Porowate kości
W intencjach wieczornych modlitw Sofíi, które miały zostać wysłuchane przez Pana, zrobiło się tłoczno.
Latem 1954 roku pamiętała o modlitwie za tyle dusz, że musiała sobie zapisać ich imiona kolorową kredą na tabliczce, którą trzymała w szufladzie komody.
Przede wszystkim Tristán, którego z ogniskiem suchotniczym w prawym płucu przyjęto do sanatorium dla gruźlików w Hospital Marítimo w Terremolinos; zdjęcie rentgenowskie potwierdziło złe przeczucia Roberta. Tristán miał spędzić całe lato w szpitalnym łóżku z przebitym płucem, w wychodzącym na południe, silnie nasłonecznionym pokoju nad morzem, ale Sofía czuła, że i tak nie może wymknąć się mrokowi.
Coraz częściej zapominała o Sebastiánie, który bezdyskusyjnie zasługiwał na modlitwę, i o swojej matce oraz swoim ojcu, którzy tak jak najmłodszy syn chyba stracili wiarę, choć Sofía postawiła na ich progu ni mniej, ni więcej, tylko cud z krwi i kości.
No i wreszcie sam cud, który z inicjatywy Sofíi przejął zarówno mundurek Tristána, jak i jego miejsce w barze tego samego poranka, kiedy Tristána zabrała karetka. Po ucieczce z klasztoru Sofía zaciągnęła Víctora prosto do El Zepelín i rzeczowo wyjaśniła ojcu, że jeśli pozwoli jej argentyńskiemu ekspacjentowi zastąpić Tristána, ona obieca, że jej noga nigdy więcej nie postanie w klasztorze.
Roberto zgodził się od razu. Matkę przekonać było nieco trudniej, ale i ona w końcu uległa Sofíi.
Już po kilku tygodniach miało się wrażenie, że Víctor jest częścią ich życia od dziesięcioleci.
- Sancho Pansa do usług wielmożnego rycerza - przywitał się pierwszego poranka, w którym pojawił się w El Zepelín. Nie ulegało wątpliwości, że ojciec, który nigdy w życiu nie czytał Cervantesa, nie zrozumie aluzji. A jednak Víctor uczynił z niej stałe powitanie, a z czasem dodał do niego samorzutnie rycerski salut.
Roberto i Sofía nie potrzebowali wiele czasu, by nauczyć go podstawowych czynności - podliczenia kasy, poznania różnicy między słodką i wytrawną sherry, napełniania kufla piwem tak, by piana całowała brzeg, ale się nie wylewała, krojenia drogiej szynki na plastry cienkie jak papier i parzenia porządnej kawy. Víctor de la Vega nie stał się wybitnym barmanem, ale rekompensował to, czyniąc cuda w przyciąganiu klientów do baru i sprawianiu, by w nim pozostali.
Opowiadał, że kilka lat wcześniej był naganiaczem w portowej knajpie w Montevideo. Jego zadanie stanowiło krążenie między parowcami oceanicznymi i frachtowcami, by zwabić nowo przybyłych marynarzy do baru, który go zatrudnił.
Po niecałym tygodniu Víctor, z inicjatywy Roberta, przeniósł się z kozetki stojącej w magazynie do pokoju na drugim piętrze w pobliskim pensjonacie w Perchel. Zdaniem Sofíi, która kilka razy tam zawitała, było to miejsce okropne: wcześniej było więzieniem, w którym siedzieli najgorsi przestępcy z prowincji Malaga, dopóki nieżyjący już mąż gospodyni w czasach republiki nie przekształcił tej ruiny w pensjonat. W każdym oknie tkwiły kraty, ściany były zawilgocone. Na podwórzu cuchnęło kocimi szczynami, na parterze węglem i sadzą, w piwnicy stał stary piec, a wszyscy lokatorzy płci męskiej zostali zobligowani w kontrakcie, by na zmianę usuwać z niego żużel.
Ale wyglądało na to, że Víctor jest zadowolony z kwatery i się nie skarży. Sofía odnotowała, że zdobył tam nawet przyjaciela. Była to, o ile Sofía wiedziała, jedyna osoba spoza rodziny Baézów, z którą Víctor utrzymywał relacje w Maladze. Chodziło o brata gospodyni, nauczyciela matematyki w średnim wieku o włosach i bródce jak Albert Einstein i o smutnych oczach pod grubymi brwiami.
- Mam na imię Martín, ale może mnie pani nazywać po prostu Maestro. W dzisiejszych czasach profesja człowieka jest niemal ważniejsza niż jego imię - powiedział, gdy któregoś dnia Víctor ich sobie przedstawił.
Sofía poprzestała na uśmiechu i podaniu mu ręki. Jego słowa brzmiały dziwnie, lecz sprawiał wrażenie uprzejmego. Za każdym razem, gdy witała się z nieznajomym z pokolenia rodziców, mimowolnie się zastanawiała, co też delikwent porabiał podczas wojny domowej. Po której stronie walczył? Czy kogoś zabił, czy zostawiał takie sprawy innym, a sam stał z boku? Sofía wmawiała sobie, że czasami udawało jej się to odgadnąć, jednak w innych przypadkach dawała za wygraną.
Nauczyciel matematyki o smutnych, ale pełnych determinacji oczach i o miłym głosie był jednym z tych przypadków.
Sofía spędzała większość czasu, pomagając ojcu w barze. Sprzątała, podliczała, smażyła ziemniaki i paprykę oraz filetowała ryby do witrynki z tapas. Ponadto pożytkowała całą energię na innego rodzaju działalność dobroczynną niż ta, którą praktykowała za murami San Luis, a mianowicie pomagała Víctorowi, z którym i tak spędzała popołudnia w El Zepelín, się zaaklimatyzować.
- Nie możesz przecież mówić po hiszpańsku jak Włoch - tak rozpoczęła nauczanie, którego program przemyślała i usystematyzowała w głowie najlepiej, jak potrafiła.
Lekcje przebiegały przy jednym z wyłożonych płytkami stołów w barze, kiedy nie było w nim zbyt wielu klientów. Sofía sztorcowała ucznia za używanie ojczystego dialektu, rugała go, gdy używał południowoamerykańskich słów czy odmiany czasowników i uczyła go mówienia jak autentyczny Andaluzyjczyk: miał seplenić przy wymawianiu "c" i "z", zjadać końcówki wyrazów i ogólnie mamrotać.
- Musisz bardziej wyciągać język z ust, zapamiętaj wreszcie - powiedziała, gdy po raz kolejny nie dołożył starań, by właściwie zmiękczyć głoski "c" i "z".
Któregoś razu uderzyło ją, że Víctor właściwie nigdy nie potwierdził zamiaru pozostania w Maladze i gotowości do pracy jako barman przez resztę swoich dni. Po prostu przyjęła to za pewnik.
Nauczyła go tras tramwajów, by z łatwością przemieszczał się z jednego końca miasta na drugi, podała mu nazwy piekarni, gdzie można było kupić najlepsze napolitany. A kiedy oznajmił jej, jak wysoko ceni sobie literaturę anglosaską, przedstawiła go księgarzowi, który na zapleczu sprzedawał skądinąd trudne do zdobycia powieści autorów angielskich i amerykańskich.
Sofía musiała się zadowolić opowiadaniem o tych miejscach. Choć chętnie dotrzymałaby mu towarzystwa, nie wolno jej było się z nim wybierać na przedpołudniowe wędrówki po mieście. Beatriz wydała zakaz. Niezamężnej kobiecie nie uchodzi spacerować bez nadzoru z młodymi mężczyznami.
Jej ojciec już dawno zaakceptował Víctora, ale Beatriz wykazywała się większą rezerwą. Traktowała go uprzejmie, wręcz pobłażliwie, lecz nigdy serdecznie. Sofía nie mogła dociec, czy naprawdę za nim nie przepada, czy jest to po prostu jej sposób na ukaranie córki za wciągnięcie do rodziny rozbitka bez papierów.
Podczas dławiąco gorącego lata Sofía opowiedziała też Víctorowi o Sebastiánie, wojnie domowej i głodzie. Víctor zaś odwdzięczył jej się kolejnymi historiami z Nowego Świata, w szczególności o argentyńskim prezydencie Perónie, który w uszach Sofíi jawił się jako bandyta pokroju El Caudillo.
Z czasem zaczął także więcej mówić o sobie, w każdym razie odrobinę. Dorastał w wiosce na bezludziu, której istnienie usprawiedliwiał jedynie fakt, że dwie główne drogi prowincji Buenos Aires przecinały się właśnie w jej środku. Tutaj, pod niebem pampy, Víctor spędził pierwszych dwadzieścia lat swojego życia, pośród tamaryszków, bydła, drzew eukaliptusowych i pancerników. Któregoś dnia poczuł, że ma dość, i dał nogę. Obwoźny handlarz skórami podwiózł go główną drogą i Víctor wylądował w Buenos Aires. Stamtąd udał się na północ.
- Wiele poranków później morze wyrzuciło mnie na brzeg w Hiszpanii - powiedział pewnego popołudnia, gdy siedzieli na krawężniku pod markizą El Zepelín podczas przerwy w pracy.
- Nigdy nie naszła cię ochota, by wrócić?
- Od ciągłego oglądania się za siebie człowiekowi kręci się w głowie. Każda wyprawa powinna mieć punkt startu i metę, ale w moim świecie te dwa punkty nie muszą się spotkać.
Nie powiedział na ten temat nic więcej. Nigdy też nie wrócił do oskarżenia przeoryszy, jakoby miał jej podać nieprawdziwą nazwę statku.
Jego tajemniczość ją frustrowała, a zarazem fascynowała. Czasem, kiedy upierał się przy mówieniu obrazami i posługiwaniu analogiami, jej frustracja sięgała zenitu. Wtedy tajemniczość stawała się cedrową deską wynoszącą go daleko w morze, poza zasięg Sofíi. Ale zdarzały się też momenty, a właściwie dłuższe okresy, kiedy łapała się na pragnieniu, by jej cud z krwi i kości znalazł metę swojej wyprawy przy Calle Tomás Heredia.
Tamtego lata w pewnym momencie zorientowała się, że nie ma ochoty sobie przypominać, jak wyglądało jej życie, nim Víctor stał się jego częścią. Zaakceptowała najwyraźniej fakt, że radość z obecności argentyńskiego rozbitka jest większa niż smutek z powodu braku starszego brata. Przeklinała jednak te myśli, dodając własne imię do listy intencji na tabliczce i modląc się bardziej żarliwie o zbawienie swojej duszy, bo zestawianie ze sobą tych dwóch zdarzeń było zgoła niemądre.
Tristán, kuśtykając, wrócił na łono rodziny dopiero pod koniec lata.
Przyszedł na własne przyjęcie powitalne ubrany w garnitur, który na nim wisiał, podpierając się o lasce, której głuchy odgłos na posadzce obwieszczał jego przybycie ze sporym wyprzedzeniem.
Lekarz sanatoryjny wypisał Tristána z adnotacją, że jest wyleczony. W tym czasie gruźlica zdążyła zaatakować kręgosłup. Kości zrobiły się porowate jak kreda, liczne kręgi się pozapadały, przyprawiając Tristána o garb wybrzuszający się pod filcową marynarką i przygniatający tułów do ziemi.
Roberto zaprosił na przyjęcie gości i rodzinę z bliska i z daleka. Narzeczona Jaimego, ładna krągła dziewczyna imieniem Carmen, również się zjawiła. Ogłosili zaręczyny kilka miesięcy wcześniej, a Sofía widziała ją dopiero drugi raz. Ślub planowano na koniec roku.
Beatriz i Sofía podały dorsza ze szpinakiem i ciecierzycą, nadziewane jajka i sałatkę rosyjską, ciastka w miodowej glazurze i kupione za ciężkie pieniądze słodycze z Toledo. Roberto namówił Víctora, który również został zaproszony, by jeszcze raz opowiedział historię swojego niebezpiecznego dryfowania po zachodniej krańcach Morza Śródziemnego na cedrowej desce.
Víctor zrobił to tak dobrze, że wszyscy oprócz Sofíi zupełnie zapomnieli o faktycznym gościu honorowym przyjęcia, który musiał się zadowolić leżeniem na sofie obok sklerotycznej ciotki Beatriz, z nogami w górze i poduszką pod garbem.
W pewnym momencie Sofía się do niego dosiadła, uścisnęła mu rękę i spytała, czy dobrze się bawi. Uśmiechnął się z przymusem i kiwnął głową. Przy stole nowy barman nadal zabawiał towarzystwo rozmową.
Nie potrafiła opanować współczucia dla brata. Tyle się zdarzyło podczas jego nieobecności. Starszy brat się zaręczył, młodsza siostra zakochała. W każdym razie ona sama tak sądziła. Czas uciekł Tristánowi i już nigdy nie pozwoli mu nadrobić zaległości. Mało tego, jego miejsce zajął ktoś inny, wypełniając pustkę.
Sofía wstydziła się przyznać przed sobą, że nie robi to na niej wrażenia. Sama nie potrafiła zrozumieć, że minionych pięć miesięcy tak inaczej się z nimi obeszło, nie umiała też wczuć się w smutek brata, bo sama czuła się szczęśliwsza niż kiedykolwiek.
W ostatnich tygodniach w klasztorze Sofía wielokrotnie klękała przez Najświętszą Panienką w kaplicy, prosząc ją, by wyposażyła ją w szerokie biodra i kołyszące się piersi, takie jak u Maríi Ángeles. We własnych oczach Sofía była wciąż chuda jak szkapa, ale Víctorowi to chyba nie przeszkadzało. Zwróciła uwagę, jak dyskretnie dotykał jej ramienia czy pleców, kiedy nadarzała się okazja, jak przynosił jej czekoladki z nadzieniem i flirtował z nią, gdy byli sami.
Sofía była pewna, że o jego przybyciu do klasztoru San Luis przesądziło przeznaczenie. Najwyraźniej ktoś go przysłał, by jej uświadomić, że powinna dokonać w życiu innego wyboru niż złożenie ślubów wieczystych. Był znakiem, którego tak łaknęła. Była o tym przeświadczona.
Kiedy wieczorem siadała przed lustrem, spoglądała na nią już nie Sofía w coraz to nowych wydaniach, lecz kobieta z niezmiennie brązowymi lokami i brzydkim żydowskim nosem, ale już bardziej pewna siebie, z pełnymi policzkami, Sofía z przyszłości, która nie musiała się już poświęcać na ołtarzu wyrzeczeń i korespondować potajemnie z tajemniczym kochankiem, którego imię być może zaczyna się na V.
Z lustra patrzyła na nią Sofía - żona i matka. Za swoim odbiciem widziała zarys sylwetki męża, pochylającego się nad nią i szepczącego jej do ucha słodkie słówka. Jego imię z pewnością zaczynało się na V.
Ale wcale nie musiał jej zabierać do Nowego Jorku, Madrytu, Buenos Aires czy innych wielkich miast świata. Zadowalało ją, że jest tam, gdzie jest.
Któregoś październikowego dnia, kiedy Víctor miał wolny wieczór, Sofía namówiła go, by zaprosił ją do kina. Kilka dni wcześniej w drodze z rynku do domu minęła przypadkowo miejscowe kino i zorientowała się, że w nadchodzącym tygodniu grają tam pewien szczególny film. Nie zdradziła jego tytułu ani zarysu fabuły.
Beatriz udzieliła im pozwolenia, pod warunkiem że będzie im towarzyszył Tristán. Skoro niezamężne kobiety nie prowadzają się same z nieżonatymi mężczyznami, nie chadzają z nimi też do kina bez nadzoru.
Świecący neon kina zapraszał widzów, migając w nieregularnych odstępach czasu. Víctor i Sofía usiedli pośrodku prawie pustej sali, Tristán zaś zasiadł w rzędzie za nimi. Víctor miał na sobie koszulę, kamizelkę i filcowy kapelusz Pabla Herrery, który położył na sąsiednim siedzeniu. Sofía wybrała się po prostu w jasnej bluzce i szarej spódnicy. Matka stanowczo uznała, że nie ma potrzeby, by córka stroiła się do kina.
Najpierw nastąpiły obowiązkowe wiadomości państwowe. Potem na ekranie pojawiła się głowa lwa, obramowana logiem amerykańskiej wytwórni filmowej, i rycząc, zaprosiła na seans. Wyświetlono mnóstwo krótkometrażowych czarno-białych sekwencji z różnych stolic świata, wszystkie, zgodnie z tytułami, zostały nagrane w latach dwudziestych. Spiker mówił po angielsku, ale Sofía nie potrzebowała przewodnika, bo obrazy nie wymagały komentarza. Zabrały ją do Paryża, Londynu i Hanoi, na wieżę Eiffla, na angielski zamek królewski, pod pagody i świątynie Indochin - i Sofía zachwyciła się do reszty, widząc, jak powłóczystym płynnym ruchem cały świat przelatuje jej przed oczami.
Nagle znaleźli się w Buenos Aires. Na tle wesołych smyczków pojawił się na ekranie tekst początkowy, który brzmiał Romantic Argentina. Sofía spojrzała na Víctora, ciesząc się na widok jego uniesionych z zaskoczenia brwi.
- Zobaczmy, czy prawdziwe Buenos Aires może się równać temu z twoich opisów - wyszeptała mu do ucha.
Zerknęła do tyłu. Czy Tristán obserwował każdy ich ruch? Miała tylko nadzieję, że brat cieszy się chwilami spędzonymi poza domem. Od powrotu z sanatorium większość czasu spędzał w łóżku lub w starym fotelu Roberta w salonie, cierpiąc na bóle stawów i kości, przy akompaniamencie muzyki z radia i szumu dobiegającego z niższego piętra. El Zepelín już dawno nie gościł u siebie Tristána Baéza.
Buenos Aires wyglądało dokładnie tak, jak Sofía je sobie wyobrażała. Plaza de Mayo, La Plata, Calle Florida. Opisy Víctora ożyły na ekranie. Kiedy w którymś momencie obróciła głowę, ciekawa jego reakcji, przysięgłaby, że w ciemności ujrzała spływającą po jego policzku łzę. Nie rozumiała, dlaczego widok rodzinnych stron miałby wywołać tak gwałtowną reakcję, skoro Víctor zawsze wypowiadał się o Argentynie z wielką obojętnością.
Sofía nie zdążyła posunąć się dalej w swoich rozmyślaniach. Jeśli Sofii się nie przywidziało, rozchylone usta Víctora połknęły łzę, a jego ręka nagle odnalazła jej dłoń. Przesunęła się po grzbiecie, jego palce z największą naturalnością wślizgnęły się w przerwy między jej palcami. Nie puścił jej aż do końca filmu, a Sofía nie miała nic przeciwko, choć przez resztę seansu nie odważyła się odwrócić z obawy, że siedzący za nimi Tristán opowie o wszystkim ich matce.
Po wyjściu z kina miała osobliwe wrażenie, że choć nie dowiedziała się o historii Víctora de la Vegi niczego nowego, lepiej rozumiała jego istotę.
Czuła, że jest jej bliski bardziej niż kiedykolwiek.
Carmen Arenas, narzeczona Jaimego, pochodziła z niepozornej wioski - o której nikt z rodziny Baézów nigdy nie słyszał - położonej w górach na zachód od Malagi. To tam w ostatni weekend listopada miał się odbyć ślub.
Podróż odbyli starym autem z naczepą, wynajętym przez Roberta. Nie było ich stać na inne środki transportu. Samochód, terkocząc, piął się pod górę, Víctor i Tristán siedzieli na pace w otoczeniu starannie zawiniętych podarunków i z brezentem rozpostartym nad głowami dla ochrony przed deszczem. Sofía z rodzicami zajęła miejsce w szoferce. Wiele razy podczas jazdy wyglądała przez tylną szybę, by mieć ich na oku. Widziała, że prawie ze sobą nie rozmawiali.
Zdziwiła się, że Víctor w ogóle został zaproszony, ale Roberto nalegał.
- Oczywiście, że musisz pojechać - usłyszała tydzień wcześniej słowa ojca skierowane do Víctora. - Myślisz, że powierzyłbym ci swój bar na cały weekend? Nie przeceniaj swoich umiejętności.
Wioska leżała na niewielkim płaskowyżu między opadającymi gajami oliwnymi oraz sadami z trzech stron i niegościnną skalną ścianą z czwartej. Poniżej pól, w dolinach rozpłomieniały się czerwienią i żółcią liście kasztanowców. Wioska wyglądała jak biała wyspa dryfująca po rdzawym oceanie.
Odnosiło się wrażenie, że wszystkie wąskie uliczki zbiegają się w centralnym placu otoczonym drzewkami pomarańczowymi. Nie było tu elektryczności, a za oświetlenie uliczne musiały wystarczyć lampy naftowe. Starsi ludzie o skórze przypominającej suszone śliwki, ubrani w grube kurtki zimowe, człapali po uliczkach, wielu z nich ciągnęło za sobą osła lub muła.
Ani jedno drzewo migdałowe nie zostało tu wycięte od pierwszej wojny światowej na początku stulecia - opowiadał ojciec Carmen, Fernando Antonio Arenas, witając ich na placu, ubrany nienagannie w czarny garnitur z poszetką i dewizką złotego zegarka zwisającą z kieszonki kamizelki. On sam, lekarz z Madrytu, przybył do wioski w 1919 roku i twierdził, że miejscowość od tej pory ani trochę się nie zmieniła. Gaje oliwne, głębokie wąwozy i kłujące liście juk zadbały pospołu, by trzymać nowoczesny świat na dystans - ciągnął Fernando Antonio Arenas z dramatyzmem, którego nie powstydziłby się nawet argentyński barman rodziny Baézów.
Bielone ściany, z których odchodziło wapno, żółtoczerwone owoce opuncji figowej, wystawiające się do słońca na suchych jak wiór stokach, ogorzałe od słońca twarze, czarne dziury w miejscu zębów, oblicza poorane nie zmarszczkami, lecz bruzdami. Dół kloaczny za chlewem - wspólny dla całej wioski wychodek, do którego spora część mieszkańców załatwiała się pod nadzorem wielkich świniaków o czarnej skórze i szorstkiej szczecinie. Sofía odnosiła wrażenie, że cofnęła się o dwadzieścia lat.
Wesele zaplanowano w dużym domu Fernanda Antonia Arenasa, położonym na występie skalnym nieopodal kościoła. Zaproszono całą wieś; dom był jedynym miejscem zdolnym pomieścić tylu gości. Nawet Paco, wioskowy pasterz kóz, który spędzał większą część roku na polach ze swoimi zwierzętami, wziął udział w przyjęciu. Podobnie jak reszta gości siedział na długich ławkach ustawionych w izbie paradnej lekarza, jedząc pieczonego w całości indyka, klopsiki, królika i pudding ryżowy przy wtórze muzyki granej przez orkiestrę sprowadzoną z sąsiednich wsi. Sofía słyszała, jak dźwięk uderzenia pałeczek o bęben ze świńskiej skóry niesie się wysoko po stoku.
Nie była zadowolona, że Víctora posadzono na ławce dość mocno oddalonej od rodzinnego stołu, przy którym siedziała ona sama. Podejrzewała, że to sprawka jej matki. Podczas obiadu robiła, co mogła, prowadząc konwersację ze swoim partnerem przy stole, dalekim kuzynem z drugiej linii z Antequery, który, jak jej się zdawało, wrócił z wojny domowej z syfilisem, ale nie była tego pewna. I, prawdę mówiąc, było jej wszystko jedno. Lecz grzecznie uczestniczyła w rozmowie, unosząc brwi, kiedy należało, uśmiechając się od czasu do czasu i zapijając nudę winem. Raz na jakiś czas zerkała dyskretnie w stronę ławy, na której siedział Víctor w towarzystwie przypisanej mu towarzyszki, a ta najwyraźniej uznała go za nadzwyczaj zabawnego.
Naprzeciw Sofíi zajął miejsce Tristán, który coraz bardziej się upijał. Kiedy tak siedział w swojej brązowej kamizelce, białej koszuli z krawatem i grafitowym garniturze, wyglądał jak przeciętny zdrowy mężczyzna w wieku odpowiednim do ożenku. Laskę dało się ukryć pod stołem, garb pod marynarką. Włosy, zaczesane do tyłu z użyciem brylantyny, lśniły jak wyglansowane czubki butów. Ramiona nabrały objętości dzięki kilku poduszkom naramiennym Sofíi, umieszczonym tam przez Beatriz. Oczy my błyszczały; Sofía podejrzewała, że to efekt działania alkoholu.
Tristán był pierwszą osobą, której swego czasu opowiedziała o swoim argentyńskim pacjencie. Zabrała brata na długi spacer po plaży na południe od miasta i pokazała miejsce wskazane przez rybaków jako to, w którym mieli znaleźć Víctora de la Vegę i jego cedrową deskę. Po trwającej wiele minut paplaninie siostry o cudownej podróży Argentyńczyka po morzu, zaczął się z nią drażnić, że brzmi, jakby była zakochana. Był wtedy w tak dobrym humorze.
Od tej pory Tristán się zmienił. Sofía przypomniała sobie letnie niedziele, kiedy jechała pociągiem do Torremolinos, siedziała na tarasie sanatorium, trzymając brata za rękę i delektując się morską bryzą, szumem palm oraz krzykiem mew, i przyglądała się łódkom rybackim na morzu. Za każdym razem psuła te chwile, ośmielając się wspomnieć o świeżo upieczonym barmanie w El Zepelín, który bez problemu przywdział dawny mundurek Tristána, jak wspomniała któregoś dnia i natychmiast tego pożałowała.
- Jak to dobrze, że radzicie sobie beze mnie.
Jego odpowiedź zabrzmiała jak zacinająca się płyta gramofonowa.
Począwszy od tej chwili wielokrotnie napomykał zarówno Sofíi, jak i Beatriz, że to Víctor sprowadził klątwę na ich rodzinę. Że przynosił nieszczęście. Ale przecież Tristán nie wiedział, o czym mówi. Przemawiał przez niego mrok.
Przez cały wieczór Sofía zdążyła obrzucić stolik Víctora licznymi zaciekawionymi spojrzeniami, aż nagle mężczyzna stanął za nią i wyszeptał jej do ucha, czyby nie zechciała z nim zatańczyć.
Odświętny obiad dobiegł końca i goście wstali z miejsc. Niektórzy tańczyli, inni palili cygaretki lub opijali się drogim brandy Fernanda Antonia Arenasa.
- To fascynujące miejsce. Chyba naliczyłem tu więcej osłów niż ludzi - stwierdził Víctor, gdy wyszli na parkiet. Obrócił ją i przyciągnął blisko do siebie; poczuła, jak jego dłoń muska jej biodro. - Pamiętasz nauczyciela matematyki z pensjonatu? Powiedział mi, że wcześniej w tych górach ukrywali się komunistyczni partyzanci walczący z oddziałami Franco. Kilka lat temu znaleziono tu podobno całą grupę ukrywającą się w stodole w którejś z wiosek. Zwieziono ich z góry prosto na plac przed siedzibą biskupa i tam stracono. Franco zapewne pragnął, by relacje prasowe podziałały odstraszająco i ostrzegawczo na innych. Kto wie, czy dziś wieczór nie siedzieliśmy przy stole z komunistycznym partyzantem? - wyszeptał.
Sofía pokręciła głową. Ojciec opowiadał jej o innych górskich wioskach w prowincji, które kompletnie opustoszały. El Caudillo w swoim niezmordowanym paranoicznym tropieniu komunistycznej partyzantki i innych wrogów państwowych nakazał ich mieszkańcom się stamtąd wynieść bądź wprowadził godzinę policyjną od zachodu do wschodu słońca.
- Myślę, że przyjechałeś dziesięć lat za późno.
Sofía nie miała ochoty na rozmowę o komunistach i wsiach widmach. Znów ją obrócił, znów położył rękę na jej biodrze. Miała ochotę się do niego przytulić, ale się powstrzymała. Spojrzała na swój stół: Tristán obserwował ich uważnym spojrzeniem.
Po skończonym tańcu wyszli na werandę. Porywisty wiatr omiatał mury i węgły domów. W nocnym mroku gdzieniegdzie lśniła lampa naftowa. Gdzieś pod ich stopami zaczynały się gaje oliwne, a niżej leżały pogrążone w ciszy doliny. Nie dochodził do nich żaden dźwięk, nie licząc copli granych przez orkiestrę w środku i dźwięku kropel deszczu bębniących o dachówki.
- Co właściwie byś zrobił, by wywrzeć wrażenie na kobiecie? - spytała.
Pytanie go chyba zaskoczyło. Spojrzał na nią i się uśmiechnął, ale nic nie powiedział.
- Co bym zrobił, by wywrzeć wrażenie na kobiecie?
- Mhm. Słyszałeś przecież, przez co musiał przejść mój brat, by oczarować Carmen. Myślisz, że potrafiłbyś to zrobić lepiej?
- Myślę, że zagrałbym jej piękną melodię. Nie tango czy coplę, ale najpiękniejszy utwór, jaki znam. Melodię, którą napisał mój ojciec we wczesnej młodości i którą nauczył mnie grać na skrzypcach. - Jego głos otulał ją w mroku. - Mój ojciec miał mały pokoik do pracy. Dobrze grał na skrzypcach, szczególnie często jedną melodię, numer, który sam skomponował jako młody chłopak pod wpływem nieszczęśliwej miłości. Nigdy nie usłyszałem tej historii, ale kazał mi sobie obiecać, że zagram ją dla swojej wybranki, tak żeby choć inna para miała jakąś radość z jego złamanego serca. To piękna melodia, Sofío, najpiękniejsza, jaką kiedykolwiek będzie ci dane usłyszeć. Grywałem ją wielokrotnie na Południowym Oceanie Lodowatym, polując na wieloryby. Nasz strzelec uważał, że przynosi szczęście.
Sofía obróciła głowę. W mroku widać było kontury jego twarzy, lecz nie potrafiła ani rozszyfrować jego spojrzenia, ani odczytać ruchu warg.
- Przecież nie umiesz grać na skrzypcach. Mam w to uwierzyć? To kolejna historia, którą próbujesz mi wmówić.
Nawet się nie skrzywił.
- Daj mi skrzypce, a z przyjemnością cię przekonam. Myślisz może, że nie znam różnicy między dur a moll? Albo między dźwiękiem a oraz e?
- Ja nie znam.
Dochodzący z tyłu głos zaskoczył Sofíę. W drzwiach stał Tristán, opierając się o laskę. Nie miała pojęcia, jak długo tam stał. Teraz do nich podszedł. Widok młodego ciała przemieszczającego się drobnymi zrywami był tragikomiczny. Tristán stanął tuż za nimi, ale Sofía odnosiła wrażenie, że najchętniej wepchnąłby się pomiędzy nich.
- No, czyli nasz Víctor jest też wielkim skrzypkiem? Już to widzę. Naprawdę jesteś człowiekiem o licznych talentach - powiedział; jego oddech śmierdział alkoholem.
- No nie wiem - wymamrotał Víctor.
- Tristán, czy nie miałeś...
- Siedź cicho, siostro. Dość się dziś wieczór nagadałaś. Wolałbym posłuchać muzyki. Może zagrałbyś dla nas tango argentyńskie, Víctorze? W wirtuozerskim stylu? Bardzo chętnie bym posłuchał.
- W takim razie dobrze się składa, że po drugiej stronie drzwi mamy całą orkiestrę - odparł Víctor po prostu i zniknął w środku.
Tristán oparł się o jedną z kolumn werandy. Wyglądało na to, że ma problem z utrzymaniem równowagi. Sofía stanęła u jego boku i chwyciła go za ramię. Drugim chciała go objąć za plecy, ale garb pod marynarką ją zaskoczył i sprawił, że odruchowo cofnęła rękę. Miała nadzieję, że Tristán nie zwrócił na to uwagi.
Położyła mu głowę na ramieniu, słysząc, jak z trudnością oddycha. Jego kołnierzyk zalatywał potem.
- Dlaczego musisz być dziś wieczór tak nieprzyjemny? - Musnęła palcem płatek jego ucha. - To wesele naszego brata, cieszmy się nim.
Tristán strząsnął jej palec.
- Przecież ten człowiek to zwykły łgarz, nie widzisz tego? Próbuję tylko cię chronić.
- Naprawdę nie musisz, poradzę sobie.
Pocałowała go w policzek i zostawiła na werandzie. Víctor wrócił na swoje miejsce, Sofía usiadła przy jego stole i uśmiechając się do niego, nalała sobie kieliszek wina i podjęła przerwany wątek. Nie zdążyli jednak wymienić się zbyt wieloma spostrzeżeniami, gdy dźwięk dwóch szybkich uderzeń w kieliszek sprawił, że szum w lokalu zamarł.
Przemówienia już dawno się skończyły, Sofía nie miała siły na więcej. Ale gdy się odwróciła, ujrzała, jak Tristán unosi się przy drugim stole z łyżeczką w ręce.
- Drodzy zebrani - zagaił, wstydliwie majstrując przy kieliszku. - Jako że występuję w roli brata pana młodego, myślę, że to naturalne, bym powiedział kilka słów. Powinienem to zrobić trochę wcześniej, ale ci, którzy mnie znają, wiedzą, że najlepszy ze mnie mówca, kiedy struny głosowe rozgrzeje mi wino.
Wokół rozległy się pełne aprobaty pochrząkiwania i dyskretne śmiechy.
- Chciałbym przede wszystkim zwrócić się z pokornym podziękowaniem do se?ora Fernanda Antonia Arenasa za prześwietne przyjęcie. Oczywiście pragnę też serdecznie powinszować swojemu bratu i jego pięknej małżonce w pierwszym dniu ich nowego życia. Niech mój brat uszczęśliwi cię tak, jak ty już uszczęśliwiłaś jego. - Tristán skierował kieliszek w stronę pary młodej i uniósł go. Potem na chwilę się zaciął. Kłykcie prawej ręki opierały się o blat stołu, bez wątpienia dlatego, by nogi nie odmówiły posłuszeństwa. Mrugnął kilkakrotnie. - A teraz przejdę do właściwego powodu tej przemowy. Słuchajcie, niektórzy z was pewnie sądzili, a inni nawet się obawiali, że będzie to tradycyjne przemówienie weselne życzliwego młodszego brata. Ale obawiam się, że moje umiejętności w tym zakresie nie sięgają tak daleko, z pomocą wina czy bez. Dlatego sprzymierzyłem się z dobrym przyjacielem rodziny, który, jak jestem przekonany, będzie potrafił uczynić tę chwilę znacznie bardziej niezapomnianą, niżbym to zrobił ja. - Puścił kant swojego stołu i chwycił laskę, po czym ruszył niepewnym krokiem do stołu Sofíi. - Tak się właśnie składa, że dziś wieczór mamy wśród nas więcej muzycznych talentów. Oczywiście orkiestrę, która dotąd nam przygrywała, ale nie tylko. Na liście gości znajduje się mianowicie argentyński wirtuoz skrzypiec. Człowiek, który w grze na skrzypcach osiąga podobne wyżyny co w wymykaniu się śmierci na siedmiu morzach świata. - Tristán dotarł już do ich stołu, stanął za Víctorem i położył mu rękę na ramieniu. - Prawda? Większość z was zapewne nie zna tego oto Víctora, ale uwierzcie mi na słowo, że potrafi wygłosić o niebo lepszą przemowę ode mnie. Myślę jednak, że potrzebujemy czegoś nieco bardziej wyrafinowanego. Víctorze, nie miałbyś ochoty uraczyć nas swoją grą na skrzypcach, o której tyle słyszeliśmy?
- Właśnie, właśnie - rozległ się nieznajomy głos z końca stołu.
- Zagraj nam argentyńską serenadę miłosną na cześć młodej pary. Skrzypce możesz pożyczyć od orkiestry.
- Potrafię zagrać tylko kilka melodii - odparł Víctor. - I, prawdę mówiąc, uważam, że nie nadają się na wesele.
- Ależ oczywiście, że się nadają. Po prostu zagrasz je w trochę wolniejszym tempie. Bardziej lento; czy nie tak się to nazywa? No chodź, zrób to dla pary młodej.
- Właśnie, dla pary młodej - podchwycił pijackim głosem siedzący u szczytu stołu Jaime.
Zebrane towarzystwo zaczęło w oczekiwaniu bębnić w stoły, nawet Fernando Antonio Arenas przyłączył się do rytmicznego uderzania dłonią w blat. Sofía spojrzała na Víctora. Wyglądało to tak, jakby dłoń Tristána coraz mocniej dociskała go do siedzenia.
Ujrzała, jak Tristán się nachyla tak, że jego policzek znalazł się na wysokości ucha Víctora. Na jego plecach lekko wznosił się garb. Wyszeptał coś tak cicho, że Sofía nie usłyszała konkretnych słów. Wokół nich ponad setka rąk uderzała równocześnie w blaty stołów, aż dźwięczały kryształowe kieliszki i zastawa. W końcu Víctor wstał.
- I tak właśnie powinno być, grajku. - Tristán się uśmiechnął.
Víctor przygładził garnitur i rozejrzał się badawczo po sali. Potem puścił oko do Sofíi i pomaszerował na scenę. Chwycił skrzypce, uniósł je na lewe ramię, umieścił je sobie pod brodą. Sofía dostrzegła, że Víctor zerka w stronę Tristána, ale po chwili ich spojrzenia się spotkały, a jego oczy wwierciły się w nią zza kołków instrumentu. Smyczek na długo zawisł nad strunami.
- No dobrze, panie i panowie. Spróbuję zagrać najpiękniejszą melodię, jaką znam. Została skomponowana przez tę samą osobę, która nauczyła mnie grać na tym instrumencie. Przez mojego ojca.
Smyczek zaczął pieścić jedną ze strun, co skrzypce skwitowały głębokim tonem, który wybrzmiał, zostawiając po sobie pustkę błagającą, by ją wypełnić. Zrobił to kolejny ton, i jeszcze jeden. Splatały się ze sobą, tworząc melodię, strumień dźwięków, które sprawiły, że Sofía zamknęła oczy, dając mu się ponieść. Na zewnątrz słychać było grzmoty rozlegające się nad grzbietami gór i bębnienie kropel deszczu o dachówki, ale ona słyszała przede wszystkim muzykę. Melodia w istocie była tak piękna, jak twierdził Víctor.
Gdy uniosła powieki i spojrzała na scenę, oczy jej i Víctora znów się spotkały i Sofía była pewna, że gra tę melodię dla niej i tylko dla niej.