ROZDZIAŁ II
JESZCZE SPOKÓJ... - PIERWSZE WYSIEDLENIE - KONFIDENCI NIEMIECCY - WYSIEDLENIA 2-4 CZERWCA 1942 ROKU
.
Wśród ciągłej pracy w aptece, która przez okres blisko dwu lat pełniła bez przerwy dyżur dzienny i nocny, w towarzystwie bliższych czy dalszych naszych przyjaciół i znajomych biegł szybko czas. Uczestniczyliśmy wraz z mieszkańcami getta we wszystkich ich bólach i troskach, żywo interesowaliśmy się każdym rozporządzeniem okupanta czy też władz miejscowych tyczącym getta i jego ludności. Po każdym donioślejszym wydarzeniu, po każdej akcji wysiedleńczej pierwsze kroki naszych przyjaciół i znajomych prowadziły do apteki. Rzadko byłem tu sam, zwłaszcza po godzinie policyjnej. Wielu ludzi, w obawie przed aresztowaniem, nocowało u mnie. Opuszczali aptekę rankiem przez bramę w oficynie. Po akcjach wysiedleńczych cieszyliśmy się każdym, który pozostał. Popijaliśmy na szczęście, by przepić płacz, by zagłuszyć ból tych, których los dotknął bezpośrednio. Dowiadywaliśmy się wtenczas, kto poszedł, kto jest ranny, kto zginął, komu zabrano najbliższych. Tutaj opowiadano sobie o zrządzeniach losu, o cudownych zbiegach okoliczności, o szczęściu lub pechu różnych ludzi. Każdy z przejęciem opisywał swoje perypetie, wygłaszał swe poglądy na wiele spraw związanych z akcją, narzekał lub chwalił poszczególnych odemanów.
Do getta zachodzili czasami także nie-Żydzi. Spośród nich należy wymienić przede wszystkim dr. Ludwika Żurowskiego, lekarza, który, jako tzw. fizyk miejski, miał tu prawo wstępu. Korzystając z tego uprawnienia, przynosił mieszkańcom żywność, głównie tłuszcze, i... odmładzał Żydów. Dostarczał bowiem farb do włosów. Starzy, siwi, których uznawano za nieprzydatnych do pracy, szczególnie narażeni na eksterminację, stawali się dzięki odpowiedniej kosmetyce "arbeitsfähig" - zdolni do pracy. Z naszego aptecznego laboratorium wyszło setki litrów płynu, który usuwał siwiznę, nadając włosom normalny kolor.
Mój kolega gimnazjalny, adwokat mgr Mieczysław Kossek, który był częstym gościem w aptece, gdy zbierałem materiały do moich wspomnień, doręczył mi relację pt. "Spotkanie w aptece". Podaję jej fragment.
"Kiedy po raz pierwszy, idąc do sądu w Podgórzu, znalazłem się w obrębie getta, ogarnęło mnie dziwnie przykre uczucie i niepokój, ogarnął mnie smutek i głębokie współczucie dla ludzi, którzy muszą tak okrutnie cierpieć. Zobaczyłem grupkę bladych i wychudzonych dzieci, skaczących na jednej nodze przy grze w klasy; na widok obcego, może Niemca, przestały się bawić i z niepokojem przypatrywały mi się, oczekując, jak się do nich odniosę. Dałem im kilka cukierków, które miałem przy sobie dla poczęstowania sekretarek w sądzie. Odszedłem, bo termin rozprawy naglił. Gmach sądu mieścił się przy ul. Czarnieckiego 3, na obszarze getta. Przechodziłem obok apteki "Pod Orłem". Ponieważ spieszyłem się, nie wstąpiłem do środka. Dopiero po rozprawie wszedłem tam i nie wierząc własnym oczom, zobaczyłem kolegę Tadeusza Pankiewicza w białym fartuchu. Rozmawialiśmy długo.
9. Współpracownice Tadeusza Pankiewicza przed wejściem do apteki.
10. Tadeusz Pankiewicz na zapleczu apteki.
Odtąd, a był to rok 1941, kilka razy w tygodniu, ilekroć miałem rozprawy w sądzie, zaglądałem do apteki, gdzie przychodzili też inni koledzy, z którymi gawędziliśmy i podawaliśmy sobie wiadomości z BBC i gazetek konspiracyjnych.
Wtedy to uzgodniliśmy, w jaki sposób będziemy mogli ułatwiać znajomym Żydom wydostawanie się z getta. Co pewien czas dostarczałem kol. Pankiewiczowi dwa lub trzy wezwania do sądu cywilnego, na podstawie których Żydzi byli wypuszczani poza obręb getta przez straż niemiecką.
Wezwania te miały wypisane przez sekretarki sądu, Aleksandrę Wysocką i Mieczysławę Kobylarz, prawdziwe sygnatury akt sądowych. Zostawało tylko wolne miejsce na imię i nazwisko wezwanego, które wypisywał kol. Pankiewicz zależnie od aktualnej potrzeby. W ten sposób wyszło z getta wiele osób".
W drodze do sądu lub z sądu wstępował do mnie także Antoni Wroński, nauczyciel w Podgórzu. Przed wojną wraz z Bolesławem Taszyckim, ojcem znanego językoznawcy Witolda, niemal codziennie przychodził do mojego ojca do apteki po lekarstwa ziołowe. Popularny w Podgórzu profesor Wroński, zacności człowiek, którego uczniowie nazywali "Kozia Bródka", przynosił papierosy i rozdawał je więźniom w areszcie sądowym, tam bowiem uczył bezinteresownie analfabetów. Pewnego razu przyszedł do mnie i wręczając mi kartkę, powiedział: "Panie Tadeuszu, co te łobuzy wyprawiają! Nie dość, że mi z kieszeni wykradli papierosy, które i tak dla nich były przeznaczone, to jeszcze sobie żarty stroją". Na kartce było napisane: "Panie Profesorze, dziękujemy za knoty, proszę jeszcze przynieść wódki, a będziemy się lepiej uczyć".
Od czasu do czasu spotykałem się także z synem profesora Wrońskiego, a moim przyjacielem, dr. Józefem Wrońskim, który w Podgórzu, w tej proletariackiej dzielnicy, organizował tajne komplety gimnazjalne, bo, jak wiadomo, Niemcy zlikwidowali wszystkie gimnazja na obszarze całej Generalnej Guberni.
Razem ze mną pracowały trzy panie: mgr Irena Droździkowska, mgr Helena Krywaniuk, mgr Aurelia Danek-Czortowa, które od samego początku powstania getta włączyły się w nurt niesienia pomocy uwięzionym. Dopóki z getta mogli Żydzi wychodzić na podstawie przepustki, wiele spraw osobistych załatwiali sami. Z chwilą zamknięcia getta, gdy ustały indywidualne wyjścia, rola trzech pań zaczęła się wyraźnie zaznaczać. Załatwiały prośby, roznosiły korespondencję, pośredniczyły w różnych sprawach między znajomymi Polakami mieszkającymi poza obrębem getta a mieszkańcami dzielnicy żydowskiej, robiły zakupy żywnościowe, kupowały prezenty, jakie potrzebne były Żydom w różnych celach, starały się o leki trudne do nabycia, a często przemycane z Reichu, przynosiły różne drobne przedmioty ukryte przez Żydów u Polaków, gdy musieli opuścić dzielnicę w Krakowie i zamieszkać w getcie. Bardzo wielu Żydów bowiem, nie wiedząc, jak się ułożą warunki bytowania w zamkniętym miasteczku, czy nie zostaną poddani rewizjom, cenne przedmioty i pieniądze zostawiało u bliskich im Polaków na przechowanie. Jak się później okazało, wielu udało się lżej przetrwać ciężkie okresy w getcie i w obozie płaszowskim, a nawet w obozach daleko położonych poza obrębem Krakowa, dzięki temu, że dostarczano im pieniądze i inne drobiazgi złożone w depozycie poza gettem. Pośredniczył w tym dr M. Weichert, który stał na czele JUS (Żydowska Samopomoc Społeczna) i który miał dostęp do różnych małych obozów położonych poza obrębem getta i Płaszowa.
Wiadomo było, że niesienie takiej pomocy, przekazanie grypsu, listu czy kosztownego przedmiotu groziło niebezpieczeństwem.
Muszę powiedzieć bez najmniejszej przesady, że byliśmy bardzo lubiani przez wszystkich i że przez cały czas istnienia getta nie mieliśmy ani jednej scysji, ani jednego niemiłego zgrzytu, ani jednej przykrości ze strony jego mieszkańców. Spotykały nas na każdym kroku oznaki przesadnej i może nawet mało usprawiedliwionej wdzięczności. Dziesiątki listów z obozów, a po wyzwoleniu z najrozmaitszych krajów Europy przychodziły i przychodzą do nas i są dowodem, że nici sympatii, zadzierzgnięte w okresie współżycia w getcie, pozostały trwałe.
W pierwszych tygodniach istnienia getta bywała apteka w niektóre niedziele zamknięta (zarządzenie nakazujące, by apteka była otwarta bez przerwy dzień i noc, bez względu na święta i niedziele, wyszło w osiem miesięcy po powstaniu getta). To pozwalało mieszkańcom getta ubiegać się o przepustki na wyjście do innej apteki. Również dopisek nasz na recepcie, że danego lekarstwa nie ma, wystarczał w początkowym okresie do otrzymania pozwolenia na wyjście z getta. Przybijaliśmy takie pieczątki każdemu, kto o nie poprosił.
W owe wolne niedziele chodziłem czasami ze znajomymi do kawiarni przy ul. Limanowskiego, słynnej w getcie z wybornej kawy ziarnistej i doskonałych domowych ciastek. Dobrze jadało się w restauracji przy ul. Lwowskiej, tuż przy bramie: Ferfelki z kiszką, ryba po żydowsku, w sobotę czulent - specjalności kuchni getta. W słoneczne ciepłe dni ludzie wychodzili w niedzielę i po pracy, by zaczerpnąć świeżego powietrza, by choć na moment ulec złudzeniu wolności, na skwerek przy ulicy Józefińskiej, tuż przy OD, lub na zbocza Krzemionek, których maleńki odcinek znajdował się w obrębie murów.
Getto przeżywało w tym czasie małą sensację. Dowiedzieliśmy się, że jednego wieczoru przyprowadzono tu znanego krakowskiego okulistę, dr. Edmunda Rosenhaucha. Zamieszkał w mieszkaniu przy placu Zgody. Przetrzymywano go w areszcie domowym, pod strażą odemana, nie wolno mu było nigdzie wychodzić. Mówiono, że ma do niego przyjść jako prywatny pacjent generał SS Krüger. Do oczekiwanej wizyty jednak nie doszło. Dr Rosenhauch w tajemniczy sposób zniknął z getta. Okazało się, że wyjechał do Warszawy i tam przetrwał okupację, ukrywając się w przebraniu zakonnika w jednym z klasztorów stolicy. Ucieczka Rosenhaucha i jego wyjazd do Warszawy miały być też dziełem A. Förstera.
W jesieni 1941 roku, z powodu przyłączenia do Krakowa okolicznych gmin, mieszkający tam Żydzi musieli natychmiast przenieść się do getta krakowskiego. Pamiętam jak dziś, że Sądny Dzień, jedno z największych świąt żydowskich, wyznaczony był jako ostatni dzień przeprowadzki. Silenie się Niemców na złośliwości nie miało granic. Wieczór owego dnia był wyjątkowo zimny i deszczowy. Dziesiątki ludzi zziębniętych, z małymi dziećmi, czekało, grzęznąc w stosach pakunków i garnków, na pozwolenie wejścia do getta, które pękało od mieszkańców; obliczało się ich na około siedemnaście tysięcy.
Życie płynęło tu dziwnie. Od wczesnych godzin rannych ludzie gromadzili się przed bramą, szykując się do wyjścia, zostawali niepracujący, chorzy i starzy. W godzinach wieczornych getto zaludniało się, ludzie stali lub spacerowali grupami, rozmawiając, opowiadając i komentując najnowsze wiadomości z frontu, robiąc zakupy; restauracje i cukiernie były pełne, na ulicach kwitł handel, sprzedawano papierosy, ciastka, kanapki.
I tak co dzień - jeden dzień podobny do drugiego. Ludzie przyzwyczaili się do nowych warunków, zaczynali nawet wierzyć, że w ten sposób będzie można przetrzymać, byle tak zostało, byleby nie było gorzej. Mijały tygodnie i miesiące...
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki