Od kilku dni lało, śnieg wymieszany z deszczem, termometry wskazywały cztery stopnie, ale przez wiatr i wilgoć odczuwalne zimno było dużo większe. Kobieta naciągnęła czapkę głęboko na uszy i westchnęła. To nie tak, że nie lubiła swojej pracy. Nawet więcej: uwielbiała to, co robi, czym się zajmuje, i wiedziała, że jest w tym świetna, a przynajmniej to właśnie powtarzała sobie przed lustrem dzisiaj rano. Było tylko jedno małe "ale" - jej szef, chociaż nie można było powiedzieć, że sam był mały. Marek Krajewski miał dobry metr dziewięćdziesiąt wzrostu, wysportowaną sylwetkę i wydawał się absolutnie wycofany. Przynajmniej tak słyszała, bo sama widziała go dotąd jakieś pięć razy i każdy z tych razy wywarł na niej inne wrażenie. Pierwszy ją zmroził, gdy weszła na rozmowę o pracę, zobaczyła mężczyznę, który tak bardzo wbijał się w jej kanon piękna, że wewnętrznie zadrżała i niemal straciła głos. Kolejny raz, gdy oprowadzał ją po swoim biurze architektonicznym, wydał się jej absolutnie zimny, zdystansowany i arogancki, dodatkowo trzymał dystans i na start zaznaczył, że w firmie nie obowiązują zachodnie mody na mówienie sobie po imieniu. Następne spotkanie było ciężkie, ona była wykończona po nieprzespanej nocy - zresztą na własne życzenie, on wybrał ten dzień, aby dowiedzieć się, jak jej się pracuje, nad czym konkretnie w tej chwili siedzi i jakie ma w związku z tym plany. Wiedziała, że wyszła na niekompetentną idiotkę, co tylko sprawiło, że gdy stanął w drzwiach jej biura trzy dni temu z informacją, że chciałby mieć gotowy projekt na piątek, zmroziło ją. Zresztą wydawało się, że ma to w oczach: mróz. Były błękitne, zimnobłękitne. Poczuła wtedy, jak przez ciało przechodzi jej dreszcz, poczuła strach, a co za tym szło - poczuła też podniecenie. Te dwa uczucia zawsze się u niej mieszały. To była jej tajemnica, mroczna i sprawiająca, że czuła skrępowanie. Strach, poniżenie czy ból- czy można z nich czerpać przyjemność? Wielokrotnie wyobrażała sobie siebie na klęczkach, ze związanymi nadgarstkami i mężczyznę, który uderza w jej nagie ciało, a potem popycha na podłogę, łapie za włosy i pieprzy tak, jakby była jego suką. Za każdym razem jej ciało rozpływało się w tej wizji, ona dochodziła z krzykiem, a potem... potem prowokowała go znów i znów. Chciała go drażnić, chciała, aby na twarzy pojawiały mu się emocje, i chciała, aby też krzyczał, aby krzyczał z ekstazy przez nią. Tamtego dnia, gdy tak na nią spojrzał, zadrżała, a w nocy, cóż, był gościem jej fantazji, co sprawiło, że w dzień starała się go unikać, przekonana, że gdyby tylko na nią spojrzał - wiedziałby.
Marek Krajewski. Przystojny skurwiel. Tak o nim mówiły dziewczyny w biurze, chłopaki nazywali go trochę ostrzej.
"Najgorsze - myślała Jagna, jadąc w taksówce - jest to, że nie można się przyczepić do niczego, jeżeli chodzi o jego sposób zarządzania". Był uprzejmy w chłodny, zawodowy sposób. Był sprawiedliwy aż do bólu. Był też wymagający, potrafił odesłać projekt do poprawki dziesiątki razy, zanim uznał, że się nadaje lub że osoba, która go pisze, się nie nadaje. Firma płaciła dużo, były premie, były prowizje, ale były też zwolnienia. Teraz zaciskała dłonie na torbie od laptopa i zastanawiała się, czy wyjdzie obronną ręką ze spotkania. Pracowała od pół roku, jej umowa zależała bezpośrednio od tego, co stworzyła. Nie miała złudzeń: jeżeli jej projekt nie spodoba się szefowi, to będą ostatnie dwa tygodnie jej pracy.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.