Orientalna love
Zainteresowanie nową, odległą kulturą to jedno, a oczarowanie przystojnym arabistą to drugie. Po dwóch latach randkowania w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym czwartym roku nieoczekiwanie dla mnie mój chłopak Igo podejmuje zdecydowane kroki i łączy ze mną swoje życiowe plany.
- Wyjdziesz za mnie? - szepcze mi do ucha, kiedy po powrocie z dwutygodniowego obozu językowego skoro świt wskakuje do mojego łóżka.
- Że co? - Uznaję to za żart, bo przecież mamy dopiero po dwadzieścia lat.
- Inaczej tego nie widzę.
- Ale czego? - Zastanawiam się, czy to jawa, czy sen.
- Niedługo wyjadę na stypendium albo na kontrakt...
- I chcesz sobie mnie zaklepać?
- Nie, głuptasie. Chcę, żebyś mogła mnie w takiej Libii, Syrii czy Iraku odwiedzić.
- No tak... Ale nic nie mówiłeś, że wyjeżdżasz. - Ostatecznie się niepokoję. - Jak to? Kiedy? Na jak długo?
- Chciałbym już stanąć na własne nogi.
- Przecież nie musisz. Rodzice cię utrzymują i za bardzo się nie skarżą.
- Właśnie dlatego. Nie mam ochoty w wakacje dorabiać jako "podaj cegłę" czy w fabryczce twojego ojca, kręcąc sznurki. To mi uwłacza.
- Czy możemy zacząć od początku?
- Ze sznurkami? No nie...
- Z tymi słowy, z którymi przyszedłeś - mruczę seksownie, bo przecież taka sytuacja wymaga romantyzmu.
- Wyjdziesz za mnie? Kocham cię, panienko Taniu.
- Wyjdę za pana, panie arabisto.
Zanim dochodzi do oficjałki, która w ogóle nie wiem, jak miałaby wyglądać, postanawiam puścić parę z ust i zakomunikować najbliższej rodzince o moim szczęściu. Zresztą nie ma sposobu na ukrycie tego, bo aż promienieję radością i jak mała dziewczynka, którą w duszy ciągle jestem, co chwilę się chichram, podskakuję, podśpiewuję, a z twarzy nie schodzi mi uśmiech.
Pierwsza orientuje się babunia, czystej krwi Rosjanka z białogwardzistów znad Bajkału, która najlepiej mnie zna, bo praktycznie to ona mnie wychowała i czule opiekowała się mną w dziecięctwie, także w najgorszych momentach mojej długoletniej choroby serca. Łapie mnie w ogrodzie i już nie puszcza, trzymając mocną jak kleszcze, choć powykręcaną reumatyzmem dłonią. Zawsze dziwi mnie, skąd w takim drobnym i kruchym ciałku o wzroście metr pięćdziesiąt tyle siły i energii.
- Nucićka, co się u ciebie takiego wydariło? - pyta z rosyjskim akcentem, którego nigdy się nie wyzbyła. - Gawari mi tu zaraz! - Kiedy jest podekscytowana, zawsze miesza swoje dwa ojczyste języki, wplatając w nie jeszcze jeden, który zna od męża.
- Mój arabista...
- Tańczy twista - chichocze, bo już nie potrzebuje słyszeć ani słowa więcej. - Mazeltow1, wnusia! Mazeltow! Na szczęście! Boh błogodari2!
- Naprawdę? - Pomimo zalewającego mnie szczęścia mam pewne wątpliwości. - Nie za wcześnie? Nie jesteśmy za młodzi? Ciągle mi mówisz, że durna podfruwajka ze mnie.
- Oj tam, oj tam! Urodziłam twoją matkę, kiedy miałam osiemnaście lat. Pomimo reżimu i prześladowań Stalina, niebezpiecznej ucieczki z Sowietów do Krakowa z twoim dziadkiem, polskim jeńcem, późniejszej wojny i okupacji, niczego nie żałuję. I wcale nie było za wcześnie. Ty silna, jak i ja. Nie to co ta rozpieszczona Galka. - Niestety, konflikt na linii matka-córka jest u nas w rodzinie dość częsty i okazuje się dziedziczny.
- Myślisz, że będzie dobrze?
- A ty ljubisz jego?
- Pewnie, że kocham! - wykrzykuję. - Ponad życie!
- No to nad czym się tu zastanawiać?
Z babunią Ziną sprawa jest prosta, bo dla niej miłość jest najważniejsza, łamie bariery i pokonuje wszelkie trudności. Babunia to romantyczna i bardzo uczuciowa kobieta. Obawiam się reakcji twardo stąpającej po ziemi i krytycznej mamy oraz starej daty ojca, a także całej zblazowanej rodziny, która najchętniej nasz herb wytatuowałaby sobie na czole. Po głowie tłucze mi się jedno słowo: "mezalians", które oczywiście od przyrodniego rodzeństwa słyszę potem wielokrotnie.
- Muszę wam coś powiedzieć... Tak nieoficjalnie...
- Co znowu? Jesteś w ciąży?! - Mama od razu uderza w pełen nagany ton.
- Dajże jej skończyć, Galu. - Tata jest opanowany, wręcz flegmatyczny, a dla mnie ma nieograniczone pokłady cierpliwości. - Co takiego, Taniusiu?
Od urodzenia jestem pupilką tego starego mężczyzny, którego w wieku prawie sześćdziesięciu lat los obdarzył ciężko chorym dzieckiem. To przy mnie poznał smak ojcostwa, to ze mną w dziecięcym wózku wychodził na spacer - co dla mężczyzn jego pochodzenia było hańbą - wycierał mój zasmarkany nosek, tulił po bolesnych zabiegach. Dzieci z pierwszego małżeństwa tylko płodził. Jako pan arystokrata i zarazem bogaty kapitalista, właściciel największej w przedwojennej Polsce fabryki lin okrętowych i powrozów, potomstwem się nie interesował. Od tego były nianie, opiekunki, guwernantki i guwernerzy. W tamtych czasach w tych sferach społecznych było to normą. Ja się cieszę, że teraz tatek-łatek jest zwyczajnym, nie za bardzo bogatym rzemieślnikiem powroźnikiem i mam go dla siebie, pozornie oschłego i wyniosłego, ale w głębi serca kochającego i czułego.
- Wychodzę za mąż - oświadczam krótko i węzłowato.
- Teraz ja zapytam - tubalnym basem zagaduje tata, taksując mnie swymi czarnymi jak węgle oczyma. - Dzidziuś w drodze? - Sceptyczny uśmiech wykwita na jego mięsistych, dużych wargach.
- Skądże! Igo planuje we wrześniu, najdalej październiku wyjechać albo na stypendium, albo do pracy.
- No i?! - Mama purpurowieje na twarzy, co nie wróży niczego dobrego. Zaraz zapewne wybuchnie awanturka, po której będę musiała przynieść jej kwiaty. Czy jestem winna wywołania scysji, czy nie, zawsze tak właśnie się dzieje. - Co z tego, że on wyjeżdża? - indaguje zjadliwym głosem.
- Chcąc go odwiedzić w kraju arabskim, kraju muzułmańskim - podkreślam - muszę być z nim w oficjalnym związku. Bezproblemowo może do niego przylecieć jedynie mama, siostra...
- To niech jadą, szerokiej drogi.
- Albo żona. Do wystawienia zaproszenia potrzebny będzie akt ślubu.
- Czy to wystarczający powód, żeby poślubić człowieka? - złości się. - Opuścić dom rodzinny i udać się na poniewierkę?! Do Arabów?! No ty chyba oszalałaś!
- To bardzo miły i pracowity chłopak - ucina dyskusję ojciec, bo w dawnym patriarchalnym stylu ma u nas w domu najwięcej do powiedzenia. Poza tym tylko on potrafi ujarzmić mamę i zapanować nad jej nerwami. - Igo to wyjątkowy młodzieniec, w dodatku z inteligenckiej rodziny. Bardzo go lubimy, prawda, Galu?
- No pewnie, że tak. - Łzy w jej oczach świadczą o rozdarciu. - Przecież zawsze chciałam mieć syna, a Tania miała być chłopakiem. Nawet planowaliśmy dla niej takie samo imię, jakie nosi on.
- Więc się cieszymy? - rozbawiony tata gulgocze, obserwując swą ukochaną połowicę, której okres menopauzy trwa długie piętnaście lat i wszystkich nas wykańcza. - Prawda?
- Oczywiście. Tylko że ona wyjedzie... Ona już tu nie wróci... Zrobią jej tam krzywdę...
Podzielenie się własnym szczęściem kończy się histerią kochającej mnie małpią miłością matki wariatki, która nie może zapanować nad płaczem. Ostatecznie po zażyciu środka uspokajającego z ciężką migreną ląduje w łóżku. Mama kocha mnie na swój specyficzny sposób, ale jako zbuntowana dziewczyna i niezależna młoda kobieta sądzę, że zwyczajnie chce mnie zdominować. Jej uczucie do mnie uważam za chore. Nie mogę zaakceptować tego, że najchętniej odizolowałaby mnie od świata, by mieć tylko dla siebie. Nie mówiąc już o tym, że mam słuchać wyłącznie jej rad i postępować według jej wskazówek. Pragnie kierować moim życiem, nie zdając sobie sprawy, że jest to niemożliwe. Moja niesubordynacja doprowadza ją do szewskiej pasji lub dołka psychicznego. Jedno i drugie jest nie do zniesienia.
1 Mazeltow - Na szczęście; gratulacje.
2 Boh błogodari - Pobłogosław, Boże.