Don Floriano wsiadł do powozu w chmurnym nastroju. Bona, królowa wdowa, i jej dwór zamienili kaplicę pogrzebową w kocioł intryg. Wyczuwana tam nieżyczliwość dusiła go, pogarda wywoływała niesmak. Zdążył zapomnieć o swoich gościach, tak że poczuł się zaskoczony, widząc obie kobiety w jadalni, oczekujące go przy nakrytym stole. Wdzięk Urszuli, uśmiech Marii obudziły w nim dawno zapomnianą radość. Dom zdał mu się większy, a wieczór nie tak szary. Podczas kolacji opowiedział im o swojej pracy i o tym, co się działo w królestwie.
- Ale skoro nowy król, Zygmunt August, został koronowany jako dziecko i nic się nie ma zmienić w sposobie rządzenia krajem, to czemu intrygują? - pytała Maria.
- Jedni żeby zapewnić sobie nowe przywileje, inni żeby odzyskać stare. Król wziął potajemnie ślub z Barbarą Radziwiłłówną, wdową z Litwy, bez majątku. Królowa Bona nie chce zaakceptować małżeństwa syna. Zorganizowała sieć szpiegów, tak że dwór przypomina gniazdo żmij. Sejm, który powinien zatwierdzić ten akt, również zgłasza sprzeciw. Szlachta uważa Barbarę za kobietę niewiele lepszą od nierządnicy.
- A są ku temu powody?
- Jest piękną wdową i...
- Uroda nie czyni kobiety od razu nierządnicą - wypaliła Maria.
- Ani wdowieństwo - dodała Ula.
- Miała wielu kochanków. Krąży fama o rozwiązłości jej matki i siostry, również bardzo pięknych. Ale teraz liczy się jedno: trzeba bronić granic w obliczu naporu Turków. Król powinien ożenić się z księżniczką austriacką dla przypieczętowania przymierza z Habsburgami. Tak uważają wszyscy.
- I król unieważni swoje małżeństwo?
- Nie. Gotów jest abdykować, jeśli sejm nie zatwierdzi Barbary jako królowej. To byłoby straszne: nowy król, który nie szanuje naszych ustaw.
- Tak, dostalibyśmy się pod wpływy Niemców - zawyrokowała Ula.
- Wiecie, że kiedy stary król Zygmunt, niech odpoczywa w pokoju, wydał prawo zakazujące mężom bicia żon, mieszkający w królestwie Niemcy wyrazili sprzeciw? Król okazał się jednak nieugięty.
- Mężowie stracili prawo, ale nie poniechali obyczaju - zauważyła Ula z goryczą.
- A co mówią gwiazdy? - spytała Maria.
- Pojawiły się złe przepowiednie. Nieszczęściom nie nadszedł kres. Jedno wydaje się pewne. Król nie odstąpi od swojej miłości. Tak mówią gwiazdy. I wskazują też, że Barbara zostanie królową, ale w smutnych okolicznościach.
- Planety czasem są dla nas łaskawe, a czasem nie. Czy możemy coś zrobić, żeby zyskać ich przychylność? - indagowała Maria.
- Charakter planet się nie zmienia. To ich pozycja na nieboskłonie i układy względem siebie zmieniające się w ciągu cyklu rocznego sprawiają, że mogą wywierać na nas wpływ korzystny bądź niekorzystny. Tylko ta wiedza jest nam dostępna: wiedza o naszym otoczeniu. Zło nigdy nie przestaje być złem. I trzeba ten fakt zaakceptować.
- Pogodzić się, jak mówią księża - w głosie Marii dał się wyczuć bunt.
- Nie. We wszystkim ma udział twoja wola. Na przykład Saturn narzuca granice. Weźmy kogoś, kto miał wielkie wydatki, a dowiaduje się, że pozostając w sferze wpływów tej planety, osiągnie zmniejszone zyski. Otóż człowiek taki, jeśli pogodzi się z ograniczeniami i nie zaciągnie pożyczki, zdoła uniknąć nędzy, w którą by popadł, gdyby żył dalej na wysokiej stopie. Tego, kto zdaje się na przypadek, ponieważ działa według niepewnego planu, stawiane przez Saturna przeszkody doprowadzą do ruiny. Astrologia pomaga podejmować decyzje, nadaje nam orientację. To droga naszej przemiany, naszego opus magnum. Jutrzenka światła słonecznego, które w sobie nosimy, zapowiedź stanu, kiedy duch jaśnieje sam z siebie niczym złoto.
Zapadło głębokie milczenie. Po czym odezwała się Maria:
- Chciałabym pójść tą drogą. Ojcze chrzestny, niech ojciec przyjmie mnie na naukę do apteki. Nie zawiodę ojca.
Don Floriano Carborto miał czterdzieści pięć lat i pochodził ze szlachty włoskiej. Uciekając przed Turkami, którzy najechali jego rodzinne miasto, Otranto, schronił się w Polsce, gdzie królowa Bona Sforza przygarniała swoich rodaków, dając im zajęcie. Do tamtego czasu rodzina Carborto zdążyła opanować handel medykamentami na Adriatyku, ponieważ dzięki dobrym stosunkom z aptekarzami muzułmańskimi otrzymywała opium z Konstantynopola, który stał się portem tureckim.
Don Floriano przybył do Polski jako świeżej daty mistrz aptekarski, z listami uwierzytelniającymi. Miał nadzieję, że pozwolą mu one nabywać pochodzące ze Wschodu lekarstwa - które docierały do Gdańska z Portugalii - i otworzyć aptekę. Ponieważ jednak pieczę nad handlem sprawowała Liga Hanzeatycka, on zaś był katolikiem, a na domiar złego Włochem, uznano go za oszusta i odmówiono kontaktów z nim. Tyko ojciec Marii, katolik i Polak, okazał mu zaufanie i zaoferował przyjaźń. Carborto, zapewniwszy sobie zaopatrzenie w leki i mając poparcie Włochów mieszkających w Krakowie, a przede wszystkim królowej, osiadł w tym mieście i tam się ożenił.
Otworzył aptekę i doczekał się dwóch synów. Został członkiem Akademii, nawiązał przyjaźń z najznakomitszymi lekarzami, przestudiował wielkich autorów i zgromadził wspaniałą bibliotekę obejmującą dzieła od Hipokratesa po Plutarcha. Jako że jego pasją było destylowanie olejków, zyskał sławę najlepszego perfumiarza w królestwie.
Apteka znajdowała się przy ulicy Grodzkiej. Nazywała się Pod Paprociami, ponieważ witrynę zdobiły dwie piękne donice z tymi roślinami przywiezione z Gdańska. Wnętrze było jasne, z wysokim sklepieniem opartym na dwóch łukach krzyżowych. Wzdłuż ścian stały półki, a na nich słoiczki z pięknie dekorowanej majoliki, z etykietkami po łacinie, oraz ponad sześćset pudełek - złotych, miedzianych, drewnianych, zależnie od zawartości. Z sufitu zwieszały się wypchane zwierzęta: krokodyl, kobra, żółw i pięć nietoperzy. W kątach piętrzyły się ogromne skrzynie zaopatrzone w herb królewski. Pachniało olejkiem eukaliptusowym i alkoholem. Medycy polecali aptekę swoim pacjentom, magowie na dworze i profesorowie w Akademii zaopatrywali się w niej w narzędzia i rozmaite ingrediencje, możni panowie kupowali tam pomarańcze, marcepan i cukier, eleganckie szlachcianki perfumy i pomady, a mieszczanie wino i świece.
Skromną pensję serwitora, czyli sługi królewskiego, przyznaną przez Zygmunta Starego, Carborto uzupełniał zyskami ze sprzedaży medykamentów na dworze. Zaopatrywał w leki i opatrunki króla i jego rodzinę, a także dworzan, urzędników, służbę, kucharzy, masztalerzy - by nie wspomnieć o samych koniach, jako że zarówno Zygmunt Stary, jak i Zygmunt August byli miłośnikami koni czystej krwi. Aptekarz dostarczał też na królewski stół włoskie owoce i przysmaki, a cały dwór kupował u niego świece, mydło, ręczniki, pachnidła i cukier.
Nadany przez Zygmunta Starego tytuł serwitora wiązał się z wieloma przywilejami, ale nakładał na posiadacza obowiązek kształcenia potrzebnych w państwie nowych aptekarzy. Carborto wypełniał swoje zadanie z przyjemnością, przekonany głęboko o pożytkach płynących z wiedzy. Nauczał w Akademii, a młodzi adepci uważali go za mistrza w swoim fachu.