Świętowanie w Oriencie
Jeszcze w tym samym tygodniu szef placówki obwieszcza mi ze swoim zwyczajowym uroczym uśmiechem na ustach:
- Jako że nikt z korpusu was nie zaprasza, zabieram was na święto narodowe Algierii. - Nie odzywam się, bo przecież wiem, że bez oficjalnego blankietu na żadną taką imprezę się nie wbijemy, ale dziadek szybko rozwiewa moje wątpliwości: - Ambasador Algierii to mój stary znajomy i jest o wszystkim poinformowany.
- Dziękuję. - Żadne inne słowo nie przychodzi mi do głowy, choć od razu pojawia się w niej babska konkluzja, że nie mam się w co ubrać.
- Przyjedźcie dzisiaj do mojej rezydencji na siódmą, to razem zabierzemy się moją jedynką3.
Igo nie ma żadnego porządnego garnituru, nawet od Massimo Dutti, nie wspominając o Armanim czy Bossie, ja zaś tylko fatałaszki dobre do biura albo na polonijną imprezkę, ale na recepcję dyplomatyczną na pewno zbyt biedniutkie i byle jakie. Przekonujemy się o tym z całą mocą na miejscu i obiecujemy sobie wymienić garderobę przy kolejnym pobycie w Polsce. Tutaj na rynku nie dostanie się niczego godziwego, jedynie chińskie czy tureckie podróbki.
Trochę ciasno nam w mercedesie, gdyż ambasador ze swoją tłuściutką małżonką według zasad ma siedzieć na tylnej kanapie; pasażer, który zajmuje fotel przy kierowcy, to zazwyczaj ochroniarz. Z tego wniosek, że Igo robi dziś za goryla. Ja zaś cupię na jednym półdupku przy Kazi, starając się nie pognieść jej szyfonowej sukni. Jestem niezwykle podekscytowana, bo wykwintne wielkopańskie przyjęcia do tej pory widziałam tylko w serialach telewizyjnych.
Przechodzimy po czerwonym dywanie, ściskając dłonie nieznanych nam dyplomatów z ambasady Algierii, którzy stoją w powitalnym szeregu, i życzymy im sukcesów oraz pomyślnego rozwoju ich kraju. Rezydencja ambasadora jest magiczna, jakby wyjęta z kart Baśni tysiąca i jednej nocy. Ma białe tynki, rozległe krużganki i liczne tarasy, a ogród w blasku dużych lamp Aladyna wygląda jak zaczarowany. Tuż przy wejściu stoi niewielka marmurowa fontanna z figurką delfina, z której strzelają w górę strumienie wody, a na trawnikach rozstawiono dziesiątki stołów dla biesiadników. Nie mam pojęcia, ilu gości zostało zaproszonych, ale na pewno około tysiąca. Służba w uniformach biega tam i z powrotem, kelnerzy roznoszą kieliszki z winem i najlepszym szampanem, a ogród otacza mgiełka dymu z grillujących się mięsiw. Na ladach wystawiono różnorodne dania: jedne na zimno - niektóre półmiski stoją nawet na tacach z lodem - inne w podgrzewanych pojemnikach. Zastawa jest ekskluzywna, ze złotym i niebieskim rautem, a sztućce wypolerowane tak, że można się w nich przejrzeć. Goście ustawiają się w długich kolejkach, by skosztować serwowanych przysmaków, które bez wątpienia są halal4. Z wyjątkiem alkoholu, ten jest haram5, ale też cieszy się dużym powodzeniem.
Jestem tak oszołomiona tym przepychem, że nie mogę nic wziąć do ust, choć dookoła jest tyle smakołyków. Stojący przy opychającym się szefie Igo reaguje tak samo. Jesteśmy całkiem nieobyci.
- Jedzże, głupia. - Kazia potrafi być opryskliwa, ale już do tego przywykłam i wcale mnie to nie rusza. - Takich specjałów nigdzie tu nie dostaniesz. To jedna z najlepszych recepcji wydawanych w Trypolisie.
- Algieria ma tyle kasy na przyjęcia? - dziwię się. - Uchodzi za dość biedny kraj.
- Zastaw się, a postaw się - żartuje belferka. - Są pod tym względem gorsi od Polaków.
Szefostwo napycha sobie brzuchy, a my z Igo ledwo coś dzióbiemy. Rozglądamy się dookoła i podziwiamy otaczający nas fascynujący świat.
- Wziąłem was ze sobą nie tylko po to, żeby pan konsul wreszcie zaistniał w świecie dyplomatycznym, ale głównie ze względu na to, by pani Tania przyjrzała się, jak powinny wyglądać obchody święta narodowego. - Wychodzi szydło z worka.
- W listopadzie jest nasza kolej i jak mąż wydębi z ministerstwa jakieś pieniądze, a drugie tyle wyżebrze od polskich firm eksportowych siedzących na libijskim rynku, to u nas w rezydencji zorganizujemy pierwszą od lat recepcję. - Kazia też nie owija w bawełnę.
- Czyli można powiedzieć, że jestem teraz w pracy? - Smutnieję, trochę rozgoryczona.
- Dyplomata zawsze jest w pracy - rzuca mimochodem ambasador, a potem bierze pod rękę Igo i ciągnie go do szefów misji, swoich kolesiów.
- Zapamiętaj, jak są poustawiane sztućce - dyryguje tymczasem Kazia, pokazując palcem na lady. - Półmiski z artystycznie spiętrzonymi owocami też mi się podobają. Fontannę czekoladową absolutnie musimy mieć! Zadzwoń do sekretarki ambasadora Algierii i zapytaj, skąd ją wytrzasnęli.
Cieszyłam się jak dziecko na imprezę i relaks, a teraz czuję się jak na cenzurowanym - tylko wyciągnąć kartkę, długopis i notować.
- Na wynajęcie ustrojstwa do szaworm6 na pewno nie będzie nas stać, ale znajomi Libijczycy mogliby grillować na tyłach naszej rezydencji szaszłyki i kebaby, które my wcześniej przygotujemy. Znasz parę mieszanych małżeństw, nieprawdaż? - sonduje przebiegła kobieta. - Ja z tą blondyną Baśką nie jestem w jakiejś szczególnej komitywie. - Wydyma wargi, nie kryjąc się z pogardliwym nastawieniem do porządnej kobiety, którą lekceważy jedynie dlatego, że ta ma męża Araba. - Ty zaś zaliczasz się do jej przyjaciółek, więc przekonaj ją, by zachęciła swojego męża do pomocy. Oczywiście się zrewanżujemy.
Jako że zawsze mam oczy dookoła głowy, oprócz wskazywanych przez Kazię błahych elementów wystroju zauważam też to, co dzieje się na recepcji i na co szczególnie trzeba będzie zwrócić uwagę u nas. Przede wszystkim bulwersuje mnie tłum oblegający bary, gdzie wino, piwo, a szczególnie whisky i wódka, schodzą w ogromnych ilościach. Wśród zainteresowanych alkoholowymi napitkami najwięcej jest Libijczyków, z czego wniosek, że w kraju prohibicji istnieje całkiem spora grupa zawołanych amatorów procentów. Niektórzy z nich nie ruszają się z miejsca i stoją tam tak długo, dopóki są w stanie utrzymać się na nogach, czyli przeważnie do momentu ekspresowego opróżnienia butelki. Są to zapewne pracownicy tutejszych ministerstw, protokołu dyplomatycznego, a także wpływowi biznesmeni i miejscowi celebryci. Nikt z przypadku się tu nie znalazł.
Kiedy większość gości zaspokaja pierwszy głód oraz pragnienie, gospodarze serwują coś dla ducha - zaczynają się występy. Męski muzyczny zespół ludowy nie cieszy się szczególnym zainteresowaniem, lecz kiedy na niewielką scenę wbiegają roznegliżowane tancerki, spotykają się z owacją. Kobiety mają twarze zasłonięte przezroczystym tiulem, ich ramiona i biust ledwie zakrywa kuse bolerko, zaś pupę i nogi chowają pod połyskliwymi szerokimi szarawarami. Brzuchy oczywiście są odsłonięte, bo głównie ich używają do tchnącego erotyzmem tańca. Zaproszeni mogą się poczuć jak w haremach za czasów kalifatów lub Imperium Osmańskiego. Kiedy kończy się występ, bajadery rozbiegają się po alejkach ogrodu, pląsając między gośćmi. Szczególną przyjemność sprawia to mężczyznom, a największą Libijczykom, którzy bezczelnie usiłują pochwycić kobiety czy chociażby tylko ich dotknąć.
- Oj! - słyszę tuż koło siebie przestraszony damski głos, a kątem oka widzę starszawą elegancką blondynę, która z kieliszkiem w ręce traci równowagę i leci jak długa. - Boże ty mój! - wykrzykuje po rosyjsku.
Zupełnie odruchowo łapię ją za ramię, a że ręce mam silne, nie pozwalam jej upaść i stawiam do pionu.
- Jakaś dziura jest w tym trawniku - skarży się bełkotliwie. - Goście mogą nogi połamać w takich pułapkach.
- Zgadza się - potwierdzam, choć od razu się orientuję, że starowina jest mocno zawiana. - Proszę usiąść. - Prowadzę ją na niedaleką ławkę. - Przynieść pani wody?
- Miła z ciebie dziewczyna. - W pijackim uśmieszku krzywi wargi, na których pozostały już jedynie resztki szminki.
- Jakiej wody?! Tamarka potrzebuje kielicha, no nie? - Kolejna jasnowłosa, tym razem korpulentna trzydziestoparolatka, prawdopodobnie moja rówieśnica, szelmowsko mruga okiem.
- Zgadza się, Janeczko - potwierdza pijuska. - Ty to mnie rozumiesz.
- Ty też chcesz? - pyta figlarnie jej koleżanka, wyciągając do mnie rękę. - Janka jestem. Żona ambasadora Słowacji, tylko ambasadorowa, choć sama już dawno powinnam być ambasadorem.
- Tania, z polskiej placówki. Tylko żona konsula. Dawno już powinnam być sławną pisarką - dorzucam dla hecy.
- Taniuszeczka, moja zbawczyni! - Tamara ciągnie mnie i sadza koło siebie. - Gdyby nie ty, znów dałabym plamę. Skąd u Polki takie imię, powiedz mi.
Urocze są te dwie rozrabiary, normalne kobitki wśród snobistycznych dam, lecz mojej ambasadorowej Kazi takie towarzystwo nie pasuje. Patrzy na mnie zgorszona, moje nowe koleżanki taksuje pełnym pogardy wzrokiem i oddala się do grupy podobnych sobie bufonek.
Od tej pierwszej recepcji trzymam sztamę z Janką, a siedemdziesięciolatka Tamarka zawsze służy mi wsparciem i poradą. Ja też niejeden raz ratuję jej dobre imię, kryjąc jej małą słabostkę - alkoholizm.
Do tej pory polskie święta narodowe celebrowaliśmy na ogromnych kampach polskich firm eksportowych: Polimexu, Budimexu czy Dromexu. Ich dyrektorowie zapewniali ogromne ilości jadła, które kucharze przygotowywali na polską modłę, a także nieprzebrane rzeki bimbru. Ambasady nie było stać na takie fety, więc szef polskiej placówki brał zazwyczaj udział w mszy świętej celebrowanej przez misjonarza Mansweta w kościele św. Franciszka w Trypolisie, a potem był honorowym gościem na jednym z kontraktów, gdzie siedział z kierownictwem przy głównym stole zaścielonym białym obrusem i zaszczycał wszystkich swoją obecnością. Kiedy wychodził, zaczynały się tańce, hulanki i swawole. Teraz nasz stary szef miał być gospodarzem recepcji, na którą zaprosiliśmy, bagatelka, pięćset osób.
Z wakacji ambasador przywozi w bagażu zasadniczym pięćdziesiąt puszek czerwonego kawioru z łososia. Kazia do drugiej walizki pakuje opakowania matiasów. Z tych dwóch głównych produktów mamy zrobić maleńkie kanapeczki na krakersach i bagietce. Zachwyca mnie postawa szefostwa i ich ogromne zaangażowanie, bo nie wierzę, że jakiemukolwiek innemu ambasadorowi chciałoby się szmuglować artykuły spożywcze na swoje święto narodowe. Takie poświęcenie jest godne podziwu.
W dniu przyjęcia panuje całkowity rozgardiasz i wszyscy, łącznie z ambasadorostwem, spodziewają się, że nasza recepcja będzie totalną klapą. Jak kobiety, które na co dzień przygotowują posiłki dla swoich małych, cztero- czy pięcioosobowych rodzin i tylko czasami organizują przyjęcia dla niewielkiej liczby gości, mają wyprodukować parę tysięcy kanapek, maleńkie desery i zamarynować połowę barana na grilla? Żadna nie jest zawodową kucharką, choć niektóre mają do tego wrodzony dryg. Tak jest z Zosią-Pusią, która do Libii przyjechała na kontrakt z Polservice'u jako siostra oddziałowa, a potem dostała zatrudnienie w ambasadzie jako sprzątaczka i kucharka, z Idą, gosposią w rezydencji, która z zawodu jest kuśnierzem, i ze mną, intelektualistką z literackimi aspiracjami. Moja mama i babunia były mistrzyniami chochli, więc zapewne mam to po nich. Poza tym, czego nikt z mojego tutejszego otoczenia nie wie, przez ponad rok pomagałam mamie wydawać domowe obiady dla czterdziestu, a czasami nawet pięćdziesięciu osób. Miało to miejsce w czasie ogromnego kryzysu w Polsce, kiedy mój ojciec powroźnik wrócił z poznańskich targów z pustymi rękami bez ani jednego zamówienia. Posiłki przygotowywałyśmy w niewielkiej kuchni na czteropalnikowej kuchence gazowej, a jedynym udogodnieniem był dziesięciolitrowy gar na zupę, w który zainwestowali moi rodzice. Tak więc mam trochę wprawy w gotowaniu dla większej liczby osób, choć nie dla pół tysiąca.
- Może nie będą mieli apetytu? - łudzimy się z Idą, kiedy tylko z samego ranka przyjeżdżamy do rezydencji.
- Na pewno nie będą głodni, już to widzę! - zarykuje się na całe gardło Zosia-Pusia, bo wesoła z niej kobitka. - Dziouchy - zaciąga Ślązaczka - te darmozjady na pewno przez cały dzień będą o suchym pysku, żeby zrobić sobie miejsce na nasze szaszłyki!
- Właśnie! - drę się wniebogłosy. - Szaszłyki! Gdzie jest mięso? Ile go kupili? Trzeba tę tuszę rozebrać!
W tym momencie wchodzi nasz łącznik, Samir, który za młodu przez dziesięć lat mieszkał w Poznaniu i całkiem płynnie, choć niegramatycznie, mówi po polsku. Bynajmniej nie był stypendystą, bo nie jest typem naukowca, lecz wyjechał na jakieś błahe leczenie, które trochę się przeciągnęło. U siebie w ojczyźnie przebiegły spryciarz zajmuje się handlem na czarnym rynku, szemranymi biznesami i od jakiegoś czasu pomaga placówce załatwiać sprawy, które wymagają lokalnych znajomości. Mamy świadomość, że jego kluczowym zadaniem jest informowanie libijskiego wywiadu o wszystkim, co dzieje się w ambasadzie. Każdy kraj mający w Libii swoją misję, chce czy nie chce, musi zatrudniać łącznika, dlatego wszyscy borykają się z takimi cichociemnymi. Dokładnie też wiemy, że Samir zostawił w Polsce swoją drugą rodzinę i dwójkę dzieci. Twierdzi, że regularnie przesyła im pieniądze. Tu ma nową familię, młodszą od niego o dwadzieścia lat żonę Hudę, której jeszcze nikt z nas nie widział, i trójkę słodkich maluchów.
- Pani Tania. - Od razu podchodzi do mnie. - Przyniosłem mieszankę ziół i przypraw na grilla. Żona przyrządziła, a ona się na tym zna.
- Trochę późno, żeby teraz marynować mięso. - Nagle to do mnie dociera. - Będzie je czuć zdechłym capem.
- Lepiej późno jak później - rzuca Samir przerobionym polskim przysłowiem i obraca się do wyjścia.
- A czemu Hudy nie przyprowadziłeś? Pokazałaby nam, jak to zrobić.
- Ona nie nadaje się do waszego towarzystwa - nieprzyjemnie mruczy i od razu pochmurnieje. - To porządna Arabka - docina ni z tego, ni z owego.
- A my to niby co, jakieś ladacznice? - denerwuję się. - W kuchni nie będzie z nami żadnych mężczyzn, a zbieramy się nie na imprezę i ochlaj, ale na gotowanie. Libijki nie gotują?
Widzę niedobry błysk w jego czarnych oczach, ale zawsze mówię to, co myślę, więc i tym razem nic mnie nie powstrzyma.
- Daj spokój. - Zosia-Pusia odciąga mnie na bok, a łącznik bierze nogi za pas, nie chcąc być dłużej musztrowany przez bezczelną babę. - Na pewno trzyma ją pod kluczem i nigdzie nie pozwala wychodzić.
- A niby taki nowoczesny!
- Sam w Polsce się łajdaczył, to wszystkich ocenia własną miarką. Nie łudź się, że jest postępowym arabskim mężem.
Kiedy tak się szamoczemy, zamiast zabrać za robotę, do rezydencji przyjeżdżają niby do pomocy ściągnięte przez Kazię koleżanki nauczycielki ze szkoły. Jest ich około dziesięciu. Na co nam takie tłumy, to ja nie wiem. Bez sensu. Kobiety pierwsze co zabierają się do parzenia kawy i herbaty, niektóre wychodzą na przylegający do kuchni ganek na papierosa.
- No to przepadłyśmy, Tańka. - Ida załamuje ręce. - Trzeba sobie nowej pracy szukać.
- Nie zważajmy na nie i róbmy swoje - sugeruję. - Baśki jakoś w tym gronie pedagogicznym nie widzę - żartuję, choć serce mi drży, że przyjaciółka i jej dumny mąż Hassan obrazili się za potraktowanie Libijczyka jak podkuchennego.
- Dzwoniła rano do Kaziuli i oznajmiła, że jedno z nich wystarczy przy garach. - Spełnia się czarny scenariusz, bo czuję, że po dzisiejszym dniu stracę bratnią duszę. Robię żałosną minę, więc gosposia mnie pociesza: - Nie przejmuj się. Ona Hassana na ogół nikczemnie traktuje i zdaje to egzamin.
- On do roboty, a ona w gości? - Nie znałam Baśki od tej strony.
- Może tak właśnie trzeba postępować z Arabami? Patrz, jaki w niej zakochany.
Szybko kończymy papieroska i rozmowę, podkasujemy rękawy i przystępujemy do dzieła. Okazuje się, że odpowiedzialna Ida już wczoraj zapeklowała mięso na szaszłyki, część zalewając wytrawnym czerwonym winem, a część piwem i zasypując przyprawą do gyrosa. Teraz tylko dodajemy mieszankę ziół zahukanej i zdominowanej przez Samira Hudy, która na przyjęcie zapewne też nie przyjdzie, i mamy problem z głowy. Po dwóch godzinach, kalecząc palce, zaczynamy nadziewać kawałki mięsiwa na metalowe szpikulce.
W zasadzie przyjęcie przygotowują tylko te panie, które są na ryczałcie w ambasadzie - Lena, była pielęgniarka i nasza aktualna kasjerka, Alicja, emerytowana księgowa, która teraz znakomicie prowadzi finanse placówki, a także Ida, Zosia-Pusia i ja. Podczas gdy my uwijamy się jak w ukropie, kompania ze szkoły rozsiada się w ogrodzie i plotkuje, popijając likierki z ambasadorową.
- Ona zamówiła je dla towarzystwa? - wynosząc kolejny półmisek stu minikanapek ze śledziem do wychłodzonego pokoju gościnnego, pytam naszą grubiutką kucharkę, która robi rzecz najważniejszą: garniruje potrawy. To wręcz koronkowa robota. - Nie ma czasu z nimi w szkole pogadać?
- Te lafiryndy tylko nam przeszkadzają! - Zosia też jest wkurzona.
- Ciągle na nie wpadam - zgadzam się z nią.
- Co, nie pasuje wam towarzystwo wzajemnej adoracji? - Ida wbiega z kolejną tacą.
- Niedługo te paniusie się zmyją. Zbliża się pora obiadowa.
Wszystko dzieje się zgodnie z przewidywaniami. Na wyjściu każda z Polonusek w rewanżu za pomoc otrzymuje butelkę wina. My, ryczałtowe wyrobnice, dostajemy figę z makiem. Od czternastej mamy święty spokój, bo i Kazia udaje się na sjestę. Musi w końcu bidulka odpocząć po tak ciężkim wysiłku. Do wieczora nie mamy czasu, żeby zjeść chociażby skórkę chleba, my z Idą jedynie dwa razy wychodzimy na dyma, no i wszystkie wypijamy po cztery, pięć tureckich kaw. Wystarczy nam to za jedzenie.
O osiemnastej przyjeżdżają dyplomaci z polskiej ambasady, świeżutcy, pachnący i radośni. Igo przywozi mi czarną długą suknię wieczorową i buty na wysokim obcasie. Dostarcza mi także saszetkę wypchaną kosmetykami. Kiedy wchodzi i widzi moją zszarzałą twarz i przyklejone do czaszki włosy oraz pocięte i zabarwione winem do peklowania dłonie, ściska szczęki. Myśmy się na taką robotę nie pisali!
- Drogie panie! - Zadowolony ambasador wparowuje do kuchni. - Już dosyć! Kończcie! Wszystkiego starczy... Mam nadzieję.
- Kanapek z kawiorem jest pięć tysięcy, a ze śledziem ponad tysiąc - informuje niezbyt już radosna Zosia-Pusia.
- Miniszaszłyczków wegetariańskich z oliwkami, pomidorkami koktajlowymi, mozzarellą i marynowaną cebulką własnoręcznie nabiłam około trzystu. - Ala ostentacyjnie pokazuje krwawiące palce. Biedna emerytka ledwo trzyma się na nogach.
- Na baranie szaszłyki i kebaby nie spojrzę do końca życia - dodaje najmłodsza z nas, Lena, trzymając w ustach niezapalonego papierosa, bo teraz nawet na fajkę nie mamy czasu.
- Zatem do mycia! - Dyplomacie robi się głupio, co poniekąd rekompensuje nasz wysiłek. - Jak się odświeżycie, zapraszam do salonu i ogrodu. Weźmiecie udział we wspaniałej recepcji z okazji Święta Narodowego 11 Listopada! Pierwszej takiej w naszej rezydencji!
- My z Leną to raczej musimy wskoczyć w uniformy kelnerek i teraz tym całym jadłem skarmić ludzi. - Ida nie da się zwieść miłym słówkom bez pokrycia.
- Pójdę jeszcze do Hassana i Samira i sprawdzę, jak im idzie grillowanie. - Ja też nie skończyłam swoich obowiązków.
- A potem, pani Taniu, zapraszam do mojej prywatnej łazienki.
Ale mnie zaszczyt kopnął, ironizuję w myślach. Przyrzekam sobie, że już więcej nie dam się ubrać w przygotowanie tak wielkiego przyjęcia.
Kiedy ledwo żywa snuję się na tyły rezydencji, od razu zauważam ponurą minę Hassana i szkliste od alkoholu przebiegłe oczka Samira. Nie mają szans na zgrillowanie takiej góry szaszłyków i kebabów na czas. Mąż Baśki jest popielaty na twarzy z wściekłości, że został tak nikczemnie potraktowany. Oficer wojska libijskiego, wykształcony w Państwowej Akademii Morskiej w Szczecinie, właściciel nieruchomości w Trypolisie i prywatnego biznesu, robi u Polaczków za kuchcika. Ta sytuacja go przerasta, godzi prosto w serce. Najgorsze, że jego żona jest gościem, a on popychadłem na zapleczu. Nie poprawię mu podłego nastroju, bo sama mam podobny. Mój mąż stoi w szpalerze dyplomatów i wita przybyłych, a ja śmierdzę potem i grillem, zaś ręce mam w tragicznym stanie. Nie uda mi się odpicować, czarno to widzę.
- Zakosiłam dla ciebie piwko. - Wręczam Hassanowi puszkę heinekena. - Sorki, przyjacielu.
- Mnie przykro, jak na ciebie patrzę. - Rozchmurza się przesympatyczny gość. - Ja przynajmniej nie muszę dołączać do tych elegantów. - Wskazuje brodą w stronę ogrodu, skąd dochodzi gwar. - Powodzenia na raucie dyplomatycznym, sadiqati7. - Pocieszająco poklepuje mnie po plecach.
Hassan i Samir, tak jak przewidywałam, kończą grillowanie, kiedy już goście zbierają się do domów. Hassan od razu znika i odjeżdża z piskiem opon, zaś Samir, niczym się nie przejmując, narzuca marynarkę i idzie napić się wódki z ambasadorem. Takich peanów, jakie szef wygłasza pod adresem łącznika, żadna z nas nie usłyszała. Nie mówiąc o Hassanie. Można by pomyśleć, że to Samir przygotował i uratował dzisiejsze przyjęcie.
*
Czas biegnie niepostrzeżenie, choć w ambasadzie nic szczególnego się nie dzieje, a my po święcie narodowym długie miesiące liżemy rany. Szef nawet odpuścił organizowanie dyplomatycznych dinerów, które przeważnie wydawał raz w miesiącu, bo czuje, że przegiął w stosunku do swoich pracownic. Boi się, że ostatecznie się zbuntujemy.
Miesiąc postu, ramadan, jakoś mija, choć to zawsze trudny okres i wygląda na to, że żaden muzułmanin się z niego nie cieszy. Mają podłe humory i są podminowani, pomimo że rozpoczynają pracę nie wcześniej niż o dziesiątej rano, a w okolicach drugiej już ich się nie uświadczy. Potem do wieczora robią sobie sjestę. Urzędy pracują na pół gwizdka, a za dnia ulice Trypolisu wyjątkowo nie są zakorkowane. Za to po zachodzie słońca, kiedy post ustaje, w domach i poza nimi trwa fiesta i panuje nieokiełznana radość. Najgorsze są od niedawna sprowadzane do Libii petardy, którymi bawi się głównie młodzież, ale też nawet parolatkowie. Doktor Adam, Polak od lat pracujący w trypolitańskim szpitalu, opowiada nam, jacy pokancerowani pacjenci trafiają na jego oddział chirurgii plastycznej i oparzeniówki - z miazgą zamiast oka, naderwanym nosem, poparzoną twarzą, spalonymi włosami czy urwanymi palcami, które przywożą w reklamówce i proszą, żeby je przyszyć.
Przez cały miesiąc rodziny odwiedzają się co wieczór, bo uroczysta świąteczna kolacja najlepiej smakuje w towarzystwie najbliższych. W Libii nie ma zwyczaju podczas ramadanu jadać w restauracjach, zapewne dlatego, że większość jest podła, a te dobre, hotelowe, są obłędnie drogie.
Samir zaprasza całą naszą rodzinę na tradycyjny iftar8. Jedziemy do niego na Faszlum. Dzielnica ta cieszy się złą sławą ze względu zarówno na biedę jej mieszkańców, jak i ich tradycjonalizm oraz ortodoksję. Ostrzegano mnie, żebym się tam nie zapuszczała, bo szczególnie niemile widziane są niezakwefione kobiety bez mahrama9, męskiego opiekuna. Dlatego dla mnie jest to wyjątkowa okazja, by w miarę bezpiecznie zwiedzić tę niedostępną dla cudzoziemców część miasta. Z trudem, ale udaje mi się namówić Igo na tę eskapadę.
- Zaraz mnie szlag trafi! - krzyczy mój mąż, kiedy tuż przed maską naszego samochodu wybucha petarda, a my bezwiednie podskakujemy z łomocącymi sercami. - Nogi im z dupsk powyrywam!
- Nie klnij, tatuś - zwraca uwagę Sowa, choć akurat teraz mogłaby się nie odzywać. - Nam zabraniacie, to sami dajcie dobry przykład.
Rzucam jej spojrzenie bazyliszka, więc wbija się w fotel i obrażona zakłada słuchawki walkmana.
- Nie wychodź, tylko ruszaj - doradzam spokojnie, bo wiem, że nie ma sensu zadzierać z łobuzerią.
- Po co my tam w ogóle jedziemy? - Igo ma zły humor. - Nie słyszałaś, co to za rejon?
- No właśnie jestem ciekawa...
- Ja też - wyjątkowo popiera mnie Isiu. - Fajnie zobaczyć stary, ale nie odpicowany dla turystów Trypolis.
- A fajnie dostać kosą pod żebra? - Ojciec jest bezmyślny, bo nie powinien w ten sposób straszyć dzieci, lecz nasze potomstwo, wychowane w kraju uważanym za siedlisko terrorystów, jest zahartowane na takie gadki. - Dawno nie mieliśmy żadnych atrakcji?
- Dawno - potwierdza zmarkotniały syn. - Jest tu prawie tak samo nudno jak w Polsce. Gdzie ten magiczny, zaczarowany, ale i pierońsko niebezpieczny Orient?
- Drętwo to będzie u tych Libijczyków dzisiaj wieczorem - włącza się Sowa, która pomimo słuchawek na uszach podsłuchuje naszą rozmowę. - Co my tam będziemy robić? Nie ma żadnych rówieśników...
- Żreć! - Teraz ja nie wykazuję się pedagogicznym podejściem. - Jedziemy na kolację. Zeżremy i imszi barra10. - Najbardziej wkurzają mnie ci, co krytykują każdą moją inicjatywę.
Dojazd do dzielnicy Faszlum jest znacznie utrudniony. Prowadząca do niej droga jest nierówna i pełna dziur, nie ma tu chodników ani nawet pobocza. Zastanawiam się, jak poruszają się tędy piesi. Wkrótce moja ciekawość zostaje zaspokojona. Igo z trudem mija wciąż gęstniejącą ciżbę. Są to głównie mężczyźni w galabijach11, często w arafatkach czy turbanach na głowie, którzy lezą środkiem drogi, niechętnie ustępując miejsca jadącym autom. Wleczemy się niemiłosiernie. Jako że mam mnóstwo czasu, obserwuję w większości parterowe domy w kształcie klocków stojące dosłownie przy samej drodze. Albo nie ma w nich okien, a jeśli już są, to zakryte grubymi okiennicami, prawdopodobnie nigdy nieotwieranymi, bo zamkniętymi na kłódki. Wejściowe drzwi też są solidne, z grubych desek, osadzone na żeliwnych zawiasach, wzmocnione metalowymi sztabami ze skoblami. Wniosek z tego, że mieszkańcy prawie się barykadują w swoich domostwach. Jest to niepokojące i daje do myślenia. Tynk na chałupkach łuszczy się wielkimi płatami, pod dachami przebiega plątanina kabli, a rozdzielnice elektryczne są pootwierane.
- Samir podobno robi jakieś nieziemsko intratne interesy, nawet z nami, Polakami, a mieszka w takiej ruderze? - Jestem zdumiona, bo nie tego się spodziewałam. - Skupuje meble i sprzęt od polskich firm i z ambasady, handluje też ponoć gorzałą i elektroniką. To co on robi z całą tą forsą?
- A ty co, ze skarbówki jesteś? - Igo nie lubi nikomu zaglądać do portfela. - Co cię to obchodzi?
- Po prostu mnie to zastanawia.
Kiedy podjeżdżamy pod dom łącznika, gospodarz stoi już na progu i kieruje nas na miniaturowy parking. Igo dwoi się i troi, żeby nie zarysować auta, a przede wszystkim nikogo nie potrącić, bo bezmyślni przechodnie nie przejmują się jadącym pojazdem i pchają tuż przed maskę.
- Salam alejkum12. - W środku przy zamkniętych drzwiach witamy się z Hudą. Jest ubrana tradycyjnie w długą arabską suknię, zaś włosy ma szczelnie zasłonięte kolorową chustą.
- Alejkum salam - odpowiada, spuszczając wzrok, tak że nawet nie jestem w stanie dostrzec koloru jej oczu.
Wręczam jej wielkie pudło czekoladek, dla dzieci plastikowe zabawki i cukierki, a Igo daje Samirowi flaszkę zawiniętą w gazety, którą ten błyskawicznie wciska do szafki na buty.
Niewielki domek na Faszlumie jest jak pudełko czekoladek, tylko w brzydkim opakowaniu. Wnętrze jest czyściutkie, całkiem bogato i gustownie urządzone, a ukryte pod baldachimem z winnej latorośli podwórko naprawdę urokliwe.
Zaraz siadamy do stołu, bo przecież nie mamy za wiele wspólnych tematów, a o cokolwiek zapytam panią domu, ta zbywa mnie milczeniem albo coś bez sensu przebąkuje. Cały czas nie patrzy nam w oczy i tylko krzywo się uśmiecha. Zastanawiam się, czy nie jest przypadkiem lekko upośledzona.
Jadalnię urządzono jak w polskim domu - jest tu drewniany stół z tapicerowanymi krzesłami, obok stoi kredens z kryształami oraz dwie komody, zapewne na obrusy. Do złudzenia przypomina mi sprzedawane przez ambasadę meble, na które miałam chrapkę, ale jako że Samir brał wszystkie i płacił gotówką, to moja oferta w ogóle nie została wzięta pod uwagę.
Przekrój dań jest znakomity, począwszy od mezze13, przez siorbę adas14, a skończywszy na kuskusie z jagnięciną, choć mięso jest trochę sztywne. Po posiłku przenosimy się do urządzonego w arabskim stylu salonu z grubymi wełnianymi dywanami na podłodze, poduchami pod ścianami i stojącymi w kącie nargilami15. Na małych, niskich stoliczkach lądują ciasteczka oraz kawa i herbata. Wszystko nieziemsko aromatyczne, więc pomieszczenie zaraz wypełnia woń mięty oraz kardamonu pomieszana z topionym cukrem i orzechami.
- Teraz niech ci pani Tania powie, jak razem z Idą, drugą znakomitą kucharką, zapeklowały mięso na szaszłyki, które do nocy grillowałem na święcie narodowym w rezydencji ambasadora - dokładnie tłumaczy żonie gospodarz, jakby się usprawiedliwiał lub raczej szukał u nas alibi, a my z Igo od razu wychwytujemy nieścisłość, bo przecież zmył się koło dziesiątej wieczorem. - Co dodałyście, że ten stary cap rozpływał się w ustach?
- Kupiłeś nam leciwego barana? - Aż nie chce mi się wierzyć.
- Od pani ambasadorowej dostałem limit finansowy, a nie wiekowy.
Wybuchamy na to śmiechem, bo facet naprawdę jest cwany.
- Wiecie, że alkohol podczas gotowania czy pieczenia wyparowuje? - upewniam się, na co Libijczyk potakuje, a jego żona robi oczy wielkie jak spodki. W końcu poznajemy ich kolor: są obłędnie czarne. - Tak więc jedną część zalałyśmy czerwonym winem, a drugą piwem.
- Marnotrawstwo - pokpiwa Igo, myśląc, że ma przed sobą ludzi o zbliżonej do nas mentalności, zwłaszcza że Samir za kołnierz nie wylewa.
Nieoczekiwanie w Hudę jakby piorun trafia. Odrzuca od siebie małe dzieci, które od razu wpadają w szloch, skacze na nogi i drze się wniebogłosy:
- Jadłeś to?! - Gapi się na Samira jak na diabła wcielonego. - Gadaj! Brałeś jedzenie haram do ust?!
- Tylko spróbowałem... - kaja się Libijczyk. - Zaraz potem wyplułem.
- Przecież on nic nie wiedział o naszym fortelu, a jeśli się nie wie, to nie grzech - klaruję dewotce, przestraszona jej wybuchem.
- Haram! Jesteś nieczysty! - Stojąc, kobieta uderza męża z pięści w łysiejący czubek głowy tak mocno, że ten pewnie widzi wszystkie gwiazdy. - Nie zbliżaj się do mnie!
Następnie ze skowytem rannego zwierza wybiega z salonu i znika nam z oczu.
Siedzimy jak sparaliżowani. Sowa i Isiek wreszcie mają atrakcji bez liku. Biedny ten pan Samir, plącze im się po głowach. A taki wesoły gość. Szkoda go.
- Nadal uważasz, pani Tania, że powinienem był ją przyprowadzić do rezydencji? - pyta ze smutkiem gospodarz, szybko odprowadzając nas do drzwi.
- To znaczy, że religijna muzułmanka ma siedzieć zamknięta w domu? - Mimo wszystko nie popieram takiego traktowania kobiet.
- Lepsze to od histerii, która przeradza się w niekontrolowaną agresję.
- Może i racja.
- Od jakiegoś czasu wszystkie pieniądze odkładam na mahr16 dla swojej drugiej, normalnej żony. - Zastrachany facet ścisza głos, choć rozmawia z nami po polsku. - Mam już upatrzoną kandydatkę. W moim wieku, rozwódka, wykształcona.
- A co będzie z Hudą? Rozwiedziesz się czy zostaniesz poligamistą? - niepotrzebnie drążę i przedłużam rozmowę.
Igo patrzy na mnie z przyganą, bo wie, że nie jest tu bezpiecznie i lepiej się jak najszybciej zmywać.
- Zrobię, jak jej będzie pasowało. Jeśli chce, niech sobie siedzi na Faszlumie, w biednej fundamentalistycznej dzielnicy, gdzie jej miejsce. I niech się modli pięć razy dziennie. Ja się z tego cyrku wypisuję.
- O ile cię jej tatuś czy bracia nie przerobią wcześniej na mace. - Doświadczony konsul zna takie historie i żal mu gościa.
- Jak im wystarczająco dużo zapłacę, to dadzą mi spokój. Insz Allah17.
*
Niezrażeni feralnym iftarem u Samira i Hudy, idziemy na świąteczną kolację do Baśki i Hassana na Gurdżi. W tym roku tak niesamowicie się składa, że Wigilia wypada tego samego dnia co Eid al-Fitr, święto na zakończenie miesiąca postu ramadanu. Na Gurdżi jest zupełnie inaczej niż na Faszlumie. To dzielnica Trypolisu znajdująca się niedaleko wielkiego stadionu narodowego, a więc w prestiżowej części miasta. Dojechać do niej można autostradą, a kiedy się z niej zjedzie, już po chwili parkuje się na niewielkim placyku otoczonym nowoczesnymi, piętrowymi lub dwupiętrowymi kamienicami. Wśród nich wyróżnia się dom naszych przyjaciół, bo Baśka nie tylko w wystroju wnętrza, ale nawet w samej elewacji wprowadziła polskie elementy. Od białych tynków odbijają się brązowe okiennice z wyrzeźbionym na środku serduszkiem, a na parapetach stoją doniczki wymalowane w kaszubskie wzory z kolorowymi kwiatami. Nad wejściem po łuku pnie się kolorowa bugenwilla, a dookoła muru w wielkich dzieżach rosną oleandry. Sąsiedzi na początku krytykowali Polkę za jej jasną karnację, blond włosy i błękitne oczy, ale przede wszystkim za białe legginsy, w które wbijała swą pokaźną pupę, oraz pomalowane na żywoczerwony kolor paznokcie. Ostatecznie chyba docenili jej zaradność i wzięli z niej przykład, bo sami też zaczęli dbać o otoczenie. W efekcie plac na Gurdżi z polsko-libijskim centrum otwartym dla wszystkich Polaków dzień i noc prezentuje się jak nie z tej bajki. Kiedy ktoś się tu znajdzie, z miejsca zapomni, że Kaddafiego nazywa się królem śmieciarzy, a jego rodaków brudasami. Jak widać, nie wolno uogólniać ani kierować się stereotypami, bo chociażby tacy gurdżanie to wyjątkowi porządniccy.
Dzisiaj u Baśki ma być ze trzydzieści osób samej Polonii, licząc tylko dorosłych, bo dzieciaków będzie co najmniej drugie tyle i dlatego przeznacza się dla nich oddzielny pokój. Sąsiedzi i rodzina, jak to tu jest w zwyczaju, przychodzą i wychodzą, nie zagrzewając na dłużej miejsca. Imprezę robimy jak zawsze składkową, bo przecież nie narazimy naszych przemiłych gospodarzy na tak ogromne koszty. Mimo to Hassan, jako pan domu, kupuje nieprzebrane ilości produktów spożywczych i sam przygotowuje arabskie potrawy. Dziś nie będzie ulubionej jagnięciny, musimy zapomnieć o szaszłykach, kebabach i szawormie, bo Wigilia jest postna. Ale jaki to problem w Libii? Żaden, gdyż kraj ten leży nad brzegiem Morza Śródziemnego, więc owoców morza oraz ryb jest pod dostatkiem. Isiek i Sowa oraz ich polscy koledzy i koleżanki cieszą się, że nie będzie tradycyjnego wigilijnego karpia, bo go nie znoszą ze względu na zapach mułu, tak trudny do usunięcia. Dla młodych smażymy paluszki rybne, ale nie te gotowe z marketu, w których czasami trudno doszukać się ryby, ale ze świeżej rekinii, to znaczy młodego rekina. Do tego dostaną misy frytek i sałatek i będą przeszczęśliwi.
Moim sztandarowym daniem wigilijnym jest ryba po żydowsku, którą nauczyła mnie przyrządzać jeszcze moja babunia Zina. Tutaj zmieniam jej nazwę na rybę orientalną, by nie urazić Arabów, którzy na słowo "Żyd" czy "Izrael" dostają białej gorączki. Każda z koleżanek Polonusek przynosi jakieś danie typowe dla regionu Polski, z którego pochodzi. Ida z Wielkopolski szykuje makiełki, a to samo, tyle że pod nazwą "makówki", przynosi Ślązaczka Zosia-Pusia. Pomorzanka Baśka serwuje pluci, czyli ziemniaki w mundurkach z solonym śledziem, którym zajadają się także krakusy, w tym my z Igo. Ktoś szykuje śledzia po kaszubsku na słodko, który też robi furorę, i łazanki z makiem, które od razu porywają zachłanne dzieciaki. Na ogniu grzeje się barszcz czerwony z uszkami z polskich leśnych grzybów. Hassan z mężem Bożeny, Saidem, doktorem ortopedą, oraz naszym biednym łącznikiem Samirem szykują kuskus ze wspaniałą lokalną rybą o białym mięsie, zwaną faruszem. Do tego jest tyle past i sałatek, że zajmują one cały dwumetrowy blat komody.
Na parterze córki Baśki i Hassana z innymi nastolatkami kończą ubierać wigilijne drzewko, lampki migoczą, a dekoracje oślepiają feerią barw. Z głośników płyną polskie kolędy. Dzieci śpiewają w ich takt, bo przecież niedługo odbędzie się koncert kolęd w kościele św. Franciszka na Dahrze, który rokrocznie wygrywa polska szkoła.
Wspaniale czujemy się w swoim polsko-arabskim gronie, nie ma między nami żadnych podziałów czy animozji, tak samo się cieszymy i identycznie odczuwamy podniosłą atmosferę. Bezproblemowo dopasowujemy obchody świąt muzułmańskich i chrześcijańskich, do czego, jak się okazuje, wystarczą tylko dobre chęci.
Kiedy po obfitej kolacji rozsiadamy się z kubkami aromatycznej zielonej herbaty z miętą w dłoniach i oddajemy miłym pogaduszkom, licealna młodzież wykonuje jakieś dziwne ruchy. Skromnie ubrane dzieciaki, jak przystało na świąteczną uroczystość, zmieniają potajemnie odzież. My, matki, podpatrujemy je zaniepokojone. Nie mamy pojęcia, na co się zanosi. Żaden podrostek do tej pory się nie wygadał.
- Mamy sprawę. - Odważny delegat w końcu staje przed nami. Jest to oczywiście Isiek, bo wszyscy wiedzą, że to najlepiej ułożony chłopak wzbudzający zaufanie starych. - Już jesteśmy po Wigilii, prawda? - pyta z zabawnym wyrazem twarzy.
- Coś ty na siebie nałożył?! - Surowy Igo od razu na niego naskakuje, bo nie znosi raperskiej, hip-hopowej ani żadnej innej urban mody, której aktualnie hołduje jego syn. - Muszą ci gacie wychodzić ze spodni? Gdzie ty masz krocze? Na wysokości kolan?! W tę twoją wielgachną bluzę jeszcze dwóch dodatkowych gości by wlazło!
Młodzież stoi za sobą murem, w przenośni i dosłownie, tak więc tuż za Iśkiem pojawiają się bliźniacy Idy, syn Bożeny i Saida, pociechy Renaty, nauczycielki biologii, a na końcu nieśmiało dołączają do nich Marysia i Magda, córki gospodarzy. Hassan wybałusza oczy, nabiera powietrza i wstrzymuje je w płucach. Nastoletnie Libijki, nieziemsko piękne i zgrabne dziewczyny, mają na sobie kuse szorty, buty na koturnie i obcisłe topy. Nieskromnie odsłaniają młodzieńcze ramiona, dekolty i apetyczne brzuszki.
Baśka zawsze trzyma stronę córek i nigdy nie da ich zdeprecjonować ani zniewolić, ale nawet dla niej to lekka przesada.
- Co wy wyprawiacie? Chcecie potańczyć w sąsiednim pokoju? - zadaje pytanie i od razu na nie odpowiada: - W porządku. Włączcie muzykę i poruszajcie się trochę. Może sami do was dołączymy, bo po tym obżarstwie przyda nam się trochę ruchu.
- We włoskim konsulacie organizują dzisiaj dyskotekę - spokojnie wyjaśnia Isiek. - Dostaliśmy zaproszenie i pomyśleliśmy, że moglibyśmy tam zajrzeć na jakieś dwie godzinki.
Małolaty patrzą na starych z wyczekiwaniem, a my jesteśmy całkiem rozdarci. Ludzie w naszym wieku mają jeszcze możliwość zabawić się w Trypolisie, mogą posiedzieć na domówkach, napić się czy potańczyć, ale nastolatkowie żyją tu jak w więzieniu. Nie ma dla nich klubów, pubów, dyskotek, nawet kin.
- Jak się tam dostaniecie? - Igo spuszcza z tonu, bo ostatecznie wysnuwa podobne wnioski. - Pójdziecie na taksówkę? - Pokazuje palcem na roznegliżowane dziewczęta.
- Pan Samir załatwił nam busa. Złożyliśmy się...
- Samir, ty psubracie! - naskakujemy na kolegę, ale oczywiście z przymrużeniem oka. - Za naszymi plecami?
- Rozumiem, jak muszą się czuć, kiedy nawet my, dorośli i dojrzali Libijczycy, dusimy się we własnym kraju - tłumaczy mężczyzna.
Od tej pory przez prawie rok nasza licealna młodzież ma swoje miejsce na zabawę i harce. Do czasu, kiedy ktoś donosi na policję i dyskoteka zostaje zamknięta.
*
Siedemdziesiąt dni po zakończeniu ramadanu muzułmanie obchodzą Eid al-Adha, zwane Świętem Ofiarowania, upamiętniające ofiarę Abrahama i jego posłuszeństwo wobec Boga. To najważniejsze święto w kalendarzu islamu. Dla nas najgorsze jest to, że zwierzęta w rytualny sposób zabija się, gdzie popadnie, bo rzeź niewiniątek nikogo nie razi ani nie bulwersuje. Mieliśmy już z tym do czynienia, ale dla mojej rodziny, szczególnie dla mnie i dzieci, zawsze będzie to traumatyczne przeżycie.
- Jeśli dzisiaj nie pojedziemy na suk mięsny, to zostaną dla nas tylko flaki i skóra - pogania mnie Igo.
- Flaczki według przepisu mojej babuni uwielbiałeś - droczę się z nim, bo jakoś nie uśmiecha mi się teraz robić mięsnych zakupów. Podejrzewam, co tam się będzie działo. - Na przekór muzułmańskim zwyczajom zróbmy sobie wegetariański eid18 - proponuję, jakbym nie znała moich panów.
- Zamiast się przekomarzać, lepiej już jedźcie! - wykrzykuje ze swego pokoju Isiu, który ma gumowe ucho. - Młodzież potrzebuje pieczystego, a nie ogórków i pomidorów!
- To ty idź z tatą - próbuję się wymigać.
- Uczę się do egzaminów - stosuje stałą wymówkę, ale wcale mu się nie dziwię.
- Ja z chęcią się przejadę, jeśli najpierw skoczymy na brioszki z chrupiącym cukrem. - Sowa jest wyjątkowym łasuchem.
- Zbierajmy się zatem.
O dziwo, całkiem sprawnie dojeżdżamy na Dahrę, gdzie znajduje się nasza ulubiona piekarnia, jednak zaparkowanie w trypolitańskiej Hali Mirowskiej tego dnia graniczy z cudem. Igo jeździ w kółko, próbując gdzieś się wcisnąć, a ja spełniam prośbę córki, sama kusząc się na dwie przepyszne, jeszcze ciepłe bułeczki. Stoimy na tyłach obiektu i obserwujemy podjeżdżające pick-upy i półciężarówki załadowane meczącym i ryczącym bydłem. Handlarze z pak zganiają je kijami i prowadzą do prowizorycznych boksów z siatki, powiązanych patyków lub nawet tektury. Oprócz nieprzebranej ilości owiec i małych jagniątek, kóz i wielbłądów jest tam też parę krówek o smutnych oczach. Brioszka cofa nam się do gardła.
- Chodźmy szybko! - popędza nas Igo. - Zastawiłem czyjś samochód, ale nigdzie nie ma miejsca. Liczę, że przez dziesięć minut mnie nie staranują.
Pędzimy na front hali, tam, gdzie jest duży parking oraz witryny i wejścia do sklepów. Miejsce postojowe jest zablokowane, bo trwa na nim jatka. Żeby mięso było halal, zwierzęta muszą być zabijane rytualnie i umierać powoli, ale tu i teraz nikt nie ma na to czasu. Krew z szyj bydlątek tryska żywoczerwonym strumieniem, a po półgodzinie już obdziera się dogorywającego nieszczęśnika ze skóry. Wpadamy w ludzkie morze i nie mamy już możliwości się wycofać. Tłum ciągnie nas za sobą. Widziane dotychczas reklamy na sklepowych wystawach w postaci uciętego łba krowy czy wielbłąda z pomarańczą w rozwartym pysku i pietruszką w uszach, które nas obrzydzały i oburzały, były niczym. Patrzymy na przepełnione wielkie kubły na flaki i kontenery na skóry. Metaliczny smród zwierzęcej posoki gryzie nas w gardła, a lastriko w budynku jest od niej śliskie jak tafla lodu. Libijczycy drą się jeden przez drugiego, wyszarpując sobie co lepsze tusze. Są to nieraz spore sztuki wypatroszonego wołu lub barana, które albo wrzucają do czarnych worków na śmieci, albo zawijają w arkusze papieru. Szczęściarze, którzy zdobyli upragniony łup, zarzucają go sobie na plecy i trzymając za kopytka, co sił biegną do auta. Popychają nas z tyłu i przodu, a po bokach czujemy kuksające nas łokcie. Nie widzę w tym dzikim tłumie ani jednej kobiety - w tym wypadku dyskryminacja pań jest jak najbardziej akceptowalna, a nawet wskazana.
Trzymam w miażdżącym uścisku małą łapkę Sowy, a ona wbija mi paznokcie w skórę. Jej niebieskie oczka stają się stalowe, a blada zazwyczaj buźka kredowobiała. Boję się, że zaraz zemdleje i ją stratują. Igo zniknął. Nigdzie go nie widzę, więc nie mam nawet co go nawoływać. Nieoczekiwanie ląduję przed ladą znajomego masarza. Mężczyzna patrzy na mnie jak na zjawę nie z tego świata. Zaraz jednak szybko pakuje w szary papier kawał wielbłądziny, którą zazwyczaj u niego kupuję, oraz gicz jagnięcą, a następnie wrzuca to do wielkiej reklamówki.
- Ile płacę? - charczę, zduszona odorem gnijących zwierzęcych szczątków oraz ostrego męskiego potu.
- Innym razem, ma'am19.
- Jak to? - Nie zdaję sobie sprawy, że ja też tragicznie wyglądam i uprzejmy rzeźnik zwyczajnie się nade mną lituje.
- Masz coś? - słyszę głos Igo przy samym uchu i czuję jego twarde ciało blokujące tłum, który niemal wbija mnie w blat.
- Mój pomagier wyprowadzi was stąd - mówi rzeźnik, a mnie po raz kolejny zdumiewa życzliwość Arabów. - Zmykajcie. To nie miejsce dla was.
Na koniec wciska Sowie butelkę lodowatej wody mineralnej, którą moja córka łapczywie pije. Już po chwili jego pomocnik z jakimś drugim chłopakiem prowadzą nas przez zaplecze, które przypomina przedsionek piekła, bo jest całe we krwi i fekaliach zabitych zwierząt, a na dokładkę parę sztuk leży na skórach swoich krewniaków i dogorywa, przeraźliwie rzężąc. Dla naszych przewodników to nic takiego, ale mnie i Sowę ten widok dobija. Mam mroczki przed oczami, a mała traci równowagę. Igo w ostatniej chwili łapie ją i bierze na ręce. Wypadamy tylnym wyjściem. Zataczamy się. Pochylam się i gwałtownie wymiotuję, a moja córeczka idzie w moje ślady. Ostatkiem sił dobiegamy do auta i tak jak stoimy, ze stopami umorusanymi krwią i wymiocinami na ubraniach, wskakujemy do środka.
Ten zapach i koloryt Orientu zdecydowanie nie przypada mi do gustu i nigdy nie będę za nim tęsknić.
3 Jedynka - reprezentacyjny samochód szefów placówek dyplomatycznych ma na tablicach rejestracyjnych numer jeden przed kodem kraju i skrótem CD (korpus dyplomatyczny).
4 Halal - dosł. to, co nakazane; dozwolone według prawa muzułmańskiego.
5 Haram - zakazane, grzeszne.
6 Szaworma (szawarma) - bliskowschodnia potrawa w postaci skrawków mięsa z kurczaka, wołowego lub baraniego ścinanych z pionowego obrotowego rożna. Serwowana w picie lub jako danie z ryżem.
7 Sadiqati - moja przyjaciółka.
8 Iftar - dosł. śniadanie; kolacja w ramadanie będąca pierwszym posiłkiem dnia.
9 Mahram - męski opiekun muzułmańskich kobiet.
10 Imszi barra! - Wynocha! Wypierdalać!
11 Galabija - męski lub damski jednobarwny strój w formie długiej sukni/płaszcza z rozcięciem pod szyją albo zapinany na guziki.
12 Salam alejkum - Pokój z tobą, dzień dobry, witaj. Odpowiedź: Alejkum salam - Z tobą także (pokój).
13 Mezze - arabskie przystawki, składające się przeważnie z pasty humus i baba ghanusz, oliwek, serka lebneh, pomidorów w oliwie i pity.
14 Siorba adas - zupa z soczewicy.
15 Nargila - inaczej szisza; fajka wodna.
16 Mahr - wiano określone w umowie małżeńskiej, które dziewczyna lub kobieta dostaje od muzułmańskiego męża.
17 Insz Allah - Jak Bóg zechce. Jak Bóg da.
19 Ma'am - skrót od madame - pani.