1 Jest jak jest
Aquila Danté stał u boku swojego smoka, czekając na pojawienie się demona. Dotąd żaden nie zapuścił się tak daleko na zachód, ale ten okazał się zaskakująco nieustępliwy. Tygodniami śledził grupę uchodźców, nim wreszcie postanowił zaatakować. Może teraz królowie Illicji i Beltane poważniej potraktują zagrożenie ze strony Opętanych.
Aquila spoglądał z wysoka na dalekie portowe miasto Araheim, gdzie gotowały się do drogi setki uciekinierów. Niektórzy już wsiedli na długie okręty, podczas gdy inni dopiero ciągnęli ku przystani, rozpaczliwie próbując uciec przed złem, które zniszczyło ich domy.
Po skarpie, na której stał Aquila, przetoczył się powiew wiatru, a w smoczej gardzieli wzbudził się basowy warkot.
- Spokojnie, Tân. Zaraz będzie po wszystkim.
Smok pochylił łeb i obnażył kły, a z jego paszczy uniosły się smużki dymu. Sztyletopodobne szpony wpiły się w skałę. Smok rwał się do bitwy. Zarówno on, jak i Aquila wiedzieli, że demon wkrótce zaatakuje i że dotrą do przystani przed nim.
Aquila osadził dłoń na smoczej szyi, mocniej ściskając rękojeść swojego magicznego miecza.
- Nic nie poradzimy - powiedział swojemu towarzyszowi broni. - Czasem po prostu trzeba wierzyć.
Miasto Araheim leżało na wschodnim brzegu jeziora Viegal. Stanowiło ważny ośrodek rybołówstwa i handlu. Jednak ostatnimi czasy padł na nie blady strach, bowiem ze wschodu napływali do niego uchodźcy uciekający przed Opętanymi. Teraz wsiadali oni na okręty, które miały zawieźć ich gdzieś daleko od walk.
Ostatnie zapełnione po burty jednostki były już gotowe do drogi, ale wlot do przystani został zablokowany. Ktoś przeciął cumę dziobową długiego okrętu, który odbił od doku, zagradzając drogę na rozlewające się szeroko wody jeziora. Rozwiązanie wydawało się proste: przeciąć też cumę rufową i usunąć przeszkodę, ale ta przywiązana była do przysadzistego pachołka, a na nim siedział człowiek w prostym wełnianym płaszczu, który wydawał się nie dostrzegać gniewu niemogących się doczekać wypłynięcia pasażerów.
- Dalejże - poganiał go coraz bardziej nerwowy doker. - Rusz tyłek, zanim przyjdzie portmistrz ze strażą.
Obcy uniósł skrytą w kapturze głowę, a na widok jego szarozielonych oczu robotnik portowy od razu zmienił ton.
- Spokojnie, przyjacielu - rzekł, widząc, że dłoń nieznajomego spoczywa na rękojeści miecza. - Niepotrzebne nam kłopoty. Chcemy tylko odwiązać cumę, żeby wypuścić okręty z portu.
- Niestety, nie mogę na to pozwolić - odparł tamten głębokim głosem przywodzącym na myśl mocno osadzony w ziemi dąb.
- A to czemu?
- Ponieważ na coś czekam.
- Na co? - spytał doker, ale zakapturzony już odwrócił wzrok. Spoglądał teraz ponad głową rozeźlonego mężczyzny. Zwęził powieki, wodząc spojrzeniem po zatłoczonej ulicy spływającej ku przystani.
Z tłumu niosły się wściekłe krzyki. Przez ciżbę przedzierał się portmistrz o byczym karku, a za nim pół tuzina beltańskich wojów. Na widok postaci w wełnianym płaszczu, ewidentnie przybysza z daleka, przemówił wspólnym językiem Furii, ignorując dukającego nieskładne wyjaśnienia dokera.
- Co tu się wyrabia, do kroćset?
Obcy wreszcie wstał. Wciąż kierował wzrok gdzie indziej, nie zważając ani na urzędnika, ani na jego świtę. Na jego zacienionej twarzy malował się ponury wyraz. Patrzył tam, skąd na ulicy narastała wrzawa. Ludzie mamrotali coś nerwowo, prąc szybciej ku czekającym w przystani okrętom.
Przy pachołku leżała barbuta, stalowy hełm o głębokim dzwonie. Obcy sięgnął po niego, gdy wrzawa przerodziła się w panikę. Raptem powietrze wypełniło się przerażeniem. Nie marnując czasu na nałożenie hełmu, nieznajomy ruszył naprzód.
- A ty dokąd? - zapieklił się portmistrz. - Narobiłeś kłopotów, a teraz sobie...
Urwał w pół zdania, gdy obcy bezceremonialnie odepchnął go na bok. Jeden z wojowników porwał się, by zastąpić mu drogę, ale zakapturzony mężczyzna uniósł dłoń i zbrojny dryblas poleciał w tył, jakby staranował go niewidzialny wóz.
W głębi ulicy mamrotanie narosło do okrzyków strachu, gdy w powietrzu pojawił się mroczny cień, jakby to rozdarła się materia czasoprzestrzeni. Niektórym udało się odskoczyć na bok, podczas gdy inni stali jak wryci, gapiąc się w przerażeniu na wyłaniającą się z ciemności postać. Demon.
Mierzący prawie dziesięć stóp i potężnie zbudowany stwór o koźlej głowie i ludzkim ciele, o ślepiach i szponach wydzielających ognistą poświatę, kontrastującą z czarną jak węgiel skórą.
Ludzie rozbiegli się na wszystkie strony, potykając się w panice o własne nogi, tratując się wzajemnie, byle tylko uciec przed płonącym lękiem, który pragnął ich pochłonąć. Wszyscy salwowali się ucieczką, wszyscy poza nieznajomym w prostym wełnianym płaszczu.
Strwożeni ludzie mijali go, gdy szedł nabrzeżem, wkrótce zaczął przepychać się przez gęstniejący tłum, nie zatrzymał się nawet wtedy, gdy jakiś człowiek ucapił go za poły płaszcza i zawył po beltańsku:
- Vi? erum dau?ir! Vi? ?tlum öll a? deyja! Już po nas! Wszyscy zginiemy!
Obcy parł naprzód, ale wystraszony mężczyzna nie chciał go puścić, aż wreszcie wełniane okrycie zsunęło się z ramion nieznajomego, ukazując zbroję, pancerz naznaczony piętnem wielu bitew, wgnieciony i nadpalony po latach wojen. Na metalowych elementach wytrawione były zawiłe wzory, magiczne znaki broniące przed czarami, bowiem noszącym go człowiekiem okazał się mag bitewny zwany Symeon le Roy.
Demon wreszcie go dostrzegł, jednak to już nie miało znaczenia. Symeon przez ostatnie dwanaście godzin ukrywał przed wrogiem swoją obecność, żywiąc nadzieję, że uda mu się zwabić go do portu. Wraz z Aquilą od dwóch tygodni usiłowali zaatakować demona, ale za każdym razem piekielny stwór wycofywał się z powrotem w mrok.
Tchórz, acz przebiegły; wiedzieli, że stwór czeka na okazję, by wyrządzić jak największe szkody, aby uderzyć w miejscu, gdzie zgromadzi się jak najwięcej ludzi.
Z tego właśnie powodu Aquila i Tân schowali się na uboczu, podczas gdy ukryty magicznym sposobem Symeon czekał, aż stwór wykona ruch. Teraz nie zdoła już się wymknąć i Symeon dostrzegł wahanie w jego ślepiach. Demon zrozumiał, że popełnił błąd.
Z jego gardzieli poniósł się ryk, od którego zatrzęsła się ziemia, i potwór zwrócił się ku uciekającym ludziom. Długa kończyna wystrzeliła naprzód i buchnęły z niej czarne płomienie, które trwożliwie nazywano ogniem wiecznym. Piekielne języki pożerały ciało i paliły dusze, lecz tym razem smuga demonicznego płomienia nie dosięgnęła uciekinierów. Szybko niczym myśl Symeon otoczył demona kulą magicznej mocy i ogień zakotłował się w jej wnętrzu, raniąc tego, który go zrodził.
W demonicznych ślepiach zapłonęła nienawiść i stwór zaczął się wycofywać. Udeptana ziemia ulicy zaczęła czernieć, gdy kreatura otwierała portal do podziemnego świata. Ale Symeon już był gotowy. Z jego lewej ręki wystrzeliła błękitna błyskawica, która uderzyła w ziemię i zakłóciła działanie magii, usiłującej przebić się przez barierę oddzielającą dwa światy. Prawa dłoń chwyciła za miecz i wojownik rzucił się naprzód. Jego siwiejące włosy rozwiały się za nim i Symeon już znalazł się przy demonie, który właśnie wyprowadzał magiczny atak.
Gęsta kula płomieni pomknęła z rykiem w stronę maga bitewnego, a ten ledwie miał czas, by odskoczyć na bok, nim wżarła się głęboko w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą się znajdował. Symeon usłyszał paniczne krzyki oraz wrzaski bólu. Ognista kula nadszarpnęła uciekający tłum, jednak mag nie mógł teraz pomóc ludziom.
Uświadomiwszy sobie, że nie zdoła uciec, demon zamachnął się pazurzastą łapą i posłał prosto w Symeona rozchodzącą się horyzontalnie niczym wielki wachlarz falę nadtopionego żużlu. Mag bitewny przetoczył się pod nią, a grad pocisków huknął w budynki po drugiej stronie ulicy. W ścianach otworzyły się wyrwy, balkony runęły na ulicę, a Symeon zatrzymał się na jednym kolanie i z rozmachem ciął potwora mieczem po zgięciu nogi.
Stwór zaryczał i uderzył w mężczyznę; szpony jego prawej łapy drasnęły bok hełmu, nim wpiły się w naramiennik. Tak potężne uderzenie zdruzgotałoby ludzkie ramię, ale mag bitewny w ostatniej chwili wzmocnił swoje ciało, nasycając je magiczną energią. Mimo to impet posłał go na ziemię i ledwie zdążył odtoczyć się na bok, nim spadło na niego ciężkie, najeżone ostrzami kopyto.
Symeon okręcił się i podniósł, w klindze jego miecza wzbudził się pomruk. Dźwięk przybrał na sile i wszedł w wysokie tony, a potem osiągnął śmiercionośne crescendo, gdy demon zawirował w miejscu i wyprowadził kolejny cios, mający zmiażdżyć żebra przeciwnika. Nie doszło do tego jednak, gdyż potwór przechylił się na bok, a z jego paszczy dobył się zduszony jęk, kiedy Symeon potężnym rąbnięciem uciął mu nogę przy samym biodrze.
Ciemna, podobna do rtęci krew trysnęła na piaszczystą ulicę, a demon zachwiał się w przód. Zwalił się na ziemię, ale zdążył jeszcze chwycić Symeona - jego szpony zacisnęły się na łydce maga bitewnego i zapłonęły czarno-purpurowym płomieniem. Wojownik zacisnął zęby, czując, że demon zaraz złamie mu nogę i że płomienie wiecznego ognia już sięgają po jego duszę. Ale duszy maga bitewnego nie da się tak łatwo zagarnąć.
Symeon nadzwyczajnym wysiłkiem woli stłumił demoniczny ogień, aż ten cofnął się do ręki potwora, rażąc jego skórę, która natychmiast zaczęła pękać, ukazując znajdującą się pod spodem świecącą magmę. Stwór zacharczał z bólu i syknął nienawistnie przez zaciśnięte zęby, a potem zginął, gdy brzmiący miecz Symeona rozpłatał mu czaszkę. Uścisk zelżał i demon znieruchomiał na ziemi, która spijała jego czarną krew. Czarne cielsko rozsypało się w masę popielnych drobinek, a te uleciały z wiejącym od jeziora wiatrem.
Symeon wciągnął powietrze do płuc i wbił szarozielone spojrzenie w pokonanego przeciwnika, zredukowanego do masy pierwiastków, które nie występowały w świecie ludzi. Demon pochodził z innego miejsca... skądś obok... skądś głębiej. Lecz teraz przestał już istnieć.
Mag bitewny cofnął się od dymiących szczątków i rozejrzał, chcąc zobaczyć, ilu jest rannych. Ujrzał ludzi naznaczonych oparzelinami i czarnymi śladami w miejscach, gdzie uderzył w nich płonący grad. Jedna dziewczynka zawodziła przez złamaną nogę. Stratowali ją uciekający w panice ludzie. Siedziała na ziemi, a matka usiłowała ją pocieszyć. Symeon nasycił swoją klingę magiczną mocą, a ona błysnęła światłem, doznając oczyszczenia. Następnie, nie zważając na krew broczącą spod hełmu z rozcięcia na głowie, wsunął miecz z powrotem do pochwy i pospieszył z pomocą.
- Pokaż - powiedział, klęknąwszy przy matce dziewczynki.
Kobieta, nie otrząsnąwszy się jeszcze z szoku, skierowała na niego mętne spojrzenie.
- Usłyszałam jej płacz - powiedziała ze wstydem wymalowanym na twarzy. Zahaczyła córkę spojrzeniem. - Chciałam do niej biec, ale nie mogłam... tak się bałam...
- Jesteście już bezpieczne - uspokoił ją Symeon. - Zło, które usiłowało was rozdzielić, już przeminęło. - Dotknął policzka matki, tak by poczuła coś z jego mocy. Gdyby miała opisać to słowami, powiedziałaby, że czuła ciepło i nadzieję, które nie wymazywały jej winy, lecz pomagały ją znieść. Następnie mag bitewny zbliżył się do córki i położył jedną dłoń na jej skrwawionym czole, drugą zaś na złamanej nodze.
- Trzeba ją będzie nastawić - powiedziała matka. W jej głosie brzmiało przerażenie, wiedziała bowiem, co będzie musiała jeszcze znieść dziewczynka, ale Symeon tylko się uśmiechnął.
- Nie obawiaj się - rzekł, zaciskając dłonie po obu stronach złamania. Oczy rannej błyszczały strachem, ale wtedy dłonie maga bitewnego zajaśniały płomieniem i dziewczynka zassała z mocą powietrze, czując, jak po jej nodze rozchodzi się ciepła wibracja. - A powiedz... - zagadnął Symeon - widziałaś kiedyś smoka?
Wysoko w niebie nad portem Symeon czuł nieomylnie obecność smoka Aquili, Calona Tâna. Spostrzegł, że dziewczynka podnosi wzrok. Wybałuszyła oczy i otworzyła szeroko usta, gdy zbliżający się smok sfrunął na ziemię. Przyćmiona uzdrawiającą energią i ogarnięta podziwem prawie nie zauważyła, kiedy Symeon nastawił jej nogę.
- Jakieś kłopoty? - spytał Aquila, lawirując przez tłum, który zgromadził się wokół imponującego karmazynowego smoka.
- Drasnął mnie w głowę, obił ramię i prawie zabił płonącym żużlem, ale ogólnie to nie, żadnych kłopotów.
Aquila uśmiechnął się i podszedł bliżej, by przyjrzeć się ranie na głowie Symeona.
- A ty i Tân? - Mag bitewny skrzywił się, gdy Aquila zsunął palcami brzegi rany, przyspieszając proces gojenia magią. - Musiałeś go powstrzymywać?
Obaj mężczyźni zwrócili spojrzenia na siedzącego pośród zadziwionych twarzy smoka. Był jednocześnie wyniosły i zmieszany, lecz dość dobrze znosił bycie w centrum uwagi.
- Wiedział, że sobie poradzisz - powiedział Aquila. - Dziękujmy losowi, że ten demon był sam. Tamci dwaj książęta prawie zabili Aureliana.
Aurelian Cruz był magiem bitewnym z królestwa Clemoncé. Zrzędliwy wojownik oraz jego smok akurat walczyli z Opętanymi w Beltane, gdy raptem zaatakowały ich dwa potężne demony. Aurelian został wówczas okaleczony, a jego smoka zdeformowało mordercze uderzenie ognia wiecznego, gdy osłonił rannego maga własnym ciałem.
- Dobrze, że on i Dwimervane przeżyli.
- Choć niewiele brakowało. W dodatku stracił rękę, będzie więc jeszcze bardziej wredny niż zwykle.
- Jest silny - rzekł Symeon. - I Dwimervane też.
- Wiem, ale nie możemy pozwolić, by ginęli ludzie tacy jak Aurelian Cruz.
- Prawda. Lecz pamiętaj... wkrótce do naszych szeregów dołączą trzej młodzi magowie bitewni, którzy niebawem ukończą szkolenie.
- Z Illicji, Thraecji i Beltane.
- Zgadza się. No i wciąż mamy takich ludzi jak ty i Bellator.
Aquila uniósł brew.
- Stawiasz mnie w jednym szeregu z Bellatorem?
- Tylko ze względu na kruchość twojego ego. - Symeon opromienił przyjaciela uśmiechem.
- Nie wykręcaj mi się. - Aquila uniósł rękę. - Akurat będzie na naradzie wojennej w Eltz. Nie omieszkam go powiadomić, że twoim zdaniem jestem silniejszy od niego.
- Daj spokój, nie drocz się z nim - odrzekł Symeon. - Wiesz przecież, że Beltańczyk nie będzie się śmiał z valenckich żartów.
Aquila zaśmiał się, bo wiedział, że to prawda.
- Chodźmy - powiedział Symeon. - Zaprowadźmy uchodźców na okręt, a potem weźmiesz udział w naradzie wojennej, zanim wrócisz szybko do tej swojej pięknej żonki. Już i tak siedzimy tu dłużej, niż zamierzaliśmy. Nawet Eleanora w końcu zacznie się martwić.
Aquila znów buchnął śmiechem i położył dłoń na ramieniu przyjaciela. Nie znał kobiety silniejszej niż Eleanora. Wciąż zdumiewało go, że zgodziła się poślubić maga bitewnego, choć przecież pamiętał odpowiedź, której udzieliła, gdy w końcu jakoś udało mu się oświadczyć.
- Właściwie pytanie brzmi... - W jej głosie słyszało się wyzwanie. - Czy to ty poślubisz mnie. Wiesz przecież, że wróg będzie próbował wykorzystać mnie przeciwko tobie.
- Niech tylko spróbuje - odparł wówczas Aquila.
- Dlatego właśnie - odpowiedziała, błyskając zielonymi oczami - moja odpowiedź brzmi: tak.
Aquila pamiętał, jak go wówczas pocałowała, a potem minęła, by złożyć dłoń na karmazynowym policzku Tâna.
- Zresztą jaka kobieta nie chciałaby poślubić mężczyzny, który może zabrać ją na przejażdżkę na smoku? - dodała.
Aquila uśmiechnął się do wspomnień i zerknął na Tâna, gdy twarz Eleanory zajaśniała w jego umyśle, a potem zastąpiła ją ognista smuga, górskie kwiaty i słońce zachodzące za dalekimi górami.
Tak - powiedział w myślach Aquila. Jest tym i nie tylko tym.
Pozwolili beltańskim uchodźcom podziwiać karmazynowego smoka, a sami wrócili do przystani, gdzie wyraźnie skruszony portmistrz powitał ich, skłoniwszy pokornie głowę. Symeon odpowiedział skinieniem i ruszył ku grupie ludzi, których odzienie zdradzało, że pochodzą z Valencji, królestwa leżącego na wschodzie, gdzie nie dotarły jeszcze armie Opętanych.
Niektórzy byli obwieszeni charakterystycznymi torbami uzdrowicieli, ale przynajmniej połowa miała na sobie pancerze. Rycerze pochodzili z rodzinnego miasta Aquili i Symeona, z Caer Dour. Ci dzielni mężczyźni poszli na wojnę z własnej nieprzymuszonej woli, żywiąc nadzieję, że ta nigdy nie zbliży się do ich domów. Aquila i Symeon posłali im pełne uznania uśmiechy i podeszli bliżej.
- Cadell - powiedział Aquila i uścisnął dłoń rycerzowi, który, sądząc po jakości pancerza, musiał pochodzić z wysokiego rodu.
- Danté - odpowiedział tamten na powitanie.
- Gerallt. - Symeon przeniósł spojrzenie na drugiego rycerza, ponurego mężczyznę o jasnokasztanowych włosach.
Wymienił pozdrowienia z pozostałymi krajanami, a potem gestem wskazał kobietę, która stała z pochyloną głową, obejmując się ramionami.
- Kim jest ta Thraecjanka?
- Nazywa się Asclepios - odpowiedział ten nazwany Geralltem. - Heçamedes Asclepios. Wraz z mężem przebyli Zatokę Barinthusa, nim skierowali się na północ, aby nam pomóc.
Dwaj magowie bitewni otaksowali kobietę wzrokiem. Jej ciemne włosy i karnacja były typowe dla południowych rubieży Furii.
- Znalazła się daleko od domu - skomentował Symeon.
- Jest oddana sprawie i kompetentna - zaręczył Gerallt. - Po prostu wzięła na siebie zbyt wiele.
- A jej mąż? - indagował Aquila, lecz rycerz pokręcił znacząco głową.
- Nie ma jak wrócić do domu, uznaliśmy więc, że zabierzemy ją ze sobą do Caer Dour.
- Jest ranna? - spytał Symeon.
- Nie. Uciekła w głąb siebie i inni uzdrowiciele nie potrafią do niej dotrzeć.
- Po prostu opiekujcie się nią - poradził Aquila. - Znam kogoś w rodzinnych stronach, kto zdoła jej pomóc.
Gerallt kiwnął głową i cofnął się, gdy na nabrzeże wstąpiła grupa pięciu mężczyzn w płaszczach koloru głębokiej purpury. Pycha kroczyła przed nimi jak chorąży i ludzie szybko schodzili im z drogi.
- Magowie - mruknął Symeon. - Przyszli na gotowe. Typowe.
Aquila obrzucił grupę chłodnym spojrzeniem, zwróciwszy się przodem do tego, który wystąpił, żeby się z nim rozmówić.
- Czy wolno spytać, która z was, tak zwanych Wielkich Dusz, uznała, że to dobry pomysł zwabić demona w sam środek rojnego miasta? - rzucił czarodziej, nie kryjąc się z pogardą.
Żuchwa Aquili drgnęła, pierwszy jednak odezwał się koncyliacyjnym tonem Symeon:
- Musieliśmy wyciągnąć go na otwartą przestrzeń. Nie mogliśmy ryzykować, że zaatakuje okręty, gdy te wypłyną na jezioro.
- A nie przyszło wam na myśl, żeby wpierw powiadomić nas?
- Myśleliśmy, że magowie już odpłynęli - zawarczał Aquila. - Pierwsze okręty były pełne purpurowych szat.
Blady czarodziej oblał się rumieńcem, jego nozdrza poruszyły się, gdy dotarło do niego, że mag bitewny zarzuca jego kaście tchórzostwo.
- Nie możemy dopuścić, aby którykolwiek z magów dostał się w ręce wroga - wymówił wolno. - Posiadamy wiedzę, której musimy strzec.
- Na pewno - wymamrotał Aquila i spuścił wzrok.
- Ty musisz być tym, którego zwą Aquila Danté.
Mag bitewny podniósł wzrok na czarodzieja.
- Ten czerwony smok na ulicy należy do ciebie.
Symeon stężał, dostrzegłszy spojrzenie przyjaciela.
- Jego łuski są bardzo ciemne - ciągnął purpurat. - To raczej głęboki karmazyn niż czerwień.
- I cóż z tego? - spytał Aquila tonem zaprawionym złowróżbną nutą.
- Tylko tyle, że najwyraźniej ciemnieją. Wyślemy wiadomość do wieży magów w Caer Dour. Jedynie po to, aby przypomnieć o ich powinności, w razie gdyby zrobiły się całkiem czarne.
- Miną lata, nim to nastąpi - rzekł Aquila głosem dalekim od przyjacielskiego. - Lecz nie frasujcie się. Znam swoją powinność, i on także. Gdy nadejdzie czas, żaden czarodziej nie będzie mi musiał o niej przypominać. Sam go zabiję.
Mag wydawał się zdumiony obcesowym tonem maga bitewnego.
- Chodziło mi tylko o to... - zaczął, ale Aquila wszedł mu w słowo:
- Już ja wiem, o co ci chodziło. Próbujesz podkreślić swój autorytet, bo w obecności ludzi takich jak my czujesz się nieważny.
Wszelka nadzieja na rozładowanie atmosfery rozwiała się jak kamfora. Purpurat zacisnął wargi w wąską kreskę.
- Po prostu kiedy następnym razem przyjdzie wam do głowy, by stwarzać zagrożenie dla ludzi, poinformujcie nas o tym. - Z tymi słowy strzepnął dłonią i mała grupa magów wyszła za przywódcą na ulicę.
- Aquila... - zaczął Symeon, lecz jego kompan tylko uniósł dłoń.
- Chodź - rzekł z uśmiechem. - Wyrzućmy z głowy tych niedowartościowanych głupców, którzy pomogli nas szkolić. Musisz wracać do domu, a ja muszę lecieć do Eltz.
- Nie zbaczaj z drogi - przestrzegł go Symeon. - Nie wdawaj się już w walki. Johannus i Sigrúna mają nasz region pod swoją pieczą, możemy więc odpocząć i odzyskać siły. Sam wiesz, że Sigrúna dostaje piany, kiedy podkradasz jej potyczki.
Aquila zaśmiał się i razem pomogli uciekinierom z Valencji wsiąść na okręt, gdzie Beltańczycy powitali ich jak honorowych gości.
- A więc wyruszasz wieczorem? - powiedział Aquila, podając przyjacielowi ostatnią torbę z jego osobistymi rzeczami.
- Jeśli tylko uda się załadować na pokład Stoltura - odpowiedział Symeon. - Wskaż mu Opętanych, a ten rumak wykaże się odwagą godną lwa. Znacznie gorzej radzi sobie na pokładzie okrętu. - Zaśmiali się obaj, a potem Symeon dodał: - Aquilo... co się tyczy Tâna...
- Nie przejmuj się tym - przerwał mu Danté. - Tamten mag mówił prawdę. Wszyscy wiemy, co się dzieje, gdy smok czernieje. Tân nie może znieść myśli, że miałby kiedyś skrzywdzić człowieka. Jest jak jest.
Przez chwilę tylko patrzyli na siebie oczami wypełnionymi głębokim smutkiem, jaki mógł zrozumieć jedynie mag bitewny.
- Niestety, przyjacielu - rzekł Symeon. - Jest jak jest.