OPIEKUN POKRZYWDZONYCH KOBIET
Hamid Binladen przechodzi rękawem samolotu i bezpardonowo wparowuje do środka wielkiej maszyny. Zbliża się do stewardesy, pokazuje jej legitymację i szepcze coś na ucho.
- Ze względów bezpieczeństwa wszyscy pasażerowie proszeni są o pozostanie na swoich miejscach - ogłasza pracownica Emirates. - Urząd bezpieczeństwa musi przeprowadzić kontrolę.
Najpierw słychać szum niezadowolonych głosów, a później zapada martwa cisza. Wszyscy zastanawiają się, czy w samolocie jest bomba czy terrorysta. Czy bezpieka szuka kolejnego ukrywającego się dysydenta, którego mają zamiar aresztować lub zabić? W klasie ekonomicznej zakwefiona11 kobieta nieśmiało podnosi wzrok. Jej smutne spojrzenie się rozjaśnia, kiedy widzi przystojną twarz Hamida Binladena, ubranego w strój urzędowy saudyjskich służb specjalnych - białą tobę12 oraz kuloodporną kamizelkę z przełożonym przez pierś karabinem maszynowym. Wszyscy, którzy widzą jego i dwóch podążających za nim towarzyszy, wstrzymują oddech i prawie szczękają zębami ze strachu, a tylko jedna jedyna Saudyjka drży z radości, a serce chce jej wyskoczyć z piersi. Kobieta wstaje.
- Said13 Binladen.
- Saida14 Fatima?
- Ajwa15.
- Banat16? - Pokazuje palcem na jej córki.
- Ajwa.
- Imszi17.
Niezatrzymywani przez nikogo wychodzą z samolotu. Gęsiego za mężczyzną podążają w pełni zakwefiona kobieta w średnim wieku i jej trzy córki, które zakrywają szczupłe ciała czarnymi abajami18, lecz ich włosy osłaniają tylko kolorowe hidżaby19. Ich smutne buzie i zapuchnięte od płaczu oczy świadczą o tym, że niedawno przeżyły jakąś tragedię. Najstarsza, dwudziestojednoletnia, trzyma opiekuńczo za rękę najmłodszą, zaspaną dziesięciolatkę; zmęczoną ciągnie za sobą, by dorównać kroku wysokiemu długonogiemu facetowi. Matka prawie truchta za maszerującym Binladenem, który chciałby jak najszybciej mieć tę sprawę z głowy. Bo to jeszcze nie koniec zadania, którego podjął się Saudyjczyk, mąż Miriam bint Ahmed Salimi Binladen. Znanej jako Marysia Salimi.
- Rodzina już jest? - Potwierdza u umundurowanego funkcjonariusza, kierując się do specjalnej izby przesłuchań urzędu emigracyjnego na międzynarodowym lotnisku króla Chalida w Rijadzie. - Proszę się zaopiekować kobietami. Nakarmić. Napoić. Posadzić wygodnie. - Wydaje krótkie rozkazy jak szczeknięcia, a służby lotniskowe zginają się tylko wpół, opuszczają wzrok i głowy, nie chcąc tych głów stracić w wyniku drobnej pomyłki czy banalnego potknięcia. Jeśli "cichociemni" interesują się sprawą, to oznacza, że jest ona poważna, wręcz gardłowa, i każdy przy zdrowych zmysłach chce uniknąć wpadki. Te brygady dla zwykłego człowieka przeważnie są groźne.
- Panie... - Saudyjczyk z prowincji, bliski płaczu, nie rozumie, co się dzieje. - Ja nic nie zrobiłem. Przyjechałem tylko po szwagierkę i jej córki. Ambasada saudyjska w Warszawie kazała mi to zrobić. Mój brat ponoć haniebnie umarł. Jego córka też. Cała rodzina została zhańbiona. Ach! - Robi teatralne miny, a następnie spogląda na Binladena z nieudawaną rozpaczą. - Mam polecenie zabrać kobiety i zastosować wobec nich areszt domowy do odwołania. Są czemuś winne, ale ja nie wiem czemu... - śpiewa jak na przesłuchaniu i pytluje tak szybko, że aż się zatęcha i chwyta za gardło.
- Kobiety niczemu nie są winne. I nigdzie z tobą nie pojadą. Wybij to sobie z głowy! - informuje go Hamid, opierając się dwoma rękami o stolik, za którym siedzi przesłuchiwany, i wbijając w mężczyznę rozeźlony wzrok.
- Panie! Ja jestem ich mahramem20! - Używa ostatecznego argumentu, bo liczy na to, że przejmie cały niemały majątek brata za wątpliwą opiekę nad więźniarkami.
- Już nie, ty hieno! - Funkcjonariusz podnosi głos.
- Ależ!
Hamid gwałtownie podnosi rękę z wyciągniętym palcem wskazującym, a przestraszony chłopek odsuwa się wraz z krzesłem, lądując plecami na ścianie maleńkiego pomieszczenia.
- Oto akt sądowy przyznający mi opiekę nad tymi kobietami. - Binladen ledwie na parę sekund podsuwa mu pod nos dokument obity okrągłymi czerwonymi pieczęciami, licząc, że ma do czynienia z analfabetą lub przynajmniej półanalfabetą. Nie jest to oczywiście oficjalny nakaz, bowiem na jego załatwienie potrzeba dużo czasu. - Są objęte programem ochrony świadków. - Szybko chowa papier do czarnej teczki.
- Że jak? Że co? - Kmiot nigdy nie słyszał takich trudnych słów.
- Czy zwłoki twojego brata i bratanicy zostały odesłane do domu?
- Nie...
- Czy wiesz, gdzie się znajdują?
- Nie...
- Nie zainteresowałeś się?
- Nie... A dlaczego?
- Dlatego, głupkowaty padalcu, że to twój brat. Został w skrytobójczy sposób zamordowany, a jego ciało zbezczeszczone.
- Niemożliwe! Toż to był zwykły, dobry muzułmanin. - Mężczyźnie, w głębi serca dobrodusznemu człowiekowi, żal bije z twarzy.
- I tak tego prawowiernego muzułmanina zostawiłeś? Bez pochówku? - drąży przesłuchujący.
- Bałem się. - W końcu otwarcie wyznaje. - Nie miałem możliwości cokolwiek powiedzieć. Nie dopuścili mnie do głosu. Przecie ja bym mej szwagierki i bratanic tak za bardzo nie więził, panie. - Ociera pot z czoła i łzę z policzka kraciastą, czerwono-białą chustą, która ciągle mu się zsuwa. - Ale kazali, to co zrobić? Co ma zrobić taki biedny, prosty człowiek jak ja? - Radzi się, szukając rozwiązania swojej patowej sytuacji u Hamida.
- Dobrze, już dobrze. Wiem, żeś poczciwina.
- Co mam powiedzieć ambasadzie, jak mnie zapytają o kobiety?
- Tym też się zajmę. Już nikt nigdy nie poruszy tego tematu.
- Tak, jaśnie panie. - Teraz biedak wie już na sto procent, że ma do czynienia z wielce mocarnym panem, i czuje, że za chwilę ze strachu puszczą mu zwieracze. Za chwilę zwyczajnie zsika się z przerażenia. - Ja said21... Ja ustaz22... - Na bezdechu powtarza, z uszanowaniem chyląc czoło, którym prawie dotyka już blatu.
Wieśniak trzęsącymi się rękami ściska swoją brudną chustę i ciągle nerwowo przeciera nią czoło i łysinę, dotyka rozpłomienionych policzków i drżących ust.
Hamidowi żal niczego nieświadomego chłopka. Podaje mu szklankę wody, którą ten, ledwo donosząc do ust, wypija duszkiem.
- Sprzedasz majątek brata i uczciwie, co do grosza, przekażesz na ten rachunek. - Wciska mu kartkę z numerem konta w saudyjsko-amerykańskim banku SAMBA. - Wszystko pójdzie na fundusz twoich bratanic, żeby mogły się uczyć i kiedyś szczęśliwie wyjść za mąż.
- Tak... Dziękuję łaskawemu panu. Ale co ja mam powiedzieć żonie? Ona tam czeka na swoje kumy krajanki z wystawną kolacją, prezentami... Tak się cieszyła, że wracają, bo brakuje jej towarzystwa.
- Będzie mogła je odwiedzać w Rijadzie.
- To tak daleko...
- Jak tylko jej się zachce przyjechać, to dasz znać, a ja wyślę po nią samochód.
- Dziękuję, panie. - Mężczyzna przytyka dwa palce do ust, całuje opuszki, a potem dotyka nimi czoła.
- Bądź dobrym muzułmaninem, to może nagroda spotka cię już za życia na tym świecie. - Hamid poklepuje przesłuchiwanego po plecach i czuje, jak bardzo ten się spocił. Jego cienka toba jest całkiem mokra i nadaje się do wyżęcia. - Po co czekać na raj? - dorzuca lekkim, pogodnym głosem przystojny Saudyjczyk.
Ortodoksyjny wahabita23 patrzy na rozmówcę jak na wariata lub odszczepieńca, bowiem w tym momencie zbluźnił, ale zaraz opuszcza wzrok, bo widocznie takim wszystko wolno. W końcu to władza. Teraz chłopek marzy tylko o tym, żeby jak najszybciej stąd uciec, co czyni, gdy tylko Hamid otwiera drzwi. Co chwilę obraca się jeszcze i wykonuje pokraczne ukłony z półobrotu, ale jak tylko znajduje się za zakrętem, to puszcza się biegiem, śmiesznie podciągając przeszkadzającą mu długą do ziemi męską suknię.
Po skończeniu ważnej rozmowy Hamid udaje się do saloniku VIP24, w którym siedzą już zrelaksowane i uszczęśliwione, choć nadal trochę przestraszone, kobiety i dziewczynki. Fatima i jej córki nie zasłaniają twarzy, widząc niespokrewnionego mężczyznę - w końcu długie lata żyły w normalnym kraju. W ich ukochanej Polsce. Fatima wie, że Binladen jest saudyjskim modernistą, który swojej żonie pozwolił na samodzielny wyjazd za granicę, studia, nowoczesny strój i całkowitą niezależność.
- Panie Binladen, ratujesz nam, biednym, wdowie i sierotom, życie. - Arabka w końcu chce podziękować swojemu wybawicielowi. - Niech cię Allah błogosławi. - Pochyla się, chcąc ucałować dłoń nowego protektora. - Odtąd jesteś naszym mahramem, naszym panem...
- Jestem tylko zwykłym człowiekiem, ja saida.
Zadowolony, podłechtany Hamid uśmiecha się pod nosem, dosiada do grupy, nalewa sobie wody i podbiera kawałek ulubionej szawormy, która leży na stole. Przez chwilę rozmawiają o błahych sprawach, bo żadna z deportowanych nie śmie dowiadywać się, co dalej z nimi będzie.
- Najedzone? Wypoczęte? - pyta mężczyzna, a widząc potwierdzenie malujące się na ich zadowolonych buziach, decyduje: - To ruszamy. Nowy Rijad czeka na was. Teraz będziecie mogły nawet prowadzić tutaj samochód.
- Wallahi25! - wykrzykuje zachwycona Fatima.
- Osiedle Las Palmeras jest w sam raz dla was. Zamieszkacie w niedużym, ale całkiem przytulnym i sympatycznym domku. Do mnie i mojej żony będziecie miały żabi skok. Pięć minut piechotką.
- Nowy Rijad... Nowa przyszłość... Może nie będzie tak źle? - szepcą między sobą matka i jej trzy córki, okryte abajami, lecz już niezasłaniające twarzy, bo ich nowy sponsor tak powiedział i tak będzie. Bez męża i ojca, bez ich rodowitego opiekuna oraz bez ukochanej córki i siostry muszą teraz wkroczyć w nowe życie, nowy saudyjski świat, o którym przez ostatnie dziesięć lat usiłowały zapomnieć i odsuwały go od siebie jak najdalej. Najmłodsza Maha, urodzona w Polsce, nie zna swej ojczyzny, ale patrząc teraz zakochanym wzrokiem na ich wybawiciela, przystojnego Hamida Binladena, uważa, że jej rodzina przesadzała i że tutaj też da się szczęśliwie żyć. Przy takim miłym, atrakcyjnym, a przede wszystkim wszechmocnym protektorze nic nie może być straszne.
- Panie Binladen! Właściciel mnie zlinczuje! Wyrzuci! - Filipiński menedżer osiedla Las Palmeras robi nieoczekiwane trudności. - Same mają mieszkać? Saudyjki?!
- Przecież na osiedlu rezydują również samotne cudzoziemki, lekarki i pielęgniarki, którym szpital wynajął tutaj domy. One także są bez mahrama. Co mi pan tutaj, kochany panie Ismail, opowiadasz? - Hamid zdaje sobie sprawę, że nie ma co naskakiwać na służbistę, bo jeśli sprawa pójdzie po linii oficjalnej, to przy tylu lewych papierach na pewno jej nie wygra. - Obiecuję, że na dniach doniosę notarialne pismo informujące, że jestem mahramem całej czwórki.
Saudyjczyk znowu został postawiony przed faktem dokonanym przez swoją żonę Marysię, która zadzwoniła i poinformowała go, że dosłownie za chwilę lądują w Rijadzie pokrzywdzone kobiety, którymi absolutnie musi się zająć, bo jeśli przejmie je ortodoksyjna rodzina z Qasim, znikną one jeśli nie z powierzchni ziemi, to na pewno z przestrzeni publicznej wahabickiej Arabii Saudyjskiej. I jak nie zareagować na taką prośbę? Jak nie pomóc nieszczęśniczkom?
- Saida Fatima będzie pracowała u mnie w rezydencji. - Wpada nagle na genialny pomysł, bo jego podeszły wiekiem majordomus już ledwo daje sobie radę.
- Dziękuję, panie. - Saudyjce aż oczy się śmieją, bo w życiu nie podejmowała żadnej pracy, gdyż przecież nie umie nic oprócz bycia żoną i matką. Dobrą matką.
- To niech tam zamieszkają. - Tchórzliwy Ismail znajduje korzystne dla siebie rozwiązanie.
- Żartujesz? Moja żona byłaby o nie zazdrosna. Szczególnie o te młódki. - Binladen pokazuje wzrokiem na śliczną dwudziestolatkę Sulejmę, studentkę medycyny, następnie na pyzatą, uśmiechniętą szesnastolatkę Minę, a kończy na Masze, która wodzi za nim rozanielonym wzrokiem, co tylko potwierdza jego obawy.
- Pana zołdża26 jest tak piękną hurysą, że nie musi być o nikogo zazdrosna.
Hamid zastanawia się, skąd ten kiep ma takie dobre informacje. Przypomina sobie jednak, że Marysia nie raz bywała na tym osiedlu, bo przecież od lat przewijają się przez nie Polacy pracujący i żyjący w Rijadzie.
- Wynajmę może od razu dwie wille, to będę miał jedną w rezerwie? - Zastanawia się na głos bogacz. - Tak, tak będzie najlepiej. Zapłacę za obie za rok z góry.
Azjata wybałusza tylko oczy, bo kto ma tyle pieniędzy, żeby od ręki wyłożyć prawie sto tysięcy dolarów. Oczywiście Binladen.
- Nie wiem, panie, czy mamy jeszcze jakąś... - Niby jeszcze się wzbrania, szybko kombinując, jak by coś na tej transakcji osobiście uszczknąć.
- Procent dla ciebie - otwarcie oferuje niecodzienny kontrahent.
- Procent to haracz, zabronione, nie wolno, religia... - Ściemnia tamten, ale zaraz się opamiętuje. - Bakszysz27 jest okej. Jaki? - Zmienia front, a oczy błyszczą mu chytrze.
- Wiem, że za jedną willę bierzesz pięć tysięcy dolarów, więc za dwie dostaniesz osiem.
Filipińczyk poważnieje, serce na chwilę mu staje, bo okazuje się, że wszyscy wiedzą o jego lewych dochodach i skorumpowaniu. Na czoło wychodzi mu pot i niebezpiecznie blednie, gdyż ma świadomość, że za takie przekręty łatwo jest tutaj trafić do więzienia. A kiedy doliczy się do tego sutenerstwo, handel zakazanym alkoholem i narkotykami, które z zapałem dostarcza wymagającym rezydentom i z jeszcze większym zamiłowaniem sam zażywa, to co najmniej dożywocie ma zagwarantowane. O ile ktoś się nie uweźmie i nie skrócą go o głowę.
- Jak dla pana, to może być pięć tysięcy - szepcze, bo teraz już doskonale zdaje sobie sprawę, że ten facet ma go w garści.
- Dziękuję, sadiqi28. - Hamid uśmiecha się od ucha do ucha. - Zatem nadwyżkę przekażemy biednej wdowie i sierotom. Zrobiłeś dobry uczynek, człowieku. - Chichocze. - Spełniłeś zakat29, jeden z filarów islamu. To się chwali. Mam nadzieję, że będziesz kontynuował swą dobroczynną działalność wobec nich. Liczymy na darmowy przewóz dziewczynek na uniwersytet i do szkoły, popołudniami zaś matki i córek na zakupy. Przyda się też pomoc w urządzeniu się. Najlepiej od razu dzwoń po ekipę remontową, bo przecież biedulki nie mogą wejść do takiej ruiny pełnej pająków, karaluchów i mrówek. Fisa30, fisa!
Hamid bierze pod ramię śmiertelnie przestraszonego Filipińczyka, zarządzającego majątkiem swojego saudyjskiego sponsora, i wylicza mu niekończącą się litanię próśb i potrzeb. Za nimi krok w krok idą zadowolone młode z matką, z każdym krokiem rozpinając zatrzaskę po zatrzasce swoje czarne abaje, by na koniec zrzucić znienawidzone płaszcze wzorem otaczających je cudzoziemek, które opalają się nad basenem w kostiumach bikini. Takiej Arabii Saudyjskiej kobiety z Qasim nie znały. Do tej pory nie miały o niej zielonego pojęcia. Taką Arabię są w stanie nawet pokochać.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI
PEŁNY SPIS TREŚCI:
DRODZY CZYTELNICY
PROLOG
PAN I WŁADCA