Arcyszpiedzy. Jak dyrektorzy CIA kształtowali historię i jak wpływają na przyszłość świata - Chris Whipple

Kup ebooka

49.99 zł
37.49 zł (35,79 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Osoby dramatu

RICHARD HELMS

Lyndon B. Johnson, prezydent

Richard Nixon, prezydent

Generał Vernon Walters, zastępca dyrektora CIA

James Jesus Angleton, szef kontrwywiadu

Harold Adrian Russell "Kim" Philby, pracownik wywiadu brytyjskiego, rosyjski kret

Cynthia Helms, druga żona Richarda Helmsa

Robert McNamara, sekretarz obrony

Charles Allen, oficer Wywiadu Wewnętrznego ds. Wczesnego Ostrzegania

Howard Hunt, były członek CIA, jeden z "hydraulików"

H.R. Haldeman, szef personelu Białego Domu

John Ehrlichman, doradca ds. wewnętrznych w Białym Domu

Henry Kissinger, sekretarz stanu

JAMES SCHLESINGER

Richard Nixon, prezydent

Mel Goodman, analityk

Leslie Gelb, wysoki urzędnik Departamentu Obrony

Cora Schlesinger, córka Jamesa Schlesingera

Brent Scowcroft, doradca ds. bezpieczeństwa narodowego

Fred Buzhardt, doradca prawny prezydenta

Daniel Ellsberg, sygnalista, za jego sprawą wyciekły Pentagon Papers

WILLIAM COLBY

Gerald Ford, prezydent

Ngô Đ?nh Di?m, prezydent Wietnamu

Seymour Hersh, dziennikarz "New York Timesa"

Paul Colby, syn Williama Colby'ego

Howard Hughes, miliarder

Donald Rumsfeld, szef personelu Białego Domu

Abe Rosenthal, redaktor naczelny "New York Timesa"

Daniel Schorr, korespondent CBS News

Cicely Angleton, żona Jamesa Angletona

Salvador Allende, prezydent Chile, usunięty w wyniku puczu

Sally Colby, druga żona Williama Colby'ego, dyplomatka

Carl Colby, syn Williama Colby'ego, filmowiec

GEORGE H.W. BUSH

Gerald Ford, prezydent

Barbara Bush, żona George'a H.W. Busha

Elliot Richardson, były prokurator generalny

James A. Baker III, powiernik Busha, człowiek prowadzący kampanię wyborczą Forda

E. Henry Knoche, zastępca dyrektora CIA

Richard Kerr, analityk

Jimmy Carter, prezydent elekt

Stuart Eizenstat, doradca ds. polityki wewnętrznej

Theodore Sorensen, nominowany przez Cartera na dyrektora CIA

Jack Watson, dyrektor przejściowy u Cartera

Hamilton Jordan, szef kampanii Cartera

ADMIRAŁ STANSFIELD TURNER

Jimmy Carter, prezydent

Walter Mondale, wiceprezydent

Charles Battaglia, doradca wojskowy Stansfielda Turnera

Thomas Twetten, emerytowany tajny agent

Zbigniew Brzeziński, doradca ds. bezpieczeństwa narodowego

Mohammad Reza Pahlawi, szach Iranu

Bruce Riedel, analityk ds. Bliskiego Wschodu

Harold Brown, sekretarz obrony

Ajatollah Ruhollah Chomejni, fundamentalistyczny duchowny szyicki, przywódca rewolucji irańskiej

Ernie Oney, analityk ds. Iranu

William Sullivan, ambasador Stanów Zjednoczonych w Teheranie

WILLIAM CASEY

Ronald Reagan, prezydent

Alexander Haig, sekretarz stanu

Edwin Meese, prawnik prezydenta

Robert Gates, asystent wykonawczy Williama Caseya

Admirał Bobby Ray Inman, zastępca dyrektora CIA

Max Hugel, szef Dyrekcji Operacyjnej

Thomas Twetten, kierownik Wydziału Bliskowschodniego

Howard Baker junior, lider większości senackiej

Bob Woodward, dziennikarz "Washington Post"

Imad Mugnija, odpowiedzialny za działania Hezbollahu

William Buckley, szef placówki w Bejrucie

Robert "Bud" McFarlane, doradca ds. bezpieczeństwa narodowego

Admirał John Poindexter, doradca ds. bezpieczeństwa narodowego

Oliver North, pracownik NSC, podpułkownik marynarki wojennej

Szejk Muhammad Husajn Fadl Allah, duchowy przywódca Hezbollahu

Książę Bandar ibn Sultan, ambasador Arabii Saudyjskiej w Stanach Zjednoczonych

Sophia Casey, żona Williama Caseya

WILLIAM WEBSTER

Ronald Reagan, prezydent

Michaił Gorbaczow, przywódca Związku Sowieckiego

Duane "Dewey" Clarridge, szef Wydziału Latynoamerykańskiego

Charlie Wilson, kongresmen z Teksasu

Dick Cheney, sekretarz obrony

Brent Scowcroft, doradca ds. bezpieczeństwa narodowego

ROBERT GATES

George H.W. Bush, prezydent

Mel Goodman, analityk

Borys Jelcyn, prezydent Rosji

Jack Devine, agent, dowódca Sił Zadaniowych CIA w Afganistanie

Aldrich Hazen "Rick" Ames, kret w CIA

JAMES WOOLSEY

Bill Clinton, prezydent

Warren Christopher, dyrektor przejściowy u Clintona

Anthony "Tony" Lake, doradca ds. bezpieczeństwa narodowego

Dee Dee Myers, kampanijny rzecznik prasowy

Richard "Dick" Clarke, guru ds. antyterroryzmu w Białym Domu

Mir Aimal Kansi, terrorysta pakistański

Gina Bennett, starsza analityczka ds. terroryzmu

Osama bin Laden, szef Al-Kaidy

Mohamed Farah Aidid, watażka somalijski

Saddam Husajn, przywódca Iraku

JOHN DEUTCH

Bill Clinton, prezydent

Nora Slatkin, dyrektorka wykonawcza CIA

Robert Baer, agent na Bliskim Wschodzie

Generał John Shalikashvili, szef Kolegium Połączonych Szefów Sztabów

Admirał William Studeman, p.o. dyrektora CIA

GEORGE TENET

Bill Clinton, prezydent

George W. Bush, prezydent

Sandy Berger, doradca ds. bezpieczeństwa narodowego

Cofer Black, dyrektor Ośrodka Zwalczania Terroryzmu

Richard Blee, szef jednostki ścigającej bin Ladena

Condoleezza Rice, doradczyni ds. bezpieczeństwa narodowego

Chalid al-Mihdar i Nawaf al-Hazmi, członkowie Al-Kaidy, porywacze z 11 września 2001 roku

Jose Rodriguez, dyrektor Ośrodka Zwalczania Terroryzmu

Gina Haspel, zastępczyni Jose Rodrigueza

Abu Zubajdah, terrorysta z Al-Kaidy

Ali Soufan, śledczy FBI

Chalid Szajch Muhammad (CSM), główny organizator ataków z 11 września

Colin Powell, sekretarz stanu

I. Lewis "Scooter" Libby, doradca wiceprezydenta Dicka Cheneya

Richard Armitage, zastępca i zaufany człowiek sekretarza stanu Colina Powella

John McLaughlin, zastępca dyrektora CIA

PORTER GOSS

George W. Bush, prezydent

Kyle "Dusty" Foggo, dyrektor wykonawczy (ExDir)

Steve Kappes, zastępca szefa Dyrekcji Operacyjnej (DO)

Mike Sulick, zastępca Steve'a Kappesa

Joshua Bolten, szef personelu Białego Domu

John Negroponte, dyrektor Wywiadu Krajowego

GENERAŁ MICHAEL HAYDEN

George W. Bush, prezydent

Stephanie O'Sullivan, szefowa Dyrekcji Badań i Techniki

Mark Mazzetti, dziennikarz "New York Timesa"

John Durham, prokurator generalny

Meir Dagan, szef Mossadu, izraelskiej służby wywiadowczej

Mohammad Sulejman, generał syryjski

Generał Ghasem Solejmani, dowódca irańskich Sił Ghods

Imad Mugnija, odpowiedzialny za działania Hezbollahu

LEON PANETTA

Barack Obama, prezydent

John Podesta, dyrektor przejściowy u Obamy

Michael Morell, zastępca dyrektora CIA

Osama bin Laden, szef Al-Kaidy

Denis McDonough, zastępca doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego

Jeremy Bash, szef personelu Leona Panetty

Admirał Dennis Blair, dyrektor Wywiadu Krajowego

Human Chalil al-Balawi, potrójny agent Al-Kaidy

Jennifer Matthews, szefowa bazy CIA w afgańskim Chost

Elizabeth Hanson, naprowadzająca na cel, CIA

Ali ibn Zeid, kapitan jordańskiego wywiadu

Rahm Emanuel, szef personelu Białego Domu

Nancy Pelosi, przewodnicząca Kongresu

Dianne Feinstein, przewodnicząca Senackiej Komisji ds. Wywiadu (SSCI)

Wiceadmirał William "Bill" McRaven, szef Wspólnego Dowództwa Operacji Specjalnych (JSOC)

Bill Daley, szef personelu Białego Domu

Joseph Biden, wiceprezydent

GENERAŁ DAVID PETRAEUS

Barack Obama, prezydent

Michael Morell, p.o. dyrektora CIA

Anwar al-Awlaki, radykalny duchowny i dżihadysta, obywatel amerykański

Nasser al-Awlaki, ojciec Anwara al-Awlakiego

Chris Stevens, ambasador Stanów Zjednoczonych w Libii

Paula Broadwell, biografka i kochanka Petraeusa

Jill Kelley, bywalczyni salonów z Florydy

Nick Rasmussen, szef Krajowego Centrum Zwalczania Terroryzmu (NCTC)

JOHN BRENNAN

Barack Obama, prezydent

Nick Shapiro, szef personelu Johna Brennana

Avril Haines, zastępczyni dyrektora CIA

David Axelrod, doradca polityczny w Białym Domu

James Clapper, dyrektor Wywiadu Krajowego

Generał Walerij Gierasimow, twórca rosyjskiej doktryny wojny hybrydowej

Michael Daniel, koordynator ds. cyberbezpieczeństwa w Białym Domu

Lisa Monaco, doradczyni ds. bezpieczeństwa wewnętrznego

Aleksandr Bortnikow, szef rosyjskiej Federalnej Służby Bezpieczeństwa (FSB)

Władimir Putin, prezydent Rosji

Jeh Johnson, sekretarz Departamentu Bezpieczeństwa Państwa

Mitch McConnell, lider większości senackiej

Kluczowy tajny agent CIA na Kremlu

MICHAEL POMPEO

Donald Trump, prezydent

Reince Priebus, szef personelu Białego Domu

James Comey, dyrektor FBI

Meroe Park, p.o. dyrektora CIA

Steve Bannon, strateg polityczny

Fiona Hill, ekspertka Rady Bezpieczeństwa Narodowego ds. rosyjskich

Generał James Mattis, sekretarz obrony

Siergiej Ławrow, rosyjski minister spraw zagranicznych

Siergiej Kisliak, ambasador Rosji w Stanach Zjednoczonych

Muhammad ibn Salman (MIS), następca tronu Arabii Saudyjskiej

Jared Kushner, starszy doradca w Białym Domu

Kim Dzong Un, dyktator Korei Północnej

Rex Tillerson, sekretarz stanu

GINA HASPEL

Donald Trump, prezydent

Dan Coats, dyrektor Wywiadu Krajowego

Kamala Harris, senatorka Partii Demokratycznej z Kalifornii

Steven Hall, emerytowany szef wydziału CIA ds. rosyjskich

Dżamal Chaszukdżi, felietonista "Washington Post", zamordowany przez saudyjskich płatnych zabójców

Agn?s Callamard, specjalna wysłanniczka ONZ

Wołodymyr Zełenski, prezydent Ukrainy

Adam Schiff, przewodniczący Stałej Komisji Parlamentarnej ds. Wywiadu (HPSCI)

Courtney Ellwood, główna radczyni prawna CIA

Michael Atkinson, inspektor generalny służb wywiadowczych

Joseph Maguire, p.o. dyrektora Wywiadu Krajowego

Sygnalista, anonimowy pracownik CIA nominowany do Rady Bezpieczeństwa Narodowego

John Michael "Mick" Mulvaney, p.o. szefa personelu Białego Domu

Generał Ghasem Solejmani, dowódca irańskich Sił Ghods

Mirosław Szczerba Przedmowa do polskiego wydania

Kiedy patrzy się na historię CIA i jej poszczególnych dyrektorów, z których każdy miał swoje sukcesy i porażki, nie można zapomnieć o wpływie, jaki miało na nich Biuro Służb Strategicznych, OSS, czyli oficjalna agencja wywiadu Stanów Zjednoczonych podczas II wojny światowej.

OSS została stworzona jako agencja Kolegium Połączonych Szefów Sztabów w celu koordynowania działań szpiegowskich za liniami wroga, działalności wywrotowej oraz wykorzystania propagandy, a także planowania powojennego.

Prezydent Franklin D. Roosevelt poprosił Williama J. Donovana o opracowanie planu służby wywiadowczej opartej na brytyjskich MI6 i SOE. Ten zaś, współpracując z brytyjskim oficerem wywiadu Charlesem "Dickiem" Ellisem, stworzył specjalny plan, zakładający powstanie jednej agencji, która byłaby odpowiedzialna za wywiad zagraniczny i operacje specjalne.

Ten plan oraz historia OSS miały decydujący wpływ na powołanie do życia w 1946 roku - na mocy dekretu prezydenta USA Harry'ego Trumana - CIA, Centralnej Grupy Wywiadowczej. Aktywa OSS zostały przekazane CIA w 1947 roku na mocy Ustawy o bezpieczeństwie narodowym. Można rzec, że w ten sposób powstało podziemne państwo w państwie, dysponujące ogromnym utajnionym budżetem.

Agencja na przestrzeni lat prowadziła mniej lub bardziej udane operacje wywiadowcze. Jej dyrektorzy mieli też ogromny wpływ na politykę zagraniczną poszczególnych prezydentów. Pokazują to choćby wojna w Iraku, a przede wszystkim zamach na World Trade Center. Ten tragiczny w skutkach zamach terrorystyczny pokazał jednak przede wszystkim słabość CIA, która do tej pory skupiała się na operacjach zagranicznych i mimo swojej potęgi nie zdołała powstrzymać Osamy Bin Ladena.

Rola dyrektorów CIA zmieniła się znacząco. Czasy Allena Dullesa, Waltera Bedell Smitha, Williama Caseya czy świetnego analityka Roberta Gatesa minęły bezpowrotnie. Kadencje prezydentów Donalda Trumpa, Joe Bidena i ponownie Donalda Trumpa, szczególnie w trakcie trwającej na Ukrainie wojny, pokazały zupełnie inne oblicze CIA i jej poszczególnych dyrektorów.

Mirosław Szczerba

Autor dokumentalnej książki Baza

Bloger i researcher

Rozdział pierwszy "Trzymać się, cholera, jak najdalej od tej pieprzonej sprawy"

Richard Helms, Lyndon B. Johnson i Richard Nixon

W swojej tymczasowej kwaterze głównej, zlokalizowanej w apartamencie na 38. piętrze nowojorskiego hotelu Pierre, z panoramicznym widokiem na Central Park, Richard M. Nixon przygotowywał się do objęcia stanowiska prezydenta Stanów Zjednoczonych. Był piątek, 15 listopada 1968 roku. Nixon przebywał w gronie najbliższych doradców, spotykał się z kandydatami na członków gabinetu, spiskował i zastanawiał się, jak by tu zgiąć kark waszyngtońskiego establishmentu. Prezydent elekt zachowywał się "niczym generał, który lada chwila obejmie okupacją nieprzyjacielskie miasto - pisał Thomas Powers - przynosząc ze sobą instynktowną niechęć i podejrzliwość wobec biurokracji federalnej [...], ponieważ w jego charakterze leżało poczucie wiecznego otoczenia przez wrogów, wichrzycieli i sabotażystów"13. Co dziwne, w oczach Nixona idealnym ucieleśnieniem waszyngtońskiej elity - owych wrogów, wichrzycieli i sabotażystów - był nie kto inny, jak właśnie człowiek, którego do siebie wezwał, czyli dyrektor CIA Richard Helms.

Trudno sobie wyobrazić partnerstwo skazane na większe niepowodzenie, relację silniej rozdartą intrygami i wzajemną podejrzliwością niż związki Helmsa i Nixona. Helms uosabiał CIA; dwa lata wcześniej Lyndon B. Johnson awansował go na szefa agencji. Nixon tymczasem nie przestawał kipieć złością na CIA z powodu roli, jaką odegrała w jego porażce wyborczej w roku 1960. Żywił przekonanie, że to wywiad podsunął JFK koncepcję "różnicy w potencjale atomowym" między Sowietami a Ameryką. Nixon nie zamierzał pozwolić, aby Helms o tej urazie zapomniał. Co gorsza, zdaniem prezydenta szef agencji należał do "kliki z Georgetown", ekskluzywnej koterii, która spędzała wieczory na sączeniu martini i nabijaniu się z prezydenta elekta. (Faktycznie, Helms bywał na salonach waszyngtońskiej socjety, ale jednocześnie nie zapominał podkreślać, że nigdy nie mieszkał w Georgetown).

Jeśli chodzi o maniery i sposób ubierania się, mężczyźni ci stanowili skrajne przeciwieństwo. Helms nosił garnitury marki Savile Row z poszetką, był zapalonym tenisistą i uwielbiał taniec towarzyski. (Urodził się z dziewięcioma palcami u stóp, więc w Londynie, gdzie mieszkał w latach 30. XX wieku, szyto mu specjalne buty). Nixon natomiast był człowiekiem niezgrabnym, społecznie upośledzonym i tak kompletnie zagubionym pod względem stroju, że na spacer po plaży wkładał najelegantsze trzewiki.

Gdy tylko Helms zjawił się w hotelu, został wprowadzony do apartamentu prezydenta. Tam powitali go sam Nixon oraz John Mitchell. Ten drugi, z obwisłym podbródkiem i nadwagą, wspólnik w kancelarii prawnej Nixona, a od niedawna także powiernik nowo wybranej głowy państwa, miał objąć tekę prokuratora generalnego - następnie zaś wylądować w więzieniu z powodu roli, jaką odegrał w aferze Watergate. Po wymianie wstępnych uprzejmości prezydent elekt oznajmił Helmsowi, że chce, aby ten został na stanowisku dyrektora CIA. Helms podziękował i wyszedł, obiecawszy nie wyjawiać nikomu tej propozycji, dopóki nie padnie ona publicznie. Miesiąc później, 18 grudnia 1968 roku, Richard Nixon ogłosił ponowne mianowanie Helmsa szefem Centralnej Agencji Wywiadowczej.

Nixon musiał mieć ku temu swoje powody. Prawdopodobnie uległ namowom LBJ, aby zatrzymać Helmsa jako człowieka uczciwego i bezstronnego. "Nie mam pojęcia, jak głosował w różnych wyborach, nigdy też nie pytałem go o poglądy polityczne - powiedział Johnson prezydentowi elektowi. - Wobec mnie zawsze był w porządku, jako dyrektor wykonywał solidną robotę. Polecam ci go"14. Niewątpliwie oprócz wiarygodności Helmsa w grę wchodziły też inne względy, rodzące się w owładniętym spiskową manią umyśle Nixona. Umyśle, którego dyrektor nigdy nie potrafił ogarnąć. "Nie mógł rozgryźć Nixona - wspominała wdowa po Helmsie, jego druga żona Cynthia Helms. - Po prostu nie umiał się domyślić, co ten Nixon knuje". A Nixon knuł, co można wywnioskować bez większego trudu, jak by tu wybrać takiego dyrektora CIA, którego dałoby się szantażować i tym sposobem zmusić go do realizacji własnej woli.

Z pewnością każdy, kto w świecie wywiadu obracał się tak długo jak Helms, musiał mieć coś do ukrycia, wykazywać się umiejętnością lawirowania albo posiadać miękkie podbrzusze. "Ochroniliśmy Helmsa przed mnóstwem cholernie trudnych kwestii"15, mówił Nixon na nagraniach z Białego Domu, które wyszły później na jaw. Wynikało z nich, jakoby utrzymywał on w tajemnicy przed opinią publiczną kompromitujące informacje, że Helms był mu coś winien, i właśnie w ten sposób prezydent ów dług odebrał. Czy Nixon i jego poplecznicy dysponowali jakimiś materiałami na Helmsa, jakimś sekretem, który zmusił go do ubrudzenia sobie rąk w aferze Watergate? Od odpowiedzi na to pytanie zależała cała prezydentura Nixona.

Richard Helms nie zawsze chciał być szpiegiem. Urodzony w Main Line, na przedmieściu Filadelfii, najpierw uczył się w szkole z internatem w Szwajcarii, a potem studiował w Williams College. W roku 1936, jako 23-letni dziennikarz agencji United Press przyzwoicie posługujący się francuskim i niemieckim, wylądował na zjeździe partii nazistowskiej w Norymberdze, gdzie stał obok samego Adolfa Hitlera. "Z bezpośredniej odległości Hitler sprawia wrażenie niższego i mniej imponującego - pisał Helms w depeszy dla UP. - Ma gęste, ciemnobrązowe włosy, z przodu nieco zaniedbane, na ciemieniu lekko siwiejące, błękitne oczy, szorstką skórę o różowawym odcieniu"16. Demagogiczny narcyzm Hitlera bulwersował Helmsa. Spodobał mu się natomiast spokojny i skromny gwiazdor bieżni, Amerykanin Jesse Owens, którego poznał w trakcie rejsu przez Atlantyk na statku Queen Mary, już po zwycięstwie sportowca na igrzyskach olimpijskich.

Po ataku na Pearl Harbor Helms wstąpił do Sił Rezerwowych Marynarki Wojennej. Dwa lata przed klęską nazistów powołano go do Biura Służb Strategicznych (OSS) w Waszyngtonie. Ówczesny wywiad, prekursor CIA, potrzebował osoby mówiącej po francusku i niemiecku, która mieszkała kiedyś w Europie i pracowała tam jako dziennikarz.

OSS zostało stworzone przez Williama "Dzikiego Billa" Donovana, człowieka pełnego werwy, który stanął na czele eklektycznej grupy złożonej z intelektualistów, żądnych przygód bojówkarzy, szpiegów tudzież sabotażystów. Działali oni na tyłach wroga, czyli nazistów, dowodzeni z centrali w Londynie. Helmsa najpierw skierowano do stanu Maryland na szkolenie (walka nożem, walka wręcz, maskowanie się), a potem wysłano do stolicy Anglii. Tam zgłosił się do rozczochranego porucznika marynarki wojennej, niejakiego Williama J. Caseya, odpowiedzialnego za rekrutację do służb wywiadowczych w Europie.

Nerwowy, niezmordowany i genialny Casey, który po latach miał zostać mianowany przez Ronalda Reagana dyrektorem CIA, był równie nieokrzesany, jak Helms ułożony; w trakcie posiłków wpadał w taką ekscytację, a jego maniery przy stole pozostawiały tak wiele do życzenia, że często nieświadomie żuł własny krawat. Dwaj młodzi adepci OSS zamieszkali w jednym pokoju, skąd rozsyłali szpiegów po okupowanej Europie aż do poddania się Niemców.

W roku 1943 Helms zdążył już porzucić dziennikarskie ambicje (kiedyś chciał mieć własną gazetę) na rzecz kariery w wywiadzie. "Zdałem sobie wtedy sprawę, że jestem uzależniony od szpiegostwa", zanotował po latach w pamiętniku zatytułowanym A Look over My Shoulder. Wyczuwał, iż OSS albo agencja do niego podobna okaże się niezbędna także po wojnie: "Potrzeba skutecznej służby wywiadowczej w niespokojnym i wcale nie łagodnym okresie po zakończeniu konfliktu światowego zdawała się rzeczą oczywistą"17. Ale Helms nie pożegnał się jeszcze z Hitlerem. Po zakończeniu wojny, gdy Trzecia Rzesza leżała w gruzach, podczas misji rozpoznawczej w Berlinie skorzystał z okazji i zakradł się do kancelarii Führera. Tam poczęstował się kilkoma sztukami zastawy stołowej, które cudem ocalały - a także osobistymi kartkami okolicznościowymi Hitlera. Na jednej z nich Amerykanin napisał liścik do kilkuletniego syna w Wirginii:

Kochany Dennisie,

człowiek, do którego należała ta kartka, panował kiedyś nad Europą - zaledwie trzy lata temu, kiedy się urodziłeś. Dziś jest martwy, potępiony, a jego kraj leży w gruzach. Wykazywał żądzę władzy, pogardę dla jednostki i strach przed intelektualną uczciwością. Pełnił na tym świecie służbę u diabła. Jego śmierć, jego klęska - to dobrodziejstwo dla ludzkości. By tak się stało, zginęły tysiące. Cena za usunięcie zła ze społeczeństwa zawsze jest wysoka.

Z miłością

Tata18

W tamtym okresie zarówno Helms, jak i Casey koncentrowali się na nowym słudze zła, którego uważali za zagrożenie nie mniejsze od Trzeciej Rzeszy. Zmagania z sowieckim komunizmem, które rozpoczęły się w Europie Wschodniej i rozciągnęły na cały świat, miały wpływać na wybory moralne dokonywane także później, kiedy pracowali i zarządzali CIA. Obaj sądzili, że etycznej strony stosowanych metod nie należy postrzegać bez kontekstu, jakim była cała działalność przeciwnika, czyli KGB (Helms nie lubił klasycznej powieści Johna le Carrégo Ze śmiertelnego zimna, z jej półcieniami, kompromisami i cynicznym, zmęczonym życiem głównym bohaterem). Świat przyszłego dyrektora CIA był czarno-biały: szpiedzy z jego agencji to ludzie honoru, którzy walczą ze złem.

Właśnie podczas pobytu w Londynie Casey powiedział Helmsowi o pomyśle Billa Donovana, aby utworzyć służbę wywiadowczą czasów pokoju, która powstałaby na pozostałościach OSS. Biuro rozwiązano w roku 1945, a potem bez większego zaangażowania próbowano ożywiać jego kolejne wersje - Strategic Services Unit (SSU), Office of Special Operations (OSO) oraz Central Intelligence Group (CIG). Centralna Agencja Wywiadowcza narodziła się dopiero w roku 1947, na podstawie ustawy o bezpieczeństwie narodowym (National Security Act) prezydenta Harry'ego Trumana.

Pierwszy dyrektor Wywiadu Centralnego (DCI) został jednak mianowany dwa lata wcześniej. Tytuł pioniera służby przypadł kontradmirałowi Sidneyowi Souersowi; na cześć tej nominacji Truman wydał uroczysty obiad, na którym każdemu gościowi wręczył czarną pelerynę, czarny kapelusz i drewniany sztylet. Souers był też pierwszym z czterech zapomnianych, przeciętnych dyrektorów CIA, których ściągnięto ze struktur wojskowych. Szybko po nim sukcesję objęli: generał broni Hoyt Vandenberg, admirał marynarki wojennej Roscoe Hillenkoetter oraz generał Walter Bedell Smith. Dopiero w lutym 1953 roku Eisenhower mianował pierwszego cywilnego szefa CIA, Allena Dullesa.

W ciągu następnych ośmiu lat, w sojuszu ze swoim wpływowym bratem, sekretarzem stanu Johnem Fosterem Dullesem, Allen przekształcił CIA w potężne narzędzie, młot na komunizm; agencja obaliła rządy w Iranie i Gwatemali, służyła też Ike'owi za tajną armię w zimnowojennych zmaganiach.

Helms, obecny przy narodzinach agencji, miał znajdować się w jej jądrze przez trzy kolejne dekady, wtajemniczony we wszelkie sekrety, obserwujący jej triumfy i klęski. W tamtym okresie CIA zasadniczo robiła, co chciała, a Kongres wolał odwracać wzrok. Gdy nadchodził moment uchwalenia nowego budżetu dla agencji, dyrektor składał wizytę senatorowi Richardowi Russellowi, przewodniczącemu Komisji Kontroli Budżetowej. Pewien doświadczony oficer operacyjny wspominał: "Russell pytał: "Ile potrzebujecie?", a on [dyrektor] odpowiadał: "No cóż, kwoty zapisałem tutaj". Russell na to: "Dobra, a może taka kwota?". I to było wszystko". Przyjmowano wtedy, że szpiedzy to osoby tajemnicze, które kryją się w mroku, działają w cieniu. Wkrótce wszystko to miało się zmienić.

Niewielu lepiej od Helmsa potrafiło poruszać się po korytarzach władzy w Waszyngtonie. "Jak żadna ze znanych mi osób umiał działać na poziomie politycznym, odważnie i umiejętnie", mówił emerytowany analityk CIA Charles Allen. Człowiek ten, legenda agencji, który wstąpił do służby w 1958 roku, został później oficerem Wywiadu Wewnętrznego (NIO) ds. Wczesnego Ostrzegania, a następnie wicedyrektorem ds. rekrutacji (ADCI). (W tym miejscu należałoby uściślić część stosowanej w CIA terminologii: "agent" lub "atut" to z definicji cudzoziemiec, którego pozyskano na szpiega za granicą, natomiast pracowników agencji określa się mianem "oficerów". Ci z kolei dzielą się na "operacyjnych" i "analityków", w zależności od przydziału). Allen nie znał nikogo, kto miałby lepiej od Helmsa wyrobiony instynkt samozachowawczy. Gdy Helms nabierał doświadczenia w Dyrekcji Planowania (DP), jak nazywano wówczas wydział operacji specjalnych, na jego biurko trafiały informacje o najbardziej tajnych misjach, sam jednak nigdy nie został obarczony winą za te, które poniosły fiasko. Umiejętność unikania odpowiedzialności za nieudane operacje zapewniła mu przydomek "Teflonowego Ryśka" (Ducky Dickie); jako dobry oficer operacyjny Helms rzadko pozostawiał po sobie odciski palców.

Akcja, która zakończyła się porażką CIA, znana też jako inwazja w Zatoce Świń, to klasyczny przykład sytuacji, z której Helms potrafił się wyłgać, choć przecież mogłaby ona przekreślić całą jego karierę. Pomógł mu w tym szczęśliwy zbieg okoliczności. W roku 1958 Helms był kandydatem numer jeden na stanowisko zastępcy szefa Dyrekcji Planowania (DDP), tajnej ekspozytury CIA przemianowanej później na Dyrekcję Operacyjną (DO). Niestety dyrektor Allen Dulles wolał wybrać na to miejsce Richarda Bissella. Bissell, genialny technokrata, kierował przełomowymi pracami badawczo-rozwojowymi nad samolotem szpiegowskim U-2. Jego awans stanowił dla Helmsa potworny cios, wkrótce jednak miał się okazać szczęściem w nieszczęściu - ponieważ to Bissellowi, jako dyrektorowi DP, przypadło w udziale zaplanowanie niesławnej inwazji, która stała się największą w dziejach katastrofą CIA. Wyczuwając, że rzecz zakończy się fiaskiem, Helms - zamiast ostrzegać przed operacją - robił wszystko, by nie brać w niej udziału. Zawiązała się nawet pula biurowych zakładów: kiedy wreszcie Helms wybierze się na spotkanie dotyczące inwazji na Kubę? Nigdy do tego nie doszło.

Helms starał się nie wychylać, zachowywać dyskretnie. Jeździł staromodnymi czarnymi samochodami, które nie rzucały się w oczy. O sposobie jego zarobkowania nie wiedział nawet jego syn. "Nie było większego mistrza w unikaniu odpowiedzi na pytania niż mój ojciec - wspomina Dennis Helms, w chwili pisania książki 77-letni rzecznik patentowy w Princeton w stanie New Jersey. - Gdy ktoś go pytał, która godzina, opowiadał o pogodzie. Hołdował zasadzie, zgodnie z którą nie mówiąc nic, nie powie się niczego niewłaściwego". Opowieści o lakoniczności Helmsa jest całe mnóstwo. Jego druga żona, Cynthia, pamięta, jak w przeddzień ślubu w 1968 roku zadzwoniła do niej Alice Acheson, małżonka byłego sekretarza stanu Deana Achesona. "Powiedziała: "Ani się waż za niego wychodzić!". "Dlaczego?", zapytałam. Odparła: "Przecież on się w ogóle nie odzywa!"".

Mimo tej przypadłości Helms przemieszczał się bez najmniejszego trudu od znanych lokali gastronomicznych przez różne ambasady po salony dam z najlepszego towarzystwa, takich jak Katharine Graham, wydawczyni "Washington Post". "Był niczym prawdziwy James Bond - mówił Robert Gates, młody analityk CIA, który po latach został dyrektorem agencji. - W tamtych czasach ludzie ciągle palili papierosy. On również palił i popijał martini; grzeczny, ujmujący, nie pozostawiał wątpliwości, że jest w tym mieście głównym rozgrywającym". Helms puszczał z dymem dwie paczki chesterfieldów dziennie, ale jeśli chodzi o drinki, to ograniczał się do jednego bardzo wytrawnego martini. Kiedy ów arcyszpieg pojawiał się w jakimś salonie, gromadzili się wokół niego waszyngtońscy dziennikarze, wśród nich James "Scotty" Reston z "New York Timesa" i felietonista Stewart Alsop, również popijający martini. "Biegaj za Ryśkiem"19, powiedział pewien redaktor "New York Timesa" znanemu dziennikarzowi śledczemu tej gazety, Seymourowi Hershowi (ku jego konsternacji). Helms jednak rzadko pozostawał na imprezach dłużej. "Świetnie wiedział, gdzie w każdej ambasadzie w Waszyngtonie znajduje się wyjście", wspominała Cynthia.

W swym skromnym podmiejskim domu w Chevy Chase w stanie Maryland Helms urządzał własne przyjęcia, synkretyczne zgromadzenia złożone ze szpiegów, z profesorów, żurnalistów i dyplomatów (raczej nie polityków). "Przychodzili w sylwestra, dużo starszych facetów w czarnych krawatach, i bawili się w szarady - relacjonuje Dennis, mając na myśli grę salonową, w której jedna drużyna musi odgrywać powszechnie znane powiedzonka, a przeciwnicy muszą je odgadywać. - Koledzy taty byli całkiem niegłupim stadkiem: dwóch rektorów Williams College, wiele osób po Yale".

Regularnym gościem na wspomnianych przyjęciach bywał człowiek legenda CIA, szczupły, kanciasty okularnik, absolwent Yale o szelmowskim uśmiechu i zagadkowym sposobie bycia. Nałogowy palacz, hodował rzadkie gatunki orchidei, projektował też wyrafinowane muchy wędkarskie. Na uniwersytecie wydawał magazyn literacki i przyjaźnił się z poetą Ezrą Poundem. Fraza, którą wybrał do szarady - według wspomnień Dennisa - pochodziła z utworu T.S. Eliota: "Czosnek i szafiry w błocie, oblepiają oś ugrzęzłą"20. "Nie muszę dodawać, że tej zagadki nikt nie odgadł, więc moja matka zakrzyknęła: "Czas minął!"". Człowiekiem wykluczonym przez nią z kolejnych rebusów był szef kontrwywiadu CIA, James Jesus Angleton.

W latach powojennych Angleton przyprawiał nie tylko Helmsa, ale też całą agencję o nieustanny ból głowy. Jednak bezpośrednio po fiasku inwazji w Zatoce Świń Helms miał inne, pilniejsze problemy: za tę klęskę dyrektor agencji Allen Dulles został przez Kennedy'ego zwolniony z funkcji (w jego miejsce prezydent wyznaczył Johna McCone'a), podobnie zresztą jak Bissell. Awantura trwała jednak dalej, ponieważ rozwścieczony prokurator generalny Bobby Kennedy pragnął zemsty za upokorzenie głowy państwa z winy generalicji i szpiegów. "Po Zatoce Świń Bobby'ego Kennedy'ego ogarnęła obsesja na tle zabicia Castro, co oznaczało, że obsesji tej uległ również Jack Kennedy", mówił Burton Gerber, oficer operacyjny, który służył na Bliskim Wschodzie i w Rosji. Helms i jego współpracownicy otrzymali polecenie, aby jak najszybciej pozbyć się Fidela - właściwie od razu, przy użyciu wszelkich niezbędnych środków.

Rozkaz ten wcale nie był nowy. Skrytobójcze plany CIA przeciwko Castro istniały już za kadencji Dwighta Eisenhowera. Ich opracowanie powierzono mało znanemu wydziałowi ochrony CIA, który realizował ściśle tajne operacje i na którego czele stała barwna postać Williama Harveya. Harvey, pulchny były agent FBI, skłócony z dyrektorem J. Edgarem Hooverem, odznaczał się uporem i determinacją, rzadko też pozwalał, aby jakieś zasady przeszkadzały mu w realizacji misji. Stale nosił za paskiem naładowany pistolet. Wysłany do Niemiec, przeprowadził tam ambitną tajną akcję: jego ludzie wykopali pod murem berlińskim tunel i dobrali się do sowieckich kabli. Niestety całe przedsięwzięcie upadło z powodu rosyjskiego kreta w strukturach CIA. Pewnego dnia Harveya zaproszono do Gabinetu Owalnego na spotkanie z Johnem Kennedym, który uwielbiał tandetne powieści szpiegowskie. "Podobno jest pan najbliższy postaci Jamesa Bonda wśród naszych ludzi"21, zażartował prezydent.

Ale Helms tak nie uważał. Jeśli ktoś podzielał ów pogląd, to "albo nigdy nie czytał książek Iana Fleminga, albo nie widział filmu z Bondem lub samego Harveya [...], który nigdy nie wygrał batalii z własnym brzuchem". Ponadto Harvey był "celowo nadmiernie szczery i otwarty, które to cechy - w połączeniu ze skłonnością do picia - miały stać się w końcu najbardziej dlań charakterystyczne"22. Właśnie tego uzbrojonego, gwałtownego gadułę-alkoholika CIA wybrała, aby dokonał zabójstwa przywódcy innego kraju. Czy coś mogło pójść nie tak?

Harvey sięgnął po niezwykle kreatywny pomysł: uznał, że warto wykorzystać ludzi, którzy mordowaniem zarabiają na życie - na przykład szefa mafii Sama Giancanę i jego prawą rękę Johnny'ego Rosellego (kochanka Giancany, Judith Exner, miała romans z JFK, choć prawdopodobnie Harvey o tym nie wiedział). Czy mafiosi byliby zainteresowani współpracą z CIA w celu obalenia Fidela Castro? W operacji ZR/RIFLE, jak nazwano projekt Harveya, planowano użycie wszelkiego typu gadżetów, nawet tych najdziwniejszych: zatrutych cygar, zabójczego sprzętu do nurkowania czy eksplodujących muszli morskich (większość z nich nigdy nie wyszła poza laboratoria CIA). Rosellemu udało się przemycić do Hawany słój z zatrutymi tabletkami, ostatecznie jednak ZR/RIFLE okazała się farsą, czymś w rodzaju wspólnego filmu Petera Sellersa i grupy Monty Python: żaden wyznaczony zabójca nawet się do Fidela nie zbliżył.

Helms utrzymywał, że o operacji ZR/RIFLE dowiedział się dopiero w 1962 roku, kiedy zastąpił Bissella na stanowisku DDP, wcześniej zaś nie miał o niej pojęcia. "Gdy zajrzałem w akta, kazałem Billowi Harveyowi - który całkowicie się ze mną zgodził - sprawę zamknąć"23, zapisał później. Dowody wskazują jednak, iż Helms zaaprobował projekt Harveya i utrzymywał go w tajemnicy przed tymi, którzy nie musieli wiedzieć. W ten sposób postępowano ze wszystkimi skrytobójczymi atakami we wczesnym okresie działalności agencji; prezydenci - a nawet dyrektorzy CIA - zapewniali sobie możliwość wiarygodnego zaprzeczania faktom. Helms najwyraźniej utrzymywał swojego szefa, dyrektora Johna McCone'a, poza kręgiem wtajemniczonych. McCone, żarliwy katolik, dowiedziawszy się po latach o spisku na Castro, wyraził zbulwersowanie.

"Nie ma łatwych rozstrzygnięć, jeśli chodzi o kwestię skrytobójstwa - pisał Helms. - Rzecz jasna, gdyby Hitlera załatwiono od razu, uniknęlibyśmy morza cierpień [...]. Jednakże w czasach pokoju mordowanie osób sprawiających problemy jest moralnie i operacyjnie nieuzasadnione"24. Mimo oddalenia mafijnych płatnych zabójców presja wywierana na Helmsa, aby "pozbyć się Castro", jeszcze się wzmogła. Bobby Kennedy był bezwzględny. "[Robert] Kennedy tak bardzo chciał likwidacji Castro, że przysparzał ogromnych kłopotów - wspominała Cynthia Helms, która wiele lat później nasłuchała się sporo na ten temat od męża. - Robert Kennedy nie pracował w agencji, ale miał na jej punkcie obsesję. Dick mówił: "Może nie widać blizn po cięgach na moich plecach, ale one tam są"".

Bobby Kennedy nie przestawał wysuwać żądań wobec CIA, aby ta zabiła Fidela. Helms posłusznie kiwał głową, a potem robił, co do niego należało, to znaczy próbował obalić rząd kubański innymi metodami. Nie był to pierwszy ani ostatni raz, kiedy w obliczu niezgodnego z prawem rozkazu wolał udawać, że go realizuje, w rzeczywistości zwlekając. "Ilekroć władze życzyły sobie inwazji na Kubę albo eliminacji Castro, on przyjmował postawę typu: "O Boże!"", mówi Thomas Powers, autor biografii Helmsa zatytułowanej The Man Who Kept the Secrets. "Bardzo się temu wszystkiemu sprzeciwiał - dodaje Cynthia, mając na myśli spiski wymierzone w Fidela. - Któregoś dnia powiedział mi: "Nigdy nie zamierzałem realizować tego rozkazu. My nigdy nie zamierzaliśmy go realizować". Ale właśnie dlatego tamci zmienili jego życie w koszmar".

Operacja ZR/RIFLE stanowiła element innej akcji, zwanej operacją Mangusta (termin ukuty przez prezydenckiego asystenta Richarda Goodwina). Jej celem było obalenie Castro - w drodze sabotażu, działań propagandowych i prób wzniecenia narodowego powstania. Realizowało ją 600 etatowych pracowników CIA oraz 500 kontraktowych, a także najlepsi eksperci od tłumienia rewolt: generał Maxwell Taylor i Edward Lansdale. "Ci faceci oczarowali braci Kennedych - mówił Frank Wisner junior, syn i imiennik legendarnego kolegi Helmsa z CIA. - Udawali Zielone Berety, Johna Wayne'a z jego tekstem: "Poślijcie tam paru dobrych chłopaków". W tle gra muzyka, tubylcy wychodzą na ulice i załatwiają znienawidzonych komunistów". W oczach Helmsa był to przede wszystkim show; wiedział, że cała inicjatywa spełznie na niczym. Operacja Mangusta umocniła w nim sceptyczne nastawienie wobec prezydentów (i prokuratorów generalnych), którzy nie mieli zielonego pojęcia o tym, co CIA może zrobić.

Potwierdziły się też poglądy Helmsa, zgodnie z którymi każda tajna akcja była w istocie niebezpieczną grą hazardową. I nie chodziło wyłącznie o "zasłużoną klęskę" w Zatoce Świń. Zdaniem Helmsa nawet udane zamachy stanu (z inspiracji CIA) w Iranie i Gwatemali - pod kryptonimami odpowiednio: AJAX i PBSUCCESS - powiodły się tylko dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności. Uważał je za rzecz wyjątkową, możliwą jedynie w idealnych warunkach, gdy wszystko przebiega zgodnie z planem. "Większość najlepszych znanych mi oficerów od tajnych zadań wyznawała identyczny pogląd - mówił Bob Gates. - Nie wiem, czy jakieś kariery zostały przetrącone z powodu błędów szpiegowskich, ale jeśli chodzi o operacje niejawne, takich zniszczonych karier było wiele". Operacje niejawne, pisał Helms, nie powinny być "traktowane jako instrument wszechstronnego użytku, coś w rodzaju piły łańcuchowej. Należy je stosować tak, jak stosuje się niezwykle ostry skalpel, po mistrzowsku, niezbyt często, dyskretnie, aby ostrze się nie stępiło"25.

W roku 1962 CIA zmierzyła się ze swoim największym i ostatecznym wyzwaniem: próbą zapobieżenia armagedonowi. Nowy dyrektor agencji, John McCone, był zdaniem Helmsa "odpowiednim człowiekiem"26 do zastąpienia Dullesa. Ten bogaty konserwatysta, wcześniej przewodniczący Komisji Energii Atomowej, odznaczał się inteligencją i agresywnym usposobieniem, nie wahając się udzielać prezydentowi niekoniecznie przyjemnych rad. A pod koniec lata JFK bardzo ich potrzebował. Na Kubie działo się coś dziwnego: w tamtejszych portach cumowało osiem sowieckich okrętów, na wyspie przebywały tysiące rosyjskich specjalistów wojskowych, a samolot szpiegowski CIA U-2 wykrył plac budowy, gdzie Sowieci umieścili dwa pociski rakietowe typu ziemia-powietrze (SAM).

Establishment realizujący politykę zagraniczną był jednomyślny: sekretarz generalny KPZS Nikita Chruszczow nie ryzykowałby instalowania ofensywnej broni jądrowej tak blisko Florydy. Ruch ten byłby pochopny i prowokacyjny, mógłby wywołać III wojnę światową. I tylko jedyny w całej administracji McCone żywił przekonanie, że Sowietom właśnie o to chodzi. Naciskał w tej sprawie na prezydenta nawet podczas miesiąca miodowego ze swoją drugą żoną, który spędzał na południu Francji. Fotografie dostarczone przez U-2 wykazały, że McCone się nie pomylił, że miał nosa. I ostatecznie to on - dzięki relacjom naocznych świadków z wyspy oraz wykradzionym rosyjskim instrukcjom obsługi rakiet międzykontynentalnych (dostarczonych przez dezertera Olega Pieńkowskiego) - przekonał Kennedy'ego do zagrania z Chruszczowem w otwarte karty. W ten sposób CIA przyczyniła się do zapobieżenia wojnie nuklearnej.

W dniu 22 listopada 1963 roku Helms i McCone jedli lunch w niewielkim pomieszczeniu tuż obok gabinetu dyrektora, gdy nagle drzwi się otworzyły i do środka wpadł jeden z pracowników z wiadomością, że w Dallas zastrzelono prezydenta Kennedy'ego. McCone złapał kapelusz i wybiegł, aby spotkać się z Bobbym Kennedym w jego domu w pobliskim Hickory Hill w stanie Wirginia. Helms poszedł zaś do swojego biura pilnować spraw na miejscu.

Napisał później: "Nie widzę żadnych powodów, choćby najbardziej naciąganych czy opartych na wyobraźni, które by w jakikolwiek sposób zmieniały moje przekonanie, że Lee Harvey Oswald zamordował Kennedy'ego bez udziału innych spiskowców"27. Autor tych słów nie był szczery - w rzeczywistości żywił ogromną obawę, iż Oswald wykonał na prezydencie wyrok z nadania obcych sił.

Przecież bracia Kennedy z całych sił starali się zlikwidować Fidela Castro; czyżby ich uprzedził? "Dick sądził... i chyba wcale nie przesadzam - mówiła Cynthia - że Robert Kennedy miał po śmierci brata wyrzuty sumienia, ponieważ brał udział w spiskach nastających na życie kubańskiego przywódcy. Bobby do końca nie wiedział [...], nigdy się właściwie nie dowiedział, jak ta sprawa była wtedy rozgrywana". Poczucie winy u Bobby'ego Kennedy'ego w związku z zamachami na Castro mogłoby wyjaśniać, dlaczego pierwsze pytanie, jakie zadał McCone'owi w Hickory Hill, brzmiało: czy w zabójstwo JFK jest zamieszany Fidel? McCone odpowiedział, że CIA nie dysponuje na to żadnymi dowodami.

Helms odrzucał koncepcję spisku uknutego przez Kubańczyków z wykorzystaniem Oswalda jako wytwór chorej wyobraźni, zwykłe hasło foliarzy. Rzecz przedstawiała się natomiast zupełnie inaczej, jeśli chodzi o Rosję. "Znacznie rozsądniej będzie przyjąć, że Oswalda przysłali Rosjanie"28, powiedział Helms pewnemu historykowi z CIA, nie rozwinął jednak tematu. Wydaje się, że bardzo niepokoił go możliwy udział Moskwy w zamachu.

Na początku lat 90. XX wieku Helms zaprosił na kolację (jego dom znajdował się w północno-wschodniej dzielnicy Waszyngtonu) emerytowanego szefa KGB Wadima Bakatina. "Moim zadaniem było zajmowanie się jego żoną", wspominała Cynthia. Gdy kobiety rozmawiały, Helms zabrał rosyjskiego arcyszpiega do gabinetu. "Dick chciał sprawdzić pewne rzeczy, nie mam co do tego wątpliwości - ciągnęła Cynthia, która starała się podsłuchać ich rozmowę. - Poruszył kilka tematów, na wyjaśnieniu których naprawdę mu zależało. Na przykład temat Algera Hissa. I otrzymał potwierdzenie". Bakatin przyznał, że Hiss, eksgwiazda Departamentu Stanu, szpiegował dla sowieckiego GRU. "Kolejną zagadkę [...] stanowił Oswald". Niestety nie wiadomo, co były szef KGB powiedział Helmsowi o relacji Sowietów z tym człowiekiem. Sam zainteresowany nigdy o owym spotkaniu nie pisał ani o nim nie wspominał.

Podejrzenie, że Oswald był narzędziem w ręku Rosjan, poskutkowało głęboką, dziesięcioletnią rozprawą wewnętrzną w CIA, gorzkimi rozliczeniami, które nieomal sparaliżowały agencję i zniweczyły wiele dobrze zapowiadających się karier. Odpowiedzialność za ten dramat ponosił tajemniczy szef kontrwywiadu, James Angleton. W książce Wilderness of Mirrors David Martin opisuje panującą wówczas atmosferę: "Angleton. Samo nazwisko sugerowało, że kryje się w nim gmatwanina spisków. Sylwetkę miał zgarbioną, przechyloną na jedną stronę; świadczyła ona nie tylko o deformacji ciała - jakby spaczonego machinacjami - lecz także o skłonności do knucia, ponieważ zdawał się stale nadstawiać ucha ku szeptanym sekretom"29.

Angleton miał gabinet na pierwszym piętrze kwatery głównej CIA, gdzie przesiadywał za biurkiem, spowity dymem papierosowym. Żaluzje pozostawały zasłonięte, pokój oświetlał tylko nikły blask zielonej lampy biurowej. Kiedyś wielka gwiazda agencji, po latach służby Angleton miał się stać kimś w rodzaju Gwiazdy Śmierci - wciągał ludzi w orbitę swego oddziaływania i niszczył im kariery. A Helms, zaślepiony podziwem i lojalnością, przeżywał rozterki, nie bardzo wiedząc, jak sobie z nim radzić.

Kłopoty zaczęły się wraz z dezercją rosyjskiego majora nazwiskiem Anatolij Golicyn. 15 grudnia 1961 roku pracujący w ambasadzie sowieckiej w Helsinkach Golicyn wybrał Stany Zjednoczone i zorganizował dramatyczną eskapadę: w towarzystwie żony i córki przejechał pociągiem granicę fińsko-szwedzką. Stamtąd poleciał do Ameryki, gdzie już czekali Angleton i jego koledzy z kontrwywiadu (CI).

Golicyn powiedział Angletonowi, że CIA została spenetrowana przez rosyjskich szpiegów, i to na najwyższym szczeblu. Zasugerował, aby szukać oficerów, w których nazwisku znajduje się litera "k". Co gorsza, sowieccy dezerterzy tak naprawdę byli wtyczkami KGB, końmi trojańskimi, które miały siać na Zachodzie dezinformację; stanowiło to element wyrafinowanego, diabolicznego planu sowieckiej kampanii zwodzenia. Angleton nie zignorował ostrzeżeń Golicyna, wprowadził je nawet do Planu Generalnego. Odtąd traktował każdego dezertera, a także wielu oficerów CIA, jako osoby podejrzane o szpiegostwo na rzecz Sowietów, dopóki nie udowodnili swej niewinności.

"Nazywaliśmy to spaczonym myśleniem", mówił Gerber, weteran służby operacyjnej, którego przyjaźń z Helmsem została narażona na szwank przez działania Angletona. Konspiracyjne koncepcje szefa jego krytycy w CIA nazywali Spiskiem Monstrualnym. Z zawiłą logiką kierownika kontrwywiadu nie dawało się spierać, uważał Gerber. "Ja stwierdzałem: "Mamy tutaj to i to, moje zdanie na ten temat jest takie i takie", a on odpowiadał: "Dobra, rozumiem, że tak mówisz na podstawie tego, co wiesz, ale gdybyś tylko miał tę wiedzę, co ja!". Moja reakcja: "W takim razie podziel się nią ze mną". On: "No cóż, nie mogę". Nabrałem przekonania, że zmienił się w Czarnoksiężnika z Oz, że teraz wszystko skrywa się za zasłoną".

Jednak zakwestionowanie autorytetu Angletona po prostu nie wchodziło w grę. Autorytet i władzę wykorzystał on do zainicjowania kampanii przeciwko jednemu z najcenniejszych informatorów CIA, sowieckiemu dezerterowi nazwiskiem Jurij Nosenko. Po zabójstwie Kennedy'ego Nosenko, podpułkownik KGB, ciągle jeszcze pracujący dla Rosjan, podczas urlopu w Genewie spotykał się potajemnie z oficerami prowadzącymi z CIA - zapewniał ich, że Sowieci nie mieli z Oswaldem nic wspólnego. Angleton nie wierzył ani jednemu słowu Nosenki, upierał się, że kłamie i jest wtyczką KGB. Czyż Golicyn nie ostrzegał go przed takimi ludźmi?

Po ucieczce do Stanów Zjednoczonych Nosenko został na osobiste polecenie Angletona umieszczony w izolatce - przez prawie dwa lata zamęczano go ostrymi przesłuchaniami. Podejrzenia szefa kontrwywiadu nigdy się nie potwierdziły i w końcu Nosenkę przeniesiono do innego rejonu kraju. Ale był to dopiero początek paranoicznych rządów Angletona: z powodu bezpodstawnych oskarżeń dotyczących szpiegowania na rzecz Rosji pracę straciło kilkunastu oficerów CIA - brutalnie uśmiercił ich kariery. "Nie ulega wątpliwości, że zniszczył życie wielu ludziom z agencji - mówi o Angletonie Richard Kerr, długoletni analityk, który ostatecznie został wicedyrektorem CIA. - Podejrzliwość wobec wszystkiego i wszystkich była niczym choroba, niczym infekcja".

Gdy agencja pozostawała owładnięta ową Angletonowską infekcją, Helms, wówczas DDP, nie tylko nie miał ochoty stopować starego kumpla, lecz wręcz trzymał jego stronę. "To była kwestia lojalności - twierdził Burton Gerber, współczesny Helmsowi ekspert od spraw rosyjskich. - Te starsze chłopaki dobrze się znały. W jego pamiętnikach widać, że kiedy pisze o Angletonie, nie czuje się z tym zbytnio w porządku". Każdy wywiad, głosił Helms, "funkcjonuje tylko tak dobrze, jak jego kontrwywiadowczy składnik"30. A najlepszym oficerem kontrwywiadu CIA był przecież Angleton. Żona Helmsa, Cynthia, pamięta ważną rozmowę poświęconą ich dziwnemu, specyficznemu znajomemu: "Któregoś dnia Dick kazał mi najpierw usiąść, nieczęsto to robił, i dopiero potem oznajmił: "Musisz coś zrozumieć. Będziesz broniła mojej postawy względem Angletona, więc powinnaś wiedzieć, że podjąłem taką, a nie inną decyzję, ponieważ obecność Angletona gwarantowała brak wszelkich kretów. A to było dla mnie najważniejsze"".

Bez wątpienia Angleton miał wyczucie co do obcych agentów w strukturach CIA i umiał prowadzić kontrwywiad. Jedyny problem polegał na tym, że niemalże ironicznym zrządzeniem losu sam został wyprowadzony w pole przez najsławniejszego rosyjskiego kreta wszech czasów.

Harold Adrian Russell Philby, znany też jako Kim, był wschodzącą gwiazdą brytyjskiego wywiadu MI6, elokwentnym bon vivantem, który w zdumiewający sposób przeniknął do samego jądra amerykańskich służb. Philby poznał Angletona w Bletchley Park w Anglii, brytyjskiej centrali łamania szyfrów w czasie wojny, potem zaś natknął się nań w Rzymie. Jako brytyjski łącznik z CIA i FBI w Waszyngtonie ów szpieg Zjednoczonego Królestwa nawiązał bliską, podlewaną alkoholem przyjaźń z szefem amerykańskiego kontrwywiadu, pielęgnowaną zwłaszcza na zakrapianych lunchach. Angleton często latał ze swoją żoną Cicely do Londynu, gdzie niańczyli dzieci Philby'ego, kiedy ten włóczył się po Europie.

Przez cały czas Anglik działał jako sowiecki szpieg, pozyskany jeszcze w latach 20. na Uniwersytecie w Cambridge. Gdy CIA dodała w końcu dwa do dwóch i w 1951 roku namierzyła Philby'ego, został on - na wyraźne żądanie agencji - wezwany do Londynu. Philby odszedł z MI6, ale Brytyjczycy wcale go nie aresztowali (nikt nie chciał przeżywać wstydu związanego z tak skandaliczną wpadką) - znalazł pracę jako korespondent zagraniczny w "The Economist". W roku 1963, w mieszkaniu w Bejrucie, pewien oficer MI6 przedstawił mu dokumentację zdrady. Nazajutrz Philby uciekł do Moskwy, gdzie spędził resztę życia, chełpiąc się swoją wiarołomnością wobec Zachodu. Zmarł jako bohater Związku Sowieckiego w 1988 roku.

Angleton był załamany. Bliski przyjaciel, bratnia dusza z kontrwywiadu nie tylko zrobił z niego durnia, lecz także wydał sowieckim mocodawcom wielu amerykańskich i brytyjskich agentów, których gremialnie postawiono przed sądem i stracono. Po zdradzie Philby'ego Angleton zmienił się bezpowrotnie; pił coraz więcej, coraz głębiej wikłał się też w paranoję kłamstw. Tak długo jednak, jak Helms miał coś do powiedzenia, Angleton pozostawał szefem kontrwywiadu CIA. (Kilkadziesiąt lat później, w 2007 roku, podczas uroczystej kolacji w waszyngtońskim hotelu Willard autor niniejszej książki został posadzony obok eleganckiej, drobnej kobiety po dziewięćdziesiątce. "Byłam żoną Jamesa Jesusa Angletona", oświadczyła z dumą, kiedy zapytałem ją o nazwisko. "Mój Boże, więc musiała pani znać Kima Philby'ego!", zawołałem. Cicely Angleton zamilkła na chwilę, a potem odparła: "No cóż, jak widać, nie dość dobrze!").

Któregoś dnia w 1965 roku prezydent Lyndon B. Johnson wezwał do Gabinetu Owalnego Helmsa, ówczesnego DPP. Od czasu zamordowania Kennedy'ego LBJ nie poświęcał agencji zbyt wielkiej uwagi, teraz jednak gotów był wprowadzić pewne zmiany. "John McCone właśnie zrezygnował - oznajmił Helmsowi - i postanowiłem w jego miejsce mianować nowym DCI admirała Williama Raborna. Zna go pan?" "Nie, panie prezydencie", odparł Helms. "W takim razie go pan pozna. Pana awansujemy na wicedyrektora. Chcę, aby chodził pan z admirałem na każde spotkanie, zarówno tutaj, jak i w mieście. Pan zna agencję, Red nie"31.

Wiceadmirał William "Red" Raborn został wybrany na szefa CIA zapewne dlatego, że Johnsonowi bardzo podobał się jego sposób zarządzania programem Polaris Missile. Ale agencja nie była jedyną rzeczą, na której Raborn się nie znał - mało wiedział również o geografii. Na jednym z posiedzeń, które stało się później przedmiotem wewnętrznych plotek, nowy dyrektor zapytał oficera prowadzącego odprawę o Libię: "Czy to kraj bez dostępu do morza?". Oficer odpowiedział: "W większości tak". Raborn podał się do dymisji po roku i dwóch miesiącach; 30 czerwca 1966 roku nowym szefem Centralnej Agencji Wywiadowczej LBJ mianował Richarda Helmsa.

W ciągu dwóch lat sprawowania funkcji dyrektorskiej w okresie prezydentury Johnsona Helms podchodził do przełożonego zarówno z pewną dozą admiracji, jak i nieskrywanej złości. Zdecydowanie podziwiał LBJ, jeśli chodzi o realizację marzenia o wspaniałym społeczeństwie, wściekała go natomiast jego nieustępliwość w kwestii Wietnamu. "Naprawdę podziwiał Johnsona - mówiła Cynthia. - I naprawdę uważał, że Johnson wiele przez Wietnam wycierpiał. Widok prezydenta siedzącego z głową schowaną w dłoniach robił na nim wstrząsające wrażenie". Sam Helms nie lubił się zadręczać myślami; jeśli chodzi o Wietnam, był "najchłodniejszym rzecznikiem własnego stanowiska - jak ujął to jego biograf Powers - przedstawiającym poglądy agencji na piśmie, broniącym ich na piśmie, zachowującym się jak papierowy generał na papierowej wojnie"32. A jednak Wietnam oznaczał krwawą klęskę, a dla Helmsa stał się "koszmarem śnionym przez dobre dziesięć lat. Demonem, od którego [...], jak się zdaje, nigdy się nie uwolnię"33.

Po wspieranym przez Amerykanów przewrocie politycznym z 1963 roku, który obalił Ngô Đ?nh Di?ma, wojna zaczęła przybierać jeszcze gorszy obrót. Zaledwie trzy tygodnie przed zabójstwem Kennedy'ego do Sali Roosevelta, w której prezydent odbywał spotkanie z doradcami, wpadł jeden z jego współpracowników z informacją o śmierci Di?ma. Władzę w Wietnamie przejęła klika generałów. Kennedy zbladł i szybko wyszedł z pokoju.

Nie wiadomo, czy czuł się odpowiedzialny za zamordowanie Di?ma - którego Stany Zjednoczone uważały za przeszkodę w prowadzeniu wojny - z pewnością jednak dał zielone światło realizatorom zamachu. Helms podkreślał, że akurat w tej kwestii sumienie ma czyste. "Wykonywaliśmy rozkazy, robiliśmy tylko to, co do nas należało - powiedział po latach. - Ale żadnej większej roli tam nie odegraliśmy [...]. To sami Wietnamczycy się skrzyknęli i wykończyli Di?ma [...]. Nieprawda, zwykła nieprawda, że agencja miała [z tym] coś wspólnego"34. Brakuje dowodów, aby CIA spiskowała w celu usunięcia Di?ma, choć zarazem nie ulega wątpliwości, że Stany Zjednoczone zachęcały zbuntowanych generałów do przeprowadzenia zamachu stanu.

Początkowo Helms nie miał wstępu do wewnętrznego kręgu otaczającego Lyndona B. Johnsona. Po zakończeniu odprawy z prezydentem i jego doradcami na prośbę Johnsona zbierał swoje papiery i grzecznie wychodził z gabinetu. Zupełnie mu to nie przeszkadzało, ponieważ uważał się za osobę neutralną, wiernego wykonawcę poleceń, który chętnie zachowuje poglądy polityczne dla siebie. "Moim zadaniem jest sprawić, żeby ta gra toczyła się na uczciwych zasadach"35, mówił. Ale w roku 1967, po wybuchu wojny na Bliskim Wschodzie, jego pozycja w otoczeniu LBJ nagle wzrosła.

Jesienią poprzedniego roku Izraelczycy ostrzegli USA, że bez amerykańskiej pomocy czeka ich klęska w konfrontacji z wrogimi Arabami. Helms zapewniał prezydenta, że wręcz przeciwnie. Zdaniem CIA Izrael nie tylko był zdolny pokonać arabskich sąsiadów, lecz mógł to zrobić w mniej niż tydzień. Prognoza okazała się prorocza, ponieważ Żydzi faktycznie odnieśli błyskawiczne zwycięstwo w tak zwanej wojnie sześciodniowej. Helms z dumą podkreślał: "wywiadowcze bingo mojej kadencji"36. Wkrótce potem Lyndon B. Johnson, pozostający pod wrażeniem przenikliwości dyrektora CIA, zaprosił Helmsa na lunch. Odtąd miał się on stać regularnym gościem słynnych wtorkowych obiadów u prezydenta, w trakcie których nieodłącznym tematem rozmów była kwestia Wietnamu.

Podczas gdy życie zawodowe Helmsa koncentrowało się na wojnie, jego relacje prywatne wyglądały nieciekawie. Coraz bardziej oddalał się od swojej pierwszej żony, Julii. "Chciała od niego czegoś więcej, a on nie miał zbyt wiele do zaoferowania - wspominał ich syn, Dennis. - Zaczynał pracę kwadrans po ósmej, siedział w biurze do dziewiętnastej piętnaście, w sobotę do południa". Helms często bywał podenerwowany. W roku 1965, podczas jakiejś kolacji, poznał Cynthię McKelvie, brytyjską emigrantkę, która miała się wkrótce rozwieść. Cynthia charakteryzowała się uporem, ciekawością i żądzą przygód; podczas II wojny światowej jako 18-latka wstąpiła do Wrens (Strzyżyków), Women's Royal Naval Service, pomocniczej kobiecej formacji marynarki wojennej, gdzie sterowała portowymi statkami, nierzadko pod niemieckim ostrzałem. Helms rozwiódł się z Julią za zgodą LBJ (czuł się zobligowany, by o nią poprosić). Pobrali się z Cynthią w 1968 roku.

Miał teraz kobietę, która podzielała jego zamiłowanie do tenisa i tańca towarzyskiego. Po latach, za kadencji Nixona, oboje zatańczyli walca na parkiecie w Białym Domu, tuż obok Freda Astaire'a i jego partnerki Farah Pahlawi, olśniewającej szachbanu, czyli irańskiej cesarzowej. "Dick na tym samym parkiecie co Fred Astaire, no istne spełnienie marzeń!", wspominała Cynthia. Helms, absolutny milczek w towarzystwie innych osób, powierzał nowej żonie niemal wszystkie informacje, których nie sklasyfikowano jako tajne - zwłaszcza dzielił się z nią swoimi frustracjami związanymi z Lyndonem B. Johnsonem oraz wojną.

W roku 1966, gdy Helms został DCI, w Wietnamie walczyło 200 tysięcy żołnierzy amerykańskich z ponad dwóch milionów, które miały wziąć udział w tej przegranej sprawie. LBJ desperacko pragnął przekazać im jakieś dobre wieści i ciągle wzywał Helmsa, by mu je przyniósł. "Musisz dać im jakąś nadzieję - błagał prezydent. - To mniej więcej tak jak podczas meczu futbolowego: jest połowa, oni przegrywają dwadzieścia jeden do zera, ale ty mówisz: "Cholera, chłopaki, dacie radę, a ja wam powiem jak! Do dzieła!". Taka sama jest moja rola. I w tej mierze muszę polegać na tobie"37.

Usiłując zmusić północnych Wietnamczyków, aby zasiedli do negocjacji, LBJ zainicjował operację Rolling Thunder (Dudniący Grom) - masowe bombardowania północnej części kraju przy użyciu maszyn typu B-52. Czy ruch ten zastraszył Hanoi i zmienił serca i umysły rządzących tam ludzi? Helms odpowiedział stanowczo: nie! Co więcej, CIA doszła do następujących wniosków: "Nie obserwujemy żadnych oznak świadczących o tym, by naloty wpłynęły na stabilność reżimu [...]. Wietnam Północny, przynajmniej w najbliższej perspektywie, raczej nie wykaże woli rozpoczęcia negocjacji"38. Analityk Richard Kerr wspominał: "Spływające do nas raporty pozostawały negatywne, jeśli chodzi o skuteczność bombardowań oraz pytanie, czy ten naród da się pokonać".

Więcej nawet: Helms oznajmił Johnsonowi, że wola walki u przeciwnika tylko się spotęgowała, a analitycy CIA donosili, iż zdolność Wietnamu Północnego do przerzucania oddziałów i zapasów szlakiem Ho Chi Minha, główną trasą zaopatrzeniową na Południe, zwiększyła się pięciokrotnie. W liczącym 250 stron studium zatytułowanym Nieustępliwy opór wietnamskich komunistów czytamy: "Od połowy roku 1966 wietnamscy komuniści nie odnotowali żadnej porażki, a to wystarczy, by nie chcieli przestać walczyć"39. Dzięki obronie ciągle pesymistycznych analiz CIA Helms, który sam był kiedyś oficerem operacyjnym i awansował w strukturach agencji, zyskał sobie szacunek jej analityków.

Dyrektor musiał też odgrywać rolę sędziego w sporze rywalizujących ze sobą obozów wewnątrz CIA, które postrzegały ów konflikt w sposób diametralnie odmienny. Oficerowie operujący na miejscu, w Sajgonie - w tym przyszły dyrektor William Colby - stali zasadniczo na stanowisku, że wojnę da się wygrać. Z natury byli wojowniczy, praktyczni, pozytywnie nastawieni, a przynajmniej woleli zawiesić na kołku swoją niewiarę w powodzenie. Prawem kontrastu analitycy w Langley odznaczali się głębokim pesymizmem, żywiąc przekonanie, że na końcu tego tunelu nie widać żadnego światełka, jak brzmiała ich ulubiona metafora (lub że światełko to rzuca reflektor nadciągającego pociągu towarowego). Helms wolał inną przenośnię. Próbując zapanować nad zwaśnionymi stronami, przypominał "cyrkowca jadącego na dwóch koniach, z których [...] każdy zmierza w przeciwnym kierunku"40.

Trzecim koniem był Pentagon i tamtejsze Dowództwo Wsparcia Militarnego Wietnamu, czyli MACV. Gdy amerykańscy żołnierze masowo ginęli - blisko 300 tygodniowo - CIA i MACV wdały się w ostry spór na temat potęgi nieprzyjaciela. Kość niezgody stanowiły liczebność i struktura wrogich sił oraz oszacowanie ich zdolności bojowych. Według MACV w skład oddziałów północnowietnamskich wchodziło około 250 tysięcy ludzi, natomiast CIA dodawała do tego "żołnierzy nieregularnych" - walczących co jakiś czas, partyzantów itp. - wskutek czego liczebność ta zwiększała się dwukrotnie, do około pół miliona.

George Carver, specjalny asystent Helmsa ds. konfliktu wietnamskiego, raportował, że generał William Westmoreland, dowódca wojsk interwencyjnych, po prostu nakazał MACV ignorowanie danych szacunkowych CIA.

Nasza misja jest jak dotąd frustrująco nieproduktywna ze względu na obstrukcję ze strony MACV, niewątpliwie wywołaną rozkazami [...]. Należy wyciągnąć nieunikniony wniosek, że generał Westmoreland [...] wydaje instrukcje równoznaczne z bezpośrednim poleceniem, aby uznać siły [nieprzyjaciela] za nieprzekraczające 300 tysięcy. Powodem tego postępowania wydaje się założenie, że każda większa liczba mogłaby wywołać ze strony prasy krytykę wykraczającą poza akceptowalny poziom. Rozkaz ten sprawia, że MACV nie jest w stanie zaangażować się w poważne i sensowne dyskusje o dowodach, które by te szacunki potwierdzały41.

Ostatecznie Helmsowi udało się wypracować z MACV kompromis - zdawał sobie sprawę, że CIA nie wygra z Pentagonem sporu co do sił przeciwnika. Przynajmniej powiedział o tym Johnsonowi prosto z mostu. "Szczerze przedstawiałem swój punkt widzenia i umiałem się mu postawić - niezbyt mnie rugał"42.

Z czasem stało się jasne, że prezydent po prostu nie słuchał. Helms nigdy nie uległ życzeniom Johnsona, by dostarczać mu samych dobrych informacji - ale też nie przesadzał ze złymi. "Wypracował pewną metodę: taką, że podczas porannych briefingów, a także codziennej odprawy z prezydentem po prostu zwlekaliśmy z podawaniem danych o Wietnamie - mówił analityk Kerr. - Nie szastaliśmy negatywnymi, napastliwymi informacjami, ponieważ byłoby to przeciwskuteczne". Helms wiedział, że złe wiadomości tylko rozzłoszczą LBJ. Prezydent wykazywał fiksację na punkcie rosnącej liczby zabitych nieprzyjaciół, jaką przekazywał mu Pentagon, zwanej rejestrem ofiar. Cynthia dobrze zapamiętała frustrację męża: "Rejestr ofiar stanowił poważną bolączkę - kogo liczyć, jak ustalać tożsamość. To były syzyfowe prace, a on czuł, że koncentrują się na czymś, na czym nie powinni".

Helms sądził, że trzeba ponownie rozważyć podstawowe przesłanki stojące za prowadzeniem tej wojny. Credo doradców LB było twierdzenie, że upadek Wietnamu Południowego spowoduje lawinowe załamywanie się rządów w krajach sąsiednich, aż wreszcie cała Azja Południowo-Wschodnia znajdzie się pod panowaniem komunizmu. Określano to "teorią domina". Czy była ona jednak zasadna? W roku 1965, na kluczowym spotkaniu najwyższych rangą doradców prezydenta, pomysłodawca konfliktu, kontrowersyjny sekretarz obrony Robert McNamara, posługiwał się płomienną argumentacją: "Stawką w tej grze jest honor naszego narodu. Jeśli się wycofamy, komuniści zaczną sięgać mackami coraz dalej. A wtedy stracimy całą Azję Południowo-Wschodnią"43. W sierpniu 1967 roku Helms z własnej inicjatywy zwrócił się z prośbą do jednego z analityków o symulację, co by się stało, gdyby Stany Zjednoczone, uznawszy wojnę za przegraną, po prostu spakowały manatki i zabrały swoich żołnierzy do domu.

Powstało 33-stronicowe memorandum, datowane na 11 września, pod tytułem Skutki niekorzystnego rozwoju wydarzeń w Wietnamie. Rozważano w nim efekt "uporządkowanego wycofania się" wojsk amerykańskich z Wietnamu:

W większości debat dotyczących wojny wietnamskiej na pewnym etapie rodzą się pytania w rodzaju: jakich konsekwencji powinny oczekiwać Stany Zjednoczone, gdyby nie udało się im zrealizować założonych celów? Czy rzeczywiście chodzi tam o nasze kluczowe interesy narodowe? Czy rezygnacja z tej kampanii mogłaby wywołać inne poważne zagrożenia dla państwa?

I przyznawano, że pewne ryzyko istnieje:

Należy dopuścić ewentualność panicznej ucieczki [mieszkańców] z kraju, zaciekły opór izolowanych grup społecznych, akty zemsty, a także powstanie terroru komunistycznego. Gdyby doszło do tego najgorszego scenariusza, wówczas kompromitacja Stanów Zjednoczonych, przez wielu postrzegana nie tylko w kategoriach politycznych, lecz także moralnych, okazałaby się znacznie poważniejsza [...].

Gdyby jedno lub więcej państw Azji Południowo-Wschodniej znalazło się pod kontrolą komunistów [...], region padłby ofiarą długotrwałego zastoju gospodarczego i niepokojów społecznych. A to z kolei stanowiłoby istotne zagrożenie dla celów polityki amerykańskiej, aczkolwiek - w naszej ocenie - nie dla samego bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych.

Wniosek końcowy brzmiał:

Jeżeli niniejsza analiza ma się przyczynić do intensyfikacji dyskusji na omawiany temat, należy zasugerować, że wspomniane ryzyko jest prawdopodobnie mniejsze i łatwiejsze do kontrolowania, niż zdają się wskazywać bieżące spory44.

Dokument zawierał szereg zastrzeżeń, ale Helms rozumiał, że w swej istocie jest niebezpieczny; biorąc pod uwagę ostrą debatę o wojnie, samo jego istnienie mogło doprowadzić do politycznego wybuchu. Cynthia zapamiętała obawy męża przed pokazaniem memorandum Johnsonowi: "Powiedział mi, że zamierza zostać po wtorkowym obiedzie, porozmawiać z prezydentem i dać mu to opracowanie. Uważał ten ruch za trochę ryzykowny, nie wiedział, czy powinien tak zrobić. Ale naprawdę głęboko przeżywał traumę LBJ. I naprawdę sądził, że Johnson powinien się z Wietnamu wycofać".

Helms wręczył Johnsonowi memorandum w zapieczętowanej kopercie. I czekał. Po latach napisał, że prezydent nie skomentował dokumentu ani jednym słowem: "Prezydent Johnson nigdy mi o nim nie wspomniał; o ile mi też wiadomo, nie rozmawiał o tym opracowaniu z żadną inną osobą"45. Trudno nie podejrzewać, że Helms mija się tu z prawdą - może stara się po prostu dotrzymać złożonej głowie państwa obietnicy. "Czy LBJ przeczytał to memorandum?", zapytałem Cynthię. "Och, tak - odparła. - I o nim dyskutowali. Dick twierdził, że jeśli prezydent wycofa się z Wietnamu, nie grożą mu żadne reperkusje w kraju. Jak przypuszczam, można to interpretować jako obronę agencji, ale on naprawdę chciał Johnsonowi pomóc". Cynthia Helms nie wiedziała, jak LBJ na to wszystko zareagował.

Czy któryś z doradców prezydenta albo członek jego Gabinetu Wojennego zapoznał się z opisywanym dokumentem? Był on przeznaczony dla Johnsona oraz jego doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego, Walta Rostowa. Rostow nigdy nie przyznał, że widział memorandum, jednak Cynthia uważała, że je przeczytał - a potem zniszczył, zdawszy sobie sprawę, że jego ujawnienie byłoby bardzo niebezpieczne dla wysiłku wojennego Stanów Zjednoczonych. Rostow "wyrzucił to za burtę", dodała.

Wiele lat później w domu Cynthii, w którym przebywała samotnie, zadzwonił telefon. Podniosła słuchawkę i usłyszała głos McNamary, który właśnie prowadził kwerendę do swoich pamiętników In Retrospect: The Tragedy and Lessons of Vietnam. Książka ta, opublikowana w roku 1995, stała się sensacją z powodu dramatycznego wyznania win, bicia się w pierś. Autor pisał, że w bezsensownej wojnie niepotrzebną śmierć poniosło 58 tysięcy Amerykanów i niezliczone rzesze Wietnamczyków.

Ponad 20 lat po klęsce Stanów Zjednoczonych McNamara powiedział pani Helms przez telefon, że przed chwilą skończył swoją pierwszą lekturę opracowania zatytułowanego Skutki niekorzystnego rozwoju wydarzeń w Wietnamie. Znalazł ów dokument, odtajniony w 1993 roku, w archiwach biblioteki Lyndona B. Johnsona. McNamara przeżył wstrząs, że nie dane mu było zapoznać się z nim wcześniej. "Dlaczego nikt mi go nie pokazał? - pytał zdenerwowany. - Bardzo by mi wtedy pomógł! Powinienem był wiedzieć!" "Krzyczał na mnie do słuchawki - opowiadała Cynthia. - Wpadł w prawdziwą furię".

W pamiętnikach McNamara pisał: "Nakazanie wysokiemu rangą funkcjonariuszowi, aby przedstawił opracowanie kwestionujące fundamentalne przesłanki, na których kraj oparł działania wojenne, a potem uniemożliwienie mu przedyskutowania go ze współpracownikami to niewłaściwy sposób sprawowania rządów"46. Helms podzielał boleść McNamary, jeśli chodzi o ocenę procesu decyzyjnego u Johnsona - utrzymywanie wielu spraw w tajemnicy przed innymi ludźmi u steru, nastawianie jednych doradców przeciwko drugim, przymilanie się im albo ich tyranizowanie. Jednocześnie zdawał sobie sprawę, że przecież prezydenta nie można zmienić, a dyrektorzy CIA nawet nie powinni tego próbować.

"Każda głowa państwa będzie prowadzić swoją politykę w sposób, który jej odpowiada - podzielił się refleksją lata później. - Ktoś powie: no dobrze, ale powinna sama siebie trzymać w ryzach. Tak nigdy się nie dzieje. Prezydenci postępują tak, jak chcą postępować. Nawet jeśli się ich przekona do alternatywnego ruchu, można to zrobić wyłącznie raz [...], bo potem wracają do poprzednich praktyk"47.

Helms nie podnosił głosu, rzadko zdradzał irytację bądź zadowolenie. Zdarzyło się jednak, że gdy analityk CIA Jack Smith wpadł nagle do jego gabinetu, dyrektor mocno się zdenerwował. Dlaczego, zaczął gniewnie Smith, prezydent przed chwilą zatwierdził inicjatywę wojenną, którą CIA ostro skrytykowała w niedawnym studium? "Dick wbił we mnie jadowity wzrok", wspominał analityk. "Skąd niby mam wiedzieć, dlaczego podjął taką decyzję? - parsknął Helms. - W jaki sposób prezydenci je podejmują? Może Lynda Bird opowiedziała się za? Albo przekonał go jeden ze starych kumpli? Może przeczytał coś, co go do tej decyzji skłoniło? Nie każ mi wyjaśniać mechaniki działania prezydenckiego umysłu!"48

Mimo wszystko Helms uważał, że pojmuje rozumowanie Johnsona. Dlaczego LBJ zmienił zdanie i postanowił wyplątać Stany Zjednoczone z wietnamskiej matni? Zdaniem Helmsa wyłącznie z jednego powodu: nie mógł znieść myśli, że stanie się pierwszym prezydentem Ameryki, który przegrał wojnę.

Latem 1967 roku Johnson zmusił Helmsa do ścigania wrogów nawet w ich domowych pieleszach. LBJ oraz ludzie z jego wewnętrznego kręgu byli przekonani, mimo braku jednoznacznych dowodów, że przywódcy ruchu antywojennego są kontrolowani i kierowani przez komunistyczne potęgi. Prezydent chciał, aby Helms i CIA potwierdzili te podejrzenia, uciekając się do wszelkich niezbędnych metod. Konkretnie chodziło o inwigilację sprzeciwiających się wojnie wietnamskiej aktywistów w ich miejscach zamieszkania.

Należało się spodziewać, że to właśnie Helms - przede wszystkim on - zaprotestuje i z miejsca odmówi: regulamin CIA zakazywał agencji angażowania się w politykę wewnętrzną, a każda akcja związana z inwigilacją amerykańskich obywateli wymagała uzyskania nakazu sądowego. Gdy dyrektor spróbował się opierać, Johnson natychmiast mu przerwał: "Jestem tego absolutnie świadom. Życzę sobie, abyś zajął się tą sprawą i zrobił wszystko, co konieczne"49. Nazajutrz Helms powołał do życia Specjalną Grupę Operacyjną (SOG); w ten sposób narodził się też program MHCHAOS (prefiks "MH" oznaczał operacje o zasięgu globalnym). W trakcie realizacji programu (lata 1966-1973) CIA w sposób niezgodny z prawem wytworzyła akta 7200 Amerykanów, infiltrując ugrupowania antywojenne, a nawet niezwiązane z nimi organizacje - od ruchu wyzwolenia kobiet po żydowską B'nai B'rith.

Dlaczego Helms uległ naciskom LBJ? Miał do Johnsona słabość; wrażliwym punktem dyrektora było współczucie, jakie żywił dla prezydenta w związku z jego udręką na tle wojny wietnamskiej. Poza tym uznał, iż nie ma innego wyboru, jak tylko polecenie wykonać. "Johnson nigdy nie mówił do mnie: "Zrób X, Y, Z" - wyjaśniał Helms. - Wolał powiedzieć, że czegoś potrzebuje. Dlatego program MHCHAOS stanowił próbę znalezienia realnego rozwiązania dla jego problemów"50. Zapytałem Cynthię, dlaczego jej mąż nie wytyczył Johnsonowi jakiejś granicy. "Czemu nie rzucił po prostu: "Panie prezydencie, przykro mi, to niezgodne z prawem. Nie możemy tego zrobić"?". "No cóż, myślę, że wytyczył - odparła. - Mówił, że nie chce tego realizować. I próbował nie realizować, starał się nie łamać prawa. Niestety złamał. Czuł, że LBJ potrzebuje pomocy".

Podobnie jak w przypadku operacji Mangusta, której celem był Castro, Helms stał na stanowisku, że najlepszym sposobem zminimalizowania zagrożenia albo utrzymania go pod kontrolą będzie prowadzenie działań pod osobistym nadzorem. Tłumaczył po latach: "Ponieważ prezydent polecił nam poruszać się na samej granicy prawa, chciałem wyłączyć tę akcję spod wpływu innych wydziałów operacyjnych i mieć ją zdecydowanie pod swoją kontrolą"51. Prawda była jednak taka, że Helms nie poruszał się na granicy prawa, ale ją bezczelnie przekraczał. Jakiś czas później program MHCHAOS został ujawniony przez dziennikarza "New York Timesa" Seymoura Hersha.

Helms pozwolił, aby jego sympatia i współczucie dla prezydenta wypaczyły mu perspektywę, którą był zobowiązany zachowywać jako dyrektor agencji; złamał prawo i regulamin CIA. Podobne wyzwanie, a nawet gra o wyższą stawkę, czekały go również za kadencji Richarda Nixona.

Oświadczenie wygłoszone przez Johnsona w marcu 1968 roku, że nie zamierza ubiegać się o reelekcję, zszokowało niemal wszystkich. Nie zaskoczyło jednak Helmsa, który widział, jak wojna odciska potężne piętno na człowieku "mającym się kiedyś za niezmordowanego"52 (LBJ zaczął mieć problemy kardiologiczne). Sam dyrektor agencji też wykazywał oznaki zmęczenia, ale chciał pozostać na stanowisku - życzenie to spełniło się wraz z nominacją udzieloną przez Nixona. W ciągu kolejnych paru lat nie brakowało mu okazji do rozmyślań, czy jednak nie powinien był odejść na emeryturę razem z Johnsonem.

Na samym początku Helms rzadko widywał się z nowym prezydentem. "Nixon po prostu nie lubił spotkań w cztery oczy, jak Johnson - wspominał dyrektor CIA. - Wolał załatwiać sprawy za pośrednictwem swojego personelu. To były dwie bardzo odmienne osobowości"53. Helms usłyszał, że ma się kontaktować przez Henry'ego Kissingera, despotycznego i apodyktycznego doradcę ds. bezpieczeństwa narodowego, który dostarczał prezydentowi podsumowania danych zgodnie z własnym widzimisię. Co więcej, briefy PDB - tradycyjnie prezentowane przez ludzi agencji w obecności głowy państwa - najpierw szły do Kissingera oraz zespołu bezpieczeństwa. Nixon ich nie czytał. Aby dolać oliwy do ognia, zastępcami Helmsa mianował dwóch swoich przybocznych: byli to generał Robert E. Cushman, doradca wojskowy Nixona, gdy ten był jeszcze wiceprezydentem, oraz Vernon Walters, emerytowany generał wojsk lądowych, który kiedyś pracował jako jego tłumacz. Helms szybko zdał sobie sprawę, że ci dwaj mają za zadanie go szpiegować.

Nixon nie krył się z tym, że lekceważy dyrektora CIA. Na spotkaniach Rady Bezpieczeństwa Narodowego (NSC) często mu przerywał - czasami niepotrzebnie - lubił też czepialsko poprawiać Helmsa w kwestiach faktograficznych czy geograficznych. Widać było wyraźnie, że Nixon ma o pracownikach CIA bardzo złe zdanie. "Co robią ci wszyscy idioci z McLean? - zastanawiał się głośno prezydent. - Siedzi tam ich czterdzieści tysięcy i czyta sobie gazety"54. Helms ignorował te impertynencje; wiedział, jak się pracuje dla prezydenta, już kiedyś przyjmował różne obelgi pod swoim adresem. "Dalej, nie przejmować się!" - brzmiało jego ulubione zawołanie (a także rada dla następców, którzy mieli się znaleźć w ogniu krytyki). Samego Nixona uważał za postać zagadkową i dziwną. Opowiadał Cynthii, że jest mu żal żony prezydenta, Pat Nixon. Pewnego dnia widział, jak pani Nixon wysiada z samochodu, potyka się i upada twarzą na chodnik. Prezydent nie wykonał najmniejszego ruchu, aby jej pomóc.

Nixon był przekonany, że CIA ma mnóstwo brudu za uszami, zwłaszcza w kwestii Kennedych; podejrzewał, że Helms i ludzie jego pokroju kryją obu braci. Bliski współpracownik i doradca prezydenta ds. wewnętrznych, John Ehrlichman, skompletował zespół ekscentrycznych śledczych, tak zwanych hydraulików. Określenie to wzięło się od głównego zadania grupy, polegającego na uszczelnianiu przecieków groźnych dla bezpieczeństwa państwa. Otrzymali oni rozkaz znajdowania haków na wrogów i przeciwników politycznych Nixona - a gdyby się to nie udało, ich fabrykowania.

Jeden z owych hydraulików, długoletni były pracownik CIA Howard Hunt, sprokurował fałszywy telegram, depeszę nadaną jakoby z Białego Domu, która wskazywała na udział prezydenta Kennedy'ego w zamordowaniu Di?ma. Pewnego dnia w 1971 roku Ehrlichman zadzwonił do Helmsa z prośbą, by ten przekazał mu dokumenty agencji dotyczące Zatoki Świń oraz śmierci prezydenta Wietnamu. Helms odparł, że tego rodzaju wniosek może składać jedynie sam prezydent. Wtedy Ehrlichman zaaranżował spotkanie Helmsa z Richardem Nixonem.

Tuż przed nim Nixon i Ehrlichman wdali się w nieroztropną rozmowę, która została nagrana na tak zwanych taśmach Białego Domu. Z ożywieniem rozprawiali o wszystkich trupach, jakie ich zdaniem musiały się znajdować w szafach CIA. "Helms śmiertelnie boi się tego całego Hunta, którego przeciągnęliśmy na naszą stronę, ponieważ on wie, gdzie pogrzebano wiele zwłok - mówił Ehrlichman Nixonowi. - Jak dostaniemy cały materiał na temat Di?ma, to przypuszczam, że będzie w nim coś, co da nam kwity na Teddy'ego albo na cały klan Kennedych [...]. Wtedy je wykorzystamy"55. Nixon zgodził się z entuzjazmem.

Lecz było to tylko myślenie życzeniowe - panowie nie znaleźli żadnej sekretnej pałki, którą mogliby uderzyć w Kennedych, ani też powodów do ataku na Helmsa za Zatokę Świń. Wszystko to stanowiło jedynie wytwór wyobraźni Nixona (podobnie jak inne prezydenckie mniemanie, ponad 40 lat później, jakoby serwer Krajowego Komitetu Partii Demokratycznej został niepostrzeżenie zabrany na Ukrainę).

Na spotkanie w Gabinecie Owalnym Helms przyniósł przeróżne akta, raczej niebudzące wątpliwości, a związane z Zatoką Świń. "Zapytałem: "Potrzebuje pan tych dokumentów? Są tu pewne problemy, że tak powiem". - Tak wspominał swoją rozmowę z prezydentem. - Nixon odparł: "Ale przecież ta sytuacja nie miała miejsca za pańskiej kadencji" [...], po czym zaczął mnie zapewniać, że choć chce mieć te papiery, to nie wykorzysta ich przeciwko CIA"56. Helms zgodził się wydać akta. Nixon skarżył się potem, że dokumentacja dotycząca Zatoki Świń była "niekompletna".

Kilka lat później w jednym ze sprawozdań Kongresu skrytykowano Helmsa za to, że przekazywał cokolwiek Nixonowi; przyszli dyrektorzy CIA, głosił ów raport, powinni dysponować własnym zapleczem politycznym albo pewnymi niezależnymi instrumentami, dzięki którym mogliby się oprzeć naciskom prezydentów. Helms wpadł we wściekłość. "Co za bzdury, żeby szef służby musiał posiadać jakieś osobiste moce albo wielką bazę polityczną, bo inaczej zabraknie mu jaj, żeby powiedzieć prezydentowi "nie" - kipiał. - Opierałem się Nixonowi, opierałem się też Johnsonowi, a jeśli ktoś zechce mi wskazać, kiedy tego nie zrobiłem, to chętnie się dowiem"57.

Wojna w Wietnamie szalała, więc Helmsowi nie brakowało okazji, by się Nixonowi postawić. Prezydent obiecywał opracowanie "tajnego planu" zakończenia konfliktu, lecz żadnego planu nie miał, jedynie bardzo mętną koncepcję wycofania się tak, by nie wyglądało to na klęskę. Helms uważał, że szanse na odniesienie sukcesu przez Nixona są równe tym, jakie miał wcześniej Johnson, ale dalej robił to, co do niego należało: dostarczał prezydentowi informacji, których ten nie chciał słyszeć. "Czynił to w sposób nienagannie uprzejmy, a zarazem bezpośredni, bez owijania w bawełnę - wspomina Charlie Allen, analityk weteran. - Może dzięki wieloletniemu doświadczeniu dziennikarskiemu, obracaniu się w kręgach politycznych, w Europie, może dzięki swojej znajomości innych kultur i języków". O ile jednak w oficjalnych gabinetach Helms był nienagannie powściągliwy, o tyle w obecności Cynthii pozwalał sobie na szczerość. "Poszliśmy na jakąś uroczystą kolację - opowiadała wdowa po dyrektorze CIA. - Świetnie ją pamiętam. Kissinger wstał i rzucił: "Pokój jest w zasięgu ręki"". A potem wygłosił przemówienie. Kiedy wychodziliśmy stamtąd korytarzem, Dick odezwał się do mnie: "Do jasnej cholery! Nie będzie żadnego pokoju!"".

Tymczasem katastrofa, wskutek której Richard Helms stał się osobą powszechnie znaną i która stanowiła dlań bolesny, osobisty cios, miała się rozegrać bliżej kraju. W roku 1970 Salvador Allende, lewicowy kandydat na prezydenta Chile, był murowanym faworytem do zwycięstwa, co groziło znacjonalizowaniem przemysłu i konfiskatą majątku należącego do cudzoziemców. Ów nieoczekiwany rozwój wypadków Nixon odebrał fatalnie, ponieważ bał się, że cała Ameryka Południowa - od Kuby po Chile - może się zmienić w "krainę czerwonych". Od 1960 roku CIA zajmowała się prowadzeniem antysowieckiej kampanii propagandowej w Chile, łożyła też pieniądze na kandydatów centrowych w tym państwie. Podobna sytuacja miała miejsce tuż przed wyborami roku 1970.

Nawet w kontekście zimnej wojny Allende nie stanowił poważnego zagrożenia dla bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych; Kissinger żartował sobie po latach, że "Chile jest niczym sztylet wymierzony w serce Antarktydy"58. Jednakże sama możliwość przejęcia przez tego człowieka władzy postawiła na nogi amerykańskie korporacje, w tym International Telephone & Telegraph (ITT) i Pepsi-Colę. "Tak naprawdę USA nie miały tam większych interesów, poza biznesowymi - mówił Burton Gerber, oficer służący kiedyś w Rosji. - To one napędzały wszystkie działania". A także jeszcze jeden czynnik. Jak ujął to Helms: "Wcześniej Truman utracił Chiny, Kennedy utracił Kubę, a teraz Nixon mógł stracić Chile"59.

CIA przewidywała, że wybory wygra kandydat centrowy. Tymczasem zwyciężył Allende, wprawdzie ledwie, ale to on zdobył większość głosów. Wyniki zatwierdził chilijski parlament i do objęcia prezydentury pozostało niewiele ponad miesiąc. Biały Dom zareagował wściekłością.

Na pospiesznie zwołanym zebraniu, w którym uczestniczyli Kissinger i Helms, Nixon z furią zaatakował dyrektora agencji, przeświadczony, że CIA znowu zawiodła. Przecież Helms miał zrobić wszystko, żeby uniemożliwić Allendemu objęcie urzędu, wołał Nixon. Gdy prezydent kipiał złością, Helms sporządzał notatki:

Szanse może 1 na 10, ale ratowanie Chile warte wydatków

nieprzewidziane ryzyka

nie angażować ambasady

10 milionów dolarów do dyspozycji, więcej niż potrzeba

zadanie pełnowymiarowe - dla naszych najlepszych ludzi

plan gry

niech gospodarka zadrży w posadach

48 godzin na plan działań60

Świetnie rozumiał, co te hasła miały oznaczać: "Prezydent Nixon polecił mi doprowadzić do wojskowego zamachu stanu w Chile, jak dotąd kraju demokratycznym"61. Nie widział możliwości, by rozkaz zignorować albo zwlekać z jego realizacją. Po latach pisał w tonie defensywnym: "Jakimże to prawem miałbym wyjść z Białego Domu i uznać, że prezydent wcale nie mówił serio?"62. Najbardziej jednak niepokoiły Helmsa nie same instrukcje, lecz niemożność ich szybkiego wykonania; zablokowanie objęcia władzy przez Allendego wymagało czasu, a tego CIA brakowało.

Ostatecznie Allende urząd objął, ale tylko po to, by za chwilę go stracić w wyniku wojskowego przewrotu, w którym agencja niewątpliwie maczała wszystkie palce. Prezydent Chile prawdopodobnie popełnił samobójstwo, a krajem przez kolejne dekady miał rządzić opresyjny wojskowy reżim.

Dla Helmsa dzień rozrachunku przyszedł kilka lat później. Składając pod przysięgą zeznania przed Kongresem, pytany, czy CIA podejmowała próby obalenia rządu chilijskiego, znalazł się między młotem a kowadłem: z jednej strony jako dyrektor agencji poprzysiągł dochowanie tajemnicy państwowej, z drugiej musiał odpowiadać zgodnie z prawdą (o puczu w Chile oraz o doniosłych zeznaniach Helmsa traktuje rozdział drugi).

Zarówno sytuacja w Chile, jak i inne wyzwania stojące przed prezydentem miały zostać przyćmione przez najważniejszy dramat w całej kadencji Nixona. Rozpoczynając kampanię reelekcyjną, 37. prezydent dysponował miażdżącą przewagą sondażową nad ewentualnymi rywalami z Partii Demokratycznej, wolał jednak nie ryzykować. Uważał, że jego polityczni wrogowie są gotowi na wszystko, byle tylko zwyciężyć. Sam również nie wahał się podejmować wszelkich koniecznych działań.

Wczesnym rankiem 17 czerwca 1972 roku Helmsa obudził telefon. Dzwonił szef ochrony CIA z informacją, że w kompleksie Watergate aresztowano pięciu mężczyzn, którzy zakładali podsłuch w siedzibie Krajowego Komitetu Partii Demokratycznej. Helms wziął głęboki wdech. "Mów dalej", rzucił do słuchawki. Szef ciągnął:

- To czterech Kubańczyków oraz niejaki Jim McCord.

- McCord? Ten emeryt z waszego działu?

- Tak. Od dwóch lat na emeryturze.

- Co to za Kubańczycy [...]? Znamy ich?

- W tej chwili nie potrafię odpowiedzieć.

- I to tyle?

- Nie, to dopiero początek. Wygląda na to, że w sprawę zamieszany jest również Howard Hunt63.

O ile Helms się orientował, włamanie do siedziby partii w Watergate nie było operacją prowadzoną przez CIA, lecz przecież Hunt działał na rzecz agencji w Gwatemali, Meksyku i w Europie, wchodził też w skład Sił Zadaniowych podczas inwazji w Zatoce Świń. Dyrektor wiedział, że Hunt pracował jako konsultant ds. bezpieczeństwa w Białym Domu, nie wiedział natomiast, że w lipcu 1971 roku Ehrlichman zatelefonował do jego zastępcy, Roberta Cushmana, z następującą wiadomością: Hunt potrzebuje pomocy i chce krycia ze strony CIA.

Nie informując Helmsa o niczym, Cushman się zgodził, a nawet wyposażył Hunta w "sprzęt operacyjny": perukę, urządzenie do zmieniania głosu i kilka fałszywych dowodów osobistych. Gdy kilka miesięcy później ten zgłosił się z ponownymi żądaniami - aby przydzielić mu sekretarkę oraz automat do nagrywania rozmów telefonicznych - Cushman się przestraszył. Nie zgodził się, a następnie wtajemniczył Helmsa (sprzęt wypożyczony Huntowi użyto w innym, spartaczonym włamaniu: do gabinetu psychiatry leczącego Daniela Ellsberga w Los Angeles - człowieka, który przekazywał Pentagon Papers).

Kiedy szef ochrony agencji opowiadał o wydarzeniach w Watergate, Helms musiał brać jeden głęboki wdech za drugim.

- Czy coś może wskazywać na nasze zaangażowanie w tę sprawę? - zapytał.

- Zupełnie nic - odparł funkcjonariusz64.

Helms kazał mu trzymać rękę na pulsie i zapowiedział, że spotkają się w poniedziałek rano.

Przez następne dwa tygodnie, kiedy w mediach i w politycznym plotkarskim młynie Waszyngtonu dominowała afera Watergate, instrukcje Helmsa dla personelu agencji sprowadzały się do praktycznych wskazówek: "Zachować spokój, nie dać się wciągnąć w żadne spekulacje, nie udzielać informacji i trzymać się, cholera, jak najdalej od tej pieprzonej sprawy".

Lecz "pieprzona sprawa" nie chciała się trzymać z daleka od Helmsa.

Nixon i jego pomagierzy uknuli pewien plan: jeśli włamanie przedstawi się jako tajną operację CIA, a nie intrygę przeprowadzoną w ramach kampanii wyborczej prezydenta, to Biały Dom może wyjść z opresji obronną ręką. Bądź co bądź trzech spośród włamywaczy z Watergate - James McCord, Frank Sturgis i Bernard Barker - kiedyś w CIA pracowało. A dyrektor FBI, Patrick Gray, od samego początku podejrzewał, że w sprawę była zamieszana agencja.

H.R. Haldeman, szef personelu Białego Domu u Nixona, nie przestawał wydzwaniać na prywatny telefon Helmsa. Cynthia nigdy nie słyszała, aby jej mąż podnosił głos, a tym bardziej krzyczał, ale "z Haldemanem to się kłócili, zdecydowanie". Haldeman wywierał na Helmsa nieustanny nacisk - chciał, by szef CIA pomógł prezydentowi i jego ludziom wykaraskać się z trudnego położenia. Pozostawał niezwykle drażliwy problem, jak zapłacić włamywaczom z Watergate za milczenie. Czy Helms nie mógłby wyasygnować środków z "funduszu nierejestrowanego" CIA? Helms odpowiedział stanowczo, że nie. "Jeśli prezydent naprawdę tego chce, to niech zatelefonuje do mnie osobiście! - krzyknął do słuchawki. - Bo sam NIE PODEJMĘ takiej decyzji!"

23 czerwca, niecały tydzień po włamaniu, Haldeman wezwał Helmsa i jego zastępcę Vernona Waltersa do Białego Domu. Kiedy tam dotarli, na miejscu był inny bliski doradca prezydenta, Ehrlichman. Haldeman zjawił się chwilę później. "Co łączy agencję z tym włamaniem?", zapytał dyrektora CIA. "CIA nie ma nic wspólnego z incydentem w Watergate", odparł Helms chłodno. Haldeman zignorował tę wypowiedź i przeszedł do istoty rzeczy. "Prowadzone [przez FBI] śledztwo na temat pewnych powiązań meksykańskich - oznajmił Helmsowi i Waltersowi - może narazić na szwank tamtejsze akcje CIA. Dlatego postanowiono, że generał Walters uda się na spotkanie z [dyrektorem FBI] Patem Grayem i powie mu, że kontynuowanie dochodzenia w Meksyku mogłoby doprowadzić do ujawnienia najcenniejszych agentów oraz kanałów przerzutu pieniędzy"65.

Następnie Haldeman wygłosił zawoalowaną groźbę. Na jaw mogłyby wyjść jeszcze gorsze rzeczy, oświadczył grobowym tonem. "Prezydent prosił mnie, aby was poinformować, że cała ta afera może być powiązana z inwazją w Zatoce Świń i jeśli zostanie rozdmuchana, kto wie, co ujrzy światło dzienne [...]".

Helms pochylił się w fotelu. Mrużąc oczy, wpatrywał się w Haldemana. "Cholerna Zatoka Świń nie ma z tą sprawą zupełnie nic wspólnego - powiedział. - A poza tym wszystkie informacje na temat inwazji zostały już upublicznione". Ehrlichman pomyślał, że Helms reaguje, "jakby go oblano wrzątkiem"66, natomiast Haldeman podejrzewał, że pełna oburzenia postawa szefa CIA wskazuje, iż ten coś ukrywa. Sam Helms zapamiętał to inaczej: "Wcale nie krzyczałem w Białym Domu, również we własnym gabinecie raczej nie zdarzało mi się podnosić głosu"67.

Cynthia wspominała, że jej mąż był zaskoczony opowieścią Haldemana o operacjach CIA w Meksyku, nie miał też pojęcia, do czego odnoszą się czynione przez ludzi Nixona aluzje dotyczące Zatoki Świń. "O co prezydentowi chodzi, do diabła?" Dopiero po powrocie do domu, w obecności żony, dał upust swojemu zaniepokojeniu. Następnie zadzwonił do szefa ochrony CIA. "Jest coś na rzeczy? - zapytał. - Wydaje mi się, że nie prowadzimy żadnej innej operacji w Ameryce Południowej. Sprawdź wszystkie nasze wydziały, całą agencję, bo nie mam pojęcia, o czym gadają ludzie prezydenta. Groził mi. Sądzę, że bezpodstawnie".

Groził Helmsowi, ale czym? Nawiązując do Zatoki Świń, Haldeman napisał po latach, że Nixon "zamierzał chyba przypomnieć dyrektorowi CIA, niekoniecznie uprzejmie, o tuszowaniu faktów dotyczących [...] [spisku przeciwko] Fidelowi Castro - operacji CIA, która mogła stanowić praprzyczynę tragicznej śmierci Kennedy'ego, a którą Helms desperacko pragnął zataić"68. Prawda była jednak taka, że Nixon i Haldeman nie mieli na Helmsa nic poza bezpodstawnymi podejrzeniami o machlojki.

Haldeman całkowicie błędnie odczytał dyrektora CIA; za tę redutę Helms był po prostu gotów umrzeć. Jedno pozostawało jasne: jeśli przyjmie rozkaz zablokowania śledztwa Graya, narazi zarówno siebie, jak i całą agencję. A przecież nie mógł skończyć w więzieniu. Wypłacenie środków włamywaczom z Watergate wystarczyłoby, żeby zagrozić istnieniu CIA. "Mogliśmy zdobyć te pieniądze - dumał po latach. - Ale to by w ostatecznym rozrachunku oznaczało koniec agencji. Gdybym zgodził się na to, czego chciał od nas Biały Dom, powędrowałbym za kratki, a wiarygodność naszej instytucji zostałaby pogrzebana na zawsze"69.

W trakcie swojej kariery w wywiadzie, która trwała przecież trzy dekady, Helms niejednokrotnie zatwierdzał operacje budzące spore wątpliwości, przy innych zaś odwracał wzrok, naruszał regulamin CIA, a nawet jawnie łamał prawo. Nie zamierzał jednak pozwolić Nixonowi uczynić z agencji kozła ofiarnego, na który Biały Dom mógłby zrzucić winę - ani przeszkadzać wymiarowi sprawiedliwości w jego działaniach tylko po to, żeby ocalić tę prezydenturę.

Co na to Walters? W Białym Domu uważano, że na zastępcę Helmsa można liczyć, ponieważ wypełni on każdy rozkaz. "Walters to beton - mówił Nixon do Haldemana na nagraniach z Gabinetu Owalnego. - Walters jest lojalistą absolutnym. Całkowicie wierzy w prezydenta. Zgodzisz się ze mną?"70 I rzeczywiście, Walters spotkał się z dyrektorem FBI Grayem, aczkolwiek nie przekazał mu, że powinien zakończyć dochodzenie.

Tymczasem Helms, który miał zaplanowaną podróż do Australii, nie zamierzał pozostawiać niczego ślepemu przypadkowi. Cynthia wspominała: "Zadzwonił do Waltersa i powiedział: "Ani się waż podejmować jakichkolwiek decyzji pod moją nieobecność". Wrzeszczał na niego jak na dwulatka: "Nie wolno ci robić nic, czego zażyczą sobie prezydent albo Haldeman, kiedy mnie nie będzie w kraju! Rozumiesz? Nic! Daruj sobie wszelkie decyzje!".

Dochodzenie prowadzone przez FBI trwało. W miarę jak śledczy zacieśniali pętlę, Nixon postanowił zintensyfikować działania, kierując się przeczuciem, którym dwa lata wcześniej podzielił się z Haldemanem: "Może trzeba zrobić jedno: pozbyć się tego Helmsa"71.

2 lutego 1973 roku Helms został wezwany na spotkanie z prezydentem do Camp David, miejsca wypoczynku głowy państwa. Zakładał, że Nixon chce rozmawiać o budżecie CIA. Kiedy stawił się w Aspen Lodge, prezydent, któremu towarzyszył Haldeman, ruchem ręki kazał Helmsowi usiąść. Nixon od razu przeszedł do sedna. Otóż nadeszła pora na "świeżą krew", to znaczy mianowanie nowego DCI. Gdy wezwany przetrawiał informację o zwolnieniu go ze stanowiska, Nixon zapytał, czy Helms nie wolałby zostać ambasadorem: "Na przykład w Moskwie?"72. Wciąż oszołomiony Helms odparł, że miasto, w którym znajduje się centrala KGB, to lekka przesada, jeśli chodzi o eksdyrektora CIA; już bardziej odpowiedni byłby chyba Teheran.

Kiedy wrócił do domu i podzielił się tą sensacyjną wiadomością z żoną, Cynthia poszła do sypialni i się rozpłakała, zdruzgotana nie tylko wyrzuceniem męża z pracy, lecz również świadomością, że pozostawi w kraju wszystkich przyjaciół. Spytałem syna Helmsa, Dennisa, czy kiedykolwiek rozmawiał z ojcem o tamtym dniu. "Nie, nie, nie - odrzekł. - Poruszanie tego tematu nie byłoby w jego stylu. Nigdy nie przytaczał żadnych rozmów z prezydentem".

Dwa lata później, 5 sierpnia 1974 roku, na podstawie wyroku Sądu Najwyższego (który zapadł stosunkiem głosów osiem do zera), upubliczniono zapisy konwersacji Nixona nagranych na taśmach Białego Domu. Znajdowała się wśród nich rozmowa prezydenta z Haldemanem, odbyta sześć dni po sławetnym włamaniu i zaledwie kilka godzin przed zjawieniem się Helmsa oraz Waltersa w siedzibie głowy państwa.

Haldeman: Tę sprawę możemy rozwiązać tylko tak [...], żeby zmusić Waltersa do złożenia wizyty u Pata Graya. Niech mu powie: "Trzymaj się od tego z daleka, do cholery [...], bo, hm, nie chcemy, żebyś więcej niuchał" [...]. Trzeba wezwać Helmsa i tego całego... jak mu tam? Waltersa?

Prezydent Nixon: Waltersa.

Haldeman: Proponuję, żebyśmy Ehrlichman i ja do niego zadzwonili.

Prezydent Nixon: W porządku, dobrze [...]. Tylko jak go skłonisz do pomocy? To znaczy, właściwie... przecież to my ochroniliśmy Helmsa przed mnóstwem cholernie trudnych kwestii.

Haldeman: To samo mówi Ehrlichman.

Prezydent Nixon: Oczywiście ten [...] Hunt [...] odkryje sporo, bardzo dużo - jak się zedrze ten strup, to pod spodem jest, u diabła, dużo różnych spraw. Naszym zdaniem to byłoby bardzo szkodliwe, gdyby sytuacja się posunęła do przodu. Chodzi o tych Kubańczyków, Hunta i mnóstwo innych przekrętów, które nie mają z nami nic wspólnego [...].

Rozmowa trwała dalej:

Prezydent Nixon: Jak będziesz rozmawiać z tymi ludźmi [...], powiedz im tak: "Słuchajcie, problem polega na tym, że wyjdzie na jaw to wszystko, cała kwestia Zatoki Świń, a zdaniem prezydenta po prostu [...] powinno się wezwać FBI i oznajmić, że dla dobra kraju śledztwo ma się w tym punkcie zakończyć". Kropka73.

Był to gwóźdź do trumny w procesie impeachmentu i usuwania Nixona ze stanowiska, dowód na to, że prezydent mataczył i utrudniał pracę wymiarowi sprawiedliwości. Niemal w ciągu jednej nocy opuścili go nawet najzagorzalsi zwolennicy, a postawienie w stan oskarżenia oraz wyrok skazujący jawiły się jako nieuniknione. W Gabinecie Owalnym złożyła wizytę delegacja prezydium Senatu, na czele z Barrym Goldwaterem z Arizony, aby oznajmić Nixonowi, że nadszedł czas rezygnacji.

Helmsa najbardziej uderzała arogancja prezydenta, a także pogarda dla ludzi, którzy mu służyli. "Stale wszystkich dyskredytował [...]. Pracowników Departamentu Stanu opisywał jako bandę wazeliniarzy w garniturach, którzy wcale nie dbają o interesy Ameryki, [...] z czego wypływał wniosek, że jedynym naprawdę mądrym facetem w tym towarzystwie jest sam Nixon [...]. Ale potem wybuchła afera Watergate, w której on sam zasługiwał na najsurowszy wyrok na świecie. Dla mnie to było niczym ironiczna odpłata ze strony jego administracji. Miał się za takiego bystrego człowieka, a dopuścił się najgłupszego oszustwa, jakiego mógłby się dopuścić każdy, i przez to stracił prezydenturę"74.

Nie był to ostatni raz, gdy prezydencka obsesja na punkcie osobistych wrogów przywiodła głowę państwa na skraj katastrofy. Ponad cztery dekady później przeświadczenia Donalda Trumpa, jakoby padł on ofiarą uknutego na Ukrainie spisku, miały spowodować wstrzymanie pomocy zagranicznej do czasu przeprowadzenia dętego śledztwa dotyczącego mitycznych serwerów Partii Demokratycznej i szukania kwitów na przeciwników politycznych.

Helms poświęcił stanowisko dyrektorskie, aby ratować CIA, ale kłopoty agencji dopiero się zaczynały; niebawem wyważono drzwi, otwarto archiwa i ujawniono wiele jej sekretów. Świat wywiadu zmienił się na zawsze, związany nowymi zasadami i nadzorem parlamentarnym. Samego Helmsa zaciągnięto przed oblicze Kongresu, aby zeznawał o roli, jaką CIA odegrała w Chile.

O to wszystko były szef agencji nie obwiniał mediów, zgromadzenia narodowego ani nawet KGB, lecz swoich następców: Jamesa Schlesingera i Williama Colby'ego.

13 T. Powers, The Man Who Kept the Secrets: Richard Helms and the CIA, Alfred A. Knopf, New York 1979, s. 228-229.

14 R. Helms, W. Hood, A Look over My Shoulder: A Life in the Central Intelligence Agency, Ballantine, New York 2003, s. 376.

15 OVAL 741-002, 23 czerwca 1972, taśmy z Białego Domu, Muzeum i Biblioteka Prezydencka Richarda Nixona, Yorba Linda, Kalifornia.

16 R. Helms, W. Hood, A Look over My Shoulder..., s. 24.

17 Tamże, s. 67.

18 R. Helms, list do syna Dennisa, 8 maja 1945, Muzeum CIA, McLean, Wirginia.

19 S. Hersh, Reporter: A Memoir, Alfred A. Knopf, New York 2018, s. 173.

20 T.S. Elliot, Cztery kwartety. Burnt Norton, II, tłum. Czesław Miłosz (przyp. tłum.).

21 D.C. Martin, Wilderness of Mirrors, Ballantine, New York 1980, s. 129.

22 R. Helms, W. Hood, A Look over My Shoulder..., s. 152.

23 Tamże, s. 202.

24 Tamże, s. 170.

25 Tamże, s. 183.

26 Tamże, s. 191.

27 Tamże, s. 229.

28 Wywiad z R. Helmsem przeprowadzony przez M. McAuliffe, Biuro Historyczne CIA, 19 czerwca 1989.

29 D.C. Martin, Wilderness of Mirrors..., s. 204.

30 R. Helms, W. Hood, A Look over My Shoulder..., s. 34.

31 Tamże, s. 246.

32 T. Powers, The Man Who Kept the Secrets..., s. 203.

33 R. Helms, W. Hood, A Look over My Shoulder..., s. 308.

34 R.W. Weber, Spymasters: 10 CIA Directors in Their Own Words, Scholarly Resources, New York 1999, s. 243.

35 R. Helms, W. Hood, A Look over My Shoulder..., s. 306.

36 Wywiad z R. Helmsem przeprowadzony przez R.J. Smitha, Biuro Historyczne CIA, 3 czerwca 1982.

37 Rozmowa telefoniczna R. Helmsa i prezydenta L.B. Johnsona, 6 września 1967, Richard M. Helms Papers, zbiór nr 1, skrzynka 10, teczka 73, Georgetown University Library Booth Family Center for Special Collections, Waszyngton.

38 Memorandum The Effectiveness of the Rolling Thunder Program in North Vietnam, listopad 1966, Biblioteka Johnsona, National Security File, Country File, Vietnam, 3 H (1), Appraisal of Bombing of NVN.

39 Memorandum The Vietnamese Communists Will to Persist, 25 sierpnia 1966, Zarząd Wywiadu CIA, https://www.cia.gov/library/readingroom/docs/DOC_0001169545.pdf.

40 R. Helms, W. Hood, A Look over My Shoulder..., s. 310.

41 Memorandum Carvera dla DCI: 1967 Order of Battle Cables, 28 listopada 1975. (S). "GAC Files (SAVA-NIO)", teczka 9, archiwa CIA.

42 Wywiad z R. Helmsem przeprowadzony przez J.K. McDonalda, Biuro Historyczne CIA, 29 września 1982, s. 9.

43 C. Clifford, R. Holbrooke, Serving the President 1 - The Vietnam Years, "New Yorker", 28 kwietnia 1991.

44 Opracowanie pt. Skutki niekorzystnego rozwoju wydarzeń w Wietnamie, 11 września 1967, https://www.cia.gov/library/readingroom/docs/DOC_0001166443.pdf.

45 R. Helms, W. Hood, A Look over My Shoulder..., s. 315.

46 R. McNamara, In Retrospect: The Tragedy and Lessons of Vietnam, Vintage, New York 1995, s. 294.

47 Wywiad z R. Helmsem przeprowadzony przez R.J. Smitha, Biuro Historyczne CIA, 3 czerwca 1982.

48 J.R. Smith, The Unknown CIA: My Three Decades with the Agency, Potomac Books, Washington D.C. 1989, s. 187.

49 R. Helms, W. Hood, A Look over My Shoulder..., s. 280.

50 Wywiad z R. Helmsem przeprowadzony przez R.J. Smitha, Biuro Historyczne CIA, 4 kwietnia 1983.

51 R. Helms, W. Hood, A Look over My Shoulder..., s. 280.

52 Tamże, s. 333.

53 Wywiad z R. Helmsem przeprowadzony przez J.K. McDonalda, s. 46.

54 C. Andrew, For the President's Eyes Only, HarperCollins, New York 1995, s. 350.

55 OVAL 587-007a, 8 października 1971, taśmy z Białego Domu, Muzeum i Biblioteka Prezydencka Richarda Nixona, Yorba Linda, Kalifornia.

56 Wywiad z R. Helmsem przeprowadzony przez J.K. McDonalda, s. 46.

57 Tamże.

58 A. Horn, Kissinger: 1973, the Crucial Year, Simon & Schuster, New York 2010, s. 197.

59 R. Helms, W. Hood, A Look over My Shoulder..., s. 404.

60 CIA, Job 80B01285A, DCI Helms Files, DCI Miscellaneous Papers on Chile, 1 stycznia 1970-31 grudnia 1972.

61 R. Helms, W. Hood, A Look over My Shoulder..., s. 405.

62 Tamże.

63 Tamże, s. 3.

64 Tamże.

65 Tamże, s. 9.

66 J. Ehrlichman, Witness to Power: The Nixon Years, Simon & Schuster, New York 1982, s. 350.

67 Tamże.

68 H.R. Haldeman, J. Di Mona, The Ends of Power, Times Books, New York 1978, s. 40.

69 Wywiad z R. Helmsem przeprowadzony przez S.I. Kutlera, 14 lipca 1988, Wisconsin Historical Archives, skrzynka 15, teczka 16.

70 OVAL 916-007, 11 maja 1973, taśmy z Białego Domu, Muzeum i Bilbioteka Prezydencka Richarda Nixona, Yorba Linda, Kalifornia.

71 OVAL 587-007a, taśmy z Białego Domu, Muzeum i Bilbioteka Prezydencka Richarda Nixona, Yorba Linda, Kalifornia.

72 R. Helms, W. Hood, A Look over My Shoulder..., s. 411.

73 OVAL 741-002, 23 czerwca 1972, taśmy z Białego Domu, Muzeum i Bilbioteka Prezydencka Richarda Nixona, Yorba Linda, Kalifornia.

74 Wywiad z R. Helmsem przeprowadzony przez J. Brossa, Biuro Historyczne CIA, 14 grudnia 1982.

Wprowadzenie "Coś się naprawdę dzieje"

John Brennan siedział zgarbiony nad laptopem przy stole konferencyjnym w swoim gabinecie na szóstym piętrze, z widokiem na zadrzewione otoczenie centrali wywiadu w Langley w stanie Wirginia. Dochodziła północ, 27 lipca 2016 roku. Na biurku dyrektora CIA panował spory bałagan: porozrzucane czarne segregatory, białe notatniki, miska z wystygłą zupą. Praca o tej porze nie była dla Brennana czymś nadzwyczajnym, często ślęczał do późna nad raportami wywiadowczymi. Od ponad trzech lat sprawował funkcję szefa najpotężniejszej na świecie agencji szpiegowskiej i nieraz zdarzało mu się spędzić prawie całą noc na próbach wyłuskania z danych informacji o zbliżającym się ataku terrorystycznym. Nigdy jednak nie zetknął się z takim zagrożeniem, jakie widział przed sobą teraz.

Z powodu ciągle gniewnego wyrazu twarzy Brennan przypominał proroka Starego Testamentu. Mierzył dobrze ponad metr osiemdziesiąt wzrostu, był niezgrabny i pokraczny; Barack Obama nadał mu przydomek Skoczny Jaś, w nawiązaniu do przechwałek Brennana, jakoby w młodości potrafił dokonać wsadu (nim trzykrotnie wszczepiono mu protezę stawu biodrowego, a także przed licznymi operacjami kolana). Częściej jednak - z powodu przykrych wieści, jakie przynosił mu zwykle dyrektor - prezydent określał go mianem "Pana Fatum".

Brennan, wieloletni pracownik CIA i znawca jej tajników, rozpoczął służbę w agencji w roku 1980 pod wpływem impulsu, bez głębszego zastanowienia. Został tajnym agentem, ale niezbyt pasował do panującej wśród nich klanowej atmosfery; po roku odszedł z Dyrekcji Operacyjnej (DO) i zajął się pracą analityka. Introwertyczny i o łagodnym usposobieniu, Brennan stanowił przeciwieństwo swojego mentora, George'a Teneta, towarzyskiego dyrektora, który zarządzał CIA za prezydentury Billa Clintona i George'a W. Busha. Tenet, zawsze z cygarem w ustach, snuł się po korytarzach Langley, rozmawiając z pracownikami i poklepując wszystkich po plecach.

Ataki z 11 września poprzedziła kakofonia ostrzeżeń, "migotanie czerwonych lampek". Lecz to zagrożenie, z lata 2016 roku, było inne - przypominało nadciągającą burzę. "Jeśli jesteś dyrektorem CIA, nad twoją głową zawsze gromadzi się mnóstwo chmur - wspominał Brennan. - Człowiek wygląda przez okno i czasem są one jeszcze daleko, dopiero się formują. Dostajesz odczyty pomiarów barometrycznych. Ale czasem też dociera gorąca notka wywiadowcza, wedle której "atak nastąpi już jutro". I zdajesz sobie sprawę, że coś się naprawdę dzieje".

Cały rok 2016 prezentował się złowieszczo, nierzadko jawnie, na oczach wszystkich. W marcu rosyjski wywiad wojskowy GRU zaczął hakować konta mailowe osób odpowiedzialnych za kampanię wyborczą Clinton, w tym jej szefa Johna Podesty. Miesiąc później powiązani z Rosją hakerzy włamali się na stronę internetową Krajowego Komitetu Partii Demokratycznej (DNC); w przeddzień konwencji tego ugrupowania ujawniono ogromny zasób skradzionych wiadomości. Równie niepokojące było zachowanie nominata republikanów, Donalda Trumpa, który zdawał się podejmować tematy pożądane przez Moskwę. Członkowie jego sztabu wyborczego pozostawali wcześniej w kontakcie z osobami związanymi z rosyjskim wywiadem. W lipcu 2016 roku Trump zwrócił się do Moskwy z bezczelną, prowokacyjną prośbą, aby nielegalnie zhakowała maile Clinton: "Rosjo, jeśli mnie słuchasz, to mam nadzieję, że będziesz w stanie znaleźć te brakujące trzydzieści tysięcy maili"1. Tego samego dnia Rosjanie podjęli pierwszą próbę włamania się na serwery w sztabie Clinton.

Pod koniec lipca Brennan polecił swoim ekspertom zebranie wszystkich danych na temat zagrożenia rosyjskiego, które napływały od początku roku: z SIGINT (rozpoznanie elektromagnetyczne, wywiad elektroniczny), z HUMINT (rozpoznanie osobowe, czyli szpiedzy) oraz z analiz źródeł otwartych (publicznie dostępnych). Nikt nie potrafił przedzierać się przez ten surowy materiał ani analizować go lepiej niż Brennan. Wtedy nagle zdał sobie sprawę z jednego: Rosjanie przygotowywali się do wyniszczającego cyberataku na amerykańską ordynację wyborczą (Brennan i CIA nie byli jeszcze świadomi skali dezinformacji w mediach społecznościowych, która miała dopiero nastąpić). Chodziło im nie tylko o zasianie chaosu i dezorientacji, lecz także o przechylenie szali w wyborach prezydenckich 2016 roku na korzyść Donalda J. Trumpa.

W grę wchodziło coś jeszcze. Według ściśle tajnego źródła, kluczowego agenta CIA na Kremlu, rozkaz do przeprowadzenia tej bezprecedensowej napaści wydał sam prezydent Rosji, Władimir Putin.

Była to szokująca informacja wywiadowcza i Brennan wiedział, że należy przekazać ją prezydentowi. Ale jak? Każdego ranka CIA kierowała do prezydenta ściśle tajne opracowania dotyczące największych zagrożeń na całym świecie; dokument ten nosił nazwę President's Daily Brief (PDB). Brennan uznał jednak, że najświeższa informacja wywiadu jest zbyt wrażliwa, by umieszczać ją w PDB, który krążył między kilkunastoma najwyższymi urzędnikami administracji. Wymagała raczej pilnego spotkania z prezydentem oraz jego najbliższymi doradcami. Brennan postanowił przekazać do Białego Domu wiadomość w kopercie, którą kurier miał doręczyć bezpośrednio do rąk adresata, i opieczętować ją klauzulą "absolutnie poufne". Znaczyło to, że treść listu mogą zobaczyć tylko cztery osoby: prezydent Obama, szef personelu Denis McDonough, doradczyni ds. bezpieczeństwa narodowego Susan Rice oraz jej zastępczyni Avril Haines.

Każdy dyrektor CIA staje kiedyś w obliczu rozstrzygającego kryzysu. Tenet miał w karierze trzy takie sytuacje: ataki z 11 września, wejście w życie brutalnego programu wydobywania informacji od jeńców, znanego jako "wzmocnione techniki przesłuchań" (EIT), oraz fałszywe dane wywiadowcze na temat irackiej broni masowego rażenia. Również Brennan borykał się z arcytrudnymi wyzwaniami: niekończąca się wojna domowa w Syrii, barbarzyńskie rządy terrorystów z ISIS, a także wzrost znaczenia siejących śmierć dronów bojowych CIA. Ale ostateczna próba, przed którą stał i która miała określić jego kadencję, właśnie nabierała masy krytycznej.

Brennan był nadzwyczaj świadom swojego miejsca w historii. Kilka kroków ponad strzelistym marmurowym atrium gmachu w Langley, z okrągłym symbolem CIA na podłodze oraz słynną Ścianą Pamięci, ciągnie się długi korytarz z portretami olejnymi dyrektorów agencji. Wprawdzie Brennan przyjeżdżał do pracy opancerzonym samochodem, który zawoził go wprost do podziemnego garażu, po czym prywatną windą dostawał się do gabinetu, ale przechadzał się często po galerii poprzedników.

A są tam najwybitniejsze nazwiska ludzi Waszyngtonu: Allen Dulles, John McCone, Richard Helms, James Schlesinger, William Colby, George H.W. Bush, admirał Stansfield Turner, William Casey, William Webster, Robert Gates, James Woolsey, John Deutch, George Tenet, Porter Goss, generał Michael Hayden, Leon Panetta (portret następcy Panetty, generała Davida Petraeusa, nie został jeszcze namalowany). Wielu z nich służyło wcześniej na innych ważnych stanowiskach publicznych: jako czterogwiazdkowy generał, szef FBI, sekretarz obrony, był wśród nich nawet prezydent Stanów Zjednoczonych. Lecz chyba żadna praca, z wyjątkiem głównodowodzącego sił zbrojnych, nie niosła ze sobą większego prestiżu - tudzież politycznego ryzyka - niż pozycja dyrektora CIA.

Petraeus, poprzednik Brennana, wypadł z łask bardzo gwałtownie. Ten słynny były dowódca Międzynarodowych Sił Wsparcia Bezpieczeństwa (ISAF) w Afganistanie, autor planu uderzenia w wojnie irackiej, wprowadził do agencji wojskowy dryg, ale też pewną roszczeniowość, którą jakiś żartowniś z CIA nazwał "chorobą czterogwiazdkowych generałów". Pogłoski, iż Petraeus domaga się specjalnego traktowania podczas podróży służbowych, stały się wodą na plotkarski młyn w Langley i podkopały jego autorytet. Od niepewnych początków na stanowisku minął nieco ponad rok i ledwie Petraeus wyszedł na prostą, przyłapano go na dzieleniu się ściśle tajnymi informacjami ze swoją biografką i kochanką. Kilka dni później generał podał się do dymisji.

Również dwóch innych dyrektorów, których misją była restrukturyzacja CIA - James Schlesinger za kadencji Richarda Nixona i Stansfield Turner za Jimmy'ego Cartera - poniosło szybką i dotkliwą porażkę. Schlesinger, genialny, ale arogancki, z dnia na dzień zwolnił ponad tysiąc doświadczonych oficerów; pięć miesięcy później Nixon przeniósł go do Pentagonu na stanowisko sekretarza obrony. Schlesingera nie lubiano w CIA tak bardzo, że otrzymywał całą masę gróźb pozbawienia życia - z tego powodu musiano mu przydzielić dodatkową ochronę. Turner zaś, zawsze elegancki eksadmirał marynarki wojennej, okazał się sumienny i gorliwy, ale nazbyt doktrynerski jak na nieco płynny charakter działalności wywiadowczej; nie pasował też do biurokratycznych wojen prowadzonych przez Zbigniewa Brzezińskiego, podstępnego doradcę ds. bezpieczeństwa narodowego u Cartera. To za czasów Turnera doszło do największej w dziejach wpadki wywiadu: CIA nie przewidziała wybuchu rewolucji irańskiej w roku 1979.

Pewną przestrogą jest tu także historia Johna Deutcha, dyrektora mianowanego przez Billa Clintona. Ten były wicesekretarz obrony, z wykształcenia chemik i profesor Massachusetts Institute of Technology, był wizjonerem i intelektualistą, który wprowadził agencję w epokę bezzałogowych dronów bojowych. Michael Morell, dwukrotnie pełniący obowiązki dyrektora CIA, uważał Deutcha za najinteligentniejszego człowieka, jakiego znał, zaraz po Baracku Obamie. Tyle że Deutch wykazywał się polityczną indolencją: obrażał pracowników agencji, twierdząc, że nie są tak bystrzy jak ich koledzy z Pentagonu, zapewniał też Clintona, iż pozbędzie się Saddama Husajna poprzez sponsorowany przez CIA zamach stanu. Niestety Irakijczycy dowiedzieli się o tajnej operacji, która tym samym zakończyła się żałosnym fiaskiem, a sojusznicy Ameryki, Kurdowie, zostali sami, opuszczeni i wydani na pastwę losu (zresztą nie po raz ostatni; kilkadziesiąt lat później Kurdów z północnej Syrii pozostawił na lodzie Donald Trump). Deutch zrezygnował ze stanowiska po roku i pięciu miesiącach. Wkrótce potem w jego domowym komputerze znaleziono ściśle tajne materiały, co poskutkowało pozbawieniem go certyfikatu bezpieczeństwa.

Pozostali dyrektorzy byli postaciami wybitnymi, które dokonały transformacji CIA. Allen Dulles, podwładny Dwighta Eisenhowera, nieustraszony zimnowojenny bojownik, prowadził agencję niczym swoje prywatne lenno; aby dokuczyć Sowietom, zorganizował zuchwałe operacje obalenia rządów w Iranie i Gwatemali. William Colby, który w młodości (podczas II wojny światowej) walczył za liniami wroga jako skoczek spadochronowy w służbie Biura Służb Strategicznych (OSS), poprzednika CIA, ujawnił najmroczniejsze sekrety agencji - tak zwane Klejnoty Rodowe. W ten sposób zyskał sobie dozgonnego wroga w starej gwardii CIA, a zarazem szacunek u tych, którzy doceniali tę transparentność - to prawdopodobnie on uratował agencję. Śmierć 76-letniego Colby'ego w 1996 roku w wyniku utonięcia - pływał kanu w pobliżu domku letniskowego w stanie Maryland - wciąż uważana jest przez część jego kolegów za niewyjaśnioną.

Gdy dyrektorem CIA został George H.W. Bush, człowiek bez doświadczenia w wywiadzie, ale będący kiedyś szefem misji łącznikowej w Chińskiej Republice Ludowej, uznał tę nominację za koniec swojej politycznej kariery. Lecz to właśnie Bush ocalił agencję przed blamażem, przywrócił jej dobre imię, pracownikom wysokie morale, a sobie przygotował grunt pod przyszłą prezydenturę.

Niewielu dyrektorów dysponowało większą władzą niż William Casey, upoważniony przez Ronalda Reagana do zwalczania komunizmu na całym globie. Śmigał z wiecznie rozczochranymi włosami między jedną placówką CIA a drugą, mamrocząc. Casey wszczynał potajemne kampanie przeciwko Sowietom i ich poplecznikom; to za jego kadencji mudżahedini, uzbrojeni przez CIA w stingery, pokonali armię sowiecką w Afganistanie. Później jednak, chcąc uwolnić amerykańskich zakładników w Libanie, podjął niedorzeczną inicjatywę sprzedaży broni do Iranu, z której zyski nielegalnie przekazywano partyzanckiemu ruchowi contras w Ameryce Środkowej. Casey zmarł na raka mózgu w apogeum skandalu, który wkrótce wybuchł - a ponieważ słynął z legendarnej przebiegłości, jeden z senatorów zażądał okazania zwłok jako dowodu jego śmierci.

Nikt nie wiedział o CIA więcej od Roberta Gatesa, niecierpiącego głupców analityka, który pokonawszy wszystkie stopnie kariery, wspiął się na stanowisko dyrektora agencji za prezydentury George'a H.W. Busha. Tuż przed pierwszą nominacją Gates wycofał swoją kandydaturę pod wpływem ostrej krytyki roli, jaką odegrał w aferze Iran-contras. Udało mu się za drugim razem, kilka lat później, chociaż wtedy oskarżano go z kolei o przecenienie potencjału militarnego Sowietów, czemu stanowczo zaprzeczył. Jako dyrektor Gates pomagał prezydentowi Bushowi w nawigowaniu po niebezpiecznych mieliznach postzimnowojennego świata bez ZSRS.

Najbardziej znanymi współczesnymi dyrektorami agencji byli George Tenet i Leon Panetta. Tenet - charyzmatyczny, energiczny i twardo stąpający po ziemi - już latem 2001 roku ostrzegał Biały Dom i George'a W. Busha przed zbliżającym się atakiem Al-Kaidy. Ostrzeżenie to, wysłane na kilka miesięcy przed 11 września, zostało zlekceważone przez administrację. To również Tenet przeprowadził błyskawiczną inwazję CIA na Afganistan, gromiąc talibów. Ale na jego obiecującej kadencji, drugiej pod względem długości w całej historii agencji, cieniem miały położyć się kontrowersje wokół tak zwanych wzmocnionych technik przesłuchań. Jego największym i najbardziej niesławnym błędem, który z pewnością powinien zostać wspomniany w pierwszej linijce nekrologu, było zapewnianie Busha, że kwestia posiadania przez Saddama Husajna broni masowego rażenia jest "przesądzona".

Panetta, dawny kongresmen i szef personelu Białego Domu, którego prezydent Obama mianował swoim pierwszym dyrektorem CIA, posiadł zarówno umiejętność bratania się ze zwykłymi pracownikami z Langley, jak i polityczną finezję potrzebną na salonach władzy; nikt lepiej od niego nie radził sobie z prezydentem, biurokratami i Kongresem. Przeszedł do porządku dziennego nad skandalami z epoki Busha, podnosząc morale wśród szeregowych pracowników agencji. Największym sukcesem Panetty było przekonanie Obamy - na podstawie bardzo niepewnych, poszlakowych materiałów - do zainicjowania misji CIA mającej na celu likwidację bin Ladena. Zakończyła się ona sukcesem.

Michael Hayden, generał Sił Powietrznych (jedyny człowiek, który stał na czele zarówno CIA, jak i Agencji Bezpieczeństwa Krajowego), ustabilizował atmosferę wewnątrz służb po kryzysie związanym z EIT i pokrzepił pokiereszowanego ducha pracowników. Ten elokwentny mężczyzna, broniący CIA przed opinią publiczną, w zupełnej tajemnicy dał zielone światło jednej z najzuchwalszych tajnych akcji w dziejach agencji, operacji wciąż owianej sekretem: wspólnej misji CIA i Mossadu, której celem było zamordowanie niesławnego terrorysty z Hezbollahu, Imada Mugnii. Właśnie tego człowieka - ze względu na nieuchwytność nazywanego "kwiatem paproci" - agencja poszukiwała jako numeru jeden od ćwierćwiecza. Uważano go za jeszcze bardziej niebezpiecznego od jego irańskiego towarzysza broni, generała Ghasema Solejmaniego, który w styczniu 2020 roku zginął w ataku drona wysłanego z rozkazu Donalda Trumpa. Pod koniec lat 90. XX wieku, za rządów Billa Clintona, CIA zamierzała porwać Mugniję w Bejrucie, ale w ostatniej chwili operacja spaliła na panewce. O jej przebiegu opowiemy w tej książce, po raz pierwszy publicznie.

Mike Pompeo, ambitny ekskongresmen oraz członek Partii Herbacianej z Kansas, utrzymywał bliską relację z Donaldem Trumpem, ułatwiając w ten sposób agencji dostęp do 45. prezydenta. Ale niewolnicza lojalność Pompeo wobec Trumpa miała mu zszargać reputację, nie umiał bowiem zneutralizować dogłębnej nienawiści, jaką prezydent żywił do organów wywiadu. Następczyni Pompeo, Gina Haspel, pierwsza kobieta na fotelu dyrektora CIA, wolała trzymać się z dala od konfliktów, nie rzucać w oczy i raczej zajmować się sprawami w Langley. To właśnie ją jeden z sygnalistów CIA wpakował w sam środek skandalu związanego z Ukrainą i Trumpem, co miało doprowadzić do rozpoczęcia procedury jego impeachmentu.

Wszyscy ci dyrektorzy tak czy inaczej kształtowali historię. Kiedy prezydent staje w obliczu kryzysu, szef CIA służy mu za oczy i uszy, dostarczając danych wywiadowczych, na podstawie których podejmowane są decyzje. Ich stawka jest różna: od inicjowania niepotrzebnych wojen po zapobieżenie armagedonowi. Podczas kryzysu kubańskiego dyrektor John McCone przekonał Kennedy'ego do wstrzymania inwazji na wyspę, co niemal na pewno poskutkowałoby nuklearną katastrofą. McCone dysponował wówczas nie tylko zdjęciami lotniczymi z samolotów U-2, lecz także wykradzionymi rosyjskimi podręcznikami do obsługi pocisków - dzięki uprzejmości pewnego sowieckiego szpiega. I na odwrót: dyrektor George Tenet dostarczył George'owi W. Bushowi błędne informacje na temat broni masowego rażenia będącej w dyspozycji Husajna, inicjując tym samym napaść na Irak w 2003 roku. Konsekwencje decyzji, na które mieli wpływ szefowie CIA, można uznać za co najmniej doniosłe. "Nieścisłości w danych wywiadowczych, takie jak te dotyczące broni masowego rażenia, mogą odmienić bieg dziejów", powiedział były dyrektor CIA Bob Gates.

Książka ta opowiada o mężczyznach oraz, jak dotąd, o jednej kobiecie, którzy kierowali najpotężniejszą i najbardziej legendarną agencją wywiadowczą świata. Nie jest to historia CIA w sensie ścisłym, raczej spojrzenie na to, w jaki sposób jej dyrektorzy kształtowali wydarzenia na całym globie w ciągu ostatniego półwiecza i jak mogą wpłynąć na przyszłość. Przeprowadziłem wywiady z prawie wszystkimi żyjącymi szefami agencji, a także z wieloma ich współpracownikami, ale zawarte w tej książce opinie są oczywiście moje, nie ich.

Mam nadzieję, że kończąc lekturę, odbiorca będzie znał odpowiedzi na następujące pytania: Kto jako dyrektor CIA odniósł sukces, a kto poniósł porażkę? Jak powinna wyglądać właściwa relacja pomiędzy szefem tej instytucji a prezydentem kraju? Jaka jest misja CIA? Czy najpotężniejsza agencja wywiadowcza świata stanowi siłę działającą na rzecz dobra czy zła na naszym globie?

Pogląd, że CIA w ciągu ostatnich 50 lat partaczyła swoją robotę - nie dostrzegała realnych zagrożeń, a zdobywała fałszywe dowody na zagrożenia nieistniejące - jest bardzo powszechny. Za kulminację tej partaniny zwolennicy owej wersji uważają błąd dotyczący rzekomej irackiej broni masowego rażenia. A przecież Irak to nie jedyne fiasko agencji. CIA ma na swoim koncie długi szereg porażek wywiadowczych - od zlekceważenia rewolucji irańskiej w 1979 roku po złą interpretację rosyjskiego ataku na media społecznościowe w trakcie amerykańskich wyborów prezydenckich w roku 2016.

Lecz jest to wypaczona wersja historii; CIA odnosiła i odnosi sukcesy, jeśli chodzi o rozbijanie działań terrorystycznych i ratowanie ludzkich istnień. Często też uruchamiała dzwonki alarmowe, których politycy woleli nie słyszeć. Na przekór rozpowszechnionym sądom całe miesiące przed 11 września - choć nie podając konkretnego celu - agencja wielokrotnie ostrzegała przed zbliżającym się atakiem ze strony Al-Kaidy; to ludzie Białego Domu - administracja Busha, a nie CIA - zaniedbali swoje obowiązki. 11 września nie jest porażką wywiadu, lecz przykładem niefrasobliwości polityków. Jak zauważył dyrektor Helms: "Nie wystarczy bić na alarm, trzeba jeszcze sprawić, by odpowiedni ludzie to usłyszeli"2.

Pytanie: w jakim stopniu szefowie CIA podlegają politycznej presji? Oficjalny mit głosi, że zbierają dane, a potem interpretują je dowolnie, robią z nimi, co chcą, bez względu na to, kto akurat zajmuje Gabinet Owalny. A przecież CIA odpowiada przed prezydentem, to jemu składa raporty. Pisarz Thomas Powers zwrócił uwagę, iż wiedząc, czym zajmuje się CIA, wiemy, czego pragnie głowa państwa; a jeśli się wie, czego chce głowa państwa, wie się również, co robi CIA3.

Czy jest w tym coś złego? Nic - poza tym, że czasami prezydenci próbują wpuszczać agencję w rewiry jawnie niebezpieczne albo budzące wątpliwości: na przykład kreowanie fałszywych przesłanek do wypowiedzenia wojny, co zrobił George W. Bush przed inwazją na Irak. Niektórzy skłaniają ją do robienia potajemnie rzeczy, których nie wolno robić oficjalnie, jak Ronald Reagan, kiedy za zakładników wziętych przez Iran zapłacił bronią. Albo używają agencji dla ratowania własnej skóry, jak Richard Nixon podczas afery Watergate i Donald Trump, gdy wielokrotnie blokował śledztwo w sprawie domniemanej zmowy z Rosją. W takich wypadkach CIA wcale nie odgrywa roli rzekomego deep state, usiłującego obalić prezydenta - jest zaporą, która blokuje potencjalnie katastrofalne dla obywateli Stanów Zjednoczonych decyzje głowy państwa. Dlatego rzeczą kluczową jest nadzór parlamentarny, aby nikt nie używał agencji w sposób niewłaściwy.

Niekiedy to, czego życzą sobie prezydenci, bywa tak jaskrawo niezgodne z prawem lub zwyczajnie błędne, że dyrektor CIA musi wyznaczać im granicę. Trudno tu jednak mówić o jakiejś konsekwencji. Richard Helms odmówił wykonania nielegalnego polecenia, zgodnie z którym miał utrudniać działalność wymiarowi sprawiedliwości podczas afery Watergate - w ten sposób zachował praworządność, a zarazem ocalił CIA. Z kolei Bill Casey dopuścił się złamania prawa w aferze Iran-contras, czym niemalże zniszczył prezydenturę Reagana i samą agencję. Łatwo jest twierdzić, że dyrektor CIA powinien ignorować niezgodne z przepisami polecenia prezydentów i mówić rządzącym tylko prawdę. Ale na jakiej podstawie ma się tak zachowywać, do jakiego autorytetu odwołać? Helms odmówił Nixonowi zatuszowania afery Watergate, gotów był jednak nagiąć przepisy w sprawie inwigilacji Lyndona B. Johnsona. W jakim więc stopniu osobowość lub charakter dyrektora agencji wpływają na jej działalność?

Niniejsza książka spróbuje na te pytania odpowiedzieć. W styczniu 2020 roku skarga wniesiona przez informatora CIA doprowadziła do rozprawy senackiej, w której postawiono Donaldowi Trumpowi zarzuty o dokonanie mniej lub bardziej poważnych przestępstw. Zadaniem dyrektorki CIA Giny Haspel - oraz p.o. dyrektora Wywiadu Krajowego, jej nominalnego przełożonego - była ochrona owego informatora przed retorsjami, a zadaniem Kongresu wzmocnienie jego statusu tak, aby w przyszłości podobnych doniesień nie zamiatano pod dywan ani w Białym Domu, ani w Departamencie Sprawiedliwości.

Jak szczerzy w swych wypowiedziach powinni być dyrektorzy agencji? John Brennan publicznie zakwestionował lojalność Donalda Trumpa4, człowieka, który kiedyś porównał działania wywiadu amerykańskiego do służb "nazistowskich Niemiec"5. Wielu najwyższych rangą współpracowników Brennana, którzy uważali, że dawni pracownicy CIA nie mogą krytykować sprawującego władzę prezydenta, uznali krytykę szefa za zdecydowanie przesadną. Trudno sobie wyobrazić, by na przykład Helms nazwał działania głowy państwa "zdradzieckimi", jak uczynił to Brennan w 2018 roku po spotkaniu Trumpa z Putinem w Helsinkach. Tyle że Helms też pewnie byłby zbulwersowany jadowitymi atakami Trumpa na ludzi wywiadu, a także odmową uznania ich ustaleń za zweryfikowane - począwszy od kwestii globalnego ocieplenia po rosyjską ingerencję w przebieg wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych w roku 2016.

Publikacja ta stanowi również próbę przyjrzenia się wyzwaniom, które staną przed Ameryką i jej sojusznikami w kolejnych latach. Jakież to zagrożenia nie pozwalają dyrektorom agencji spokojnie sypiać, każą im pracować po nocach? Czy terroryzm przybierze nową postać? Czy CIA powinna poświęcać więcej czasu i środków na wykrywanie następnych pandemii i tłumienie ich w zarodku?

Zdumiewające, ale przed II wojną światową Stany Zjednoczone nie dysponowały żadnymi służbami wywiadowczymi. W interes szpiegowski zaangażowały się dwa i pół tysiąca lat po Chinach, gdzie powstała Sztuka wojenna Sun Zi. CIA, założona dopiero w 1947 roku, aby zapobiegać wydarzeniom takim jak atak na Pearl Harbor, zajmowała się głównie problemami związanymi z zimną wojną: nigdy nie zachwiała nią żadna sowiecka napaść, nigdy nie zaskoczył jej wzrost potencjału militarnego przeciwnika, który zmieniłby równowagę sił. Ale zdarzały się też chwile przełomowe, do których CIA była nieprzygotowana. Dlaczego upadek Związku Sowieckiego okazał się dla niej niespodzianką? Dlaczego przegapiła wybuch arabskiej wiosny? Czyżby agencja nie zdołała dostrzec zagrożenia, jakie niosła ze sobą rosyjska ingerencja w media społecznościowe?

Zbyt często CIA wykazywała się zdumiewającą ignorancją co do przeciwników Stanów Zjednoczonych. "My, jako kraj, po prostu nie mamy dobrego wywiadu", mówił Stuart Eizenstat, były doradca Jimmy'ego Cartera ds. polityki wewnętrznej. W roku 1979 agencja nie zauważyła narodzin nowej teologii muzułmańskiej, nie przewidziała również inspirowanej przez szyitów rewolty, która obaliła szacha Iranu, człowieka zainstalowanego tam zresztą przez USA. Upadek rządu wywołał wstrząs sejsmiczny, doprowadzając do konfliktu pomiędzy Zachodem a bojownikami islamskimi, który trwa do dzisiaj. Niewiele lepiej poszło CIA w przypadku Iraku, Syrii i Afganistanu. "Czy naprawdę rozumieliśmy Irak? - pytał Eizenstat. - Bo gdybyśmy go rozumieli, to czy pozbylibyśmy się Saddama Husajna? Mój Boże, tyle straconych istnień ludzkich, zasobów, tam i w Afganistanie!"

Już po wybuchu rewolucji irańskiej Helms, były szef agencji, zauważył: "Musimy dążyć do posiadania o wiele głębszej wiedzy o kulturze, religii i polityce tego narodu [...]. Możecie wierzyć lub nie, ale my nadal jesteśmy w istocie krajem peryferyjnym". Dziś oficerowie CIA są mniej prowincjonalni, bardziej zróżnicowani, aczkolwiek przez dziesięciolecia w ich szeregach dominowali głównie "biali mężczyźni po studiach" - jednolici, podobni do siebie, konformistyczni. "To nie tak, że nie byli elokwentni czy nie umieli się dobrze ubierać - mówił Leslie Gelb, który jako pracownik Departamentu Obrony przez wiele lat utrzymywał bliskie kontakty z oficerami CIA. - Natomiast już jakość pisanych przez nich raportów pozostawiała bardzo wiele do życzenia. Nikt by dziś nie uwierzył, jak były fatalne. Znałem mnóstwo tych facetów i osobiście nigdy bym ich nie zatrudnił".

Cała agencja byłaby bezużyteczna, gdyby nie miała dostępu do jednej osoby - prezydenta Stanów Zjednoczonych. Dyrektor zawiaduje armią analityków, flotą śmiertelnie groźnych dronów bojowych, a także paramilitarną bojówką, zdolną do eliminowania terrorystów w każdym zakątku globu. Lecz jeśli nie znajdzie posłuchu u prezydenta, całe to przedsięwzięcie okaże się na nic. "CIA ma jednego obrońcę i jednego klienta, a gdy nie ustawi sobie tej relacji w odpowiedni sposób, ma przechlapane", mówił Gates. W epoce Trumpa zadanie to stało się trudniejsze niż kiedykolwiek wcześniej.

Ale w jaki sposób dyrektorzy agencji powinni podchodzić do prezydentów nieumiejących znieść prawdy? Szczególną niechęć wobec niewygodnych dla siebie faktów wykazywał właśnie Trump. Nie był on jednak pierwszym prezydentem, który odrzucał dane dostarczane przez CIA. Podczas wojny w Wietnamie Lyndon B. Johnson żądał dowodów, że bombardowania Północy osłabiają morale nieprzyjaciela - wtedy Helms mu oznajmił, że nie przynoszą one żadnego efektu; zlecił nawet specjalne teoretyczne opracowanie, aby ustalić, po co w ogóle Stany Zjednoczone prowadzą tę wojnę. Dyrektor musi umieć przekazywać prezydentowi trudną prawdę - nawet jeśli to ostatnia rzecz, jaką ten chciałby usłyszeć. LBJ w typowy dla siebie szczery sposób podsumował swój stosunek do briefów wywiadowczych CIA: "Kiedy wychowywałem się w Teksasie, mieliśmy tam krowę imieniem Bessie. Siadałem przy niej i doiłem do wiadra świeże mleko, ale czasem byłem nieuważny, a wtedy stara Bessie potrafiła się zamachnąć ogonem i przejechać nim przez wiadro. Tak właśnie robią ci faceci z wywiadu. Człowiek ciężko pracuje, dochodzi do jakiegoś dobrego programu, a oni wsadzają mu uwalany gównem ogon w sam środek wykonanej roboty"6.

Dyrektor CIA jest ulubionym kozłem ofiarnym prezydentów. "Zwycięstwo ma tysiące ojców, klęska jest sierotą"7 - Kennedy wypowiedział to słynne zdanie po katastrofie, jaką okazała się przygotowana przez agencję inwazja na kubańską Zatokę Świń. Publicznie przyznawszy się do winy, Kennedy po cichu poddał CIA miażdżącej krytyce, grożąc, że "rozgoni ją na cztery wiatry". Ostatecznie pracę stracił dyrektor Allen Dulles, a prezydent zażądał wyeliminowania dyktatora Kuby Fidela Castro w każdy możliwy sposób, także niezgodny z prawem. Rzecz jasna agencja zdążyła się już przyzwyczaić do połajanek. Richard Nixon oskarżał "tych błaznów z Langley"8 o swoją porażkę w wyborach prezydenckich roku 1960, pewien, że to CIA dostarczyła amunicji jego przeciwnikowi, Kennedy'emu, informując go, że Eisenhower i Nixon pozwolili wyprzedzić Sowietom USA w liczbie głowic. "Żaden prezydent nigdy nie rozwiąże CIA - mówi jeden z jej byłych dyrektorów - ponieważ wtedy nie miałby na kogo zrzucać winy". Prawdę tę widać w ciągłym lamencie wznoszonym w Langley: "Politycy wyłącznie odnoszą sukcesy - a wywiad ponosi same porażki".

No i są jeszcze związane z wywiadem skandale. Dyrektorzy też miewali w nich udział - od Zatoki Świn przez spiski prowadzące do skrytobójstwa obcych przywódców po nielegalną inwigilację wewnątrz kraju, testowanie narkotyków na nieświadomych tego osobach czy obalanie zagranicznych rządów. A także, owszem, maczanie palców w wyborach: w latach 1946-2001 CIA wpompowała pieniądze i propagandowe wsparcie w 81 kampanii elekcyjnych, od Europy Zachodniej po Amerykę Południową. W latach 70. XX wieku prowadzone przez Kongres śledztwa doprowadziły do otwarcia istnej puszki Pandory, jeśli chodzi o nadużycia agencji.

A jednak CIA nigdy nie była wściekłym bykiem, który wyrwał się spod kontroli, jak twierdziły przejaskrawione nagłówki gazet - wszystkie jej tajne operacje, skandaliczne czy nie, zawsze miały na celu realizację zamierzeń prezydenta Stanów Zjednoczonych i jego dobro. A te plany, które naprawdę wykraczały poza dopuszczalne granice, wywiad starał się spowalniać i blokować. Helms musiał znosić potężny napór ze strony Bobby'ego Kennedy'ego, wręcz nękanie, ciągle słyszał o potrzebie "pozbycia się" Fidela Castro - skarżył się, że ma od tego blizny na plecach. Jak długo mógł, ignorował polecenia prokuratora generalnego, po czym opracowanie planu zabójstwa Kubańczyka przekazał podwładnym; operację ZR/RIFLE, z jej zatrutymi cygarami i eksplodującymi muszlami morskimi, uważał za absurdalną i niepraktyczną - choć jej nie odwołał.

Prezydenci często chcą od dyrektorów CIA łamania prawa. "Wszystkich ich poproszono o zrobienie czegoś, czego nie powinni robić", mówiła Cynthia Helms, wdowa po legendarnym szefie agencji. Helms niechętnie uległ żądaniu Johnsona, aby znaleźć jakiekolwiek dowody na udział komunistów w ruchu przeciwko wojnie wietnamskiej. Zatwierdził ponadto operację MHCHAOS, program inwigilacji wewnątrzkrajowej, nie tylko niezgodny z prawem, lecz także stanowiący naruszenie statutu CIA. Doszedł bowiem do wniosku, że inaczej wyleci z pracy - a tylko na stanowisku mógł trzymać całą tę cholerną sprawę pod kontrolą. Agencja nie stwierdziła obcego zaangażowania wywrotowego; ostatecznie program MHCHAOS wyszedł na jaw.

Bardziej szkodliwa od skandali z udziałem CIA jest chyba jej niezdolność do lokalizowania wrogów we własnych szeregach, czyli kretów. Każda agencja wywiadowcza staje się bezużyteczna, jeśli nie potrafi strzec przed przeciwnikiem swoich tajemnic. Tymczasem Harold Adrian Russell "Kim" Philby, oficer służb brytyjskich, ponad dziesięć lat działał jako sowiecki agent i utrzymywał w tym czasie przyjacielskie relacje z szefem pionu kontrwywiadu CIA, Jamesem Angletonem. Wskutek zdrady Philby'ego zabito dziesiątki tajnych agentów CIA w ZSRS. Angleton - przejawiający typową dla CIA skłonność do otaczania czcią ekscentrycznych intelektualistów z Ivy League - miał obsesję na punkcie tak zwanego Planu Generalnego (krytycy nazywali go prześmiewczo Spiskiem Monstrualnym). Zgodnie z jego paranoją kłamstw każdy sowiecki dezerter był wtyczką KGB, a kolegów z CIA uważano za winnych dopóty, dopóki nie udowodnili, że jest inaczej. W ten sposób zwichnięto wiele zawodowych karier.

Kilkadziesiąt lat później szpiegowi znanemu jako Aldrich Ames udało się - pomimo pewnych oznak, które powinny były wzbudzić podejrzenia, na przykład popisywania się autem marki Jaguar czy wypijania sporych ilości alkoholu - regularnie przekazywać Sowietom mnóstwo informacji o tajemnicach CIA, w tym nazwiska jej agentów, których następnie zatrzymywano i zabijano. Podczas pierwszej kadencji prezydenckiej Baracka Obamy ujawniono blisko 20 supertajnych szpiegów CIA w Chinach - większość zniknęła. Kontrwywiad - zajmujący się wykrywaniem agentów przeciwnika - to od zawsze słaba strona CIA, która czasami potrafi sparaliżować całą agencję. Biorąc pod uwagę samą liczbę osób mających dostęp do tajemnic, uniknięcie kretów jest po prostu skazane na niepowodzenie. "Mamy całkowitą pewność, że penetracja agencji trwa nieustannie, cały czas", powiedział główny historyk CIA, David Robarge.

Jednak mimo wszystkich wad tej struktury prezydenci nie potrafią się oprzeć pokusie, jaką są prowizoryczne rozwiązania podsuwane przez CIA i jej tajne operacje. "Zawsze jest tak samo, przewidywalnie do bólu - tłumaczy Bob Gates. - Na przykład Departament Stanu zaleca użycie wojska, a Departament Obrony odwołanie się do dyplomacji. Kiedy nie umieją dojść do porozumienia, wszyscy stwierdzają, że należy "umożliwić CIA przeprowadzenie tajnej operacji"". Często dochodzi wtedy do katastrofy - jak w roku 1970, kiedy w ostatniej chwili Nixon polecił agencji pozbawienie władzy lewicowego prezydenta Chile, Salvadora Allendego. Z reguły prezydenci nie mają zielonego pojęcia, co CIA może, a czego nie. Prawdopodobnie jedyną głową państwa, która się w tym orientowała, był eksdyrektor agencji, George H.W. Bush. A także zapewne Dwight Eisenhower, który co nieco wiedział o specyfice pracy wywiadu dzięki temu, że dowodził lądowaniem aliantów w Normandii.

Mityczność tajnych operacji CIA sięga korzeniami legendarnych wyczynów Williama "Dzikiego Billa" Donovana z OSS, który podczas II wojny światowej kierował szpiegów i sabotażystów do działań przeciwko nazistom. Przyszli dyrektorzy CIA: Dulles, Helms, Colby i Casey zdobywali pierwsze szlify właśnie jako oficerowie OSS. Mityczność ta trwała również w okresie powojennym, a to dzięki dwóm udanym operacjom. Inspirowany przez CIA zamach stanu z 1953 roku pozwolił utrzymać się na tronie prozachodniemu szachowi Iranu Mohammadowi Rezie Pahlawiemu i zadbać o amerykańsko-brytyjskie interesy naftowe. Rok później w Gwatemali sekretna akcja CIA - zmasowany atak propagandy i dezinformacji - pozbawiła władzy wybranego w demokratycznych wyborach lewicującego prezydenta Jacoba Árbenza Guzmána.

Podniesiony na duchu tymi niemal bezkrwawymi zwycięstwami nad komunizmem, Dwight Eisenhower zaczął wierzyć w magię tajnych operacji. Kilkadziesiąt lat później banda obszarpańców, jakimi byli afgańscy rebelianci, wyposażona przez CIA w pociski typu Stinger, upuściła krwi armii Związku Sowieckiego i poobijaną wygoniła z Afganistanu - był to największy sukces tajnej operacji we współczesnej historii.

A jednak operacje tego typu są narażone przede wszystkim na porażkę (Zatoka Świn, afera Iran-contras, wymierzona w Castro operacja Mangusta, rewolta przeciw Sukarno w Indonezji, bunt Kurdów przeciwko Saddamowi - lista ta zdaje się nie mieć końca). Helms ostrzegał następców, żeby nie dawali się zwieść złudnemu czarowi tajnych działań; uważał, że rzadko są one skuteczne i prawie zawsze niosą ze sobą nieprzewidziane skutki, które określano jako "cios wsteczny". Wiele "udanych" operacji obróciło się w końcu przeciwko Stanom Zjednoczonym - w Gwatemali, gdzie po zamachu stanu przeprowadzonym przez CIA na dziesięciolecia zapanowała krwawa dyktatura; w Afganistanie, gdzie sojusznicy Amerykanów, mudżahedini, stali się matecznikiem Al-Kaidy; a także w Iranie, w którym nienawiść do szacha wywołała w 1979 roku rewolucję islamską oraz trwający pokolenie antyzachodni terroryzm. Jakie będą fatalne skutki ostatnich tajnych operacji Trumpa przeciwko Korpusowi Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC) w Iranie, dopiero się przekonamy.

Jeśli chodzi o dyrektorów agencji, dostęp do ucha prezydenta to jedno, czymś zupełnie innym jest jednak zdobycie zaufania pracowników. Pewien były szpieg stwierdził, że społeczność Langley, hermetyczna i wściekle plemienna, potrafi pożerać ludzi z zewnątrz "jak białe krwinki, które atakują obce tkanki". "Są niczym szkockie klany czekające na króla Anglii", dodał legendarny tajny agent Cofer Black. CIA to zbiorowisko składające się ze szpiegów, z geeków, naukowców, technokratów, prawników, lingwistów, kombinatorów oraz żołnierzy bojówek paramilitarnych. Dzieli się ono na dwa główne obozy: analityków z Dyrekcji Wywiadu (DI) i oficerów z Dyrekcji Operacyjnej (DO). Ludzie ci żyją w tak odmiennych światach i posługują się tak różnymi językami, że obszary ich działalności oddzielał kiedyś - dosłownie - gruby mur. Jadali nawet w osobnych stołówkach.

Analitycy mają skłonność do intelektualizowania i są introwertykami (często niewychodzącymi na światło słoneczne). Po Langley krąży następujący dowcip: "Jaka jest różnica między analitykiem introwertycznym a ekstrawertycznym? Analityk ekstrawertyczny będzie się wgapiał w twoje buty". Opanowali oni takie arkana wiedzy, jak na przykład ciężar użytkowy pocisku jądrowego, więc oczekuje się, że rozszyfrują wszelkie plany wojenne nieprzyjaciela, będą czytać w myślach obcych przywódców, a także przewidzą przyszłość. Charles Allen, lat 83, legendarny agent CIA, w trakcie swojej 40-letniej kariery miał wiele funkcji, na przykład oficera Wywiadu Wewnętrznego (NIO) ds. Wczesnego Ostrzegania, którego obowiązkiem było wykrywanie bezpośrednich zagrożeń. Cieszący się opinią agencyjnej Kasandry Allen nadal nie może się pozbyć traumy związanej z prognozą, która się nie spełniła: nie zdołał na czas włączyć alarmu przed arabsko-izraelską wojną Jom Kippur z 1973 roku. "To ciągle pana prześladuje?", zapytałem go latem 2018 roku w waszyngtońskim biurze. "Bardzo - odpowiedział i westchnął. - Okropne. Siedzi to we mnie głęboko".

Analitycy CIA nie są doskonali i często muszą za to ponosić konsekwencje. John McLaughlin, niezwykle uprzejmy intelektualista, który dwukrotnie pełnił obowiązki dyrektora agencji, jest także utalentowanym magikiem: podczas wizyty w Moskwie oszołomił swojego rosyjskiego odpowiednika niesamowitymi sztuczkami sprawnej ręki, zmieniając banknot o wartości dziesięciu tysięcy rubli w ten o nominale stu tysięcy. Lecz gdy McLaughlin i jego koledzy analitycy sknocą sprawę i wyciągną niewłaściwe wnioski - jak w przypadku irackiej broni masowego rażenia - błędy te nie znikną jak za sprawą magii. "Analitycy zapisują sobie różne rzeczy, zagłębiają się w obliczenia, szacunki i przewidywania w kwestiach, które są bardzo nieklarowne, kontrowersyjne, a czasami nieweryfikowalne - mówił McLaughlin. - Pozostawiają po sobie słowa, których nie daje się wymazać, co dotyczy bardzo nielicznych polityków czy członków rządu. Nikt nie rozumie, dlaczego tak jest"9.

Z kolei oficerowie CIA to zupełnie odmienny typ ludzi - są towarzyscy, mają tupet, ćwiczą się w podstępach i uwodzeniu, nęcą cudzoziemców, by ci zdradzali ojczyzny. Łamanie prawa w innych krajach stanowi ich zwykły modus operandi. Członkowie tego plemienia mają w pogardzie bezpieczne życie analityków. Cofer Black ujął to tak: "Są niczym meteorolodzy w marynarce wojennej. Istnieje różnica między pilotem F-14, który startuje z lotniskowca gdzieś na północnym Atlantyku, zimą, w zacinającym śniegu, gdy okręt podskakuje, a facetem, który zarządza Klubem Oficerskim w Idaho. Duża różnica".

Morell, były p.o. dyrektora agencji, tak charakteryzował idealnego oficera operacyjnego: "Ma nadzwyczajne kompetencje interpersonalne oraz wybitną inteligencję emocjonalną. Pewność siebie graniczącą z pychą, ponieważ zwrócenie się do innej osoby, aby zaczęła szpiegować własny kraj, to jedno z najtrudniejszych życiowych wyzwań". Odnoszący sukcesy szefowie służby zdawali sobie sprawę, że do analityków i oficerów operacyjnych należy podchodzić odmiennie, troszczyć się o nich inaczej i inaczej ich karmić. "Analitycy zrobią wszystko, co się im każe - mówił były wysoki urzędnik agencji. - Jeśli dostaną polecenie zeskoczyć z urwiska, zeskoczą z urwiska. Operacyjni natomiast wykonają rozkaz tylko wtedy, gdy uwierzą, że ich kochamy - i jeśli my uwierzymy, że naprawdę są tak wspaniali, jak im się wydaje".

Działając w świecie spowitym mrokiem, dyrektorzy CIA muszą mieć precyzyjny kompas moralny, nie mogą być jednak święci. "W CIA, częściej niż w innych agencjach, człowiek staje w obliczu poważnych moralnych dylematów - twierdził Charlie Allen. - Trzeba podejmować trudne decyzje. Gra wiąże się z wysokim ryzykiem, zwłaszcza podczas realizowania tajnych operacji".

Theodore "Ted" Sorensen, eksdoradca i powiernik Johna Kennedy'ego, został w 1977 roku mianowany przez Jimmy'ego Cartera na dyrektora CIA jako kandydat pierwszego wyboru. Sorensen zrezygnował jednak z objęcia stanowiska, ponieważ wyszło na jaw, iż w czasie wojny koreańskiej świadomie uchylał się od służby wojskowej ze względu na swoje przekonania. Po tym skandalu Sorensen sprawiał wrażenie człowieka wewnętrznie niespójnego - z jednej strony zgorzkniał, z drugiej jakby mu ulżyło. "Teraz nie będziesz już musiał robić tego, czego nigdy nie chciałeś robić"10, skwitował 12-letni syn polityka.

Po latach Sorensen zdobył się na refleksję: "Czy ja, będąc prawnikiem, mógłbym zarządzać pracownikami nieustannie łamiącymi prawo innych krajów? Czy jako moralista mógłbym kierować operacjami powszechnie potępianymi za nieetyczność? Czy jako człowiek domagający się otwartości i prawdomówności umiałbym stać na czele najbardziej tajemniczej i gotowej do oszustw rządowej agendy?"11. Dla Sorensena, który żywił awersję wobec tajnych akcji, odpowiedź była przecząca. "Przecież szpiegostwo, ciche gromadzenie danych to kluczowy i niezbędny element każdej działalności wywiadowczej - mówił Jack Watson, dyrektor przejściowy za czasów Cartera, później szef jego personelu w Białym Domu. - Nie sugeruję, że należy pozbyć się wartości wyznawanych przez rodzime społeczeństwo albo ignorować kwestie etyczne. Ale jeśli ktoś chce w tym świecie funkcjonować, co chyba musi robić każdy dyrektor, to nie wolno mu zajmować stanowiska nazbyt purytańskiego".

A szefowie CIA stawali przed całym szeregiem różnych problemów etycznych. Oczywiste wykroczenia - spiski skrytobójcze, zamachy stanu przeciwko legalnie wybranym rządom, ostre techniki przesłuchań, inwigilacja wewnątrzkrajowa - dopiero współcześnie znajdują stosowne paragrafy w kodeksie karnym, a ich występowaniu przyglądają się organa Kongresu. Jednak reguły określające, co jest akceptowalne, ciągle się zmieniają, w zależności od osób dzierżących władzę oraz wiecznie żywego kalejdoskopu zagrożeń stojących przed państwem. "Dyrektorzy CIA i ich zastępcy podejmują najtrudniejsze decyzje w całej strukturze władzy - mówi McLaughlin. - Agentom pozwala się działać na samej granicy prawa. Są świadomi, że postrzeganie tego prawa może się po kolejnych wyborach zmienić. Rzeczywistość wywiadu to rzeczywistość frontowa: rozpraw odbywa się niewiele, niewiele jest precedensów".

I faktycznie, Leon Panetta przeżył wstrząs, odkrywszy, że codziennie musi podejmować decyzje mające wagę życia i śmierci. Kiedy przyszło do zatwierdzania uderzeń morderczymi dronami (ich ofiarą padło wielu niewinnych cywilów), ten żarliwy katolik pożalił się głośno: "Musisz być wierny samemu sobie - i mieć po prostu nadzieję, że w ostatecznym rozrachunku Bóg przyzna ci rację". Po zamachach z 11 września, kiedy to więźniów poddawano wzmocnionym technikom przesłuchań, dyrektor Tenet oraz jego obrońcy wyraźnie podkreślali, że to właśnie te metody zapobiegły dalszym atakom, a tym samym uratowały życie niewinnych osób. Tymczasem jeden z owych obrońców, McLaughlin, oświadczył po pewnym czasie: "Na takie twierdzenia jest jedna odpowiedź: niewolnictwo też działało, a mimo to uznano je za rzecz niewłaściwą".

Pod koniec lata 2016 roku John Brennan stanął przed dylematem: jak powinien postąpić wobec bezpośredniego zagrożenia dla amerykańskiej demokracji ze strony Rosji?

W miesiącach poprzedzających wybory opcje reagowania nie jawiły się zbyt atrakcyjnie. Czy Stany Zjednoczone powinny odpowiedzieć kontruderzeniem na Moskwę, wkurzyć ją i namieszać ofensywą cybernetyczną, która rzuciłaby tamtejszą gospodarkę na kolana? Lecz przecież wiązałoby się to z ryzykiem odwetu i wymknięcia się sytuacji spod kontroli. Czy w takim razie władze amerykańskie nie powinny ujawnić wrażliwych informacji na temat Putina i jego oligarchów? To jednak oznaczałoby zniżenie się do ich poziomu. Działania Rosji niosły ze sobą niebezpieczeństwo "znacznie większe i bardziej skomplikowane niż terroryzm czy broń masowego rażenia - mówił Brennan - ponieważ kumulowały się we wszechobecnej domenie cyfrowej".

Rodziła się też kolejna, równie delikatna kwestia: w jaki sposób zareagować na Donalda Trumpa. Jako dyrektor CIA Brennan zajmował niemal obsesyjnie apolityczne stanowisko, był uczciwym namiestnikiem Obamy, człowiekiem bezstronnym, służbistą. Ale pod tą beznamiętną maską krył się czuły moralista - "irlandzki gliniarz z Queens", jak nazwał go strateg polityczny David Axelrod. Ilekroć Trump powiedział coś nierozważnego (na przykład: "Przywróciłbym stosowanie podtapiania [...], a nawet o wiele gorszych tortur"12), budził się tkwiący w Brennanie Irlandczyk, który uważał nominata Republikanów za cwaniaka i oszusta. "W tym właśnie przejawiały się jego gniew i frustracja - wspominał pewien przyjaciel Brennana. - John po prostu nie umiał pojąć, że prezydentowi Stanów Zjednoczonych brakuje moralnego kompasu i poczucia etyki".

Lecz nawet abstrahując od osobistych wrażeń, Brennan był przekonany, że Trump stanowi zagrożenie dla interesów amerykańskich. Kandydata Partii Republikańskiej miał za "pożytecznego idiotę", który nieświadomie służy celom Moskwy. Bo jak inaczej wyjaśnić nagłą zmianę polityki tego ugrupowania, które zaczęło się opowiadać za rozbrojeniem Ukrainy? I co z gorącym podziwem Trumpa dla rosyjskiego przywódcy, a także z pogardą do NATO i sojuszników Ameryki?

Mieszanie się Putina w sprawy wewnętrzne kraju za pośrednictwem Trumpa wymagało pilnych działań władzy publicznej. Jednakże Obama, zawsze bardzo ostrożny, nie miał ochoty zabierać głosu; w roku 2016 atmosfera sporów partyjnych była tak napięta, że jakiekolwiek oświadczenie ze strony prezydenta mogłoby wywołać burzę, podsycając cyniczną narrację Trumpa, zgodnie z którą wybory będą sfałszowane. W grę wchodził też inny czynnik mający wpływ na Brennana i Obamę: nikt nie brał pod uwagę, że kandydat republikanów ma realne szanse na zwycięstwo.

Gdy termin elekcji się zbliżał, Obama powstrzymywał się z publiczną krytyką oponentów, ale po cichu on i jego doradcy starali się ostrzegać liderów Partii Republikańskiej w Kongresie przed rosyjską ingerencją w wybory. Ponieśli w tej kwestii porażkę, co więcej, doszło do brzydkich, zakulisowych przepychanek politycznych. "To był najtrudniejszy moment w całej mojej kadencji - mówił jeden z doradców. - Odnosiłem wrażenie, że się dławimy".

Gdy 20 stycznia 2017 roku Donald J. Trump złożył przysięgę jako prezydent Stanów Zjednoczonych, Johna Brennana ogarnął jeszcze większy gniew. Nie był jedynym, u którego rozbrzmiały dzwonki alarmowe. Kilka miesięcy po wyborach pewien emerytowany agent, mający kilkadziesiąt lat doświadczenia w pracy w Wydziale Bliskowschodnim, złożył wizytę Ginie Haspel w centrali CIA. Haspel przeszła wszystkie szczeble kariery w Dyrekcji Operacyjnej, a w owym czasie pełniła funkcję zastępczyni dyrektora CIA, Mike'a Pompeo.

Szpieg weteran, sącząc kawę pod gabinetem Haspel, zastanawiał się, jak przedstawić problem, z którym przychodził: a jeśli już za jej kadencji CIA ustaliła, że Trump dopuścił się przestępstwa?

Wreszcie kazano mu wejść do biura Haspel. Po wymianie uprzejmości powitalnych gospodyni poprosiła gościa, by przeszedł do rzeczy. "Pomyśl dobrze, Gino - powiedział mężczyzna. - Masz do czynienia z tym rosyjskim zamieszaniem i nagle może się zdarzyć, że dostaniesz informacje ze źródła, którym normalnie podzieliłabyś się z prezydentem. Tylko że to byłoby niezgodne z prawem, ponieważ chodziłoby o dane wywiadowcze policji. - Podkreślił to słowo dla pewności, że Haspel go dobrze zrozumie. - Takie informacje muszą powędrować gdzie indziej. Nie do Białego Domu".

Haspel słuchała w skupieniu. Nagle drzwi się otworzyły i do środka wszedł dyrektor Pompeo. Szpieg weteran wstał, przedstawił się, a potem szybko się pożegnał i zniknął.

We wrześniu 2019 roku główna radczyni prawna CIA, Courtney Elwood, otrzymała pilną wiadomość: pewien oficer zdobył ważne informacje od kolegi, sygnalisty, który chciał pozostać anonimowy. Dotyczyły one między innymi niepokojącej rozmowy, którą Trump odbył z prezydentem Ukrainy, i niemal pokrywały się z tymi, które wspomniany weteran, szpieg CIA, próbował przekazać Ginie Haspel. Niedługo potem Donald Trump oskarżył sygnalistę o zdradę stanu.

Nie po raz pierwszy prezydent kraju wypowiadał CIA otwartą wojnę. W roku 1972 Richard Nixon, przekonany, iż agencja nasyłała na niego swoich ludzi, usiłował ją zaszantażować w nadziei na obstrukcję śledztwa dotyczącego afery Watergate. Nie spodziewał się tylko, że będzie mieć do czynienia z samym dyrektorem Richardem Helmsem.

1 A. Parker, D. Sanger, Donald Trump Calls on Russia to Find Hillary Clinton's Missing Emails, "New York Times" 27 lipca 2016.

2 T. Weiner, Legacy of Ashes: The History of the CIA, Anchor, New York 2007, s. 479.

3 T. Powers, mail do autora, 21 czerwca 2019.

4 E. Goodin, Ex-CIA chief John Brennan calls Trump "nothing short of treasonous" after fawning press conference with Putin and says performance goes beyond "high crimes and misdemeanors", "Daily Mail" 16 lipca 2018.

5 D. Trump, post na Twitterze, 11 stycznia 2017, 7.48 czasu wschodniego.

6 R. Gates, From the Shadows: The Ultimate Insider's Story of Five Presidents and How They Won the Cold War, Simon & Schuster, New York 1994, s. 566.

7 A.M. Schlesinger junior, A Thousand Days: John F. Kennedy in the White Mouse, Houghton Mifflin, Boston 1965, s. 289.

8 J. Heer, Trump's War on the Intelligence Is All About Ego, "New Republic" 4 stycznia 2017.

9 J. McLaughlin, mail do autora, 5 kwietnia 2018.

10 T. Sorensen, Counselor: A Life at the Edge of History, HarperCollins, New York 2008, s. 499.

11 Tamże, s. 486.

12 Trump Says He'd Bring Back Waterboarding and "a Hell of a Lot Worse" to Torture Terrorists, "Express" 7 lutego 2016, www.express.co.uk/news/world/641795/Donald-Trump.