ROZDZIAŁ 1
Męska opieka
Inwigilowanie internetu w Arabii Saudyjskiej nie jest dla jej obywateli żadnym zaskoczeniem - raczej zupełnie oczywistym porządkiem rzeczy. Tam nikt się przeciwko temu nie buntuje. Niezgodę wywołują raczej efekty tej inwigilacji.
Krajem od kilku lat rządzi niespełna czterdziestoletni książę koronny Mohammed bin Salman, zwany potocznie MBS - człowiek, który doskonale rozumie nowe media i wie, jak bardzo niebezpieczne potrafią one być. Chociaż formalnie królem wciąż jest jego ojciec, to MBS stoi za wszystkimi reformami w państwie, a także za potężną armią ludzi zatrudnionych specjalnie do manipulowania przekazem w mediach społecznościowych i oczyszczania ich z tych, których głos nie współbrzmi z głosem władcy.
Na arenie międzynarodowej książę Mohammed też jest jednym z niewielu liczących się przywódców, którzy rozumieją siłę mediów internetowych - i całkiem możliwe, że w przyszłości sam będzie ich używał, by wpływać na świat. Już teraz za ich pomocą zręcznie i na szeroką skalę manipuluje opinią publiczną na temat Arabii Saudyjskiej, choć swoje wysiłki skupia głównie na sytuacji wewnętrznej, dbając o to, by obywatele byli zadowoleni z przyszłego króla, nawet jeśli obiektywnie nie mają ku temu wielu powodów.
Jednym z podejmowanych w mediach społecznościowych tematów, który miesza szyki saudyjskim propagandystom, jest kwestia tak zwanej męskiej opieki. To głęboko zakorzeniony w Arabii Saudyjskiej system, który formalnie uznaje dorosłe kobiety za wiecznie małoletnie, niezdolne do decydowania o sobie, przez co skazane na bycie "podopiecznymi" męskich opiekunów. Każda Saudyjka bez wyjątku musi mieć swojego wali albo mahrama. Wali to opiekun, z którym kobieta jest spokrewniona - jej ojciec, brat, syn, wuj. Mahram to jej mąż.
Już samo mówienie o sprawowanej nad kobietami opiece w saudyjskim systemie prawnym jest czystą manipulacją, bo nie o opiekę tu chodzi. Owszem, zgodnie z prawem mężczyźni mają obowiązek zapewniać pozostającym pod ich skrzydłami kobietom byt, ale mogą jednocześnie wpływać na ich decyzje osobiste, prawne i społeczne. Często zdarza się przy tym, że ich prawa znacznie przewyższają znaczeniem obowiązki.
Władze wprowadzają w tej kwestii reformy, ale zwykle są one bardzo pozorne i mocno kosmetyczne. Kluczowe decyzje - dotyczące małżeństwa, spraw majątkowych, hospitalizacji czy mediacji sądowych - nadal wymagają męskiej zgody. Kiedy zezwolono kobietom na swobodne podróżowanie, okazało się, że wprawdzie nikt już nie zatrzyma Saudyjki z walizką bez mężczyzny u boku, ale co z tego, skoro mahram lub wali wciąż może nie wyrazić zgody na jej podróż.
Instytucja opiekuna prawnego kobiety nadal ma ogromne poparcie w saudyjskim społeczeństwie - i co ciekawe, jej zwolennikami nie są wyłącznie mężczyźni, ale często też starsze kobiety. Bunt rodzi się wśród tych młodych. A że w autorytarnym kraju, który odmawia swoim obywatelom prawa do protestu, sprzeciw nie jest prosty, rewolucjonistki organizują się właśnie w mediach społecznościowych - to w internecie pozwalając sobie na krzyk.
Jedną z najgłośniejszych w ostatnich latach kampanią na rzecz praw saudyjskich kobiet były #EndMaleGuardianship ("zakończcie męską opiekę") i #IAmMyOwnGuardian ("jestem swoją własną opiekunką"), które przyprawiły saudyjskie władze o uporczywy ból głowy. Manahel bint Nasser Khalaf al-Otaibi była jedną z najbardziej znanych twarzy tych kampanii. Wymyśliła je zresztą wraz ze swoimi siostrami. Influencerka zdobyła wielomilionowe zasięgi dzięki swoim filmom promującym zdrowy styl życia i kulturę fitness. Kobiety chętnie korzystały z jej porad, treningów i wskazówek, jak utrzymać ciało w formie lub jak ją zdobyć. Czasami rozbawiała je, tańcząc w zasłaniającej twarz kefiji lub żartując na temat mężczyzn. Zgromadziła wokół siebie wierne grono obserwatorek, a popularność wykorzystała do tego, by zawalczyć o Saudyjki. Mogłoby się wydawać, że w jej przypadku to rodzaj genetycznego obciążenia. Manahel bunt bowiem wyssała z mlekiem matki. Pochodzi z niezwykle walecznego beduińskiego plemienia al-Otaibi, które w przeszłości wielokrotnie sprzeciwiło się saudyjskim władcom.
Jednym z najsłynniejszych przedstawicieli al-Otaibi był Sultan bin Bajad. Początkowo był on wiernym stronnikiem pierwszego króla Arabii Saudyjskiej, założyciela tego państwa - Abd al-Aziza ibn Su'uda. Bin Bajad swoimi podbojami wspierał misję zjednoczenia, ale w pewnym momencie pojawił się problem - Sultan był bowiem zwolennikiem izolacji nowego kraju, który w jego wizji miał być nietkniętą przez niewiernych ostoją islamu. Nie spodobała mu się współpraca Abd al-Aziza z Imperium Brytyjskim i - jak to określał - sprzeniewierzenie się muzułmańskim wartościom. Zbuntował się przeciwko nowemu władcy. Nie doczekał oficjalnego powstania kraju, który pomagał współtworzyć. Pojmany przez stronników Abd al-Aziza zmarł w więzieniu.
Innym słynnym buntownikiem z plemienia al-Otaibi był wnuk Sultana bin Bajada, Juhayman al-Otaibi, który stanął na czele powstania przeciwko Saudom. Wraz z kilkoma setkami swoich zwolenników opanował Wielki Meczet w Mekce, wieszcząc rychły koniec władzy dynastii. Przyświecały mu takie same idee jak kiedyś jego dziadkowi, choć Juhayman był zdecydowanie bardziej radykalny. Opowiadał się za odrzuceniem wszelkich przejawów nowoczesności - sprzeciwiał się "zdradzie" Saudów i ich zgodzie na kontakty z Zachodem, popierał nawet społeczne zakazy odtwarzania muzyki. To między innymi on zorganizował krucjatę przeciwko sprowadzeniu do Królestwa telewizji, stanowczo potępiał też udział kobiet w życiu publicznym i ich edukację.
Oblężenie Wielkiego Meczetu trwało czternaście dni, pochłonęło wiele ofiar i wstrząsnęło całym światem muzułmańskim. Wprawdzie wszyscy uczestnicy oblężenia zostali straceni, a Juhaymana ścięto w Mekce, ale jego misja wpłynęła na sytuację w kraju przez kolejne dekady. Wzmocniła konserwatywne nastroje i wywołała potężne zmiany w podejściu do polityki, zmuszając Saudów do największego od czasów założenia państwa zwrotu ku islamskiemu fundamentalizmowi.
Chociaż poglądy Manahel i jej słynnych przodków plasowały się na dwóch skrajnych biegunach, kobieta z pewnością odziedziczyła po protoplastach odwagę i niezgodę na serwowany przez rodzinę Saudów porządek w kraju. Nie zamierzała milczeć, nawet jeśli miało to być dla niej niebezpieczne.
Historia jednak lubi się powtarzać. Zaraz po objęciu władzy w kraju przez młodego księcia koronnego Mohammeda bin Salmana Manahel była zachwycona i tak jak jej słynny przodek została głośną zwolenniczką przyszłego króla. Radość z wyboru wyrażała tak, jak zrobiłyby to jej rówieśniczki na całym świecie - za pomocą swoich popularnych kanałów w mediach społecznościowych.
Kiedy Mohammed bin Salman pojawił się na arenie politycznej, był pierwszym spośród królów i książąt koronnych, który otwarcie mówił o prawach kobiet i reformach koniecznych do tego, by zagwarantować im wolność. Publicznie przyznawał, że nie widzi nic zdrożnego w tym, by Saudyjki pokazywały się publicznie bez abai, przekonując, że to, co noszą, powinno być wyłącznie ich wyborem. W jednej chwili zjednał sobie serca milionów obywatelek. Manahel i jej siostry oczywiście były wśród nich.
Niedługo po tym płomiennym przemówieniu nowego księcia koronnego Manahel - w dżinsowych ogrodniczkach i białej koszulce - pojawiła się na jednej z ulic Rijadu, by nagrać filmik o zmianach, jakie zapowiedział władca. Wychwalała go pod niebiosa: "Wreszcie mogę robić to, co chcę. Nikt mnie do niczego nie zmusza. Nie mówi mi, jak mam się ubierać...".
Manahel i jej siostry, Fawzia i Mariam, zdawały sobie jednak sprawę, że nie wszystkie należne im prawa dostaną podane na tacy - o te najważniejsze będą musiały zawalczyć. Ale wierzyły, że mają po swojej stronie wielkiego reformatora w królewskim pałacu. Księcia wierzącego, że kobiety zasługują na to, by traktować je na równi z mężczyznami. Były przekonane, że po raz pierwszy w saudyjskiej historii walka o emancypację nie zostanie z góry skazana na porażkę. To właśnie wtedy rozpoczęły kampanię #IAmMyOwnGuardian i zaczęły rozpowszechniać w mediach społecznościowych petycję, której głównym celem było zniesienie przymusowej męskiej opieki. Przekonywały, że ośmiesza ona wszelkie reformy, które w kontekście praw kobiet przeprowadza i zapowiada książę Mohammed bin Salman, bo niezależnie od tego, na co pozwoli Saudyjkom nowe prawo, mężczyzna zawsze może im tego zakazać.
W takim kraju jak Arabia Saudyjska zdobycie się na złożenie podpisu pod tego typu petycją jest aktem niezwykłej odwagi, ale siostrom al-Otaibi i tak udało się zdobyć ich przeszło czternaście tysięcy. Jednak wraz z rosnącym zaangażowaniem w kampanię malała ich wiara w to, że w ojczyźnie zachodzą realne zmiany. Coraz częściej miały przeczucie, że ich petycja zostanie zignorowana i trafi do kosza. Wszystko, co politycznie działo się w sprawie Saudyjek, było tylko piękną fasadą dla świata, nie zmieniało wiele w ich codzienności. Wkrótce ich przeczucia zmieniły się w pewność - ale siostry al-Otaibi nie zamierzały się poddać.
Oficjalnie nikt nie zakazał im używania w komunikacji hasztagów nawiązujących do zniesienia męskiej opieki, choć próbowano je do tego zniechęcić. W mediach społecznościowych rozpoczęła się istna kampania nienawiści - do pisania obraźliwych komentarzy władze zatrudniły całą farmę trolli - ale wysiłki te nie przynosiły pożądanego rezultatu. Przeciwnie, poparcie dla sióstr nie malało, a ich zasięgi rosły. Represje przyjęły więc inną formę.
Fawzia została zatrzymana za opublikowany w sieci filmik, w którym tańczy w dżinsach i sportowej czapeczce. Ale czy MBS na to nie pozwolił? Przecież kobiety mogły decydować o tym, jak się ubierają. Niestety. Dziewczyna stanęła przed sądem za "niemoralne zachowanie" i została skazana na karę wysokiej grzywny. To miała być forma pogrożenia palcem, ostrzeżenia, że jeśli siostry nadal będą angażować się w kwestie emancypacji kobiet, mogą je spotkać znacznie bardziej dotkliwe konsekwencje.
Ścigana przez aparat państwa, Fawzia w końcu została zmuszona do wyjazdu z kraju. Przed kolejnym aresztowaniem najpierw uciekła do Bahrajnu, a później przez Turcję do Szkocji, gdzie ostatecznie się osiedliła. Arabia Saudyjska wydała jednocześnie dwie pozornie znoszące się dyrektywy: nakaz ścigania jej i zakaz wjazdu do kraju, co oznacza, że jeśli Fawzia kiedykolwiek wróci do swojej ojczyzny, to wyłącznie w kajdankach i na pewno nie po to, by cieszyć się jej urokami.
Mariam, najmłodszej z sióstr, nie udało się uciec przed represjami. Kiedy niedługo po osądzeniu Fawzii i ona trafiła za kraty na ponad sto dni, objęto ją zakazem podróżowania i poddano ścisłej inwigilacji, która nosi znamiona nieco bardziej liberalnego aresztu domowego. Kobieta może wprawdzie poruszać się po mieście, ale jest nieustannie śledzona.
Największe represje spotkały jednak najbardziej znaną z sióstr, Manahel, która swoim imieniem firmowała cały buntowniczy ruch. W jej przypadku nie było półśrodków. Nie zastosowano żadnej taryfy ulgowej. Oddano w jej kierunku symboliczne strzały ostrzegawcze w postaci krótkiego aresztowania, mającego powstrzymać ją przed dalszą "szkodliwą działalnością" w mediach społecznościowych, ale nawet wtedy Manahel nie widziała w niej nic szkodliwego. Wręcz przeciwnie - była przekonana, że powinna się w nią zaangażować jeszcze bardziej.
Dwa miesiące po pierwszym aresztowaniu, w połowie listopada 2022 roku nastąpiło drugie. Tym razem ostateczne. Manahel nie została już wypuszczona. Zaraz po przesłuchaniu na komisariacie w Rijadzie została przewieziona do okrytego złą sławą więzienia dla kobiet al-Malaz. Tam miała czekać na proces. Wytoczono przeciwko niej potężne działa. Oskarżono ją o terroryzm - przestępstwo, za które w Arabii Saudyjskiej można zostać skróconym o głowę. Wytknięto jej również opublikowane na Instagramie zdjęcia, na których nie jest ubrana w abaję, a także wszystkie wpisy, w których domaga się zniesienia represjonującego zwierzchnictwa mężczyzn nad kobietami, rzekome "szerzenie plotek" i szkalowanie Saudyjczyków oraz obowiązującego w kraju, uświęconego przez samego Allaha, porządku prawnego.
Zarzuty były niedorzeczne, ale jeszcze bardziej kuriozalne wydawało się przekazanie sprawy do Specjalistycznego Sądu Karnego, przed którym stają niemal wyłącznie ludzie podejrzani o działalność dywersyjną i terroryzm.
Manahel na wyrok czekała kilkanaście miesięcy. A później zniknęła. W momencie, gdy ogłaszano wyrok, nikt z jej bliskich nie wiedział, co się z nią dzieje. Czy w ogóle żyje. Władze więzienia, prawdopodobnie na wniosek służb, odizolowały kobietę od świata, pozbawiły ją kontaktu z prawnikiem i rodziną. Torturowana i bita, skarżyła się na brak pomocy medycznej, mimo że podczas "przesłuchań" złamano jej nogę. Z agresją spotykała się również ze strony współosadzonych - jedna z nich zaatakowała ją, wbijając w jej policzek długopis. Ta rana również nie została zaopatrzona przez medyków. Z przeludnionej śmierdzącej celi trafiła do ciasnej, pozbawionej okien izolatki. Twierdzono, że "przeprowadzka" była aktem łaski - miała zapewnić Manahel ochronę przed atakami ze strony współwięźniarek - a jednak wcale nie przyniosła ulgi. Przeciwnie, bardzo źle wpłynęła na jej stan psychiczny.
Ogłoszony na początku 2024 roku wyrok jedenastu lat pozbawienia wolności był jedynym sygnałem dla rodziny al-Otaibi, że ich córka i siostra żyje. Wciąż dość enigmatycznym, ale rozpalającym wątły płomyk nadziei - bo czy skazywano by nieżyjącą więźniarkę? Wprawdzie w Arabii Saudyjskiej można byłoby sobie wyobrazić taki scenariusz, ale rodzina al-Otaibi wolała trzymać się myśli, że Manahel jednak żyje.
Na kontakt z bliskimi zezwolono jej dopiero kilka miesięcy później. Młoda kobieta była cieniem dawnej siebie. Wychudzona, przestraszona, wycofana. Fawzia, walcząca o jej uwolnienie za pomocą organizacji międzynarodowych, nie ma wątpliwości, że jeśli Manahel pozostanie za kratami, nie doczeka końca wyroku. "Kiedy Mohammed bin Salman objął władzę, byłyśmy zachwycone, miałyśmy wrażenie, że nadchodzą zmiany. Dziś moje przesłanie do świata jest takie: nie dajcie się oszukać saudyjskiej propagandzie - apeluje za pomocą swoich kanałów w internecie. - Prawa człowieka nigdy nie były w Arabii Saudyjskiej łamane bardziej niż teraz".
Media społecznościowe u swego zarania zdawały się stanowić spore zagrożenie dla saudyjskiego reżimu, ale szybko stały się istotnym narzędziem umacniania władzy w kraju. W myśl zasady: jeśli nie możesz czegoś zniszczyć, wykorzystaj to na swoją korzyść - Mohammed bin Salman rozkręcił niezwykle produktywną fabrykę mydła używanego wyłącznie do mydlenia oczu bezrefleksyjnym użytkownikom social mediów. MBS będzie pierwszym saudyjskim królem w historii, który doskonale rozumie, jak działają platformy społecznościowe. I dobrze wie, że saudyjscy influencerzy albo muszą trafić do więzienia, albo zostać zaprzęgnięci do uprawiania propagandy - piania nad pozytywnymi zmianami i przekonywania społeczeństwa, że rządy MBS ułatwiają życie zwykłym ludziom.
Ale to tylko jeden aspekt polityki informacyjnej młodego księcia. Do Królestwa na bajecznie luksusowe - i w pełni sponsorowane - wycieczki ściąga on też globalnych influencerów, którzy następnie kreują jego nieskazitelny wizerunek w sieci, próbując zaprzeczać powszechnie znanej prawdzie. Zjawisko to, określane jako whitewashing - wybielanie - wciąż jest tylko częścią potężnej kampanii poprawiania wizerunku Arabii Saudyjskiej. Królestwo wydaje miliardy na sportswashing, czyli "wybielanie sportem", organizując rozgrywki sportowe i ściągając do kraju największe nazwiska piłki nożnej z całego świata. Jest jeszcze nieco mniej spektakularny, ale równie skutecznie działający greenwashing - ekościema, promująca potentata w wydobywaniu paliw kopalnych jako lidera ekologii.
Tak, wiele znanych na całym świecie gwiazd internetu dało się zaangażować w nieformalną kampanię poprawiania wizerunku kraju, który potrafi jednego dnia stracić nawet osiemdziesięcioro więźniów, a niektórych z nich uprzednio powiesić na krzyżach. Tego samego kraju, który w ciasnych celach przetrzymuje tysiące ludzi tylko dlatego, że ci skrytykowali władzę. Który sprawił, że wielu z nich przepadło bez wieści. To jednak nie są rzeczy, o których opowiedzą światu zapraszani do Arabii Saudyjskiej celebryci.
Aggie, polska influencerka obserwowana na Instagramie przez ponad milion osób, jest pod ogromnym wrażeniem tego, "jak bardzo ten kraj się zmienił w zaledwie trzy lata". MBS z pewnością był zachwycony tą laurką. Obserwatorzy Aggie chyba nieco mniej, bo chętnie krytykowali ją za promowanie państwa ciemiężącego swoich obywateli. Pod jednym ze zdjęć z Arabii celebrytka próbuje się tłumaczyć, sięgając po wydumane sentencje, że dla niej "kraj to ludzie...". Trudno się nie zgodzić, zwłaszcza że dokładnie o ludzi tu chodzi. Głównie o tych zabijanych lub przetrzymywanych w więzieniach z powodu wyrażania własnych poglądów.
Modelka Sofia Richie po sponsorowanej wizycie w Arabii Saudyjskiej również piała z zachwytu nad pięknem tego kraju, a aktorzy Armie Hammer i Ryan Phillippe byli zachwyceni odbywającym się tu festiwalem muzycznym z udziałem iście światowej galerii gwiazd.
Owszem, festiwale w Arabii Saudyjskiej są spektakularne, kraj jest piękny, a ludzie wspaniali i gościnni, ale nic nie usprawiedliwia udziału w propagandzie władcy, który zagranicznym influencerom płaci ogromne pieniądze za pudrowanie rzeczywistości, a tych lokalnych zamyka w więzieniu, gdy domagają się, by ich rzeczywistość była choć trochę bardziej znośna.
Manahel al-Otaibi
@manahel_fit
@manahel_fit
@manahel_fit
Wszystkie konta Manahel al-Otaibi zostały zdezaktywowane po jej aresztowaniu.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI