło­dy­cze z To­ledo. Ro­berto na­mó­wił Víc­tora, który rów­nież zo­stał za­pro­szony, by jesz­cze raz opo­wie­dział hi­sto­rię swo­jego nie­bez­piecz­nego dry­fo­wa­nia po za­chod­niej krań­cach Mo­rza Śród­ziem­nego na ce­dro­wej de­sce.

Víc­tor zro­bił to tak do­brze, że wszy­scy oprócz So­fíi zu­peł­nie za­po­mnieli o fak­tycz­nym go­ściu ho­no­ro­wym przy­ję­cia, który mu­siał się za­do­wo­lić le­że­niem na so­fie obok skle­ro­tycz­nej ciotki Be­atriz, z no­gami w gó­rze i po­duszką pod gar­bem.

W pew­nym mo­men­cie So­fía się do niego do­sia­dła, uści­snęła mu rękę i spy­tała, czy do­brze się bawi. Uśmiech­nął się z przy­mu­sem i kiw­nął głową. Przy stole nowy bar­man na­dal za­ba­wiał to­wa­rzy­stwo roz­mową.

Nie po­tra­fiła opa­no­wać współ­czu­cia dla brata. Tyle się zda­rzyło pod­czas jego nie­obec­no­ści. Star­szy brat się za­rę­czył, młod­sza sio­stra za­ko­chała. W każ­dym ra­zie ona sama tak są­dziła. Czas uciekł Tri­stánowi i już ni­gdy nie po­zwoli mu nad­ro­bić za­le­gło­ści. Mało tego, jego miej­sce za­jął ktoś inny, wy­peł­nia­jąc pustkę.

So­fía wsty­dziła się przy­znać przed sobą, że nie robi to na niej wra­że­nia. Sama nie po­tra­fiła zro­zu­mieć, że mi­nio­nych pięć mie­sięcy tak ina­czej się z nimi obe­szło, nie umiała też wczuć się w smu­tek brata, bo sama czuła się szczę­śliw­sza niż kie­dy­kol­wiek.

W ostat­nich ty­go­dniach w klasz­to­rze So­fía wie­lo­krot­nie klę­kała przez Naj­święt­szą Pa­nienką w ka­plicy, pro­sząc ją, by wy­po­sa­żyła ją w sze­ro­kie bio­dra i ko­ły­szące się piersi, ta­kie jak u Ma­ríi Án­ge­les. We wła­snych oczach So­fía była wciąż chuda jak szkapa, ale Víc­to­rowi to chyba nie prze­szka­dzało. Zwró­ciła uwagę, jak dys­kret­nie do­ty­kał jej ra­mie­nia czy ple­ców, kiedy nada­rzała się oka­zja, jak przy­no­sił jej cze­ko­ladki z na­dzie­niem i flir­to­wał z nią, gdy byli sami.

So­fía była pewna, że o jego przy­by­ciu do klasz­toru San Luis prze­są­dziło prze­zna­cze­nie. Naj­wy­raź­niej ktoś go przy­słał, by jej uświa­do­mić, że po­winna do­ko­nać w ży­ciu in­nego wy­boru niż zło­że­nie ślu­bów wie­czy­stych. Był zna­kiem, któ­rego tak łak­nęła. Była o tym prze­świad­czona.

Kiedy wie­czo­rem sia­dała przed lu­strem, spo­glą­dała na nią już nie So­fía w co­raz to no­wych wy­da­niach, lecz ko­bieta z nie­zmien­nie brą­zo­wymi lo­kami i brzyd­kim ży­dow­skim no­sem, ale już bar­dziej pewna sie­bie, z peł­nymi po­licz­kami, So­fía z przy­szło­ści, która nie mu­siała się już po­świę­cać na oł­ta­rzu wy­rze­czeń i ko­re­spon­do­wać po­ta­jem­nie z ta­jem­ni­czym ko­chan­kiem, któ­rego imię być może za­czyna się na V.

Z lu­stra pa­trzyła na nią So­fía - żona i matka. Za swoim od­bi­ciem wi­działa za­rys syl­we­tki męża, po­chy­la­ją­cego się nad nią i szep­czą­cego jej do ucha słod­kie słówka. Jego imię z pew­no­ścią za­czy­nało się na V.

Ale wcale nie mu­siał jej za­bie­rać do No­wego Jorku, Ma­drytu, Bu­enos Aires czy in­nych wiel­kich miast świata. Za­do­wa­lało ją, że jest tam, gdzie jest.

Któ­re­goś paź­dzier­ni­ko­wego dnia, kiedy Víc­tor miał wolny wie­czór, So­fía na­mó­wiła go, by za­pro­sił ją do kina. Kilka dni wcze­śniej w dro­dze z rynku do domu mi­nęła przy­pad­kowo miej­scowe kino i zo­rien­to­wała się, że w nad­cho­dzą­cym ty­go­dniu grają tam pe­wien szcze­gólny film. Nie zdra­dziła jego ty­tułu ani za­rysu fa­buły.

Be­atriz udzie­liła im po­zwo­le­nia, pod wa­run­kiem że bę­dzie im to­wa­rzy­szył Tri­stán. Skoro nie­za­mężne ko­biety nie pro­wa­dzają się same z nie­żo­na­tymi męż­czy­znami, nie cha­dzają z nimi też do kina bez nad­zoru.

Świe­cący neon kina za­pra­szał wi­dzów, mi­ga­jąc w nie­re­gu­lar­nych od­stę­pach czasu. Víc­tor i So­fía usie­dli po­środku pra­wie pu­stej sali, Tri­stán zaś za­siadł w rzę­dzie za nimi. Víc­tor miał na so­bie ko­szulę, ka­mi­ze­lkę i fil­cowy ka­pe­lusz Pa­bla Her­rery, który po­ło­żył na są­sied­nim sie­dze­niu. So­fía wy­brała się po pro­stu w ja­snej bluzce i sza­rej spód­nicy. Matka sta­now­czo uznała, że nie ma po­trzeby, by córka stro­iła się do kina.

Naj­pierw na­stą­piły obo­wiąz­kowe wia­do­mo­ści pań­stwowe. Po­tem na ekra­nie po­ja­wiła się głowa lwa, ob­ra­mo­wana lo­giem ame­ry­kań­skiej wy­twórni fil­mo­wej, i ry­cząc, za­pro­siła na se­ans. Wy­świe­tlono mnó­stwo krót­ko­me­tra­żo­wych czarno-bia­łych se­kwen­cji z róż­nych sto­lic świata, wszyst­kie, zgod­nie z ty­tu­łami, zo­stały na­grane w la­tach dwu­dzie­stych. Spi­ker mó­wił po an­giel­sku, ale So­fía nie po­trze­bo­wała prze­wod­nika, bo ob­razy nie wy­ma­gały ko­men­ta­rza. Za­brały ją do Pa­ryża, Lon­dynu i Ha­noi, na wieżę Eif­fla, na an­giel­ski za­mek kró­lew­ski, pod pa­gody i świą­ty­nie In­do­chin - i So­fía za­chwy­ciła się do reszty, wi­dząc, jak po­włó­czy­stym płyn­nym ru­chem cały świat prze­la­tuje jej przed oczami.

Na­gle zna­leźli się w Bu­enos Aires. Na tle we­so­łych smycz­ków po­ja­wił się na ekra­nie tekst po­cząt­kowy, który brzmiał Ro­man­tic Ar­gen­tina. So­fía spoj­rzała na Víc­tora, cie­sząc się na wi­dok jego unie­sio­nych z za­sko­cze­nia brwi.

- Zo­baczmy, czy praw­dziwe Bu­enos Aires może się rów­nać temu z two­ich opi­sów - wy­szep­tała mu do ucha.

Zer­k­nęła do tyłu. Czy Tri­stán ob­ser­wo­wał każdy ich ruch? Miała tylko na­dzieję, że brat cie­szy się chwi­lami spę­dzo­nymi poza do­mem. Od po­wrotu z sa­na­to­rium więk­szość czasu spę­dzał w łóżku lub w sta­rym fo­telu Ro­berta w sa­lo­nie, cier­piąc na bóle sta­wów i ko­ści, przy akom­pa­nia­men­cie mu­zyki z ra­dia i szumu do­bie­ga­ją­cego z niż­szego pię­tra. El Ze­pe­lín już dawno nie go­ścił u sie­bie Tri­stána Ba­éza.

Bu­enos Aires wy­glą­dało do­kład­nie tak, jak So­fía je so­bie wy­obra­żała. Plaza de Mayo, La Plata, Calle Flo­rida. Opisy Víc­tora ożyły na ekra­nie. Kiedy w któ­rymś mo­men­cie ob­ró­ciła głowę, cie­kawa jego re­ak­cji, przy­się­głaby, że w ciem­no­ści uj­rzała spły­wa­jącą po jego po­liczku łzę. Nie ro­zu­miała, dla­czego wi­dok ro­dzin­nych stron miałby wy­wo­łać tak gwał­towną re­ak­cję, skoro Víc­tor za­wsze wy­po­wia­dał się o Ar­gen­ty­nie z wielką obo­jęt­no­ścią.

So­fía nie zdą­żyła po­su­nąć się da­lej w swo­ich roz­my­śla­niach. Je­śli So­fii się nie przy­wi­działo, roz­chy­lone usta Víc­tora po­łknęły łzę, a jego ręka na­gle od­na­la­zła jej dłoń. Prze­su­nęła się po grzbie­cie, jego palce z naj­więk­szą na­tu­ral­no­ścią wśli­zgnęły się w prze­rwy mię­dzy jej pal­cami. Nie pu­ścił jej aż do końca filmu, a So­fía nie miała nic prze­ciwko, choć przez resztę se­ansu nie od­wa­żyła się od­wró­cić z obawy, że sie­dzący za nimi Tri­stán opo­wie o wszyst­kim ich matce.

Po wyj­ściu z kina miała oso­bliwe wra­że­nie, że choć nie do­wie­działa się o hi­sto­rii Víc­tora de la Vegi ni­czego no­wego, le­piej ro­zu­miała jego istotę.

Czuła, że jest jej bli­ski bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek.

Car­men Are­nas, na­rze­czona Ja­imego, po­cho­dziła z nie­po­zor­nej wio­ski - o któ­rej nikt z ro­dziny Ba­ézów ni­gdy nie sły­szał - po­ło­żo­nej w gó­rach na za­chód od Ma­lagi. To tam w ostatni week­end li­sto­pada miał się od­być ślub.

Po­dróż od­byli sta­rym au­tem z na­czepą, wy­na­ję­tym przez Ro­berta. Nie było ich stać na inne środki trans­portu. Sa­mo­chód, ter­ko­cząc, piął się pod górę, Víc­tor i Tri­stán sie­dzieli na pace w oto­cze­niu sta­ran­nie za­wi­nię­tych po­da­run­ków i z bre­zen­tem roz­po­star­tym nad gło­wami dla ochrony przed desz­czem. So­fía z ro­dzi­cami za­jęła miej­sce w szo­ferce. Wiele razy pod­czas jazdy wy­glą­dała przez tylną szybę, by mieć ich na oku. Wi­działa, że pra­wie ze sobą nie roz­ma­wiali.

Zdzi­wiła się, że Víc­tor w ogóle zo­stał za­pro­szony, ale Ro­berto na­le­gał.

- Oczy­wi­ście, że mu­sisz po­je­chać - usły­szała ty­dzień wcze­śniej słowa ojca skie­ro­wane do Víc­tora. - My­ślisz, że po­wie­rzył­bym ci swój bar na cały week­end? Nie prze­ce­niaj swo­ich umie­jęt­no­ści.

Wio­ska le­żała na nie­wiel­kim pła­sko­wyżu mię­dzy opa­da­ją­cymi ga­jami oliw­nymi oraz sa­dami z trzech stron i nie­go­ścinną skalną ścianą z czwar­tej. Po­ni­żej pól, w do­li­nach roz­pło­mie­niały się czer­wie­nią i żół­cią li­ście kasz­ta­now­ców. Wio­ska wy­glą­dała jak biała wy­spa dry­fu­jąca po rdza­wym oce­anie.

Od­no­siło się wra­że­nie, że wszyst­kie wą­skie uliczki zbie­gają się w cen­tral­nym placu oto­czo­nym drzew­kami po­ma­rań­czo­wymi. Nie było tu elek­trycz­no­ści, a za oświe­tle­nie uliczne mu­siały wy­star­czyć lampy naf­towe. Starsi lu­dzie o skó­rze przy­po­mi­na­ją­cej su­szone śliwki, ubrani w grube kurtki zi­mowe, czła­pali po ulicz­kach, wielu z nich cią­gnęło za sobą osła lub muła.

Ani jedno drzewo mig­da­łowe nie zo­stało tu wy­cięte od pierw­szej wojny świa­to­wej na po­czątku stu­le­cia - opo­wia­dał oj­ciec Car­men, Fer­nando An­to­nio Are­nas, wi­ta­jąc ich na placu, ubrany nie­na­gan­nie w czarny gar­ni­tur z po­szetką i de­wizką zło­tego ze­garka zwi­sa­jącą z kie­szonki ka­mi­ze­lki. On sam, le­karz z Ma­drytu, przy­był do wio­ski w 1919 roku i twier­dził, że miej­sco­wość od tej pory ani tro­chę się nie zmie­niła. Gaje oliwne, głę­bo­kie wą­wozy i kłu­jące li­ście juk za­dbały po­społu, by trzy­mać no­wo­cze­sny świat na dy­stans - cią­gnął Fer­nando An­to­nio Are­nas z dra­ma­ty­zmem, któ­rego nie po­wsty­dziłby się na­wet ar­gen­tyń­ski bar­man ro­dziny Ba­ézów.

Bie­lone ściany, z któ­rych od­cho­dziło wapno, żół­to­czer­wone owoce opun­cji fi­go­wej, wy­sta­wia­jące się do słońca na su­chych jak wiór sto­kach, ogo­rzałe od słońca twa­rze, czarne dziury w miej­scu zę­bów, ob­li­cza po­orane nie zmarszcz­kami, lecz bruz­dami. Dół klo­aczny za chle­wem - wspólny dla ca­łej wio­ski wy­cho­dek, do któ­rego spora część miesz­kań­ców za­ła­twiała się pod nad­zo­rem wiel­kich świ­nia­ków o czar­nej skó­rze i szorst­kiej szcze­ci­nie. So­fía od­no­siła wra­że­nie, że cof­nęła się o dwa­dzie­ścia lat.

We­sele za­pla­no­wano w du­żym domu Fer­nanda An­to­nia Are­nasa, po­ło­żo­nym na wy­stę­pie skal­nym nie­opo­dal ko­ścioła. Za­pro­szono całą wieś; dom był je­dy­nym miej­scem zdol­nym po­mie­ścić tylu go­ści. Na­wet Paco, wio­skowy pa­sterz kóz, który spę­dzał więk­szą część roku na po­lach ze swo­imi zwie­rzę­tami, wziął udział w przy­ję­ciu. Po­dob­nie jak reszta go­ści sie­dział na dłu­gich ław­kach usta­wio­nych w izbie pa­rad­nej le­ka­rza, je­dząc pie­czo­nego w ca­ło­ści in­dyka, klop­siki, kró­lika i pud­ding ry­żowy przy wtó­rze mu­zyki gra­nej przez or­kie­strę spro­wa­dzoną z są­sied­nich wsi. So­fía sły­szała, jak dźwięk ude­rze­nia pa­łe­czek o bę­ben ze świń­skiej skóry nie­sie się wy­soko po stoku.

Nie była za­do­wo­lona, że Víc­tora po­sa­dzono na ławce dość mocno od­da­lo­nej od ro­dzin­nego stołu, przy któ­rym sie­działa ona sama. Po­dej­rze­wała, że to sprawka jej matki. Pod­czas obiadu ro­biła, co mo­gła, pro­wa­dząc kon­wer­sa­cję ze swoim part­ne­rem przy stole, da­le­kim ku­zy­nem z dru­giej li­nii z An­te­qu­ery, który, jak jej się zda­wało, wró­cił z wojny do­mo­wej z sy­fi­li­sem, ale nie była tego pewna. I, prawdę mó­wiąc, było jej wszystko jedno. Lecz grzecz­nie uczest­ni­czyła w roz­mo­wie, uno­sząc brwi, kiedy na­le­żało, uśmie­cha­jąc się od czasu do czasu i za­pi­ja­jąc nudę wi­nem. Raz na ja­kiś czas zer­kała dys­kret­nie w stronę ławy, na któ­rej sie­dział Víc­tor w to­wa­rzy­stwie przy­pi­sa­nej mu to­wa­rzyszki, a ta naj­wy­raź­niej uznała go za nad­zwy­czaj za­baw­nego.

Na­prze­ciw So­fíi za­jął miej­sce Tri­stán, który co­raz bar­dziej się upi­jał. Kiedy tak sie­dział w swo­jej brą­zo­wej ka­mi­ze­lce, bia­łej ko­szuli z kra­wa­tem i gra­fi­to­wym gar­ni­tu­rze, wy­glą­dał jak prze­ciętny zdrowy męż­czy­zna w wieku od­po­wied­nim do ożenku. La­skę dało się ukryć pod sto­łem, garb pod ma­ry­narką. Włosy, za­cze­sane do tyłu z uży­ciem bry­lan­tyny, lśniły jak wy­glan­so­wane czubki bu­tów. Ra­miona na­brały ob­ję­to­ści dzięki kilku po­dusz­kom na­ra­mien­nym So­fíi, umiesz­czo­nym tam przez Be­atriz. Oczy my błysz­czały; So­fía po­dej­rze­wała, że to efekt dzia­ła­nia al­ko­holu.

Tri­stán był pierw­szą osobą, któ­rej swego czasu opo­wie­działa o swoim ar­gen­tyń­skim pa­cjen­cie. Za­brała brata na długi spa­cer po plaży na po­łu­dnie od mia­sta i po­ka­zała miej­sce wska­zane przez ry­ba­ków jako to, w któ­rym mieli zna­leźć Víc­tora de la Vegę i jego ce­drową de­skę. Po trwa­ją­cej wiele mi­nut pa­pla­ni­nie sio­stry o cu­dow­nej po­dróży Ar­gen­tyń­czyka po mo­rzu, za­czął się z nią draż­nić, że brzmi, jakby była za­ko­chana. Był wtedy w tak do­brym hu­mo­rze.

Od tej pory Tri­stán się zmie­nił. So­fía przy­po­mniała so­bie let­nie nie­dziele, kiedy je­chała po­cią­giem do Tor­re­mo­li­nos, sie­działa na ta­ra­sie sa­na­to­rium, trzy­ma­jąc brata za rękę i de­lek­tu­jąc się mor­ską bryzą, szu­mem palm oraz krzy­kiem mew, i przy­glą­dała się łód­kom ry­bac­kim na mo­rzu. Za każ­dym ra­zem psuła te chwile, ośmie­la­jąc się wspo­mnieć o świeżo upie­czo­nym bar­ma­nie w El Ze­pe­lín, który bez pro­blemu przy­wdział dawny mun­du­rek Tri­stána, jak wspo­mniała któ­re­goś dnia i na­tych­miast tego po­ża­ło­wała.

- Jak to do­brze, że ra­dzi­cie so­bie beze mnie.

Jego od­po­wiedź za­brzmiała jak za­ci­na­jąca się płyta gra­mo­fo­nowa.

Po­cząw­szy od tej chwili wie­lo­krot­nie na­po­my­kał za­równo So­fíi, jak i Be­atriz, że to Víc­tor spro­wa­dził klą­twę na ich ro­dzinę. Że przy­no­sił nie­szczę­ście. Ale prze­cież Tri­stán nie wie­dział, o czym mówi. Prze­ma­wiał przez niego mrok.

Przez cały wie­czór So­fía zdą­żyła ob­rzu­cić sto­lik Víc­tora licz­nymi za­cie­ka­wio­nymi spoj­rze­niami, aż na­gle męż­czy­zna sta­nął za nią i wy­szep­tał jej do ucha, czyby nie ze­chciała z nim za­tań­czyć.

Od­świętny obiad do­biegł końca i go­ście wstali z miejsc. Nie­któ­rzy tań­czyli, inni pa­lili cy­ga­retki lub opi­jali się dro­gim brandy Fer­nanda An­to­nia Are­nasa.

- To fa­scy­nu­jące miej­sce. Chyba na­li­czy­łem tu wię­cej osłów niż lu­dzi - stwier­dził Víc­tor, gdy wy­szli na par­kiet. Ob­ró­cił ją i przy­cią­gnął bli­sko do sie­bie; po­czuła, jak jego dłoń mu­ska jej bio­dro. - Pa­mię­tasz na­uczy­ciela ma­te­ma­tyki z pen­sjo­natu? Po­wie­dział mi, że wcze­śniej w tych gó­rach ukry­wali się ko­mu­ni­styczni par­ty­zanci wal­czący z od­dzia­łami Franco. Kilka lat temu zna­le­ziono tu po­do­bno całą grupę ukry­wa­jącą się w sto­dole w któ­rejś z wio­sek. Zwie­ziono ich z góry pro­sto na plac przed sie­dzibą bi­skupa i tam stra­cono. Franco za­pewne pra­gnął, by re­la­cje pra­sowe po­dzia­łały od­stra­sza­jąco i ostrze­gaw­czo na in­nych. Kto wie, czy dziś wie­czór nie sie­dzie­li­śmy przy stole z ko­mu­ni­stycz­nym par­ty­zan­tem? - wy­szep­tał.

So­fía po­krę­ciła głową. Oj­ciec opo­wia­dał jej o in­nych gór­skich wio­skach w pro­win­cji, które kom­plet­nie opu­sto­szały. El Cau­dillo w swoim nie­zmor­do­wa­nym pa­ra­no­icz­nym tro­pie­niu ko­mu­ni­stycz­nej par­ty­zantki i in­nych wro­gów pań­stwo­wych na­ka­zał ich miesz­kań­com się stam­tąd wy­nieść bądź wpro­wa­dził go­dzinę po­li­cyjną od za­chodu do wschodu słońca.

- My­ślę, że przy­je­cha­łeś dzie­sięć lat za późno.

So­fía nie miała ochoty na roz­mowę o ko­mu­ni­stach i wsiach wid­mach. Znów ją ob­ró­cił, znów po­ło­żył rękę na jej bio­drze. Miała ochotę się do niego przy­tu­lić, ale się po­wstrzy­mała. Spoj­rzała na swój stół: Tri­stán ob­ser­wo­wał ich uważ­nym spoj­rze­niem.

Po skoń­czo­nym tańcu wy­szli na we­randę. Po­ry­wi­sty wiatr omia­tał mury i wę­gły do­mów. W noc­nym mroku gdzie­nie­gdzie lśniła lampa naf­towa. Gdzieś pod ich sto­pami za­czy­nały się gaje oliwne, a ni­żej le­żały po­grą­żone w ci­szy do­liny. Nie do­cho­dził do nich ża­den dźwięk, nie li­cząc co­pli gra­nych przez or­kie­strę w środku i dźwięku kro­pel desz­czu bęb­nią­cych o da­chówki.

- Co wła­ści­wie byś zro­bił, by wy­wrzeć wra­że­nie na ko­bie­cie? - spy­tała.

Py­ta­nie go chyba za­sko­czyło. Spoj­rzał na nią i się uśmiech­nął, ale nic nie po­wie­dział.

- Co bym zro­bił, by wy­wrzeć wra­że­nie na ko­bie­cie?

- Mhm. Sły­sza­łeś prze­cież, przez co mu­siał przejść mój brat, by ocza­ro­wać Car­men. My­ślisz, że po­tra­fił­byś to zro­bić le­piej?

- My­ślę, że za­grał­bym jej piękną me­lo­dię. Nie tango czy co­plę, ale naj­pięk­niej­szy utwór, jaki znam. Me­lo­dię, którą na­pi­sał mój oj­ciec we wcze­snej mło­do­ści i którą na­uczył mnie grać na skrzyp­cach. - Jego głos otu­lał ją w mroku. - Mój oj­ciec miał mały po­koik do pracy. Do­brze grał na skrzyp­cach, szcze­gól­nie czę­sto jedną me­lo­dię, nu­mer, który sam skom­po­no­wał jako młody chło­pak pod wpły­wem nie­szczę­śli­wej mi­ło­ści. Ni­gdy nie usły­sza­łem tej hi­sto­rii, ale ka­zał mi so­bie obie­cać, że za­gram ją dla swo­jej wy­branki, tak żeby choć inna para miała ja­kąś ra­dość z jego zła­ma­nego serca. To piękna me­lo­dia, So­fío, naj­pięk­niej­sza, jaką kie­dy­kol­wiek bę­dzie ci dane usły­szeć. Gry­wa­łem ją wie­lo­krot­nie na Po­łu­dnio­wym Oce­anie Lo­do­wa­tym, po­lu­jąc na wie­lo­ryby. Nasz strze­lec uwa­żał, że przy­nosi szczę­ście.

So­fía ob­ró­ciła głowę. W mroku wi­dać było kon­tury jego twa­rzy, lecz nie po­tra­fiła ani roz­szy­fro­wać jego spoj­rze­nia, ani od­czy­tać ru­chu warg.

- Prze­cież nie umiesz grać na skrzyp­cach. Mam w to uwie­rzyć? To ko­lejna hi­sto­ria, którą pró­bu­jesz mi wmó­wić.

Na­wet się nie skrzy­wił.

- Daj mi skrzypce, a z przy­jem­no­ścią cię prze­ko­nam. My­ślisz może, że nie znam róż­nicy mię­dzy dur a moll? Albo mię­dzy dźwię­kiem a oraz e?

- Ja nie znam.

Do­cho­dzący z tyłu głos za­sko­czył So­fíę. W drzwiach stał Tri­stán, opie­ra­jąc się o la­skę. Nie miała po­ję­cia, jak długo tam stał. Te­raz do nich pod­szedł. Wi­dok mło­dego ciała prze­miesz­cza­ją­cego się drob­nymi zry­wami był tra­gi­ko­miczny. Tri­stán sta­nął tuż za nimi, ale So­fía od­no­siła wra­że­nie, że naj­chęt­niej we­pchnąłby się po­mię­dzy nich.

- No, czyli nasz Víc­tor jest też wiel­kim skrzyp­kiem? Już to wi­dzę. Na­prawdę je­steś czło­wie­kiem o licz­nych ta­len­tach - po­wie­dział; jego od­dech śmier­dział al­ko­ho­lem.

- No nie wiem - wy­mam­ro­tał Víc­tor.

- Tri­stán, czy nie mia­łeś...

- Siedź ci­cho, sio­stro. Dość się dziś wie­czór na­ga­da­łaś. Wo­lał­bym po­słu­chać mu­zyki. Może za­grał­byś dla nas tango ar­gen­tyń­skie, Víc­to­rze? W wir­tu­ozer­skim stylu? Bar­dzo chęt­nie bym po­słu­chał.

- W ta­kim ra­zie do­brze się składa, że po dru­giej stro­nie drzwi mamy całą or­kie­strę - od­parł Víc­tor po pro­stu i znik­nął w środku.

Tri­stán oparł się o jedną z ko­lumn we­randy. Wy­glą­dało na to, że ma pro­blem z utrzy­ma­niem rów­no­wagi. So­fía sta­nęła u jego boku i chwy­ciła go za ra­mię. Dru­gim chciała go ob­jąć za plecy, ale garb pod ma­ry­narką ją za­sko­czył i spra­wił, że od­ru­chowo cof­nęła rękę. Miała na­dzieję, że Tri­stán nie zwró­cił na to uwagi.

Po­ło­żyła mu głowę na ra­mie­niu, sły­sząc, jak z trud­no­ścią od­dy­cha. Jego koł­nie­rzyk za­la­ty­wał po­tem.

- Dla­czego mu­sisz być dziś wie­czór tak nie­przy­jemny? - Mu­snęła pal­cem pła­tek jego ucha. - To we­sele na­szego brata, cieszmy się nim.

Tri­stán strzą­snął jej pa­lec.

- Prze­cież ten czło­wiek to zwy­kły łgarz, nie wi­dzisz tego? Pró­buję tylko cię chro­nić.

- Na­prawdę nie mu­sisz, po­ra­dzę so­bie.

Po­ca­ło­wała go w po­li­czek i zo­sta­wiła na we­ran­dzie. Víc­tor wró­cił na swoje miej­sce, So­fía usia­dła przy jego stole i uśmie­cha­jąc się do niego, na­lała so­bie kie­li­szek wina i pod­jęła prze­rwany wą­tek. Nie zdą­żyli jed­nak wy­mie­nić się zbyt wie­loma spo­strze­że­niami, gdy dźwięk dwóch szyb­kich ude­rzeń w kie­li­szek spra­wił, że szum w lo­kalu za­marł.

Prze­mó­wie­nia już dawno się skoń­czyły, So­fía nie miała siły na wię­cej. Ale gdy się od­wró­ciła, uj­rzała, jak Tri­stán unosi się przy dru­gim stole z ły­żeczką w ręce.

- Dro­dzy ze­brani - za­gaił, wsty­dli­wie maj­stru­jąc przy kie­liszku. - Jako że wy­stę­puję w roli brata pana mło­dego, my­ślę, że to na­tu­ralne, bym po­wie­dział kilka słów. Po­wi­nie­nem to zro­bić tro­chę wcze­śniej, ale ci, któ­rzy mnie znają, wie­dzą, że naj­lep­szy ze mnie mówca, kiedy struny gło­sowe roz­grzeje mi wino.

Wo­kół roz­le­gły się pełne apro­baty po­chrzą­ki­wa­nia i dys­kretne śmie­chy.

- Chciał­bym przede wszyst­kim zwró­cić się z po­kor­nym po­dzię­ko­wa­niem do se­?ora Fer­nanda An­to­nia Are­nasa za prze­świetne przy­ję­cie. Oczy­wi­ście pra­gnę też ser­decz­nie po­win­szo­wać swo­jemu bratu i jego pięk­nej mał­żonce w pierw­szym dniu ich no­wego ży­cia. Niech mój brat uszczę­śliwi cię tak, jak ty już uszczę­śli­wi­łaś jego. - Tri­stán skie­ro­wał kie­li­szek w stronę pary mło­dej i uniósł go. Po­tem na chwilę się za­ciął. Kłyk­cie pra­wej ręki opie­rały się o blat stołu, bez wąt­pie­nia dla­tego, by nogi nie od­mó­wiły po­słu­szeń­stwa. Mru­gnął kil­ka­krot­nie. - A te­raz przejdę do wła­ści­wego po­wodu tej prze­mowy. Słu­chaj­cie, nie­któ­rzy z was pew­nie są­dzili, a inni na­wet się oba­wiali, że bę­dzie to tra­dy­cyjne prze­mó­wie­nie we­selne życz­li­wego młod­szego brata. Ale oba­wiam się, że moje umie­jęt­no­ści w tym za­kre­sie nie się­gają tak da­leko, z po­mocą wina czy bez. Dla­tego sprzy­mie­rzy­łem się z do­brym przy­ja­cie­lem ro­dziny, który, jak je­stem prze­ko­nany, bę­dzie po­tra­fił uczy­nić tę chwilę znacz­nie bar­dziej nie­za­po­mnianą, niż­bym to zro­bił ja. - Pu­ścił kant swo­jego stołu i chwy­cił la­skę, po czym ru­szył nie­pew­nym kro­kiem do stołu So­fíi. - Tak się wła­śnie składa, że dziś wie­czór mamy wśród nas wię­cej mu­zycz­nych ta­len­tów. Oczy­wi­ście or­kie­strę, która do­tąd nam przy­gry­wała, ale nie tylko. Na li­ście go­ści znaj­duje się mia­no­wi­cie ar­gen­tyń­ski wir­tuoz skrzy­piec. Czło­wiek, który w grze na skrzyp­cach osiąga po­do­bne wy­żyny co w wy­my­ka­niu się śmierci na sied­miu mo­rzach świata. - Tri­stán do­tarł już do ich stołu, sta­nął za Víc­to­rem i po­ło­żył mu rękę na ra­mie­niu. - Prawda? Więk­szość z was za­pewne nie zna tego oto Víc­tora, ale uwierz­cie mi na słowo, że po­trafi wy­gło­sić o niebo lep­szą prze­mowę ode mnie. My­ślę jed­nak, że po­trze­bu­jemy cze­goś nieco bar­dziej wy­ra­fi­no­wa­nego. Víc­to­rze, nie miał­byś ochoty ura­czyć nas swoją grą na skrzyp­cach, o któ­rej tyle sły­sze­li­śmy?

- Wła­śnie, wła­śnie - roz­legł się nie­zna­jomy głos z końca stołu.

- Za­graj nam ar­gen­tyń­ską se­re­nadę mi­ło­sną na cześć mło­dej pary. Skrzypce mo­żesz po­ży­czyć od or­kie­stry.

- Po­tra­fię za­grać tylko kilka me­lo­dii - od­parł Víc­tor. - I, prawdę mó­wiąc, uwa­żam, że nie na­dają się na we­sele.

- Ależ oczy­wi­ście, że się na­dają. Po pro­stu za­grasz je w tro­chę wol­niej­szym tem­pie. Bar­dziej lento; czy nie tak się to na­zywa? No chodź, zrób to dla pary mło­dej.

- Wła­śnie, dla pary mło­dej - pod­chwy­cił pi­jac­kim gło­sem sie­dzący u szczytu stołu Ja­ime.

Ze­brane to­wa­rzy­stwo za­częło w ocze­ki­wa­niu bęb­nić w stoły, na­wet Fer­nando An­to­nio Are­nas przy­łą­czył się do ryt­micz­nego ude­rza­nia dło­nią w blat. So­fía spoj­rzała na Víc­tora. Wy­glą­dało to tak, jakby dłoń Tri­stána co­raz moc­niej do­ci­skała go do sie­dze­nia.

Uj­rzała, jak Tri­stán się na­chyla tak, że jego po­li­czek zna­lazł się na wy­so­ko­ści ucha Víc­tora. Na jego ple­cach lekko wzno­sił się garb. Wy­szep­tał coś tak ci­cho, że So­fía nie usły­szała kon­kret­nych słów. Wo­kół nich po­nad setka rąk ude­rzała rów­no­cze­śnie w blaty sto­łów, aż dźwię­czały krysz­ta­łowe kie­liszki i za­stawa. W końcu Víc­tor wstał.

- I tak wła­śnie po­winno być, grajku. - Tri­stán się uśmiech­nął.

Víc­tor przy­gła­dził gar­ni­tur i ro­zej­rzał się ba­daw­czo po sali. Po­tem pu­ścił oko do So­fíi i po­ma­sze­ro­wał na scenę. Chwy­cił skrzypce, uniósł je na lewe ra­mię, umie­ścił je so­bie pod brodą. So­fía do­strze­gła, że Víc­tor zerka w stronę Tri­stána, ale po chwili ich spoj­rze­nia się spo­tkały, a jego oczy wwier­ciły się w nią zza koł­ków in­stru­mentu. Smy­czek na długo za­wisł nad stru­nami.

- No do­brze, pa­nie i pa­no­wie. Spró­buję za­grać naj­pięk­niej­szą me­lo­dię, jaką znam. Zo­stała skom­po­no­wana przez tę samą osobę, która na­uczyła mnie grać na tym in­stru­men­cie. Przez mo­jego ojca.

Smy­czek za­czął pie­ścić jedną ze strun, co skrzypce skwi­to­wały głę­bo­kim to­nem, który wy­brzmiał, zo­sta­wia­jąc po so­bie pustkę bła­ga­jącą, by ją wy­peł­nić. Zro­bił to ko­lejny ton, i jesz­cze je­den. Spla­tały się ze sobą, two­rząc me­lo­dię, stru­mień dźwię­ków, które spra­wiły, że So­fía za­mknęła oczy, da­jąc mu się po­nieść. Na ze­wnątrz sły­chać było grzmoty roz­le­ga­jące się nad grzbie­tami gór i bęb­nie­nie kro­pel desz­czu o da­chówki, ale ona sły­szała przede wszyst­kim mu­zykę. Me­lo­dia w isto­cie była tak piękna, jak twier­dził Víc­tor.

Gdy unio­sła po­wieki i spoj­rzała na scenę, oczy jej i Víc­tora znów się spo­tkały i So­fía była pewna, że gra tę me­lo­dię dla niej i tylko dla niej.