I
POTĘPIEŃCY
Rewolucja bywa niecierpliwa i wspaniałomyślna. Wiele jest spraw, od
których pragnie odciąć się czym prędzej. Na przykład od pojęcia katorgi, czyli ciężkich robót. A jest to słowo dobrze wyważone, nie żaden
tam niedopieczony DOPR czy nieporęczny, śliski ITŁ. Wyraz "katorga"
spada z podium sędziowskiego jak ostrze nie całkiem dotartej gilotyny i już na sali sądowej łamie grzbiet skazańcowi, zdolne jest przetrącić
wszelką nadzieję. Słowo "katorżnik" takie jest straszne, że inni
aresztanci, nienależący do tej kategorii, myślą sobie: No, to już na
pewno jakiś łotr i oprawca! (Ludzie mają ten dar zbawienny i tchórzowski; zawsze potrafią wmówić sobie, że nie są jeszcze ostatnimi z ostatnich i że ich sytuacja nie jest jeszcze najgorsza z możliwych.
Katorżnicy mają na odzieży numery rozpoznawcze! - no, no, to już widać
najgorsi zbóje! Nas przecież nikt tak nie ponumeruje!... Poczekajcie, was
też ostemplują!)
Stalin bardzo lubił stare terminy, nigdy nie zapominał,
że mogą one przez całe stulecia być podporą organizmów państwowych. Nie
szukając żadnych proletariackich uzasadnień, znów pozaszczepiał odrąbane
kiedyś na łapu-capu słowa: "oficer", "dyrektor", "naczelny". I 26 lat po
zniesieniu katorgi przez rewolucję lutową Stalin znów katorgę
wprowadził. Stało się to w kwietniu 1943 roku, gdy Stalin poczuł, że
jego wóz przestał
się staczać i znowu jedzie pod górę. Pierwszymi cywilnymi efektami
wiktorii stalingradzkiej były: Dekret o militaryzacji kolejnictwa (babom
i wyrostkom groziły odtąd sądy wojenne) i po upływie dwóch dni zaledwie
(17 kwietnia) - Dekret o wprowadzeniu katorgi i kary śmierci przez
powieszenie. (Szubienica to też bardzo zacny, stary wynalazek, to nie
jakieś tam kropnięcie z pistoletu; szubienica przedłuża umieranie i daje
możność pokazania każdego jego szczegółu całym tłumom). Wszystkie
następne wiktorie powodowały masowy dopływ nowych uzupełnień na katorgę
i na szafoty - najpierw z Kubania i znad Donu, później z Ukrainy
lewobrzeżnej, z Zadnieprza, spod Kurska, Orła, Smoleńska. Trop w trop
za armią sunęły trybunały; jednych wieszano na miejscu publicznie,
innych zaś z miejsca wysyłano do świeżo pozakładanych katorżniczych
podobozów.
Pierwszy z tych obozów, jak się zdaje, otwarto w Workucie, przy kopalni
nr 17 (zaraz potem zainaugurowano następne w Norylsku i w Dżezkazganie).
Celu nikt właściwie nie ukrywał: chodziło o jak najszybsze zgładzenie
przysłanych skazańców. Były to obozy zagłady bez żadnych osłonek, ale -
zgodnie z tradycją GUŁagu - zagłada miała być powolna, tak aby skazani
pomęczyli się należycie i żeby przed śmiercią solidnie się napracowali.
Wsadzono ich do namiotów, 7 metrów na 20, wedle wymiarów przyjętych na
Północy. Oszalowane dranicami, pod które sypało się warstwę opiłek,
namioty te stawały się jakby lekkimi barakami. Na jeden taki namiot
przypadało według normy 80 ludzi - jeśli spali na "wagonetkach"; 100 -
jeśli na biegnących przez całą długość baraku narach. Katorżników zaś
pakowano po 200.
Ale to nie było żadne zagęszczenie, tylko racjonalne wykorzystanie
przestrzeni mieszkalnej! Katorżnicy pracować mieli na dwie zmiany, po 12
godzin bez przerw i świąt, dlatego zawsze jedna setka ludzi pracowała,
druga zaś siedziała w baraku.
Przy robocie otaczał ich kordon konwojentów i psów policyjnych. Bił
ich każdy, kto tylko mógł, automatami zachęcano do pracy. W drodze
powrotnej do zony kto tylko miał ochotę, mógł przejechać wzdłuż ich
szeregu serią z automatu i nikt nie musiał się potem wyliczać, ilu
zginęło. Kolumnę katorżników łatwo było już z daleka odróżnić od
zwykłej, więźniarskiej - bo z takim trudem, z taką rezygnacją ludzie się
wlekli.
Dwanaście godzin roboczych wyliczano im pełną miarką. (Przy ręcznym
wydobywaniu łupków bitumicznych, pod ciosami norylskiej, polarnej
zawiei, nie pozwalano im w ciągu tej pół doby na choćby 10 minut
pogrzania się przy ogniu). Dwunastogodzinny wypoczynek organizowano im
zaś w sposób możliwie najbardziej bezmyślny. Urywano z tych dwunastu
godzin czas potrzebny na przemarsze z jednej zony do drugiej, na
ustawianie w szeregu, rewizje. W zonie mieszkalnej wprowadzano ich od
razu do nigdy niewietrzonego namiotu - czyli baraku bez okien - i od
razu brano pod klucz. Zimą oddychało się tam samym kwaśnym, wilgotnym
smrodem; ktoś do tego nieprzyzwyczajony nawet dwóch minut nie mógłby
wytrzymać. Zona mieszkalna była dla katorżników bardziej uciążliwa niż
robocza. Ani ustępu, ani stołówki, ani przychodni lekarskiej: musieli
zadowalać się tylko kiblem i klapą w drzwiach, przez którą dawano im
żarcie. Stalinowska katorga lat 1943-1944 była więc połączeniem tego, co
najgorsze w obozie, z tym, co najgorsze w więzieniu1.
Kosztem 12 godzin wypoczynku odbywał się także poranny i wieczorny apel katorżników. Jednak nie zwykły apel, jak to w obozie,
gdzie rachowano tylko pogłowie zeków, lecz dokładne wywoływanie po
nazwisku, przy którym każdy skazaniec dwa razy dziennie musiał bez
zająknienia wykrzyknąć swój numer, uprzykrzone swoje nazwisko, imię,
imię ojca, rok i miesiąc urodzenia, artykuły, na podstawie których
dostał wyrok, instancję sądową i datę zakończenia kary; pozostałych 99 z jego setki musiało z udręką wysłuchiwać tego dwa razy na dobę.
W ciągu tych 12 godzin wydawano też dwa razy jedzenie: przez klapę w drzwiach każdy dostawał miskę i tą samą drogą ją zwracał. Nikt z galerników nie miał prawa do pracy w kuchni, nikt też z nich nie
roznosił
blaszanek z żarciem. Cała obsługa składała się z knajaków, im
bezczelniej i bezlitośniej okradali oni przeklętych katorżników, tym
lepiej im samym się powodziło i tym milej byli widziani przez gospodarzy
obozu. Także tutaj - i jak zawsze, kosztem Pięćdziesiątki Ósemki -
zbiegały się interesy NKWD i knajaków.
Ale jako że sprawozdawczość nie powinna była zachować dla historii
choćby śladu faktu, iż katorżników morzono głodem, oficjalnie należały
się więźniom jakieś żałosne (a jeszcze po trzykroć rozkradane) "dodatki
górnicze" i "premie żywnościowe". Również te ochłapy po długiej mitrędze
wydawano przez klapę w drzwiach, z wywoływaniem po nazwisku i zamianą
misek na talony. A kiedy można było wreszcie zwalić się na dechy i zasnąć, znów opadała klapa i zaczynało się wywoływanie nazwisk - tym
razem chodziło o wydawanie talonów na następny dzień (zwykły zek nie
miał z talonami kłopotów, pobierał je i przekazywał do kuchni
brygadzista).
W ten sposób z 12 godzin wypoczynku w celi zostawały człowiekowi z górą
4 godziny na sen.
Oczywiście katorżnicy nie dostawali żadnych pieniędzy, nie mieli
prawa do paczek ani korespondencji (w ich ogłuszonych, otępiałych łbach
powinno było wygasnąć każde wspomnienie dawnej wolności; cały ich świat
miał zostać zredukowany do nieprzeniknionej nocy polarnej, roboty i baraku).
Wszystko to sprawiało, że nasi galernicy nader szybko się załamywali i wymierali.
Pierwszy workucki alfabet (28 liter, z każdą związana była
numeracja od jednego do tysiąca), czyli całe 28 000 pierwszych
workuckich katorżników gryzło piach już po pierwszym roku pobytu.
Dziwne że już nie po pierwszym miesiącu.2
W Norylsku wjeżdżały na teren obozu pociągi towarowe z rudą dla 25. huty
kobaltowej; katorżnicy rzucali się pod koła, aby prędzej skończyć swoje
męki. Dwa tuziny więźniów z desperacji uciekły w głąb tundry.
Wyśledzono ich z samolotów, wystrzelano do nogi, a trupy wyłożono przy
wejściu do zony mieszkalnej.
Przy workuckiej kopalni nr 2 istniał kobiecy podobóz katorżniczy.
Kobiety miały numery wybite na grzbietach kurtek i na chustkach, którymi
obwiązywały głowy. Pracowały przy wszystkich rodzajach robót pod ziemią
i nawet... przekraczały normę!3
Ale już słyszę gniewne krzyki moich współobywateli, moich współczesnych:
Dosyć tego! O kim właściwie tu gadasz, kogo śmiesz bronić?
Tak jest! Wpakowano ich tam po to, by prędzej sczeźli - i bardzo
słusznie!
Przecież tu chodzi o zdrajców, policjantów, niemieckich burmistrzów!
Dobrze im tak! Może ci ich żal? (W takich wypadkach, jak wiadomo, krytyka przestaje być sprawą literatury i staje się przedmiotem troski organów). A te baby to przecież niemieckie dziwki! - słyszę kobiece głosy. Może mi się tylko zdaje? Nie, to nasze
kobiety tak mówią o swoich rodaczkach, nazywają je dziwkami...
Najłatwiej by mi teraz było, dzisiejszym obyczajem, dać im odpowiedź,
zwalając po drodze winę na kult. Mógłbym powołać się na kilka
wyjątkowych przypadków niesprawiedliwości (na przykład opowiedzieć
o skazaniu na katorgę trzech komsomołek-ochotniczek, pilotujących lekkie
bombowce, którym zabrakło odwagi, by zrzucić bomby na wyznaczony cel,
więc zbombardowały puste pole, wróciły szczęśliwie do bazy i zameldowały
wykonanie rozkazu. Ale jedna z nich nie mogła sobie później dać rady z wyrzutami komsomolskiego sumienia, więc opowiedziała wszystko koleżance,
sekretarce komsomołu swojej eskadry; ta poleciała, rzecz jasna, do
specwydziału i cała trójka dziewcząt dostała po 20 lat katorgi). Toż
mógłbym zawołać: Widzicie, jacy to uczciwi sowieccy ludzie padali ofiarą
stalinowskiej samowoli! Dalej mógłbym już spokojnie pomstować nie
ogólnie na samowolę, lecz jedynie na fatalne pomyłki, popełniane niegdyś
wobec komsomolców i komunistów, obecnie zaś już szczęśliwie naprawione.
Sądzę wszelako, że nie godzi się poruszać tej kwestii inaczej, jak
sięgając aż do dna.
Najpierw więc pomówmy o kobietach; jak wiadomo, są one u nas nareszcie
wyzwolone. Co prawda nie od podwójnego ciężaru pracy - domowej i zawodowej - ale od małżeństwa cerkiewnego, od pogardy, jaką otaczała je
społeczność, i od wyzysku ze strony rozmaitych Kabanich.1
Ale czyśmy nie ściągnęli czasem na ich głowy gorszego przekleństwa,
jeśli twierdzimy, iż swobodne dysponowanie własnym ciałem i osobą jest
postępkiem antypatriotycznym i przestępstwem? Czy literatura całego
świata (przed erą stalinowską) nie opiewała triumfów miłości,
przezwyciężającej podziały narodowe i zakazy stawiane przez generałów i dyplomatów? Ale myśmy nawet tutaj zastosowali stalinowską zasadę: Nie
ważcie się iść do łóżka bez zezwolenia Rady Najwyższej ZSRR. Twoje ciało
jest przede wszystkim dobrem państwowym.
I w ogóle ileż to lat miały te kobiety, gdy zetknęły się po raz pierwszy
z wrogiem nie na polu bitwy, lecz w łóżku? Zapewne nie więcej niż 30, a najczęściej nie więcej niż 25. To znaczy, że od pierwszych chwil
dzieciństwa, od najmłodszych lat wychowywane były w sowieckim duchu, w sowieckich szkołach, bo już p o Październiku! Więc taką to wzgardą
darzymy własne dzieło? Część tych dziewcząt dobrze zapamiętała, jak to
przez 15 lat powtarzaliśmy gromko, że nie ma żadnych ojczyzn, że
ojczyzna to pojęcie reakcyjne, zwykły wymysł. Innym znów uprzykrzyła się
purytańska czczość naszych zebrań, wieców, manifestacji, naszych
filmów bez pocałunków i naszych tańców bez obejmowania się. Innym zaś
imponowały grzeczność, szarmanckie maniery, wszystkie zewnętrzne
atrybuty męskiego szyku i sztuki zalotów, której nikt nie uczył młodych
budowniczych naszych pięciolatek ani elewów akademii wojskowych.
Jeszcze inne były po prostu głodne, tak jest, najzwyczajniej głodne, nie
miały co do gęby włożyć. Inne wreszcie nie znalazły innego sposobu, aby
ocalić życie własne lub swoich bliskich, aby nie rozstać się z nimi.
W miasteczku Starodub, w pobliżu Briańska, dokąd wkroczyliśmy tuż za
wycofującymi się oddziałami przeciwnika, stacjonowała dłuższy czas - jak
mi opowiadano - węgierska załoga dla ochrony miasta przed partyzantami.
Po jakimś czasie przyszedł rozkaz dyslokacji garnizonu i dziesiątki
miejscowych kobiet, za nic mając sobie wstyd, przyszły na dworzec,
żegnając się z okupantami. Więcej łez wylały (jak dodał ironicznie
pewien szewc) niż wtedy, "kiedy własnych mężów odprowadzały na wojnę".
Sąd wojskowy zjechał do Starodubu już po kilku dniach. Z pewnością nie
wyrzucił donosów do kosza. I na pewno niejedną ze starodubskich płaczek
posłał do workuckiej kopalni nr 2.
Ale kto tu winien? Kto? Czy te kobiety? Czy może my wszyscy, ich rodacy,
ich rówieśnicy? Kim byliśmy, że nasze kobiety tak łatwo zapominały o nas
i przylgnęły do okupantów? Czy to nie jedna z tych niezliczonych grzywn,
jakie wciąż płacimy i długo jeszcze płacić będziemy za wybór drogi,
którą tak pośpiesznie sobie wytyczyliśmy, którą tak bezładnie biegniemy,
nie troszcząc się o straty i nie patrząc wcale przed siebie?
Nie wykluczam, że wszystkie te kobiety i dziewczęta należało napiętnować
moralnie (ale też należało najpierw wysłuchać ich racji), może trzeba
było je wyśmiać, wyszydzić - ale posyłać na katorgę?! Do polarnych
mordowni?!
- Ależ to Stalin je posłał! Beria!
O nie, przepraszam bardzo! Ci, którzy je tam posłali, trzymali pod
kluczem i dobijali, zasiadają teraz w kółkach rencistów i to oni wydają
nam świadectwa moralności. A my sami? Słyszymy, że chodzi o "niemieckie
kurwy", i kiwamy głowami ze zrozumieniem. To, że dziś jeszcze te kobiety
uważane są za zbrodniarki, jest zjawiskiem bardziej dla nas złowróżbnym
niż sam fakt ich ówczesnej odsiadki na katordze.
- Zgoda, ale przynajmniej mężczyźni skazani zostali słusznie?! Przecież
to zdrajcy ojczyzny i własnego społeczeństwa!
Tu również mógłbym wykręcić się sianem. Mógłbym napomknąć (i byłaby to
święta prawda), że ważniejsi przestępcy nie siedzieli, rzecz jasna,
na tyłku, czekając spokojnie, aż przyjadą nasze trybunały z szubienicami.
Wyrywali na Zachód, jak kto potrafił, i wielu zdołało uciec. Nasze
organy ścigania zaś wykonywały ułożony z góry plan kosztem drobnicy (tu
sąsiedzkie donosy okazały się nader pomocne): u tego tam Niemcy stali na
kwaterze - za co go tak polubili? A ten znów siano woził Niemcom swoimi
saniami - toć to oczywista kolaboracja z wrogiem.4
Można byłoby więc w ten sposób zbagatelizować całą sprawę, znów zwalić
wszystko na kult: zdarzały się wypaczenia, teraz je naprawiono.
Normalka.
Ale skorośmy już zaczęli, idźmy dalej.
A nauczyciele? Ci nauczyciele, których nasza armia w czasie panicznego
odwrotu zostawiła na pastwę losu, razem z ich szkołami i uczniami,
jednych na rok, innych na dwa, trzy lata. Zgoda, intendenci byli głupi,
generałowie poniżej poziomu, ale co miał robić taki nauczyciel - uczyć
dzieci czy nie?
A co miały robić dzieci - nie piętnastolatki, które mogły już iść do
pracy albo do partyzantów - tylko małe dzieciaki? Miały się uczyć czy
żyć po baraniemu przez parę lat dla odkupienia grzechów i omyłek wodza
naczelnego? Nie dał tatko czapki, to niech ci uszy zmarzną, co...?
Nie wiedzieć czemu, nikt nie miał takich problemów ani w Danii, ani w Norwegii, ani w Belgii, ani we Francji. Nikt tam nie uważał, że naród -
z taką łatwością zdany na łaskę i niełaskę Niemców przez własną
bezmyślną władzę (albo z winy okoliczności, którym nie sposób było
stawić czoło) - powinien był całkowicie wyrzec się swoich życiowych
funkcji. Działały tam i szkoły, i koleje, i organy samorządu lokalnego.
Ale był kraj (oczywiście, mogło to się zdarzyć tylko u nas!), gdzie
pojęcia w głowach ludzkich odwrócone zostały o 180 stopni. Dlatego to u nas nauczyciele dostawali od partyzantów karteluszki takiej treści: "Ani
się ważcie uczyć dzieci! Zapłacicie za to drogo!" W kolejnictwie
pracować też było niesporo: toć to kolaboracja. A już praca w organach
administracji lokalnej była uważana za zdradę niesłychaną, monstrualną.
Wszyscy wiedzą, że dziecko raz odzwyczajone od nauki może już nigdy do
niej nie wrócić. Skoro więc Największy Strateg Wszystkich Czasów i Ludów
dał się wystrychnąć na dudka, to czy trawa ma dalej rosnąć, czy raczej
niech sobie schnie? A dzieci niech się dalej uczą czy może nie?
Nie ma dyskusji, trzeba za to jakąś cenę zapłacić. Trzeba wynieść ze
szkoły portrety pana z wąsami i być może powiesić wizerunki faceta z wąsikiem. Choinkę trzeba będzie ubierać nie na Nowy Rok, tylko na Boże
Narodzenie i pan dyrektor będzie musiał tego dnia (i jeszcze z okazji
jakiejś niemieckiej rocznicy, a nie jak dotąd październikowej) palnąć
mówkę ku chwale nowego, wspaniałego życia, które w istocie jest bardzo
nędzne. Ale przecież dawniej też wygłaszało się mowy ku większej chwale
wspaniałego nowego życia, które też było nędzne.
Właściwie to przedtem trzeba było gwałcić własne sumienie i łgać
przed dziećmi chyba znacznie częściej, ponieważ łgarstwo miało dość
czasu, aby się uleżeć i przesycić wszystkie programy szkolne, dzięki
mrówczej pracy speców od metodyki oraz inspektorów szkolnych. W trakcie
każdej lekcji, bez względu na sens i potrzebę, niezależnie od tego, czy
mowa była o budowie bezkręgowców czy o zdaniach złożonych, należało
koniecznie kopnąć Pana Boga (nawet jeśli było się samemu człowiekiem
wierzącym); nie wolno było pominąć żadnej okazji do wygłoszenia peanu na
cześć naszej nieograniczonej wolności (nawet jeśli człowiek nie spał
poprzedniej nocy w oczekiwaniu na wiadome pukanie do drzwi); czytając na
głos Turgieniewa albo pokazując linijką bieg Dniepru, trzeba było
koniecznie skląć od ostatnich dawną naszą nędzę i wynieść pod niebiosa
teraźniejszy nasz dostatek (nawet jeśli i ty, człowieku, i twoi
uczniowie pamiętaliście, jak to przed drugą wojną światową wymierały u nas z głodu całe wsie, a na kartki wydawano miejskim dzieciom po 300
gramów chleba dziennie).
I wszystko to nie było uważane za zbrodnię i grzech ani przeciw
prawdzie, ani przeciw duszy dziecka, ani przeciw Duchowi Świętemu.
Teraz zaś, pod tymczasową i nieokrzepłą jeszcze władzą okupantów, łgać
trzeba było stosunkowo mniej - tyle że w odwrotnym kierunku, w odwrotnym
kierunku! - w tym sęk! I właśnie dlatego zew ojczyzny oraz ołówek
podziemnego rajkomu partii zabraniały nauczania języka ojczystego,
geografii, arytmetyki i przyrody. Za to należało się przecież 20 lat
katorgi!
Kiwajcie, kiwajcie głowami, rodacy! Oto prowadzą ich pod strażą psów
gończych do baraku z kiblem. Rzuć no w nich który kamieniem!
Toć uczyli nasze dzieci.
Ale nie, nasi rodacy (zwłaszcza owi renciści z uprzywilejowanych
resortów; czoła tycie, a emeryturka leci od 45 roczku życia) wymachują
mi już przed nosem zaciśniętymi pięściami: kogóż to właściwie biorę
tu w obronę? Niemieckich burmistrzów, wójtów, policjantów, tłumaczy?
Tych łajdaków, te szumowiny?
No cóż, sięgnijmy więc głębiej. Wyrąbaliśmy całe lasy, traktując ludzi
jak drzazgi, co lecą. Tak czy owak, sam bieg czasu zmusi nas kiedyś,
abyśmy pomyśleli o przyczynach tego procesu.
Zagrzmiały trąby, rozległa się pieśń Niech gniew szaleje święty
nasz...2
i cóż dziwnego, niejednemu od tych słów włos się zjeżył? Nasz wrodzony,
a tak długo zakazywany, wyśmiewany, rozstrzeliwany i wyklinany
patriotyzm nagle okazał się dozwolony, popierany, a nawet uznany za święty.
Jakże mogliśmy my, Rosjanie, nie podnieść się na duchu w takiej chwili,
nie zjednoczyć w porywie wdzięczności naszych tętniących serc i z całą
naszą rozrzutną wspaniałomyślnością (dobra, niech tam!) nie wybaczyć
wszystkiego naszym domorosłym oprawcom w godzinie najazdu oprawców
obcego chowu? Aby później - tłumiąc mętne wątpliwości tlące się w głębi
naszych dusz, tak skłonnych do niewczesnej szczodrobliwości -
z tym większą zaciekłością i jednomyślnością wyklinać zdrajców,
tych nędznych gadów, o tyle gorszych od nas, bo nieumiejących zapomnieć
wyrządzonego niegdyś nam wszystkim zła?
Jedenaście stuleci liczy sobie Ruś, wielu miała wrogów i wiele wojen
prowadziła, a iluż to zdrajców znają jej dzieje? Czy były tych zdrajców
całe tłumy? Ponoć niewielu ich było. Jak się zdaje, nawet
nieprzyjaciele nigdy nie twierdzili, że charakter rosyjski cechuje
skłonność do zdrady, zaprzaństwa, niewierności. A wszystko to
kształtowało się w ustroju wrogim ludziom pracy.
Ale oto nadeszła najsprawiedliwsza ze wszystkich wojen - i to w chwili,
gdy kraj korzystał z dobrodziejstw najsprawiedliwszego w świecie ustroju
- i nagle okazało się, że wśród naszego ludu są dziesiątki i setki
tysięcy zdrajców.
Skąd oni się wzięli? I dlaczego?
Może to znów zapłonęły niewygasłe zgliszcza minionej wojny domowej?
Niedorżnięci biali? Nie! Wspominaliśmy wyżej, że wielu białych
emigrantów (wśród nich nawet po trzykroć przeklęty Denikin) stanęło po
stronie Rosji Sowieckiej, opowiadając się przeciw Hitlerowi. Mogli
wybierać wedle uznania i właśnie taki uczynili wybór.5
Te zaś dziesiątki i setki tysięcy policjantów i uczestników ekspedycji
karnych, wójtów i tłumaczy - wszystko to byli sowieccy eksobywatele.
I młodzieży, wychowanej już po Październiku, też było wśród nich
niemało.
Co ich do tego skłoniło? Kim byli ci ludzie?
A byli to przede wszystkim ci, po których skórze (albo po kościach ich
bliskich) przejechały się gąsienice lat 20. i 30. Ci, którzy potracili
rodziców, krewniaków, ukochanych w mętnych nurtach naszej kanalizacji.
Ci, co sami tonęli w nich, aby wynurzyć się w obozach czy na zesłaniu,
tylko po to, by znów pójść na dno i znów się wynurzyć. Ci, których nogi
dość się nastały i namarzły w ogonkach przed okienkami, gdzie
przyjmowano paczki dla więźniów. I ci, którym w trakcie tych
dziesięcioleci odcięto, uniemożliwiono dostęp do tego, co uważali za
najcenniejsze na tej ziemi - do samej ziemi mianowicie, do tej ziemi,
którą im obiecywał
wielki Dekret, do ziemi, za którą sporo krwi musieli zresztą przelać
podczas wojny domowej. (Letniskowe majoraty dowódców Armii Sowieckiej i oparkanione, podmoskiewskie dwory dygnitarzy to całkiem co innego: to
dla naszych, to wolno, a jakże). A jeszcze ci, których brano pod klucz
za "łuskanie kłosów". Albo tacy, których pozbawiono prawa mieszkania
tam, gdzie chcieli. Bądź prawa do uprawiania swojego starego i ulubionego rzemiosła (myśmy wszystkie rękodzieła zwalczali fanatycznie,
ale o tym już się zapomniało).
O wszystkich takich ludziach mówi się u nas (lubią tak mówić zwłaszcza
agitatorzy, a już szczególnie ci, co to zawsze na posterunku) z pogardliwym grymasem: "obrażeni na władzę sowiecką", "byłe ofiary
represji", "byli synalkowie kułaccy", "ci, co zioną skrytą nienawiścią
do naszej władzy".
Jedni tak mówią głośno, a inni kiwają głowami. Jakby im ktoś nareszcie
rzecz wyjaśnił. Jakby ludowa władza miała prawo krzywdzić własnych
obywateli. Jakby to właśnie był grzech pierworodny, główna plaga:
obrażeni... skryta nienawiść...
I jakoś nikt nie zawoła: Ależ zastanówcie się, do diabła, czy waszym
zdaniem byt określa świadomość czy nie? Czy tylko wtedy ją określa,
kiedy jest wam to na rękę? A kiedy nie na rękę, to jej nie określa?
A jeszcze potrafią u nas niektórzy mówić z lekką chmurką na czole:
"Owszem, popełniono pewne błędy". I zawsze ta niewinna, wszeteczna,
bezosobowa forma - popełniono. Nikt nie ośmieli się powiedzieć,
że to partia je popełniła! A któż jeszcze - oprócz tych, co mają władzę
- mógł
je "popełnić"? Zwalać wszystko tylko na Stalina? Toć trzeba mieć
odrobinę poczucia humoru! Powiedzmy, błędy popełnił Stalin, a gdzieście
wy wtedy byli, wy, miliony naczelników?
Zresztą, owe błędy i wypaczenia też jakoś na naszych oczach prędko się
rozpełzły, rozlały w mętną bezkształtną plamę i nie są już uważane za
owoc tępoty, fanatyzmu, podłości; sprowadzają się jedynie do tego, że
komuniści pakowali za kraty innych komunistów. A to, że 15 do 17
milionów chłopów zrujnowano, posłano na pewną śmierć, rozpędzono na
wszystkie strony, odbierając dzieciom prawo do wspomnień o własnych
rodzicach, do wymieniania ich nazwisk - to przecież tylko pomyłka, nic
więcej.
A wszystkie fale naszej kanalizacji, rozpatrzone na początku tej księgi,
to też tylko nieduży błąd. A to, że byliśmy do wojny z Hitlerem zupełnie
nieprzygotowani, żeśmy się tylko puszyli kłamliwie, że wycofaliśmy się w sromotny sposób, z dnia na dzień wywracając na nice propagandowe hasła,
i że tylko wierny Iwan i Święta Ruś zatrzymały niemiecki pochód na linii
Wołgi - to już dziś nawet za błąd nie uchodzi, ale staje się niemal
główną zasługą Stalina.
W ciągu dwóch pierwszych miesięcy oddaliśmy wrogowi prawie trzecią część
ludności kraju, w tej liczbie wszystkie niedorżnięte jeszcze rodziny
pokrzywdzonych i wielotysięczne obozy, rozbiegające się, gdy tylko
eskorta dała nogę, i wszystkie więzienia Ukrainy i krajów nadbałtyckich,
gdzie jeszcze nie rozwiał się dym salw, którymi wystrzelano przed
ucieczką tych z 58. artykułem na karku.
Dopóty, dopóki czuliśmy się mocni, wszystkich tych nieszczęśników
gnębiliśmy, szczuliśmy, nie dawaliśmy pracy, wyganialiśmy z mieszkań,
każąc im po prostu zdychać. Gdy tylko wyszła na jaw nasza słabość, zaraz
zażądaliśmy od nich, aby puścili w niepamięć całe wyrządzone im zło, aby
zapomnieli o rodzinach i dzieciach, zmarłych z głodu w tundrze, aby
zapomnieli o rozstrzelanych, o ruinie i niewdzięczności, której
doświadczyli, o donosach i torturach w NKWD, o głodowych racjach w obozach - i żeby natychmiast wzięli się do partyzantki, do konspiracji,
broniąc Ojczyzny własną piersią. (Ale od siebie samych nie żądaliśmy
duchowej przemiany! I nikt im nie gwarantował, że po powrocie będziemy
inni, że nie będziemy już ich szczuć, popędzać batem, wsadzać za kraty i rozstrzeliwać!)
W tej sytuacji co większe powinno budzić zdziwienie: czy to, że tak
wielu ludzi uradował niemiecki najazd, czy też że było ich nie tak już
wielu? (A nawet Niemcy musieli czasem wymierzać sprawiedliwość, na
przykład sądzić byłych donosicieli, za to właśnie został rozstrzelany
diakon
Nabiereżno-Nikolskiej cerkwi w Kijowie, zresztą podobnych wypadków było
więcej).
No, a ludzie wierzący? Dwadzieścia lat z rzędu tępiono wiarę i zamykano
cerkwie. Przyszli Niemcy i pozwolili na ich otwarcie. (Niesporo było
naszym znów je zamykać zaraz po odejściu Niemców). W takim Rostowie nad
Donem uroczyste otwarcie cerkwi wzbudziło powszechną radość, ludzi
zbiegło się co niemiara. A powinni byli przeklinać za to Niemców,
prawda?
Także w Rostowie, w pierwszych dniach wojny, aresztowano inżyniera
Aleksandra Piotrowicza M. W. Zmarł w celi podczas śledztwa. Jego żona
przez parę miesięcy dygotała, obawiając się, że ją też aresztują, i po
raz pierwszy zasnęła spokojnie dopiero po przyjściu Niemców: "Teraz
przynajmniej trochę pośpię!" Otóż nie, powinna była modlić się o rychły
powrót swoich katów.
W maju 1943 roku, gdy Niemcy stali w Winnicy, w ogrodzie przy ulicy
Podleśnej (który w pierwszych miesiącach roku 1939 został z rozkazu rady
miejskiej ogrodzony wysokim parkanem jako "obiekt specjalny Ludowego
Komisariatu Obrony") przypadkiem natknięto się przy wykopkach na
zupełnie już zaklęśnięte, zarosłe bujną trawą groby zbiorowe i wykryto
ich 39, każdy głębokości 3,5 metra, o powierzchni 3 na 4 metry. Na
wierzchu każdej z mogił leżała warstwa okryć zmarłych, dopiero pod nią
trupy leżące byle jak. Wszyscy mieli ręce związane z tyłu powrozem,
wszyscy zabici zostali strzałem w potylicę z pistoletów małego kalibru.
Zabijano zapewne w więzieniu, a zwożono tu nocami dla pochówku. Jako że
przy niektórych znaleziono papiery, okazało się, że byli to ci, którzy w 1938 roku zostali skazani na "20 lat bez prawa do korespondencji".
Mam fotografię jednej ze scen, jakie się przy tych mogiłach rozgrywały,
gdy mieszkańcy Winnicy przyszli, aby zidentyfikować swoich zaginionych
bliskich. To nie wszystko. W czerwcu zaczęto kopać opodal starego
cmentarza prawosławnego, obok szpitala imienia Pirogowa, i znaleziono
jeszcze 42 groby zbiorowe. Następnie przekopano Park Kultury i Wypoczynku im. Gorkiego i pod pawilonami rozrywkowymi, pod "beczką
śmiechu", pod estradami do występów i tańców, znaleziono jeszcze 14
dołów pełnych zwłok. Ogółem w 95 grobach znaleziono 9439 zastrzelonych.
A w innych miastach? Ile jeszcze takich dołów znaleźć można? I cóż,
ludność tych miast, napatrzywszy się na trupy, miała rwać się do
partyzantki?
Może uznamy nareszcie za sprawiedliwe i słuszne, że jeśli my czujemy
ból, gdy ktoś tłamsi nas i to, co kochamy, to taki sam ból czują ci, których my tłamsimy? Może uznamy wreszcie za słuszne, że ci, których
tępimy i niszczymy, mają prawo nas nienawidzić? A może nie mają takiego
prawa? Może powinni ginąć z wyrazami wdzięczności na ustach?
Zakładamy, że wszyscy ci policjanci i burmistrze ziali odwieczną, może
nawet wrodzoną nienawiścią do nas, a przecież tę złość i nienawiść
zaszczepiliśmy w nich sami, to przecież są nasze "odpadki przemysłowe".
Jak to mawiał Krylenko? "Z naszego punktu widzenia każde przestępstwo
jest owocem danego ustroju społecznego".6 A więc waszego ustroju,
towarzysze! Toć trzeba być wiernym stworzonym przez siebie zasadom!
Nie zapominajmy też, że wśród tych naszych rodaków, którzy zbrojnie nas
zwalczali i gardłowali przeciw nam, byli również ludzie zupełnie
bezinteresowni, którym nikt nie konfiskował mienia (najczęściej wcale go
nie mieli), którzy ani sami nie siedzieli w obozach, ani nie stracili w nich nikogo z bliskich, którzy jednak dusili się w stworzonej przez nas
atmosferze, których dławiło panujące u nas lekceważenie losów jednostki,
dławił system prześladowania za poglądy, dławiła urągliwa piosenka:
" ...gdzie powietrzem wolności oddychasz... "3
Kością w gardle stawały czołobitne modły do Wodza, to ciągłe podsuwanie
ołówka, żeby się podpisać czym prędzej na pożyczkę! I te burzliwe
oklaski dochodzące do owacji! Czy możemy więc założyć, że tym ludziom,
całkiem normalnym ludziom, nasze cuchnące powietrze zapierało dech?
(Ojciec Fiodor Floria doczekał się podczas śledztwa takiego zarzutu, że
niby jak mógł sobie pozwolić na relacje o potwornościach ery
stalinowskiej podczas rumuńskiej okupacji? Floria odparł: "A cóż innego
miałem o was do powiedzenia? Com widział, tom opowiedział. Tylko o tym
mówiłem, co się naprawdę zdarzyło"). A wedle naszych praw trzeba było
łgać, szargać własne sumienie, zginąć nawet - a wszystko dla naszej
wygody. (A to już chyba niewiele ma wspólnego z materializmem, prawda?)
Tak się zdarzyło, że we wrześniu 1941 roku, tuż przed moim pójściem do
wojska, mieszkaliśmy z żoną - oboje byliśmy początkującymi nauczycielami
- w osadzie Morozowsk, która za rok miała znaleźć się w niemieckim
ręku. Sąsiadowaliśmy z pewnym bezdzietnym małżeństwem, zwali się
Broniewiccy. Inżynier Mikołaj Gerasimowicz Broniewicki miał
lat 60 i był inteligentem o rysach Czechowa, człowiekiem nader miłym,
spokojnym i rozumnym. Gdy przywołuję teraz w wyobraźni jego pociągłą
twarz, wciąż mi się zdaje, że zdobią ją czechowowskie binokle, chociaż
może wcale binokli nie nosił. Jego żona była jeszcze cichsza i łagodniejsza - wyblakła, o lnianych, gładko przyczesanych włosach,
młodsza od męża o 25 lat, ale bez młodzieńczej świeżości w ruchach. Miła
nam była ta para, my też chyba zyskaliśmy ich sympatię, zwłaszcza w porównaniu z gospodarzami naszego domu, ludźmi pełnymi chciwości.
Wieczorami siadywaliśmy we czwórkę na stopniach ganku. Wieczory były
ciepłe, ciche, jasne od księżycowego blasku, jeszcze nieszarpane rykiem
samolotów i detonacjami bomb, ale już groza niemieckiego natarcia
napierała na nas, jak niewidoczne, lecz ciężkie chmury sunące po
mlecznym nieboskłonie ku bezbronnemu, maleńkiemu miesiączkowi.
Co dzień na stacji zatrzymywały się nowe pociągi jadące do Stalingradu.
Uciekinierzy wytrząsali na rynek naszej osady całe wory pogłosek,
przeraźliwych wieści, szastali niebywałymi setkami rubli i wyjeżdżali
jeszcze dalej. Wymieniali nazwy miast, już oddanych nieprzyjacielowi, o których długo jeszcze głucho było w komunikatach Informbiura,
nieośmielającego się mówić ludziom prawdy. (O takich miastach
Broniewicki mówił nie
"oddane", tylko "zdobyte").
Siedzieliśmy więc na ganku i toczyliśmy rozmowy. My, dwoje młodych,
pełni byliśmy życia i troski o nie, ale o samym owym życiu właściwie nie
mieliśmy nic więcej do powiedzenia niż to, co czytaliśmy w gazetach.
Dlatego też rozmawiało nam się z Broniewickimi bez wysiłku: mówiliśmy
to, co przychodziło nam na myśl, i nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy z różnicy naszych pojęć.
Oni zaś patrzyli na nas zapewne ze zdumieniem, jak na dwa okazowe
przykłady cielęcej naiwności. Dopiero co minęły lata 30., a wyglądało na
to, że nie było nas wcale w tym okresie w kraju. Nasi rozmówcy pytali,
co zapadło nam w pamięć z wydarzeń 37., 38.? A cóż by, jeśli nie
biblioteka uniwersytecka, egzaminy, wesołe parady sportowe, potańcówki,
występy amatorskie, no i oczywiście miłość, bo też była to dla nas pora
miłości. A czy nikt z waszych profesorów nie poszedł siedzieć w tych latach? A owszem, dwóch, zdaje się, zabrano. Zastąpili
ich docenci. No, a ze studentów nikogo nie zabrano? Przypomnieliśmy
sobie, że ostatnio kilku starszych kolegów poszło siedzieć.
A co wy na to...? - A nic, dalej chodziliśmy na tańce. - A z waszych
bliskich nikogo nie ruszono? - Jakoś nie...
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Postać ze sztuki A. Ostrowskiego Burza. Wszystkie przypisy zamieszczone na końcach rozdziałów pochodzą od tłumacza. [wróć]
Pieśń skomponowana podczas wojny i stale nadawana przez sowieckie radio. [wróć]
"Sziroka strana maja rodnaja..." słowa W. Lebiediewa-Kumcza. [wróć]