Od Autora
Nic nowego pod słońcem - pisał Kohelet. A dokładniej: "To, co było, jest tym, co będzie, a to, co się stało, jest tym, co znowu się stanie: więc nic zgoła nowego nie ma pod słońcem" (Koh 1,9; cyt. za Biblią Tysiąclecia). Słowa te dotyczą zarówno życia, jak i literatury i sztuki, a może przede wszystkim literatury i sztuki. Czy fikcja literacka dotycząca historii może okazać się niemożliwa lub mniej prawdopodobna niż wydarzenia mające miejsce w przeszłości, o których zgoła nic nie wiemy?
Okrucieństwo wojen religijnych w okresie reformacji, trwających praktycznie do połowy XVII wieku, i pozostałych konfliktów zbrojnych w tym stuleciu, których tłem, jeśli nie na pierwszym, to na drugim planie, były antagonizmy religijne (protestantyzm versus katolicyzm, islam versus chrześcijaństwo), bywało niewiększe niż spotykane na co dzień okrucieństwo niektórych panów wobec swoich poddanych i ludzi niższego stanu lub ludzi z innych ras i plemion (np. ekscesy w koloniach na terenie obydwu Ameryk i handel niewolnikami prowadzony poprzez morza i oceany). Tworząc zatem fabułę, w której coś może wydać się niemożliwe i nieprawdopodobne, miałem na myśli choćby fragment, który znajduje się na kartach pamiętników Jana Chryzostoma Paska, ilustrujący wymownie okrucieństwo dla zabawy:
"Synowiec mój, Stanisław Pasek, prowadził Turczyna znacznego jakiegoś, bo strojno i na pięknym koniu siedział; już go dyzarmował, tylko tak konia pod nim za cugle prowadzi, aż przyjechał Niemiec i zrównawszy się z Turczynem, pchnął go szpadą. Turczyn tylko stęknął; synowiec się obejrzał, a on już tylko ziewa a z konia leci. A Niemiec kolnąwszy zaraz na stronę. Pocznie mu [synowiec Paska] łajać: "A szołdro, taki synu! zabiłeś mi niewolnika, a godzi się to?" Niemiec się tylko śmieje a mówi: "Ja [tak], Pan brat, Pan Polak dyjabła tego żywić?" On mu łaje, "żeś ty szelma, nie kawaler; już w rękach więźnia zabijać". A Niemiec się tylko umyka a śmieje".
Niewątpliwie okrucieństwo dla zabawy nie jest jedynie wymysłem współczesności, gdzie w literaturze sensacyjnej i sztuce filmowej eksploatującej tematykę zbrodni ukazywane bywa bestialstwo jednych ludzi wobec innych, bardziej wymyślne niż walki gladiatorów w starożytnym Rzymie oraz rzucanie chrześcijan na pożarcie dzikim zwierzętom w okresie od I do końca III wieku, poczynając od prześladowań rozpoczętych za panowania cesarza Nerona... Nic bowiem nowego pod słońcem, jak pisał Kohelet, i trudno się z nim nie zgodzić, gdy niezmienną pozostaje pod słońcem we wszystkich okresach i epokach ludzka natura, tak bardzo podatna na zło. Brak doniesień o takich okrutnych ekscesach w dostępnych źródłach historycznych nie jest wystarczającym dowodem na to, że nie było potworności popełnianych dla rozrywki względem bezbronnych osób przez jednostki wyzute z wszelkich ludzkich uczuć.
Jeśli o II Rzeczypospolitej pewien znany poeta w przededniu katastrofy II wojny światowej pisał: "Są w ojczyźnie rachunki krzywd", o ileż bardziej można było wskazać "rachunki krzywd" w I Rzeczypospolitej nawet na sto lat przed pierwszym rozbiorem polsko-litewskiego państwa. Wspólnota polityczna, tj. wieloetniczny organizm prawno-państwowy, wzmacnia swoje widoki na przetrwanie pod warunkiem, że elita polityczna zachowuje wysoki poziom etyczny i moralny. Procederem - grzechem kardynalnym, który docelowo zemścił się na Rzeczypospolitej szlacheckiej i, można zaryzykować twierdzenie, pokutuje po dziś w mentalności ludzi parających się w Polsce polityką - był brak ukarania zdrajców króla i ojczyzny, czyli pobłażliwość okazana wobec nich zarówno przez monarchę, jak i szerokie kręgi szlachty, będącej ówczesnym narodem politycznym. Zaprzedańcy bowiem - przede wszystkim niektórzy magnaci i służąca im szlachecka klientela - po dopuszczeniu się jawnej zdrady w czasie najazdu szwedzkiego w połowie XVII wieku nigdy nie zostali ukarani, choćby tylko symbolicznie, poprzez napiętnowanie ich postawy i obłożenie infamią najbardziej skompromitowanych...
Jeśli bowiem do życia społecznego odnosimy znane powiedzenie, że ryba psuje się od głowy, to ma ono przede wszystkim zastosowanie do przywódczej elity politycznej. Z kolei postęp, by był autentycznym podnoszeniem się wspólnoty politycznej ku wyższym poziomom cywilizacyjnym, w obszarze porządku normatywnego może zachodzić tylko wtedy, gdy każde pokolenie przekuwa choćby jeden postulat etyczny w prawo regulujące życie zbiorowe. Jeśli jednak zachodzą procesy odwrotne, w których coś, co było prawnie lub obyczajowo niedopuszczalne, staje się jedynie postulatem etycznym, to mamy regres.
O czym jest zatem przedkładana czytelnikom ta kolejna część przygodowej powieści historycznej z przesłaniem politycznym? Otóż jest ona o tym, że indywidualna moralność i postawa etyczna, gdy ogarnia większy ogół poszczególnych jednostek społeczeństwa, przekuwa się na pomyślność całej wspólnoty. Napiętnowanie zaś i aktywne tłumienie postaw egoistycznych oraz niemoralnych wśród członków narodu, sprzeniewierzających się swoją postawą cnotom społecznym, jest - choćby tylko w drobnej skali - działaniem jak najbardziej naprawczym, służącym ostatecznie dobru całej wspólnoty.
W kształtowaniu przebiegu niektórych dialogów, w celu podkreślenia ich zabawnego wydźwięku, czerpałem inspirację z nurtu dramaturgii określanej w historii literatury zwrotem "teatr absurdu" i pokusiłem się o zastosowanie występującej w tym nurcie konwencji. Z kolei podstaw historycznych, związanych z opisywanym okresem, dostarczyły mi opracowania naukowe dostępne powszechnie w internecie[1].
I
W końcu go dopadł. Brandenburski wielkolud ryknął z bólu. Razem z okrzykiem opuściły go animusz i siła. Rapier wypadł mu z dłoni... Uderzenie pióra "kosy" w prawe ramię zakończyło pojedynek. Rosły rajtar nie upadł od razu. Zachwiał się. Przez chwilę walczył ze swoją słabością, by nie ulec ogarniającej go niemocy. Ostatecznie jednak przygniótł pośladkami miękki dywan trawy. Rozsunął szeroko nogi, by utrzymać się w pozycji siedzącej i nie fiknąć na plecy. Lewą dłonią uciskał kontuzjowane miejsce.
- Mori debes[2] - zaznaczył Jacek Odrowąż Chreptowicz, przymierzając się do końcowego cięcia.
Brandenburski olbrzym znał na tyle łacinę, by zrozumieć, co oznacza wyrażona groźba.
- Poczekaj! - rzucił szybko po polsku, zmiękczając charakterystycznie "cz".
Jacek wstrzymał bieg ostrza szabli. Rajtar, posiłkując się naprzemiennie słowami polskimi, które znał, oraz łacińskimi i niemieckimi, mówił:
- Wykonywałem tylko rozkazy...! Wszystkim kierował Brandt wspierany przez Lehndorffa oraz przez szpiega o nazwisku Klingsporre! A nami dowodził porucznik Hugo de Montgommery...!
Nazwiska rzucane przez wielkoluda z Brandenburgii niewiele Jackowi mówiły. Obiły mu się o uszy dwa: wiedział, że Lehndorff był przełożonym gwardzistów królewskich, a Brandt pełnił funkcję posła elektorskiego w Warszawie. Jesienią w zeszłym roku, pomieszkując jak zwykle w karczmie na Lesznie, pod koniec listopada widział z okna swojej kwatery wóz eskortowany przez grupę konnych rajtarów. Zdziwił się ich obecnością w pobliżu siedziby króla. Zauważył wprawdzie, że na wozie coś leży. Przypominało człowieka zawiniętego w perską derkę służącą do przykrywania koni. Nie zwrócił jednak należytej uwagi na ten ładunek, bo ze zdziwieniem rozpoznał pośród rajtarów wielkoluda, z którym w obronie Krystiana Kalksteina miał w kwietniu pojedynek.
Wieczorem nabrał już najgorszych podejrzeń. W knajpie Szkota Andrzeja Thamsona znalazł pijanych do nieprzytomności ludzi ze służby pułkownika Kalksteina. Dwa dni później ostatecznie się dowiedział, czego był świadkiem, bo sprawa stała się w końcu bardzo głośna. Żądano głowy Brandta i odwołania Lehndorffa. Posła bronili zawzięcie agenci elektora spośród senatorów. Ten jednak wolał nie ryzykować pozostawania w Warszawie. Uciekł do Królewca, a stamtąd, incognito, poprzez Gdańsk przedostał się do Brandenburgii. Lehndorff został odwołany z funkcji i wrócił do Prus. Obydwaj byli poza zasięgiem husarza z Krasnyboru. Postanowił więc, że odszuka przynajmniej rosłego rajtara i na nim wywrze pomstę. Pluł sobie w brodę, której, nota bene[3], nie miał, ale gdyby miał, niewątpliwie by ją zapluł, rzucając na prawo i lewo obelgi na siebie i oddział rajtarów, któremu nie przeszkodził, przez co nie uratował po raz trzeci litewsko-pruskiego pułkownika.
Pomimo opóźnienia, które wyniosło trzy dni, ruszył w ślad za wozem. Na północ. Był to bowiem kierunek, w którym - jak widział - odjechali porywacze. Po drodze wypytywał ludzi, czy pamiętają jakiś zaprzęg i eskortujących go rajtarów. Niewiele mu powiedziano, ale kiedy dotarł na brzeg Wisły, los doń się uśmiechnął. Spotkał starego rybaka, który widział, że kilka dni wcześniej rajtarzy razem z wozem przeprawiali się przez bród i odjechali w kierunku na królewską wieś Żerań.
W wiosce odnalazł wielu świadków oraz porzucony wóz, który zaobserwował z okna karczmy. Ustalił przy tym, że pułkownik Kalkstein-Stoliński został wsadzony na konia, gdzie związano mu ręce i nogi powrozami, podobnie jak za pierwszym razem, kiedy w marcu uwolnił go przy granicy pruskiej. Skrępowanego w ten sposób pułkownika z udziałem kilkunastoosobowej obstawy rajtarskiej powieziono na północ.
Zbliżając się do granicy Prus Książęcych, spotykał licznych świadków. Widzieli oni gnającą w kierunku północnym grupę kilkunastu rajtarów. Na pruskim terenie jednak trudno było odnaleźć ślad. Gęste lasy wokół licznych jezior doskonale kryły oddział eskortujący więźnia. W połowie grudnia zrezygnował z poszukiwań. Przeciął w okolicach powiatu Rajgród północny kraniec województwa podlaskiego i wrócił do Krasnegoboru.
W ostatnim dniu marca, dokładnie po Wielkanocy, wznowił poszukiwania. Nie oznacza to, że zimą oddawał się bezczynności. Wymieniał listy z Korsakiem i Wizborem. Dostał od nich (a oni zapewne od podkanclerza) kilka pożytecznych adresów do przedstawicieli szlachty pruskiej, sympatyzującej z Kalksteinem i jego działaniami w Rzeczypospolitej. Dalekosiężnym celem akcji pułkownika było przecież przywrócenie władztwa króla polskiego w Prusach i zabezpieczenie podstawowych wolności tamtejszej szlachty.
Wyposażony w listy polecające, które uzyskał za pośrednictwem Korsaka, odnalazł na terenie Prus odpowiednich ludzi. Przekazali mu smutną wiadomość, że Krystian Kalkstein-Stoliński jest uwięziony w cytadeli w mieście Memel, usytuowanym nad Morzem Bałtyckim na najdalszym, północnym krańcu Prus Książęcych. Spodziewając się, że do wojskowej załogi twierdzy, gdzie więziony jest pułkownik Kalkstein, mogą należeć jego porywacze, udał się tam wyposażony w list pruskich opozycjonistów.
Odnalazł znajdujących się w Memel spiskowców i uzyskał od nich wszelkie niezbędne informacje. Przede wszystkim tę, że do załogi cytadeli należy rajtar przypominający posturą jedynie pana Jacka, jak podkreślali informujący go pruscy opozycjoniści elektora, żyjący w mieście. Potrafili także podpowiedzieć, w jakich dniach żołdacy z twierdzy pojawiają się w Memel i gdzie najchętniej spędzają swój wolny od służby czas.
Odnalazł podmiejską karczmę i bawiących w niej rajtarów. Wśród piątki wojaków kurfirsta znajdował się znany mu wielkolud. Ten zdziwił się widokiem Jacka. Nie spodziewał się, że będzie miał jeszcze kiedykolwiek okazję ponownie spotkać polsko-litewskiego olbrzyma. Rozochocony wypitym winem, wyraźnie ucieszył się tym, co zdołał zrozumieć z wypowiedzi Chreptowicza. Wypowiedź ta, powtórzona wielokrotnie, wyjaśniła, że rosły rajtar był specjalnie poszukiwany przez Jacka. Mają bowiem rachunki do wyrównania. Brandenburski wielkolud powstrzymał honorowo swoich czterech towarzyszy, którzy gotowi byli dobyć rapierów i sprawić, by Chreptowicz nadział się na ich ostrza jak mięso przygotowywane na pieczeń nadziewają kucharze na rożen...
Używając żargonu składającego się ze słów łacińsko-polsko-niemieckich, polsko-litewski wielkolud przekonał wielkoluda z Brandenburgii, a ten z kolei swoich towarzyszy, że in duello[4], zaaranżowanym po stosownym oddaleniu się od karczmy, nie potrzeba im żadnych świadków. Zatarg ma charakter czysto osobisty i nikt nie musi o tym wiedzieć ani tego widzieć. Żaden więc zakaz dotyczący pojedynków nie znajdzie zastosowania.
Towarzysze wysokiego rajtara byli przekonani (podobnie jak on sam), że ich kompan z cytadeli, a jednocześnie kolega od kielicha, z łatwością poradzi sobie z przygodnym adwersarzem. Zażartowali nawet, że właśnie zamówią dodatkową kolejkę trunku, by uczcić zwycięstwo ich faworyta. Będą cierpliwie czekać z jej wypiciem, dopóki ten nie powróci. Ma więc dobry powód, aby uwinąć się szybko i dołączyć ponownie do towarzystwa.
Sami będą musieli wychylić zamówiony napitek - pomyślał Jacek, wychodząc z izby w ślad za rosłym rajtarem. - Zrobią to z żalu za druhem. Przyjdzie im w ten sposób uczcić nie tyle zwycięstwo kamrata, co jego nagły zgon!
- Nic a nic mnie nie obchodzi, kto oprócz ciebie maczał palce w porwaniu i wywiezieniu z Rzeczypospolitej Kalksteina - odparował Chreptowicz na zastrzeżenia rajtara, używając żargonu łacińsko-polsko-niemieckiego.
- Kalkstein będzie miał aequum iudicium[5]...
- Dubito honestas[6] Hohenzollerna.
- Alioqui[7]... iudicium[8] będzie... A nawet Kalkstein potest salvum vita[9], wenn[10] ukorzy się przed Friedrich Wilhelm Hohenzollern...
- Co mi z tego? Ja chcę punire[11] ciebie za participationem in rapta[12]!
Uniósł szablę, jakby zamierzał jednym zamachem ściąć siedzącemu głowę.
- Poczekaj! - ponownie rzucił rajtar, zmiękczając charakterystycznie "cz", i z wykorzystaniem mieszaniny słów dodał: - Znam miejsce, gdzie ludzie giną jak zwierzęta! Niejednokrotnie są to twoi rodacy! Jeśli ci powiem, będziesz mógł za kilka dni vere[13] kogoś uratować...!
- Kogo?
- Ludzi. Satis innocens[14]...!
- A w zamian ty chcesz superesse[15]?
- Vita ad vitam[16]...
- Mam ocalić vita tua[17], bo mi powiesz, jak mogę ocalić aliquis vitam[18]?
- Vielleicht[19] vita[20] kogoś z twojego kraju. Es wird ein Bauer oder ein Adliger sein... (Będzie to chłop lub szlachcic...). Rusticus vel nobilis[21].
- Skąd o tym wiesz?
- Pomogłem einmal[22] dostarczyć victimarum[23]...
- Ergo[24] dodatkowo puniendus est[25]! Zasłużyłeś zu Tode[26]!
Mówiąc to, ponownie uniósł szablę.
- Poczekaj! - zawołał rajtar z jeszcze większym zmiękczeniem "cz" i wyrzucił jednym tchem po niemiecku: - Ich wusste nicht, woran ich teilnahm! (Nie wiedziałem, w czym biorę udział!)
- Ich wusste nicht, woran ich teilnahm? - powtórzył Jacek, łamiąc sobie język, po czym dodał: - Quid dixisti[27]?
Rajtar zmarszczył czoło, wysilił umysł, po czym w miarę gładko wyrecytował:
- Nesciebam... quid participarem (nie wiedziałem... w czym uczestniczyłem).
- Nunc scis[28], co to było et scis[29], gdzie to peragatur[30]?
- Ita est[31].
- Dobrze. Dic mihi[32]. Wszystko.
II
- Gdzieś ty się podziewał? - rzucił Piotr w stronę Andrzeja, który akurat wkroczył do wynajmowanej razem z Korsakami kwatery.
- Coś pilnego masz do zrobienia? - spytał przybysz, zamykając za sobą drzwi.
- Nagadałem doręczycielowi listów z Belwederu, że udzielisz odpowiedzi najpóźniej po południu. A tymczasem mamy już wieczór... Nici z przekazania wiadomości jeszcze dziś.
- Ktoś z Belwederu przysłał do mnie list? - zdziwił się Andrzej.
- A zgadnij kto?
- Hortensja?
Zdziwienie rosło z każdym krokiem, który Andrzej robił, podchodząc do stołu i ustawionej opodal kanapy. Dziesięć miesięcy minęło, odkąd przestał korespondować z panną Łuszczewską. Ostatnio nawet zaczął poważnie rozglądać się za nowym kobiecym obiektem swoich westchnień. Padło na pannę Rostropowicz, córkę właściciela wioski Skotniki w powiecie sochaczewskim. Spotkali się przypadkiem kilka razy na warszawskim rynku. W kwietniu tegoż roku znalazł nawet pretekst, by obok jednego straganu rozpocząć z nią dworną konwersację. Okazała się osóbką wielce podatną na zawieranie nowych znajomości. Zwykły szlachcic, który nie mieszkał w zagrodzie, lecz w mieście, zaintrygował ją i wydał się jej szczególnie interesujący. Nie miała pojęcia (bo niby skąd miałaby mieć?), że była jego sekundantką, gdy występował w przebraniu jako naciągany Aquila pojedynkujący się z całkiem fałszywym Aquilą...
- Bierz i czytaj! - Piotr zgarnął ze stolika dwa złożone równo papierowe arkusze i podał Andrzejowi. Ten przechwycił kartki z jego ręki i opadł na sofę.
- Dwa listy od Hortensji? - spytał wciąż niezmiernie zdziwiony.
- Nie. Drugi to od jakiegoś szlachcica... Chyba od tego, który jest twoim uczniem, bo go wciągnęła ars poetica[33]... Goniec, przekazując mi list adresowany do ciebie, bąknął imiona i nazwisko nadawcy, ale nigdy ich nie zapamiętuję... Tak już mam... Łatwiej mi zachować w głowie obrazy niż nazwy... Godność nadawcy znajdziesz podaną w treści listu.
Wizbor, gwoli wyjaśnienia, zanim pogrążył się w lekturze otrzymanej korespondencji, podał przyczynę swojej całodniowej nieobecności:
- Byłem w Żdżarach. Nie chcę, by Carbon czuł się zaniedbywany...
- Pańskie oko konia tuczy - skomentował Piotr wyjaśnienie współlokatora, używając przysłowia zastosowanego niemal do dosłownej sytuacji.
Andrzej rozwinął najpierw list od Hortensji. Na kartce znajdowało się napisanych zaledwie kilka zagadkowo brzmiących zdań:
Mości Panie Andrzeju! Pragnę Pana przeprosić, że z mojej winy nie pisujemy już listów do siebie. Mam wielką prośbę o wyświadczenie mi nietypowej przysługi. Wyrażam ją otwarcie, jakkolwiek dziwnie, a nawet głupio, będzie ta moja prośba brzmiała. Chcę zostać uprowadzona z Belwederu. Czy gotów byłbyś to zrobić? Proszę o szybką odpowiedź, czy odważysz się popełnić na mnie i dla mnie raptus puellae[34]. Wszystko wyjaśnię w stosownym czasie, gdy będę wiedziała, na czym stoję. Czekam z niecierpliwością, czy odpowiedź Waćpana będzie brzmiała "tak" czy "nie". Hortensja Ł.
Andrzej trzy razy przeczytał ten kuriozalny list. Doszedł w końcu do wniosku, że ktoś stroi sobie żarty. Dziwną treść wyzierającą z tekstu zamierzał przedyskutować z Piotrem, ale postanowił, że zrobi to później. Najpierw musi ochłonąć... Najlepszym sposobem na uspokojenie rozbieganych myśli wydało mu się studium drugiego listu... Rozwinął więc kolejną kartkę i zaczął przebiegać oczami widniejące na niej zapisy:
Wielce Szanowny Panie Andrzeju,
nawiązując do naszych licznych rozmów, przysyłam Panu do oceny jeden z moich ostatnich wierszy.
Andrzej spojrzał szybko na prawy dolny róg papierowego prostokąta, gdzie widniał podpis: Wielce Panu oddany, Eligiusz Florian Wadwicz herbu Wadwicz.
No tak! - westchnął Wizbor, wspominając okoliczności wplątania się w chorobliwą relację... Wespazjan Kochowski miał dość namolnego wierszoklety, który zadręczał go rozmowami o swojej twórczości. Zasugerował więc mości Eligiuszowi, że zna innego poetę, który jest wielce obiecującym twórcą. Poprosił Andrzeja o spotkanie i zapoznał go z Wadwiczem herbu Wadwicz. I teraz ten czepił się Wizbora jak rzep psiego ogona. Od czasu spotkania, w którym Wespazjan przekierował zainteresowanie Eligiusza ze swojej osoby na Andrzeja - poetę, w życiu brata mlecznego Korsaków rozpoczęła się nowa udręka delikatnej materii... Piotr i Paweł mieli przy okazji niezły ubaw. Podpuścili braciszka, że oto los podsuwa mu niebywałą sposobność wychowania sobie ucznia.
Wizbor, połechtany przez udzielającą mu się próżność, że jest wielce obiecującym poetą, dał się skusić i od pewnego czasu nieborak nie był w stanie wyplątać się z kłopotliwej relacji mistrz-uczeń. Wadwicz herbu Wadwicz niepomny, że mu wielokrotnie zaznaczono, iż "mistrz" przekazał "uczniowi" wszystko, co tylko mógł, dalej zadręczał Andrzeja swoją twórczością, prosząc o komentarze do kolejnych wierszy... Wizbor, w nagłej desperacji, przedstawił mu się nawet jako ostatni rozbitek, którego wena twórcza dawno opuściła niczym fala morska wypluwająca na brzeg zrzuconego z pokładu żeglarza... Nic więcej o poezji nie jest w stanie powiedzieć ponad to, co już powiedział... Wena twórcza opuściła go bowiem dokładnie z chwilą, kiedy panna Łuszczewska zerwała z nim cieniutką nić kontaktów listownych podtrzymywanych ze względu na jego wysiłki liryczne... Nie zniechęciło to Eligiusza, który zapamiętale twierdził, że licentia poetica[35] nie musi, a nawet nie powinna obracać się wokół uczuć damsko-męskich...
Wizbor ponownie skupił się na treści listu:
Dokładnie, jak stale to podkreślam, poezja oraz wszelka inna twórczość piśmiennicza powinna służyć przede wszystkim prawdzie, a dopiero na drugim miejscu musi mieć na względzie piękno. W tym duchu stworzyłem mój ostatni wiersz, który pozwalam sobie tu zamieścić z prośbą o wnikliwy komentarz podczas naszego spotkania lub listownie, jeśli liczne obowiązki Waćpana uniemożliwią widzenie się ze mną.
Andrzej ciężko westchnął, rozpoczynając lekturę wiersza o wzniosłym tytule Głębia prostych prawd:
Zimy są zimne, a ciepłe są lata...
Ku prawdom najprostszym myśl moja wzlata,
Bo prawdy są ważne i tylko one -
Zboża na wiosnę są zawsze zielone,
Pożółkłe są zawsze przy końcu lata...
Następstwo pór roku życie oplata.
Gdy wiatry wieją, ruszają kłosami -
Słońce zaś grzeje, deszcz pada czasami...
Ku prawdom najprostszym myśl moja wzlata -
Żaden łgarz tych prawd nam nie powymiata...
Wizbor ponownie westchnął, zwinął list i odłożył na kanapę. Piotr, który przesunął krzesło i ukradkiem zerkał na kartkę przez ramię czytelnika, rzucił uszczypliwie:
- Znowu wielka poezja ucznia do skomentowania przez mistrza?
Andrzej, bez określenia, czy kpi z siebie, czy ze swojego ucznia, czy też z obydwu naraz, absurdalnie zażartował:
- Taki animusz, a ani rusz!
Piotr nawiązał do tego w deseń:
- Rusz się, rusz, bo przyjdzie stróż!
Wizbor nie pozostał mu dłużny:
- Stróż nie tchórz, jest tuż, tuż!
Piotr zdecydowanie odparował:
- Niech wyczyści kurz!
- Któż ten stróż? - asekuracyjnie zapytał Andrzej.
- Asmodeusz! - rzucił bez wahania Piotr. Parsknęli głupkowatym, pustym śmiechem. Kiedy wybuch wesołości nieco w nich przygasł, Andrzej zauważył:
- Trzeba niewiele i język miele duperele...
Ponownie prychnęli, zanosząc się śmiechem do łez. Wizbor, rechocząc niczym ochrypły ropuch, podrapał się bezwiednie w głowę. Korsak, chichoczący jak jakaś trzpiotka, nie omieszkał tego skomentować:
- Jesteś papież, że się drapiesz?
Powiedzonko wywołało kolejną falę niepohamowanej uciechy... W końcu udało się im powstrzymać zaraźliwe chichranie. Piotr wyczuwał, że brat mleczny odreagowuje nowinę, którą otrzymał od Hortensji. Przypuszczał, że po tym potoku wesołości zdecydują, by wspólnie omówić przysłaną wiadomość, więc zagaił:
- Wróćmy do listów...
Andrzej mu odparł:
- Już wracam.
Na co ten bez większego namysłu prychnął:
- Wciąż siedzisz na kanapie!
- A ty na krześle! - odciął się tamten.
Znowu zaczęli chichotać jak niesforne dzieciaki. Ostatecznie kolejna fala wesołości odpłynęła i Wizbor, wciąż jeszcze żartobliwie, oznajmił:
- Dokonam teraz największego aktu poświęcenia, którego nikt ode mnie nie żąda, ale który mimo to składam...
- Dobrze już, dobrze... - uciął Piotr. - Co panna Łuszczewska napisała?
- Ktoś chyba stroi sobie ze mnie żarty... Posłuchaj.
I odczytał na głos list Hortensji.
- To musi być podstęp! - skomentował Piotr. - Sadzę, że dworacy chcą się zabawić twoim kosztem!
- Podobnie pomyślałem... Mam odpowiedzieć...? Czy w ogóle powinienem na taki list odpowiadać?
- Zaraz... - zastanowił się Piotr. - A może wypadałoby podnieść tę rękawicę? Podjąć grę... Na naszych zasadach!
- O jakich zasadach myślisz?
- Aquila.
- Co Aquila?
- Pamiętasz, jak panna Śladkowska próbowała nam wmówić, że porwał ją Aquila?
- Chcesz, bym zakradł się do Belwederu w naszym przebraniu i przeprowadził raptus puellae[36] jako Aquila?
- Nikt ciebie by wtedy nie podejrzewał...
- Ale jeśli to podstęp... i ktoś zamierza się mną zabawić, to narazimy dobre imię kawalera w masce! Kawalera znanego na Mazowszu z jak najlepszej strony!
- Kawalerów w masce może być dwóch! Jeden będzie ubezpieczał drugiego...
- A...! O to ci chodzi...! Takie zasady masz na myśli!
- Więc jak? Podejmiesz rękawicę?
Andrzej zastanowił się przez chwilę.
- Chyba zaryzykuję... - odparł z odrobiną niepewności w głosie.
- Będziemy w tym razem! - dodawał mu odwagi Piotr.
- Co napisać w odpowiedzi? Jedynie słówko "tak"? Czy może trochę więcej w stylu: "tak, zgadzam się na raptus puellae"...
- Proponuję napisać tylko tyle: "tak, zgadzam się" i dodać prośbę o rychłe spotkanie. Może odbyć się ono w ogrodach Belwederu...
Andrzej przypomniał sobie, że dokładnie za dwa dni minie rok, kiedy po raz pierwszy i ostatni spotkał się z Hortensją właśnie w parku belwederskim.
- Nie, w ogrodach Belwederu nie chciałbym się z nią spotykać... - zaznaczył.
- Zaproponuj zatem schadzkę gdzieś na mieście. Dajmy na to... przy okazji zakupów albo w powiązaniu z wyjazdem na jakiekolwiek nabożeństwo do jednej z warszawskich świątyń...
- Słusznie - podchwycił Andrzej. - Poproszę, by sama wybrała miejsce w obrębie miasta.
- Pamiętaj - przestrzegł przyjaciela Piotr - jeśli mamy do czynienia z wymyślną zabawą dworaków, to możecie być obserwowani.
- Będę pamiętał. Żywię jednak nadzieję, że jeśli dojdzie do spotkania i będziemy śledzeni, to obserwujące nas osoby znajdą się na tyle daleko, że nie zakłócą naszej rozmowy. Mam zamiar zażądać wszelkich wyjaśnień...
- I musisz zaznaczyć, że znasz kogoś, kto o wiele lepiej niż ty może wejść w rolę porywacza dziewic...
- Któż to taki?
- Aquila.
III
Niewielkie ognisko przygasło. Baron podrzucił do niego dwie smolne szczapy. Płomienie, ogarniając drewno, rozbłysły w końcu z nową siłą. Oddały równocześnie więcej ciepła. Noc z pierwszego na drugi maja wciąż była dosyć chłodna, jak wszystkie dotychczasowe wieczory i poranki pomimo pełni wiosny.
- Więc jak? - rzucił Fabian Mierzwiński. - Podoba ci się moja rada?
Znajdowali się w obrębie ostatnich już ruin, jakie pozostały w Warszawie po inwazji szwedzkiej sprzed piętnastu laty. Podlasiak, Paweł Korsak oraz herszt warszawskich rzezimieszków siedzieli najbliżej błyskających ożywczo języków ognia. Obwiesie Barona, za wyjątkiem rozstawionych straży, zajęli miejsca na gołej ziemi nieco dalej od ogniska.
- Obawiam się - westchnął Baron - że odwykłem od pilnowania chłopów i robotników rolnych...
- Przez siedem lat? - Fabian nie odpuszczał. - Wcześniej, przez czternaście, robiłeś to doskonale!
- Było, minęło...
- Nabrałeś dodatkowych doświadczeń w kierowaniu ludźmi! - Podlasiak spojrzał na grupę obwiesiów mało oświetlonych płomieniami ogniska, siedzących w milczeniu. - Pokierujesz folwarkami, aż będzie furczało!
- Już mi na tym nie zależy...
- A na odzyskaniu dobrego imienia?
- Czy to w ogóle możliwe?
- Wszystko możliwe! - Fabian nabrał nowej nadziei, że zdoła skłonić dawnego sąsiada do powrotu na Podlasie i do walki o odzyskanie dobrego imienia oraz zagarniętych włości. - Wiem, w jaki sposób to przeprowadzić! Nawet poczyniłem wstępne przygotowania...
- Poczyniłeś przygotowania? Byłeś pewien, że ciebie posłucham?
- Oj, tam! Nic wielkiego... - Fabian, znając usposobienie swego ziomka, zmitygował się, by nie powstało wrażenie, że przymusza go do czegoś. - Zrobiłem to i owo przy okazji załatwiania własnych spraw...
- Cóż takiego zrobiłeś?
- Powiem o wszystkim, jak na spowiedzi, ale chcę usłyszeć, czy gotów jesteś wrócić na Podlasie.
- Zanim odpowiem "tak" czy "nie", wolałbym coś więcej od ciebie usłyszeć...! Muszę ocenić, czy gra jest warta świeczki.
- Niech ci wystarczy, że mając dojście do wojewody podlaskiego, kilka razy odbyłem podróż do Drohiczyna. Naświetliłem wojewodzie twoją sprawę. Śmiem twierdzić, że mamy go po naszej stronie...
- Kto teraz jest wojewodą? Czy nie ten sam, co wspierał wcześniej moich wrogów?
- A skąd! Jest nim teraz Wojciech Emeryk Mleczko[37].
- Nie znam człowieka...
- Nie możesz go znać. Powiem więcej: nie musisz znać! Wystarczy, że ja go znam...! Mleczko jest naszym wojewodą od sześciu lat, odkąd siedzisz tu na wygnaniu i parasz się złodziejskim procederem...
- Większymi złodziejami bywają niekiedy - żachnął się Baron - magnaci i możni dygnitarze, dzierżawiący królewszczyzny! Wstrzymują wypłatę kwarty i kradną należne wpływy do królewskiego skarbca!...
- Zgadzam się - poparł Barona milczący dotychczas Paweł.
- Podobnie myślę... Nie możemy jednak zapominać: mała kradzież czy duża kradzież, to zawsze kradzież. Taka jest nudus veritas[38]! - rzucając swoje stwierdzenia, Fabian Mierzwiński spodziewał się, że propozycja odzyskania majątku i dobrego imienia będzie działać na Barona jak marchewka, a dezaprobata moralna jego życia w Warszawie przez ostatnie siedem lat posłuży niczym kij.
- Pragnę zauważyć, mości panie Mierzwiński - znowu wtrącił się Paweł, narzucając sobie bardziej oficjalny ton wypowiedzi - że imć kawaler Baron był nam... znaczy... mnie i moim kamratom wielce pomocny w wielu sprawach polegających na penetrowaniu miasta w celu pozyskiwania pożytecznych wieści... A także dla ochrony mojej skromnej osoby i mego brata... Mam na myśli brata mlecznego - poprawił się szybko.
Pawłowi trochę nie w smak były namowy Fabiana, by herszt warszawskich rzezimieszków zostawił stolicę i wrócił na Podlasie po swój majątek i dawne życie. Korsak, będący wciąż odpowiedzialnym za wspieranie i ochronę podkanclerza, obawiał się, że razem z wyjazdem Barona z Warszawy straci możliwość owocnej współpracy z półświatkiem stolicy, przez co jedna składowa skutecznych operacji trójki braci mlecznych oraz działań ich alter ego, którym był Aquila, bezpowrotnie odpadnie.
Mierzwiński bezbłędnie wyczuł obawy Korsaka. Wiedział bowiem o tym, że bliźniacy, a nawet Wizbor - sceptyczny wcześniej wobec takich powiązań - wielokrotnie korzystali z różnych usług Barona i jego obwiesiów.
- Powinieneś mnie i naszego druha wspierać, mości panie Korsak - zaznaczył poważnym tonem. - Ty przecież też przed czterema laty walczyłeś o odzyskanie utraconej ojcowizny...! Podejrzewam, że kierują tobą obawy przed stratą możliwości pożytecznej współpracy z kamratami Sebastiana. A to, jak podpowiada mi przeczucie, jest bardzo małostkowe...
- Bez obaw! - wtrącił się Baron. Jego pokryta gęstym zarostem twarz oraz kudłata szopa włosów czyniły zeń upiorną zjawę oświetlaną nierówno migotliwymi płomieniami ogniska. - Mam wśród kamratów rzutkiego zastępcę - ciągnął. - Zostanie przeze mnie namaszczony na herszta, gdy zdecyduję, że powracam na Podlasie... A wierzę, że moi dotychczasowi znajomi (z każdej grupy mieszkańców tego miasta) będą także jego kamratami!
- A więc bierzesz pod uwagę powrót w podlaskie strony? - Fabian podchwycił myśl pobrzmiewającą w ostatniej wypowiedzi prowodyra warszawskich rzezimieszków. - Bardzo dobrze! Wiedziałem, że męska decyzja nigdy nie zabiera ci dużo czasu...
- Jeszcze nie zdecydowałem - uciął spekulacje ziomka Baron. - Musisz mi bardziej przybliżyć actio consilium[39]... Co takiego obmyśliłeś?
- Nic wielkiego, ale tuszę, że będzie skuteczne...
- Więc powiadaj.
- Będziemy działać dwutorowo. Uchylenie infamii to jedno, a odzyskanie majątku to drugie. W zakresie uchylenia infamii i kary banicji wykorzystamy wojewodę. Nie musisz być obecny w tej sprawie u mości pana Mleczki...
- Jakże miałbym się stawić u niego, skoro wciąż obejmuje mnie kara banicji? - uzupełnił wypowiedź przyjaciela Baron.
- Właśnie. Wystarczy więc, że do Wojciecha Mleczki dostarczone zostanie twoje pismo z prośbą o uchylenie niesprawiedliwego oskarżenia natury politycznej. Chodziło w nim, jak pamiętam, o rzekomą obrazę majestatu króla Jana Kazimierza. Wojewoda, co będzie miało znaczenie, wystąpi do Michała Korybuta z prośbą o wydanie tobie glejtu, który zapewni ci bezpieczeństwo osobiste i uchylenie kary banicji. Poprosi także, by król postawił w sejmie sprawę zniesienia obciążającej cię infamii. Wszystkich tych posunięć pośrednio przypilnuję...
- Ile czasu zajmie cała procedure[40]?- dopytał Baron.
- Jeśli zgodzisz się na powrót do nas, na Podlasie, to glejt będziesz miał za kilka dni. Uchylenie infamii natomiast powinno stanąć na najbliższym sejmie.
- O ile frakcja profrancuska nie zerwie kolejnego sejmu... - burknął Paweł.
- A ty, mości panie Korsak - zwrócił się do niego Mierzwiński - gdy wojewoda podlaski wystąpi do króla w sprawie naszego druha, czy również mógłbyś za pośrednictwem podkanclerza wystąpić do monarchy?
- Mógłbym.
- Zrobisz to?
- Zrobię. Tylko daj mi znać, że do kancelarii królewskiej wpłynęło pismo od wojewody...
- Dam znać. Ty wtedy wystąpisz...
- Formaliter[41], wystąpi podkanclerzy...
- Zgoda. Podkanclerzy. Wystąpi, by król wydał oględne pismo, opatrzone pieczęcią królewską, że Michał Korybut zobowiązuje się wnieść pod obrady sejmu sprawę infamisa, Sebastiana Niwińskiego. Człowiek ten został kiedyś niesłusznie oskarżony o obrazę monarchy, bo ośmielał się na sejmikach ziemi bielskiej podnosić sprawę, że niegodziwością jest brak ukarania wielu naszych możnych za ich jawną zdradę, jakiej się dopuścili za czasów najazdu szwedzkiego...
- Wdzięczna argumentacja - podchwycił Korsak - zważywszy, iż dzisiaj ci sami możni, skupieni we frakcji francuskiej, zwalczają Michała Korybuta...
- Otóż to! Mając królewski glejt o uchyleniu banicji oraz pismo, że sprawa rehabilitacji infamisa trafi na obrady sejmu, Sebastian w końcu doczeka się takiego sejmu, który dojdzie do skutku i odium związane z niesprawiedliwym obłożeniem go infamią zostanie w końcu zdjęte... Ogłosimy to we wszystkich kościołach ziemi bielskiej... Pozwólcie teraz, że wrócę do sprawy odzyskania majątku. W tej materii została utkana przeze mnie niezgorsza intryga...
Fabian zawiesił głos i spojrzał wymownie na słuchaczy. Paweł był lekko zdegustowany okolicznością, że jego przyjaciel z Podlasia chwali się, iż jest intrygantem. Nie dał jednak tego po sobie poznać. Baron natomiast wydawał się niecierpliwie oczekiwać całym swoim jestestwem na doniesienia sąsiada, które w końcu nastąpiły.
- Obłożenie ciebie infamią - Mierzwiński zwrócił się wprost do Barona - skutkowało konfiskatą mienia. Wioska, którą miałeś, oraz dwór i folwark zostały przejęte przez starostę. Wprawdzie gnębił ciebie podstarości będący w komitywie z twoim wrogiem... Podstarości miał jednak całkowite przyzwolenie Bogusława Radziwiłła, który, jako starosta brański, rzadko w Brańsku bywał... Poletyło więc całkiem legalnie nabył twój skonfiskowany wcześniej majątek. Nic to, że w całym powiecie szeptano, że cena nawet nie przekroczyła wysokości jednej grzywny. Jak tam było naprawdę, nikt już tego nie dojdzie. Kupujący nabył twoje dobra rzekomo w dobrej wierze. Uchylenie infamii nie będzie więc statim[42] skutkowało przywróceniem majątku dawnemu właścicielowi...
- Co zatem proponujesz? - nie wytrzymał Baron.
- Długo, bo długo łamałem sobie głowę... Nic mi jednak mądrego na myśl nie przychodziło - ciągnął cierpliwie Mierzwiński, ale dla herszta warszawskich rzezimieszków niewątpliwie irytująco, więc ten dokładał starań, by trzymać nerwy na wodzy. - Wierzaj mi, brachu - prawił poufale mówca - głowiłem się nad tym co niemiara i doszedłem do tego, do czego doszedłem, a dowodem na to będzie to, co powiem...
- Co wymyśliłeś? - Tym razem Paweł już nie wytrzymał.
- Pomógł mi czysty przypadek. Pan Poletyło wpadł w długi...
- Długi to nie przypadek - zaznaczył Korsak, w którego umyśle zaczęły rezonować nauki, jakie odebrał, terminując u kupców weneckich. - Długi to nieumiejętne gospodarowanie własnym dochodem!
- Zgoda - przyznał mu rację Mierzwiński. - Źle się wyraziłem. Przypadkiem, o którym mówię, było to, że okrężną drogą dotarła do mnie krępująca wieść o długach tego szlachcica... A musicie wiedzieć, że nie były to długi byle jakie...
- Żaden dług nie jest byle jaki! - wrzucił ponownie swoje Paweł.
- Musisz mi uwierzyć, mości panie Korsak, że pełno u nas długów byle jakich! - odciął się Mierzwiński. - Mam tu na myśli wszelkie zobowiązania, jakie może mieć szlachcic wobec równego sobie szlachcica albo wobec kogoś, kto mu nie dorównuje statusem lub urodzeniem... Długi wobec takich jegomości są właśnie w naszym rozumieniu byle jakie. Każdy szanujący się posesjonat lekceważy takowe zobowiązania, a zwłaszcza zobowiązania wobec ludzi niższych od siebie stanem i urodzeniem...
- Mam przez to rozumieć, że dla szlachty dopiero długi wobec kogoś możnego są prawdziwym długiem?
- Lepiej bym tego nie ujął...
- Zatem - konkludował Paweł - mości Poletyło zaciągnął jakieś zobowiązanie wobec kogoś możnego? Dobrze mówię? I chodzi o zobowiązanie pieniężne, tak?
- Dokładnie. Dowiedziałem się o tym przypadkowo, jakem wspomniał. Zacząłem wtedy główkować, co też bym mu poradził, gdyby zwrócił się do mnie z prośbą o wsparcie...
- A gdybyś udzielił mu wsparcia w czystej gotowiźnie - uzupełnił Paweł - to byłaby to w jego przypadku, jak sądzę, zamiana poważnego zobowiązania na mniej poważne lub całkiem niepoważne, czyli czysty zysk!
- Dokładnie.
- I co? Zwrócił się w końcu do ciebie o pomoc?
- Ba! Żeby tylko do mnie...! Nikt jednak nie jest u nas aż takim głupcem, by pożyczyć sporą sumę pieniędzy ad Kalendas Graecas[43]... I wtedy doznałem olśnienia. Mógłbym zawołać "Eureka"[44]! Ponoć słowo to zostało wykrzyczane przez niejakiego Archimeda z Grecji, który odkrył, na czym polega pływanie... Wówczas z rozmysłem zacząłem wszem wobec pokazywać i rozpowiadać, ile to niegodziwej mamony posiadam...
- Zarobiłeś jej trochę u podkanclerza dzięki współpracy ze mną - podkreślił z dumą Paweł.
- Dlatego mogłem każdego kłuć srebrnikami w oczy!
- W końcu więc Poletyło zwrócił się do ciebie z prośbą o pożyczkę, tak? - Korsak ze względu na siebie i Barona próbował zmusić przyjaciela, by szybko ujawnił istotę intrygi. Zamierzał go skłonić w końcu do puenty.
- Tak... Tego właśnie chciałem...
- I co? Pożyczyłeś?! - ożywił się Paweł. - Teraz on jest twoim dłużnikiem i można od niego zażądać, co tylko dusza zapragnie? - konkludował pytaniem.
- Nie, nie tak szybko... i nie tak łatwo, mości panie Pawle!
- W czym zatem rzecz?
- Primo[45] - wykładał Mierzwiński - suma, którą Poletyło chciał pożyczyć, przewyższała wszystko, czym dysponowałem. Secundo[46], nie chcę dawać mściwemu sąsiadowi nawet cienia powodu, by uznał mnie za jawnego wroga swojej rodziny. Tertio[47], nie chciałem stracić bezpowrotnie choćby tylko tysiąca złotych...! Gdybym dał się skusić i udzielił pożyczki, która poratuje sąsiada jedynie częściowo, nigdy więcej tych pieniędzy nie ujrzałbym na oczy! On, oczywiście, zarzekał się, że odda dług, i sugerował, że mój gest byłby dobrym przykładem dla innych... Pozostali sąsiedzi łacniej byliby skłonni udzielić mu podobnych pożyczek. W ten sposób zdołałby zebrać potrzebną sumę...
- Zatem, gdzie tu "eureka"? - dziwił się Paweł.
- Podpowiedziałem człowiekowi inne rozwiązanie...
- Jakie? - przyciskał Korsak.
- Podpowiedziałem mu, że znam w Drohiczynie pewnego lichwiarza...
- A znasz?
- Oczywiście! Wielokrotnie zdarzyło mi się z nim deliberować o sprawach pieniężnych. Zawsze mogę u niego pożyczyć okrągłą sumkę... Udało mi się zatem podrzucić sugestię, że człowiek ten mógłby wyłożyć pożądaną kwotę...
- I Poletyło poszedł za twoją sugestią?
- Poszedł.
- A lichwiarz? Skłonny był pożyczyć dużo pieniędzy człowiekowi, który przewyższał go statusem i mógł swoje zobowiązanie potraktować jako dług byle jaki?
- Popracowałem nad lichwiarzem...
- Niby jak?
- Przekonałem go, że nic nie straci...
- I uwierzył?
- Przedstawiłem mu wiarygodnie negotium[48]...
- Czy to możliwe? Cóż go przekonało?
- Dokładnie to samo, co sprawiło, by Poletyło... Och, człowiek nie czuje, jak mu się rymuje!... Nie jestem jednak rymopisem, jak mości pan Wizbor...
- Ad rem[49], przyjacielu, ad rem!... - ponaglał Paweł. - Co skłoniło szlachcica i lichwiarza do zawarcia układu pożyczkowego??
- Podpowiedziałem panu na Poletyłach, że dostanie pożyczkę od znanego mi lichwiarza, jeśli na piśmie obieca, że w razie braku spłaty długu odda mu jedną wioseczkę z przyległościami... Tylko jedną z tych kilku, które posiada...
- Bzdura! - wtrącił się Baron. - Kto jak kto, ale lichwiarze dobrze o tym wiedzą, że u nas ziemię może nabywać jedynie szlachta!
- Dlatego mój pomysł bardzo przypadł do gustu panu na Poletyłach...
- Nie uwierzę, że lichwiarzowi także przypadł do gustu! - zastrzegł Paweł.
- Przypadł, przypadł... ale z drobnymi korektami, które mu naświetliłem...
- Cóż to za korekty?
- Podpowiedziałem, by w kontrakcie zawarł drobny zapis, że zobowiązanie będzie przechodnie...
- I Poletyło nie zwrócił na to uwagi?
- Zwrócił.
- A mimo to podpisał kontrakt?!
- Podpowiedziałem lichwiarzowi, żeby się wytłumaczył, o co chodzi z tym zapisem. Po prostu liczy się z tym, że dług może być bardzo długo niespłacany, więc chciałby, aby wierzytelność mogła przechodzić na jego potomków... Panu z Poletył zaś podpowiedziałem, że jest to wymarzona situ[50], bo dzięki temu on i jego rodzina będą mogli bujać się z lichwiarzem aż po kres pokoleń...
- Rozumiem... - W głowie Pawła zaigrała myśl, na czym polega puenta. - Nasz druh, Sebastian... ekhm... mości Baron... dysponując odpowiednią kwotą, wykupi wierzytelność od lichwiarza... Na tym polega szersza wykładnia owej przechodniości...! Będzie miał wtedy swego wroga w garści niczym ptaszka w potrzasku!
- Hola, hola!... To byłoby zbyt grubymi nićmi szyte! - przystopował Korsaka Mierzwiński. - Wyszłoby z tego, niczym szydło z worka, że maczałem w tym palce! A przypomnę moje scecundo: nie chcę dawać mściwemu sąsiadowi nawet cienia powodu, by uznał mnie za wroga swojej rodziny.
- To co proponujesz? - rzucił Paweł lekko skołowany.
- Wynająłem słupa...
- Już wynająłeś? - wtrącił Baron.
- Musiałem.
- Nie możesz być tego pewien... - ciągnął herszt rzezimieszków - nie mogłeś być pewien - poprawił - że pójdę za twoim pomysłem!
- Pójdziesz czy nie pójdziesz - wyjaśnił Mierzwiński - nie ma dla mnie znaczenia. Musiałem zagwarantować człowiekowi, który wyłożył pieniądze...
- Lichwiarzowi - uzupełnił Paweł.
- Mniejsza o titre[51]... Musiałem zagwarantować, że nie straci swoich pieniędzy. Jeśli ty, mój drogi - Fabian zwrócił się bezpośrednio do Barona - nie będziesz chciał odkupić od mojego słupa tej wioski, to postanowiłem, że ja to zrobię...
- A starczy ci pieniędzy? - zapytał przytomnie Paweł. - Przypuszczam, że pożyczona kwota jest pokaźna...
- Mój układ z tym... no... jak upierasz się go nazywać... lichwiarzem...
- Sam go tak nazwałeś!
- Mój układ - ciągnął Fabian - opiewa, że otrzyma w gotowiźnie niemniej niż trzecią część całej pożyczonej sumy, a na resztę dostanie poręczenie, że spłata nastąpi w częściach z dochodów folwarku i przejętej wioski w ciągu kolejnych pięciu lat.
- Przypuszczam - zaznaczył przenikliwie Paweł - że dokładnie taki kontrakt zawrze z lichwiarzem twój słup!
- Dobrze przypuszczasz. Z jednym wszak uzupełnieniem...
- Z jakim?
- Kontrakt już został zawarty.
- A więc kareta ruszyła! - skonkludował sentencjonalnie Korsak.
- Ano... ruszyła. Zagadka za dwa tymfy: jaką wioskę wpisał do swojego kontraktu z lichwiarzem pan Poletyło?
- Nie mów! - podchwycił Korsak. - Chodzi o wioskę, którą nabył za wartość jednej grzywny od starosty, a która wcześniej należała do Sebastiana?!
- Uhm. Delikatnie mu to podpowiedziałem, że dzięki temu będzie miał rodzinne włości chronione, gdyby coś poszło źle... Chociaż, uspokoiłem go, infaustum[52] scénario[53] mało probabilis[54]...
- Dwa tymfy! - rzucił Baron.
- Co dwa tymfy? - zdziwił się Fabian.
- Płacisz dwa tymfy!
- Za co?
- Za rozwiązanie zagadki!
- A...! - połapał się Mierzwiński.
Sięgnął do sakwy i wydobył z niej dwie monety. Wyciągnął rękę w stronę Barona, trzymając w palcach obydwa srebrne krążki.
- Nie dla mnie...! Jemu! - Baron kiwnął głową w stronę siedzącego obok Pawła.
Fabian przekierował rękę. Korsak, chcąc nie chcąc, odebrał pieniądze. Wrzucając je do swojego mieszka, zapytał:
- Skąd wytrzasnąłeś człowieka, który zgodził się być słupem?
- Zaręczam wam. To nie byle kto!
- Ja myślę - zgodził się Paweł. - Któż to taki?
- Jest kuzynem znanego magnata...
- Fiu, fiu! - gwizdnął Korsak. - Zadbałeś, by przejęty... to jest... wykupiony od lichwiarza dług miał wszelkie znamiona poważnego zobowiązania!
- Nie inaczej. Poza tym człowiek ten, szlachcic na schwał, wierzy w sposób niezachwiany w swą szczęśliwą gwiazdę! Jak dotąd szczęśliwa gwiazda nigdy go nie zawiodła! Z niesamowitych opresji wychodził obronną ręką...
- Ta szczęśliwa gwiazda to jego kuzyn... znany magnat? - Paweł spróbował doprecyzować stwierdzenia Mierzwińskiego.
- Niewykluczone - zgodził się z nim Fabian. - Niemniej, rozmawiając z nim wielokrotnie, odniosłem wrażenie, że odznacza się wiarą w swoje niczym niezmącone szczęście jak dziecko, które wierzy w bajki. Nic i nikt nie zdoła brzdąca przekonać, że bajki opowiadane mu przez dorosłych to zmyślone historie!
- Doskonały kandydat - podsumował Korsak. - Co będzie miał za to, że odegra rolę słupa?
- Łatwy zarobek. Sine periculo[55]. Pieniądze bowiem na przejęcie przechodniego zobowiązania już wyłożyłem...
- A servitium[56] słupa... ile kosztuje?
- Tysiąc...
- Wchodzę w to! - rzucił niespodziewanie Baron.
Mierzwińskiego zatkało. Pozbierał się jednak szybko. Rozpromieniony, niemal zawołał:
- O! Polska krwi! Witaj na mojej barce!
- Mam tylko jeden warunek.
- Jaki?
- Przedstawisz mi tego słupa, któregoś skaptował... - Spojrzał desperacko swoimi ciemnymi oczami, co ledwie wyzierały z gęstego zarostu, i dopowiedział: - Chciałbym, byśmy we trzech, jak tu siedzimy, mogli z człowiekiem tym porozmawiać i ocenić jego wiarygodność i przydatność do twojego... znaczy... do naszego przedsięwzięcia.
- Nie ma sprawy! - zgodził się Fabian. - Załatwione. Człowiek ten akurat przebywa w Warszawie. Jutro pod wieczór złożymy mu wizytę!
IV
Był pogodny wieczór. Baron (Sebastian Niwiński) paradował obok Pawła i Fabiana w najlepszym jak na siebie ubraniu, które udało mu się wydobyć ze schowka bandy rzezimieszków.
Ciekawe - pomyślał Paweł - kogo pozbawił wdzianka, jakie wrzucił teraz na siebie. Ukradł je sam czy któryś z jego obwiesi? A może to pozostałość po szabrowaniu, które miało miejsce podczas pożaru na ulicy Piekarskiej?
Półmrok wystarczająco osłaniał trójkę osób zmierzających spiesznie do karczmy przy ulicy Długiej. Czarną brodę i wiechę włosów na głowie Barona dostatecznie skrywały zapadające szybko ciemności.
- Wynajęty przeze mnie słup ma na imię Arkadiusz - poinformował Fabian swoich towarzyszy, z którymi uskuteczniał spacer, mając po prawej Korsaka, a po lewej Niwińskiego.
- Ha! - parsknął Paweł, który skojarzył ze sobą dwie z pozoru odległe treści. - Rozumiem teraz, dlaczego ten człowiek święcie wierzy w swoje szczęście...!
Mierzwiński łypnął na niego spode łba.
- Co ci przyszło do głowy? - spytał, nie zwalniając kroku.
- Samo imię tego delikwenta jest wymowne...
- Jak wymowne?
- Arkadiusz to latynizacja imienia, które ma pochodzenie greckie i wywodzi się od słowa Arkadikós. Słowo to oznacza "pochodzący z Arkadii", czyli ten, który żyje w krainie szczęśliwości...
- Aha!... Sądzisz zatem - podjął Mierzwiński - że zwerbowany przeze mnie delikwent, ni mniej, ni więcej, nawiązuje jedynie do tego, co oznacza imię, które nosi?
- Nie tylko to... Wspomniałeś przecież, że jest kuzynem potężnego magnata...
- Siostrzeńcem.
- O! Już mi o wiele jaśniej świeci jego szczęśliwa gwiazda...! Poza tym... wiara czyni cuda! Wystarczy, że mocno uwierzysz w swoje szczęście i będziesz miał szczęście! A nawet jego namiastki, które odpowiednio wyolbrzymisz, jawić się będą tobie jako wielka fortuna[57]!
- Kto jest tym magnatem, a zarazem wujkiem człowieka, do którego idziemy? - zapytał Baron.
- Właśnie!... - poparł go Paweł.
- Kanclerz wielki litewski, Krzysztof Zygmunt Pac...
- Rezydent Belwederu... - mruknął Paweł.
- Właściciel - poprawił go Fabian.
- Nie, rezydent. Pałac belwederski Krzysztof Pac nabył dla swojej małżonki, madame Klary Izabelli de Mailly-Lascaris...
Mierzwiński ponownie łypnął okiem na Pawła. Baron zaś skonstatował:
- Zatem król Jan Kazimierz był w błędzie, mówiąc: "wart Pac pałaca", kiedy komentował zakup Belwederu...
Dotarli pod drzwi gospody. Fabian zatrzymał pochód dwójki swoich znajomych.
- Pozwólcie - powiedział - że w imieniu nas trzech będę rozmawiał z karczmarzem. Zna mnie dobrze i wie, że mam wstęp do pokoju Arkadiusza o każdej porze dnia i nocy.
Baron i Paweł skinieniem głów wyrazili aprobatę. Podążając za Mierzwińskim, wkroczyli do głównego pomieszczenia oberży. W środku znajdowało się zaledwie kilku gości. Arendarz stał za bufetem ze ścierką w ręku. Fabian zwrócił się do niego:
- Czy pan Arkadiusz Zenowicz jest w swoim pokoju?
Karczmarz obrzucił szybkim spojrzeniem Pawła i Barona. Mierzwiński ubiegł ewentualne pytanie:
- To moi znajomi i znajomi pana Zenowicza. Uprzedziłem go dziś rano, że przyjdziemy.
Gospodarz najwyraźniej zapamiętał poranną wizytę Fabiana, bo nie powiedział ani słowa. Wskazał tylko ręką schody i wrócił do swoich zajęć.
Wkroczyli po skrzypiących stopniach na piętro, gdzie wzdłuż ciemnego korytarza znajdowały się wejścia do poszczególnych pokoi. Fabian poprowadził swoich towarzyszy pod zamknięte drzwi. Ich lokalizację odnajdował bezbłędnie nawet w panoszących się ciemnościach. Zapukał. Z wnętrza dobiegło zawołanie, które trójka przybyszów zidentyfikowała jak słowo "wejść".
- Mało zachęcające zaproszenie - mruknął pod nosem Paweł, gdy Fabian z łoskotem zawiasów łączących skrzydło z futryną otwierał zamieszkały pokój.
Wewnątrz panował półmrok. Na małym stoliku stał trójramienny kandelabr, lecz zapalona była tylko jedna świeca. Mieszkaniec, z rękami podpierającymi od tyłu szyję, leżał na drewnianym wyrku. Jego nogi, na których wciąż tkwiły buty, zdawały się wskazywać małe okno. Zagłówek łóżka był bliżej drzwi wejściowych. Dzieliła go od nich dwudrzwiowa szafa. Samotny mieszkaniec lokum odchylił głowę, by zobaczyć, kogo mu licho lub podziomek przynosi. Poznawszy Fabiana, zerwał się i usiadł na łóżku.
- Zapomniałem, że waszmość przyjdziesz dziś wieczorem do mnie! - rzucił gwoli wyjaśnienia, dlaczego zajmował pozycję horyzontalną. - Zmogło mnie. Musiałem zdrzemnąć się odrobinę...
- Nie szkodzi - odezwał się w imieniu przybyłych Mierzwiński.
Lokator powstał z łóżka. Podszedł do stolika ze świeczkami. Znalazł tam jakiś kawałek papieru. Skręcił go, po czym - trzymając skręta za jeden koniec - przyłożył do płomienia drugi. Papierowy knot natychmiast chwycił ogień, którym gospodarz rozpalił pozostałe dwie świece. W pokoju pojaśniało. Lokator, machając niemrawo papierowym knotem, próbował zgasić trzymaną w ręku podpałkę. Pochylił ją niefortunnie w dół płonącym końcem, przez co resztkę papieru momentalnie chwycił ogień. Buchnął większy płomień sięgający palców. Oparzony lokator syknął z bólu. Płonący skręt wylądował na podłodze. Podeszwa baczmagi zgasiła w końcu feralną rozpałkę...
- Chcesz nas i tę budę spalić, mości panie Arkadiuszu? - zażartował Mierzwiński.
- Niemożliwe! - odparł tamten pełen przekonania. - Szczęście nigdy mnie nie opuszcza, nawet w nieszczęściu, które zazwyczaj jest tylko pozornym niepowodzeniem.
Paweł mógł teraz dokładniej przyjrzeć się gospodarzowi miejsca. Był on szczupły. Wypadałoby nawet powiedzieć o nim: chudzielec. Ocena jego wieku, dokonana przez Pawła, oscylowała wokół trzydziestu lat. Mogło bowiem się okazać, że kawaler ten nie przekroczył jeszcze trzydziestki lub akurat przekroczył o dwa albo trzy lata... Miał regularne rysy twarzy, czarne, krótko przystrzyżone włosy, gęste brwi, ciemne oczy i pod nosem pokaźne, ale dobrze utrzymane wąsiska. Wzrostem dorównywał jedynie Baronowi. Paweł i Fabian przewyższali go o pół głowy.
- Co waćpanów do mnie sprowadza? - zapytał.
- Możemy usiąść? - zareagował Mierzwiński pytaniem na pytanie.
Lokator gestem dłoni wskazał dwa krzesła stojące nierówno za stolikiem, jakby nie zauważył, że odwiedzających go było trzech. Fabian dostrzegł problem, lecz Paweł uprzedził przewidywaną reakcję:
- Wy siadajcie. Ja postoję.
Wprawiając w czyn swoją decyzję, przesunął się w stronę okna i oparł pośladki o parapet. Mierzwiński i Niwiński podeszli do krzeseł i, poprawiwszy je nieco, usiedli. Gospodarz, jakby trochę zszokowany, że nie przewidział liczby siedzisk, cofał się w stronę wyrka, by na nim zająć miejsce. Nie spostrzegł się jednak, że (idąc tyłem) zszedł odrobinę na skos. Nie trafił zatem na środek leżanki, lecz dokładnie na jej brzeg. Sądząc, że zajmuje właściwą pozycję, opadł bez oglądania się za siebie. Lewym pośladkiem uderzył w zwieńczenie między nogami łóżka. Odbił się od tej krawędzi i wylądował na podłodze. Zerwał się szybko na nogi, zrobił dwa kroki w stronę zagłówka i opadł, tym razem szczęśliwie, na środek siennika...
Paweł zadał gwałt swojemu temperamentowi, by nie parsknąć śmiechem. Kątem oka dostrzegł, że Mierzwiński i Niwiński, podobnie jak on, stłumili heroicznie wybuch wesołości. Byłoby czymś nieeleganckim naśmiewać się z gospodarza lokum.
Jeśli on jest szczęściarzem - pomyślał Paweł - to ja jestem wielbłądem!
Fabian, wziąwszy dwa razy głębszy wdech i wydech, był już całkiem opanowany. Mógł zatem przemówić:
- Mówiłem mości panu dziś rano, że przyjdę w towarzystwie dwóch moich przyjaciół.
- A, tak! Pamiętam! - zgodził się gospodarz. - Zamówimy coś do picia u oberżysty? - zapytał.
- Nie, nie trzeba. Postaramy się szybko rozmówić. Nie chcemy zajmować mości panu czasu. Przyszliśmy, by jeszcze raz potwierdzić łączące nas negotium[58], by na dwóch albo trzech świadkach oparła się cała sprawa...
- Zaraz, zaraz... Co przyszliście zrobić?
Fabian, z racji wcześniejszych kontaktów, zdążył już poznać kondycję intelektualną swojego rozmówcy. Dobrze wiedział, że człowiekowi temu nie wystarczy raz tylko powiedzieć coś, co jest odrobinę bardziej skomplikowane, by on od razu treść tę załapał. Wiedział więc, że trzeba mu czasem dwa, a nawet trzy razy to samo powtarzać, by zawarta w słowach i zdaniach myśl została zrozumiana i zapadła panu Arkadiuszowi w pamięć. Ku niemałemu zatem zdziwieniu Barona i Pawła powtórzył wszystko wyraźnie, artykułując z namaszczeniem poszczególne słowa:
- Przyszliśmy, by jeszcze raz potwierdzić łączące nas negotium, by na dwóch albo trzech świadkach oparła się sprawa...
- Aha. Ci dwaj panowie, którzy z tobą przyszli - mówiąc to, gospodarz przerzucał spojrzenie z Pawła na Barona i odwrotnie - są świadkami naszego negotium.
- Dokładnie - zgodził się Fabian i przeszedł do przedstawienia swoich towarzyszy: - Ten tu - wskazał na siedzącego obok brodacza - to Sebastian Niwiński, a tamten młody waćpan, stojący przy oknie, to Paweł Piotr Korsak.
- Aha - gospodarz miejsca charakterystycznym chrząknięciem oznajmił, że przyjmuje prezentację osób do wiadomości.
- Głównym naszym zadaniem - ciągnął Mierzwiński, wypowiadając powoli słowa - będzie ochrona waćpana. Pan Sebastian będzie czuwał nad mości panem w Warszawie, a ja i pan Paweł Korsak będziemy czuwali nad waćpanem na Podlasiu. Szczęściu dobrze jest trochę dopomagać - konkludował sentencjonalnie Fabian.
- Co waszmość powiedziałeś? - dopytywał gospodarz.
- Szczęściu dobrze jest trochę dopomagać...
- Nie, nie to!... Wcześniej... Wszystko.
Mierzwiński cierpliwie i dokładnie powtórzył jeszcze raz, kto i gdzie będzie odpowiedzialny za ochronę pana Arkadiusza. Ten zaś, przysłuchując się jego słowom, zdawał się je po cichu powtarzać, o czym świadczyły ruchy jego warg, które zaobserwował Paweł.
- Czy mógłbym zobaczyć dokumenty przejętego kontraktu? - Niwiński zadał to pytanie Fabianowi; patrzył przy tym nań wymownie. - O ile, oczywiście, znajdują się one tutaj...
Mierzwiński, zagadnięty w taki sposób przez swego ziomka, zwrócił się do gospodarza z prostym komunikatem:
- Pokaż nam waćpan papiery od lichwiarza.
Spoczywający na łóżku pan Zenowicz powstał, podszedł do szafy i, otworzywszy ją na oścież, sięgnął ręką do torby leżącej na górnej półce. Wydobył z niej ładnie poskładany arkusz papieru. Popchnął skrzydła drzwi, by się przymknęły i nie pokazywały wnętrza. Prawe skrzydło otworzyło się jednak ponownie, gdy pan Zenowicz zrobił zwrot w stronę swoich gości i nie widział już, że szafa w połowie stoi otworem i ukazuje - mówiąc oględnie - nieład panujący w środku.
Fabian zerwał się z krzesła i podszedł do gospodarza, by mu zaoszczędzić niepotrzebnej wędrówki w obydwie strony. Widział bowiem, że z torby wyjęty został tylko jeden dokument, a było ich przecież dwa. Rozwinąwszy arkusz, szybko spostrzegł, że trzyma w ręku kontrakt spisany między lichwiarzem i panem Poletyłą. Był jednak jeszcze drugi papier - umowa spisana pomiędzy Zenowiczem a lichwiarzem.
- A ten drugi kontrakt? Masz go tu waszmość? - spytał szybko Mierzwiński, składając trzymane w ręku urzędowe pismo.
- A!... Tak...!
- Pokaż go nam!
Pan Zenowicz wykonał energiczny zwrot na piętach i... nadział się lewym policzkiem na krawędź otwartych drzwi. Jęknął. Zdradliwy fragment mebla musiał ugodzić go wyjątkowo boleśnie. Głowa, odbita od brzegu skrzydła wrót, poleciała do tyłu, pociągając za sobą tułów. Nogi natychmiast ugięły mu się w kolanach i runąłby z łoskotem na podłogę, gdyby nie Mierzwiński... Fabian przytomnie skoczył do przodu i podtrzymał upadającego. Chronił przy tym skutecznie trzymany w ręku dokument, by nie został pomięty i zniszczony.
- Masz waćpan szczęście - rzucił bezwiednie - że byłem tuż obok!
- Zawsze mam szczęście - odparł tamten, odwróciwszy się do swego wybawiciela i pocierając obity policzek i bok czoła - nawet pomimo chwilowych niepowodzeń.
Fabian połapał się, że niechcący, reagując spontanicznie czynem i słowem, podtrzymał w gospodarzu miejsca niezłomne przekonanie, iż jest szczęściarzem. Niwiński i Korsak uporczywie liczyli deski w podłodze, by zająć czymkolwiek myśli i nie parskać śmiechem...
- Podaj waść ten drugi dokument - zwrócił się do gospodarza Podlasiak. - Tylko ostrożnie! - ostrzegł, obserwując z niepokojem, że pan Arkadiusz gotów jest po raz drugi nadziać się na otwarte drzwi.
- Spokojnie - odparował tamten - chwilowe trudności nigdy nie prześladują mnie dubeltowo.
Odchylił szeroko oba skrzydła wrót szafy, nie przejmując się już tym, że goście zobaczą wewnątrz twórczy nieład. Wydobył z tej samej torby drugi zwitek papieru i podał go Fabianowi. Kiedy Mierzwiński wracał do stolika, pan Zenowicz zamknął pieczołowicie drzwi mebla i przesunął się ku środkowej części łóżka, na którym wygodnie spoczął.
Fabian podał obydwa dokumenty Niwińskiemu. Wyjaśnił przy tym gospodarzowi, dlaczego to uczynił:
- Mości pan Sebastian Niwiński jest tym szlachcicem, który od waćpana odkupi wioskę przejętą na podstawie niniejszych kontraktów, a waszmość odbierzesz swoje wynagrodzenie i rozstaniemy się w przyjaźni...
- Jeszcze raz... - rzucił gospodarz.
Fabian łopatologicznie powtórzył swoją wypowiedź, gestykulując odpowiednio, gdy wskazywał strony cichego porozumienia, których umowa miała jedynie charakter ustny.
- Aha... - mruknął ze zrozumieniem pan Arkadiusz.
Baron-Niwiński w tym czasie rozwinął obydwa dokumenty i przysunąwszy się bliżej świec, zaczął studiować treść spisanych umów. Zapadło milczenie. Trzej osobnicy, rozmieszczeni w różnych miejscach izby, obserwowali czwartego, który pochylał się nad papierami, by należycie rozszyfrować wszystkie zapisy. Kiedy skończył, złożył starannie obydwie umowy i podając je Mierzwińskiemu, powiedział:
- W porządku.
***
W całkowitych już ciemnościach majowej nocy wracali z gospody. Zanim przyszło im się rozstać, by każdy mógł pójść do swego lokum na spoczynek, Fabian zapytał:
- Co o tym sądzicie?
- Masz na myśli actio consilium[59] czy osobę twojego słupa? - dopytał Korsak.
- Jedno i drugie... si placet[60].
- Mam wątpliwości, czy pan Zenowicz to dobry kandydat do zadania, które mu postawiłeś...
Baron milcząco zdawał się popierać wątpliwości Pawła; choć jego twarz, ukryta pod gęstym zarostem i w ciemnościach, była niewidoczna, to jednak mowa całego ciała pozwoliła domyślać się, co o kandydacie do odegrania roli słupa może sądzić.
- Niestety, nikogo innego nie mamy - skwitował Mierzwiński. - W umowie przejęcia wioski za wykupione długi...
- Wykupione przez ciebie - uzupełnił Baron.
- Owszem, ale w umowie figuruje Zenowicz...
- Niestety - burknął Baron.
- Musimy nad nim odpowiednio czuwać - zaznaczył Mierzwiński. - Ty i twoi kamraci tutaj, w Warszawie, dopóki nie otrzymasz królewskiego glejtu. Później doszlusujesz do nas na Podlasiu... - Spojrzał na Pawła, dodając: - Mam nadzieję, że się nie wycofasz, mości panie Pawle, i dołączysz do mnie na ziemi bielskiej...
- Wcześniej otrzymywałem od was pomoc - Paweł spojrzał najpierw na Barona, a potem na Mierzwińskiego - a teraz przyszła moja kolej, bym wam dopomógł. Mój brat... - ugryzł się szybko w język - mam na myśli brata mlecznego, który jest moim wiernym sługą, zajmie się sprawami, które mam w Warszawie i w powiecie sochaczewskim... Przekażę mu wszystko, co trzeba przekazać, i wyruszę za tobą do Brańska.
- Dobrze - zgodził się Mierzwiński. - Za dwa dni - spojrzał na swojego ziomka - po moim wyjeździe z Warszawy dopilnujesz, by mości Zenowicz także wyruszył na Podlasie.
Uznał role za rozdzielone i zamierzał pożegnać towarzyszy, lecz Paweł szybko podrzucił nowy wątek, o którym rozmyślał, gdy byli w pokoju Zenowicza:
- Czy lichwiarz z Drohiczyna będzie bezpieczny?
- Co cię obchodzi lichwiarz? Co miałoby mu się przytrafić? - rzucił szybko Baron.
- Pomyślałem, że Poletyło może poczuć się oszukany i podjąć próbę wywarcia pomsty na tym człowieku...
- Przewidziałem to - wyjaśnił Fabian. - Dlatego po spisaniu umowy w imieniu i przy udziale pana Arkadiusza zachęciłem pożyczkodawcę pana Poletyłę, by wyjechał z miasta i województwa, przenosząc się w inne strony. Tylko my dwaj (on i ja) będziemy wiedzieli o nowym miejscu zamieszkania... Posiada liczną rodzinę żyjącą w kilku miastach Litwy i Korony. Zostawiłem mu adres, na który pod koniec maja powinien przysłać mi list, w którym wskaże miejsce swojego pobytu...
- Dobrze się składa - podchwycił Niwiński - kiedy będziesz w Drohiczynie u wojewody, by mu przekazać moją petitio[61] w sprawie przywracania mi dobrego imienia, rozpowiadaj wszem wobec, a głównie sąsiadom lichwiarza, że człowiek ten sprzedał swoje wierzytelności i wyjechał nie wiadomo dokąd...
- Już to zrobiłem, ale kiedy odwiedzę wojewodę w twojej sprawie, to nagadam dodatkowo, komu tylko będę mógł, że nie wiadomo, gdzie podział się ten człowiek...
- Wyrażaj raczej żal - podpowiedział mu Paweł - iż nie możesz przeboleć, że ten lichwiarz nie wiadomo gdzie się podział, a ty potrzebujesz na gwałt pożyczki pieniężnej.
- Tak zrobię... Bywajcie z Bogiem! - pożegnał Fabian towarzyszy.
- Bywaj! - odpowiedzieli mu równocześnie.
V
- Czy wiesz, o czym myślę?
- Tego nikt nie wie...
Hortensja, słysząc obcesową odpowiedź Andrzeja, przyznała mu w duchu rację. Nikt bowiem, oprócz niej, nie mógł wiedzieć, co obmyśliła, czym się kieruje i jaki powód legł u podstaw pragnienia, by Wizbor uprowadził ją z Belwederu w nieznane, wyrywając z realiów, które nazbyt dobrze stały się znane...
Teraz jednak miała na myśli coś bardziej przyziemnego. Mianowicie miejsce, w którym się znaleźli i które dawny jej rycerz, jak niegdyś myślała o Andrzeju, zaproponował do przeprowadzenia dalszej części rozmowy. Spotykając się z nim, wiedziała, że nie może mu za dużo powiedzieć. Żywiła tylko nadzieję, że to, co oznajmi, będzie wystarczające na tyle, by Wizbor przychylił się do jej planu.
- Mam wrażenie - wyjaśniła - że znajdujemy się w jaskini zbójców.
Andrzej poczuł się dotknięty tego typu uwagą. Po pierwszej wymianie zdań, dokonanej w pobliżu straganów na warszawskim rynku, oraz po skutecznym pozbyciu się towarzyszących Hortensji dwóch dam, które jej pilnowały, zaprosił dawną swoją muzę do najlepszej, jak mu się wydawało, gospody, a tu akurat padła taka ocena. Owszem, oprócz ich dwojga, w izbie bawialnej przebywało jeszcze czterech mężczyzn, którym daleko było do wytworności dworaków spotykanych na salonach w królewskim zamku czy w pałacach książąt i głównych magnatów Rzeczypospolitej.
- Wstrzymaj się od uwag - zamruczał - zanim nie skosztujesz wina, które właśnie przynosi nam oberżysta...
Właściciel lokalu osobiście się pofatygował, by swoim znakomitym gościom - damie niezwykłej urody, bogato ubranej w wytworną suknię, i kawalerowi, który należał do stałych klientów i cenił sobie usługi lokalu - dostarczyć karafkę węgrzyna i dwa kielichy lśniące w strugach słonecznego światła, które przenikało okienne szyby, rozlewając się na przykryty obrusem blat stolika.
Andrzej wczuł się w rolę gospodarza i polał wina. Unosząc swój napełniony kielich na wysokość twarzy, rzekł:
- Twoje zdrowie, Hortensjo.
Również podniosła naczynie do ust i upiła zeń kilka łyków.
Spoglądając na twarz swojej towarzyszki przy stole, niedoszły "rycerz" nie mógł wyjść ze zdumienia, że nic szczególnego nie czuje do swej dawnej damy. Zupełnie jakby patrzył na piękne oblicze kobiety wyrzeźbione w marmurze. Rzecz nie do pomyślenia rok temu!
Przypatrując się Hortensji spod przymrużonych powiek, by nie uchodzić za nachalnego obserwatora, przypomniał sobie, jak Piotr Korsak opowiadał mu o swoim przeżyciu duchowo-estetycznym, które dopadło go podczas oglądania słynnej rzeźby nazywanej Pieta, znajdującej się w Kaplicy Świętego Piotra na Watykanie. Twarz matki zbawiciela, trzymającej na rękach zdjęte z krzyża ciało syna, jest piękna. Korsak jednak, poza podziwem dla regularności rysów oblicza młodej kobiety (według twórcy dzieła, Michała Anioła, Maryja jest zawsze młoda), nic szczególnego nie czuł i był tym osobiście zdziwiony. Doszedł w końcu do wniosku, że taką scenę inaczej byłby odbierał, gdyby patrzył na twarz żywej niewiasty ogarniętej wewnętrznym cierpieniem. Coś podobnego owładnęło obecnie Andrzeja, ale niejako w odwrotnym kierunku: patrzył na żywą twarz młodej kobiety, ale w sposób, jakby miał przed sobą oblicze porcelanowej lalki lub fizjonomię wyrzeźbioną na podobieństwo twarzy pięknej niewiasty z posągu Pieta, którą oglądał Korsak.
- Jakież cuda potrafi zdziałać kilka kropel wina! - stwierdziła entuzjastycznie Hortensja.
- Już nie uważasz, że znajdujemy się w jaskini zbójców? - dopytał Wizbor.
- Zawsze okazujesz słaby charakter, gdy w grę wchodzi ładna kobieta?
- Dlaczego tak sądzisz?
- To chyba nie sekret...
- Nie, po prostu nie wiesz i nie potrafisz nawet zgadnąć, o czym myślałem.
- Nie zamierzam zgadywać.
- Przejdźmy do omówienia tej dziwnej sprawy z twoim uprowadzeniem.
- Już przechodzę...
- Wciąż siedzisz na krześle.
- To taki żart?
- Nic nie stoi na przeszkodzie, by trochę pożartować.
- Uwierz mi, nie mam powodów do śmiechu.
- Dobrze, o co więc chodzi z tym uprowadzeniem?
- Po pierwsze, mój ojciec nigdy się nie zgodzi, bym dobrowolnie opuściła Belweder, nie znalazłszy tam należytej okazji do zamążpójścia z jakimś księciem lub magnatem... Taka od lat nurtuje go idée fixe[62] i nie przyjmie do wiadomości, że coś mogłoby pójść inaczej...
- Czemu twój ojciec miałby nie wierzyć, że wszystko jest na dobrej drodze? - wtrącił Wizbor. - Romansujesz przecież z hrabią Maillym...
- Wiem, że dowiedziałeś się o tym, ale właśnie tu jest pies pogrzebany... Przekonałam się, że hrabia nie ma czystych intencji. Jest nieuczciwy. Byłam naiwna. Korespondowaliśmy ze sobą, gdy przebywał w Paryżu. Odkąd jednak wrócił do nas na wiosnę, by pomieszkać z siostrą w Belwederze i poflirtować z jej dwórkami, przejrzałam na oczy...
Hortensja oględnie opisała Andrzejowi sytuacje, w których dotarło do niej, że może być jedynie chwilową zabawką w rękach hrabiego. Ten pobawi się nią czas jakiś, a potem wyrzuci... O żadnym udanym zamążpójściu nie mogło być mowy. Opisała szczegółowo rozmowę brata z siostrą - madame Klarą Izabellą Pacową - którą to wymianę zdań niechcący, a może na szczęście - zależy, jak na to spojrzeć - udało się jej podsłuchać...
Nie napomknęła przy tym, dlaczego dotarła w pobliże pomieszczeń, w których zamieszkuje w Belwederze hrabia Mailly. Takie krępujące szczegóły zachowała dla siebie. Były one jednak dodatkowym wyrzutem jej sumienia i przede wszystkim bolączką zżerającą miłość własną od wewnątrz, jak robak niszczący śliwkę czy jabłko. Najpierw została przyłapana przez rywalkę w chwili, kiedy się wydawało, że odda siebie hrabiemu bez najmniejszego oporu.
Zazdrosna o taki intymny moment dama dworska, rywalizująca z Hortensją o względy hrabiego, musiała o wszystkim powiadomić madame Klarę Izabellę Pacową. Pewnego wieczoru, kiedy Hortensja wybrała się potajemnie do sypialni swego oblubieńca, by zostało dokończone to, w czym niefortunnie im przerwano wcześniej, usłyszała burzliwą rozmowę siostry z bratem. Madame Klara Izabella wyrzucała hrabiemu, że bałamuci jej dwórkę, z którą nie może wiązać swojej przyszłości.
Na takie stwierdzenia siostry ab ovo usque ad mala[63] hrabia roześmiał się w głos. Oświadczył, że nie ma zamiaru wiązać swojej przyszłości z Hortensją. Bawi się tylko z nią, jak zabawiał się na dworach francuskich. Wówczas to Klara Izabella chłodno zaznaczyła, że z takich zabaw mogą wyniknąć niepożądane konsekwencje, a ona jest odpowiedzialna za tę dziewczynę. Nie może dopuścić, by trzeba było tę młodą szlachciankę odsyłać z powrotem do jakiegoś Leszna, bo będzie
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji