Ostatnia uwertura
Generałowie przybywali do Ziegenberg partiami. Mieszkańcy tej małej
heskiej mieściny jeszcze nigdy w życiu nie widzieli tylu czerwonych
lampasów i tylu złotych daszków, co w te grudniowe dni 1944 roku. Poszły
nawet słuchy, że przybył ON...
Choć imię tego człowieka nie było już tak głośno łączone ze
zwycięstwami, którym akompaniowały na kronikach filmowych dźwięki V
Symfonii Beethovena, to jednak w pojęciu mieszkańców pozostawał siłą
ogromną, od której zależny był ich los. O niespełna sto kilometrów na
zachód przetaczał się grzmot artyleryjskich pojedynków, stary,
pamiętający rzymskie czasy Akwizgran był zagrożony, a z coraz bliższych
miejscowości na wschodzie napływały rzesze wojennych uchodźców,
rozpowiadając o "ogromnych sowieckich czołgach".
Istotnie, Hitler przyjechał do Ziegenbergu specjalnym pociągiem z Berlina i tego samego dnia, 11 grudnia 1944 roku, poczęli się zjawiać
jego dowódcy z frontu zachodniego. U wejścia do budynku, w którym miała
się odbyć odprawa, mała niespodzianka: musieli przejść między
dwuszeregiem esesmanów, po czym zabrano im teczki i pistolety. No cóż,
właśnie w teczce przed pięcioma miesiącami pułkownik von Stauffenberg
wniósł do kwatery Hitlera zamiast pliku akt - bombę1.
Jeden po drugim mijali rozkraczonych - obyczajem germańskich rycerzy -
wartowników, którzy przed sobą zamiast mieczy trzymali mauzery. Pod
ścianami stali esesmani.
Gdy obecni na sali generałowie usłyszeli regulaminowe Meine Herren i poderwali się z miejsc, aby powitać tego, którego poparli przed 12 laty
oddając mu na służbę swą broń i swe wyszkolone mózgi, zobaczyli postać,
która mało przypominała triumfującego wodza z lat 1939-40, z czasów, gdy
w nagrodę za zwycięskie kampanie zsyłał na nich złoty i brylantowy
deszcz buław, szlifów i narabowanych w całej niemal Europie dóbr.
Obecnie Hitler sprawiał wrażenie człowieka fizycznie i psychicznie
załamanego, wyraźnie trzęsła mu się lewa ręka. Szczególnie stało się to
widoczne, gdy wziął dla odczytania memoriał wydrukowany na maszynie.
Plik papierów najwyraźniej mu ciążył.
Temu niepomyślnemu wyglądowi Naczelnego Wodza Sił Zbrojnych i Wielkoniemieckiej Rzeszy sekundowało znużone oblicze generała Jodla,
który praktycznie biorąc przejął od paru laty przygotowanie i kierownictwo operacjami Wehrmachtu. A że "niezwyciężone wojska
niemieckie" od dłuższego już czasu ponosiły klęskę za klęską...
Więc i on też! - feldmarszałek von Rundstedt, arystokrata w mundurze,
który wewnętrznie czuł odrazę do austriackiego nuworysza (Mein Gott,
EIN GEFREITER an der Spitze2 mawiał o Hitlerze w kręgu
zaufanych), stary von Rundstedt mimo niewątpliwej powagi sytuacji
odczuwał coś w rodzaju gorzkiej satysfakcji. Więc nawet i Jodl zaczyna
mieć dość...
Obok Jodla zajął miejsce Keitel. Szef sztabu Wehrmachtu. Rundstedt miał
o nim zdecydowanie nieprzychylne zdanie: ten syn bogatego bauera
grzeszył ograniczonością środowiska, w którym wzrósł. Umiał tyć i rachować, i tych umiejętności, jak na tak poważne stanowisko, było
stanowczo za mało.
Rundstedt wiedział, po co ich tu wezwano i posadzono na krzesłach
odległych jedno od drugiego o metr. Nadchodziła chwila rozstrzygnięć na
Zachodzie. Sprawa dojrzewała przez prawie dwa miesiące i oto zbliżał się
finał.
Rundstedtowi plan ofensywy nie podobał się, uważał go za niedojrzały.
Przedstawił swój kontrplan: nie stawiać sobie zbyt dalekich celów, lecz
uderzyć z dwóch stron w występ alianckiego frontu pod Akwizgranem.
Solidna sztabowa robota, dwa ciosy, a później... naprzód, póki starczy
benzyny.
Ma więc tu dziś spokojne sumienie, nie mieszał się do planu
operacyjnego, zajął się tyłami - zaopatrzenie, transport. Dowóz amunicji
i środków pędnych. Wymyślono dla tej działalności nowe modne słowo
"logistyka". Żeby jeszcze do tego była logika! Ale czy można jej wymagać
od tego strasznego, nieopanowanego szaleńca, który nigdy w życiu nie
nosił monokla i uczył się przemawiać od a k t o r ó w?
A więc wezwano ich jeszcze raz, aby usłyszeli, co mianowicie ma uratować
Niemcy!
Rundstedt lekko obrócił głowę, obok siedział Model. Jeden z najmłodszych
feldmarszałków siedział i słuchał z namaszczeniem słów Hitlera, który od
dziesięciu minut przedstawiał historyczne zasługi partii
narodowosocjalistycznej dla narodu. Czekało ich jeszcze przynajmniej
pięćdziesiąt minut mowy na ten sam temat. Model śmieszył Rundstedta i po
trochu przerażał zarazem. Śmieszył, gdy zamiast "dzień dobry" mówił
Heil Hitler; przerażał swą szybką karierą i połączeniem w jednej
osobie tradycyjnych cech pruskiego oficerstwa z nowymi cechami
hitlerowskimi. Miał dobrą, s t a r ą prezencję i solidną sztabową
wiedzę, ale także niestety posłuszeństwo lumpa, któremu dano stanowisko
i chleb.
I to właśnie przerażało von Rundstedta. Model burzył w nim owo poczucie
wewnętrznego komfortu, nadzieję, że jednak coś zostało z dawnych lat i że to coś można ustrzec przed zębem groźnego czasu. I oto on, Rundstedt,
zwycięzca z pól Polski i Francji, miał stać się cieniem tego człowieka;
Modelowi przecież Hitler powierzył bezpośrednie kierowanie walką, która
miała nadejść!
Za Rundstedtem i Modelem, z charakterystyczną siatką zmarszczek wokół
oczu i spokojnym nieruchomym spojrzeniem płaza, siedzi Hasso von
Manteuffel. Metr sześćdziesiąt wzrostu i piekielna energia.
On poprowadzi 5 Armię Pancerną - 400 czołgów. W tych trudnych dniach
Manteuffel jest jednym z nielicznych, którzy mają prywatny dostęp do
Hitlera; chodzą słuchy, że w armii swej każe zbierać pieprzne anegdotki,
żeby je później opowiadać Führerowi...
Ale oto mówca potrząsając prawą, zdrową ręką mówi z emfazą:
- Nie mamy potrzeby obawiać się alianckiego lotnictwa - 3000
Raketenjäger - myśliwców rakietowych - oczyści nam niebo! Przez całe
miesiące nasz przemysł pracował dla nowej ofensywy. Ostrzeliwanie za
pomocą V-1, to był tylko ogień nękający, teraz musimy uderzyć i znów
rozpocząć wojnę manewrową!
Dowódca świeżo utworzonej 6 Armii Pancernej SS, Generał Waffen SS Sepp
Dietrich, bryła mięsa z kwadratową głową, poruszył się niespokojnie na
krześle, bo oto jego podopieczny (przez wiele lat dowodził osobistą
ochroną wodza) przechodzi znów do swej ukochanej historii, ba do Wojny
Trzydziestoletniej3 i Pokoju Westfalskiego. Seep
Dietrich przez całe życie był rzeźnikiem, dopóki go nie "oświecił"
narodowy socjalizm. Później też był rzeźnikiem, tylko że miast cieląt i krów zarzynał ludzi. To on dokonał masakry grupy Röhma i uczestniczył w mordach kapturowych. Historia, oczywiście, nie była jego konikiem, choć
tworzył jej najciemniejsze karty. Nie znosił uczenia się, ale był
przekonany, że w całej armii nie ma równego mu eksperta od spraw broni
pancernej: przez kilka miesięcy służył jako feldwebel w zrodzonych pod
koniec pierwszej wojny światowej czołgach niemieckich.
- Geniusz Narodu Niemieckiego... chwała naszego oręża... Los!
Przeznaczenie państwa... Przyszłe pokolenia... - Hitler przez następne
dwie godziny raz słabnącym, raz nasilającym się głosem mówił o chwale i geniuszu. Wynikało z tego niedwuznacznie, że największa chwała i największy geniusz znalazły ostateczny wyraz i reprezentację w jego
własnej osobie.
- Naprzód do Mozy i na Antwerpię! - piał histerycznie. - ...Kanada
wycofa się z wojny... Stany Zjednoczone nie wytrzymają utraty całej
grupy armii i przestaną się liczyć w walce... Rakietowe myśliwce... nowe
bronie... Jagdtigers... dziesiątki dywizji...
Von Rundstedt popatrzył na twarze kolegów.
"A jednak - pomyślał - żołnierz niemiecki pokaże jeszcze światu, do
czego jest zdolny..."
- Mein Führer - powiedział w imieniu swoim i zebranych - spełnimy nasz
obowiązek!
Wyleniałe w porażkach lwy Hitlera jeszcze raz uwierzyły.
SS-Unterscharführer Wilfried z batalionu czołgów 6 Armii Pancernej SS
mimo pewnego już doświadczenia frontowego nie bardzo rozumiał, co się
wokół niego dzieje. Podobnie jak i inni żołnierze strefy przyfrontowej
miał w tych dniach grudniowych możność obserwowania nader dziwnych
zjawisk. Drogi w nocy pokrywały się słomą, amunicja artyleryjska
wędrowała nie jak zwykle, w samochodach, lecz na barkach żołnierskich, a nad posuwającymi się kolumnami krążyły nisko samoloty, robiąc mnóstwo
hałasu. Ich użyteczność bojowa była na pierwszy rzut oka co najmniej
wątpliwa.
Niemal wszędzie pojawiali się oficerowie kontrolujący maskowanie
oddziałów i czy w nocy przestrzega się zaciemnienia. Z kompanii i plutonów wycofano na dalekie tyły żołnierzy pochodzących z najbliższych
okolic oraz z Alzacji i Lotaryngii.
Mówiono wieczorami po apelu, że ludności cywilnej zabroniono rozmów
telefonicznych. Nadciągające z głębi kraju jednostki nie używały radia i radiotelegrafiści albo rozmawiali przez telefon albo przebywali w krainie, którą w Niemczech zwie się "Schlaraffenland", co oznacza po
prostu królestwo próżniaków.
W mroźną noc z 13 na 14 grudnia Wilfried doznał szoku: po szosie
biegnącej opodal lasu, w którego przesiece skrył się jego batalion,
posuwały się obce czołgi! Mimo mroku rozpoznał w nich amerykańskie
Shermany...
Przed czołgami jechały 2 opancerzone wozy rozpoznawcze, niepodobne do
żadnego z wozów niemieckich, za czołgami z zamaskowanymi światłami
posuwały się lekkie samochody terenowe. Wilfried patrzył na nie z przerażeniem: hełmy jadących nimi żołnierzy nie były niemieckie - nie
miały charakterystycznej osłony karku.
W ostatniej chwili powstrzymał się od natychmiastowego podniesienia
alarmu. W nocnym boju jego batalion niewielkie miałby szanse. Coś jednak
trzeba było zrobić. Odskoczył w las. Panował tu spokój, ciemne pachnące
smarami cielska Panther spały wśród ogołoconych z liści drzew. Gdy
omijając "drogę służbową" trafił do dowódcy batalionu, ten, obudzony,
położył tylko palec na ustach.
- Nic nie widzieliście - powiedział. Wilfriedowi zdawało się przez
chwilę, że widzi sylwetkę z plakatu, zatytułowanego Achtung! Feind hört
mit.4 Zastanawiał się jeszcze chwilę po wyjściu z kwatery
dowódcy, co to wszystko może znaczyć, a później we śnie prześladował go
widmowy obraz amerykańskich czołgów, które nagle dokonywały zwrotu w jego stronę...
Leutnant Sauer, który pędził tej samej nocy amerykańskim dżipem, wciąż
nie mógł uwierzyć w zdumiewający fakt swej zewnętrznej obcości wobec
otaczającego go niemieckiego morza.
Amerykański hełm uwierał nieznośnie. Z niesłabnącym zdziwieniem
przypatrywał się swojej kurtce z futrzanym kołnierzem, tak niepodobnej
do tego, co dotychczas nosił podczas wiernej służby w Wehrmachcie. W dżipie prócz niego siedziało trzech ludzi, których przez minione kilka
tygodni poznał na tyle dobrze, aby wiedzieć, że równie dobrze jak
angielskim, nawet z odcieniem amerykańskiego slangu, władali nożami i znali wszystkie co bardziej znane domy portowych uciech na obu
półkulach.
Bert służył ostatnio na krążowniku pomocniczym, który cudem wywinął się
z wszystkich pułapek zastawionych przez Anglików, Zygfryd był jeszcze
niedawno motorzystą na którymś z U-bootów, a Hermana ściągnięto z okrętu
liniowego - niedobitka, chluby Kriegsmarine, który jednak od dłuższego
czasu tkwił w porcie, aby nie dać się zatopić i nie nadwerężyć jeszcze
bardziej imienia niezwyciężonej - w gazetach - Rzeszy.
Jechali powoli i ostrożnie wśród ciemności i szumu lasu. Nie wolno było
nawet palić; czołgi w przedzie turkotały żelazem i prychały wydzielając
nieznośny odór spalin. Sauer obejrzał się do tyłu, gdzie siedzieli
Herman i Zygfryd. Uśmiechali się do niego; wyglądało na to, że
absolutnie nie przejmują się tym, co miało nadejść. Jemu samemu było
mniej wesoło. Zastanawiał się nad skutkiem swej decyzji podjętej w październiku, gdy poinformował dowództwo, że zna doskonale język
angielski. Nie minęło kilka dni, a już kazano mu jechać do Grafenwöhr,
małej bawarskiej mieściny nad dopływem Dunaju. Skoszarowano ich tam,
odcięto od świata, zakazano korespondencji, jednym słowem "zrobiono
ich". A jego, Sauera, byłego pracownika starej firmy eksportowej,
zmuszono do przestawania z trzema facetami, którzy wyglądali po trochu
na żołnierzy, po trochu na bandziorów. W Grafenwöhr była cała brygada
takich jak oni, prawie 2000 ludzi, sformowano z nich 2 kompanie po 10
czołgów, 3 kompanie rozpoznawcze liczące w sumie 30 opancerzonych wozów
rozpoznawczych, i 3 bataliony zmotoryzowanej piechoty składające się z kompanii piechoty i ciężkiej broni maszynowej. Nadchodziły zdobyczne
amerykańskie Shermany i dżipy, angielskie samochody, amerykańskie
mundury. Czego tam ich nie uczono! Jak żuć gumę, jak spluwać, jak
otwierać paczki "Cameli". Najtrudniej jednak było wyrobić w ludziach
zwyczaj chodzenia z rękami w kieszeniach i niesalutowania oficerom poza
służbą. W Grafenwöhr chciano zmienić w ciągu paru tygodni to, czym
nasiąkł żołnierz pruski od 150 lat...
W obozie krążyły "wiadomości z pierwszej ręki":
- Pójdziemy wprost na zachód, przedrzemy się do oblężonej załogi
Brestu...
- Pójdziemy na Lorient...
- Przerzucą nas na tyły Amerykanów do Afryki...
I wreszcie, gdy zjawiła się wieść o WIELKIM PRZEDSIĘWZIĘCIU, KTÓRE MA
ZMIENIĆ LOSY WOJNY, Sauer nie wytrzymał i po odprawie zgłosił się na
prywatną rozmowę do dowódcy. Do tego czasu szkoleniem zajmowali się
trzej dowódcy batalionów i specjalni instruktorzy oraz nauczyciele
lingwiści, teraz przybył do Grafenwöhr sam DOWÓDCA. Legenda, jaka
otaczała jego imię, była przeogromna. Pasowany przez oficjalną
propagandę na jednego z pokaźnej gromady narodowo-socjalistycznych
bohaterów SS-Sturmbannführer Otto Skorzeny osiągnął najwyższy szczebel
sławy. Specjalista od zamachów stanu, porwań, przewrotów i "wielkiej
dywersji" jednoczył w sobie cechy wyszkolonego wojskowego, zręcznego
polityka i zwykłego gangstera. Wychowany w Wiedniu, cieszył się
specjalnymi łaskami Austriaka - Hitlera.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki